Archiwa miesięczne: Luty 2018

Vladimir Nabokov – ”Rozpacz”

Vladimir Nabokov - ''Rozpacz''Fabrykant czekoladek imieniem Hermann podczas służbowego wyjazdu natyka się na mężczyznę bliźniaczo do niego podobnego – Feliksa. Po chwili rozmowy z nim wraca do swojego życia, ale wydarzenie to długo nie daje mu o sobie zapomnieć. Mija kilka miesięcy, i mężczyźni spotykają się ponownie. Hermann wpada na iście szatański plan: zamierza przebrać Feliksa w swoje ciuchy, i zabić go, pozorując w ten sposób własną śmierć, by wyłudzić od ubezpieczyciela wysokie odszkodowanie. Ma być to nie tylko zbrodnia doskonała, ale i dzieło sztuki.

Nabokov zastosował w powieści swój ulubiony chwyt narracyjny – obsadził w roli narratora mężczyznę niezrównoważonego psychicznie, wręcz szalonego, przed którym czytelnik musi mieć się na baczności. Hermann jest skrzywiony w sposób większy, niż dwaj bohaterowie najlepszych powieści Nabokova razem wzięci – Humbert Humbert (Lolita) i Charles Kinbote (Blady Ogień). Jest chronicznym łgarzem (do czego zresztą przyznaje się sam wielokrotnie, czasami podkreślając nawet, że to, co przed chwilą napisał, było kłamstwem) i nieuleczalnym cynikiem, ale jednocześnie zachowuje pewne maniery i pozory elegancji. Obsadzenie w centrum opowieści bohatera tak zwichrowanego pozwoliło pisarzowi na wprowadzenie kilku bardzo zaskakujących sztuczek literackich – jednych z najbardziej niezwykłych ze wszystkich w jego powieściach.

Plejada postaci jest bardzo barwna. Mamy bowiem do czynienia z neurotycznym, narcystycznym, niespełnionym artystą o przestępczych skłonnościach, jego prostolinijnym sobowtórem i włóczęgą Feliksem, głupiutką i płytką żoną Lidią, oraz jej kochankiem i jednocześnie kuzynem, Ardalionem, który jest alkoholikiem i marzącym o sławie przeciętnym malarzem. Postaci te tworzą mieszankę wybuchową; ich perypetie są osobliwe i niezwykle zabawne (na tyle zabawne, że na pewne przerysowane nieco cechy ich charakterów idzie spokojnie przymknąć oko).

Uśmiech na twarzy wywołuje także kłopot, jaki narrator ma sam ze sobą. Czytelnik ani na chwilę nie ulega wątpliwości, że Hermann jest potykającą się o własne nogi, chodzącą bombą z opóźnionym zapłonem, i należałoby go bezzwłocznie rozbroić w zaciszu domu bez klamek. W jego otoczeniu wszyscy obchodzą się z nim jak z niegroźnym dziwakiem.

Tak jak w przypadku innych powieści Nabokova, tak i tutaj mamy do czynienia z utworem o drugim dnie. Ilość niuansów, które wytropić może bystry czytelnik jest bardzo duża (wiele z nich wyjaśnia w swoim posłowiu Leszek Engelking). Osobiście oddaje się polowaniu na nie z wielką pasją – tylko dzięki temu zaznać można pełni radości obcowania z dziełem.

Pozostaje pytanie o to, do jakiego gatunku zakwalifikować tę powieść. Jest to w moim odczuciu tragifarsa opowiadająca o tym, jak ciężko pogodzić się człowiekowi z własną przeciętnością, i do jak absurdalnych rozwiązań jest się on w stanie uciec, by przymus takiej ugody zażegnać. Opowiada również o tym, jak człowiek zamyka się w złotej klatce miłości własnej, wije w niej przytulne gniazdko, i zamaszystym ruchem wyrzuca kluczyk hen. Przesłanie, które z niej wynika, dotyczy więc niezmiennej natury ludzkiej i jest ponadczasowe.

