Archiwa tagu: Leonard Cohen

Śmierć Kobieciarza

Świat obiegła dzisiaj smutna wiadomość o śmierci Leonarda Cohena – wybitnego poety, pieśniarza, i pisarza. Człowieka i twórcy ważnego dla mnie i milionów innych ludzi na całym świecie. Chciałbym podzielić się z Wami refleksją na jego temat.

Miłością do Cohena zaraził mnie ojciec, który jest jego wielkim fanem. Przygoda z twórczością Barda zaczęła się dla mnie od się płyty ”Ten New Songs” wydanej w 2001 roku, i hitowego utworu ”In My Secret Life”. Gdy usłyszałem ten materiał, miałem zaledwie kilkanaście lat, i byłem zbyt młody, żeby w pełni docenić jego walory. Cohen był jednak stale obecny w moim życiu dzięki sympatii jaką darzył go ojciec, a ja sam dojrzewałem, i z czasem rozumiałem i lubiłem jego muzykę coraz bardziej, toteż odgrywała w moim życiu coraz większą rolę. Prawdziwa fascynacja Nim rozpoczęła się dla mnie w 2012 roku, wraz z ukazaniem się albumu ”Old Ideas”, który urzekł mnie w całości.

Przez minione cztery lata Bard ten był najważniejszym muzykiem w moim życiu. Przewodnikiem po samotności, miłości, kobietach, i cierpieniu. Autorytetem w tych podstawowych sprawach. Jego głęboka wiedza służyła mi w praktyce, najdosłowniej ratując skórę. Jego dokonania artystyczne inspirowały mnie, stymulowały twórczo. Czuję się bezpieczniej wiedząc, że wciąż mam do nich dostęp. Nie mogę nie wspomnieć, że znaczna część jego twórczości – w tym masa wierszy, proza i wczesne płyty – pozostaje mi jeszcze niemal całkowicie nieznana. Właściwie nie ma dnia, żebym nie myślał o nich z ekscytacją, czekając na odpowiedni moment, by je zgłębić. To naprawdę pocieszające, że cokolwiek by się nie działo, zawsze jest Cohen, prawda?

Ponieważ pośmiertne wydawanie twórczości artystów jest nieomal tradycją, prawdopodobnie również sympatycy Cohena zyskają kiedyś dostęp do niepublikowanych wcześniej owoców jego pracy. W biografii artysty pióra Sylvie Simmons pt. ‘’Leonard Cohen. Jestem Twoim Mężczyzną’’ wspominał On, że ma w swoim archiwum setki niedokończonych piosenek, i gdy myśli o ich szkicowym stanie, odczuwa straszny dyskomfort. Nie wykluczone, że z czasem niektóre z nich doczekają się publikacji w postaci wierszy. Wiedząc dobrze o pracowitości Cohena, byłbym zresztą bardzo zdziwiony, gdyby nie pracował po cichu nad kolejnym tomem poezji (ostatni, ”Księgę Tęsknoty”, pisał przez 20 lat; od czasu ukazania się tego zbioru minęła już dekada).

Miałem możliwość bycia na koncercie Cohena w Warszawie w 2008 roku. Ojciec kupił dwa bilety (kosztowały masę forsy), i gorąco namawiał mnie na pójście z nim, ale ponieważ byliśmy akurat poważnie skłóceni, odmówiłem. I wtedy, i później żałowałem tego wiele razy, ale teraz żałuję szczególnie mocno. Szansa przepadła, i nigdy nie będzie kolejnej. Cieszę się, że chociaż ojciec spełnił jedno ze swoich największych marzeń. Z tego, co wiem, miał naprawdę dobre miejsce!

