Archiwa tagu: depresja

Wygrać z Depresją

Wygrać z Depresją (1)Można śmiało powiedzieć, że depresja jest chorobą równie pospolitą, co wstydliwą. Choruje na nią masa ludzi, ale większość z nich nie dopuszcza do siebie tej świadomości. Bo depresja kojarzy się ze słabością, z użalaniem się, z lenistwem, z wymówką, i z potrzebą atencji; z wymyślaniem sobie problemów z braku laku, dla rozrywki. W skrajnych przypadkach zaburzenie psychiczne postrzegane jest przez ludzi nawet jako forma upośledzenia umysłowego. To straszne, ale taki właśnie obraz tej choroby wciąż jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie (choć jego świadomość, na szczęście, nieustannie wzrasta).

Na depresję leczę się od czterech lat. Ile czasu chorowałem, zanim wybrałem się do specjalisty? Co najmniej siedem. Przez cały ten czas żyłem na krawędzi, biłem się z destrukcyjnymi myślami; przestałem być panem swojego życia, stałem się jego biernym obserwatorem. Tych siedem lat przeciekło przez moją świadomość tak, jak woda przecieka przez palce, ledwie pozostawiając po sobie ślad. Siedem lat, ponad 2500 dni młodości wyrwanych z życiorysu. A mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie przyzwyczaił się do tak fatalnego stanu rzeczy, gdybym nie uwierzył w to, że tak być musi – podobnie jak wielu ludzi, których poznałem.

Chciałbym tym tekstem przekonać wszystkich tych, którzy męczą się z fatalnym samopoczuciem i przez to funkcjonują znacznie poniżej swoich możliwości, do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Każdy z Was może być szczęśliwym człowiekiem i produktywnym członkiem społeczeństwa – choć droga ku temu bywa długa, wyboista i kręta.

Żeby dostać się do psychologa w ramach NFZ, trzeba poprosić lekarza pierwszego kontaktu o wypisanie stosownego skierowania. Potem należy umówić się (na przykład telefonicznie) na wizytę w wybranej poradni zdrowia psychicznego. Skierowania nie wymaga za to spotkanie z psychiatrą. Bardzo ważne jest, by jeszcze przed podjęciem leczenia poddać racjonalnej analizie swoje oczekiwania względem niego. W swoim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które oczekiwały natychmiastowych rezultatów, i szybko się zniechęcały. Niestety, tak to nie działa; ludzka psychika jest skomplikowana i praca z nią wymaga dużego nakładu pracy i czasu.

Nie ma jednego leku, który działałby równie skutecznie na wszystkich chorych. Dobranie odpowiednich medykamentów (czasami stosuje się kombinacje kilku) może nastręczać trudności nawet bardzo doświadczonemu psychiatrze. Trzeba więc wykazać się cierpliwością. I dużą odpornością psychiczną – gdyż przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nawet dobrze dobrany preparat przeciwdepresyjny może potęgować zły nastrój i myśli samobójcze. Warto też zaznaczyć, że zażywanie takich leków wymusza na chorym delikatną zmianę sposobu życia. Psychotropów nie można łączyć z alkoholem, a po niektórych z nich nie powinno się również prowadzić auta, gdyż opóźniają czas reakcji na bodźce. Prawdą jest także, że niektóre leki sprawiają, że człowiek staje się senny, że pogarsza mu się pamięć – ale w moim odczuciu jest to niska cena za poprawę samopoczucia.

Pomoc psychologa ma największe znaczenie w przypadku depresji o podłożu egzogennym – czyli takiej, która jest następstwem ciężkiej sytuacji życiowej, przygnębiających wydarzeń, itd. (wyróżnia się także depresję endogenną, uwarunkowaną biologicznie). Wiele osób odczuwa dyskomfort na samą myśl o zwierzaniu się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, ale moim zdaniem, niesłusznie (choć ja na przykład czuję się nieswojo rozmawiając z mężczyzną, dlatego na swojego psychologa wybrałem kobietę). Psycholog jest człowiekiem obiektywnym, bezstronnym w stosunku do swojego rozmówcy i osób mających kluczowy wpływ na jego życie. Rozmowa z nim jest w stanie wyrobić w chorym analityczne podejście do swoich problemów, pomaga mu zrozumieć samego siebie i mechanizmy które rządzą jego zachowaniem. Taki człowiek przestaje być bezbronny wobec samego siebie, nie musi już poruszać się po obrębie własnej świadomości jak po polu miniowym.

Depresja staje murem pomiędzy chorym, a innymi ludźmi. Im częściej osoba widząca świat w czarnych barwach spotyka się ze znajomymi, tym bardziej czuje się wyobcowana, nierozumiana. Spotkania te skutkują więc pogorszeniem nastroju i potrzebą izolacji. Mimo wszystko trzeba forsować ten mur, przebijać go własną głową, wydrapywać o niego paznokcie. Wprawdzie wsparcie psychiczne ze strony ludzi, choćby najszlachetniejsze, nie jest w stanie wykurować chorego, uzdrowić go, ale jest bezcennym uzupełnieniem terapii farmakologicznej i psychologicznej. Oczywiście, nie należy zbytnio przytłaczać bliskich rozmowami o swoich problemach i swymi złymi nastrojami, gdyż osoby bez fachowego przygotowania do walki z depresją siłą rzeczy będą się czuły wobec niej bezradne. Przebywając w gronie znajomych znacznie lepiej jest skupiać się na ich obecności, niż na swoich problemach. Nie jest to łatwe, ale można wyrobić w sobie taki nawyk.

