Archiwum autora: Morfeusz

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.2

Tuż obok C. mieszkała siedmioosobowa rodzina K. – małżeństwo z piątką dzieci. Była to rodzina dosyć dysfunkcyjna – ojciec pił (choć, oddajmy mu sprawiedliwość, pracował), jego żona była bezrobotna, zaś aż trójka z piątki dzieci chodziła do szkoły specjalnej, nazywanej przez nich eSeSmanką (później trafiła tam również pozostała dwójka). Trzej bracia K. byli naszymi kumplami, i często wpadaliśmy do nich na podwórko. Zwykle mieli na głowie kupę roboty – rąbali drewno, zajmowali się ogródkiem, sprzątali, majsterkowali – ale na ogół przyjmowali nasze wizyty z radością, bo umilaliśmy im nimi czas.

Rozmowy z braćmi K. nie były oczywiście zbyt kształcące – najczęściej opowiadali o markowych ciuchach (Romek, najstarszy z nich, posiadał pokaźną kolekcję spodni, koszulek, bluz i butów firm Nike, Adidas, Puma), szkolnych bójkach i nieznanych mi kolegach ze szkoły specjalnej (legendą był chłopak o ksywie Wery, który ponoć wygrywał wszystkie bójki). Nie przychodziłem jednak do nich po mądrość życiową, a dla śmiechu, którego zawsze było co nie miara, bo byli naprawdę zabawnymi kolesiami (choć może dlatego, że moje poczucie humoru nie było i nie jest zbyt wyrafinowane).

Przez pierwszy i drugi rok moich pobytów u braci K. Romek uczył się w szkole specjalnej o profilu gastronomicznym. W wakacje pracował z wujkiem na budowie, i zazwyczaj wracał z pracy tak spity, że w ogóle nie nadawał się do rozmowy (kilka lat później został absolutnym abstynentem). Romek był wielkim fanem Paktofoniki; kiedy powiedziałem mu, że jeden z członków zespołu, Magik, popełnił samobójstwo w wieku 22 lat, postanowił, że gdy sam będzie w tym wieku pójdzie w jego ślady. Początkowo byłem tą deklaracją bardzo przejęty i odwodziłem go od tego zamiaru; potem zapomniałem o sprawie, a on odpuścił samobójstwo, gdy znudziła mu się Paktofonika i przerzucił się na disco-polo. Nie wykluczone zresztą, że nigdy nie myślał na poważnie o odebraniu sobie życia.

Bracia K. byli pasjonatami filmów akcji z Jean Claudem van Dammem i Stevenem Seagalem. Romek co i raz załatwiał od kolegów kasety z filmami, i namawiał mnie na to, żebym – jako jedyny posiadacz odtwarzacza kaset VHS w naszej paczce – zorganizował u siebie seans. Nie lubiłem tych filmów – uważałem je za schematyczne, prymitywne, i nudne jak flaki z olejem – ale nie chciałem im o tym powiedzieć, żeby nie stracić ich sympatii. W miarę możliwości migałem się od urządzenia u siebie seansu, wymawiając się tym, że telewizor wciąż jest w użyciu; od czasu do czasu musiałem jednak ulec ich namowom, choćby dla świętego spokoju. Tak obejrzeliśmy na przykład Krwawy sport, Liberatora, kilka części Kickboxera, Podwójne uderzenie, Nieuchwytny cel, i wiele innych filmów o równie ambitnie brzmiących tytułach.

O tym, jak bracia K. uwielbiali filmy z tymi aktorami, najlepiej świadczy chyba następująca anegdota. Pewnej nocy wyświetlano jakiś film z Van Dammem bardzo późno, i nie było mowy o tym, żebym zaprosił ich o tej porze na seans. Najstarszy z nich zaoferował mi 20 złotych, jeśli włączę telewizor i pozwolę im… patrzeć na film przez okno. Oczywiście nie zgodziłem się na taki układ, uważając go za barbarzyński (możliwe zresztą, że sam zamierzałem oglądać coś innego).

O ile filmy rzeczywiście były fatalne, o tyle udzielała nam się dzięki nim zajawka na trenowanie szpagatu, ciosów z wyskoku i obrotu, oraz dźwigni. Machaliśmy nawet trochę jak sztangami ciężkimi rurami, żeby nabrać krzepy. Ćwiczyliśmy na podwórku C. Najsprawniejszy z nas był Romek – potrafił wykonać zarówno sprężynkę jak i szpagat, choć z jakiegoś powodu prawie nigdy nie dał się namówić na pokaz jednego ani drugiego. Być może kierowała nim wybujała skromność, być może chciał odgrywać wobec nas kogoś na wzór mistrza, którego umiejętności stworzone są dla wyższych celów niż popisywanie się. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciłem się z nim o to właśnie, że nie chciał mi pokazać, jak robi szpagat, a ponieważ oboje unosiliśmy się dumą, nie odzywaliśmy się do siebie ponad rok.

Bracia K. czasami prosili mnie też o to, bym pozwolił im przegrać u siebie muzykę z płyt na kasety (miałem magnetofon, który to umożliwiał). Była to dla mnie prawdziwa katorga, bowiem najczęściej (poza rapem) przegrywali techno i dance – gatunki, których wprost nie cierpiałem. Ponieważ jednak pożyczali mi kasety z hip-hopem (królowali: Peja, WWO, Fenomen, Karrmaba, Paktofonika i Eminem), wyświadczałem im tą przysługę. Dodam, że choć muzyka techno do dzisiaj wywołuje we mnie traumę, to wśród swoich ulubionych piosenek mam naprawdę sporo tanecznych kawałków (choć to utwory zupełnie inne niż te, które przegrywali u mnie bracia K.).

Pewnego ulewnego dnia jeden z braci K. wrócił ze szkolnego internatu z kasetą ze świńskimi przeróbkami polskich piosenek (nazywała się Erotyczne Hity albo Świńskie Przeboje). Ponieważ rodziców C. nie było wtedy w domu, poszliśmy we troje do jego garażu i słuchaliśmy kasety na magnetofonie. Jako nastolatek miałem wybitnie świńskie poczucie humoru, i niewiele brakowało, żebym podczas odsłuchu zlał się ze śmiechu w gacie. Następnego dnia mięśnie brzucha nadwyrężone miałem tak bardzo, że najmniejszy nawet chichot sprawiał mi ból.

