Archiwa miesięczne: Marzec 2017

Testujemy Jedzenie #5

Pszczelarz Kozacki miód leśny kamionka 250 g (14 zł 99 gr, Carefour)
Do kupna tego miodu skusiło mnie jego niezwykle oryginalne opakowanie – kamionkowy słój zatkany dużym korkiem i przewiązany sznureczkiem z etykietką, który od razu kojarzy się z wyrobem domowej jakości. Okazało się, że jakość produktu rzeczywiście jest równie wspaniała, co jego oprawa – miód ma silny, bardzo specyficzny i przyjemny aromat lasu, oraz zrównoważony – nie za słodki – smak. Walory te zawdzięcza spadzi oraz nektarowi leśnych ziół i roślin – m. in. maliny, głogu, dzikiej róży, oraz borówki. Produkt jest po prostu doskonały. Ocena: 6/6.

Leśne Skarby podgrzybek marynowany 280 g (5 zł 49 gr, Biedronka)
Jako wielki smakosz grzybowych przetworów skrupulatnie zapoznaję się ze wszelkimi tego typu produktami. Ostatnim moim nabytkiem są podgrzybki firmy o chwytliwej nazwie Leśne Skarby, o której słyszałem wiele dobrego. Intensywny, słodko-kwaśny smak produktu może nie odpowiadać wszystkim amatorom tych leśnych przekąsek (niektórzy wolą wersję bardzo kwaśną), ale mnie zdobył w całości. Szkoda tylko, że słoiczek zawiera zaledwie kilka grzybków, bardzo luźno pływających w marynacie. Z uwagi na Biedronkową, bardzo promocyjną cenę idzie jednak wybaczyć tą niedogodność. Ocena: 5/6.

Giana oliwki zielone bez pestki 200 ml (1 zł 89 gr, Topaz)
Jestem wielkim – chociaż początkującym – wielbicielem oliwek. Ich gorzko-słony smak przenosi mnie żywcem do gajów oliwnych, gdzie dojrzewają w ostrym słońcu Hiszpanii, Włoch i Grecji. Te drylowane oliwki – zapakowane w przeźroczystą saszetkę wypełnioną słoną zalewą – są bardzo dobrym dodatkiem do choćby zapiekanek, pizzy, przystawek i sałatek. Przed użyciem należy je dokładnie odsączyć – w przeciwnym razie mogą okazać się zbyt słone dla podniebienia. Jeśli lubicie domowe fast foody, i przepadacie za oliwkami – kupujcie śmiało. Cena zupełnie uczciwa. Ocena: 4/6.

Crunchips X-cut chakalaka 150 g (5 zł 40 gr, Topaz)
Na naszym rodzimym rynku pojawiały się już kilkukrotnie chipsy mające podbić serca amatorów egzotycznych smaków. Trzeba przyznać, że mimo kilku ciekawych propozycji, po dziś dzień żadna z nich nie może równać się z Crunchips chakalaka. Obłędnie kruche i chrupiące ziemniaczane płatki oraz przyprawa o smaku słodko-kwaśnym z nutą pikanterii stanowią perfekcyjne połączenie. Te chipsy uwodzą już samym swoim aromatem. Mógłbym jeść je kilogramami. Kilka razy zastanawiałem się na poważnie, czy nie dodają do nich czegoś uzależniającego. Po prostu nie dało się zrobić tego lepiej! Ocena: 6/6.

Prymat musztarda czeska 180 g (1 zł 95 gr, Topaz)
Oto i moje najciekawsze, musztardowe odkrycie ostatnich kilku miesięcy – musztarda czeska, z której istnienia nie zdawałem sobie nawet dotychczas sprawy. Smarowidło ma wyśmienity, intensywny, ale przy tym zrównoważony, słodko-pikantny smak, dla którego z pewnością znajdziecie godne zastosowanie w swojej kuchni. Nadmienię, że pierwszy słoiczek, który kupiłem, zużyłem w ciągu doby;) Rozkosznie niska cena jest kolejnym niewątpliwym atutem. Jeśli lubicie zdecydowane smaki i szukacie ciekawych wrażeń – sięgnijcie koniecznie! Ocena: 6/6.

Lay’s Strong pieprz syczuański 150 g (5 zł 40 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Firma Lay’s nie zwalnia tempa, i serwuje nam kolejne ostre chipsy – tym razem o smaku pieprzu używanego w kuchni Azjatyckiej. Smak, zgodnie z tym, czego można się spodziewać po nazwie, jest pieprzny. Nie jest również wielce wyrafinowany, ale pobrzmiewa w nim fajna słodka nuta. Mimo deklarowanej na paczce stosunkowo niewielkiej ostrości nie dałem rady skonsumować zawartości paczki za jednym zamachem – język szybko ma ich dosyć. Mimo wszystko, fani mocnych wrażeń powinni spróbować. Sam chętnie sięgnę po nie jeszcze z raz. Ocena: 3/6.

