Archiwum autora: Morfeusz

Jesteś

Tak mało piszę tutaj o Tobie, która ocaliłaś moje życie, podałaś mi rękę w chwili, gdy wisiałem nad przepaścią. Czasami narzekasz na to; martwisz się, że kiedy zostaję sam, nie myślę o Tobie tak często i gorąco, jak dawniej, że wszystko inne zajmuje mnie silniej. Kiedy przeglądam swoje eseje, stwierdzam, że Twoje pretensje są w pewnej mierze uzasadnione, jakkolwiek – nie jest to prawda; życie nauczyło mnie, że ci, którzy najbardziej afiszują się swoją miłością przed światem, tak naprawdę nie są jej pewni i potrzebują cudzej atencji i aprobaty, by uczucie to mogło trwać. Ogień, który między nami goreje, radzi sobie bez tego i należy tylko do Nas.

Dzisiaj jednak przemówię głośno. Po raz pierwszy od tak dawna, na drodze wyjątku. Opowiem o sobie i o Tobie, o Nas, tak szczerze, jakbym pisał to własną krwią, tu i ówdzie rozcieńczaną łzami. Kto ma uszy, niechaj słucha.Jesteś (1)Był czas, kiedy przesiadywałem z kolegami na poboczach piaszczystych ścieżek, i zapijałem smutki oraz samotność. Czas, kiedy byłem niczym więcej, niż tylko ucieleśnieniem druzgocącej pewności, że zawsze już będę sam, że miłość ominie mnie szerokim łukiem. Siedzieliśmy tam, i przeklinaliśmy życie, na czym świat stoi, a młodość przeciekała nam przez palce. Babraliśmy się w niej tak, jak niektórzy lubią babrać się w mokrej glinie, nie mając jednak pomysłu na to, co z niej uformować – dla samej płynącej z tego bezmyślnej, dziecięcej przyjemności. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych dni – kiedy muskam tamtego młodego człowieka, którym byłem, swoją myślą – wydaje mi się, że zdarzyło się to w innym życiu.

Jak mam wysłowić to, co działo się we mnie na widok dziewcząt – atrakcyjnych, roześmianych, cieszących się życiem? Mijałem je, czując całym sobą, że są mi równie niedostępne jak księżyc, i jedynym, na co mogę sobie wobec nich pozwolić, jest cichy podziw. Motyle tłukły się w moim podbrzuszu, jak ćmy tłuką się sierpniowymi wieczorami o klosz frontowy domu, a żal ściskał gardło twardą ręką. Chciałem całować ich usta, patrzeć w ich oczy, obejmować ich talie, i chciałem poświęcać się ich dobru, pielęgnować w nich to, co najpiękniejsze, a fochy ich przyjmować z namaszczeniem. Nie chciały mnie! Nawet nie raczyły omieść mnie spojrzeniem swoich perfekcyjnie pomalowanych oczu, gdy mijaliśmy się na ulicy. Byłem dla nich przeźroczysty jak powietrze.

Były w moim życiu dwie dziewczyny, i coś pomiędzy mną a nimi. Miłość? Tak, ale obustronnie niedojrzała, a z mojej strony również skrzywiona przez samotność. Uczucie jednocześnie kruche i niszczycielskie – jak młotek, który sam rozpada się na części w momencie uderzenia w filigranową porcelanę. Nie chcę tego roztrząsać; zanudziłbym się na śmierć, toż to flaki z olejem, opera mydlana, a zresztą: nie ma o czym mówić. Było, minęło, i teraz, wspominając te relacje, nie mam dla nich niczego, poza obojętnym wzruszeniem ramion.

Ale wtedy miały na mnie kluczowy wpływ. Postradałem rozum. Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Widziałem tam ludzi, których choroba duszy łamała jak zapałki, i widziałem, jak miłość (i fachowe leczenie rzecz jasna) pozwalała im podźwignąć się ze swego nieszczęścia, powstać z popiołów. I gdybym te trzy miesiące wcześniej nie poznał Ciebie – nie wiem, czy udałoby mi się poskładać jakoś do kupy, czy zrobiłbym to dla samego siebie. Myślę, że nie, i że już dawno nie byłoby mnie na tym świecie.