Moi kumple niemal codziennie grali w piłkę. Za boisko służyły im pola, za bramki – wbite w ziemię kije. Nie znosiłem piłki nożnej – uważałem tą grę za prymitywną i nigdy nie nabrałem do niej pełnego przekonania – toteż podczas gdy grali albo jeździłem do domu, albo podawałem im wybite poza prowizoryczne boisko piłki. Nie była to najzaszczytniejsza rola, i z perspektywy czasu żałuję, że się jej podejmowałem, ale wtedy chciałem w jakiś sposób dotrzymywać kolegom towarzystwa i pokazać, że grając czy nie, jestem przydatny.

Czasami zapraszałem kolegów do siebie. Graliśmy wtedy na konsoli PSX, albo bawiliśmy się na podwórku w wojnę. Zabawa polegała na tym, że dobieraliśmy się w drużyny, wybieraliśmy plastikowe pistolety z mojej kolekcji zabawek, i dawaliśmy sobie chwilę na ukrycie się. Potem powoli wychodziliśmy ze swoich kryjówek i ”strzelaliśmy” do siebie z zaskoczenia, imitując huk wystrzału. Ten, kto pierwszy został trafiony – ginął. Pole manewru nie było wprawdzie duże, ale frajda nieziemska. Moją ulubioną kryjówką był dach wiaty, na którym rozkładałem się jak snajper ze straganową wersją karabinu Winchester. Za łażenie po nim dostawałem solidny ochrzan od dziadka, ale rzecz była tego warta.

Niemal codziennie chodziliśmy kąpać się w miejscowej rzece. Była płytka, toteż budowaliśmy na niej tamy. Spędzaliśmy mnóstwo czasu szalejąc w wodzie i wygrzewając się na piasku. Bywało, że pluskaliśmy się w pobliskim gliniastym bajorku, w którym woda, choć brudna, zawsze była o wiele cieplejsza niż w rzece. Pewnego razu zrobiliśmy w niej sobie we trójkę (ja, jeden z braci K. i nasz wspólny kolega, Michał) kąpiel bez majtek – ot, będąc w wodzie zdjęliśmy gacie, i pozwoliliśmy im osiąść na dnie zbiornika. Gdy na brzegu zjawił się inny nasz kolega, mówiąc Michałowi, że jest po coś pilnie potrzebny, zaczęło się gorączkowe poszukiwanie garderoby – co mimo naszych starań nie uszło uwagi przybysza, który opowiedział wszystkim o naszej pedalskiej kąpieli. Z pluskania się w bajorze zrezygnowaliśmy, kiedy zaczęły pojawiać się w nich dziwne larwy, czasami dostające nam się do majtek.

Gdy miałem 13 lat, w wakacje postanowiłem wraz z braćmi K. zbudować domek na drzewie. Kiedy już znaleźliśmy wprost idealne do tego celu drzewo, zaczęliśmy rozmyślać nad tym, skąd wziąć materiały do budowy. Wpadłem wtedy na pomysł, żebyśmy rozwalili podobny domek, który zbudował mój bardzo dobry klasowy kolega – T. (ten sam, który pokazał mi i C. pisemko pornograficzne). Udaliśmy się więc w to miejsce, a potem rozebraliśmy konstrukcję i przenieśliśmy wszystkie materiały do siebie. Krótko po tym akcie wandalizmu przypadkowo spotkałem T. Był wkurzony z powodu zniszczenia domku, ale właśnie odbudowywał go ze swoim kumplem. Zaprosił mnie nawet, żebym wpadł tam pogadać, a ja poszedłem z nim, i przez dobre dwie godziny rżnąłem niewiniątko. Kilka dni później prawda o moim wyczynie wyszła na jaw, i T. nie chciał mnie widzieć na oczy. Domek, który zamierzałem zbudować wraz z braćmi K., ostatecznie nie powstał, bo właściciel działki wyciął upatrzone przez nas drzewo. Nikt z nas nie miał już zresztą chęci na jego budowę.

Gdy wracam pamięcią do tych wydarzeń, nie mogę wyjść ze zdumienia nad własną bezmyślnością i okrucieństwem. Jak mogłem wyrządzić jednemu z najlepszych kumpli takie świństwo – zniszczyć mu domek, do którego zresztą często mnie zapraszał – i w dodatku liczyć na to, że nie wyjdzie ono na jaw?… Odpowiedzi niestety brak. Mogę tylko kręcić głową ze wstydu. Dodać muszę, że już trzy miesiące później, w roku szkolnym, pogodziłem się z T., któremu w ramach odszkodowania oddałem około dziesięciu płyt CD z muzyką (inicjatywa wyszła ode mnie). Potem jeszcze wiele razy zapraszał mnie do tego domku, ale długo nie czułem się godny wejścia tam, i odmawiałem sobie tej przyjemności.

Przemogłem się pewnego dnia, którego postanowiłem wraz z C. i naszym wspólnym kolegą J. zabawić się w wywoływanie duchów. Nie mieliśmy za bardzo gdzie pójść, toteż poprosiliśmy T. żeby pozwolił nam przeprowadzić obrządek w jego domku. Wierzył w duchy i był temu absolutnie przeciwny, okłamaliśmy go więc, że znajdziemy sobie inne miejsce. Kilka godzin po szkole poszliśmy jednak do jego domku – pech chciał, że T. akurat wracał z niego rowerem, i zobaczywszy nas ile sił w nogach pognał tam z powrotem, po czym zabarykadował się w nim, i nie chciał nas wpuścić. Długo musieliśmy przekonywać go, żeby zmienił zdanie. Gdy weszliśmy do środka, rozstawiliśmy cztery świece, zapaliliśmy je, zasłoniliśmy okna domku, i wyciągnęliśmy medaliki z krucyfiksami. T. nie miał krzyżyka, toteż sklecił go naprędce z połamanego patyka i kawałka sznurka. Chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy mówić: Przyjdź duchu, przyjdź! – T. niweczył jednak powagę sytuacji, żarliwie wymawiając słowa: Przyj duchu, przyj! Nic dziwnego, że żadna zjawa nie zaszczyciła nas swoją obecnością.

