Archiwa tagu: Stephen King

Stephen King – ”Buick 8”

Stephen King - ''Buick 8''Stephen King ma w swoim bogatym dorobku literackim kilka powieści świetnych, ale z jakiegoś powodu niezbyt znanych; książek pozostających w cieniu klasyków, po które czytelnicy sięgają zazwyczaj dopiero po ich (nieraz dwukrotnym) przeczytaniu. Jednym z takich utworów jest właśnie Buick 8. Niewiele brakowało, żebym i ja sam zignorował tę powieść – znam aż nazbyt dobrze Kingowski pociąg do autoplagiatu, toteż kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę książki, pomyślałem sobie: Kolejna po Christine wariacja na temat samochodu-zabójcy. Na szczęście byłem w wielkim błędzie.

Curtis Wilcox, policjant, ginie na służbie w wypadku samochodowym. Jego syn Ned, chcąc załagodzić bolesną tęsknotę, zatrudnia się w miejscu, gdzie ów pracował – w jednostce D. Zmarły policjant wciąż żyje w pamięci swoich współpracowników; jego syn syci się ich reminiscencjami i atmosferą miejsca, w którym pełnił swoje obowiązki, stopniowo samemu stając się jego częścią. Kiedy policjanci uznają Neda za jednego ze swoich, postanawiają wtajemniczyć go w historię tytułowego Buicka 8 – tajemniczego auta od wielu lat stojącego w jednym z baraków.

Akcja rozwija się powoli, ton powieści jest wybitnie gawędziarski, tętni wręcz życiem. Nic dziwnego – jest to przecież jakby opowieść w opowieści. Poszczególne postaci (narracja płynnie przechodzi z jednej na drugą) nie bez sentymentu i emocji wspominają wydarzenia związane z tytułowym autem i towarzyszące im okoliczności. Czytając czułem się tak, jakbym naprawdę siedział z grupką policjantów, przysłuchując się ich dyskusji i czekając, aż będę mógł wtrącić swoje pytania. A tych ciągle miałem mnóstwo.

Zagadka Buicka od samego początku budzi silną ciekawość czytelnika. Samochód okazuje się czymś w rodzaju portalu do innej rzeczywistości – bramy, przez którą (poprzez jego bagażnik) do znanego nam świata przedostają się dziwaczne stworzenia i przedmioty. Każdy z tych żywych i martwych artefaktów przekazuje czytelnikowi strzępek informacji o tym, jak wygląda świat po drugiej stronie, dostarczając przy okazji paliwa jego rozbuchanej wyobraźni. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i mnożą się pytania: Skąd auto wzięło się na Ziemi? Kim są jego konstruktorzy? Do jakiej rzeczywistości prowadzi, i co czeka ludzi, którzy zdecydowali się ją zwiedzić? Co istnienie samochodu mówi o rzeczywistości w ogóle? Nie wszystkie z tych pytań doczekają się odpowiedzi, co mnie osobiście bardzo satysfakcjonuje.

Powieść opowiada również o tym, jak człowiek uczy się żyć z czymś, dla czego nie znajduje żadnego racjonalnego wyjaśnienia; że to, czego logika siłą rzeczy się nie ima, zostaje zepchnięte na drugi plan, na margines spraw zrozumiałych i prozaicznych. Bo i cóż można uczynić z murem, który pojawia się ni stąd, ni zowąd pewnego dnia, i trwa sobie a muzom, niewzruszenie urągając całej naszej z takim trudem zdobytej wiedzy o świecie? Przeciętnemu człowiekowi łatwiej i bezpieczniej jest obejść go, niż dokonać na potrzeby jego istnienia rewizji całego swojego światopoglądu. Jest to niezwykły wykład z ludzkiej natury, której King jest wytrawnym znawcą.

Niestety, w Buick 8 zabrakło naprawdę niepokojących epizodów, które idealnie przystawałyby do całokształtu powieści. Motywy obiektów przybywających z innego świata są wprawdzie nieco upiorne, ale wnoszą przede wszystkim ładunek tajemnicy i makabry. Buick 8 nazwać można raczej książką fantastyczną niż horrorem.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Reklamy

Stephen King – ”Wielki Marsz”

Stephen King - ''Wielki Marsz''Kiedy dowiedziałem się, o czym traktuje fabuła Wielkiego marszu, od razu powiedziałem sobie: To nie może się udać. Po prostu nie. Nie innego zdania byłem po kilku usilnych próbach wyobrażenia sobie, jak też taka powieść mogłaby wyglądać – moja (trzeba przyznać, że dość bujna) wyobraźnia po prostu nie była w stanie udźwignąć Kingowskiego konceptu. Okazało się na szczęście, że byłem w ogromnym błędzie.