Dzieli nas różnica wieku. Dzieli? Nie powiedziałbym. Łączy. Twoje pojawienie się w moim życiu stanowiło dla mnie punkt zwrotny, moment zejścia ze ścieżki, na którą Ty w tym samym momencie z racji swojego wieku dopiero wkraczałaś. Znam ją jak własną kieszeń; znam na niej każdy kamień, każdą koleinę, każdy wybój. Jestem Twoim przewodnikiem, i nie pozwolę Ci zginąć, a jeśli potkniesz się, podam Ci rękę. Będę brał Cię na barana, na głowę, i na ręce, i niósł pod górkę. Będę dbał o Ciebie, pielęgnował w Tobie to, co najlepsze, byś rozkwitła pełnią siebie roztaczając swe piękno na cały świat.

Ale to działa w obie strony. Trzymasz mnie w pionie. Wierzysz we mnie. Potrafisz mną potrząsnąć, kiedy trzeba, a kiedy potrzebuję, żeby roztkliwiać się nade mną – robisz i to. Mogę liczyć na Twoją mądrość, kiedy dostaję głupawki, a kiedy jakiś problem przytłacza mnie swoim ciężarem – obracasz go w drogocenny żart, jak ołów w złoto, przy pomocy kamienia filozoficznego błyskotliwego poczucia humoru. Tylko przy Tobie stać się mogę najlepszą wersją samego siebie – dla Ciebie, dla siebie, i dla świata.

Kiedy idziemy razem przez miasto, trzymając się za ręce, i dociera do mnie własna przynależność do zbioru wszystkich tych par, czuję się, jakbym dostał skrzydeł, i frunął na nich, niesiony podmuchem wydanego w tej samej chwili boskiego tchnienia. Czasami przypominam sobie wtedy o tym zapijającym samotność chłopaku, którym byłem, i uśmiecham się do niego. Gdyby ten koleś tylko wiedział, co go czeka w przyszłości, nie lałby łez, tylko uzbroił się w cierpliwość!

Jesteś piękna, a ja… Cóż: takie dziewczyny jak Ty zazwyczaj nie spotykają się z takimi facetami: wizualnie przeciętnymi artystycznymi duszami bez wykształcenia i perspektyw zarobkowych. Kiedy patrzę sennym wzrokiem, jak wychodzisz z łóżka i ubierasz bieliznę, czuję całym sobą, że w życiu, pomimo wszystkiego, co przeszedłem, i tak mam więcej szczęścia niż rozumu.

Ale bywam też łajdakiem, a Ty – zimną suką. Czasami tracimy nad sobą kontrolę, i wypowiadamy słowa, których potem gorzko żałujemy. Bywa też, że ranimy się tylko po to, by sprawdzić, czy nasza miłość wytrzyma ból, czy jest prawdziwa. To głupie, ale oboje rozumiemy, że czasami tak po prostu musi być, i jesteśmy skłonni płacić tą cenę, przez całe życie, w ratach, wiedząc, że jest to niby kredyt, na którym żyjemy.

Tych kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy, nie wiedziałem, czy i jak długo będziesz ze mną nadal. Miałem za sobą ćwierćwiecze życia, i wiedziałem już, że ludzie raz są, a raz ich nie ma; że blakną hartowane przejściami sympatie, które trwać miały po kres dni, i że wystarczy na kilka miesięcy stracić bliską osobę z oczu, by ta zmieniła się nie do poznania. Ale od tego czasu przeszliśmy razem tyle kilometrów, gryźliśmy glebę tyle razy, tak wiele razy upadaliśmy i podnosiliśmy się – zawsze ramię w ramię! – że dziś już nie mam wątpliwości, że będziesz zawsze, skoro do tej pory jesteś.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Paulo Coelho – ”Alchemik”

Paulo Coelho - ''Alchemik''Nim zabrałem się za Alchemika, naczytałem się o nim, naczytałem. Większość odbiorców gromiła tę najsłynniejszą powieść Coelho za jej banalność i pseudo-odkrywczość, niektórzy jednak – i było ich całkiem sporo, nawet wśród czytelników dość mocno w bojach czytelniczych już zaprawionych – chwaliło za mądrość życiową. O ile zwykle podchodzę sceptycznie do takich nagonek – zdarza się, że besztane z błotem są książki naprawdę oryginalne i dobre – tak tym razem spodziewałem się właśnie totalnej klapy. Cóż ukrywać: nie pomyliłem się.