Reklamy

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.1

Gdy byłem nastolatkiem, komputery w mojej miejscowości zamieszkania (i w sąsiednich wsiach) były rzadkością. Młodzież zamiast spędzać czas przed monitorem, w czterech ścianach, spotykała się ze sobą na świeżym powietrzu. I ja sam czas po szkole spędzałem głównie poza domem, w towarzystwie kumpli. Z perspektywy czasu stwierdzam, że miałem niesamowite szczęście załapać się na takie właśnie dzieciństwo. Najważniejszą postacią tego okresu mojego życia był klasowy kolega C. – chudy chłopak ze sterczącymi dęba blond włosami (którym to włosom zawdzięczał zabawne przezwisko). C. mieszkał w sąsiedniej miejscowości, trzy minuty jazdy rowerem ode mnie. To z nim ramię w ramię stawiałem pierwsze kroki poza dzieciństwo, w świat nastoletni, w lata szczenięce.

Przyjaźniliśmy się od 11 do 13 roku życia; potem nasza znajomość rozpadła się na kilka lat w drobny mak. Pewnego dnia dowiedziałem się od naszego wspólnego kolegi – jednego z braci K., o których później – że C. oczernia mnie podczas rozmów ze swoimi kumplami. Wiem, że kumple ci nie lubili mnie, i domyślać się mogę, że C. najzwyczajniej w świecie jeździł po mnie, by im się przypodobać. I ja nie byłem w stosunku do niego w porządku – ilość czasu, jaką gotów był ze mną spędzać, przytłaczała mnie, i czasami, gdy przyjeżdżał do mnie, kazałem matce okłamać go, że śpię. Swego czasu, z uwagi na częstotliwość wizyt u mnie, dorobił się wśród moich domowników nowej ksywki – Norek (od postaci Tadeusza Norka, odwiedzającego Karola Krawczyka w serialu komediowym Miodowe lata).

C. miał na podwórku trzepak. Uwielbialiśmy na nim przesiadywać, i rozmawiać. Głównym tematem były – jakżeby inaczej – dziewczyny i sprawy szkolne, ale nie ograniczaliśmy się tylko do nich. Bardzo lubiliśmy omawiać odcinki programu telewizyjnego Nie do wiary, który traktował o niewyjaśnionych zjawiskach. W jednym z nich poruszano temat przepowiedni Nostradamusa dotyczących przybycia antychrysta i końca świata. Całkowicie na serio planowaliśmy, że kiedy dorośniemy, zaczaimy się na sługę diabła i rozstrzelamy go pistoletami-sikawkami wypełnionymi wodą święconą! Gdy opowiadałem o tym ojcu, zaśmiewał się. No co? Przecież skoro to antychryst, to woda święcona musi go zniszczyć – argumentowałem swój plan.

Mniej więcej w tym czasie zakochałem się w Z., młodszej o rok siostrze naszego wspólnego kolegi. C. namawiał mnie na to, bym zapytał się jej, czy chce ze mną chodzić, ale oponowałem. Pewnego dnia zaproponował następujący układ: zawiesimy się rękoma na trzepaku, i jeśli pierwszy puszczę ja, zrobię, co chciał, natomiast jeśli on – przez minutę będzie stał z opuszczonymi majtkami skierowany przodem w stronę sąsiadów. Ale nie ma żadnych wymówek, nawet jeśli przyjdzie listonosz i zejdziesz to przegrywasz – zastrzegłem. C. zgodził się na ten układ. Niestety, listonosz zjawił się kilka minut później… Co prawda potem C. i tak bez mojej wiedzy ”zeswatał” mnie z Z., ale już pierwsza nasza rozmowa spełzła na niczym, kładąc kres temuż ”związkowi”.

Miałem bujną wyobraźnię, i potrafiłem wkręcać sobie i C. różne głupstwa, byle tylko oderwać się od szarej rzeczywistości. Kiedyś na przykład znaleźliśmy na szkolnym boisku bycze jajo (grzyb – purchawkę) i zamknęliśmy ją w słoiku, gdzie zgniła i zaśmiardła. Powąchawszy ją, poważnym tonem oznajmiłem, że wyrzucona ze słoika zdolna będzie zepsuć powietrze na powierzchni kilku kilometrów kwadratowych (!), i że możemy wykorzystać ją do zasmrodzenia boiska szkolnego nielubianym starszakom. Podrzuciliśmy grzybka na ów teren, i czym prędzej czmychnęliśmy z niego, by, jak wtedy sądziliśmy, nie zatruć się smrodem. Oczywiście nasza bomba biologiczna nie wypaliła, co zresztą zrzuciliśmy na karb padającego w chwilę potem deszczu.

Innym razem natrafiłem w czasopiśmie o grach komputerowych na opis przejścia gry Onimusha. Solucja zawierała również tłumaczenia zawartych w grze zapisków (listów? Pamiętników? – tego, niestety, nie pamiętam). Były bardzo mroczne i wywarły na mnie potężne wrażenie. Kilka dni później przepisałem je do zeszytu starając się jak najmocniej zniekształcić swój charakter pisma, skaleczyłem się, i wymazałem kartki krwią. Potem dałem je C. i wmówiłem mu, że to zapiski satanistów grasujących w naszej miejscowości, i że znalazłem je przypadkowo na szkolnym boisku, gdzie nocami urządzają sobie czarne msze. Początkowo był sceptyczny wobec tych rewelacji, ale potem uwierzył w nie; wiem, że zeszyt ten czytał późną nocą, pod kołdrą, przy użyciu latarki. Niestety, nie pamiętam zakończenia tej głupiej historii.