Na ostatnim albumie Cohen mówił wiele o gotowości do spotkania się z Panem. W wywiadzie udzielonym po premierze płyty żartował zaś, że zamierza żyć 120 lat. Trudno uwierzyć, że było to zaledwie trzy tygodnie temu. Cohen odszedł, ale wcześniej przeżył swoje długie życie do cna, i pozostawił po sobie przeżycia wyrażone w mistrzowski sposób za pomocą piosenek i innego rodzaju twórczości. Esencja tego niezwykłego człowieka pozostała z nami.

Reklamy

Leonard Cohen – ”You Want It Darker” [2016]

Leonard Cohen - ''You Want It Darker'' [2016]Od około dekady na każdy nowo wydany album Cohena – z uwagi na podeszły wiek artysty – ze smutkiem spoglądam jak na potencjalnie ostatni. Za każdym też razem, kiedy ukaże się kolejny z nich, nie zdążywszy nawet dobrze ochłonąć po odsłuchu, zastanawiam się nad tym, czy stary mistrz da radę zaszczycić swoich słuchaczy jeszcze choćby jednym longplayem. Szczęśliwie 21 października wyszedł jego nowy długogrający materiał o prowokująco brzmiącym tytule ”You Want It Darker”.

Na płycie usłyszymy zestaw instrumentów muzycznych standardowy dla Cohena, a więc: syntezatory (głównie posępne albo zadumane, czasami nacechowane nieśmiałą podniosłością, rzadko kiedy kiczowate), gitarę (głównie sielską, czasami bardziej zdecydowaną), pianino, kryjącą się gdzieś za nimi nieśmiało perkusję, czułe, a czasami i ckliwe smyczki. Muzyka, dzięki temu, że zawiera ciekawe melodie, i reprezentuje rozmaite nastroje (od smętności, przez radość, nostalgię, aż po niepokój) jest hipnotycznie przyjemna. Gdybym miał określić warstwę dźwiękową albumu dwoma przymiotnikami, byłyby to: klimatyczny, i stonowany. Najważniejszą rolę w piosenkach gra jednak sam basowy, chropowaty głos Cohena, i melodeklamowane przez niego teksty. Muzyka sprawia raczej wrażenie skomponowanej tak, by stanowić dla niego zaledwie tło – bardzo atrakcyjne, ale jednak tło.

Chociaż tempo utworów jest zazwyczaj powolne, Kilka z nich wprowadza trochę zwyczajnie fajnej rytmiki i energii, żeby wymienić wzbogacony damskimi chórkami i nabuzowany gitarą ”On The Level”, czy podrasowany śmiałymi skrzypcami ”Steer Your Way”. Utwory utrzymane w naprawdę mrocznej stylistyce są zaś tylko dwa – to tytułowy ”You Want It Darker” oraz ”It Seemed The Better Way”. Tonacje taką zyskały przede wszystkim dzięki męskim chórom, oraz ponurej i minimalistycznej oprawie muzycznej. Wielką rolę w budowaniu niepokojącego klimatu odegrał naturalnie również głos artysty, brzmiący w nich tak surowo, jakby stworzony był do obwieszczania Hiobowych wieści i relacjonowania Dantejskich scen. Brzmieniowe podobieństwo tych piosenek jest jednak niemal bliźniacze, co trochę razi.

Tematyka i głębia tekstów Barda nie zaskoczy, ale i nie zawiedzie jego starych wielbicieli. Otrzymają dokładnie to, czego oczekiwali – religijną poetykę, natchnione reminiscencjami i sentymentem miłosne wyznania, słodko-kwaśne refleksje. Z liryki przeziera pogodzenie z losem, życiem, światem i samym sobą (czasami pogodzenie pełne goryczy, rezygnacji i zmęczenia).