Kończąc, chciałbym powiedzieć, że nikt nie potrafił unieszczęśliwiać bohaterów swojej prozy tak mocno i z taką klasą, jak właśnie Vladimir Nabokov. Jest to dręczyciel doskonały: diaboliczny, ale wirtuozerski. Symfonia bólu, którą wygrywa na fikcyjnych postaciach, to prawdziwie wytrawne dzieła sztuki. A w dodatku wszystkie ze swych ”żywych” instrumentów zużywa do cna. Nic się nie zmarnuje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Muza S.A.

Reklamy

Klucz do Świata Fikcji

Chociaż kocham pisać, miewam ogromny problem z tym, żeby w ogóle zacząć. Nie, żeby brakowało mi pomysłów czy natchnienia. Ale jednak: zanim przysiądę do komputera, i otworzę dokument w Wordzie, zmarnuję trochę czasu surfując w Internecie, kręcąc się po domu, bawiąc się z kotem czy psem, a nieraz wręcz wymyślając sobie zajęcia, byleby tylko moment rozpoczęcia pracy od siebie odsunąć. A przecież, jak już się rzekło – pisać kocham! Więc jak to jest? Czyżbym po prostu wmawiał sobie pasję?Klucz do Świata Fikcji (1)Przyznam, że minęło wiele czasu (zdecydowanie zbyt wiele) nim zacząłem analizować ten fenomen. Rozwiązanie jego zagadki przyszło jednak bardzo szybko. Otóż, radość z pisania rośnie w miarę pisania właśnie. Zacząć jest ciężko, bo wczucie się w wykreowany świat, mentalne dostrojenie się do niego, a więc dokonanie przeskoku ze świata rzeczywistego w świat fikcji literackiej kreowanej na bieżąco, wymaga od twórcy zaangażowania dwóch szczególnych cech: wyobraźni i wrażliwości. Fantazja umożliwia nam wizualizację fikcyjnego świata, wrażliwość ułatwia zaś emocjonalne zaangażowanie się w losy jego oraz jego mieszkańców. Z każdym słowem dopisanym do historii twórca wchodzi w nią o krok głębiej, pisanie wymaga więc coraz mniejszego wysiłku woli, aż w końcu staje się bezwiedne i dostarcza czystej przyjemności z przebywania w świecie niedostępnym innym (i, rzecz jasna, tkania tego świata).

Myślę, że problem, o którym wspominam, dotyczy znacznej części początkujących pisarzy (i, kto wie, być może większości pisarzy w ogóle). Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby istniały osoby, u których przeskok pomiędzy rzeczywistością a fikcją dokonuje się w okamgnieniu; prawdopodobnie też z czasem osiągnięcie tego udaje się coraz łatwiej. W końcu też pisanie staje się nieodłącznym elementem dnia, elementem, którego zastąpić niczym innym po prostu nie sposób. Świat wyobraźni zdaje się wtedy magnesować twórcę do siebie tak silnie, że pisarska prokrastynacja ulega zmniejszeniu bądź zupełnemu wyplenieniu.

Istnieją jednak sposoby, dzięki którym można znacznie ułatwić sobie wejście w świat własnoręcznie uskutecznianej fikcji. Najważniejsze, by każdorazowo przed rozpoczęciem pracy poświęcić choćby kwadrans na przeczytanie tego, co napisało się ostatnim razem – pozwala to wejść wyobraźni na wyższe obroty i wczuć się. Bardzo pożądane jest również rozpoczęcie pracy w warunkach, w których nie rozpraszają nas żadne bodźce. Trzeba też wziąć się w garść i nie zaglądać podczas pisania do Internetu (chyba, że konieczne jest dokonanie researchu), oraz starać się nie odchodzić od stanowiska swojej pracy.

