Archiwa tagu: wspomnienia

Jesteś

Tak mało piszę tutaj o Tobie, która ocaliłaś moje życie, podałaś mi rękę w chwili, gdy wisiałem nad przepaścią. Czasami narzekasz na to; martwisz się, że kiedy zostaję sam, nie myślę o Tobie tak często i gorąco, jak dawniej, że wszystko inne zajmuje mnie silniej. Kiedy przeglądam swoje eseje, stwierdzam, że Twoje pretensje są w pewnej mierze uzasadnione, jakkolwiek – nie jest to prawda; życie nauczyło mnie, że ci, którzy najbardziej afiszują się swoją miłością przed światem, tak naprawdę nie są jej pewni i potrzebują cudzej atencji i aprobaty, by uczucie to mogło trwać. Ogień, który między nami goreje, radzi sobie bez tego i należy tylko do Nas.

Dzisiaj jednak przemówię głośno. Po raz pierwszy od tak dawna, na drodze wyjątku. Opowiem o sobie i o Tobie, o Nas, tak szczerze, jakbym pisał to własną krwią, tu i ówdzie rozcieńczaną łzami. Kto ma uszy, niechaj słucha.Jesteś (1)Był czas, kiedy przesiadywałem z kolegami na poboczach piaszczystych ścieżek, i zapijałem smutki oraz samotność. Czas, kiedy byłem niczym więcej, niż tylko ucieleśnieniem druzgocącej pewności, że zawsze już będę sam, że miłość ominie mnie szerokim łukiem. Siedzieliśmy tam, i przeklinaliśmy życie, na czym świat stoi, a młodość przeciekała nam przez palce. Babraliśmy się w niej tak, jak niektórzy lubią babrać się w mokrej glinie, nie mając jednak pomysłu na to, co z niej uformować – dla samej płynącej z tego bezmyślnej, dziecięcej przyjemności. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych dni – kiedy muskam tamtego młodego człowieka, którym byłem, swoją myślą – wydaje mi się, że zdarzyło się to w innym życiu.

Jak mam wysłowić to, co działo się we mnie na widok dziewcząt – atrakcyjnych, roześmianych, cieszących się życiem? Mijałem je, czując całym sobą, że są mi równie niedostępne jak księżyc, i jedynym, na co mogę sobie wobec nich pozwolić, jest cichy podziw. Motyle tłukły się w moim podbrzuszu, jak ćmy tłuką się sierpniowymi wieczorami o klosz frontowy domu, a żal ściskał gardło twardą ręką. Chciałem całować ich usta, patrzeć w ich oczy, obejmować ich talie, i chciałem poświęcać się ich dobru, pielęgnować w nich to, co najpiękniejsze, a fochy ich przyjmować z namaszczeniem. Nie chciały mnie! Nawet nie raczyły omieść mnie spojrzeniem swoich perfekcyjnie pomalowanych oczu, gdy mijaliśmy się na ulicy. Byłem dla nich przeźroczysty jak powietrze.

Były w moim życiu dwie dziewczyny, i coś pomiędzy mną a nimi. Miłość? Tak, ale obustronnie niedojrzała, a z mojej strony również skrzywiona przez samotność. Uczucie jednocześnie kruche i niszczycielskie – jak młotek, który sam rozpada się na części w momencie uderzenia w filigranową porcelanę. Nie chcę tego roztrząsać; zanudziłbym się na śmierć, toż to flaki z olejem, opera mydlana, a zresztą: nie ma o czym mówić. Było, minęło, i teraz, wspominając te relacje, nie mam dla nich niczego, poza obojętnym wzruszeniem ramion.

Ale wtedy miały na mnie kluczowy wpływ. Postradałem rozum. Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Widziałem tam ludzi, których choroba duszy łamała jak zapałki, i widziałem, jak miłość (i fachowe leczenie rzecz jasna) pozwalała im podźwignąć się ze swego nieszczęścia, powstać z popiołów. I gdybym te trzy miesiące wcześniej nie poznał Ciebie – nie wiem, czy udałoby mi się poskładać jakoś do kupy, czy zrobiłbym to dla samego siebie. Myślę, że nie, i że już dawno nie byłoby mnie na tym świecie.

Dzieli nas różnica wieku. Dzieli? Nie powiedziałbym. Łączy. Twoje pojawienie się w moim życiu stanowiło dla mnie punkt zwrotny, moment zejścia ze ścieżki, na którą Ty w tym samym momencie z racji swojego wieku dopiero wkraczałaś. Znam ją jak własną kieszeń; znam na niej każdy kamień, każdą koleinę, każdy wybój. Jestem Twoim przewodnikiem, i nie pozwolę Ci zginąć, a jeśli potkniesz się, podam Ci rękę. Będę brał Cię na barana, na głowę, i na ręce, i niósł pod górkę. Będę dbał o Ciebie, pielęgnował w Tobie to, co najlepsze, byś rozkwitła pełnią siebie roztaczając swe piękno na cały świat.