Jednym z największych atutów piosenek Cohena jest to, że ich rola w życiu odbiorcy nie ogranicza się do umilenia mu czasu w czasie samego ich trwania. To zaledwie pierwsza część ”zabawy”. Drugi etap przygody z tą muzyką zaczyna się dla słuchacza, kiedy ona sama milknie, on zaś zostaje sam na sam ze swoimi myślami i jej wspomnieniem. Zaczyna nucić melodie, pozwala się im ponosić w swoich poczynaniach, analizuje teksty przyswajając sobie z nich to, dla czego znajdzie praktyczne zastosowanie w swoim życiu codziennym. Wiele muzyki jest w stanie dostarczyć świetnej rozrywki, ale mało która daje przy tym tyle do myślenia, co ta autorstwa Cohena.

Najnowszy album Barda mimo wszystko jest bardzo przystępny. Może nie dla przeciętnego odbiorcy, nie nawykłego do głębokich tekstów bardziej recytowanych w rytm muzyki, niż śpiewanych, ale fani Cohena niemal na pewno nie będą omijali żadnego utworu podczas odsłuchu całości albumu. ”You Want It Darker” to muzyczny, potencjalny testament człowieka, który przeżył już niemal wszystko, co było do przeżycia, i prawie gotów jest na przejście do wieczności.

Ocena: 7/10 (bardzo dobry).

***

Okładka Sony Music Poland.

Leonard Cohen – ”Old Ideas” [2012]

Leonard Cohen - ''Old Ideas'' [2012]Leonard Cohen – dzisiaj już 80 letni – rozpoczął swoją muzyczną karierę dość późno, bo dopiero w wieku 33 lat, mając już za sobą kilka wydanych powieści i tomików wierszy. Taki start teoretycznie nie wróżył powodzenia, ale Kanadyjczykowi mimo wszystko udało się zrobić światową karierę. W Polsce Cohen jest znany dość dobrze, w znacznej mierze dzięki spolszczeniom jego twórczości autorstwa śp. Macieja Zembatego. ”Old Ideas” to album, który od wcześniejszego wydawnictwa dzieli 8 długich lat; płyta, której większość fanów artysty raczej nie spodziewała się usłyszeć. Przyznam, że od pierwszego odsłuchu uznałem ją za największe dokonanie muzyczne Cohena. Jak przedstawia się moje zdanie o niej dzisiaj, cztery lata po premierze, po spędzeniu z nią wielu chwil?

Warstwa muzyczna utworów zawartych na albumie jest dość specyficzna. Perkusja jest jakby pozbawiona życia, monotonna, pojawiające się od czasu do czasu organy raczej boleśnie syntetyczne i kiczowate, zaś wszelkie inne instrumenty – gitara, klawisze, pianino – pojawiają się w natężeniu dużo mniejszym, niż do tego przywykliśmy obcując z muzyką nadawaną w przeciętnych radiostacjach, wnosząc jednak za każdym razem subtelne wyrafinowanie. Większość utworów utrzymana jest w spokojnym tempie w którym najbardziej lubię Cohena, ale zdarzają się również utwory wprowadzające w sposób udany powiew czysto rytmicznej energii, jak chociażby singlowy ”Darkness” czy kończący album ”Different Sides”. Wokal artysty osiągnął na ”Old Ideas” chyba pełnię basowości i chropowatości, a przy tym delikatnej uczuciowości. Stanowi świetny nośnik skomplikowanych emocji o których opowiadają piosenki, niezależnie od tego, czy Cohen śpiewa, czy recytuje, co na ”Old Ideas” zdarza się mu dość często. Głos Cohena jest wprost stworzony do melancholijnych melodeklamacji oscylujących wokół kwestii przemijania, miłości, samotności, życia, wypalenia, doskonale zgrywając się przy tym ze spokojnym tłem jakie tworzy warstwa muzyczna. Nie można nie dodać, że z głosem Barda kontrastują fantastycznie tu i ówdzie – wyśmienite zresztą same w sobie – kobiece chórki.