Bohaterem powieści jest Santiago, pasterz owiec. Po tym, jak zrezygnował ze święceń kapłańskich, błąka się po Andaluzji nigdzie nie zagrzewając na dłużej miejsca. W nocy śni mu się kilkukrotnie skarb zakopany w Egipcie, wśród piramid. Gdy udaje się do wróżbitki z prośbą o wyjaśnienie znaczenia majaku, ta poleca mu udać się na poszukiwania fortuny. Wkrótce też spotyka na swojej drodze mędrca, który tytułuje się królem Salem i naprowadza go na jego właściwą życiową ścieżkę, polecając mu podążać nią. Santiago udaje się w podróż do Egiptu.

Przesłanie Alchemika jest następujące: człowiek powinien podążać za swoimi marzeniami, gdyż tylko to pozwoli mu stać się najlepszą wersją samego siebie, co na dobre wyjdzie nie tylko jemu samemu, ale i całemu światu. Przekaz ten, równie szlachetny co banalny, ubrany jest niestety w tanie łachmany pseudofilozoficznego i pseudopoetyckiego bełkotu. To zresztą właśnie cały Coelho: najpierw przyodziewa oczywistości i niezbyt odkrywcze prawdy życiowe w określenia trącące metafizyką, a potem objaśnia je, nadając im pozory wzniosłości. Napomknięcia (jakże liczne, jakże liczne!) o Własnej Legendzie, o Duszy Wszechświata, Wojowniku Światła i co tam jeszcze, na początku irytują, potem już zwyczajnie śmieszą. Czytając Alchemika miewałem silne poczucie, że oto obcuję z wytworem niegroźnego szaleńca. Bo (wybaczcie określenie) system filozoficzny przedstawiony w powieści jest na swój sposób spójny – tyle, że jest głupi i nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Równie dobrze mógłby to być poradnik o tym, jak żyć na księżycu.

Weźmy chociażby przykład anglika podróżującego z Santiago do oazy. Poszukuje on Alchemika, by dowiedzieć się, w jaki sposób wyprodukować kamień filozoficzny. Odnaleziony mędrzec po prostu mówi mu, żeby spróbował to zrobić. I co się dzieje? Ów anglik, który mógł uczynić to dekadę wcześniej, robi to dopiero teraz, za jego przyzwoleniem. Nawet jeśli potraktować ten wątek w charakterze przypowieści objawiającej prawdę życiową (banalną do bólu: że wcale nie potrzeba czyjejś zgody do spełnienia swoich marzeń), jest on wprost idiotyczny.

Sporo w Alchemiku również nadzwyczajnych bzdur. Mowa o podniosłych stwierdzeniach, że Wszechświat działa na korzyść ludzi mających odwagę dążyć do ziszczania swoich marzeń (samorealizacji i szczęścia w miłości), że świat przepełniają znaki wskazujące właściwą drogę postępowania i można nauczyć się je czytać, itd. Zresztą bzdury te najlepiej chyba tłumaczą sukces komercyjny Alchemika: ludzie lubują się w wierze w tego typu słodkie i wygodne kłamstewka. Osobom poszukującym w życiu motywacji do pracy nad sobą i swoim życiem poleciłbym raczej książki z zakresu rozwoju osobistego.

Ocena, jaką przyznaję powieści nie jest niższa tylko dlatego, że, cokolwiek by nie mówić, napisana jest przynajmniej z poszanowaniem zasad gramatyki. Przypadło mi też do gustu jej całkiem przewrotne zakończenie. Dobry człowiek z tego Coelho, poczciwa z niego dusza, ale niestety marny pisarz i raczej słaby myśliciel. W Alchemiku nie ma ni rozrywki, ni napięcia, ni prawdziwej mądrości.

Ocena: 3/10 (słaba).