Ale to działa w obie strony. Trzymasz mnie w pionie. Wierzysz we mnie. Potrafisz mną potrząsnąć, kiedy trzeba, a kiedy potrzebuję, żeby roztkliwiać się nade mną – robisz i to. Mogę liczyć na Twoją mądrość, kiedy dostaję głupawki, a kiedy jakiś problem przytłacza mnie swoim ciężarem – obracasz go w drogocenny żart, jak ołów w złoto, przy pomocy kamienia filozoficznego błyskotliwego poczucia humoru. Tylko przy Tobie stać się mogę najlepszą wersją samego siebie – dla Ciebie, dla siebie, i dla świata.

Kiedy idziemy razem przez miasto, trzymając się za ręce, i dociera do mnie własna przynależność do zbioru wszystkich tych par, czuję się, jakbym dostał skrzydeł, i frunął na nich, niesiony podmuchem wydanego w tej samej chwili boskiego tchnienia. Czasami przypominam sobie wtedy o tym zapijającym samotność chłopaku, którym byłem, i uśmiecham się do niego. Gdyby ten koleś tylko wiedział, co go czeka w przyszłości, nie lałby łez, tylko uzbroił się w cierpliwość!

Jesteś piękna, a ja… Cóż: takie dziewczyny jak Ty zazwyczaj nie spotykają się z takimi facetami: wizualnie przeciętnymi artystycznymi duszami bez wykształcenia i perspektyw zarobkowych. Kiedy patrzę sennym wzrokiem, jak wychodzisz z łóżka i ubierasz bieliznę, czuję całym sobą, że w życiu, pomimo wszystkiego, co przeszedłem, i tak mam więcej szczęścia niż rozumu.

Ale bywam też łajdakiem, a Ty – zimną suką. Czasami tracimy nad sobą kontrolę, i wypowiadamy słowa, których potem gorzko żałujemy. Bywa też, że ranimy się tylko po to, by sprawdzić, czy nasza miłość wytrzyma ból, czy jest prawdziwa. To głupie, ale oboje rozumiemy, że czasami tak po prostu musi być, i jesteśmy skłonni płacić tą cenę, przez całe życie, w ratach, wiedząc, że jest to niby kredyt, na którym żyjemy.

Tych kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy, nie wiedziałem, czy i jak długo będziesz ze mną nadal. Miałem za sobą ćwierćwiecze życia, i wiedziałem już, że ludzie raz są, a raz ich nie ma; że blakną hartowane przejściami sympatie, które trwać miały po kres dni, i że wystarczy na kilka miesięcy stracić bliską osobę z oczu, by ta zmieniła się nie do poznania. Ale od tego czasu przeszliśmy razem tyle kilometrów, gryźliśmy glebę tyle razy, tak wiele razy upadaliśmy i podnosiliśmy się – zawsze ramię w ramię! – że dziś już nie mam wątpliwości, że będziesz zawsze, skoro do tej pory jesteś.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

E.

E. (1)Poznałem ją w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym. Poznałem – jak to dziwnie brzmi. Dziwnie, bo nieadekwatnie; nieadekwatnie, bo przez pół roku zamieniłem z nią zaledwie kilka słów, i nie dowiedziałem się o niej niemal niczego. Ale przez cały ten czas majaczyła na horyzoncie rzeczywistości, migotała mgliście, a ja miałem na nią oko. Ot, pozornie nic niezwykłego; przesiadywałem na świetlicy, przy jednym ze stolików, i pisałem dziennik, a ona spacerowała korytarzem w jedną i w drugą stronę, przez dwie, trzy godziny dziennie. Od czasu do czasu zastygałem nad rękopisem, by pozbierać myśli, i patrzyłem to w okno, to na nią.

Z początku wzbudziła moje zainteresowanie dlatego tylko, że była ładna, i to w pewien szczególny, zupełnie pozbawiony wulgarności sposób, a jednocześnie tą urodą w ogóle się nie przejmowała, w ogóle o nią nie dbała: nie czesała włosów, nie stroiła się, nie malowała. Minęły dwa czy trzy tygodnie, nim zorientowałem się, że nie chodzi na żadne zajęcia terapeutyczne, i z nikim nie rozmawia, że jest absolutnie wyłączona ze szpitalnego życia. Odkrycie to zaintrygowało mnie. Im dłużej obserwowałem ją i myślałem o niej, tym bardziej zastanawiało mnie, o czym myśli, i jaka jest jej historia?

Postanowiłem spróbować jakoś się do niej zbliżyć. Zagadnięta odpowiadała w sposób spokojny i życzliwy, ale i wskazujący jednoznacznie, że rozmowa jakakolwiek i z kimkolwiek – nie interesuje jej. Potem było częstowanie kanapkami z Nutellą, paluszkami i chipsami; jadła mi z ręki, ale zaraz potem oddalała się, powracała do swoich myśli, przepadała. Ach, jakże chciałem wejść do jej świata, zwiedzić go! Snułem wyobrażenia o tym, co też mógłbym tam zastać: rajski pejzaż, czy też krajobraz księżycowy? Jakież dziwotwory myślowe snuły się po nim? Bo że za jej alienacją stała choroba, byłem całkowicie pewien.