Zdarza się niestety, że otoczenie chorego podchodzi do jego leczenia w sposób lekkomyślny, a nawet kpiący. Taki stosunek wykazuje szczególnie starsze pokolenie, w którymi depresja nie była diagnozowana i leczona. Ludzie ci wychodzą z założenia, że choroba ta jest nowoczesnym wymysłem, że dawniej ludzie nie znając takiego terminu żyli bez niej. Jest to oczywiście myślenie mylne i bardzo krzywdzące; trzeba jednak mieć wzgląd na to, że osoby wykazujące taki tok rozumowania są dziećmi swoich czasów, czasów diametralnie innych niż obecne, i że myślą w ten sposób, bo brakuje im wiedzy w tej materii. Tylko w ten sposób można oprzeć się ich poglądom (forsowanym zazwyczaj z dużym impetem) i skupić się na polepszeniu swojego funkcjonowania.

A przychodzi dzień, gdy leczenie zaczyna przynosić rezultaty; że zaczyna dostrzegać się nie tylko czerń i biel, ale cały koloryt życia, że odzyskuje się swobodę w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Jest to wiosna życia – najwspanialszy stan umysłu, jaki można sobie wyobrazić.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Reklamy

E.

E. (1)Poznałem ją w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym. Poznałem – jak to dziwnie brzmi. Dziwnie, bo nieadekwatnie; nieadekwatnie, bo przez pół roku zamieniłem z nią zaledwie kilka słów, i nie dowiedziałem się o niej niemal niczego. Ale przez cały ten czas majaczyła na horyzoncie rzeczywistości, migotała mgliście, a ja miałem na nią oko. Ot, pozornie nic niezwykłego; przesiadywałem na świetlicy, przy jednym ze stolików, i pisałem dziennik, a ona spacerowała korytarzem w jedną i w drugą stronę, przez dwie, trzy godziny dziennie. Od czasu do czasu zastygałem nad rękopisem, by pozbierać myśli, i patrzyłem to w okno, to na nią.

Z początku wzbudziła moje zainteresowanie dlatego tylko, że była ładna, i to w pewien szczególny, zupełnie pozbawiony wulgarności sposób, a jednocześnie tą urodą w ogóle się nie przejmowała, w ogóle o nią nie dbała: nie czesała włosów, nie stroiła się, nie malowała. Minęły dwa czy trzy tygodnie, nim zorientowałem się, że nie chodzi na żadne zajęcia terapeutyczne, i z nikim nie rozmawia, że jest absolutnie wyłączona ze szpitalnego życia. Odkrycie to zaintrygowało mnie. Im dłużej obserwowałem ją i myślałem o niej, tym bardziej zastanawiało mnie, o czym myśli, i jaka jest jej historia?

Postanowiłem spróbować jakoś się do niej zbliżyć. Zagadnięta odpowiadała w sposób spokojny i życzliwy, ale i wskazujący jednoznacznie, że rozmowa jakakolwiek i z kimkolwiek – nie interesuje jej. Potem było częstowanie kanapkami z Nutellą, paluszkami i chipsami; jadła mi z ręki, ale zaraz potem oddalała się, powracała do swoich myśli, przepadała. Ach, jakże chciałem wejść do jej świata, zwiedzić go! Snułem wyobrażenia o tym, co też mógłbym tam zastać: rajski pejzaż, czy też krajobraz księżycowy? Jakież dziwotwory myślowe snuły się po nim? Bo że za jej alienacją stała choroba, byłem całkowicie pewien.

Zacząłem siadać naprzeciwko niej podczas posiłków. Ponieważ jestem wegetarianinem, oddawałem jej swoje porcje mięsa. Przyjmowała je tak samo, jak wcześniej przekąski: chętnie, ale milcząco. Zaczynałem być na nią o to zły, chwilami nawet czułem wściekłość, ale powtarzałem sobie jak mantrę, że kropla żłobi skałę, i uparcie, dzień w dzień, ponawiałem swoje dziecinne – bo i cóż innego mi pozostawało? – próby. Wyglądała niesamowicie, kiedy jadła; mrużyła oczy i ogniskowała spojrzenie na talerzu, a na jej twarzy malowało się skupienie laboranta. Pewien jestem, że nie istniało dla niej wtedy nic poza nim, że nie słyszała wtedy brzdęku sztućców uderzających o porcelanę ani gwaru rozmów. Gdy na talerzu pozostawały tylko drobinki – ostatnie, pojedyncze ziarenka ryżu, kaszy czy groszku – ścigała je widelcem z oczami pełnymi radosnej pasji, uśmiechając się tajemniczo pod nosem. Było w tym coś perwersyjnego i dałbym wiele, żeby dowiedzieć się, o czym wtedy myślała!

Specyficznym atrybutem E. był porcelanowy kubek z żabką. Już w chwili, kiedy trafiłem na oddział, wyglądał na niemyty od kilku tygodni, a z tego, co zaobserwowałem w ciągu następnych czterech miesięcy, miało to miejsce tylko jednokrotnie, na wskutek reprymendy pielęgniarki. Kubek ten budził we mnie nawet nie obrzydzenie, a swego rodzaju fascynację; jego wnętrze było bowiem czarne jak smoła od wszelakich osadów i fakt, że ktoś siedzi naprzeciwko mnie i pije z niego jakby nigdy nic, był wręcz surrealistyczny.

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałem, że poza mną i personelem E. nie interesuje właściwie nikogo – zupełnie tak, jakby stanowiła wytwór mojej wyobraźni, była przezroczysta jak powietrze, lub równie nieciekawa, co sufit czy podłoga. Nikt nie zagadywał jej, i nikt nie rozmawiał ze mną o niej. Na palcach obu rąk zliczę razy, kiedy ktoś z pacjentów na moich oczach zwrócił uwagę na jej istnienie. Nie rozumiałem tej bierności, i w pewien dziwaczny sposób czułem, że dotyka mnie osobiście, że mnie obraża, choć dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czemu.