Lay’s Strong pikantne pepperoni 150 g (5 zł 40 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Kolejny nowy wariant najlepszej serii pikantnych chipsów w Kraju nad Wisłą. Kupując te chipsy byłem niemal pewien, że będzie to kolejny szajs o smaku kebabu, wciskany fanom słonych przekąsek tak nachalnie pod rozmaitymi nazwami (nie tylko przez firmę Lay’s). Miło się jednak zawiodłem – chipsy mają specyficzny mięsny smak (zdecydowanie nie kebabowy), a przy tym są ostre. Z pewnością wrócę do nich jeszcze kilkukrotnie – w międzyczasie oczekiwania na powrót wariantu Diabelski Cheddar. Ocena: 4/6.

Crunchips Sweet Thai Chili 150 g (5 zł, Żabka)
Z chipsami o smaku słodkiego tajskiego chili miałem okazję zetknąć się w życiu kilkukrotnie, i za każdym razem byłem nimi absolutnie zauroczony. Niestety, zawsze były to edycje limitowane, i tak jest również w przypadku niniejszych Crunchipsów. Złożoność smaku sosu została oddana w nich wyśmienicie – pikanteria, kwaskowatość, oraz słodycz są naprawdę starannie wyważone. Wypada mi dodać, że na chipsy te natrafiłem wyłącznie we Wrocławskich Żabkach – od tej pory zwiedziłem wiele rozmaitych sieciówek w ich poszukiwaniu, i za nic nie mogłem ich znaleźć. Ocena: 6/6.

Fungopol podgrzybki duszone 290 g (9 zł 29 gr, API Market)
Mam zaszczyt zaprezentować jedno z moich najmilszych zaskoczeń kulinarnych minionego miesiąca. Jako smakosz grzybów w sezonie zimowym odczuwam ich brak dość dotkliwie, toteż kiedy zobaczyłem ten rarytas, z miejsca nie mogłem mu się oprzeć. Zawartość słoika wystarczy podgrzać na patelni, dodać śmietanki, i posiłek gotowy! Grzyby smakują wyśmienicie, i tak samo pachną – nie zawierają przy tym żadnej chemii. Producent poleca użycie produktu również jako np. nadzienia do pierogów. Cena dość wysoka, ale też adekwatna – leśne grzyby to w końcu produkt sezonowy. Ocena: 6/6.

Słodka Kraina bułeczki śniadaniowe 400 g (4 zł 45 gr, Biedronka)
Oto i coś, co powinno przypasować wszystkim łasuchom – bardzo delikatne w smaku i konsystencji maślane bułeczki. Same w sobie nie są rewelacyjne, ale smakują fantastycznie popijane np. jogurtem pitnym czy maślanką. Taka kombinacja jest idealna na śniadanie. Nieco zbyt wysoka cena stanowi zdecydowany minus – tym bardziej, że bułeczki najlepiej smakują właśnie z mlecznym dodatkiem, w który również trzeba zainwestować. Mimo wszystko polecam koniecznie spróbować. Ocena: 4/6.

Reklamy

Szczypta Marzeń

Nie planowałem tego wcześniej. To nawet zupełnie nie w moim stylu. Rodzeństwo, które czasami próbuje szczęścia w tej zabawie, tuż przed naszym wypadem na miasto wspomniało coś o tym, i decyzja od razu zapadła we mnie sama. Spontanicznie. A co tam: dycha w tą, czy we w tą? Co mi szkodzi? A nuż się uda? Tak, tak: zagrałem w lotto.

Dzisiaj losowanie. Nie wiem, ile jest do wygrania, ale ile bym nie wygrał, i tak by mnie to urządzało. Tego towaru nigdy za wiele. Nie ma zbyt wiele forsy – trudno, jakoś się obędę. Proszę bardzo. Wielu rzeczy bez pieniędzy nie zobaczę, nie dotknę, nie zasmakuję, nie usłyszę, ale bez tego można się obyć. Rzecz w tym, że mam coś, czego za żadną fortunę kupić się nie da: miłość i pasję. To jest sens życia. Cała reszta, której mogę doświadczyć tylko dzięki forsie, to przy tym zaledwie rozrywka.