Zacząłem siadać naprzeciwko niej podczas posiłków. Ponieważ jestem wegetarianinem, oddawałem jej swoje porcje mięsa. Przyjmowała je tak samo, jak wcześniej przekąski: chętnie, ale milcząco. Zaczynałem być na nią o to zły, chwilami nawet czułem wściekłość, ale powtarzałem sobie jak mantrę, że kropla żłobi skałę, i uparcie, dzień w dzień, ponawiałem swoje dziecinne – bo i cóż innego mi pozostawało? – próby. Wyglądała niesamowicie, kiedy jadła; mrużyła oczy i ogniskowała spojrzenie na talerzu, a na jej twarzy malowało się skupienie laboranta. Pewien jestem, że nie istniało dla niej wtedy nic poza nim, że nie słyszała wtedy brzdęku sztućców uderzających o porcelanę ani gwaru rozmów. Gdy na talerzu pozostawały tylko drobinki – ostatnie, pojedyncze ziarenka ryżu, kaszy czy groszku – ścigała je widelcem z oczami pełnymi radosnej pasji, uśmiechając się tajemniczo pod nosem. Było w tym coś perwersyjnego i dałbym wiele, żeby dowiedzieć się, o czym wtedy myślała!

Specyficznym atrybutem E. był porcelanowy kubek z żabką. Już w chwili, kiedy trafiłem na oddział, wyglądał na niemyty od kilku tygodni, a z tego, co zaobserwowałem w ciągu następnych czterech miesięcy, miało to miejsce tylko jednokrotnie, na wskutek reprymendy pielęgniarki. Kubek ten budził we mnie nawet nie obrzydzenie, a swego rodzaju fascynację; jego wnętrze było bowiem czarne jak smoła od wszelakich osadów i fakt, że ktoś siedzi naprzeciwko mnie i pije z niego jakby nigdy nic, był wręcz surrealistyczny.

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałem, że poza mną i personelem E. nie interesuje właściwie nikogo – zupełnie tak, jakby stanowiła wytwór mojej wyobraźni, była przezroczysta jak powietrze, lub równie nieciekawa, co sufit czy podłoga. Nikt nie zagadywał jej, i nikt nie rozmawiał ze mną o niej. Na palcach obu rąk zliczę razy, kiedy ktoś z pacjentów na moich oczach zwrócił uwagę na jej istnienie. Nie rozumiałem tej bierności, i w pewien dziwaczny sposób czułem, że dotyka mnie osobiście, że mnie obraża, choć dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czemu.

Raz na dwa tygodnie przyjeżdżały po nią matka z siostrą, i zabierały ją na czterodniową przepustkę do domu. W pewien sposób odczuwałem jej nieobecność, może nawet w jakimś stopniu tęskniłem za nią. Tak, chyba tak; prawdopodobnie w jakiś sposób postrzegałem ją jako duszę tego miejsca.

Więcej o E. dowiedziałem się na grupowych zajęciach psychoterapii. Nie wiem, co sprawiło, że zjawiła się na nich tamtego dnia, ale prawdopodobnie została zwerbowana przez personel. Z jej rozmowy z psycholog wyłonił się obraz 32-letniej księgowej chorej na schizofrenię paranoidalną. Po raz pierwszy choroba uderzyła w nią, kiedy jechała autobusem; usłyszała wtedy dziwaczne komunikaty wygłaszane z tylko jej widocznych pluskiew. Potem, po powrocie do domu, kontaktowało się z nią CBŚ, była również podsłuchiwana. Na stwierdzenie psycholog, że wszystko to stanowi zespół urojeń i omamów charakterystycznych dla schizofrenii, okazała delikatny, ale stanowczy sprzeciw. Jej zdaniem padła ofiarą jakiegoś spisku, w który zaangażowani są wszyscy: jej rodzina, znajomi, lekarze i pacjenci. Czemu wszyscy mieliby się tak na nią uwziąć – nie wie. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego jest tak niedostępna, i że za nic w świecie nie zdołam do niej dotrzeć.

Szpital opuściła na krótko przede mną. Leczenie farmakologiczne sprawiło, że jej stan ustabilizował się, objawy choroby zostały wyciszone, ale wciąż nie przyjmowała do siebie faktu, że choruje. Podczas pożegnania orzekła, że natychmiast po powrocie do domu zaprzestanie brania leków. Mimo takiej deklaracji lekarze uznali, że dalszy jej pobyt w szpitalu nie ma sensu. E. spędziła w nim 2 lata, podczas których zrobili dla niej wszystko, co tylko mogli. Reszta zależeć miała od niej samej i jej najbliższych.

Czasami zastanawiam się nad tym, jak potoczyły się dalsze losy E. Że po zaprzestaniu brania leków powróciła do szpitala, jest dla mnie rzeczą pewną; tak zawsze kończy się igranie ze schizofrenią.  Czy jednak przyjęła do wiadomości fakt, że choruje? Czy ułożyła sobie życie? Bywa, że nawiedza mnie w niespokojnych snach; milczy w nich tak samo, jak milczała w życiu rzeczywistym, i tylko domyślać się mogę, co za tą zasłoną milczenia skrywa.