Grupa stu chłopców ochotników staje do marszu przez Amerykę. Będą wędrować bez wytchnienia, a gdy któryś z nich zaniemoże, zostanie zastrzelony. Tylko ten, który zostanie ostatni na placu boju, ujdzie z życiem i zdobędzie upragnioną nagrodę: Rząd spełni jedno jego życzenie.

Mimo tak okrutnych zasad rozgrywki, między niektórymi z oponentów zawiązują się przyjaźnie – jakby nie było, przyjaźnie po sam grób. Chłopcy z jednej strony sukcesywnie prą do przodu i żaden z nich nie zamierza dać innym fory, z drugiej – dopingują się nawzajem i toczą rozmowy na intymne tematy (dialogi stanowią większą część książki). King zawsze był świetny w opisywaniu relacji pomiędzy chłopcami w wieku dorastania (nowela Ciało, powieść To) i nie inaczej jest tym razem.

Wielki marsz nie ma jednak w sobie nic z obyczajowej sielankowości dwóch wyżej wymienionych tytułów. Żadnego słowotokowego wodolejstwa, żadnych nadmiernie rozbudowanych wątków pobocznych – zamiast tego nieustanna akcja, buzujące napięcie, i ścielący się gęsto (na dodatek w obfitych rozbryzgach krwi i mózgu) młody trup. Ponure widmo śmierci nie odstępuje uczestników marszu nawet na krok, znacząco wpływając na ich zachowanie (chociażby zwiększając otwartość wobec innych uczestników bądź zaostrzając ich złośliwość).

Ale Wielki marsz to powieść wielowarstwowa, mająca czytelnikowi do zaoferowania znacznie więcej niż trzymający w napięciu, krwawy spektakl. Nie wiem, czy dobrze główkuję, ale dostrzegam w niej metaforyczną opowieść o kapitalistycznym wyścigu szczurów. Życie w ustroju ekonomicznym, w którym wzbogacić można się tylko czyimś kosztem, porównać można przecież właśnie do marszu po trupach do celu. Zwycięstwo zostaje milcząco poddane w wątpliwość – wydaje się bowiem, że triumfator jest w tym wyścigu największym przegranym, jako że dla wygranej pozbyć musiał się własnego człowieczeństwa. Udział w tym przedsięwzięciu przypomina więc pakt z szatanem.

Powieść demaskuje także fenomen popularności programów typu reality show. Tytułowy Wielki marsz jest wydarzeniem transmitowanym na terenie całej Ameryki i wzbudza skrajne emocje widzów. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to odpowiednik dawnych walk gladiatorów, że widowisko to zaspokaja najniższe ludzkie żądze i najlepiej świadczy o tym, że postęp technologiczny nie idzie niestety w parze z pozytywnymi zamianami w ludzkiej naturze. King zdaje się stawiać światu pewną (moim zdaniem przerażająco trafną) diagnozę: widz szybko przyzwyczaja się do serwowanej mu rozrywki, nudzi się nią, i zawsze żądać będzie czegoś więcej. Transmitowanie spektakularnej, morderczej rozgrywki pomiędzy grupą dobrowolnych uczestników wydaje się nieuchronną konsekwencją ewolucji programów telewizyjnych, podporządkowanej niskim ludzkim instynktom. Pokraczne widowiska, które obserwujemy na co dzień na małym ekranie, stanowią jej zapowiedź. Jakie zmiany nastąpią w mentalności społeczeństwa, kiedy dotrze ono do tego ślepego zaułka – powieść pokazuje aż nazbyt dokładnie.

Trudno uwierzyć, że wszystko to zawiera się w zaledwie 200 stronicowej powieści. A jednak: King wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Wielki marsz z pewnością nie zawiedzie osób szukających szybkiej, konkretnej porcji literackiej rozrywki z drugim, a nawet trzecim dnem.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okladka: Prószyński i S-ka

Stephen King & Peter Straub – ”Czarny Dom”

Stephen King & Peter Straub - ''Czarny Dom''Wśród czytelników opowieści z dreszczykiem panuje przekonanie, że nie ma nic nudniejszego od powieści o seryjnym mordercy. Cóż, początkowo można by się z tym twierdzeniem zgodzić – temat ten był eksploatowany od dawien dawna na wszelkie rozmaite sposoby, i ciężko jest podejść do niego oryginalnie. No chyba, że jest się samym Stephenem Kingiem.