Nie powiem. Napiłbym się absyntu gdzieś w Amsterdamie. Obejrzałbym wszystkie te monumentalne, megalityczne budowle jak posągi na Wyspach Wielkanocnych i Stonehenge, a także siedem cudów świata. Zwiedziłbym glob – wielkie metropolie jak Tokio, Nowy Jork, Moskwa, oraz malownicze rejony, w których ludzie żyją w zgodzie z naturą. Pluskałbym się w przejrzystych jak kryształ wodach Polinezji Francuskiej, i wpatrywał godzinami w lazur nieba i oceanu. Poszedłbym na koncert Eminema. Zjadł sałatkę z truflami. Zapisałbym się na strzelnicę, gdzie wreszcie mógłbym postrzelać do celu z rozmaitych cacek, w tym z ręcznej armaty, rewolweru Smith & Wesson kaliber 50 mm. Więcej nawet.Szczypta Marzeń (1)Powtórzę: to tylko rozrywka przy tym, co już mam – przy zdrowiu, miłości, i pasji. Tak. Ale nie powiem: fajnie byłoby być ustawionym do końca życia, nie mieć przed sobą tej druzgocącej ducha perspektywy ograniczenia pisania na rzecz jakiejś prozaicznej pracy zarobkowej. Fajnie byłoby wiedzieć, że dzień zatroszczy się o siebie sam, że mogę do końca życia kłaść się o której chcę i wstawać o której chcę. Poza tym, kupiłbym mieszkanie na przedmieściach. Koniecznie na poddaszu. Kuchnia, łazienka, salon, sypialnia, niewielka pracownia, w której mógłbym oddawać się tworzeniu. Zamieszkałbym w nim ze swoją dziewczyną i jej zwierzyńcem.

Szczypta Marzeń (2)Z niemal równie wielką rozkoszą myślę jednak o tych rzeczach, które wierzę, że nie zmieniłyby się w moim życiu po wygranej fortuny. Nadal pisałbym tysiąc słów dziennie swojej twórczości. Nadal poszukiwałbym wydawcy dla swojej prozy – nie wydałbym jej własnym nakładem pieniężnym, bo to coś poniżającego, i niemal tylko dla ludzi pozbawionych talentu. Nadal czytałbym nałogowo książki. Nadal kochałbym tą samą dziewczynę z taką samą siłą, bo bardziej już się nie da.

Z pewnością wielu ludzi, którym pieniądze dały możliwość przeżycia tego, co niedostępne większości, śmiertelnie zachłysnęło się życiem. Byli wszędzie, ale nie widzieli niczego poza czubkiem własnego nosa. Patrzyli na wszystko i słuchali wszystkiego, ale niczego nie zobaczyli i nie usłyszeli – a najmniej własnych myśli. Ilość wrażeń, jakich doświadczyli, przerosiła ich możliwości poznawcze, nie zdołali ich prawidłowo przetworzyć, i w rezultacie przeżyli swe życie zaledwie połowicznie. O tym też pamiętam czekając na wyniki losowania.

Jeśli ktoś zasługuje na miano Króla Życia, to nie oni, a Bruno Schulz, który chociaż prowadził skromne życie, to przeżył je do cna, czego dowodem są jego dwa zbiory opowiadań – ”Sklepy Cynamonowe” oraz ”Sanatorium Pod Klepsydrą”.

Ale dość już o tym. Zaczynam rozumieć, czemu ludzie grają w lotto: kupują sobie, za te 3 złote (tyle kosztuje jeden zakład) możliwość snucia marzeń. A czasami po prostu dobrze pomarzyć. Marzenia to tylko przyprawa, i nie da się nią najeść, ale jakże wzbogaca smak głównego dania!

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Ateizm w Obliczu Śmierci

”Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem. Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie – Wyspy Zielonego Przylądka. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu.” – Zbigniew Religa.

Nie ma chyba człowieka, który od czasu do czasu nie poddawałby się rozmyślaniom na temat fenomenu śmierci. Nawet młodym ludziom w sile wieku i w szczytowych momentach życia zdarza się uprzytomnić sobie, że kiedyś przyjdzie czas, w którym trzeba będzie odejść ze świata raz na zawsze, pozostawiając na nim wszystko, co osiągnęli, i co kochali. Świadomość nieuchronności śmierci skłania ku refleksji na temat sensu doczesnego życia – nie tylko cierpień, które chcąc nie chcąc zmuszeni jesteśmy ponosić, i istnienia samego w sobie, ale bywa, że nawet sensu szczęścia. Efemeryczność napawa nas goryczą i smutkiem, a bywa, że również przerażeniem.

Dla wielu osób, które świeżo utraciły wiarę w Boga, świadomość, że po śmierci nie ma nic, a pamięć o nich samych zatrze czas, stanowi grunt, na którym nie są w stanie rozkwitnąć pełnią człowieczeństwa, szczęścia i życia. Wiedzą, że nawet jeśli ich osiągnięcia zapiszą się w historii cywilizacji na stałe, a ich osoba zostanie upamiętniona przez monumentalne pomniki, co w pewnym sensie stanowi przedłużenie ich istnienia, kiedyś w końcu nastąpi również kres samej ludzkości, i nie zostanie po nich nawet najmniejszy ślad. Wszystko to, wraz z bezowocnymi poszukiwaniami sensu życia sprawia czasami, że wszelkie konstruktywne wysiłki wydają im się na dłuższą metę bezcelowe, a oni sami popadają w marazm egzystencjalny i niezdolność działania oraz funkcjonowania. Nie rozumieją, że już samo poszukiwanie sensu życia jest sensem życia samym w sobie.