Jest jeszcze jeden bardzo pomocny trik, który pozwala łatwiej wstrzelić się w świat fikcji literackiej. Polegując w łóżku, tuż przed zaśnięciem, należy wyobrażać sobie dalsze losy swoich książkowych bohaterów, snuć narrację w myślach. Z doświadczenia wiem, że podświadomość odwala wtedy część roboty, tworzy coś w rodzaju bazy pod kolejny dzień twórczej pracy. Wielu amatorów pisania – w tym ja sam – woli wprawdzie tworzyć opowieści spontanicznie, bez wcześniejszego zamysłu, ale nawet im raz na jakiś czas przysłużyć może się odejście na krok od stałej metody swojej pracy.

Najlepszym, co może przytrafić się pisarzowi podczas pisania, jest stan naprawdę głębokiego wejścia w kreowany przez niego świat; stan, kiedy nawet rozmawiając z kimś na tematy życia realnego, duchowo wciąż przebywa wewnątrz powieściowej rzeczywistości. Mi osiągnięcie go udaje się zazwyczaj po 5 godzinach wytężonej pracy, czasem – wcale. Podejrzewam jednak, że u różnych ludzi rzecz ma się rozmaicie. Oczywiście, stan ten nie trwa długo. Po nim następuje coraz większe zmęczenie umysłowe; myśli wloką się jak po wypiciu kilku piw, słowa przestają się ze sobą kleić. Jest to chwila, kiedy należy dać sobie spokój z pisaniem, i odpocząć umysłowo.

Reasumując, zanurzenie się po czubek głowy we własnoręcznie tworzoną fikcję nie zawsze jest proste, ale niemal zawsze jest możliwe, przy odrobinie silnej woli i dobrej organizacji miejsca pracy. W przypadku pisania, chyba bardziej niż w przypadku jakiegokolwiek innego twórczego zajęcia, najtrudniej jest zacząć. Dobrać się do drzwi, za którymi roztacza swe piękno świat fikcji można specjalnymi kluczami, albo kombinując wytrychem; są nawet tacy, którzy potrafią wykopać je z zawiasów razem z futryną, ale to już temat na osobny artykuł.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Przeskoczyć Siebie

Skończyłeś właśnie swoją książkę. Brudnopis zredagowałeś, poddałeś korekcie, wyszlifowałeś, i wypolerowałeś tak, że sam (bez pomocy profesjonalnego redaktora) nie jesteś w stanie przysłużyć mu się bardziej. Efekt końcowy zadowala Cię jednak na tyle, że decydujesz się rozesłać go po Wydawnictwach, co też czynisz.Przeskoczyć Siebie (1)Początkowo sprawdzasz pocztę mailową kilka razy dziennie – rozsądek podpowiada Ci wprawdzie, że nie masz co liczyć na szybką odpowiedź, ale emocje biorą górę. Dzwoni telefon – zakwitasz nadzieją, że to być może szef jednego z Wydawnictw chce zaproponować Ci wydanie książki, ale nie, to tylko siostra telefonuje z pytaniem, czy nie trzeba Ci czegoś ze sklepu (to dobrze, że dzwoni, bo chętnie zajesz emocje chipsami i zapijesz zimnym piwem). Oczekiwanie na odpowiedź sprawia, że jesteś podekscytowany, chwilami nawet lekko nabuzowany. Przecież w każdej chwili może nadejść TEN moment! I nawet, jeśli nie wywróci Twojego życia do góry nogami, nawet jeśli nie zapewni Ci stabilizacji finansowej i uznania w oczach ogromnej rzeszy czytelników, tchnie ożywczy wiatr w Twoje skrzydła – a tego jako pisarzowi potrzeba Ci przecież najbardziej.

Stopniowo jednak napięcie słabnie; dochodzi do Ciebie, że nie możesz spocząć na laurach, i bierzesz się za tworzenie nowego utworu. Wiesz, że gdzieś tam obracają się tryby maszynerii wydawniczej (niemal słyszysz ich fikuśne terkotanie!), i że prędzej czy później zobaczysz efekty ich pracy. Zrobiłeś swoje, a teraz czas niech działa na Twoją korzyść; nie będziesz wchodził mu przecież w paradę.

