Archiwa miesięczne: Kwiecień 2017

Zofia Kopytlanka – ”W Krainie Grzybów”

Zofia Kopytlanka - ''W Krainie Grzybów''Kraina Grzybów to projekt, w ramach którego anonimowy autor (ujawnił się dopiero po zakończeniu go) opublikował w Internecie cykl psychodelicznych filmików pt. ”Poradnik Uśmiechu”. Ich motywem przewodnim było tytułowe miejsce i podróż do niego, a główną bohaterką – dziewczynka imieniem Agatka oraz jej przyjaciółka, wiewiórka Małgosia. To rozpalające wyobraźnię internautów przedsięwzięcie artystyczne (nie pozbawione również aspektu marketingowego) dobiegło niedawno końca. W tym samym jednak czasie na rynku ukazała się książka Zofii Kopytlanki pt. ”W Krainie Grzybów” – dzieło, którego stronice publikowane były kilkukrotnie na łamach profilu FB tego niezwykłego projektu.

Bohaterką tej krótkiej powieści jest kilkuletnia Karolina. Dziewczynka mieszka w bloku wraz z matką i niemal wiecznie nieobecnym ojcem. Akurat trwają wakacje, ale niweczy je padający dzień w dzień deszcz. Opierająca się sile kolorowej telewizji monotonia dni i nocy, szarość polskich realiów wczesnych lat 90, niezaspokojony głód wrażeń dziewczynki oraz jej żywa wyobraźnia stanowią mieszankę wybuchową, która otworzy jej możliwość odbycia niezwykłej podróży. Będzie to wyprawa potajemna; rodzice nie mają pojęcia o tym, jakie twory zaludniają ich mieszkanie, gdy pozostawiają w nim swe dzieci same na pastwę nudy i rozbuchanej wyobraźni. Ani o tym, że postaci te mogą uświadomić ich pociechom, że realia życia codziennego to zaledwie manowce, za których wzniesieniami kryją się meandryczne, ledwie wydeptane ścieżki wyższej rzeczywistości – takiej, jak właśnie Kraina Grzybów.

Proza powieści jest oniryczna i surrealistyczna, przepełnia ją absurd i nonsens. Stylistycznie nasuwa skojarzenia z ”Alicją w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla – powszechnie znaną bajką o dziewczynce, która również odwiedza zwariowane miejsce rodem ze snu schizofrenika. Chociaż jednak powieść Carrolla wyraźnie zainspirowała Kopytlankę do napisania ”W Krainie Grzybów”, muszę przyznać, że dzieło Polki jest w moim odczuciu znacznie bardziej intrygujące (choć może na ocenę taką ma wpływ otoczka, jaką wokół tej powieści utworzyły ”Poradniki Uśmiechu”).

Znakomitym uzupełnieniem powieści są ilustrujące ją czarno-białe grafiki. Nadają jej charakteru książki dla dzieci, stymulują wyobraźnię. Jest ich stosunkowo niewiele, ale wystarczająco dużo – w jakiś zadziwiający sposób zdaje się je pozytywnie wartościować sama ich skromna ilość (jakby w myśl zasady, że im czegoś mniej, tym jest to lepsze).

Treść powieści zdaje się wyjaśniać obsesję filmowej Agatki na punkcie Krainy Grzybów. Z jej relacjami w intrygujący sposób korespondują bowiem doświadczenia książkowej Karoliny. Wydaje się, że ”W Krainie Grzybów” była ulubioną książką Agatki, i że dziewczynka uciekła w jej rzeczywistość po przeżyciu jakiejś traumy (niemal na pewno pedofilskiego gwałtu ze strony Dżinsowego Człowieka). Środki psychoaktywne mogły wzmocnić jej doświadczenia, pozwolić jej na przekroczenie beztroskim dziecinnym susem wąskiego, cicho szemrzącego strumyka oddzielającego świat realny od świata wyobraźni. Początkowo bezpieczne fantazje Agatki przerodziły się w ostrą psychozę; bajeczne muchomory, które spotyka książkowa Karolina, w wyobraźni Agatki przybrały formę grzybów atomowych, a osobiste nieszczęście osiągnęło w jej świadomości wymiar globalnej katastrofy – wojny jądrowej (warto zwrócić uwagę na fakt, że grzyby posiadają kształt falliczny, zaś słowo ”jądra” kojarzyć się może – tym bardziej dziecku – z wyrazem ”jądrowa”). Zakodowane w treści filmików instrukcje dotyczące przetrwania nuklearnego kataklizmu, w rzeczywistości stanowią więc wykoślawiony przez psychozę poradnik życia z piętnem gwałtu.