Tym, co nadaje sens mojemu ateistycznemu życiu, jest osobiste doczesne szczęście, oraz starania, żeby wdrożyć w rozwój cywilizacji wkład własny, z którego ludzkość w jakiś sposób mogłaby korzystać dla swojego dobra możliwie najdłużej po moim odejściu. Chciałbym stworzyć coś, co byłoby użyteczne dla innych, coś, co sprzyjałoby osiągnięciu przez nich szczęścia opartego na pięknie tkwiącym w prawdzie, której wartość niezależna jest od tego, czy jest okrutna, czy pobłażliwa. To, że ludzka świadomość istnieje przez tak krótki czas, nie umniejsza w żadnej mierze w moich oczach jej wyjątkowości i znaczenia. Nie uważam również, by życie ludzi, których osoba i praca ulegnie z czasem zapomnieniu, było w jakimkolwiek stopniu bezsensowne. Wszyscy ci, którzy ponieśli trud i dołożyli swoją cegiełkę do budowy świata, czyniąc go miejscem szczęśliwszym dla siebie oraz innych, zasługują na pełne uznanie.

Faktem jest, że wiara religijna przynosi większości ludzkości ukojenie, że ludzie czują się lepiej dzięki przekonaniu, że ich naznaczone cierpieniem życie nawet, jeśli zostanie zapomniane już po kilku latach tu, na Ziemi, w oczach Boga jest tak samo ważne, jak życie największych geniuszy, których odkrycia zrewolucjonizowały świat. W porównaniu ze sprawiedliwą wiecznością, która według osoby wierzącej nastąpić ma po nieskończenie krótkim w stosunku do niej ziemskim życiu, życie to wydaje się zaledwie świadomym snem, a śmierć – przebudzeniem. Nie przeczę, że jest to pocieszająca perspektywa, ale fakt, że zapewnia ona komfort psychiczny, w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że jest realna. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która miałaby coś przeciwko temu, żeby naprawdę istniał wszechmiłosierny Bóg oraz życie wieczne u jego boku, a zatem sens w wymiarze ponadczasowym i ponadwymiarowym. Dlaczego miałbym mieć, nawet pomimo tego, że wizja takiego życia przekracza możliwości mojej wyobraźni? Przekonanie, że Bóg nie istnieje, nie sprawia mi ani radości, ani smutku. Przyjmuje to za prawdę, i nauczyłem się żyć w zgodzie z nią, i to czyni moje życie szczęśliwym.

Wieloletnie rozważania, liczne rozmowy światopoglądowe z osobami o rozmaitym podejściu do kwestii wiary, oraz literatura (w tym lektura samej Biblii) utwierdziły mnie w przekonaniu, że wiara w Boga jest tylko fenomenem psychologicznym. Człowiek z natury obdarzony jest konstrukcją psychiczną warunkującą religijność. Religie po prostu musiały pojawić się wśród istot rozumnych, które poszukiwały odpowiedzi na pytania o to, skąd wziął się otaczający ich świat, stanowią również spoiwo społeczne zrzeszające jednostki w grupy, które to grupy ułatwiają przetrwanie.

Jestem w stanie bez trudu uszanować czyjeś religijne wierzenia, o ile nie wypaczają one w sposób jaskrawy moralności. Szacunek ten wynika bezpośrednio z szacunku do człowieka jako istoty wolnej, a przy tym omylnej oraz słabej na tyle, by poszukiwać oparcia w iluzji. Mówiąc oględniej: szanuję wiarę, bo istota ludzka ma prawo do pozostawania w nawet tak dużym błędzie jak wiara w Boga, i do naturalnej, ewolucyjnej słabości, która moim zdaniem ją do tego skłania. Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to dość arogancko, ale na tej samej zasadzie każda osoba wierząca ma prawo traktować mój ateizm, z czym nie mam jednak najmniejszego problemu. Dla mnie Bóg pozostaje wymyślonym przyjacielem na dobre i złe, Fisiem, a religia bajką dla dorosłych, którzy uciekają w nią przed pozornym bezsensem życia, lękiem przed śmiercią, dojmującą psychologiczną pustką, a czasem i przed niezrozumieniem naukowych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania rzeczywistości, oraz tymczasowej niewiedzy odnośnie wielu jej aspektów.