Raz na dwa tygodnie przyjeżdżały po nią matka z siostrą, i zabierały ją na czterodniową przepustkę do domu. W pewien sposób odczuwałem jej nieobecność, może nawet w jakimś stopniu tęskniłem za nią. Tak, chyba tak; prawdopodobnie w jakiś sposób postrzegałem ją jako duszę tego miejsca.

Więcej o E. dowiedziałem się na grupowych zajęciach psychoterapii. Nie wiem, co sprawiło, że zjawiła się na nich tamtego dnia, ale prawdopodobnie została zwerbowana przez personel. Z jej rozmowy z psycholog wyłonił się obraz 32-letniej księgowej chorej na schizofrenię paranoidalną. Po raz pierwszy choroba uderzyła w nią, kiedy jechała autobusem; usłyszała wtedy dziwaczne komunikaty wygłaszane z tylko jej widocznych pluskiew. Potem, po powrocie do domu, kontaktowało się z nią CBŚ, była również podsłuchiwana. Na stwierdzenie psycholog, że wszystko to stanowi zespół urojeń i omamów charakterystycznych dla schizofrenii, okazała delikatny, ale stanowczy sprzeciw. Jej zdaniem padła ofiarą jakiegoś spisku, w który zaangażowani są wszyscy: jej rodzina, znajomi, lekarze i pacjenci. Czemu wszyscy mieliby się tak na nią uwziąć – nie wie. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego jest tak niedostępna, i że za nic w świecie nie zdołam do niej dotrzeć.

Szpital opuściła na krótko przede mną. Leczenie farmakologiczne sprawiło, że jej stan ustabilizował się, objawy choroby zostały wyciszone, ale wciąż nie przyjmowała do siebie faktu, że choruje. Podczas pożegnania orzekła, że natychmiast po powrocie do domu zaprzestanie brania leków. Mimo takiej deklaracji lekarze uznali, że dalszy jej pobyt w szpitalu nie ma sensu. E. spędziła w nim 2 lata, podczas których zrobili dla niej wszystko, co tylko mogli. Reszta zależeć miała od niej samej i jej najbliższych.

Czasami zastanawiam się nad tym, jak potoczyły się dalsze losy E. Że po zaprzestaniu brania leków powróciła do szpitala, jest dla mnie rzeczą pewną; tak zawsze kończy się igranie ze schizofrenią.  Czy jednak przyjęła do wiadomości fakt, że choruje? Czy ułożyła sobie życie? Bywa, że nawiedza mnie w niespokojnych snach; milczy w nich tak samo, jak milczała w życiu rzeczywistym, i tylko domyślać się mogę, co za tą zasłoną milczenia skrywa.

Historia Pewnej Myśli

Zdarzyło się to jakieś dziewięć, dziesięć lat temu. Z tego, co pamiętam (a mogę się mylić, bo mimo stosunkowo młodego wieku, pamięć mam już nie tą samą, co kiedyś), trwał sierpień. Tamtego ranka wypiłem na czczo trochę amerykańskiej whiskey z Colą, by ukoić ból duszy, i wyszedłem z domu, do pracy.

Dzień był słoneczny, ach, jaki słoneczny był dzień. Pamiętam promienie słońca prześwitujące przez listowie przydomowego kasztanowca, i pamiętam setki uwitych w polnej trawie pajęczyn, które zdemaskowała osiadająca mgła. Szedłem przed siebie, z reklamówką, w której ciuchy robocze i drugie śniadanie – chipsy i Cola, możecie się śmiać – i nie mogłem się napatrzeć. Pod nogami chrzęścił mi żwir, ptaki poczynały sobie na niebie jak dzieci na placu zabaw, a gdzieś tam w głowie dokazywała nadzieja, że szef znowu wpadł w cug, i zamiast pracować, pośle mnie do sklepu po butelkę wódki, i pozwoli iść do domu.Historia Pewnej Myśli (1)Wierzyć się nie chce: szedłem tam, wtedy, młodszy o tyle i tyle, a gdzieś czekało na mnie Jutro, w którym jestem tu i teraz. I to uczucie, które gorzało w moim sercu. Nie miało przyszłości, bo byłem zbyt niedojrzały, ale kochałem Cię, Danka, z całej swojej siły i z całej swej bezsilności jedyną miłością, na jaką było mnie wtedy stać. Pragnąłem Twoich ust bardziej jeszcze niż samej śmierci, i nie dopuszczałem do siebie myśli, że kiedyś może się to zmienić. Ale tak się stało; dzisiaj moje serce należy do innej, a Ty jesteś tylko nawiedzającym mój umysł widmowym ucieleśnieniem tamtych lat.

Nie dam za to głowy (głowy, swoją drogą, obecnie cięższej o dekadę przeżyć), ale prawdopodobnie usiadłem pod przydrożną dziką gruszą, by nie dotrzeć na miejsce zbyt wcześnie, lub tylko po to, żeby zatabaczyć. Zapewne patrzyłem, jak wiatr zapraszająco kołysze drzewkiem, i zastanawiałem się, kiedy w końcu uda mi się zebrać na odwagę, i czy po tym ktoś jeszcze kiedyś zje z niego owoce. Teraz wiem, że to nie był odpowiedni moment. Ale wtedy, o, wtedy było wtedy.