Byłem też niezłym kłamcą. Pewnego razu zapewniałem go, że mój handlujący fajerwerkami wujek załatwi mi za darmo tyle petard, ile tylko zechcę, i że podzielę się z nim jako moim najlepszym przyjacielem. Nie wiem, na ile robiłem to, by lubił mnie bardziej (wydaje mi się, że o jego sympatię mimo wszystko nie musiałem zabiegać), na ile dla samej złośliwej satysfakcji że robię z niego głupca, a na ile dla frajdy rozmawiania o petardach, które uwielbiałem; obstawiam wszystko po trochu. Oczywiście wujek nie dał mi żadnych petard, bo byłem szczylem i nie chciał mieć na sumieniu moich palców, a temat rozwiał się w czasie i został przez C. zapomniany. I on sam potrafił zresztą nieźle kręcić. W czasie mundialu w 2002 roku C. zakładał się ze swoimi młodszymi siostrami na pieniądze o to, jaki będzie wynik emitowanych w telewizji meczów. Haczyk był taki, że transmisje były powtórkami z innych płatnych kanałów, gdzie emitowane były na żywo, a mój kolega sprawdzał wcześniej wyniki w telegazecie.

Od czasu do czasu wpadał do nas młodszy ode mnie o cztery lata R. Był, podobnie jak C., wielkim fanem klubu piłkarskiego Manchester United, a ja nagminnie grałem mu na nerwach lżąc drużynę, ile tylko się dało. Wypada dodać, że robiłem to głównie w myśl zasady kto się czubi, ten się lubi, a nie dla sprawienia mu prawdziwej przykrości – choć nie wykluczam, że byłem trochę zazdrosny o uwagę, jaką poświęcał mu C. z którym łączyła go piłkarska pasja i coroczne dwutygodniowe wyjazdy na kolonie.

Kiedy myślę o R., przypominam sobie tylko dwa ciekawe epizody z jego udziałem. Pierwszy to konkurs bekania, który urządziliśmy sobie z nim i C. w mieszkaniu tego ostatniego podczas nieobecności jego rodziców. Łykaliśmy wtedy powietrze, i wydawaliśmy z siebie jak najdłuższe beknięcia. Wszystkim nam szło świetnie (inna sprawa, że w nocy obudziłem się z potwornym bólem zapowietrzonego żołądka). Druga historia ma miłosne zabarwienie. C. kupił kiedyś na odpustowym straganie plastykowy pierścionek za 1 złoty 50 groszy, żeby oświadczyć się swojej pierwszej dziewczynie – córeczce znajomych, którzy wpadali do jego rodziców raz na przysłowiowy ruski rok. Niestety, znajomość nie przetrwała próby czasu i odległości, toteż R. odkupił go od C. żeby zaproponować chodzenie swojej sympatii, S.

C. miał jamnika, do którego – nie wiedzieć czemu – miałem bardzo ambiwalentny stosunek: na zmianę darzyłem go to sympatią, to niechęcią (podejrzewam, że dużą rolę odegrały w tym jego wariackie, wyłupiaste oczy). Lubiłem pod nieobecność C. pluć na asfalt i patrzeć, jak piesek zlizuje moją plwocinę. Ale ceniłem też zabawy z nim. Poruszaliśmy w powietrzu szmatą kusząc go, by wziął ją w pysk, a potem drażniliśmy go, wyrywając mu ją z pyska. Piesek bardzo szybko wpadał we wściekłość – wtedy puszczaliśmy materiał i czym prędzej uciekaliśmy na trzepak, by nie dać mu złapać się za nogawkę. Potem uspakajaliśmy go, i drażniliśmy na nowo. Któregoś roku C. pojechał z rodzicami nad morze, pozostawiając pieska w szopie, a ja zobowiązałem się doglądać go i napełniać jego miski karmą i wodą. Nie dość, że z ustaleń tych wywiązywałem się po macoszemu, to jeszcze zdarzyło mi się wymierzyć zwierzęciu złośliwego kopniaka. Z perspektywy czasu odczuwam na myśl o tym palący wstyd.

Wspólnie z C. łapaliśmy polne żaby i poddawaliśmy je makabrycznym wiwisekcjom. Miałem nawet miniaturową, zieloną walizeczkę z chałupniczymi narzędziami chirurgicznymi: żyletkami, nożami, strzykawkami, młotkiem (do ogłuszania) itd. Pomińmy opis udręki, jakiej poddawaliśmy te biedne zwierzęta; dość powiedzieć, że pewnego dnia poczuliśmy się gotowi, by rozważać na serio przeprowadzenie na nich operacji przeszczepu serca! Nie doszło jednak do takiej próby – z tego, co pamiętam, mój kolega poszedł do spowiedzi i oznajmił, że kończy z operacjami. Cóż, może to i lepiej – raczej nie zrobiłby kariery jako anestezjolog albo chirurg…

W któreś wakacje nasz wspólny kolega T. opowiedział nam o skrytce, w której jego kumpel schował pisemko pornograficzne. Z tego, co pamiętam, miejsce to było dość odległe, ale ruszyliśmy w podróż niezwłocznie. W tamtych czasach dostęp do pornografii był tak trudny, jak powinien być dla osób w naszym wieku, i po prostu nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Trzech chłopaków pedałujących ile sił polną drogą, piaszczystą jak pustynne wydmy, w upale, musiało być intrygującym widokiem dla ewentualnych postronnych obserwatorów. Choć pewnie nawet w połowie nie tak intrygującym, jak intrygujący okazał się dla nas widok kobiecych narządów płciowych i par uprawiających wyuzdany seks. Nieco później miałem wejść w posiadanie ogromnej ilości tego rodzaju pisemek, w tamtym jednak czasie był to dla nas swego rodzaju Święty Graal.

Nie wiem, dlaczego, ale niezwykle wyraźnie zapadła mi w pamięć pewna arcyzwyczajna chwila: jeżdżę późnym wieczorem przed domem C. w te i we w te, czekając, aż skończy jeść, i marzę o kupnie konsoli Playstation 2 i graniu w grę wyścigową Gran Turismo 3. Jak wyraźnie słyszę cykanie świerszczy, czuję rześkie powietrze, widzę niknącą w zmroku jaskrawą zieleń jego równo przystrzyżonego trawnika! Muskam się o ten moment, ocieram o niego swym istnieniem, zastanawiając się, dlaczego akurat on leży na styku z teraźniejszością, która przecież zawsze jest tu i teraz? Choć wspominając tamte czasy, mimo zażenowania, odczuwam również duży sentyment, tylko do tej właśnie jednej jedynej niezobowiązującej chwili chciałbym móc przenieść się żywcem: kilkukrotnie przejechać rowerem w jedną i w drugą stronę, napawając się tym, że to wciąż dawne dzieje, i że nic – ani tragiczny koniec życia C., ani moje dramaty – nie jest jeszcze postanowione.