Mija miesiąc – i nic. Zero odzewu. Zastanawiasz się, czy Twój świetny tekst nie zginął Wydawcom w stercie czyichś gniotów (tak, jesteś taki pewny siebie!). Mija drugi; dostajesz kilka uprzejmych odmów na zasadzie kopiuj-wklej. Zaczynasz żywić podejrzenie, że może jednak Twoje dzieło nie jest tak dobre, jak sądziłeś. Trzeci miesiąc przynosi kilka kolejnych tego typu odpowiedzi. Zaczynasz zastanawiać się, jak to możliwe, że tyle miesięcy wytężonej pracy i poświęceń nie zaowocowało sukcesem. Bo jak to? Wyrwałeś sobie serce, i wsadziłeś je w tekst tylko po to, by kilku wewnętrznych recenzentów Wydawnictwa odesłało Cię z kwitkiem? I to ma być wszystko?

Więcej odpowiedzi nie będzie – wiesz o tym dobrze, bo Wydawcy umieścili na swojej stronie internetowej informację, że w razie zainteresowania tekstem kontaktują się z ich Autorami w ciągu właśnie 3 miesięcy. Tylko nieliczne z nich odpowiadają nawet w przypadku odmowy. Musisz jakoś przełknąć porażkę.

Czytasz swój utwór raz jeszcze, od początku do końca, po raz pierwszy, odkąd puściłeś ją w ruch. Zastanawiasz się nad wszystkimi jej aspektami: fabułą, stopniowaniem napięcia, wiarygodnością psychologiczną postaci, klarownością opisów, naturalnością dialogów, melodią tekstu, słownictwem, itd. Być może dostrzegasz mankamenty, które wcześniej były dla Ciebie niewidoczne, a być może nadal uważasz, że dałeś z siebie wszystko.

Co w takim razie poszło nie tak? Być może, jako Autor utworu, mimo naprawdę szczerych chęci, nie jesteś w stanie spojrzeć na niego obiektywnie. Może tekst jest do kitu i nadaje się tylko do kosza na śmieci, a może jest dobry, ale nie wystarczająco dobry, by go wydać, bo Wydawcom trafiły się lepsze. Zaczynasz rozumieć, że jesteś tylko jedną z niezliczonych rybek w tym wyścigu pod bystry prąd rzeki, że sił próbuje wielu, ale większość z nich odpada już przy pierwszej próbie, daje sobie spokój, i płynie z nurtem, czasami – brzuchem do góry.

Ale porażka nie złamie Cię. Nawet jeśli opadniesz z sił, i prąd poniesie Cię daleko w dół tej rzeki, podejmiesz kolejną próbę. Napiszesz książkę lepszą niż poprzednia – musi być lepsza, bo podczas pisania poprzedniej wzrosło Twoje doświadczenie w obchodzeniu się ze słowem pisanym – i być może Ci się powiedzie. A jeśli nie – napiszesz kolejną. I jeszcze kolejną. I jeszcze. Do skutku. Przeskoczysz samego siebie tyle razy, ile będzie trzeba, bo masz do opowiedzenia światu kilka historii, i nikt nie zrobi tego za Ciebie.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Jesteś

Tak mało piszę tutaj o Tobie, która ocaliłaś moje życie, podałaś mi rękę w chwili, gdy wisiałem nad przepaścią. Czasami narzekasz na to; martwisz się, że kiedy zostaję sam, nie myślę o Tobie tak często i gorąco, jak dawniej, że wszystko inne zajmuje mnie silniej. Kiedy przeglądam swoje eseje, stwierdzam, że Twoje pretensje są w pewnej mierze uzasadnione, jakkolwiek – nie jest to prawda; życie nauczyło mnie, że ci, którzy najbardziej afiszują się swoją miłością przed światem, tak naprawdę nie są jej pewni i potrzebują cudzej atencji i aprobaty, by uczucie to mogło trwać. Ogień, który między nami goreje, radzi sobie bez tego i należy tylko do Nas.