Nie wiem już, czy stałem, czy leżałem, czy siedziałem, kiedy przyszła mi do głowy ta myśl, ale dobrze pamiętam proces umysłowy, z którego się wyłoniła. Pamiętam też ekscytację jaką czułem, kiedy obracałem ją w głowie, wciąż ciepłą, na wszystkie strony, bezskutecznie usiłując pojąć ją i jakoś wykorzystać. Są myśli jak spadające gwiazdy, i ta była jedną z nich, ale nie znaczy to, że dostałem ją od niebios za darmo, o nie. Wiele mnie kosztowało, by znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie – sierpniowego poranka 2007 albo 2008 roku na tamtej żwirowej drodze. Przecież całe swoje życie dążyłem do tej chwili – co z tego, że nieświadomie i bez intencji punktualnego wpasowania się w nią. Serce łamałem sobie i głowę, skórę zdzierałem z kostek, krew, pot i łzy lałem szczodrze. I oto jestem, krzyczało każdym ruchem całe moje zbolałe ciało, oto jestem, chociaż wolałbym, żeby mnie nie było, ani tu, ani nigdzie indziej.

Szedłem przed siebie (teraz już na pewno szedłem) i zastanawiałem się, co mam z tym fantem zrobić. Gdzie znajdę drzwi, do których pasuje ten osobliwy kluczyk, i co za nimi znajdę. Gdzie mogę zapłacić tą trójkątną monetą z wizerunkiem oka opatrzności, i co za nią kupię. Nie wiedziałem i nie wiem nadal, czy to, co pobrzmiewa mi w głowie (pobrzmiewa tak, że ciało niemal od tego rezonuje), to sens tej myśli, czy też dałem się ogłuszyć jej przewrotnością (prawdą a Bogiem, myśl to dosyć wymyślna). Na przestrzeni lat mimowolnie zrobiłem z niej coś w rodzaju duchowego talizmanu, i od czasu do czasu skupiam się na nim, by odpędzić swe demony. Do dzisiaj nie znalazłem dla niej innego zastosowania, ale może właśnie tak powinno być. Kiedyś może stać się pamiątką z tamtych lat, i posiadać już tylko wartość sentymentalną.

Poszedłem więc dalej, przed siebie, i, nie chce się wierzyć, dotarłem tutaj, gdzie jestem, do punktu, z którego nie umiem o tamtym dniu (i wielu innych) myśleć inaczej, niż gdyby przydarzył mi się w innym życiu.

Myśli Rezygnacyjne

Myśli Rezygnacyjne (1)Na co dzień jestem optymistą. Wiem, czego mi potrzeba, potrafię do tego dążyć, i wierzę, że jestem w stanie to osiągnąć. Czasami jednak przychodzi chwila zwątpienia. Pojawiają się łzy, a po nich – jak grzyby po deszczu – wyrastają robaczywe pytania typu: Po co ci to?, Czy nie lepiej byłoby to olać?, Naprawdę myślisz, że ci się uda?, itd.

Czasami mam ochotę odpuścić wszystkie swoje marzenia i cele. Położyć się do łóżka, i nie robić nic, poza jedzeniem, spaniem, i czytaniem książek. Wyłożyć lachę. Mógłbym zrobić to, a potem raz na kilka lat starać się o kolejny zasiłek, i wegetować tak do momentu, kiedy okaże się, że mam raka – co byłoby jednoznaczne z otrzymaniem zielonego światła na samobója. Tak, nie raz i nie dwa myślałem, że byłoby bardzo nieźle, gdyby los zdecydował za mnie, że z rozkoszą poddałbym się jego ślepemu trafowi (już dawno temu wykoncypowałem, jak to jest z tym przeznaczeniem i przypadkiem: że ludziom przeznaczony jest przypadek).

Są też momenty, kiedy marzy mi się wybuch Trzeciej Wojny Światowej, i szybka nuklearna zagłada na globalną skalę. Miewam przebłyski pewności, że tak byłoby lepiej zarówno dla całej ludzkości, jak i każdego człowieka z osobna – że nasza egzystencja jest bezsensowna i ciężka, a przy tym jesteśmy zbyt głupi, by pojąć to, i zbyt tchórzliwi, by zrobić ze sobą porządek. Tak, tak; miewam takie myśli, przyznaję się bez bicia. Nie mogę zupełnie wykluczyć, że gdybym miał w tym momencie możliwość naciśnięcia magicznego guzika, który wysadziłby całą planetę w powietrze – nie skorzystałbym z niej. Prawdopodobnie tak właśnie by było, chociaż przed dokonaniem tego wypiłbym piwo albo dwa. Nie więcej, bo przy trzecim mogłoby mi się odechcieć. Wybaczcie mi to, Drodzy Ludzie. Chcecie żyć i macie po co oraz dla kogo (a w dodatku od czasu do czasu wpadacie tutaj, żeby poczytać moje wypociny), a ja, w chwili słabości, gotów byłbym unicestwić Was razem z całą cywilizacją. Wiem, czym to pachnie, uwierzcie mi. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że mam dobre intencje. Tak, tak: wiem, wiem. Lada dzień umawiam się na wizytę.

Są chwile, kiedy nagle przestaję rozumieć siebie i świat. Chwile, kiedy pali mnie niemożność objęcia czegokolwiek myślą lub uczuciem. Chwile, kiedy, jakby to ujął Pan Zbyszek ze szpitala, ”przestaję ogarniać temat”. Czy jednak powinno mnie to dziwić? Żyjemy w rzeczywistości, która na wskutek niezrozumiałych dla nas procesów wyłoniła się z niebytu przed prawie 15 miliardami lat. Na poziomie atomów składamy się z cząsteczek równie martwych, jak te, które tworzą kamień (wypada również dodać, że cząsteczki te to niemal sama pustka). Wszystko, co widzimy, słyszymy, smakujemy, czujemy węchem i dotykiem, słowem – wszystko to, co pojmujemy zmysłami – to nie rzeczywistość sama w sobie, a zaledwie jej model, stworzony przez ograniczony umysł, by umożliwić nam funkcjonowanie. Żyjemy sobie w tej iluzji, trudzimy się i znosimy cierpienie, nie mając pojęcia, jaki jest w tym sens, ale wszyscy zgodnie przymykamy na to oko w nadziei, że na wielkie odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas. Po kilkudziesięciu latach (jeśli dopisze nam ”szczęście”; bywa, że znacznie wcześniej) umieramy jednak pogrążeni w egzystencjalnej niewiedzy, przestajemy istnieć, a świat zapomina o nas.