***

Okładka: Drzewo Babel

Poszedłbym na Grzyby

Nie ukrywam, że koniec poprzedniego sezonu grzybowego przyjąłem z pewną ulgą. Był niezwykle urodzajny (co oczywiście ogromnie mnie cieszy), ale świadomość, że las pełen jest grzybów, nie pozwalała mi odpocząć od zbierania ich, i gdyby nie to, że pojaw dobiegł końca, pewnie padłbym w głębi lasu ze zmęczenia, i dopiero w następnym sezonie jakiś poszukiwacz borowików znalazłby mój zamszony szkielet. Od jakiegoś miesiąca brak grzybobrań daje mi się jednak we znaki: brak mi obcowania z naturą, i emocji towarzyszących poszukiwaniu i znajdowaniu tychże smakołyków.Poszedłbym na Grzyby (1)Jeszcze w grudniu pobrzmiewały w Polsce doniesienia o pojawie… kurek. Był to jednak chwilowy kaprys Matki Natury – grzybki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, przegnane przez mróz. Grzybiarzom pozostało więc poszukiwanie grzybów zimnolubnych, jak chociażby płomiennica zimowa. Niestety, w mojej okolicy znaleźć jej nie sposób. Kiedyś widziałem bardzo pokaźną kolonię tego gatunku na pewnym drzewie, ale myślałem, że jest to trujak, i nie poświęciłem jej należytej uwagi. Gdy już udało mi się go prawidłowo oznaczyć, i wróciłem w to miejsce, okazało się, że bobry ścięły drzewo i o grzybkach mogę zapomnieć.

Prawie każdej nocy śni mi się, że jestem na grzybobraniu. W snach tych lasy są tak przepełnione grzybami, że wystarczy schylić się by zerwać całe ich naręcze. Kiedyś śniły mi się też prawdziwki wielkości drzew; to jednak jeszcze nic. Koronnym dowodem mojej ”grzybofilii” niech będzie fakt, że pewnej nocy miałem nawet majak o jedzeniu marynowanego muchomora zielonawego (sromotnikowego)!

W poprzednim sezonie rozwinąłem się nie tylko jako smakosz (spróbowałem po raz pierwszy w życiu m. in. muchomora czerwieniejącego oraz purchawki chropowatej): zacząłem również fotografować grzyby, by sporządzić atlas gatunków występujących w mojej okolicy. Wykonałem w tym celu ponad tysiąc zdjęć (oczywiście do swojego projektu wybrałem tylko kilkadziesiąt najlepszych). W tym roku zamierzam oddawać się fotografowaniu kapeluszowych ślicznotek z jeszcze większa pasją.

No, dobra: nie tylko sama pasja zbierania sprawia, że chciałbym ruszyć na łowy. Z zapasów marynowanych grzybów, które posiadałem kończąc sezon (było tego ze 40 słoiczków – dwa razy tyle zjadłem w raz z rodziną wcześniej) zostały mi tylko 3. Nie da się ukryć: łasuch ze mnie. Kiedy byłem o dekadę młodszy, potrafiłem zjadać słoiczek marynowanych podgrzybków na czczo i popijać je Coca-Colą; dziś niestety układ pokarmowy już nie ten, co przed laty, i na takie ekscesy pozwolić sobie nie mogę. Mimo to grzyby i tak mógłbym jeść codziennie.

A grzybowe cymesy w sklepach kosztują, kosztują. W przypadku podgrzybków marynowanych ceny zaczynają się od 11 złotych (grzybki II klasy) i kończą na około 20 (I klasa). Borowiki marynowane pierwszej klasy (marynowane w całości maleństwa, można by rzec: grzybowe noworodki) kosztują aż 39 złotych za słoiczek 350 ml; tańsze (klasa II) kupić można za ok. 13 złotych. Producenci grzybów suszonych również każą sobie za nie słono płacić. Grzyby jak widać są niemal na wagę złota.