Dzisiaj jednak przemówię głośno. Po raz pierwszy od tak dawna, na drodze wyjątku. Opowiem o sobie i o Tobie, o Nas, tak szczerze, jakbym pisał to własną krwią, tu i ówdzie rozcieńczaną łzami. Kto ma uszy, niechaj słucha.Jesteś (1)Był czas, kiedy przesiadywałem z kolegami na poboczach piaszczystych ścieżek, i zapijałem smutki oraz samotność. Czas, kiedy byłem niczym więcej, niż tylko ucieleśnieniem druzgocącej pewności, że zawsze już będę sam, że miłość ominie mnie szerokim łukiem. Siedzieliśmy tam, i przeklinaliśmy życie, na czym świat stoi, a młodość przeciekała nam przez palce. Babraliśmy się w niej tak, jak niektórzy lubią babrać się w mokrej glinie, nie mając jednak pomysłu na to, co z niej uformować – dla samej płynącej z tego bezmyślnej, dziecięcej przyjemności. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych dni – kiedy muskam tamtego młodego człowieka, którym byłem, swoją myślą – wydaje mi się, że zdarzyło się to w innym życiu.

Jak mam wysłowić to, co działo się we mnie na widok dziewcząt – atrakcyjnych, roześmianych, cieszących się życiem? Mijałem je, czując całym sobą, że są mi równie niedostępne jak księżyc, i jedynym, na co mogę sobie wobec nich pozwolić, jest cichy podziw. Motyle tłukły się w moim podbrzuszu, jak ćmy tłuką się sierpniowymi wieczorami o klosz frontowy domu, a żal ściskał gardło twardą ręką. Chciałem całować ich usta, patrzeć w ich oczy, obejmować ich talie, i chciałem poświęcać się ich dobru, pielęgnować w nich to, co najpiękniejsze, a fochy ich przyjmować z namaszczeniem. Nie chciały mnie! Nawet nie raczyły omieść mnie spojrzeniem swoich perfekcyjnie pomalowanych oczu, gdy mijaliśmy się na ulicy. Byłem dla nich przeźroczysty jak powietrze.

Były w moim życiu dwie dziewczyny, i coś pomiędzy mną a nimi. Miłość? Tak, ale obustronnie niedojrzała, a z mojej strony również skrzywiona przez samotność. Uczucie jednocześnie kruche i niszczycielskie – jak młotek, który sam rozpada się na części w momencie uderzenia w filigranową porcelanę. Nie chcę tego roztrząsać; zanudziłbym się na śmierć, toż to flaki z olejem, opera mydlana, a zresztą: nie ma o czym mówić. Było, minęło, i teraz, wspominając te relacje, nie mam dla nich niczego, poza obojętnym wzruszeniem ramion.

Ale wtedy miały na mnie kluczowy wpływ. Postradałem rozum. Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Widziałem tam ludzi, których choroba duszy łamała jak zapałki, i widziałem, jak miłość (i fachowe leczenie rzecz jasna) pozwalała im podźwignąć się ze swego nieszczęścia, powstać z popiołów. I gdybym te trzy miesiące wcześniej nie poznał Ciebie – nie wiem, czy udałoby mi się poskładać jakoś do kupy, czy zrobiłbym to dla samego siebie. Myślę, że nie, i że już dawno nie byłoby mnie na tym świecie.

Dzieli nas różnica wieku. Dzieli? Nie powiedziałbym. Łączy. Twoje pojawienie się w moim życiu stanowiło dla mnie punkt zwrotny, moment zejścia ze ścieżki, na którą Ty w tym samym momencie z racji swojego wieku dopiero wkraczałaś. Znam ją jak własną kieszeń; znam na niej każdy kamień, każdą koleinę, każdy wybój. Jestem Twoim przewodnikiem, i nie pozwolę Ci zginąć, a jeśli potkniesz się, podam Ci rękę. Będę brał Cię na barana, na głowę, i na ręce, i niósł pod górkę. Będę dbał o Ciebie, pielęgnował w Tobie to, co najlepsze, byś rozkwitła pełnią siebie roztaczając swe piękno na cały świat.