A czym jest ten świat? Toczą go wojny, choroby cywilizacyjne, terroryzm, nieludzkie systemy polityczne, korupcja, zalegalizowane mafie (m. in. koncerny farmaceutyczne i kościoły), wyzysk, kult pieniądza, technologizacja życia, konsumpcjonizm, bzdurne filozofie, patologiczna poprawność polityczna. Świat to jeden wielki kipiący cierpieniem pierdolnik.

Kiedy te chwile słabości mijają, wstydzę się ich. Bo na ogół, ba, niemal zawsze – chcę żyć, wierzę w siebie, i czuję, że to, co jest, stanowi sens sam w sobie. Ale czasami, czasami, ach, czasami jest tak kurewsko ciężko, czasami widzi się całą żałość życia, więc wybaczcie mi proszę, Drodzy Ludzie, że miewam ochotę wysadzić Nas wszystkich w powietrze, w dodatku z (minimalnym, ale jednak) uśmiechem na ustach.

Życie to jedna wielka sytuacja Kafkowska, albo, jeśli wolicie, czeski film. Pół biedy, kiedy ten jest niezły. 

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

R.I.P. Chester Bennington

R.I.P. Chester Bennington (1)Każde pokolenie ma swoich muzycznych idoli. Są to zdolne i charyzmatyczne jednostki, których twórczość łączy młodych ludzi niczym religia. Niestety, niektóre z tych ikon odchodzą przedwcześnie, niemal osieracając swych – wychowujących się na ich muzyce – odbiorców. Przedwcześnie zmarli Elvis Presley, Kurt Cobain, Jimi Hendrix, Jim Morrison, 2Pac, Janis Joplin i wielu, wielu innych. Niestety, niedawno do tego grona dołączył wokalista zespołu Linkin Park, Chester Bennington. Muzyk powiesił się w urodziny swego przyjaciela, Chrisa Cornella, który odebrał sobie życie dwa miesiące wcześniej. Chester miał zaledwie 41 lat.

Nie będę owijał w bawełnę: Linkin Park skończył się dla mnie na albumie ”Minutes To Midnight” z 2007 roku. Wszystko, co Linkini wydali po tej płycie – a były to aż cztery studyjne krążki – jest dla mnie szajsem. Nie rozumiem, dlaczego zespół, który nagrał tak świetne płyty utrzymane w nu-metalowej stylistyce i osiągnął w niej tak olbrzymi sukces, poszedł w zupełnie innym kierunku, i nie rozumiem, jak ktokolwiek może tego słuchać – nawet z potrzeby czysto masochistycznej; nie zmienia to jednak faktu, że ich dwie pierwsze płyty – ”Hybrid Theory” (2000) i ”Meteora” (2003) od grubo ponad dekady znajdują się w moim top 5 rockowych płyt, i że band ma u mnie za nie dożywotni szacunek. A także, że gdzieś w głębi serca miałem nadzieję na to, że Linkin Park zatoczą koło, i wrócą do korzeni, serwując swoim starszym fanom muzykę, za którą ci ich pokochali.

Jak można było się tego spodziewać, pod artykułami o tragicznej śmierci wokalisty dwoi się i troi od komentarzy jak zawsze wszechwiedzących Internautów; ignorantów przekonanych, że pozjadali wszystkie rozumy, i że w małym palcu mają wiedzę o tym, czym jest depresja, tylko dlatego, że gdzieś coś o niej czytali; sędziów, którzy już wydali wyrok na Chesterze, przypinając mu (na swą jadowitą ślinę) etykietkę egoisty, potwora, ćpuna i śmiecia. Już nie szarpię sobie nerw przemawianiem im do rozsądku, jak czyniłem to jeszcze dekadę temu polemizując z hejterami Piotra ”Magika” Łuszcza. Nauczyłem się, że z głupotą nijak nie da się walczyć.

Dla fanów zespołu nie jest żadną tajemnicą, że Chester od lat zmagał się z wieloma silnymi demonami – wspomnieniem molestowania seksualnego z czasów dzieciństwa, uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Jego samobójstwo nie było rezultatem chwilowego widzimisię, kaprysu nastroju, a końcem długiej i żmudnej walki o siebie i swoje życie. Chester nie uciekł z pola walki – skonał na nim, i to czyni z niego wojownika, któremu należy się szacunek.

Mogę założyć z niemal całkowitą pewnością, że nikt z czytających te słowa (w tym naturalnie ja sam) nigdy nie dowie się, jak to jest mieć miliony fanów, masę pieniędzy, i utrzymywać się z robienia tego, co zawsze się kochało, jednocześnie nie mogąc zaznać z tego powodu najmniejszej choćby radości; jak to jest nie mieć siły ani ochoty, by zwlec się z łóżka, żeby uzewnętrznić się muzycznie przed wielotysięczną publicznością i zainkasować za to sowite wynagrodzenie. Sam, pomimo swoich straszliwych depresyjnych przejść nie jestem w stanie wczuć się w położenie człowieka, któremu spowszedniało życie na samym szczycie – życie, które daje dostęp do rzeczy, o których przeciętny zjadacz chleba może tylko pomarzyć.