Wiosennie

O poranku przydomowe podwórko spowija jednostajna zieleń; około godziny jedenastej mlecze, których kwiaty zamknęły się wczoraj wieczorem, otworzą się, i żółć roztoczy nad nią swą słoneczną dominację. W gałęziach biało ukwieconych drzewek owocowych bzyczą owady: włochate trzmiele i pszczoły. Ich tylne odnóża pokrywa warstwa pomarańczowożółtego nektaru. Stoję pod nimi, wdychając delikatny, słodki aromat, i przypatruję się z podziwem ich cierpliwej pracowitości.Wiosennie (1)Obok, w otwartym oknie letnika, który przerabiam na mieszkanie dla siebie i swojej dziewczyny, faluje firanka. Musiałbym być ślepy, by nie dostrzec w jej hipnotyzujących ruchach zapowiedzi przyszłych dni – tych, które spędzimy już we dwoje. Niżej, w świecie źdźbeł trawy i opadłych białych płatków, krzątają się czarne mrówki-pracoholiczki. Wynoszą z wnętrza gniazda drobinki piasku, ciągną maleńkie patyczki, ubijają wijącą się w odruchu obronnym larwę. Patrzę na to i myślę nieśmiało, że mrówki i pszczoły grają w jednej i tej samej wiosennej drużynie.

Kasztanowiec mężnie i dumnie dźwiga na swych gałęzistych barkach ogrom słupiastych kwiatów i rozłożystych liści. Ptactwo skacze figlarnie po gałązkach drzewek owocowych, świergoląc radosne melodie. Bociany patrolują pola w poszukiwaniu pokarmu, raz na jakiś czas wbijając czerwony dziób w trawę. Po nieskazitelnie błękitnym niebie, wysoko, wysoko nad ziemią, kołuje myszołów. Jeszcze wyżej sunie samolot pasażerski, pozostawiając za sobą białą smugę kondensacyjną. Patrząc na niego (przy czym zadaszam oczy dłońmi, bo słońce świeci jak w lecie) zastanawiam się, kiedy pojawią się pierwsi śmiałkowie na paralotniach.

Na wsiach kwiecień i maj to czas pierwszych prac na podwórkach. Po zimie zawsze jest co robić: trzeba zutylizować popiół, skopać ogródek i zasadzić w nim kwiaty oraz warzywa, zasypiać gruzem nierówności we wjeździe, przyciąć rozrosłe drzewa, oczyścić zachwaszczony chodnik, posegregować i oddać śmieci. Niektórzy szykują już nawet (o czym informuje płynący w przestrzeni warkot pił łańcuchowych) drzewo na kolejny sezon grzewczy. I ja haruję dzień w dzień, w pocie czoła, nie mam czasu nawet na pisanie i czytanie, ale nic nie szkodzi, bo najwyższa pora przejść wiosną (słońcem i letnimi powiewami) do szpiku kości, wielki już czas naładować wewnętrzne baterie na zimowe dni i noce.

Trzeba skosić dość już zarośnięte podwórko. Brat kursuje kosiarką w jedną i w drugą stronę, sukcesywnie wycinając pasy zieleni. Powietrze przesyca intensywny zapach soków roślinnych. Wieczorem, gdy trawa już przeschnie, aromat zmieni się: stanie się lekki jak piórko, nie, jeszcze bardziej – lżejszy nawet od powietrza; tak lekki, że unosić będzie mnie na wyżyny nostalgicznych wspomnień o tradycyjnym, wiejskim dzieciństwie. Pies, zadowolony z towarzystwa i zamieszania, tarza się w trawie, hasa po podwórku łapiąc w uszy wiatr jak regaty łapią go w żagle na pełnym morzu, a ogonem merda tak obłędnie, że na ten widok człowieka bierze wspaniały, zdrowy śmiech.

Od czasu do czasu spotykam się z kolegą na opustoszałych polach, i wypijamy tam ćwiartkę zimnej wódki, gawędząc o życiu prawie jak za małolata. Bo raz w tygodniu należy nam się, jak psu buda, po te sto gram na łebka, akompaniament cykających świerszczy i żab rechoczących w pobliskim bagnisku. To są chwile zarezerwowane na to i na nic więcej – dlatego niczego poza tym nam nie trzeba, dlatego jesteśmy w tym wszystkim tak bardzo, że właściwie jesteśmy tym wszystkim: jednością.

Straszne Filmy

Już od czasów dzieciństwa rozbudzałem się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc. Matka również kładła się spać dosyć późno; zarwaliśmy wiele nocy oglądając razem telewizję. Ona lubiła dreszczowce i dramaty, ja zaś lubowałem się w horrorach. Często wymuszałem na niej dziecięcymi grymasami przełączenie odbiornika na upatrzony wcześniej w programie film grozy. Oglądałem je niemal nałogowo, choć podczas strasznych scen czasami chowałem się pod kołdrę.

Return of The Living Dead 3Od 8 do bodajże 11 roku życia prowadziłem – mniej lub bardziej regularnie – zeszyt, do którego wklejałem wycinki z gazet dotyczące horrorów. Były to głównie ramki składające się z ilustracji i opisu fabuły publikowane w tygodniku Tele Tydzień. Spisywałem w nim również wszystkie znane mi horrory i odhaczałem ptaszkiem te, które już obejrzałem. Czasami przynosiłem go do szkoły, i pokazywałem kolegom, którzy również uwielbiali straszne filmy. Na przerwach opowiadaliśmy sobie o najlepszych, jakie widzieliśmy, relacjonowaliśmy sceny, podawaliśmy tytuły, których koniecznie należy wypatrywać. Szkoda, że gdy trochę podrosłem, spaliłem ów zeszyt z masą innych swoich papierów.