Era Kaset Magnetofonowych

Era Kaset Magnetofonowych (1)Przyznam szczerze, że w dobie Internetu, YouTube’a, i cyfryzacji muzyki na co dzień nie myślę o tym, że jeszcze nie tak dawno temu najpopularniejszym jej nośnikiem były kasety magnetofonowe, zaś szczytem wygody – zasilany bateriami walkman. Kiedy jednak cofam się pamięcią półtorej dekady wstecz, jak żywy staje mi przed oczami widok taśmy obracającej się wesoło za plastykową szybką odtwarzacza, oraz poplątane kable słuchawek pchełek.

W czasach, kiedy chodziłem do podstawówki i gimnazjum, w moim miejscu zamieszkania mało kto miał dostęp do komputera i Internetu, zaś płyty CD i ich odtwarzacze, choć dość powszechne, dopiero wypierały królujące wcześniej niepodzielnie kasety i magnetofony. Jeśli ktoś z kumpli wszedł w posiadanie dobrej muzyki (nie ważne, czy nagranej na płycie, czy na kasecie) puszczał ją w obieg, by mogli nacieszyć się nią również inni. Płytki były przegrywane na kasety magnetofonowe – jeśli ktoś dysponował odpowiednim radioodtwarzaczem; ci, którzy go nie posiadali, zmuszeni byli prosić o pomoc kolegów.

Rzadko kiedy kupowaliśmy z kolegami fabrycznie czyste taśmy na potrzeby przegrywania płyt; najczęściej zgrywaliśmy je na kasety już zajęte innym materiałem.Era Kaset Magnetofonowych (3) Jak można się domyśleć, jakość takich nagrań była kiepska (a z czasem pogarszała się do fatalnej), ale wtedy nikt nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Grało? Grało! – i więcej nie było trzeba! Problematyczne były za to inne rzeczy: pękająca taśma (kasetę trzeba było rozkręcić i skleić ją), żarłoczne, bo wciągające taśmę jak Włoch spaghetti magnetofony, szybko wyczerpujące się i drogie baterie do Walkmana (dla ich oszczędności taśmę przewijało się… ołówkiem – wkładając go w szpulkę i kręcąc nim), psujące się (bo słabej jakości) słuchawki, oraz trudność w zdobyciu ukochanej muzyki.

Oczywiście, wszystko to stanowiło przejaw piractwa muzycznego. Z perspektywy czasu jest mi wstyd, że zamiast nabyć muzykę w sposób legalny, kopiowałem ją, wtedy jednak nikt nie traktował tej kwestii poważnie. Byliśmy tylko bandą dzieciaków spragnionych muzyki, i takie postępowanie było dla nas po prostu (bardzo smutną) normą.

Mimo wszystko, były to dobre czasy dla muzyki – kto wie, czy pod pewnymi względami nie lepsze niż teraz? Ludzie wymieniali się nią osobiście, dyskutowali o niej twarzą w twarz (a nie anonimowo, na forach i na YouTube), a podania ustne jak żadne inne decydowały o popularności danych wykonawców i otaczały je legendą. Ile razy ktoś opowiadał mi o kasecie jakiegoś świetnego zespołu, której to kasety kiedyś gdzieś słuchał wraz z kumplem, obiecując jej wypożyczenie! Ile razy nie mogłem doprosić się o zwrot swojej taśmy, bądź bezskutecznie próbowałem ustalić, w czyich rękach aktualnie się znajduje! Nie zliczę też sytuacji, kiedy któryś z kumpli cytował mi jakiś utwór i pytał się, czy wiem ”kto to śpiewa”, lub kiedy sam zadawałem komuś to pytanie!

Era Kaset Magnetofonowych (2)W tamtych czasach dysponowałem radioodtwarzaczem, który umożliwiał mi przegrywanie na kasety muzyki z audycji radiowych. Bywało, że godzinami przesiadywałem przy sprzęcie wyczekując emisji piosenek, które wcześniej zasłyszane zawróciły mi w głowie. A ile było przy tym walki z szumami – przenoszenia odtwarzacza z miejsca na miejsce, manipulowania anteną, modlitw nawet! Jakby to było wczoraj pamiętam tego typu polowania na ”Complicated” Avril Lavigne, czy ”Without Me” Eminema. Uśmiecham się z sentymentem również na wspomnienie nocy, które zarwałem słuchając audycji ”Hip Hop Noc” w Radio Eska, czekając na możliwość nagrania utworów, które podbiły moje serce! A że rano trzeba było wstać do szkoły? A kto by się tym przejmował!

Czy dzisiejsza młodzież będzie mogła wspominać z takim sentymentem Ipody i smartfony? Wątpię. Muzyka przekazywana sobie z rąk do rąk – to jednak było coś!

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Historia Pewnej Myśli

Zdarzyło się to jakieś dziewięć, dziesięć lat temu. Z tego, co pamiętam (a mogę się mylić, bo mimo stosunkowo młodego wieku, pamięć mam już nie tą samą, co kiedyś), trwał sierpień. Tamtego ranka wypiłem na czczo trochę amerykańskiej whiskey z Colą, by ukoić ból duszy, i wyszedłem z domu, do pracy.