Ale to działa w obie strony. Trzymasz mnie w pionie. Wierzysz we mnie. Potrafisz mną potrząsnąć, kiedy trzeba, a kiedy potrzebuję, żeby roztkliwiać się nade mną – robisz i to. Mogę liczyć na Twoją mądrość, kiedy dostaję głupawki, a kiedy jakiś problem przytłacza mnie swoim ciężarem – obracasz go w drogocenny żart, jak ołów w złoto, przy pomocy kamienia filozoficznego błyskotliwego poczucia humoru. Tylko przy Tobie stać się mogę najlepszą wersją samego siebie – dla Ciebie, dla siebie, i dla świata.

Kiedy idziemy razem przez miasto, trzymając się za ręce, i dociera do mnie własna przynależność do zbioru wszystkich tych par, czuję się, jakbym dostał skrzydeł, i frunął na nich, niesiony podmuchem wydanego w tej samej chwili boskiego tchnienia. Czasami przypominam sobie wtedy o tym zapijającym samotność chłopaku, którym byłem, i uśmiecham się do niego. Gdyby ten koleś tylko wiedział, co go czeka w przyszłości, nie lałby łez, tylko uzbroił się w cierpliwość!

Jesteś piękna, a ja… Cóż: takie dziewczyny jak Ty zazwyczaj nie spotykają się z takimi facetami: wizualnie przeciętnymi artystycznymi duszami bez wykształcenia i perspektyw zarobkowych. Kiedy patrzę sennym wzrokiem, jak wychodzisz z łóżka i ubierasz bieliznę, czuję całym sobą, że w życiu, pomimo wszystkiego, co przeszedłem, i tak mam więcej szczęścia niż rozumu.

Ale bywam też łajdakiem, a Ty – zimną suką. Czasami tracimy nad sobą kontrolę, i wypowiadamy słowa, których potem gorzko żałujemy. Bywa też, że ranimy się tylko po to, by sprawdzić, czy nasza miłość wytrzyma ból, czy jest prawdziwa. To głupie, ale oboje rozumiemy, że czasami tak po prostu musi być, i jesteśmy skłonni płacić tą cenę, przez całe życie, w ratach, wiedząc, że jest to niby kredyt, na którym żyjemy.

Tych kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy, nie wiedziałem, czy i jak długo będziesz ze mną nadal. Miałem za sobą ćwierćwiecze życia, i wiedziałem już, że ludzie raz są, a raz ich nie ma; że blakną hartowane przejściami sympatie, które trwać miały po kres dni, i że wystarczy na kilka miesięcy stracić bliską osobę z oczu, by ta zmieniła się nie do poznania. Ale od tego czasu przeszliśmy razem tyle kilometrów, gryźliśmy glebę tyle razy, tak wiele razy upadaliśmy i podnosiliśmy się – zawsze ramię w ramię! – że dziś już nie mam wątpliwości, że będziesz zawsze, skoro do tej pory jesteś.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Paulo Coelho – ”Alchemik”

Paulo Coelho - ''Alchemik''Nim zabrałem się za Alchemika, naczytałem się o nim, naczytałem. Większość odbiorców gromiła tę najsłynniejszą powieść Coelho za jej banalność i pseudo-odkrywczość, niektórzy jednak – i było ich całkiem sporo, nawet wśród czytelników dość mocno w bojach czytelniczych już zaprawionych – chwaliło za mądrość życiową. O ile zwykle podchodzę sceptycznie do takich nagonek – zdarza się, że besztane z błotem są książki naprawdę oryginalne i dobre – tak tym razem spodziewałem się właśnie totalnej klapy. Cóż ukrywać: nie pomyliłem się.

