Archiwa tagu: ekologia

IV

Przeczytałem książkę Michaela J. Bentona pt. Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach ziemi. Rzecz traktowała o wielkim wymieraniu gatunków sprzed 252 milionów lat – a więc końca permu. Na wskutek korelacji kilku katastrofalnych czynników które doprowadziły do dramatycznego wzrostu temperatury (wzrost aktywności wulkanicznej, oraz, prawdopodobnie, uwolnienie się ogromnych oceanicznych złóż metanu) wymarło wtedy około 90 procent życia. Zanim Ziemia odzyskała utraconą bioróżnorodność, minęło kolejnych 20 milionów lat. Oczywiście, wytrzebione gatunki nie powróciły do istnienia, ponieważ na planecie panowały wtedy zupełnie odmienne warunki. Pojawiły się za to inne.

Było to pierwsze, i jednocześnie największe masowe wymieranie w historii naszej planety. Po nim nastąpiły jeszcze cztery kolejne, i wiele mniejszych. Życie rozkwitało i ginęło w ogromnych odstępach czasu. Szacuje się, że Ziemię zamieszkiwało łącznie około 5 miliardów gatunków organizmów żywych – obecnie jest ich mniej więcej 10 milionów (w tym niecałe 2 miliony opisanych). Niby to mała część ich wszystkich, ale przecież mając pojęcie o obecnym oszałamiającym bogactwie form życia, trudno jest wyobrazić sobie cokolwiek ponad nie!

Dinozaury panowały na Ziemi przez 170 milionów lat, homo sapiens wiedzie prym dopiero od 200 tysięcy. W geologicznej skali czasu istniejemy więc bardzo krótko, i mimo rozwoju naszej cywilizacji, można powiedzieć, że ledwo zagrzaliśmy tutaj miejsca (chyba, że pod pojęciem tym rozumiemy globalną, wojenną pożogę – w tym piekło krematoriów nazistowskich fabryk śmierci oraz detonacje bomb atomowych i wodorowych). Nasza przyszłość jest bardzo niepewna; zagrażają nam nie tylko czynniki naturalne, takie jak wybuchy superwulkanów czy uderzenia komet, ale przede wszystkim my sami. Spójrzmy tylko na historię ludzkości – od zawsze wytaczaliśmy przeciwko sobie najbardziej mordercze bronie, które mieliśmy w arsenale, i dokładaliśmy wszelkich starań, żeby zabijać się jeszcze skuteczniej i na większą skalę. Zaczynaliśmy od maczug i kamieni, by poprzez miecze, halabardy, łuki, włócznie, topory i młoty dotrzeć do broni palnej i bomb, a w końcu – ładunków termojądrowych. Być może samozagłada jest wpisana w nasze geny i czekała cierpliwie na moment, aż uda nam się rozszczepić atom?IV (1)Wieczorami telewizja transmituje spotkania głów państw (w tym supermocarstw). Słuchamy ich rozmów, patrzymy na ich gesty, i idziemy spać jak dziecko po dobranocce, z myślą, że wszystko będzie dobrze. Nie zastanawiamy się już nad tym, że łatwo podawać sobie ręce i uśmiechać się w blasku fleszy, kiedy ma się bomby atomowe lub sojusze z tymi, którzy je posiadają. Łatwo wtedy o przyjaźń, braterstwo, poczucie wspólnoty.

Niektórzy badacze są zdania, że właśnie trwa szóste wielkie wymieranie, spowodowane działalnością człowieka. Dane różnią się w zależności od źródeł, ale najoptymistyczniejsze z nich zakładają, że współcześnie rokrocznie z powierzchni Ziemi znika bezpowrotnie co najmniej 5 tysięcy gatunków. Jest to liczba zatrważająca; jeśli ludzkość będzie żyła w ten sposób dalej i zdoła jakoś uchronić się od wojny atomowej, to kto wie, czy ostatnimi formami życia nie będą te, które hodujemy na mięso i mąkę.