Dzień był słoneczny, ach, jaki słoneczny był dzień. Pamiętam promienie słońca prześwitujące przez listowie przydomowego kasztanowca, i pamiętam setki uwitych w polnej trawie pajęczyn, które zdemaskowała osiadająca mgła. Szedłem przed siebie, z reklamówką, w której ciuchy robocze i drugie śniadanie – chipsy i Cola, możecie się śmiać – i nie mogłem się napatrzeć. Pod nogami chrzęścił mi żwir, ptaki poczynały sobie na niebie jak dzieci na placu zabaw, a gdzieś tam w głowie dokazywała nadzieja, że szef znowu wpadł w cug, i zamiast pracować, pośle mnie do sklepu po butelkę wódki, i pozwoli iść do domu.Historia Pewnej Myśli (1)Wierzyć się nie chce: szedłem tam, wtedy, młodszy o tyle i tyle, a gdzieś czekało na mnie Jutro, w którym jestem tu i teraz. I to uczucie, które gorzało w moim sercu. Nie miało przyszłości, bo byłem zbyt niedojrzały, ale kochałem Cię, Danka, z całej swojej siły i z całej swej bezsilności jedyną miłością, na jaką było mnie wtedy stać. Pragnąłem Twoich ust bardziej jeszcze niż samej śmierci, i nie dopuszczałem do siebie myśli, że kiedyś może się to zmienić. Ale tak się stało; dzisiaj moje serce należy do innej, a Ty jesteś tylko nawiedzającym mój umysł widmowym ucieleśnieniem tamtych lat.

Nie dam za to głowy (głowy, swoją drogą, obecnie cięższej o dekadę przeżyć), ale prawdopodobnie usiadłem pod przydrożną dziką gruszą, by nie dotrzeć na miejsce zbyt wcześnie, lub tylko po to, żeby zatabaczyć. Zapewne patrzyłem, jak wiatr zapraszająco kołysze drzewkiem, i zastanawiałem się, kiedy w końcu uda mi się zebrać na odwagę, i czy po tym ktoś jeszcze kiedyś zje z niego owoce. Teraz wiem, że to nie był odpowiedni moment. Ale wtedy, o, wtedy było wtedy.

Nie wiem już, czy stałem, czy leżałem, czy siedziałem, kiedy przyszła mi do głowy ta myśl, ale dobrze pamiętam proces umysłowy, z którego się wyłoniła. Pamiętam też ekscytację jaką czułem, kiedy obracałem ją w głowie, wciąż ciepłą, na wszystkie strony, bezskutecznie usiłując pojąć ją i jakoś wykorzystać. Są myśli jak spadające gwiazdy, i ta była jedną z nich, ale nie znaczy to, że dostałem ją od niebios za darmo, o nie. Wiele mnie kosztowało, by znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie – sierpniowego poranka 2007 albo 2008 roku na tamtej żwirowej drodze. Przecież całe swoje życie dążyłem do tej chwili – co z tego, że nieświadomie i bez intencji punktualnego wpasowania się w nią. Serce łamałem sobie i głowę, skórę zdzierałem z kostek, krew, pot i łzy lałem szczodrze. I oto jestem, krzyczało każdym ruchem całe moje zbolałe ciało, oto jestem, chociaż wolałbym, żeby mnie nie było, ani tu, ani nigdzie indziej.

Szedłem przed siebie (teraz już na pewno szedłem) i zastanawiałem się, co mam z tym fantem zrobić. Gdzie znajdę drzwi, do których pasuje ten osobliwy kluczyk, i co za nimi znajdę. Gdzie mogę zapłacić tą trójkątną monetą z wizerunkiem oka opatrzności, i co za nią kupię. Nie wiedziałem i nie wiem nadal, czy to, co pobrzmiewa mi w głowie (pobrzmiewa tak, że ciało niemal od tego rezonuje), to sens tej myśli, czy też dałem się ogłuszyć jej przewrotnością (prawdą a Bogiem, myśl to dosyć wymyślna). Na przestrzeni lat mimowolnie zrobiłem z niej coś w rodzaju duchowego talizmanu, i od czasu do czasu skupiam się na nim, by odpędzić swe demony. Do dzisiaj nie znalazłem dla niej innego zastosowania, ale może właśnie tak powinno być. Kiedyś może stać się pamiątką z tamtych lat, i posiadać już tylko wartość sentymentalną.

Poszedłem więc dalej, przed siebie, i, nie chce się wierzyć, dotarłem tutaj, gdzie jestem, do punktu, z którego nie umiem o tamtym dniu (i wielu innych) myśleć inaczej, niż gdyby przydarzył mi się w innym życiu.

Maślakowy Raj

Każdy gatunek grzybów, poza specyficznym smakiem, posiada dla mnie także innego rodzaju, równie unikatowy walor: przesycony jest barwnymi wrażeniami z minionych zbiorów. Chociaż jest kilka rodzajów grzybów, które cenię w kuchni daleko bardziej od maślaka, to właśnie z nim związane są moje najlepsze wspomnienia z grzybobrań.