Bohaterem powieści jest Santiago, pasterz owiec. Po tym, jak zrezygnował ze święceń kapłańskich, błąka się po Andaluzji nigdzie nie zagrzewając na dłużej miejsca. W nocy śni mu się kilkukrotnie skarb zakopany w Egipcie, wśród piramid. Gdy udaje się do wróżbitki z prośbą o wyjaśnienie znaczenia majaku, ta poleca mu udać się na poszukiwania fortuny. Wkrótce też spotyka na swojej drodze mędrca, który tytułuje się królem Salem i naprowadza go na jego właściwą życiową ścieżkę, polecając mu podążać nią. Santiago udaje się w podróż do Egiptu.

Przesłanie Alchemika jest następujące: człowiek powinien podążać za swoimi marzeniami, gdyż tylko to pozwoli mu stać się najlepszą wersją samego siebie, co na dobre wyjdzie nie tylko jemu samemu, ale i całemu światu. Przekaz ten, równie szlachetny co banalny, ubrany jest niestety w tanie łachmany pseudofilozoficznego i pseudopoetyckiego bełkotu. To zresztą właśnie cały Coelho: najpierw przyodziewa oczywistości i niezbyt odkrywcze prawdy życiowe w określenia trącące metafizyką, a potem objaśnia je, nadając im pozory wzniosłości. Napomknięcia (jakże liczne, jakże liczne!) o Własnej Legendzie, o Duszy Wszechświata, Wojowniku Światła i co tam jeszcze, na początku irytują, potem już zwyczajnie śmieszą. Czytając Alchemika miewałem silne poczucie, że oto obcuję z wytworem niegroźnego szaleńca. Bo (wybaczcie określenie) system filozoficzny przedstawiony w powieści jest na swój sposób spójny – tyle, że jest głupi i nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Równie dobrze mógłby to być poradnik o tym, jak żyć na księżycu.

Weźmy chociażby przykład anglika podróżującego z Santiago do oazy. Poszukuje on Alchemika, by dowiedzieć się, w jaki sposób wyprodukować kamień filozoficzny. Odnaleziony mędrzec po prostu mówi mu, żeby spróbował to zrobić. I co się dzieje? Ów anglik, który mógł uczynić to dekadę wcześniej, robi to dopiero teraz, za jego przyzwoleniem. Nawet jeśli potraktować ten wątek w charakterze przypowieści objawiającej prawdę życiową (banalną do bólu: że wcale nie potrzeba czyjejś zgody do spełnienia swoich marzeń), jest on wprost idiotyczny.

Sporo w Alchemiku również nadzwyczajnych bzdur. Mowa o podniosłych stwierdzeniach, że Wszechświat działa na korzyść ludzi mających odwagę dążyć do ziszczania swoich marzeń (samorealizacji i szczęścia w miłości), że świat przepełniają znaki wskazujące właściwą drogę postępowania i można nauczyć się je czytać, itd. Zresztą bzdury te najlepiej chyba tłumaczą sukces komercyjny Alchemika: ludzie lubują się w wierze w tego typu słodkie i wygodne kłamstewka. Osobom poszukującym w życiu motywacji do pracy nad sobą i swoim życiem poleciłbym raczej książki z zakresu rozwoju osobistego.

Ocena, jaką przyznaję powieści nie jest niższa tylko dlatego, że, cokolwiek by nie mówić, napisana jest przynajmniej z poszanowaniem zasad gramatyki. Przypadło mi też do gustu jej całkiem przewrotne zakończenie. Dobry człowiek z tego Coelho, poczciwa z niego dusza, ale niestety marny pisarz i raczej słaby myśliciel. W Alchemiku nie ma ni rozrywki, ni napięcia, ni prawdziwej mądrości.

Ocena: 3/10 (słaba).