Kiedyś moja świadomość zgaśnie, rozpłynie się w nicości wraz z całą miłością, którą żywiłem i której zaznałem. Nigdy więcej nie poczuję motylków w brzuchu na widok dziewczyny, którą kocham, i nie musnę się wspomnieniem o miejsca, z którymi wiąże mnie nostalgia. Nie istniejąc, nie będę nawet w stanie dostrzec tej straty, i poczuć jej dotkliwości. Brzmi to okrutnie, ale nie mam na to wpływu, toteż nie pozwalam, żeby świadomość ta spędzała mi sen z powiek. Wciąż jest zbyt wiele do zrobienia. I zawsze będzie.

Czar Miasta Spotkań cz.3 – Zoo i Afrykarium

Jednym z miejsc, który turysta podróżujący po Wrocławiu powinien koniecznie zobaczyć, jest tamtejszy ogród zoologiczny. Nawet jeśli odbyliście już niejedną wycieczkę do zoo i nie czujecie entuzjazmu na myśl o podziwianiu egzotycznych zwierząt po raz kolejny, warto odwiedzić to miejsce chociażby ze względu na tamtejsze Afrykarium. Jest to obiekt, w którym zapoznać można się z ogromnymi akwariami prezentującymi życie około 100 gatunków zwierząt wodnych i lądowych zamieszkujących Afrykę.

Cena wstępu na teren Zoo i Afrykarium (nie ma oddzielnych biletów) może niestety trochę przerażać, w szczególności tych, którzy mają zamiar odwiedzić je całą rodziną; bilet normalny kosztuje 45 złotych, a ulgowy 35. Dzieci do 3 roku życia, oraz osoby po 75 mają zapewnione darmowe wejście. Należy również pamiętać o tym, żeby uzbroić się w kwotę dodatkowych 25 złotych na osobę na wypadek, gdybyście przebywając w Zoo chcieli coś zjeść i wypić. A niemal na pewno będziecie chcieli.

Pora na małą wskazówkę, dla wszystkich tych, którzy chcieliby zrobić na terenie Afrykarium udane, pamiątkowe zdjęcia. Ponieważ nie wolno tam fotografować z użyciem lampy błyskowej, a pomieszczenia się zaciemnione, należy zaopatrzyć się w bardzo dobry aparat, najlepiej rasową lustrzankę – w przeciwnym razie zdjęcia wyjdą bardzo niewyraźne. Ja niestety nie dysponowałem tego rodzaju aparatem, toteż moje fotki akwariów nawet w małym stopniu nie oddają ich rzeczywistego piękna. Warto również nadmienić, że wewnątrz budynku Afrykarium jest bardzo ciepło i dość duszno, warto więc nie zrażać się długością kolejki do szatni, i jeśli mamy na sobie kurtkę, oddać ją na przechowanie na czas zwiedzania. Zaoszczędzi nam to dużego dyskomfortu i pozwoli cieszyć się podróżą, jak należy.

Jeśli dotychczas mieliśmy jakieś wątpliwości co do tego, czy warto było zapłacić 45 złotych za bilet wejściowy, rozwiewa je już widok pierwszych ogromnych akwariów ukazujących faunę i florę Morza Czerwonego. W krystalicznie czystej, podświetlonej światłem wodzie, w której zatopiono sztuczną rafę koralową, pływa ponad 50 gatunków ryb. Większość z nich jest wprawdzie niewielkich rozmiarów, ale wizualnie prezentują się przepięknie z uwagi na ich dużą ilość oraz fantastyczne barwy. Mniejsze (ale wciąż fascynujące) są akwaria Tanganiki i Malawi – afrykańskich jezior.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (1)Kontrast dla powyższych akwariów stanowią mętne, zielonkawe wody rzeki Nil. Przez akwaria możemy zaobserwować, jak kłębią się w nich tajemniczo i sennie pokaźnych rozmiarów ryby (grubowargi). Na wyższym, przepięknie stylizowanym piętrze, znajduje się sztuczny wodospad (świetnie miejsce na pamiątkowe zdjęcie) i taras, z którego podziwiać można hipopotama milowego. Jest to również rejon, w którym swobodnie fruwają ptaki.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (2)Jednym z etapów podróży robiących największe wrażenie jest przejście przez zatopiony w wodzie osiemnastometrowej długości tunel dedykowany Kanałowi Mozambickiemu. Ujrzymy w nim rekiny, intrygujące samogłowy, żółwie, oraz płaszczki. Te ostatnie wywierają szczególne emocje, od czasu do czasu przepływając tuż nad głowami zwiedzających, przy czym wyglądają jak surrealistyczne ptaki. Uprzedzam fanów selfie, że na fotkę na tle pustego tunelu nie macie nawet co liczyć – miejsce to jest stale i tłumnie oblegane.