A jednak, ja sam, chociaż kasy mam tyle, co kot napłakał, sławy tyle, co na blogu, kocham swoje małe życie i potrafię się nim cieszyć. Swoim bytowaniem zdaje się również (na swój sposób) radować nawet miejscowy menel, Maniek. Maniek ma ponad 50 lat, i odkąd pamiętam jest podręcznikowym przykładem żula nie widzącego świata poza butelką, ale przeżył Michaela Jacksona, Amy Winehouse, Whitney Houston, Chrisa Cornella, i zapewne przeżyje wiele innych bogatych sław. Bo widzicie: Maniek, pomimo tego, że sypia na przystanku autobusowym, że szcza w gacie i jest zawszawiony, a obie jego gałki oczne skierowane są na przeciwstawne strony świata, nie ma depresji.

Czytając biografie słynnych muzyków doszedłem do wniosku, że wielu z nich sięgało po narkotyki nie tylko po to, by uciec w haj przed problemami, ale także by wznieść się na wyżyny swojej kreatywności. Niezależnie od tego, po co artysta sięga po substancje psychoaktywne, w swoim czasie będzie musiał zapłacić za ich pomoc najwyższą cenę. Zażycie np. kokainy wyzwala w organizmie ilość dopaminy i serotoniny nieporównywalnie większą, niż jest to w stanie uczynić jakikolwiek zdrowy bodziec, toteż człowiekowi, który raz sięgnął po tego typu narkotyk, wszystko wydawać się będzie nudne i przykre – wszystko, poza wyniszczającą narkotykową euforią. Zażycie twardego narkotyku jest więc niemal równoznaczne zaprzedaniem duszy diabłu. Gdy do tego dojdzie, nie ma negocjacji, i nie ma odwrotu.

Żal człowieka i artysty, jego bliskich oraz fanów. Nigdy nie dowiemy się, czy można było uniknąć tej tragedii, czy też od dawna było na to za późno. Spoczywaj w pokoju, Chester. I dzięki – muzyka Twojego zespołu towarzyszyła mi w jednym z najbardziej kolorowych okresów mojego życia, i gdy słucham jej teraz, przenosi mnie w niego duchowo jak magiczne zaklęcie.

***

Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia z wolnymi mediami.

Ciemna Noc Duszy

”W prawdziwie ciemnej nocy duszy jest zawsze trzecia nad ranem” – Francis Scott Fitzgerald.

Ostatnio rzadziej się uśmiechasz, a jeśli nawet, to przeważnie po to, by nie zwracać zbytnio uwagi innych, i uniknąć pytań, na które nie znasz odpowiedzi. Zresztą, nie ma nawet o czym mówić – każdemu trafiają się przecież gorsze dni. By rzec humorystycznie: nie jesteś w nastroju do rozmów o swoim złym nastroju. Może gdybyś znalazł sobie wreszcie odpowiednie miejsce, ale wciąż nie możesz tego dokonać. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiasz, już po chwili jest ci w jakiś sposób niewygodnie. Minie kilka kolejnych dni, nim dojdziesz do wniosku, że wadzi ci ciasny kostium własnej, żywej skóry.Ciemna Noc Duszy (1)

Twoi dobrzy znajomi zapraszają cię na spotkanie towarzyskie, ale nie masz ochoty na nie iść. Wolałbyś spędzić trochę czasu w samotności – może poczytać książkę, pooglądać telewizję, posłuchać muzyki, posurfować w Internecie. W końcu jednak dajesz się namówić. Na imprezie nie bawisz się jednak tak dobrze, jak zawsze. Śmiech ludzi wydaje ci się pusty, tematy ich rozmów błahe – zupełnie tak, jakby pękła łącząca was nić porozumienia. Przez godzinę czy dwie ukrywasz swoją irytację i usiłujesz jakoś wejść w klimat spotkania, ale w końcu wykręcasz się zmęczeniem oraz sennością, i wychodzisz wcześniej. Gdy zamykasz za sobą drzwi sypialni i padasz na łóżko, myślisz: ”Nareszcie jestem sam”.

Mijają dni, a twój humor nie poprawia się. Znajomi ciągną cię tu i ówdzie, lecz ty coraz częściej stosujesz wykręty, by móc posiedzieć w samotności. Nie działają już jednak na nich ani one, ani maska uśmiechu – przyjaciele dostrzegają, że coś jest nie tak, są zaniepokojeni i proszą cię o jakieś wyjaśnienie. Mówisz im o swoim braku energii, optymizmu, humoru, o zmęczeniu, poczuciu beznadziei i szpetoty życia. W odpowiedzi przekonują cię, że szczęście jest wszędzie dookoła, że wystarczy tylko wytężyć wzrok, żeby je zobaczyć. Próbujesz, i próbujesz, zmieniasz perspektywy, stajesz na rękach, głowie, rzęsach, ale mimo to – nie dostrzegasz go. Jesteś nawet skłonny uwierzyć im, że szczęście rzeczywiście istnieje, ale nie dostrzegając go, nie potrafisz się nim radować – tak, jak nie widząc kolorów, ale ufając innym, że istnieją, miałbyś cieszyć się błękitem nieba, zielenią trawy, różowym rumieńcem na policzkach swojej dziewczyny.

W kolejnych dniach podobne rozmowy między wami powtarzają się jeszcze wielokrotnie, aż dochodzicie do śmiertelnego znużenia nimi. W dodatku niektórzy z przyjaciół stwierdzają, że wymyślasz sobie problemy bądź wyolbrzymiasz te już istniejące, że jesteś przewrażliwiony, że usiłujesz zwrócić na siebie ich uwagę by rozpieszczali cię. Uważasz, że kilku kolejnych dobrych znajomych myśli to samo, tylko nie ma odwagi tego powiedzieć. Nieporozumienie między wami rośnie, aż w końcu utrwala się na poziomie uniemożliwiającym sensowną komunikację. Zdajecie się nadawać jakby zupełnie na innych falach. Zaczynasz rozumieć, że pomimo fizycznej obecności ludzi w swoim życiu jesteś samotny tak bardzo, że równie dobrze mogliby znajdować się oni gdzieś na drugim krańcu wszechświata.