W tekstach wszystkich piosenek na albumie pojawiają się typowe dla Cohena, tutaj jeszcze mocniej eksploatowane, motywy niespełnienia, zmęczenia życiem zdającym się chwilami polegać już tylko na oczekiwaniu śmierci i zabijaniu pozostałego czasu wspominaniem bólu stanowiącego cenę, jaką płacić trzeba było za kochanie i bycie kochanym. Dużo w nich również, subtelnej erotyki, i wyznawanej z umęczoną rezygnacją bezsilności. Jednym z największych atutów Cohena jest nie tylko poruszana w nich tematyka, ale i to, że – co bardzo rzadkie w dzisiejszych czasach – tworzy je samodzielnie, a ukończone często są rezultatem wieloletnich, mozolnych zmagań ze słowem. Każdym takim padającym z ust wyrazem Cohen dokonuje z chirurgiczną precyzją cięcia na otwartej duszy zachowującego świadomość odbiorcy, przeszczepiając weń ożywczą cząstkę siebie.

Połowa piosenek na płycie zdobyła moje najwyższe uznanie za sprawą bardzo zróżnicowanych zalet. ”Amen” zniewala leniwym klimatem mogącym być udziałem jedynie dwojga zmęczonych miłością kochanków, budzących się przy sobie wczesnym rankiem albo późnym popołudniem, kochanków usiłujących opowiedzieć sobie wszystko to, co stanowi ich kwintesencję, a z czego wykochać się nie byli w stanie, nim wybije nieuchronna godzina rozstania. ”Come Healing” to podniosły, wręcz sakralny hymn zbawienia doczesnego przepełniony metafizyczną tęsknotą, charakteryzujący się zniewalającymi, damskimi chórkami. Tekst ”Banjo”, którego przyjemnej, relaksującej, niemal wakacyjnej melodii łatwo dać się zwieść, posiada tajemnicze, mrowiące przesłanie, drugie, a nawet trzecie dno. Po odsłuchu utworu, niejednokrotnie i w przeróżnych sytuacjach będziecie zastanawiać się nad tym, co symbolizuje ów uszkodzony instrument ”podskakujący na falach ciemnego, wzbierającego morza”, wyobrażając sobie ów malowniczy, niepokojący widok. Otwierający album ”Going Home” zniewala zarówno stonowanym, melodyjnym brzmieniem, jak i humorem zawartym w tekście – nieco absurdalnym, ciężkim niewiele mniej od najpoważniejszych wynurzeń Cohena, ale jednak humoru. Opowiadanie o samym sobie z unikatową, przejrzałą ironią wychodzi Kanadyjczykowi sugestywnie, a co najważniejsze, zupełnie szczerze – czuć jest, że owe żarty dojrzewały w nim latami, nim dane mu było skosztować ich kwaśnych owoców i poczęstować nimi swoich słuchaczy. ”Crazy to Love You” podbiła zaś moje serce pozornie niedbałą, ale pełną emocji grą na gitarze, na przemian to subtelnym, to zdecydowanym wokalu artysty i przemycanymi w tekście refleksjami na temat udręki niesionej przez pragnienia oraz sentyment do bólu z przeszłości. Reszta piosenek wywarła na mnie mniejsze wrażenie, ale bezapelacyjnie są to utwory bardzo wartościowe.

Czy w świecie dzisiejszej, tętniącej życiem muzyki jest miejsce dla kogoś, kto zdecydował się usiąść w rogu tego rozgardiaszu, by w spokoju zabić pozostały mu czas subtelnym, nostalgicznym brzdąkaniem i cichymi szeptami niespełnienia? Jak najbardziej. Cohen nie potrzebuje dyskotekowego dudnienia i rapowego mielenia słów, żeby zostać usłyszanym i wziętym na poważnie. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo album jest bardzo minimalistyczny, ale w tym właśnie tkwi jego siła: każdy dźwięk i każdy wyraz ma na nim jednak swoje miejsce, swoją wagę i znaczenie. Cohen mówi rzeczy na tyle ważne, że nie wymagają one wykrzyczenia. I w tej delikatności tkwi siła ”Old Ideas”.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).