W niewielkim, sennym miasteczku w Wisconsin dochodzi do serii niezwykle brutalnych morderstw dzieci. W poszukiwania zwyrodnialca zaangażowany zostaje Jack Sawyer – były członek wydziału zabójstw z Los Angeles, który z tylko sobie znanych przyczyn postanowił wycofać się z pracy w policji i wieść spokojne życie przeciętnego obywatela. W trakcie śledztwa okaże się, że Sawyer z uwagi na swą przeszłość jest jedyną osobą, która doprowadzić może do schwytania mordercy.

Pierwszych sto stron powieści czyta się dość ciężko, z uwagi na mnogość długich opisów natury, tajemniczych wątków oraz postaci. Przede wszystkim jednak jest to wina kulejącej momentami narracji – narrator bardzo często zwraca się bowiem bezpośrednio do czytelnika używając czasu teraźniejszego (”A teraz unosimy się w kierunku…”, itd.). Zazwyczaj nie lubię, kiedy autor przypomina mi, że książka jest tylko książką – burzy bowiem w ten sposób realizm świata przedstawionego. W pierwszej części powieści zdarza się to bardzo często, potem, na szczęście – coraz rzadziej. Chociaż nie znam żadnego utworu autorstwa Petera Strauba, znam bardzo dobrze twórczość Stephena Kinga, i pozwolę sobie na przypuszczenie, że za mankamenty narracyjne odpowiada właśnie ten pierwszy.

W powieści pojawia się cała plejada niezwykle różnorodnych i wyrazistych postaci: piątka łebskich Harleyowców, bezduszny dziennikarz-karierowicz, charyzmatyczny prezenter radiowy, dokuczliwy staruszek, sadystyczny pracownik domu spokojnej starości. Paradoksalnie, ze wszystkich postaci najmniej przypadł mi do gustu główny bohater powieści. Jest bowiem przedstawiany jako postać o niemal nieskazitelnym charakterze i prezentuje się cukierkowo i niezbyt wiarygodnie (tym bardziej na tle innych postaci, które nawet jeśli pozytywne, zmagają się ze swoimi demonami).

Książka staje się naprawdę wciągająca dopiero w mniej więcej 1/5 objętości. Dopiero wtedy z pozornie chaotycznej mozaiki wydarzeń i postaci powoli wyłaniać zaczyna się przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, budząca zachwyt literacka kompozycja. Kompozycja, dodajmy to, zawierająca nie tylko motywy horrorowe i fantastyczne, ale także obyczajowe, sensacyjne, i kryminalne.

Jedną z najważniejszych pisarskich umiejętności Stephena Kinga jest talent do portretowania życia małych miasteczek – przedstawiania pozornie sielskich miejsc, pod których idyllicznym czarem pulsuje nierówny rytm skomplikowanych lokalnych stosunków oraz wrogie, nadnaturalne siły. Również Czarny dom przenosi czytelnika w tego typu miejsce. Osobiście nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że French Landing bardziej przypomina klimatem serialowe miasteczko Twin Peaks, niż chociażby Derry czy Castle Rock.

Niezależnie od tego, jak mocno Czarny dom będzie odrzucać was od siebie swą objętością (ponad 700 stron) albo bardzo ciężkim początkiem – zaciśnijcie zęby i dajcie tej powieści szansę. Zaręczam wam, że jest tego warta. Zapewni wam wiele różnorakich emocji – od niepokoju, przez radość, obrzydzenie, na smutku skończywszy – i sprawi, że zapomnicie o otaczającej was rzeczywistości. Na koniec wypada dodać, że ci, którzy nie czytali pierwszej części cyklu – powieści Talizman również napisanej w duecie King & Straub – mogą sięgać po Czarny dom bez wahania, bowiem wszystkie istotne dla drugiej części historii wątki zostały należycie wyjaśnione.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”Outsider”