Stopniowo świat zewnętrzny i praktyczna strona życia zaczynają nudzić cię, stają ci się coraz bardziej obojętne. Stopniowo przestajesz kontaktować i spotykać się ze znajomymi, stajesz się coraz mniej wydajny w pracy lub w szkole, twoje dotychczasowe pasje tracą na znaczeniu. Jednocześnie coraz bardziej zwracasz się ku swojemu wnętrzu, a twoje podejście do rzeczywistości staje się refleksyjne. Spędzasz wiele czasu na myśleniu o tym, co czujesz i dlaczego akurat to, a także drobiazgowo analizujesz życie poszukując w nim sensu.

Łóżko zdaje się przyciągać cię do siebie niemal magnetyczną siłą; początkowo starasz się jej opierać, ale w końcu ulegasz, i od razu zdajesz sobie sprawę z tego, że był to wybór najwłaściwszy z możliwych, bo tylko tam, na wygodnym materacu, pod ciepłą kołdrą, czujesz się bezpiecznie. Zaczynasz nawet mieć nadzieję, że w sumie to dobrze, że może po prostu wystarczy odespać ten stan, i wszystko samoistnie wróci do normy. Kilkanaście najbliższych marzeń sennych rozwiewa jednak te nadzieje – zostajesz w nich bowiem wydany na pastwę swoich najgorszych lęków. Zaczynasz rozumieć, że to jak podróż z deszczu pod rynnę i że przed tym, co ci doskwiera, nie ma ucieczki.

Pewnego dnia przypominasz sobie o samobójczej śmierci jakiegoś wybitnego człowieka – muzyka, pisarza, poety. Wertujesz Internet w poszukiwaniu informacji o nim oraz jego twórczości, i okazuje się ona lustrzanym odbiciem twoich myśli i uczuć. Identyfikujesz się z tym artystą, i zaczynasz uważać go za autorytet w sprawach życia i śmierci. Zaczynasz też sądzić, że świat po prostu nie jest miejscem dla pewnego rodzaju ludzi. Po prostu? Tak, po prostu.

Przychodzi ci do głowy pomysł, żeby uciec przed bólem psychicznym w cierpienie fizyczne. Sięgasz po żyletkę, i nacinasz swoją skórę. Widok krwi i ból sprawiają ci ulgę – po raz pierwszy od dawna myślisz o czymś innym, niż poczucie beznadziei. W przyszłości powtarzasz tą czynność wielokrotnie – na przedramionach, na udach – aż pewnego dnia po prostu wchodzi ci to w krew, i staje się czymś tak powszednim, jak jedzenie, spanie i wydalanie. Jednocześnie autoagresja traci swoją moc, przestaje być wystarczająca do rozładowania kumulującego się w tobie napięcia.

Uświadamiasz sobie, że od dnia, kiedy nazwałeś to, co cię trapi, zwyczajnym gorszym okresem, i postanowiłeś dać sobie czas, minęło już wiele miesięcy, a nic nie uległo zmianie. Dochodzisz do wniosku, że chyba najwyższa już pora spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać całokształt twojego stanu psychicznego Depresją.

W końcu mimochodem dzielisz się swoim przypuszczeniem z najbliższymi – matką, ojcem, mężem, żoną. Słyszysz, że masz za dużo czasu na myślenie, i dlatego głupoty przychodzą ci do głowy. ”Zobacz, my pracujemy i jesteśmy z siebie zadowoleni, chociaż nie mamy czasu, a ty masz go najwięcej, a tylko leżysz w łóżku i marniejesz. A tak w ogóle, to inni mają gorzej. Nie wymyślaj sobie chorób, to nie w porządku wobec naprawdę skrzywdzonych przez los”. Starsi od ciebie dodają, że w czasach ich młodości nie chorowano na depresję, i że jest to nazwa wymyślona przez obiboków na potrzebę luksusowego usprawiedliwienia ich lenistwa. Nawet nie tłumaczysz im, że depresja, jeśli już jest lenistwem, to tak silnym, że wcale nie chce się żyć, lenistwem wymagającym leczenia. Po prostu wracasz do łóżka i kładziesz się spać. Nie od razu zasypiasz – ostatnio męczy cię bezsenność – i rozważasz słowa najbliższych, i sam już nie wiesz, czy rzeczywiście jest tak jak mówią, czy nie, przez co czujesz się jeszcze gorzej.

Zaczynasz rozważać samobójstwo. Godzinami myślisz o tym, która z metod byłaby dla ciebie najodpowiedniejsza, jak wyglądałoby Twoje ciało po śmierci, ile osób przyszłoby na Twój pogrzeb, jak długo Twoi bliscy pogrążeni byliby w rozpaczy po Twojej stracie. Imaginujesz sobie moment, w którym znajdują Twoje martwe ciało, odtwarzasz go w wyobraźni raz za razem i sprawia ci to przyjemność. Jeszcze nie wiesz, jak bardzo tym samym igrasz z ogniem, że wyobrażenia te wkrótce zawładną Tobą doszczętnie.