Bo człowiek potrafi. Kiedy Europejczycy odkryli Amerykę Północną, kontynent ten zamieszkiwało około 4 miliardy gołębi wędrownych – był to w tamtym czasie prawdopodobnie najliczniejszy gatunek ptaków na całym globie. Na wskutek masowej wycinki drzew, zabijania tych ptaków na mięso oraz dla zabawy gatunek wyginął całkowicie. Ostatni żyjący egzemplarz zdechł w 1914 roku – z pewnością doszłoby do tego wcześniej, gdyby nie mieszkał w Zoo, gdzie nikt nie mógł zamęczyć go ani odstrzelić. Świadomość zabicia ostatniego przedstawiciela gatunku z pewnością sprawiłaby wiele frajdy co poniektórym oszołomom.

Niektórzy marzyciele (sami określają się mianem wizjonerów) chcą skolonizować Marsa – planetę martwą jak trup i o wiele od trupa zimniejszą. Mielibyśmy wysłać tam (najpewniej z biletem w jedną stronę) grupę kosmonautów, którzy dożywaliby reszty swych dni budując bazy i uprawiając sadzonki – a wszystko to w czasie, gdy zabijamy Ziemię. Dlaczego chcemy reanimować obcego nam nieboszczyka, gdy ginie (w wielkich bólach) nasza matka? Przecież fortuny finansistów aż proszą się o przeznaczenie ich na jej ratowanie! Elon Musk – jeden ze wspomnianych wcześniej marzycieli – wysunął pomysł zbombardowania głowicami wodorowymi czap polarnych czerwonej planety w celu uwolnienia zalegającego w nich dwutlenku węgla – co wpłynęłoby korzystnie na rozwój atmosfery (zagęszczenie jej) i podniesienie temperatury. To obłęd. Tym, którzy koniecznie chcą lecieć na Marsa, powiem tylko: Do widzenia. Lećcie, i nie wracajcie. Ostatecznie bez takich ludzi jak wy, bez zapatrzonych w planetę-trupa krótkowidzów (tak! krótkowidzów!) Ziemia z całą pewnością da sobie radę.

Rozpędzamy w gigantycznych akceleratorach subatomowe cząsteczki niemal do prędkości światła i zderzamy je ze sobą, odkrywając kolejne. Wynajdujemy w warunkach laboratoryjnych nowe pierwiastki. Fotografujemy galaktyki odległe od nas o miliardy lat świetlnych. Mierzymy drgania czasoprzestrzeni tak słabe, że na moment zmieniają długość 400 kilometrowej konstrukcji pomiarowej o wielkość mniejszą, niż średnica protonu. Mamy na orbicie satelity tak bystre, że można przy ich pomocy przeczytać artykuł w porzuconej na leżaku gazecie. W dowolnej chwili z dowolnego miejsca łączymy się z ludźmi na drugiej półkuli. Osiągnęliśmy to wszystko, a przecież wyszliśmy z jaskini, brudni i zapoceni, z krzemieniami w rękach i brodą ociekającą tłuszczem i krwią. Parafrazując pewne zabawne powiedzenie, można powiedzieć, że człowiek może wyjść z jaskini, ale jaskinia nie wyjdzie z człowieka – nawet jeśli ten wyląduje na planecie odległej od jego domu średnio o 225 milionów kilometrów kosmicznej próżni.

Ciężko powiedzieć, czy to dobrze, że gatunek ludzki zaistniał i ma swoje pięć minut w geologicznej skali czasu. Można powiedzieć, że to samoświadome istoty postrzegając kosmos nadają mu sens – choć sens to również coś, co nie może istnieć w oderwaniu od obserwatora (doświadczającego). Mogę mówić tylko za siebie, z perspektywy kogoś, kto żyje swoim wygodnym życiem w czasach pokoju: tak, cieszę się, że żyję, nawet pomimo pewności, że kiedyś moje biologiczne istnienie dobiegnie definitywnego końca. Mam poczucie, że każde moje doświadczenie zarówno z osobna, jak i w stosunku do innych doświadczeń, jest sensem samo w sobie – uważam się za człowieka szczęśliwego.