Bardzo ciekawi mnie, jaki będzie nadchodzący sezon. Poprzedni był bodajże najlepszym w całym moim życiu, i z tego, co czytałem, rozpieszczał grzybiarzy w całej Polsce. Tak ogromny pojaw grzybów następuje raz na kilka lat, dzięki korelacji kilku bardzo sprzyjających ich pojawianiu się czynników; tym razem można więc spodziewać się znacznie skromniejszych zbiorów. Na wszelki wypadek lepiej więc wstrzymać się trochę z pałaszowaniem zapasów.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Himalaje Głupoty

W mediach Internetowych (w telewizji pewnie zresztą też; nie wiem, bo nie oglądam) w kółko pojawia się temat tragicznej wyprawy na Nanga Parbat. Temat ten budzi w ludziach ogromne emocje; jedni bronią Mackiewicza, drudzy krytykują albo wręcz hejtują. Przyznam, że miałem nie zabierać głosu w tej sprawie; nie zależy mi ani trochę na dolewaniu oliwy do ognia. Potem zrozumiałem jednak, że temat nie dotyczy samego tragicznie zmarłego, że tak naprawdę chodzi o pewne bardzo istotne kwestie.Himalaje Głupoty (1)Niezwykle zaskoczyła mnie ilość osób, które w komentarzach pod artykułami o tej tragedii brały Mackiewicza w obronę. A już zupełnie nie dowierzałem, jak wiele osób przytaczało przy tym ”żelazny” w ich mniemaniu argument, że ”pasja to pasja, nie da się wytłumaczyć jej komuś, kto jej nie czuje”. Gdyby jeszcze pisali to młodzicy, byłbym zrozumiał, ale głosy takie pojawiały się także ze strony ludzi starszych ode mnie.

Na ryzyko utraty zdrowia lub śmierci pozwolić może sobie samotny wilk – ktoś, kto nie musi liczyć się z potrzebami żony i dzieci. Nie ma nic wzniosłego w decyzji odstawienia rodziny na bok na rzecz realizowania się w swej śmiertelnie niebezpiecznej pasji. Odpowiedzialny człowiek nie zostawia najbliższych, by bez ubezpieczenia i butli tlenowej włazić na ośmiotysięcznik. To kwestia priorytetów – czasami trzeba wybrać, czy chce się być ojcem i mężem, czy himalaistą; nie zawsze można pogodzić jedno z drugim.

W zdumienie wprawia mnie również fakt, że znaczna część Polaków śmierć Mackiewicza postrzega w sposób dość romantyczny. Przyznam, że jakaś część mnie również tak właśnie pojmuje to, co zaszło: oto mężczyzna, który do zdobycia góry podchodził siedmiokrotnie, wreszcie wspina się na jej szczyt, ale nawet nie dane jest mu go ujrzeć, gdyż ślepota śnieżna odbiera mu wzrok. Potem niedomaga, i musi pozostać tam, by skonać w samotności – sam na sam z miejscem, do którego w końcu udało mu się dotrzeć.

Ale to tylko złudny romantyzm. W ogóle nie wierzę w piękną śmierć. Śmierć to zawsze tragedia, ból, rozpacz. W rzeczywistości nie ma nic wzniosłego w ślepnięciu, w zamarzaniu żywcem, w załatwianiu się we własne gacie (podczas zgonu puszczają zwieracze). Tak samo nie ma nic wzniosłego w tym, że Mackiewicz nie zobaczy więcej swoich dzieci, a one – swojego ojca, ani w tym, że mógł żyć z nimi długo i szczęśliwie, ale nie będzie mu to dane.

Żal mi żony i dzieci Mackiewicza. Dobrze, że założono konto, na które chętni wpłacać mogą pieniądze, które zabezpieczą finansowo ich przyszłość. Szkoda jednak, że w podobny sposób nie organizuje się zbiórek dla każdego dziecka skrzywdzonego przez lekkomyślność rodzica (lub rodziców). Co z dziećmi osób, które przeszły na czerwonym świetle i zostały rozjechane przez samochód, albo tymi, których rodzice woleli przepijać pieniądze, niż kupować jedzenie? Dlaczego nie urządza się zbiórek by ratować ich przyszłość? Są mniej warte, bo ich rodzice wykańczają się w sposób mniej spektakularny?