Za pośrednictwem Internetu poznajesz kogoś, kto doświadcza podobnych stanów, co Ty. Rozmowy z tą osobą są tak absorbujące i tak szczere, jakbyście w jakiś niezwykły sposób znali się od zawsze i od zawsze tęsknili za sobą. Wspieracie się o każdej porze dnia i nocy, dyskutujecie godzinami o wzbierającym w was napięciu. To, co was łączy, szybko przeradza się w przyjaźń, w bezpieczną oazę, którą otacza bezmiar jałowego pustkowia życia.

Z czasem w ogóle zapominasz o tym, że można żyć inaczej. Że dni mogą być kolorowe i pełne wrażeń, że ludzie są interesujący, że świat jest piękny, że mimo wszystko jest się z czego śmiać, a życie, chociaż krótkie i ulotne  – ma sens, że stanowi sens sam w sobie. Jeśli jednak pewnego dnia ockniesz się wewnętrznie, i stwierdzisz, że najwyższy czas nazwać to, co Ci dolega Depresją, a potem udać się po pomoc do lekarza specjalisty – zyskasz szansę na szczęście.

Koszmar

Koszmar (1)Cel tortur w nawiedzonym gmachu snu jest tak dużo, że nie starczyłoby życia na zwiedzenie ich wszystkich, ale każdy z nas i tak poznaje ich dostatecznie wiele, by od czasu do czasu bać się zasnąć. Wszystkich, którzy ze strachu przed własnym koszmarem odwlekają moment zaśnięcia, i poszukują zajęcia dla zamykających się ze zmęczenia oczu, zapraszam do spojrzenia przez dziurkę od klucza do kilku z tysięcy cel, w których odbywałem własną kaźń.

Stoję przed lustrem w łazience i przypatruję się swemu w nim odbiciu. Gdy zbliżam się do niego o krok, chcąc przyjrzeć się sobie lepiej, dostrzegam dwie duże rany w mojej głowie. Dotykam ich dłonią, po czym powoli wsuwam palce w jedną z nich. Czuję najpierw ciepłą, galaretowatą masę swego mózgu, a potem jakby grube sznury. Natychmiast zdaję sobie sprawę z tego, że są to naczynia krwionośne. Nabieram też irracjonalnej pewności, że są zepsute, doszczętnie zapchane jak żylaki na nogach niektórych osób, i że muszę je wypruć z siebie. Z obrzydzeniem chwytam je opuszkami palców, i delikatnym ruchem wyciągam na zewnątrz. Nie czuję przy tym żadnego bólu. Znaleziskiem spoczywającym na mojej zakrwawionej dłoni okazuje się monstrualnej długości zdechły tasiemiec. Z przerażeniem zaczynam zastanawiać się nad tym, jak długo żył w mojej czaszce żywiąc się mózgiem.

Leżę na swoim łóżku w pokoju. Na fotelu siedzi facet trzymający w rękach olbrzymiego kraba palmowego, o którym wiem, że potrafi szczypcami miażdżyć orzechy kokosowe. Mężczyzna wstaje, i kładzie stawonoga na podłodze, a ten agresywnie rusza w moim kierunku. Podrywam się i uciekam do kuchni. Zaraz potem milczący mężczyzna pojawia się ponownie, z krabem w dłoniach, i znów kładzie go na ziemi. Rozglądam się po otoczeniu w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym się przed nim bronić, i znajduję nóż rzeźnicki. Chwytam go i jednym celnym ciosem zagłębiam w ciele strasznego stworzenia. Ugodzone zastyga w martwym bezruchu.

Spaceruję po swoim podwórku. Jest lato, świeci słońce. Pode mną – zieleń trawy, nade mną – nieskazitelny błękit nieba. Sielanka jest chwilowa i zostaje brutalnie przerwana krzykiem spadającego z nieboskłonu człowieka, który z impetem uderza o ziemię i ginie na miejscu. Zaraz po nim – gdzie okiem sięgnąć – spadają inni ludzie, wydając z siebie wrzask przerażenia. Ich zmasakrowane upadkiem ciała podrygują lekko w agonalnych spazmach, niesamowicie kontrastując z radosnym pięknem słonecznego dnia.

Przesiaduję na szpitalnym korytarzu. Nie wiem, co tam robię, ale chyba czekam na pojawienie się lekarza z wynikami jakiś moich badań. Doktor w końcu się zjawia – okazuje się nim kobieta. Podsuwa mi pod nos okrągłą, lśniącą, metalową tacę, na której leży parując płat mojej wątroby, oraz nóż. ”Proszę pokroić ją i zobaczyć, czy w środku nie ma białych albo żółtych włókien” – instruuje mnie lekarka. Posłusznie, acz w milczącym zdziwieniu wykonuję, co poleciła. Okazuje się, że wnętrze organu nie posiada żadnych niezdrowych przebarwień. ”Aha. To przepiszemy Panu psią karmę i powinno być dobrze” – stwierdza, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem, i odchodzi z gruczołem poszatkowanym jakby do smażenia.

Bardzo często nawiedzają mnie koszmary senne, w których okazuję się być seryjnym mordercą. Nie dotyczą one nigdy bezpośredniego zabijania kogokolwiek; zawsze rozpoczynają się od sceny, kiedy znajduje się tuż obok ciał swych ofiar (głównie anonimowych, nieznanych mi w rzeczywistości). Automatycznie zastanawiam się nad sposobem pozbycia się ich, nim zaczną gnić i śmierdzieć, ściągając na mnie uwagę innych. Potem ćwiartuję je, wywożę na odludzie i zakopuje, przy czym najczęściej komuś udaje się nakryć mnie na gorącym uczynku. Najsilniejszym uczuciem towarzyszącym mi w tych snach jest lęk przed zdemaskowaniem, trafieniem do więzienia i spędzeniem tam reszty życia, co oczywiście wiąże się z utratą możliwości spełnienia marzeń.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.