***

Okładka: Drzewo Babel

Poszedłbym na Grzyby

Nie ukrywam, że koniec poprzedniego sezonu grzybowego przyjąłem z pewną ulgą. Był niezwykle urodzajny (co oczywiście ogromnie mnie cieszy), ale świadomość, że las pełen jest grzybów, nie pozwalała mi odpocząć od zbierania ich, i gdyby nie to, że pojaw dobiegł końca, pewnie padłbym w głębi lasu ze zmęczenia, i dopiero w następnym sezonie jakiś poszukiwacz borowików znalazłby mój zamszony szkielet. Od jakiegoś miesiąca brak grzybobrań daje mi się jednak we znaki: brak mi obcowania z naturą, i emocji towarzyszących poszukiwaniu i znajdowaniu tychże smakołyków.Poszedłbym na Grzyby (1)Jeszcze w grudniu pobrzmiewały w Polsce doniesienia o pojawie… kurek. Był to jednak chwilowy kaprys Matki Natury – grzybki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, przegnane przez mróz. Grzybiarzom pozostało więc poszukiwanie grzybów zimnolubnych, jak chociażby płomiennica zimowa. Niestety, w mojej okolicy znaleźć jej nie sposób. Kiedyś widziałem bardzo pokaźną kolonię tego gatunku na pewnym drzewie, ale myślałem, że jest to trujak, i nie poświęciłem jej należytej uwagi. Gdy już udało mi się go prawidłowo oznaczyć, i wróciłem w to miejsce, okazało się, że bobry ścięły drzewo i o grzybkach mogę zapomnieć.

Prawie każdej nocy śni mi się, że jestem na grzybobraniu. W snach tych lasy są tak przepełnione grzybami, że wystarczy schylić się by zerwać całe ich naręcze. Kiedyś śniły mi się też prawdziwki wielkości drzew; to jednak jeszcze nic. Koronnym dowodem mojej ”grzybofilii” niech będzie fakt, że pewnej nocy miałem nawet majak o jedzeniu marynowanego muchomora zielonawego (sromotnikowego)!

W poprzednim sezonie rozwinąłem się nie tylko jako smakosz (spróbowałem po raz pierwszy w życiu m. in. muchomora czerwieniejącego oraz purchawki chropowatej): zacząłem również fotografować grzyby, by sporządzić atlas gatunków występujących w mojej okolicy. Wykonałem w tym celu ponad tysiąc zdjęć (oczywiście do swojego projektu wybrałem tylko kilkadziesiąt najlepszych). W tym roku zamierzam oddawać się fotografowaniu kapeluszowych ślicznotek z jeszcze większa pasją.

No, dobra: nie tylko sama pasja zbierania sprawia, że chciałbym ruszyć na łowy. Z zapasów marynowanych grzybów, które posiadałem kończąc sezon (było tego ze 40 słoiczków – dwa razy tyle zjadłem w raz z rodziną wcześniej) zostały mi tylko 3. Nie da się ukryć: łasuch ze mnie. Kiedy byłem o dekadę młodszy, potrafiłem zjadać słoiczek marynowanych podgrzybków na czczo i popijać je Coca-Colą; dziś niestety układ pokarmowy już nie ten, co przed laty, i na takie ekscesy pozwolić sobie nie mogę. Mimo to grzyby i tak mógłbym jeść codziennie.

A grzybowe cymesy w sklepach kosztują, kosztują. W przypadku podgrzybków marynowanych ceny zaczynają się od 11 złotych (grzybki II klasy) i kończą na około 20 (I klasa). Borowiki marynowane pierwszej klasy (marynowane w całości maleństwa, można by rzec: grzybowe noworodki) kosztują aż 39 złotych za słoiczek 350 ml; tańsze (klasa II) kupić można za ok. 13 złotych. Producenci grzybów suszonych również każą sobie za nie słono płacić. Grzyby jak widać są niemal na wagę złota.

Bardzo ciekawi mnie, jaki będzie nadchodzący sezon. Poprzedni był bodajże najlepszym w całym moim życiu, i z tego, co czytałem, rozpieszczał grzybiarzy w całej Polsce. Tak ogromny pojaw grzybów następuje raz na kilka lat, dzięki korelacji kilku bardzo sprzyjających ich pojawianiu się czynników; tym razem można więc spodziewać się znacznie skromniejszych zbiorów. Na wszelki wypadek lepiej więc wstrzymać się trochę z pałaszowaniem zapasów.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.