Ale Krainę Grzybów mieli okazję odwiedzić wszyscy pasjonaci cyklu – osoby, którym sen z powiek spędzały jej sekrety, los Agatki, domniemane post-apokaliptyczne przesłanie. Wszyscy oni podtrzymywali siłą swej ciekawości i fantazji istnienie tej Krainy w zbiorowej świadomości. Po tym, jak przedsięwzięcie dobiegło końca, w oczach wielu odbiorców powrót do jej realiów stracił na atrakcyjności i okazał się niemożliwy; miejsce to opustoszało i przypomina obecnie teren zlotu młodzieżowego dzień po nim. Czy nie lepiej byłoby, gdyby autor cyklu zamiast ujawniać jego kulisy pozostawił tajemnicę w spokoju? Myślę, że nie. Jak bowiem pisał Marcel Proust: ”Prawdziwym rajem jest zawsze raj utracony”. Taki status uzyskała teraz Kraina Grzybów.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Nasza Księgarnia.

Reklamy

Vladimir Nabokov – ”Czarodziej”

Vladimir Nabokov - ''Czarodziej''Na dekadę przed napisaniem ”Lolity” Nabokov stworzył nowelę pt. ”Czarodziej”, w której po raz pierwszy wziął na warsztat motyw pedofila ogarniętego obsesją na punkcie dwunastoletniej dziewczynki. Ponieważ jednak w momencie skończenia dzieła miał o nim negatywne mniemanie, nigdy nie upublicznił go, później zaś pamięć spłatała mu figla i był pewien, że dokonał jego zniszczenia. Nowelę odnalazła wiele lat później zupełnie przypadkowo jego żona, Vera, czym sprawiła autorowi niemałą radość; z perspektywy czasu uznał je za bardzo dobre i warte publikacji. Czy ktoś, kto ma już za sobą lekturę ”Lolity”, powinien pokusić się o sięgnięcie również po ”Czarodzieja”?

Nie da się ukryć, że zarówno ”Lolita”, jak i ”Czarodziej”, opierają się tym samym schemacie fabularnym: bohaterem jest czterdziestoletni samotnik niezdrowo zafascynowany dziewczętami w wieku pokwitania, który dla możliwości obcowania z dziewczynką wiąże się z jej matką. Podobnie też jak bohater ”Lolity”, tak i bezimienny bohater ”Czarodzieja” jest człowiekiem o wybujałej uczuciowości, i opiewa swą chuć w pięknych słowach, wznosząc to, co tak naprawdę stanowi profanum, do rangi sacrum. Chociaż narracja jest zaś prowadzona w trzeciej osobie (a nie pierwszej, jak w ”Lolicie”), odzwierciedla tylko stan umysłu bohatera i jego perspektywę. Ofiara zboczeńca jest jednak nieświadomym swej seksualności niewiniątkiem, a nie, jak tytułowa Lolita, wyrachowaną i rozwydrzoną, rozbuchaną seksualnie – że posłużę się określeniem Nabokova – nimfetką.

Rzeczywistość w interpretacji bohatera ”Czarodzieja” jest gęsta od marzeń i niepokojów niczym poranny sen. Postaci są pozbawione imion, niemal wyprane z opisów (wyjątek stanowi oczywiście sama dzierlatka), otoczenie jest zaledwie tłem dla eterycznej postaci dziewczynki – dopiero jej osoba nadaje mu jakiekolwiek znaczenie. Wydarzenia schodzą na dalszy plan – najważniejszy jest stan psychiczny głównego bohatera, jego uczucia i myśli w całości zdominowane przez patologiczny popęd seksualny. Chociaż nowela ma objętość zaledwie 60 stron, wręcz naszpikowana jest przy tym literackimi drobiazgami, błyskotkami, których dostrzeżenie rzuca nowe światło na przebieg zdarzeń i wymowę pewnych sytuacji. Niuanse te są jednym z najważniejszych czynników wskazujących na to, że ”Czarodzieja” uznać należy za osobny twór żyjący własnym (chociaż bliźniaczym), niezależnym od ”Lolity” życiem.