Kiedy miałem lat naście, wraz z bratem i dwójką najlepszych kumpli chodziliśmy na maślaki do pobliskiego sosnowego młodnika. Były tam połacie, gdzie niemal pod każdym z rosnących drzewek znaleźć można było okaz albo kilka. Wysyp bywał tak ogromny, że grzyby zbieraliśmy na klęczkach, i nie wstawaliśmy z nich nawet przez kilkanaście minut, bo zwyczajnie nie było takiej potrzeby. Patrzyliśmy na ziemię nie wierząc własnym oczom, bo gdzie sięgnąć wzrokiem, widzieliśmy grzyby. Śmialiśmy się przy tym, że trzeba będzie wrócić tu z kosą i osełką, bo porywać się z nożem na taki urodzaj, to jak iść z motyką na słońce. Jak wielką radość odczuwaliśmy odcinając maślaki ręka w rękę, z tą wspaniałą świadomością, że nie trzeba się spieszyć, i że starczy dla nas wszystkich, i jak radość ta umacniała łączącą nas więź!Maślakowy Raj (1)Ach, te ziarenka żółtego piasku, które przylepiały się do kolan!… Te źdźbła wyschniętej trawy łaskoczące łydki, i te palce pokryte wyschniętą, czarną mazią!… Śpiew ptaków, delikatne pieszczoty wiatru, i wrześniowe słońce!… I te powroty do domu przy akompaniamencie burczących z głodu brzuchów, i w zmęczeniu, które jednak nijak miało się do radości i dumy z udanych zbiorów! Od tamtego czasu byłem na masie świetnych grzybobrań (głównie samotnych), ale żadnych nie wspominam równie miło, jak tych z przyjaciółmi.

Dzisiaj młodnik z dawnych las rozrósł się, i dostęp do jego zasobów stał się mocno ograniczony. Można dobrać się do nich wyłącznie na czworaka; trzeba mieć przy tym cierpliwość do znoszenia smagających plecy iglastych gałęzi, oraz wszędobylskich pajęczyn. Mimo wszystko, tak jak w poprzednich latach, dla chcącego zbiór zawsze będzie obfity.

Przed obróbką kulinarną maślaka trzeba obedrzeć ze skórki. Jest to łatwe, kiedy zbiera się go suchą porą, ale trudne w okresy deszczowe, kiedy skórka jest pokryta śliskim, lepkim śluzem. Grzyby wymykają się przy tym z rąk niemal jak żywe ryby. Ponadto, poza zręcznością, przy przebieraniu maślaków nieodzowny jest dobry wzrok – są to bowiem grzyby bardzo podatne na zarobaczenie. Przez wiele lat przebieraniem maślaków zajmowały się u mnie matka i babka. Nie znosiły tego zajęcia, i kiedy wracałem do domu z udanymi ich zbiorami, były tyleż samo rade, co złe. Potem, gdy pogorszył im się wzrok, chcąc nie chcąc, sam przejąłem pałeczkę.

Ale ile uciechy daje zimą taki marynowany grzybek, jak wzbogaca smak zwyczajnej kanapki! Radość jest tym większa, kiedy popatrzy się na ceny przetworów z maślaka w sklepach, a te wahają się od 7 do 10 złotych za średniej objętości słoiczek.

Pozostałe po przebieraniu maślaków, niezdatne do spożycia resztki warto rozrzucić po ogródku, najlepiej w pobliżu drzewek sosnowych, jeśli posiadamy takowe. Istnieje szansa, że zarodniki rozsieją się, i doczekamy się własnej, przydomowej hodowli. Sam od niedawna posiadam takową – póki co rocznie wyrasta mi zaledwie kilka sztuk, ale i tak cieszą oko, serce, i – chociaż trochę – podniebienie!

 

Dojrzała Rzeczywistość

”Na czyj koszt żyją ludzie w cudzych wspomnieniach?” – Stanisław Jerzy Lec.

Dojrzała Rzeczywistość (1)Byliśmy młodzi. Mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat. Głowy pełne marzeń, serca pełne buntu, i głód życia nieporównywalny z żadną inną siłą. Na spędzenie każdej jednej chwili mieliśmy milion pomysłów, z których jeden lepszy od drugiego. Że będziemy się trzymali razem zawsze, że nic nie zatrze łączącej nas przyjaźni i wrażeń, które przyszło nam dzielić, byliśmy tak pewni, jak tego, że jutro też jest dzień. Bo nic nie łączy bardziej, niż wspólne młodzieńcze zachłyśnięcie się życiem, którego smak dopiero poznawaliśmy.

A był to smak ciepłej wódki pitej z plastykowego kubka w miejskim parku, zimą, przy butelce postawionej na koszu na śmieci, w powietrzu wibrującym od żarliwie wygłaszanych toastów i rozmów o dziewczynach, które nam się podobają. Smak słonego potu spływającego nam po czołach na usta w trakcie wagarowania w dni tak słoneczne, że stworzone właśnie dla takich wypadów, a nie dla przebywania w półmroku sal lekcyjnych. Wspólnych obiadów na stołówce – karpia w migdałach, kurczaka, kotleta schabowego z kapustą. A czasami i najtańszego wina pitego w krzakach, ale i ono teraz, po dekadzie od tamtego czasu, wydaje mi się ambrozją, napojem Bogów. Bo nie ważne, co się pije, ważne, z kim, i jaki toast się wznosi, oraz wiara, z jaką się to czyni.