Ale co z tymi, których życie doświadczyło inaczej, brutalniej? Co z tymi, którzy padli ofiarą wojen, ludobójstw? Czy oni powiedzieliby, że to dobrze, że ludzkość wyszła z jaskiń – oni, czyli ci, którzy widzieli na własne oczy rozstrzeliwania, którym wyrywano z rąk dzieci i żony? A może tylko oni mają prawo odpowiadać na tak postawione pytanie? A może do odpowiadania na nie w imieniu całej ludzkości nie ma prawa nikt, nawet najbardziej uciśniony?

Reklamy

III

Chciałem zacząć stwierdzeniem, że człowiek to jednak świnia, ale w porę zorientowałem się, że: po pierwsze, nie należy uogólniać; po drugie, świnia morusa się w gnojówce nie dlatego, że lubi być brudna, ale dlatego, że nie poci się i w ten sposób reguluje temperaturę swego ciała. Wychodzi na to, że niektórzy ludzie po prostu są brudasami.

Lasy w moim miejscu zamieszkania z roku na rok są zaśmiecone coraz bardziej. Mimo, że tutejsi mieszkańcy płacą obowiązkowe składki za wywóz odpadów, a śmieciarka raz w miesiącu podjeżdża pod ich dom, niektórzy z nich zamiast oddać jej swój syf wolą samodzielnie załadować go na przyczepkę i wyrzucić w lesie. Gdzie tu logika? Dlaczego utrudniają sobie życie i brukają łono natury? Jedyne wytłumaczenie które przychodzi mi do głowy, jest właśnie takie, że niektórzy z nich po prostu uwielbiają robić bajzel, i cieszą się na myśl o tym, że zrobili coś perfidnego i nielegalnego; że syf – to ich żywioł. Gdyby było inaczej, to szukając w lesie pieprznika jadalnego (kurka), nie znajdowałbym niejadalnego pierdolnika.

Podczas II wojny światowej w okolicznych lasach chowali się partyzanci – pozostawili po sobie okopy (głównie niewielkie doły zdolne pomieścić jedną lub dwie osoby, ale zdarzają się i większe). Nawet w tych miejscach – w dołach, które dzielni walczący za ojczyznę żołnierze wykopywali z mozołem i trudem, ryjąc saperkami w przerośniętej korzeniami ziemi – nawet do nich flejtuchy wrzucają plastikowe worki wypełnione śmieciami. I co tu dodawać, jak widok mówi sam za siebie, i woła o pomstę do głuchego jak pień nieba, i jeszcze bardziej głuchych ludzi?

Na szczęście leśne drogi są pełne głębokich dołów i nieregularności, których nie sposób pokonać samochodem, toteż ludzie śmiecą zazwyczaj tuż przy wjeździe, na poboczach. Nie licząc pojedynczych śmieci – głównie puszek po piwie i plastikowych butelek po napojach – bezdroża są czyste; jak widać, nawet bałaganiarstwo ma swoje granice, i nikt nie jest na tyle perfidny, by taszczyć worki ze swoim brudem w głąb lasu.III (1)Choć zbieram grzyby od dobrych 15 lat, dopiero od 3 czy 4 namiętnie uczę się rozpoznawać poszczególne ich gatunki. Wcześniej skupiałem się tylko na walorach kulinarnych najpospolitszych z nich, nie doceniając ich niezwykłej różnorodności. Największą zasługę w mojej mykologicznej edukacji miał nie bezpośredni kontakt z bardziej doświadczonymi zbieraczami, nie atlasy, ale Internet.