Największym jednak walorem ”Czarodzieja” jest język, którym został napisany – elegancki, poetycki, precyzyjny, zupełnie wyzuty z wulgarności i grubiańskości której można by oczekiwać po materii, jaką eksploruje. Uczucia pedofila względem jego ofiary przesycone są niepokojącą, zwodniczą poetyką, estetycznym rozmachem niemal niespotykanym nawet w najzdrowszych związkach i literaturze je opisującej. Nawet bardzo bystry i moralny czytelnik czytając ”Czarodzieja” może czasami mieć złudne poczucie, że uczucia pedofila są w jakiś sposób romantyczne, a on sam, bardziej niż jego ofiara, jest w dramacie postacią tragiczną.

Kończyłem czytać ”Lolitę” z silnym poczuciem, że wyczerpuje ona do sucha potencjał literacki pedofilskiego obłędu. Po lekturze niniejszej noweli muszę przyznać się do pomyłki. Ponieważ Nabokov pisząc ”Lolitę” nie korzystał bezpośrednio z nowelistycznego pierwowzoru powieści – nie zapożyczał z niego poszczególnych zdań, czy też nie dokonywał ich przeformułowań – ”Czarodziej” stanowi coś więcej niż tylko szkic literacki. Nie jest to wprawdzie dzieło uzupełniające ”Lolitę” (powieść ta stanowi w moim odczuciu doskonałą, zamkniętą całość), ale stanowi utwór bardzo wartościowy sam w sobie. Gdyby nie fakt, że autor opracował fabułę w sposób znacznie bardziej wyczerpujący w swej najsłynniejszej powieści, wystawiłbym ocenę o oczko wyższą.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Oko”

nabokovnewnew.FH10Nabokov słynie przede wszystkim z powieści, ale w swoim dorobku literackim posiada także kilkadziesiąt opowiadań oraz kilkanaście nowel. To właśnie w wielu krótkich formach pojawiły się po raz pierwszy pewne motywy, które autor z czasem rozwinął w powieściach i uczynił tak charakterystycznymi dla siebie. Jedną z najciekawszych nowel jego autorstwa jest (niestety niezbyt docenione) ”Oko”.

Już sam początek noweli daje czytelnikowi pojęcie o tym, że nie będzie to przeciętna opowieść. Główny bohater, mężczyzna, poniżony i pobity przez męża kobiety, z którą wdał się w romans, w przypływie emocji decyduje się popełnić samobójstwo. W hotelowym pokoju strzela sobie w pierś z rewolweru, i… tak też zaczyna się kolejny etap jego egzystencji, naznaczony przeświadczeniem, że umarł, a wszystko to, czego od tej chwili doświadcza, stanowi zaledwie majak jego w jakiś sposób przetrwałej po śmierci świadomości. Czy jest tak naprawdę, czy też bohater daje się ponieść szaleństwu? Przed zagadką tą – i kilkoma innymi – stanie czytelnik ”Oka”.

Swoją obecność na kartach noweli szybko zaznacza tajemnicza postać Smurowa – mężczyzny, na którego punkcie główny bohater ma obsesję. Jest nim bez wyraźnego powodu zaintrygowany, a przez życie – lub to, co życiem się wydaje – prowadzi go irracjonalna ciekawość tego, jak postać ta jest postrzegana przez jego znajomych. Rozwikłanie sekretu tożsamości Smurowa jest najważniejszym zadaniem stojącym również przed czytelnikiem – dopiero odkrycie jej pozwoli mu na właściwą interpretację zdarzeń. Dodam, że nie jest to zadanie o stopniu trudności, do którego Nabokov przyzwyczaił swoich czytelników – chociaż jednak rozwiązać jest je w miarę łatwo już w połowie noweli, nijak nie psuje to wrażenia z lektury. Powiedziałbym nawet, że wręcz przeciwnie. Warto również zaznaczyć, że tym razem mniej spostrzegawczy czytelnicy dostaną rozwiązanie zagadki na sam jej koniec podane jak na tacy.

W ”Oku” jak na tak krótkie (zaledwie 80 stron) dziełko pojawia się jednak również kilka innych interesujących postaci. Na pierwszy plan wybijają się księgarz Weinstock ogarnięty paranoją prześladowczą, pamiętnikarz Romanowicz, i porywczy, acz w głębi ducha poczciwy Kaszmarin. Szczególnie istotna dla opowieści jest pierwsza wymieniona persona, jako że wprowadza do niej niezwykły, gęsty klimat, i pogłębia mętlik w głowie czytelnika.