Moi rodzice byli w tym czasie w separacji. Ojciec przyjeżdżał do nas w odwiedziny raz w tygodniu, w weekend, i prawie zawsze przywoził z wypożyczalni kaset VHS jakiś film. Pamiętam, jak kiedyś prosiłem go przez cały dzień, by wypożyczył bardzo głośny wtedy Krzyk, ale za nic w świecie nie chciał tego zrobić. Odpowiadał mi, że jest tak straszny, że kilkadziesiąt osób oglądając go dostało zawału serca i nie chce, by mnie spotkało to samo – co oczywiście potęgowało tylko moje pragnienie obejrzenia go! Teraz wiem, że ojciec robił to specjalnie, wtedy nie miałem o tym najmniejszego pojęcia.

Nie wiem, dlaczego, ale filmowe horrory o wampirach zawsze zanudzały mnie na śmierćCandyman (mam tak po dziś dzień), więc po pewnym czasie zacząłem omijać je wszystkie szerokim łukiem. Niespecjalnie kręciły mnie także slashery (to akurat z czasem uległo zmianie), uwielbiałem za to zombie movies – i to do tego stopnia, że nie przepuściłem żadnego z nich. Najbardziej podobały mi się wszystkie części Powrotu żywych trupów oraz Świt żywych trupów. Obrazy umarlaków otępiale snujących się w poszukiwaniu ludzkiego mięsa fascynowały mnie do tego stopnia, że pragnąłem, by zombie apokalipsa nastąpiła naprawdę. Być może wizja ta wydawała mi się tak atrakcyjna, bo po prostu chciałem móc postrzelać bezkarnie do jakichś stworzeń?

Poza zombie przerażały mnie również Kleszcze (pierwszy horror jaki w ogóle obejrzałem; miałem go na kasecie VHS), Laleczka Chucky oraz nawiedzone domy (przede wszystkim Amityville). Zdecydowanie najstraszniejszą postacią z horroru był jednak dla mnie w tym czasie (i jest teraz) Candyman. Potężny czarnoskóry mężczyzna z hakiem zamiast dłoni, który zjawiał się ni stąd, ni z owąd, by wybebeszać nim ludzi, przerażał mnie wręcz do szpiku kości. Przez jakiś czas po obejrzeniu tego niesamowicie ciężkiego filmu byłem całkowicie pewien, że jeśli stanę przed lustrem o północy i pięciokrotnie wypowiem słowo Candyman, upiór pojawi się, by dokonać na mnie masakry. Mimo to pewnej nocy odważyłem się to uczynić – kilka następnych przypłaciłem bezsennością i strachem.

Z wielką frajdą oglądałem także serial Opowieści z krypty. W każdym odcinku przedstawiane były dwie makabryczne historie. W poszczególne opowieści wprowadzał widza zzieleniały truposz obdarzony osobliwym poczuciem humoru. Serial ten, co ciekawe, oglądała ze mną czasami moja matka, która horrory uważała z reguły uważała za głupoty.

Child's PlaySen z powiek spędzał mi również serial fantastyczny z elementami grozy pt. Po tamtej stronie (Outer Limits) emitowany późną nocą na TVP1. Każdy odcinek opowiadał inną historię, zawsze prowadząc widza do samych granic wyobraźni. Charakterystycznym i niezmiennym elementem serialu był lektor otwierający i zamykający swym przemówieniem odcinki, oraz niezwykłe wprowadzenie. Do dziś czuję się niesamowicie, kiedy przypominam sobie głos mówiący: Twój telewizor działa prawidłowo. Nie próbuj go regulować. Teraz my sterujemy transmisją. Kontrolujemy obraz w poziomie, i w pionie. Możemy cię zarzucić tysiącem kanałów, albo doprowadzić jeden obraz do kryształowej przejrzystości.

Jako dorosły człowiek obejrzałem całą masę horrorów, ale nigdy nie bawiłem się podczas seansów tak dobrze, jak w dzieciństwie. Wyrosłem już bowiem z całej masy lęków, utraciłem wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, i zaznajomiłem się ze schematami, które obowiązują w znacznej części filmów grozy. Powiedziałbym więc, że tego rodzaju filmy dla dorosłych są tak naprawdę dla… dzieci.

Edward Stachura – ”Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi”

Edward Stachura - ''Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi''Trzydziestoletni Janek Pradera przybywa do wsi Bobrowice, gdzie najmuje się do pracy przy wyrębie lasu. Nie kierują nim motywy czysto zarobkowe – chce uciec od zgiełku miasta, i rozprawić się z kilkoma dręczącymi go demonami. Będzie to starcie na śmierć i życie, z czego sam dobrze zdaje sobie sprawę.

Bardzo istotnym wątkiem powieści jest miłość bohatera do kobiety, którą nazywa poetycko (i zarazem tajemniczo) Gałązką Jabłoni. Narrator z lubością snuje wewnętrzne monologi skierowane do swej ukochanej – wspomina spędzane z nią chwile, deklaruje wierność, wyraża podziw, pragnienie ponownego połączenia się z nią. Osoba ta nigdy nie pojawia się w powieści bezpośrednio, i chwilami można mieć wątpliwości co do tego, czy istnieje naprawdę, czy też jest tylko wytworem bujnej fantazji Pradery, rozgorączkowanej tęsknotą za idealną kobietą.

Nie przypadkowo Pradera podejmuje się tak ciężkiej pracy, w towarzystwie ludzi o dużo prostszej od jego mentalności. W jego zainteresowaniu ich życiem dopatrywać można się badawczej ciekawości człowieka, który chciałby z tej prostoty duchowej uszczknąć coś dla siebie, nauczyć się jej choć trochę. Sztuka ta w jakimś stopniu mu się udaje – mimo swej ogromnej wrażliwości Pradera bez trudu asymiluje się z prostymi robotnikami – ramię w ramię pracuje z nimi przy wyrębie lasu, a kiedy przychodzi odłożyć siekierę, chętnie spotyka się z nimi przy wódce. Ze strony na stronę coraz bardziej dochodzi jednak do czytelnika fakt, że przepaść pomiędzy nimi jest nie do zasypania, że co najwyżej możliwe jest przerzucenie pomiędzy nimi wąskiej kładki – co najlepiej uwidacznia się podczas rozmowy Pradery z Michałem Kątnym, jedynym na zrębie człowiekiem o bardzo zbliżonej do niego konstrukcji psychicznej.