Nie jestem wyjątkiem – grzybiarskie fora dyskusyjne (chociażby te na facebooku) są oblegane przez żądnych wiedzy zbieraczy. Wystarczy wstawić dobre jakościowo zdjęcie okazu (i czasami opisać drzewa, wśród których rósł) by grono wytrawnych zbieraczy (czasami trafi się wśród nich fachowy grzyboznawca) dokonali jego prawidłowego oznaczenia. Polacy poza kurkami, borowikami, koźlarzami i maślakami coraz chętniej zbierają więc gatunki wcześniej tak mało popularne, jak: muchomor czerwieniejący, żółciak siarkowy, czy płachetka kołpakowata. Z pewnością ci, którzy są zrzeszeni w tego typu wirtualnych społecznościach, łatwiej unikną ewentualnego zatrucia grzybami; kto wie, jak wiele żyć uratowała wiedza pomocnych forumowiczów?

Ale niedostateczna wiedza mykologiczna grzybiarza może zaszkodzić nie tylko jemu (i jego rodzinie), ale i samej naturze. W chwili, gdy piszę te słowa, na czerwonej liście roślin i grzybów Polski znajduje się aż 963 gatunków grzybów wielkoowocnikowych wymarłych, zaginionych, wymierających, zagrożonych wyginięciem, rzadkich i tych o niejasnym statusie zagrożenia. Gatunków na skraju wymarcia jest aż 425. Niektóre z tych grzybów są jadalne, i zapewne chętnie spożywane przez niedoinformowanych (albo nazbyt łakomych) grzybiarzy. Sam zbierałem kiedyś podgrzybka tęgoskórowego – rzadki smaczny grzyb pasożytujący na trującym tęgoskórze cytrynowym. Na szczęście wciąż pojawia się na swoim stanowisku równie licznie, co kiedyś – teraz pożeram go tylko pełnym podziwu wzrokiem.

Na szczęście najsmaczniejsze grzyby jadalne w szczycie sezonu występują bardzo powszechnie; zebrałem dzisiaj dwa wiadra grzybów: podgrzybka brunatnego i maślaka zwyczajnego. Wieczorem wszystkie wylądują w marynacie, a rano na talerzu.

Z szacunku dla planety i innych form życia powstrzymuję się nie tylko od jedzenia rzadkich grzybów, ale i zwierząt. Nie jestem jednak typowym, ani tym bardziej stereotypowym wegetarianinem. Po pierwsze, nie poddaję mięsożerców jakiejkolwiek formie eko-terroryzmu – nie staram się na siłę w żaden sposób uświadamiać ich o szkodliwości mięsnej diety. Wielu wegetarian powie, że jestem niekonsekwentny, ja jednak wychodzę z założenia, że każdemu wolno postępować zgodnie z jego sumieniem (w granicach prawa oczywiście), i jeśli ktoś woli parówkę zamiast soi, to nic mi do tego.

Po drugie, nienawidzę warzyw i owoców – po prostu nie cierpię ich konsystencji i smaku. W postaci nieprzetworzonej zjem tylko sałatę masłową. Pomidora jadłem ostatni raz w wieku pewnie 4 lat, rzodkiewki zapewne nigdy. Podstawę mojej diety stanowi nabiał – sery i jajka – reszta to właściwie same słone przekąski i słodycze. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wysoce niehigieniczny sposób odżywiania się, ale nic na to nie poradzę – ten typ tak ma. Córka Warrena Buffeta, jednego z najbogatszych ludzi świata, twierdzi, że jego typowy zestaw śniadaniowy to słone orzeszki i cola, oraz że nigdy nie widziała go pijącego wodę. Cóż, gdybym i ja był biznesmenem (i to tej samej klasy oczywiście), z pewnością jadalibyśmy wspólne posiłki.