Jakby się kto pytał: tak, łatwo mówić mi to wszystko z pozycji człowieka, który siedzi na wygodnym obrotowym fotelu przed komputerem, w ciepłym mieszkanku, a tuż obok ma pościelone, wygodne łóżko. A mam ten przywilej, że łatwo mi to mówić, bo nie zdurniałem na tyle, by ryzykować życiem dla tzw. samorealizacji. Mam dla kogo i dla czego żyć. I wiem, co jest w życiu naprawdę ważne: nie martwa, niegościnna skała, a uczucia żywych, bliskich mi ludzi.

***

Zdjęcie Nanga Parbat pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Projekcja Astralna

Po raz pierwszy zetknąłem się z opowieścią o wychodzeniu duszą z ciała fizycznego (inaczej: projekcja astralna, eksterioryzacja) jako dziesięcioletnie dziecko. Przeczytałem o tym zjawisku we Wróżce – czasopiśmie traktującym o, jak wskazuje podtytuł, magicznej stronie rzeczywistości (magazyn ukazuje się do dziś, ale bardzo daleko mu do formy, jaką prezentował przed wielu laty). W rzeczonym artykule opisane zostały niezwykłe możliwości jakie daje przebywanie w tym stanie, oraz techniki pozwalające na sprowokowanie go. Pamiętam, że tej samej nocy zjadłem słony posiłek i spałem na podłodze (tak chyba zalecała publikacja), ale z ciała nie wyszedłem. Jedyną korzyść z mojego przedsięwzięcia odniosła moja matka – miała ze mnie kupę zdrowego śmiechu.

Potem na kilkanaście lat zapomniałem o istnieniu eksterioryzacji. Nie pamiętam już, w jaki sposób zetknąłem się z nią ponownie, ale chyba czytając w Internecie o doświadczeniu śmierci klinicznej, podczas której poczucie oddzielenia się świadomości od ciała fizycznego również czasami występuje. Zacząłem zgłębiać temat tego fenomenu, i zachęcony relacjami osób, które miały przyjemność go doświadczyć, postanowiłem spróbować po raz kolejny. Stosowałem rozmaite opisane w Internecie metody; po raz pierwszy udało mi się ”wyjść” po 20 dniach intensywnych, conocnych ćwiczeń koncentracji, relaksacji, itd. Doznanie było niezwykle silne – pamiętam je doskonale nawet teraz, choć od tamtej pory minęło już pięć lat (zresztą, wspomnienia wszystkich wyjść wciąż są dla mnie bardzo żywe, kolorowe).Projekcja Astralna (1)Realność świata po drugiej stronie jest absolutna, a uczucie wolności, którego się tam doświadcza, ekstatyczne i nie daje się porównać z żadnym doświadczeniem zaznawanym na jawie. Człowiek czuje się stworzony właśnie do bytowania w takiej formie i chciałby pozostać tam na zawsze. Możliwość swobodnego unoszenia się w powietrzu i odbywania w ten sposób podróży do najdalszych nawet miejsc i ludzi jest tak wspaniała, że – paradoksalnie – spędzać może sen z powiek. Niewiele też rzeczy równać może się niezwykłością z patrzeniem na własne, leżące na łóżku ciało. Zawsze po przebudzeniu się z takiego doświadczenia jestem naładowany pozytywną energią – choć odczuwam także nostalgię za pobytem poza ciałem.

Pomimo swoich intensywnych astralnych doświadczeń, nie wierzę w duszę i w to, że rzeczywiście oddziela się od ciała fizycznego. Zdecydowanie odrzucam również ezoteryczne i metafizyczne wywody, którymi okraszają swe pozacielesne przeżycia tacy ich entuzjaści, jak Robert Bruce czy Dariusz Sugier. Wszystko, co dzieje się po tzw. wyjściu z ciała, ma moim zdaniem miejsce nie w fizycznej rzeczywistości, a w głowie śniącego – na tzw. planie astralnym, w przestrzeni czysto imaginacyjnej, w całości utkanej z myślokształtów. Świat po wyjściu zawsze – choćby w drobnych detalach – różni się od świata realnego. W mojej sypialni panuje wtedy zazwyczaj stary, znany mi z dzieciństwa układ mebli, a łóżka są zaścielone i okryte narzutami, którymi nakrywała je moja babka po tym, jak wraz z rodzeństwem wychodziłem do szkoły. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie w ten sposób prezentują się dla mnie te niecodzienne senne realia, ale tak właśnie jest.