Nie tylko potrzeba naprostowania ducha sprowadza Praderę do leśnej głuszy. Pewne wzmianki w tekście wskazują na to, że czyni to, by nie przepaść dla całego świata w nazbyt dla niego wygodnym kokonie obopólnej miłości partnerskiej, oraz że choć kocha ponad życie pojedynczego człowieka, to właśnie samotność wyczula jego wrodzoną wrażliwość na przejawy piękna natury, sprawy ogólnoludzkie oraz kwestie natury duchowej. Z tego też powodu tylko w samotności może uzyskać odpowiedzi na kilka nurtujących go pytań – i wykorzystać w przyszłości tę wiedzę, by móc otoczyć swoją ukochaną głębszą opieką.

Bohatera Siekierezady raz na jakiś czas spowija – wyzierając zewsząd – dziwaczna mgła. Zawiesina osacza go, paraliżuje jego zdolność myślenia, wręcz rozwiewa w sobie jego istnienie. Czym jest ta niezwykła siła? Czyżby była to pokusa popełnienia samobójstwa? A może to nawał rozmaitych lęków – tych przyziemnych i metafizycznych, lub krańcowe wyczerpanie penetrowaniem dziedzin niedostępnym większości ludziom? Pradera wymienia mgłę tą mgłę jako jeden z powodów tymczasowego rozstania z ukochaną – chce stawić czoła tej sile w samotności, nie zadręczać swą walką i zmęczeniem Gałązki Jabłoni, móc powrócić do niej jako zwycięzca.

Prawdopodobnie to właśnie Siekierezada jest najniezwyklejszym językowo typowo prozatorskim utworem Edwarda Stachury. Autor miesza eleganckie poezjowanie z mową typową dla prostych ludzi oraz wyrazami występującymi w ich hermetycznym środowisku. Nagina i łamie o pióro zasady gramatyki, czasami wychodząc z takich prób jako wirtuoz, czasami – jako grafoman. Bywa, że zdania ciągną się przez połowę strony, że narracja przechodzi w strumień świadomości, przy czym nie zawsze cechuje je płynność.

Wrażliwość jawi się w Siekierezadzie jako dar niebios, który – choć pożądany przez człowieka – okazuje się być szczęściem ponad ludzką miarę. Jest niby pałac z oknami wychodzącymi na wszystkie najwspanialsze i najstraszliwsze widoki świata, a przy tym skazany na zawalenie się – prędzej czy później – pod własnym ciężarem. Nie sposób nie żałować losu Pradery (który jest alter ego samego Stachury), ale i nie sposób nie delektować się unikatową perspektywą, z której relacjonuje swoją obecność w świecie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: C&T.

Edward Stachura – ”Fabula Rasa”

Edward Stachura - ''Fabula Rasa''Na trzy lata przed swoją śmiercią Stachura wszedł na ścieżkę praktyk medytacyjnych i rozwoju duchowego. Otworzyły one zupełnie nowy rozdział w jego twórczości – zaowocowały bowiem dwoma utworami filozoficznymi: Fabula rasa oraz Oto.

Fabula rasa to traktat filozoficzny przedstawiony w formie dialogu człowieka-Ja z człowiekiem-nikt – czyli człowieka, którego życie napędza egoizm w jego rozlicznych formach z człowiekiem, któremu udało się dotrzeć do istoty rzeczy i tegoż egoizmu wyzbyć. Człowiek-Ja zadaje swemu rozmówcy rozmaite pytania, ten zaś udziela mu odpowiedzi, na nowo odkrywając przed nim rzeczywistość.

Obraz człowieka-Ja który odmalowuje słowami człowiek-nikt jest tyleż prawdziwy, co wstrząsający. Jest on zaślepiony i ogłuszony miłością własną tak bardzo, że piękno w świecie, ludziach i życiu dostrzega tylko o tyle, o ile są w stanie (przynajmniej potencjalnie) zaspokoić jego pragnienia. Jeśli daje coś od siebie dobrowolnie, robi to tylko po to, by poczuć się lepszym i zyskać na tym jak na inwestycji. Każdy jego czyn służy zresztą ucieczce przed samotnością – czyli de facto przed samym sobą. Człowiek-Ja jest samemu sobie obcy bardziej, niż obce są mu najdalsze zakamarki kosmosu – co nie przeszkadza mu chcieć zgłębiać fundamentalne tajemnice bytu.

Człowiek-nikt posiada wiedzę absolutną (lub złudzenie wiedzy absolutnej), jest także wyzbyty wszelkich pragnień poza potrzebą zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb bytowych, uzurpuje sobie prawo do bycia obiektywnym obserwatorem rzeczywistości. Ukazuje człowiekowi-Ja zgubność egoizmu, udowadnia, że potrzeby łatwiej zdusić niż zaspokoić, skłania go ku samopoznaniu, które wyzwolić ma go z tego, co tylko wydaje się życiem, a tak naprawdę stanowi piekielny wymysł jego toczonego gorączką miłości własnej umysłu. Samopoznanie to nastąpić ma nie poprzez gromadzenie faktograficznej wiedzy o sobie, a poprzez uważną obserwację swego zachowania i analizę jego motywacji. Przyjrzeć się własnej potworności, ujrzeć całą jej nędzę, i przerazić się nią na śmierć, która to śmierć będzie początkiem prawdziwego życia – oto, co oznacza właśnie wejść na ścieżkę przemiany w człowieka-nikt.

Człowiek-nikt objaśnia zawiłości ludzkiej psychiki w sposób niezwykle drobiazgowy. Nie ogranicza się przy tym do suchej logiki – jego wywody posiadają wyśmienite walory literackie: pełno w nich kunsztownych metafor, natchnionej aforystyki, a niektóre ze sformułowań cechuje niemal nieludzka wirtuozeria. Podkreśla jednak, że słowo – niezależnie od tego, jak piękne – jest tylko słowem, nigdy tym, co opisuje; że jest jak grób, poza którym rozciąga się nieśmiertelnie żywe życie. Zadaniem czytelnika jest zrozumieć to, nie pozwolić omamić się literackiemu pięknu, wydostać się poza jego obręb.