Zagorzali sympatycy językowej ekwilibrystyki autora prawdopodobnie będą trochę zawiedzeni po lekturze ”Oka”, gdyż zabawa słowem oraz wszelkiego rodzaju piękności poetyckie występują w nim rzadko. Szkoda, tym bardziej, że przedstawiony w niej płomienny romans rzeczywistości z iluzją podziwiany oczami słabego psychicznie człowieka (motyw, który Nabokov rozwinął później na większą skalę chociażby w ”Bladym Ogniu”) wydaje się posiadać potencjał znacznie większy.

Do jakiego gatunku można zakwalifikować ”Oko”? Pokusiłbym się o stwierdzenie, że to surrealistyczna nowela psychologiczna ze specyficznymi elementami detektywistycznymi i paranormalnymi (eksperymenty spirytystyczne Weinstocka), a przy tym – literacki rebus. W opowieści pojawia się również wątek miłosny, który chociaż nie jest zbytnio rozwinięty, zawiera w sobie pewien bardzo cwany niuans.

Ponieważ utwór posiada ciekawą koncepcję, zawiera w sobie kilka motywów charakterystycznych dla twórczości Nabokova, a przy tym nie jest tak wymagający jak inne jego dzieła, mogę śmiało polecić ”Oko” czytelnikom dopiero zaczynającym swoją przygodę z tym autorem – tym bardziej, że opowiastka jest na tyle krótka i na tyle ciekawa, że czyta się ją w zasadzie jednym tchem. Fani jego twórczości oraz osoby lubujące się w opowieściach pełnych zakręcenia i dwuznaczności po ”Oko” powinni sięgnąć koniecznie.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Blady Ogień”

Vladimir Nabokov - ''Blady Ogień''Vladimir Nabokov był wielkim entuzjastą najsłynniejszej w świecie gry umysłowej – szachów. Nie wiem, czy jestem w tej kwestii odosobniony, ale za każdym razem, kiedy obcuję z jego twórczością, odnoszę wrażenie, że w pewien sposób przesycona jest ona duchem tej gry. Autor bowiem zdaje się prowadzić z czytelnikiem literacką rozgrywkę pełną zwodniczych posunięć, misternie przygotowanych pułapek, i wreszcie matów (na fory nie ma co liczyć; Nabokov zbytnio szanuje czytelnika-rywala by pozwalać sobie na nie). Kiedy więc trzymam kolejne dzieło autora w swoich dłoniach, głos w głowie (jego głos) zdaje się szeptać: ”Zagramy?”. Ależ tak, zagramy! Bo przecież nawet przegrać z mistrzem to zaszczyt.

Koncepcja ”Bladego Ognia” jest olśniewająco błyskotliwa i niepowtarzalna – książka stylizowana jest bowiem na owoc pracy dwóch fikcyjnych osób. Mamy w niej do czynienia z 999 wersowym poematem napisanym przez poetę Johna Shade’a, oraz analizą tegoż utworu przeprowadzoną przez jego obłąkanego przyjaciela i edytora, Charlesa Kinbote’a. Kinbote wszedł w posiadanie dzieła (również w wymiarze prawnym) po tragicznej śmierci poety, korzystając z chwili słabości jego żony. Potem zaszył się w samotni, i dokonał sobiepańskiego opracowania poematu, które czytelnik trzyma w rękach.

Książkę otwiera wprowadzenie autorstwa Kinbote’a. Edytor początkowo wydaje się być rzetelnym erudytą, jednak to pozytywne pierwsze wrażenie pryska jak bańka mydlana dość prędko, po kilku poczynionych przez niego niepokojących, nerwowych, nie związanych z materią poematu wtrętach. Bystremu czytelnikowi dadzą one podstawę do przypuszczenia, że oto tuż obok szlachetnego kwiatu samego poematu wyrasta pasożytniczy chwast, który będzie zeń spijał soki aż do ostatniej kropli.

W podzielonym na cztery części poemacie Shade rozlicza się – jakby podświadomie przeczuwając zbliżającą się nieuchronnie śmierć – ze swoim życiem. Snuje refleksje na temat przeszłości, samobójczej śmierci swej córki Hazel, życia pośmiertnego. Jest to utwór piękny stylistycznie i nacechowany głęboką wymową.