Byliśmy młodzi, o tak. Obłędnie i zarazem genialnie młodzi. Ale to nas nie przerażało. Mieliśmy śmiałość śnić swoje sny na jawie, opowiadać sobie o nich. NaszaDojrzała Rzeczywistość (2) fascynacja labiryntem życia brała górę nad jego największymi pułapkami, zawiłościami, ślepymi uliczkami, dzięki czemu przeprawa przezeń była zabawą – chociaż była to zabawa w dorosłość, której nastaniem w końcu się zakończyła. Szliśmy ramię w ramię po drodze, która była celem samym w sobie. Dokądkolwiek i kiedykolwiek poszlibyśmy razem, zawsze znajdowaliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, właśnie dlatego, że mieliśmy obok siebie. Byliśmy akuratni w sensie niemal metafizycznym.

Gdy kładliśmy się spać do łóżek w szkolnym internacie, chociaż zmęczeni, nie mogliśmy zasnąć z nadmiaru wrażeń i niemożności doczekania się następnego dnia. Okalający budynek ogród tchnął nocną ciszą, ciszą niemal grobową, niby prosząc nas o ożywczy gwar rozmów. Chcieliśmy wrócić na ławki, które ledwie ostygły od ciepła naszych pośladków, do wonności kwiatów z wolna rozwiewającej się w chłodnej ciemności nocy i pomarańczowym świetle sodowych lamp.

Ale te dni minęły. Nasze drogi rozeszły się, rozwijaliśmy się w niezależności od siebie, dorośliśmy. Raz na kilka lat, na haju tęsknoty, odszukuję tych, z którymi łączą Dojrzała Rzeczywistość (3)mnie kolorowe reminiscencje młodości; nie znajduję w nich jednak ani tego wspólnego mianownika w postaci pieszczotliwej nostalgii za dawnymi czasami, ani ludzi, których niegdyś tak pokochałem. Są to podobne fizjonomie, te same imiona i nazwiska (chociaż nie zawsze, bo kilka dawnych przyjaciółek zmieniło już stan cywilny), ale to już nie te same osoby. Rozmowa na temat teraźniejszości nie klei się, a przeszłość nie zdaje się być dla nich tak ważna, jak dla mnie, przestała wywierać na nich wpływ. Ponownie zawieszam więc kontakt, i pozwalam im pozostać w moich wspomnieniach takimi, jakimi zapamiętałem ich z tamtych czasów – z szacunku dla przeszłości, siebie, i dla nich samych. I nie mam do nich pretensji, bo tak samo jak oni, ja również się zmieniłem. Na samego siebie sprzed lat patrzę w znacznej części jak na bliską mi, ale odrębną osobę, co jest swego rodzaju przywilejem mojego wieku.

Nie ma już również wielu miejsc, z którymi łączy mnie sentyment; miejsc magnesujących mnie do siebie w melancholijnych snach, do odwiedzenia których przez wiele lat nie mogłem się zdobyć na odwagę, i które teraz przepadły dla mnie na zawsze. Teren szkolnego ogrodu został w znacznej części sprzedany pod budowę bloków mieszkalnych, zaś sam budynek szkoły i internatu został poddany gruntownej renowacji, unowocześnieniu, i stracił swój staroświecki, romantyczny urok.

I chociaż dla moich dawnych znajomych zwierzenie to byłoby zapewne kwintesencją naiwnej tęsknoty za wyidealizowaną młodością, ja jestem pewien, że rzeczywistość dojrzewa we wspomnieniach do przeżywania jej.

Bohomazy

Bohomazy (1) Poza tym, że przez całe swoje świadome życie uprawiałem amatorską twórczość pisarską, na pewnym jego etapie zająłem się także rysowaniem. Rysunków jest wiele, są bardzo specyficzne, powstawały w niecodziennych okolicznościach i kryje się za nimi interesująca historia.

Wszystkie bohomazy wykonałem podczas mojego sześciomiesięcznego pobytu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym, przede wszystkim dla osób chorych na schizofrenię. Ja sam leczyłem się tam na depresję. Depresyjne usposobienie  miałem odkąd pamiętam. Punktem kulminacyjnym choroby, po którym pozostało mi tylko albo popełnić samobójstwo, albo rozpocząć hospitalizację, było zerwanie zBohomazy (7) dziewczyną, z którą łączyła mnie obustronna, toksyczna relacja. W tamtym czasie nie byłem w stanie obiektywnie spojrzeć na całość tej znajomości. Zrozumienie błędów, jakie popełniałem, wykraczało poza moje możliwości z uwagi na słaby stan psychiczny. Za degradację i rozpad naszego związku w całości obwiniałem ją, po części dlatego, że tak było mi łatwiej, po części dlatego, że gorycz, rozpacz i wściekłość odbierały mi trzeźwość myślenia.