Istnieje wiele technik prowadzących do projekcji astralnej. Najefektywniejsze i zarazem najprostsze są dwie. Pierwsza, znana pod nazwą 4+1, polega na przebudzeniu się po czterech godzinach snu, godzinnym czuwaniu, a potem powrocie do łóżka i zaśnięciu z silną intencją przeżycia takiego właśnie doświadczenia. Druga przynosi w moim przypadku najlepsze rezultaty. Wykorzystuje fakt, że człowiek każdej nocy doświadcza kilku niezwykle drobnych ocknięć; jeśli uda mu się wbić sobie do głowy, że przebudziwszy się ma pamiętać o tym, by nie otwierać oczu i wyobrazić sobie swój pokój, ten niemal automatycznie zwizualizuje mu się w sposób całkowicie realny (z czasem zacznie się doświadczać ocknięć z imaginacją taką już gotową). W taki obraz należy wniknąć siłą woli; zazna się wtedy poczucia katapultowania świadomości z ciała fizycznego do realiów astralnych (nie zawsze się to udaje; czasami wizja rozwiewa się).

Eksploracja świata po drugiej stronie wymaga od podróżnika dużej dozy opanowania. Duch rwie się w przestworza niczym ptak wyfruwający z klatki, ale natychmiastowe pofolgowanie pragnieniu zaznania niczym nieskrępowanej wolności skończyć może się przemianą tego niezwykłego doświadczenia w zwyczajny sen. Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na dłużej w swojej sypialni – pozwoli to bowiem rzeczywistości na wyostrzenie i ustabilizowanie się, uczyni ją odporniejszą na przeciążenia, którym podda ją realizacja rozmaitych fantazji. Polecam przyjęcie siadu tureckiego i powolne lewitowanie w tej pozycji na boki oraz w górę i w dół, dotykanie przedmiotów, przenikanie dłonią przez ściany.

Kilka razy doświadczyłem (podobnie jak wiele innych osób) ”wyjścia” spontanicznie. Śpiąc, nagle czułem niebywałą błogą lekkość oraz subtelne wirowanie wokół własnej osi, i natychmiast pojmowałem, że lada moment ”opuszczę” swoją fizyczną powłokę. Kierowałem się wtedy siłą woli na podłogę, i zakotwiczałem w tej dziwnej rzeczywistości. Takie eskapady są zawsze niezwykle miłą niespodzianką.

Wielu ludzi ma opory przed inicjowaniem projekcji astralnej; boją się na przykład tego, że nie uda im się powrócić do ciała, albo że przebywając poza nim natkną się na złowrogie istoty duchowe, które wyrządzą im krzywdę. Ponieważ, jak już wspominałem, zjawisko to pomimo swojej intensywności nie ma dla mnie natury metafizycznej, osobiście nie widzę najmniejszych powodów do obaw. Znam jednak przypadki osób, które na wskutek swoich doświadczeń z eksterioryzacją przekonały się do istnienia świata duchowego i pozagrobowego życia. Jednym z nich jest nieżyjący już pionier badań nad tym zjawiskiem, Robert Monroe, biznesmen i człowiek niezwykle racjonalny. Napisał w ciągu swojego życia trzy książki, w których opisał dokładnie wiele swoich pozacielesnych podróży i wysunął na ich temat tyleż samo ciekawych refleksji.

Ze swojej strony polecam projekcję astralną wszystkim bez wyjątku. Jest to doświadczenie niezwykłe, i może zmienić Wasze postrzeganie życia. A nawet jeśli nie – to nie ma to, jak dobrze się wyspać, a piękny sen (bo doświadczenie przebywania poza ciałem to według mnie właśnie wyrafinowany rodzaj snu) jest najlepszym możliwym początkiem dnia.

***

Mimo długich poszukiwań, nie udało mi się ustalić pierwotnego źródła zdjęcia ani jego autora.

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.