Główne skrzypce okazuje się jednak grać sam komentarz edytora. Mniej więcej jedna trzecia jego objętości stanowi właściwą analizę utworu, reszta to dygresyjne, szaleńcze rojenia, w których Kinbote opisuje zawiłe losy Karola Umiłowanego – zdetronizowanego władcy Zembli, kraju, którego realność stoi od samego początku pod przytłaczającym znakiem zapytania. Kinbote snuje również wspomnienia swoich kontaktów z Shadem, podczas których starał się natchnąć go do opisania w poemacie owych Zemblańskich perypetii. W trakcie lektury czytelnik zostanie zasypany lawiną nurtujących pytań. Kim tak naprawdę jest Kinbote? Dlaczego z taką gorliwością naciskał na wybitnego poetę, by unieśmiertelnił Zemblię w monumentalnym pomniku słów? Wreszcie: co stoi u podłoża szaleństwa, które trzyma w szponach jego niezwykły intelekt?

”Blady Ogień” jest powieścią z drugim, a nawet trzecim dnem, pełną niedomówień, zagadek, symboli, kalamburów, i ledwie widocznych tropów. Wiele zawiłości fabularnych wnikliwy czytelnik może rozwikłać na własną rękę – jeśli nie przy pierwszej lekturze powieści, to w ciągu następnej. Czytając, stale należy mieć się na baczności – to, co początkowo wydaje się błahym wtrętem, może okazać się kluczem do rozwikłania istotnej (najczęściej znakomicie zakamuflowanej) zagadki przedstawionej kilkadziesiąt stron wcześniej lub później. ”Blady Ogień” jest jednak naszpikowany również niuansami tak subtelnymi, że nie sposób zapuścić się w ich meandry nie będąc wytrawnym znawcą literatury. Polski czytelnik otrzymał możliwość zgłębienia ich, dzięki posłowiu autorstwa Leszka Engelkinga, jednego z najwybitniejszych znawców twórczości Nabokova. Przed zajrzeniem do niego polecam jednak dać sobie trochę czasu na samodzielne przeanalizowanie powieści – dostarczy wam to wyrafinowanej rozrywki intelektualnej, i pozwoli na własnej skórze w pełni docenić kunszt, z jakim Nabokov wycyzelował swój literacki majstersztyk.

O sile tej powieści nie stanowi jednak wyłącznie jej niebywała konstrukcja formalna, oraz wyzwanie, które rzuca umysłowości czytelnika. Dotyka bowiem kwestii życia pośmiertnego, nie tyle celem rozwikłania jej odwiecznej tajemnicy, co wyrażenia szacunku wobec jej majestatu. Subtelność tą można docenić jednak w pełni dopiero po rozwikłaniu zagadki fabularnej.

”Blady Ogień” to prawdziwa biała trufla dla wytrawnych smakoszy literatury i czytelników kochających powieści za to, co w nich nieoczywiste – począwszy od moralnej niejednoznaczności postaci, przez wymowę poszczególnych wydarzeń, na wiodącej, ale zakodowanej w treści refleksji kończąc. To jednocześnie książka jedyna w swoim rodzaju, utrzymana w nowatorskiej formie doprowadzonej za jednym zamachem do perfekcji.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.

Ciemna Noc Duszy

”W prawdziwie ciemnej nocy duszy jest zawsze trzecia nad ranem” – Francis Scott Fitzgerald.

Ostatnio rzadziej się uśmiechasz, a jeśli nawet, to przeważnie po to, by nie zwracać zbytnio uwagi innych, i uniknąć pytań, na które nie znasz odpowiedzi. Zresztą, nie ma nawet o czym mówić – każdemu trafiają się przecież gorsze dni. By rzec humorystycznie: nie jesteś w nastroju do rozmów o swoim złym nastroju. Może gdybyś znalazł sobie wreszcie odpowiednie miejsce, ale wciąż nie możesz tego dokonać. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiasz, już po chwili jest ci w jakiś sposób niewygodnie. Minie kilka kolejnych dni, nim dojdziesz do wniosku, że wadzi ci ciasny kostium własnej, żywej skóry.Ciemna Noc Duszy (1)

Twoi dobrzy znajomi zapraszają cię na spotkanie towarzyskie, ale nie masz ochoty na nie iść. Wolałbyś spędzić trochę czasu w samotności – może poczytać książkę, pooglądać telewizję, posłuchać muzyki, posurfować w Internecie. W końcu jednak dajesz się namówić. Na imprezie nie bawisz się jednak tak dobrze, jak zawsze. Śmiech ludzi wydaje ci się pusty, tematy ich rozmów błahe – zupełnie tak, jakby pękła łącząca was nić porozumienia. Przez godzinę czy dwie ukrywasz swoją irytację i usiłujesz jakoś wejść w klimat spotkania, ale w końcu wykręcasz się zmęczeniem oraz sennością, i wychodzisz wcześniej. Gdy zamykasz za sobą drzwi sypialni i padasz na łóżko, myślisz: ”Nareszcie jestem sam”.