Stephen King - ''Outsider''W miasteczku Flint City dochodzi do brutalnego morderstwa małego chłopca imieniem Frank. Miejscowa policja szybko znajduje nie budzące wątpliwości dowody na to, że sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej szanowanych obywateli społeczności – niespełna czterdziestoletni Terry Maitland. Podczas jego przesłuchania okazuje się jednak, że oskarżony mężczyzna ma niezbite alibi na czas, w którym doszło do tragedii. Czy to możliwe, że za maską tego przykładnego obywatela skrywa się cyniczny psychopata, zdecydowany prowadzić z policją wyrafinowaną grę? A może ktoś wrabia go w zbrodnię? Rozwiązanie zagadki wymagać będzie od śledczych wiary w zjawiska wykraczające poza ich ludzkie pojmowanie…

Outsidera podzielić można od siekiery na dwie mniej więcej równe części. Pierwsza to niemal czysty kryminał – opisuje przebieg śledztwa w sprawie morderstwa Franka, perypetie Terry’ego i jego bliskich z funkcjonariuszami prawa oraz żmudny proces dawania wiary zjawiskom nadprzyrodzonym. Druga przedstawia walkę ludzkiego, naturalnego dobra z nadnaturalnym złem. O ile pierwszą cechuje gęsta aura tajemnicy i umiejętnie stopniowane napięcie, o tyle w drugiej akcja toczy się nieco zbyt szybko i sztucznie oraz… przewidywalnie. Szkoda, że King nie zdołał utrzymać całości książki w tonacji jej pierwszej połowy.

Powieść pozbawiona jest elementów, za które prozę Kinga kocham najbardziej – gawędziarstwa, małomiasteczkowej (pozornej) sielankowości, masy wątków pobocznych. Akcja od samego początku skoncentrowana jest na przewodnim motywie fabularnym i garstce wiodących postaci. Niestety, tym razem pisarzowi nie udało się sprawić, by zależało mi na losie którejkolwiek z nich – były one w większości niezbyt wyraziste, i chętnie poświęciłbym każdą z nich dla sutej porcji makabry, której mogłaby przysporzyć mi ich śmierć. Sytuację ratuje nieco pojawienie się z odsieczą Holly Gibney – pani detektyw znanej czytelnikom z trylogii o Panu Mercedesie. Choć od samego początku nie pałałem do niej sympatią – irytowała mnie za sprawą swoich natręctw – nie mogę odmówić jej niezwykłego autentyzmu, tutaj jeszcze pogłębionego za sprawą jej pozytywnej przemiany wewnętrznej.

No dobrze, a czy Outsider straszy? Cóż, przyznać muszę, że zaniepokoić jest mnie ciężko – na palcach obu rąk policzyć mogę książki, którym powiodła się ta sztuka – i muszę udzielić negatywnej odpowiedzi na to pytanie. Lekkiego dreszczyku dostarczył mi tylko pojawiający się w końcowych partiach książki wątek jaskini. Cóż, nie bez powodu trzy ostatnie powieści Króla utrzymane są w tonacji kryminalnej – czuć, że konwencja horroru (którą eksploatował przecież płodnie przez dobrych 50 lat i w której dokonał rzeczy niebywałych) nieco nuży go i krępuje.

Wszyscy miłośnicy Kinga wiedzą, że choć jest on mistrzem w budowaniu historii, nastroju i napięcia, bardzo często wykłada się plackiem na samym finiszu. Niestety, zakończenie Outsidera jest jak zgniła wisienka na szczycie całkiem udanego tortu. Po przeczytaniu go nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak facet sprzedający tyle książek mógł pozwolić sobie na wcielenie w życie tak słabego rozwiązania prawie 650 stronicowej powieści. Cóż, Królowi wszystko wolno.

Choć Outsider z całą pewnością nie zalicza się do najlepszych książek Kinga, wciąż jest to powieść warta przeczytania. Raczej nie przestraszy Was i nie zapadnie w pamięć na dłużej, ale zapewni kilka godzin niezłej rozrywki – a to czasami wystarczający powód, by sięgnąć po książkę. Czytelnicy obeznani z większością dorobku literackiego pisarza będą zawiedzeni, że jednak nie napisał czegoś innego – w końcu wiedzą najlepiej, że stać go na coś więcej.

Ocena: 6/10 (dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.

Stephen King – ”Bastion”

Stephen King - ''Bastion''Z tajnego laboratorium wydostaje się na świat wirus super grypy, który media nazwą Kapitanem Tripsem. Choroba nim wywołana niemal z dnia na dzień zabija 99 procent ludzkości. Ci, którym wrodzona odporność genetyczna pozwoliła na przeżycie, zaczynają doświadczać niezwykłych snów. Nieznane, potężne siły oferują im możliwość opowiedzenia się po jednej z dwóch przeciwstawnych stron odradzającego się świata i wskazują kierunek, w którym powinni podążać.