Zanim zacząłem rysować w szpitalu, nie miałem w tym właściwie żadnego doświadczenia. Nie licząc prymitywnych bohomazów tworzonych na nudnych lekcjach w szkole z tyłu zeszytu, oraz kilku Bohomazy (6)beznamiętnych, pozbawionych treści szkiców zrobionych później, nigdy nie tworzyłem plastycznie. Nie czułem po prostu takiej potrzeby – jak wspominałem, od zawsze wiele pisałem (rzeczy rozmaite pod względem formy) i to w zupełności wystarczało mi do wyrażenia siebie, swoich uczuć i myśli, nadania kształtu przeżyciom. W okolicznościach, jakich się znalazłem, słowo przestało być jednak wystarczającym środkiem wyrazu. Uczucia, jakie mną targały, były zbyt burzliwe, żebym był w stanie okiełznać je pisząc. Po zajęciach terapeutycznych pisałem mnóstwo – stworzyłem 153 wierszyki, prowadziłem dziennik w którym opisywałem dzień po dniu swój pobyt (155 kartek formatu A5, obustronnie zapisanych drobnym maczkiem), sporządziłem też multum kreatywnych notatek do swojej powieści o pobycie tam… Okazało się, że to jednak wciąż za mało, żeby dojść do ładu ze swoimi emocjami.Bohomazy (2)

Siadałem więc przy jednym z wielu stolików na długim korytarzu oddziału, i tworzyłem. Swoje bohomazy wykonywałem zawsze czarnym długopisem na białych kartkach formatu A5. Nie zamierzałem tworzyć pełnowartościowej sztuki – u podstaw każdej pracy leżały przerastające mnie brutalne emocje, które chciałem na tyle, na ile to możliwe, okiełznać. I nic poza tym. Rysowanie pełniło więc dla mnie przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Bywały dni, kiedy wykonywałem nawet po dziesięć prac, jedna za drugą. Kończyłem dopiero wtedy, kiedy czułem się czysty, wyprany z negatywnych uczuć. Gdy po tak spędzonym dniu polegiwałem przed snem w łóżku, niemalże Bohomazy (3)słyszałem krzyki wszystkich tych poniewieranych w moich pracach dziewcząt. To była moja kołysanka. W takie noce zasypiałem z uśmiechem na twarzy. Brzmi to ”psychopatycznie”, nieprawdaż?

Na prawie wszystkich 268 szkicach przewijają się obsesyjnie te same motywy: dziewczyna, agresja, przemoc, okaleczenie, śmierć, strach, cierpienie, sadyzm, nagość, otchłań, zniewolenie, seks, rozpacz. Niemal każdy z nich jest makabryczny i pornograficzny. Z uwagi na powtarzalność tych tematów rysunki z jednej strony mogą wydawać się monotonne (i pewnie takie są), ale z drugiej strony przytłaczają ich ogromem. Tworząc je prawie zawsze myślałem o swojej byłej, o nienawiści która mnie względem niej przepełnia, o potrzebie ukarania jej za wyrządzone mi krzywdy (te realne, iBohomazy (5) urojone). Dziewczęta na rysunkach wyglądają różnie, czasami nawet występuje ich kilka jednocześnie, ale jeśli szkice są w jakiś sposób brutalne, to zawsze jest jedna i ta sama osoba przedstawiona na różne sposoby. Z czasem zacząłem też rysować moją przyjaciółkę (obecnie dziewczynę). Te prace (również powstało ich wiele) charakteryzuje brak przemocy, ale są zdecydowanie bardziej niepokojące i psychodeliczne.

Reakcje znajomych w szpitalu na moją radosną twórczość były rozmaite. Od fascynacji i pełnego troski przerażenia, przez rozbawienie moim brakiem umiejętności plastycznych i oślim uporem, z jakim wykonywałem kolejne obrazki. Niektórzy nazywali mnie bardzo przyjemnym psychopatą (mam życzliwe usposobienie). Mój lekarz prowadzący – Pani Bohomazy (4)psycholog z ponad dwudziestoletnim stażem – powiedziała, że w swojej karierze nigdy nie spotkała się u pacjenta z pracami tak agresywnymi. Od razu pomyślałem (i myślę tak po dziś dzień), że był to największy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem w odniesieniu swoich do bohomazów.

Kiedy wstawałem swoje prace na stronę Klubu Chujowych Artystów nie spodziewałem się większego entuzjazmu ze strony tej społeczności. Nazwa tej grupy jest bowiem bardzo myląca – masa prac, jakie są tam zamieszczane, trzyma naprawdę wysoki poziom wykonania, od jakiego odbiegam o całe lata świetlne. Ilość pozytywnych komentarzy bardzo mnie zaskoczyła. Czuję się bardzo przyjemnie z myślą, że pomimo braku walorów technicznych, estetycznych i artystycznych moich prac, reprezentują sobą w oczach innych coś unikalnego, że poruszają. Prowadzi mnie to do konkluzji, że równie ważny jak poziom techniczny rysunku jest ładunek emocjonalny, jaki niesie. Sztuka nie ma bowiem tylko ładnie wyglądać – ma przede wszystkim poruszać i skłaniać do przemyśleń. Myślę, że mogę na swoim przykładzie powiedzieć, że jeśli emocje, które wkłada się tworząc, są prawdziwe, z pewnością znajdzie to oddźwięk w innych ludziach. Nawet, jeśli tworzy się tylko tzw. sztukę naiwną, jak ja.