Następuje zejście w dół, do akwariów, przez które podziwiać można zwierzęta zamieszkujące teren Wybrzeża Szkieletów. Najbardziej widowiskowymi stworzeniami w tym dziale są meduzy pływające w podświetlonej na czerwono wodzie. Niestety, przez nieuwagę ominąłem całą rozciągającą się na zewnątrz trasę Wybrzeża Szkieletów, toteż nie mogę zdać z niej relacji.

Ostatnim przystankiem jest Dżungla Kongo. I tutaj można podziwiać zwierzęta, również przez akwaria (np. wcinające wodorosty manaty), ale znacznie większe wrażenie robi odwzorowanie flory – a więc wszędobylska roślinność. Ogrom egzotycznej zieleni sprawia, że naprawdę można poczuć się jak w tropikalnym lesie. W dodatku jest to miejsce dobrze oświetlone dzięki czemu bez trudu można wykonać w nim dobrej jakości zdjęcie.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (3)Na terenie właściwego Zoo również znajduje się cała masa wartych obejrzenia zwierząt (m. in. żyrafy, słonie, tygrys, zebry, niedźwiedź, przeurocza rodzina surykatek, i wiele, wiele więcej), jak i oddzielnych budynków tematycznych – m. in. terrarium, małpiarnia, ptaszarnia. Na mnie największe wrażenie zrobiło terrarium, gdzie oczywiście obejrzeć można gady, płazy, oraz owady. Znajduje się tam również niewielkie, ale świetne pomieszczenie ze swobodnie fruwającymi, pokaźnych rozmiarów motylami. Koniecznie powinniście odwiedzić również niewielki budynek ze zwierzętami z Sahary (znajduje się tuż przy wejściu do Zoo) – można w nim zobaczyć prześliczne gryzonie! Wielką furorę wśród zwiedzających robi też tzw. Dzieciniec Zwierzęcy, gdzie można do woli dokarmiać i głaskać znajdujące się w boksach zwierzęta. Są wśród nich między innymi kozy, owce, osły. Bezpośrednia interakcja z tymi stworzeniami daje mnóstwo radości, oraz możliwość zrobienia fajnych zdjęć.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (5)Przychodzi taki moment, że człowiek zmęczony wrażeniami i wielogodzinnym spacerem głodnieje. Jeśli byliście kiedyś w jakimkolwiek Zoo, macie z pewnością pojęcie o tym, jak bardzo ceny posiłków na jego terenie są wywindowane. Nie inaczej jest i we Wrocławskim ogrodzie zoologicznym. My z przyszłą Panią Morfeuszową wybraliśmy się do Karczmy Lwa – lokalu, który swą nazwę zawdzięcza temu, że jego oszklony taras graniczy bezpośrednio z lwim wybiegiem. Lwy niespecjalnie przejmują się wprawdzie jedzącymi tam ludźmi (uwierzcie mi – znacznie mniej, niż wasze własne, domowe koty), ale od czasu do czasu przechodzą obok szyby, wywołując żywe emocje. W menu dostępne są m. in. zupy, gofry (te co prawda w bajońskiej cenie 14 złotych za sztukę), oraz typowo fast foodowe jedzenie, takie jak zapiekanki. My zamówiliśmy po porcji frytek (koszt – 7 złotych, porcja średniej wielkości), i po herbacie z rumem (15 złotych za szklankę, bardzo smaczna, elegancko podana, z rzeczywiście wyczuwalnym alkoholem). Mimo ogromnego tłoku oraz zamieszania, na realizacje zamówienia czekaliśmy poniżej dziesięciu minut. Miejsce opuściliśmy zadowoleni z jego naprawdę fajnej atmosfery.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (4)Podsumowując, we Wrocławskim Zoo bawiliśmy się naprawdę świetnie. Zobaczyliśmy multum fascynujących zwierząt, ujrzeliśmy środowiska w jakich żyją, i, oczywiście, zrobiliśmy masę pamiątkowych zdjęć. Być może zajdziemy tam jeszcze kiedyś w porze letniej, żeby ujrzeć je w pełnym rozkwicie.

Na koniec jeszcze jedna mała rada dla potencjalnych turystów: jeśli zamierzacie zwiedzić całe Zoo, zarezerwujcie sobie na ten cel dobre cztery godziny – obiekt jest bowiem naprawdę duży. Jeśli nie macie tyle czasu, a jesteście ciekawi świata i chcecie zobaczyć coś, czego wcześniej nie widzieliście w żadnym rodzimym tego typu obiekcie, odwiedźcie chociaż Afrykarium. Niezapomniane wrażenia gwarantowane!