Mijają dni, a twój humor nie poprawia się. Znajomi ciągną cię tu i ówdzie, lecz ty coraz częściej stosujesz wykręty, by móc posiedzieć w samotności. Nie działają już jednak na nich ani one, ani maska uśmiechu – przyjaciele dostrzegają, że coś jest nie tak, są zaniepokojeni i proszą cię o jakieś wyjaśnienie. Mówisz im o swoim braku energii, optymizmu, humoru, o zmęczeniu, poczuciu beznadziei i szpetoty życia. W odpowiedzi przekonują cię, że szczęście jest wszędzie dookoła, że wystarczy tylko wytężyć wzrok, żeby je zobaczyć. Próbujesz, i próbujesz, zmieniasz perspektywy, stajesz na rękach, głowie, rzęsach, ale mimo to – nie dostrzegasz go. Jesteś nawet skłonny uwierzyć im, że szczęście rzeczywiście istnieje, ale nie dostrzegając go, nie potrafisz się nim radować – tak, jak nie widząc kolorów, ale ufając innym, że istnieją, miałbyś cieszyć się błękitem nieba, zielenią trawy, różowym rumieńcem na policzkach swojej dziewczyny.

W kolejnych dniach podobne rozmowy między wami powtarzają się jeszcze wielokrotnie, aż dochodzicie do śmiertelnego znużenia nimi. W dodatku niektórzy z przyjaciół stwierdzają, że wymyślasz sobie problemy bądź wyolbrzymiasz te już istniejące, że jesteś przewrażliwiony, że usiłujesz zwrócić na siebie ich uwagę by rozpieszczali cię. Uważasz, że kilku kolejnych dobrych znajomych myśli to samo, tylko nie ma odwagi tego powiedzieć. Nieporozumienie między wami rośnie, aż w końcu utrwala się na poziomie uniemożliwiającym sensowną komunikację. Zdajecie się nadawać jakby zupełnie na innych falach. Zaczynasz rozumieć, że pomimo fizycznej obecności ludzi w swoim życiu jesteś samotny tak bardzo, że równie dobrze mogliby znajdować się oni gdzieś na drugim krańcu wszechświata.

Stopniowo świat zewnętrzny i praktyczna strona życia zaczynają nudzić cię, stają ci się coraz bardziej obojętne. Stopniowo przestajesz kontaktować i spotykać się ze znajomymi, stajesz się coraz mniej wydajny w pracy lub w szkole, twoje dotychczasowe pasje tracą na znaczeniu. Jednocześnie coraz bardziej zwracasz się ku swojemu wnętrzu, a twoje podejście do rzeczywistości staje się refleksyjne. Spędzasz wiele czasu na myśleniu o tym, co czujesz i dlaczego akurat to, a także drobiazgowo analizujesz życie poszukując w nim sensu.

Łóżko zdaje się przyciągać cię do siebie niemal magnetyczną siłą; początkowo starasz się jej opierać, ale w końcu ulegasz, i od razu zdajesz sobie sprawę z tego, że był to wybór najwłaściwszy z możliwych, bo tylko tam, na wygodnym materacu, pod ciepłą kołdrą, czujesz się bezpiecznie. Zaczynasz nawet mieć nadzieję, że w sumie to dobrze, że może po prostu wystarczy odespać ten stan, i wszystko samoistnie wróci do normy. Kilkanaście najbliższych marzeń sennych rozwiewa jednak te nadzieje – zostajesz w nich bowiem wydany na pastwę swoich najgorszych lęków. Zaczynasz rozumieć, że to jak podróż z deszczu pod rynnę i że przed tym, co ci doskwiera, nie ma ucieczki.