Mięsożercy są wobec mnie znacznie mniej tolerancyjni – choć muszę przyznać, że ich uszczypliwość przybiera czasami zabawne formy. Choć nie jem mięsa od 9 lat, prawie nie ma dnia, żeby brat (rasowy mięsożerca) nie zaproponował mi zjedzenia parówki. Jest to z jego strony oczywiście żart, i przyznam, że choć słyszałem go około 2 tysięcy razy, bawi również mnie. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje również komiks, na którym kurczak idzie skumplować się z szefami MacDonaldsa i KFC bo uważa, że nawet to jest lepsze od zadawania się z popapranymi wegetarianami.

Dobrze się pośmiać, chociażby po to, żeby nie płakać. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że ludzkość pożera matkę Ziemię, że zjada na niej zęby, i że za kilkaset zostanie sam na sam ze swoją szczerbatością, i jałowym, ociekającym olejem palmowym ogryzkiem.

Liczba ludności wzrasta (już teraz jest nas 7 miliardów), wzrastają wiec również potrzeby żywieniowe. Obecnie na świecie hoduje się około 22 miliardów zwierząt, przeznaczając na ich utrzymanie 1/3 światowej produkcji zbóż. Poza tym, że zwierzęta te przebywają w koszmarnych warunkach, ich hodowla jest nie ekologiczna a ubój niehumanitarny, dla szybszego przybrania na wadze są szprycowane antybiotykami (Najwyższa Izba Kontroli przyznaje, że nie może zagwarantować, iż mięso takie jest bezpieczne dla zdrowia). Konsument otrzymuje więc produkt niskiej jakości i naszpikowany chemią. Nawet gdybym nie miał oporów moralnych przed jedzeniem mięsa, najzwyczajniej w świecie brzydziłbym się tego. Gdyby ktoś chciał czepiać się moich ukochanych chipsów – w większości z nich jest znacznie mniej wszelakich dodatków, a niektóre (np. marka Wiejskie Ziemniaczki) nie zawierają ich wcale.

Las

Widok rozkołysanych wiatrem drzew, kiwających się nade mną jak rada starszych nad dziecięcą kołyską. Ptasi świergot, pełen zachwytu nad wolnością. Poduszka mchu, jak stworzona dla ukojenia głowy strapionego marszem wędrowca. Korzenie drzew fantasmagorycznie plączące się na ścieżkach. I ten zapach żywicy. Las. Jedno z miejsc w sam raz dla mnie.Las (1)Pierwszą wizytę w nim składam zazwyczaj w czerwcu, kiedy to rozpoczyna się dwumiesięczny sezon zbioru jagód na sprzedaż w piekarni. Wraz z wieloma innymi okolicznymi mieszkańcami spędzam wtedy długie godziny skubiąc do wiader fioletowe owoce. Najwygodniej robi się to klęcząc na kolanach, chociaż powoduje to ich ból, bo powierzchnia lasu upstrzona jest cała twardymi szyszkami oraz sękatymi gałązkami. Praca jest monotonna, ale lżejsza i bardziej dochodowa niż alternatywne metody sezonowego zarobkowania na wsi. W minionym roku zarobiłem w ten sposób 2 tysiące złotych w ciągu miesiąca. Największa moja dniówka wyniosła aż 170 złotych.