Czar Miasta Spotkań cz.2 – Tropem Krasnali

Podobnie jak ma to miejsce w przypadku wszystkich wielkich miast Polski, tak również ulice Wrocławia obfitują w wiele ciekawych obiektów – m. in. odznaczających się intrygującą architekturą budynków, pomników historycznych, oraz instalacji artystycznych. Ulice Miasta Spotkań zdecydowanie wyróżniają się jednak na tle innych za sprawą pewnego fenomenalnego zjawiska artystycznego. Mowa o… krasnalach, a ściślej rzecz biorąc – ich niewielkich rzeźbach wykonanych z brązu. W chwili, kiedy piszę te słowa, skrzatów jest aż 289, a więc na tyle dużo, że podczas półgodzinnego spaceru niemal na pewno natrafić można na przynajmniej jednego z nich. Wszystkie mają imiona, i – jak twierdzą niektórzy, w co bez zastrzeżeń sam wierzę – mają do opowiedzenia pewną historię.Czar Miasta Spotkań cz.2 - Tropem Krasnali (1)Skąd jednak krasnoludki wzięły się na ulicach Wrocławia? Żeby się tego dowiedzieć, warto sięgnąć do historii tego miasta, a konkretnie stosunkowo niedawnych czasów komuny.

W latach 80 ubiegłego wieku działał ruch o nazwie Pomarańczowa Alternatywa, który wyszydzał komunizm (działał m. in. w Warszawie i Łodzi, ale najintensywniej właśnie we Wrocławiu). Wszystko zaczęło się od przekornego rysowania krasnali w miejscach, w których władze PRL-u likwidowały powstałe tam wcześniej antysocjalistyczne hasła; bohomazy takie stanowiły więc swego rodzaju niewinny triumf buntowników nad działaniami Rządu i Milicji Obywatelskiej. Później członkowie ruchu malowali krasnale metodą graffiti tam, gdzie miały odbyć się organizowane przez nich parodystyczne happeningi, w trakcie których w dowcipny sposób lżono system komunistyczny. Pomimo łagodnego, wręcz rozrywkowego charakteru tych manifestacji, z reguły kończyły się licznymi zatrzymaniami.

Po upadku PRL-u działalność buntowniczych krasnali przeszła do historii. W 2001 roku, oficjalnie dla uczczenia pamięci ruchu, wydawca ”Gazety Wyborczej”, Agora, zasponsorował pomnik krasnoludka umieszczony na ulicy Świdnickiej, gdzie Pomarańczowa Alternatywa rozpoczynała znaczną część swoich demonstracji.

W 2003 roku Biuro Promocji Miasta Wrocław we współpracy z agencją reklamową Vanilia zwróciło się z prośbą do rzeźbiarza Tomasza Moczka o, jak sam powiedział, ”Opracowanie koncepcji krasnala, który stałby się turystycznym symbolem Wrocławia”. Dwa lata później na ulicach Miasta Spotkań stanęło pięć pierwszych figurek jego autorstwa. W ciągu następnych dwunastu lat ulice zaludniło prawie 300 krasnoludków autorstwa wielu innych artystów (stworzonych również na zamówienie komercyjne), których prace pozostają utrzymane w stylistyce opracowanej przez ich pierwszego twórcę. Trudno nie podejrzewać pomysłodawców przedsięwzięcia o oddanie hołdu dowcipnym antykomunistycznym działaczom, lub choćby luźnego nawiązania do ich działalności, chociaż oni sami nie potwierdzają takich przypuszczeń.Czar Miasta Spotkań cz.2 - Tropem Krasnali (2)Poszukiwanie krasnoludków na własną rękę jest zabawą świetną samą w sobie, a przy tym pozwala na lepsze poznanie miasta i obcowanie z jego pięknem. Fotografując kolejne skrzaty do kolekcji i odhaczając je na swojej liście z pewnością zajrzymy do niejednej jadłodajni, księgarni, czy muzeum.

Niestety, nie wszyscy właściwie pojmują ideę tego zjawiska artystycznego. Zdarza się bowiem, że krasnale padają ofiarami kradzieży, a właściwie swego rodzaju porwania. W chwili obecnej aż 11 z nich pozostaje zaginionych. Ponieważ figurki nie posiadają zbyt wysokiej wartości materialnej same w sobie, oczywistym jest, że ich kidnaperzy dokonali porwania z celów sentymentalnych, dla zabrania ze sobą pamiątki z podróży, bądź ze swego rodzaju zamiłowania do tego rodzaju sztuki. Jeśli czyta te słowa któryś z porywaczy, w imieniu wszystkich Wrocławian i przyszłych turystów apeluję o wyzwolenie ich z niewoli.