Pewnego dnia przypominasz sobie o samobójczej śmierci jakiegoś wybitnego człowieka – muzyka, pisarza, poety. Wertujesz Internet w poszukiwaniu informacji o nim oraz jego twórczości, i okazuje się ona lustrzanym odbiciem twoich myśli i uczuć. Identyfikujesz się z tym artystą, i zaczynasz uważać go za autorytet w sprawach życia i śmierci. Zaczynasz też sądzić, że świat po prostu nie jest miejscem dla pewnego rodzaju ludzi. Po prostu? Tak, po prostu.

Przychodzi ci do głowy pomysł, żeby uciec przed bólem psychicznym w cierpienie fizyczne. Sięgasz po żyletkę, i nacinasz swoją skórę. Widok krwi i ból sprawiają ci ulgę – po raz pierwszy od dawna myślisz o czymś innym, niż poczucie beznadziei. W przyszłości powtarzasz tą czynność wielokrotnie – na przedramionach, na udach – aż pewnego dnia po prostu wchodzi ci to w krew, i staje się czymś tak powszednim, jak jedzenie, spanie i wydalanie. Jednocześnie autoagresja traci swoją moc, przestaje być wystarczająca do rozładowania kumulującego się w tobie napięcia.

Uświadamiasz sobie, że od dnia, kiedy nazwałeś to, co cię trapi, zwyczajnym gorszym okresem, i postanowiłeś dać sobie czas, minęło już wiele miesięcy, a nic nie uległo zmianie. Dochodzisz do wniosku, że chyba najwyższa już pora spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać całokształt twojego stanu psychicznego Depresją.

W końcu mimochodem dzielisz się swoim przypuszczeniem z najbliższymi – matką, ojcem, mężem, żoną. Słyszysz, że masz za dużo czasu na myślenie, i dlatego głupoty przychodzą ci do głowy. ”Zobacz, my pracujemy i jesteśmy z siebie zadowoleni, chociaż nie mamy czasu, a ty masz go najwięcej, a tylko leżysz w łóżku i marniejesz. A tak w ogóle, to inni mają gorzej. Nie wymyślaj sobie chorób, to nie w porządku wobec naprawdę skrzywdzonych przez los”. Starsi od ciebie dodają, że w czasach ich młodości nie chorowano na depresję, i że jest to nazwa wymyślona przez obiboków na potrzebę luksusowego usprawiedliwienia ich lenistwa. Nawet nie tłumaczysz im, że depresja, jeśli już jest lenistwem, to tak silnym, że wcale nie chce się żyć, lenistwem wymagającym leczenia. Po prostu wracasz do łóżka i kładziesz się spać. Nie od razu zasypiasz – ostatnio męczy cię bezsenność – i rozważasz słowa najbliższych, i sam już nie wiesz, czy rzeczywiście jest tak jak mówią, czy nie, przez co czujesz się jeszcze gorzej.

Zaczynasz rozważać samobójstwo. Godzinami myślisz o tym, która z metod byłaby dla ciebie najodpowiedniejsza, jak wyglądałoby Twoje ciało po śmierci, ile osób przyszłoby na Twój pogrzeb, jak długo Twoi bliscy pogrążeni byliby w rozpaczy po Twojej stracie. Imaginujesz sobie moment, w którym znajdują Twoje martwe ciało, odtwarzasz go w wyobraźni raz za razem i sprawia ci to przyjemność. Jeszcze nie wiesz, jak bardzo tym samym igrasz z ogniem, że wyobrażenia te wkrótce zawładną Tobą doszczętnie.

Za pośrednictwem Internetu poznajesz kogoś, kto doświadcza podobnych stanów, co Ty. Rozmowy z tą osobą są tak absorbujące i tak szczere, jakbyście w jakiś niezwykły sposób znali się od zawsze i od zawsze tęsknili za sobą. Wspieracie się o każdej porze dnia i nocy, dyskutujecie godzinami o wzbierającym w was napięciu. To, co was łączy, szybko przeradza się w przyjaźń, w bezpieczną oazę, którą otacza bezmiar jałowego pustkowia życia.

Z czasem w ogóle zapominasz o tym, że można żyć inaczej. Że dni mogą być kolorowe i pełne wrażeń, że ludzie są interesujący, że świat jest piękny, że mimo wszystko jest się z czego śmiać, a życie, chociaż krótkie i ulotne  – ma sens, że stanowi sens sam w sobie. Jeśli jednak pewnego dnia ockniesz się wewnętrznie, i stwierdzisz, że najwyższy czas nazwać to, co Ci dolega Depresją, a potem udać się po pomoc do lekarza specjalisty – zyskasz szansę na szczęście.