I tutaj jednak nie ma łatwo. Chcąc zarobić jak najwięcej, trzeba wstawać jak najwcześniej, żeby zająć sobie miejsce obfitujące w największe i najgęstsze jagody. Nierzadko rozpoczynałem robotę już o 5 rano. Jadąc na miejsce rowerem miałem szczęście być świadkiem niesamowitości takich jak opary mgły wściekle kłębiące się na ulicy, czy pomarańczowe, namacalne w mlecznej zawiesinie promienie słońca, prześwitujące przez listowie drzew. Problemem bywa również pogoda – upały oraz deszcze. Nie raz i nie dwa przemokłem do suchej nitki, mimo gęstych chmur decydując się pracować dłużej z nadzieją, że deszcz nie spadnie. Ulewa w lesie wygląda jednak na tyle niesamowicie, że rekompensuje swym pięknem zimno zlanych deszczówką ciuchów.Las (2)We wrześniu rozpoczyna się sezon grzybowy. Jako smakosz tych darów leśnego runa niemal każdego dnia sezonu wyruszam na kilkugodzinne ich poszukiwania. Zazwyczaj wstaję skoro świt, żeby ubiec innych zbieraczy, licznych w moich stronach. Wypady te jak nic innego niosą mi wytchnienie od trosk, zapomnienie o problemach, odprężenie. Z roku na rok coraz lepiej poznaję świat grzybów – poszerzam rozeznanie w ich gatunkach, odkrywam nowe miejsca gdzie rosną te wartościowe – dzięki czemu grzybobrania w kolejnych latach przynoszą mi coraz więcej satysfakcji. I zapasów na zimę – aromatycznego suszu oraz wybornych marynat.

Chociaż las zamieszkuje wiele dzikich zwierząt, w borach mojej okolicy znacznie łatwiej jest napotkać ich ślady, niż je same. Dotychczas miałem okazję ujrzeć wiewiórkę, zająca, sarnę, jeża (na polach widywałem również lisy, w pobliżu rzeki – bobry). Zawsze bardzo chciałem zobaczyć dzika, ale mimo wielu godzin spędzanych w lesie każdego roku dotychczas nie miałem tej przyjemności. Zdarzyło mi się natomiast trafić na zrytą przez nie ściółkę. Bardzo często natykam się też na wykopane w ziemi różnych rozmiarów nory. Tego rodzaju siedliska zamieszkują w Polsce m. in. borsuki, lisy, gronostaje, łasice, zające, i skunksy. Pewnego dnia zdarzyło mi się znaleźć trzy norki jeży – wszystkie w promieniu około 5 metrów. Jeden z jej mieszkańców – przekomicznie spasiony, bo zwierzęta te gromadzą zapasy tłuszczu na zimę – polegiwał sobie akurat u wejścia swego lokum. Kiedy odwiedziłem go następnym razem, i nieroztropnie wsadziłem dłoń do jego gniazda, prychnął na mnie. Wyłączając ten jeden przypadek, zawsze mijam siedliska zwierząt nie zakłócając spokoju ich mieszkańców. W lesie jestem przecież tylko gościem.Las (4)Nie wszyscy niestety rozumują w ten sposób. Każdy wielbiciel obcowania z naturą wie, że ludzie bezlitośnie zaśmiecają lasy wszelkiego rodzaju odpadami – począwszy od pozornie niewinnych opakowań bo batonach (będą rozkładać się aż cztery wieki!), przez szkło (potrzebuje do rozkładu przynajmniej czterech tysięcy lat!), na wielkogabarytowych plastykowych i gumowych odpadach samochodowych kończąc. Takie postępowanie rodzi poważne pytanie: Czy mamy prawo myśleć o sobie inaczej niż jako o błędzie natury, skoro doprowadzamy do jej zniszczenia? Warto rozważyć je, nim kolejny raz zdecydujemy się ugryźć dłoń, która nas karmi…Las (3)

Cierpienia Młodego Wegetarianina

Przez dwadzieścia lat swojego życia byłem typowym mięsożercą, absolutnie nie wyobrażającym sobie rezygnacji z jedzenia mięsa. Wegetarianinem stałem się nagle i w pewnym sensie przypadkowo. Pewnego dnia obejrzałem z czystej ciekawości film dokumentalny ”Earthlings” traktujący o przemysłowej eksploatacji zwierząt, który wstrząsnął mną na tyle, że natychmiast usunąłem ze swojego menu wszelkie produkty żywnościowe, przy których produkcji tracą one życie. Wcześniej kwestia cierpienia zwierząt wydawanych na rzeź i przerabianych na jedzenie nie była przeze mnie w żaden sposób rozpatrywana, gdyż byłem odgórnie przekonany o słuszności takiego stanu rzeczy. Niezależnie od tego, gdzie bym się nie pojawił, wszyscy w moim otoczeniu od zawsze jedli mięso, nikomu nie spędzało snu z powiek to, co dzieje się w ubojniach. Wydawało mi się to tak powszechne, że normalne.