Czar Miasta Spotkań cz.1 – Taras Widokowy Sky Tower

Podróżując dla relaksu niekoniecznie należy stąpać twardo po ziemi; czasami, jeśli istnieje taka możliwość, stanowczo można sobie pozwolić na spacer z głową w chmurach. Jeśli będąc we Wrocławiu zechcemy znaleźć się możliwie najbliżej obłoków (chociaż wciąż daleko od nich), powinniśmy odwiedzić znajdujący się w tym mieście najwyższy wieżowiec w Polsce (najwyższy jeśli liczyć wysokość do dachu i najwyżej położone piętro), Sky Tower, oraz jego taras widokowy ulokowany na 49 piętrze (200 metrów). Jest to najwyżej umieszczony tego rodzaju punkt w Polsce; za nim plasuje się taras widokowy Warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, mieszczący się na 30 piętrze (114 metrów).Czar Miasta Spotkań cz.1 - Taras Widokowy Sky Tower (1)
Już pierwsze spojrzenie z dołu w górę nowoczesnego wieżowca dumnie górującego nad całą okolicą wywiera nie lada wrażenie – tym bardziej, kiedy ma się świadomość tego, że wkrótce znajdziemy się na jego szczycie. Wzrok przykuwa także stojąca przed wejściem imponująca rzeźba Salvadora Dali pt. ”Profil Czasu”, utrzymana w typowej dla tego artysty surrealistycznej stylistyce. Warto przystanąć przed nią, i zrobić sobie na jej tle pamiątkowe zdjęcie – z obowiązkowym uśmiechem zakłopotania, który przywołuje na usta refleksja nad tym, co artysta miał na myśli.Czar Miasta Spotkań cz.1 - Taras Widokowy Sky Tower (2)
Kasa biletowa znajduje się na poziomie 1; traficie do niej bez trudu dzięki rozmieszczonym tabliczkom. Bilet opiewa na konkretną godzinę, po której traci ważność. Ceny są najmniejsze od poniedziałku do piątku – normalny bilet kosztuje wtedy 12 złotych (w soboty i niedziele 16), a ulgowy 8 (w weekend 10). Koszt jest więc naprawdę niewielki w stosunku do wrażeń, które oferuje. Ponieważ taras widokowy jest miejscem dość obleganym, może się zdarzyć, że będziecie musieli zaczekać na swoją kolej godzinę lub pół. Jest to dobry czas, żeby wrzucić coś na ząb, albo pospacerować po galerii.Czar Miasta Spotkań cz.1 - Taras Widokowy Sky Tower (3)
Wjazd na taras widokowy odbywa się specjalną windą, do której wejście umiejscowione jest na zewnątrz budynku od strony ulicy Gwiaździstej (będąc w galerii na poziomie 0 należy przejść drzwiami na prawo od sklepu sieci Piotr i Paweł).
Zwiedzający są przewożeni co kwadrans w grupach po 15 osób. Ci, którzy nie lubią podróży windą, nie mają się czego obawiać – podróż taka trwa niecałą minutę, i jedynym jej przykrym następstwem jest uczucie przytykających się uszu (niektórym natychmiastowo pomaga na to przełknięcie śliny).Czar Miasta Spotkań cz.1 - Taras Widokowy Sky Tower (4)
Wystrój punktu widokowego jest bardzo oszczędny, ale taki też ma być – ostatecznie nikogo, kto ma możliwość obejrzenia jednego z najpiękniejszych miast Polski z tak wielkiej wysokości, nie będzie przecież interesowało wodzenie wzrokiem po ścianach. I chociaż samo miejsce nie dorównuje nastrojem wspaniałemu klimatowi panującemu na tarasie widokowym Pałacu Kultury i Nauki, oferuje o wiele wspanialszą perspektywę. Wysokie szyby rozmieszczone są niemal na całej długości ściany, oferując możliwość beztroskiego wodzenia wzorkiem w przestrzeni niezależnie od miejsca w którym stoimy, a na dodatek widoku nie zakłócają nieestetyczne kraty. Można swobodnie zbliżyć się do samej szyby, i trwając bezpiecznie trzy-cztery centymetry od przepaści, podziwiać panoramę miasta.Czar Miasta Spotkań cz.1 - Taras Widokowy Sky Tower (5)
Wrażenie jest niesamowite. Wrocław oglądany z takiej wysokości – ten sam Wrocław, na którego ulicach turyście tak łatwo jest się zgubić – przypomina miniaturowy model, makietę, i widoczny jest jak na dłoni. Bloki mieszkalne wielkości pudełka zapałek i samochody rodem z dziecięcej skrzyni na zabawki kontrastują z rzeczywistością oglądaną z dołu tak jaskrawo, jakby były to wręcz dwa odmienne światy. Mimo wszystko jest to jednak widok, od którego nogi w kolanach miękną. Polecam więc także rozsiąść się wygodnie na ustawionej na tarasie kanapie, odprężyć, i zapatrzeć w pejzaż miasta i dal rozpływającą się w mglistym horyzoncie.