Jak można się tego spodziewać po rozmiarach książki (1160 stron), przedstawia losy całej masy postaci i jest wielowątkowa. Zaczyna się od rozdziałów których bohaterami są pojedyncze osoby bądź ich pary, które z czasem łączą się w większe grupy, a w końcu – społeczności. Śledzenie, jak świat podnosi się małymi krokami z gruzów, z grobu właściwie, i organizuje się na nowo, jest fascynujące. Mimo wszystko, King nie do końca podołał powziętemu rozmachowi, monumentalność powieści trochę go przygniotła. Kilka wątków, które rozwijały się przez dłuższy czas i wydawały się istotne dla fabuły, zostało zakończone w sposób krzywdząco banalny. A tym, co zawiodło zupełnie, jest zakończenie historii – poza tym, że tak gigantyczna powieść najzwyczajniej w świecie zasługuje na bardziej wyrafinowane rozwiązanie, jest ono zupełnie nieprawdopodobne. Nie sposób wyrazić słowami niesmaku, który po sobie pozostawiło. W swoim czytelniczym życiu nie zetknąłem się dotychczas z czymś tak fatalnym.

Zupełnie nie przypadł mi do gustu pomysł splecenia losów dwóch bardzo specyficznych postaci – głuchoniemego Nicka oraz opóźnionego w rozwoju Jamesa. Rozdziały, na których ci dwaj usiłowali porozumieć się ze sobą, wlekły się niemiłosiernie, zaś ich perypetie komunikacyjne były dla mnie bardzo uciążliwe. Nie polubiłem zresztą żadnej z pozytywnych postaci w tej historii – od samego początku irytowały mnie i wprost nie mogłem doczekać się, aż przydarzy im się coś złego (choć w żadnym wypadku nie mogę odmówić im psychologicznej głębi, doceniam również klasę, z jaką King przedstawił ich wewnętrzne przemiany). Moją sympatię wzbudziły za to czarne charaktery – zakompleksiony i toczony zazdrością Harold, schizofrenik-piroman Śmieciarz, oraz zuchwały Dzieciak.

Najmocniejszym punktem ”Bastionu” jest oczywiście apokaliptyczny klimat. Przedstawienie świata, który z dnia na dzień, z tętniącego życiem przeistoczył się w przytłaczającą wyludnieniem i ciszą nekropolię, jest niezwykle sugestywne. Ukazana wszechobecność śmierci, bezużyteczność pieniądza, ogólnodostępność i darmowość wszelkich dóbr materialnych, a także ludzka samotność i dążenie do odbudowy cywilizacji przekłada się na obraz unikatowy w świecie literatury popularnej.

”Bastion” nie jest rasowym horrorem. Poza motywami grozy posiada również liczne wątki sensacyjne, romantyczne, fantastyczne, a nawet obyczajowe. Przyznam, że w moim odczuciu powieść obyłaby się znakomicie bez motywów paranormalnych, a nawet, że na lepsze wyszłoby jej, gdyby była ich pozbawiona całkiem. Ludzka natura posiada strony mroczniejsze niż wszystko, co jest w stanie wyśnić ludzka wyobraźnia – a w sytuacjach kryzysowych strony te ujawniają się najmocniej. Postać Harolda jest na to dowodem najlepszym, gdyż przeraża dużo bardziej niż diaboliczny Randall Flagg.

Przez wielu fanów Stephena Kinga ”Bastion” uchodzi za jego najlepszą powieść. Ośmielę się z tym nie zgodzić. Z pewnością jest to jeden z jego najbardziej charakterystycznych utworów, i nie sposób przejść wobec niego obojętnie. Posiada wiele dużych wad, ale i wiele ogromnych zalet. Kończąc lekturę powieści, zostałem sam na sam z myślami o morderczych wirusach hodowanych w tajnych laboratoriach, i rozbudzoną straszliwą świadomością tego, jak krucha jest nasza cywilizacja i jak niewiele potrzeba, by obrócić ją w proch. A także tego, czy ludzkość potrafiłaby skorzystać z danej jej drugiej szansy, oraz czy rzeczywiście trzeba jej totalnej zagłady, by przywrócić do życia zagubione w materialnej wygodzie wartości.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Albatros.