Panuje stereotyp, jakoby wegetarianie byli eko-świrami, którzy z uporem maniaka postulują w swoich środowiskach zaprzestanie spożywania mięsa. Osobiście nigdy nie przekonywałem nikogo na siłę do diety bezmięsnej, chociaż zapytany o powody, z których się na nią zdecydowałem, przedstawiam je możliwie najklarowniej i z wielką przyjemnością. W swoim życiu poznałem zaledwie trzech wegetarian, i prezentowali oni postawę identyczną do mojej, toteż trudno mi stwierdzić, ile prawdy tkwi w powszechnym mniemaniu.

Z przykrością muszę natomiast stwierdzić, że mięsożercy z reguły odczuwają nieprzemożny przymus dokuczania mi z powodu usunięcia mięsa z jadłospisu. Traktują to jako dziwactwo, i szykanują je, chyba również dla wywyższenia się. Kiedy pracowałem na budowie, koledzy na każdej przerwie na jedzenie pytali się mnie dowcipnie, czy jednak nie zechcę poczęstować się kanapką z wędliną, i dyskutowali między sobą o rzekomym bezsensie mojego wyrzeczenia. Nie jestem człowiekiem pozbawionym dystansu do samego siebie i znam się na żartach, ale powtarzane w nieskończoność wyprowadzają z równowagi już przez sam fakt, że stają się nudne jak flaki z olejem. Co się zaś tyczy usilnych prób przekonania mnie do jedzenia mięsa – jakbym robił krzywdę komukolwiek tym, że tego nie robię! – zwyczajnie rażą one głupotą.

Przeciwnicy diety wegetariańskiej straszą ludzi chcących się jej poddać rozmaitymi schorzeniami wynikającymi z niedoboru w organizmie pierwiastków które zawiera mięso, jak np. anemią spowodowaną brakiem żelaza. Prawdopodobnie dieta taka rzeczywiście nie posłużyłaby wszystkim bez wyjątku, ale sam nigdy nie chorowałem z jej powodu. Nie miałem anemii (w pewnym momencie mojego życia miałem robione badania krwi czterokrotnie w ciągu półrocza – wszystkie wyszły prawidłowo), ważę 67 kilogramów przy wzroście 175 centymetrów, a i harując na budowie po 13 godzin dziennie nigdy nie rzuciłem łopaty w geście rezygnacji.

Przez wszystkie te lata bycia wegetarianinem nie potrzebowałem wysiłku woli, żeby nie jeść mięsa, bo po obejrzeniu ”Earthlings” automatycznie stało się dla mnie czymś, co ludzie spożywają tylko na wskutek błędu poznawczego; dziwnego toku rozumowania, że skoro coś fizycznie da się zjeść, to należy to spożywać bez względu na konsekwencje. Mięso – odpowiednio przyrządzone – wygląda smakowicie, i takoż też pachnie i smakuje, jednak świadomość, że pozyskuje się je niehumanitarnymi metodami wystarcza mi do tego, żeby uznać je za absolutnie niejadalne.

Nie mam za złe ani swoim znajomym, ani anonimowym mi ludziom tego, że jedzą mięso, nakręcając w ten sposób spiralę cierpienia niewinnych istot. Ludzie czasami są aż ludźmi, a czasami tylko ludźmi. Jedzenie mięsa jest złe, ale warunkuje je ludzka natura, w znacznej mierze mroczna i pełna egoistycznych słabości. Można nie potrafić się z tym pogodzić, ale trzeba umieć to tolerować jako konieczność życiową.