Po przeczytaniu Fabula rasa od czasu do czasu bywałem na ścieżce samopoznania, nigdy jednak nie odczuwałem pokusy konsekwentnego podążania nią aż do samego końca. Jest to w dużej mierze efekt uboczny życiorysu samego Stachury, który tuż po napisaniu tej książki popadł w psychozę urojeniowo-omamową, a potem depresję zakończoną samobójstwem w wieku zaledwie 42 lat. Przemiana w człowieka-nikt, opisy ekstatycznych uniesień będących konsekwencją tej transformacji – wszystko to może mieć naturę oświeceniową, albo chorobową. Dość powiedzieć, że Stachurowy człowiek-nikt deklaruje jako pewne, że po odkryciu prawdziwego życia posiada się je na zawsze. Pisarz został przez niego oszukany – utracił wszystko.

Warto wspomnieć, że Fabula rasa ogłoszona drukiem zwartym nie ma nic wspólnego z utworem pod tym samym tytułem, nad których Stachura pracował od roku 1966. Pierwotny zamysł zakładał powieść pełną pustych przestrzeni, w których czytelnik mógłby dopisywać swoje własne przemyślenia, stając się tym samym współautorem książki. Odkrycia duchowe Stachury odwiodły go od tego fenomenalnego pomysłu.

Lektura Fabula rasa to ogromne wyzwanie czytelnicze. Można poprzestać na nim – przeczytać książkę jako utwór literacki, rozkoszując się jego wyrafinowaniem – ale można również uczynić jej treść życiowym drogowskazem. Osoby o refleksyjnym usposobieniu powinny być nią zachwycone.

***

Okładka: C&T.

Rozmowy z Wierzącymi

Rozmowa o wierze pomiędzy ateistą a wierzącym zawsze jest bardzo niezręczna. Obie strony sądzą, że druga z nich jest w ogromnym błędzie, i obie starają się dać to sobie odczuć możliwie najłagodniej, ale jednocześnie możliwie najdosadniej. Z uwagi na delikatność tejże materii uważam, że co najmniej drobnych przykrości na tym tle uniknąć nie sposób.

Rozmowy z wierzącymi fascynowały mnie kiedyś, obecnie jednak nie interesują mnie w najmniejszym nawet stopniu. Są to dyskusje, na których w 99 procentach przypadków żadna ze stron nie jest w stanie nijak skorzystać. Od jakichś pięciu lat nie dowiedziałem się z nich niczego nowego. Schemat również zawsze jest ten sam: wierzący najpierw przytacza swoje argumenty, a potem, nie wytrzymując siły moich, stwierdza rozbrajająco, że ”Bóg jest nieogarniony a my jesteśmy tylko ludźmi”. Nietzsche pisał, że tego, w co ktoś uwierzył bez dowodów, dowodami obalić nie sposób (nawet dowodami z logiki), i bazując na swoich doświadczeniach zgadzam się z nim w tej kwestii całkowicie. Ja z kolei nigdy nie uwierzę w istnienie wszechmocnej, miłosiernej, samoświadomej siły, która posiada jakiś istotny powód, by nie komunikować się z istotami rzekomo stworzonymi przez nią na swoje podobieństwo.  Rozmowy z Wierzącymi (1)Uważam, że wiara w Boga jest urojeniem, które z uwagi na swoje rozpowszechnienie (uwarunkowane konstrukcją ludzkiej psychiki) jest tak powszechne, że stało się ogólnie przyjętą normą. Wikipedia definiuje urojenia jako zaburzenia treści myślenia polegające na fałszywych przekonaniach, błędnych sądach, odpornych na wszelką argumentację i podtrzymywane mimo obecności dowodów wskazujących na ich nieprawdziwość. Ponieważ nie ma żadnych dowodów na istnienie Boga, Biblia (i inne święte księgi) pełna jest jaskrawych sprzeczności, a miliardy ludzi wierzy w Stwórcę, definicja ta odpowiada ich wierze. Warto również przypomnieć, że istnieje nieskończona ilość rzeczy, których istnienia nie da się dowieść ani obalić, toteż dowodzenie ich istnienia jest obowiązkiem ludzi o ich istnieniu przekonanych. Jeśli spieram się z kimś na temat istnienia jednorożców, absurdem byłoby zwiedzanie z nim całego świata tylko po to, by udowodnić mu, że nigdzie ich nie ma. Jeśli ktoś twierdzi, że jednorożce istnieją, niech pokaże mi, gdzie. Nigdzie nie widziałem jednorożca, tak samo jak nigdzie nie widzę obecności Boga – a tylko obojętne na wszystko bezmyślne siły natury.

Nic na to nie poradzę – do takich wniosków prowadzi mnie logika. Nie uważam jednak, żeby wierzący byli przez swe wierzenia ludźmi w jakikolwiek sposób gorszymi. Szanuję ich wiarę, bo szanuję ich prawo do bycia w błędzie – i nie mówię tego w tonie aroganckim. Wierzący z kolei mają prawo myśleć to samo o mnie (choć oczywiście ja mam prawo z ich osądem się nie zgodzić – i nie zgadzam się, rzecz jasna). Nie jest to zresztą rzecz, o jaką warto by drzeć koty – myślę że zawsze łączy nas ze sobą o wiele więcej, niż dzieli (wyłączam z tego stwierdzenia bestie w ludzkiej skórze, z którymi łączy mnie tylko ludzka fizjonomia).

Na temat wiary i niewiary zamierzam jednak pisać – przede wszystkim dla osób stojących na rozstaju dróg: w miejscu, gdzie ich życiowa ścieżka rozwidla się i muszą wybrać, czy chcą podążać odnogą o nazwie Wiara, czy Ateizm (a nieraz jakąś inną – np. Agnostycyzm). Człowiek poszukujący jest człowiekiem o otwartym i chłonnym umyśle, i jeśli na przeczytaniu moich esejów mógłby cokolwiek skorzystać – czułbym się zaszczycony.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.