Archiwa tagu: podróże

Rzeka

Byłem nad przepływającą przez moją miejscowość niewielką rzeką. Rzeką, jakich wiele w Polsce, a na świecie – multum. Ale dla mnie to rzeczka wyjątkowa; spędziłem tam masę czasu – chwil zarówno pięknych, jak i smutnych, więc łączy mnie z nią moc wspomnień.

Dziś poszedłem tam, żeby się trochę poślizgać. Siarczysty mróz trzymał od dobrego tygodnia, i rzeka zamarzła; miałem nadzieję, że tafla wytrzyma mój ciężar, ale trochę się przeliczyłem – lód trzeszczał pode mną złowieszczo, więc ledwie na niego wlazłem, a już byłem z powrotem na brzegu. Zrobiłem jednak sporo zdjęć.Rzeka (1)Moje najstarsze wspomnienie związane z rzeką tyczy się dnia, kiedy zabrał mnie tam jeden z moich wujków. Miałem wtedy może pięć, może sześć lat – nie więcej. To było lato; on spacerował sobie po płytkiej wodzie, i szedł z nurtem, a ja co chwilę pytałem się go, czy doszedł już do Wisły (do której brakowało kilkudziesięciu dobrych kilometrów – o czym wtedy nie miałem zielonego pojęcia). Odpowiadał, że jeszcze nie, i śmiał się dobrotliwie z mojej dziecięcej, rozkosznej niewiedzy.

Potem nadeszły czasy podstawówki i gimnazjum. W wakacje, jeśli tylko dopisywała pogoda, wraz z paczką kolegów chodziliśmy się tam kąpać. Ponieważ woda była płytka, budowaliśmy tamy. W jednym z miejsc, gdzie to robiliśmy, znajdowało się dziwaczne wgłębienie, i tworzył się tam pokaźny wir. Pamiętam, że gdy pewnego dnia wrzuciłem weń potężny drewniany kloc, zamiast popłynąć z nurtem utkwił w wirującej pułapce. Sami również stawaliśmy w niej, a potem mocowaliśmy się z siłą natury, próbując ustać w miejscu. W końcu jednak, dla bezpieczeństwa, zasypaliśmy dół piaskiem, i wir zniknął.

Ale z tymi tamami było sporo zabawy nie tylko w sensie pozytywnym. Jakiś facet rozwalał nam je, bo woda w miejscu, gdzie chadzał poić krowy, sięgała już tylko do kostek (dosłownie; po drugiej stronie miała zaś głębokość ponad metra), a my w odwecie spuszczaliśmy mu z łańcuchów bydło pasące się na polu obok. Na szczęście nigdy nie wydało się, którzy z nas wykręcali mu takie numery; przyszłoby nam za to słono beknąć.Rzeka (2)Pamiętam, jak pewnego lata – byłem może trzynastolatkiem – ktoś z naszej paczki zawiesił na drzewie rosnącym nad rzeką linę z drewnianym drążkiem. Chwytaliśmy go kijkiem, i braliśmy w ręce, a potem puszczaliśmy się z rozbiegu nad wodę. Bujaliśmy się w ten sposób, robiąc w powietrzu rozmaite wygibasy, dzięki którym pęd wzmagał się jeszcze bardziej. To dopiero była frajda! Pamiętam też, jak bawiliśmy się w pewne wyzwanie: należało zawisnąć na drążku nad rzeką w bezruchu, a potem, odbijając się nogami od pobliskich drzew, nabrać impetu i powrócić na brzeg. Wymagało to wiele wysiłku, ale chyba ani razu nie wylądowałem w wodzie.

Nigdy nie zapomnę, jak w tym samym, dziecięcym właściwie okresie swojego życia wybrałem się nad rzekę na samym początku odwilży kończącej wyjątkowo srogą zimę. Lód miał wtedy grubość przynajmniej czterdziestu centymetrów; woda pod nim opadła o dobre pół metra, i łamał się pod swoim własnym ciężarem, podnosząc przy okazji przymarznięte do niego przy brzegu ogromne zwały ziemi. Przestrzeń wypełniał trzask pękającej tafli, szum płynącej wody, plusk wpadających weń odłamków, i grzechotanie trących o siebie kier. Była to najpiękniejsza zimowa symfonia, jaką słyszałem.

Potem drogi moje i moich kolegów rozeszły się. Na kilka lat rzeka straciła dla mnie większe znaczenie. Zacząłem nad nią bywać dopiero jako osiemnastolatek, kiedy powróciłem do domu rodzinnego (jako syn marnotrawny) z miasta, gdzie pomieszkiwałem w szkolnym internacie. Zdobyłem wtedy nowych znajomych, i razem z nimi przychodziłem w to miejsce, by porozmawiać, wypić piwo, a czasami i połazić trochę po wodzie.Rzeka (3)W czasach depresji przychodziłem tam na samotne spacery, żeby podumać, żeby pisać, albo żeby uniknąć wizyty gości, kiedy nie czułem się na siłach do rozmowy z nimi. Czasami tkwiłem tam od rana do nocy, na kilkunastostopniowym mrozie, podczas powrotu do domu nie czując już palców nóg i dłoni, oraz nosa. To był bardzo smutny okres, i niechętnie wracam do niego myślami.

Dziś chodzę tam rzadko, i głównie po to, żeby trochę powspominać stare czasy, móc upajać się wspomnieniami, które są jak wino: im starsze, tym lepsze. To miejsce magiczne – następuje w nim bowiem styk dawnego Ja z moim Ja obecnym, które różnią się tak, jak woda i ogień (a może tak mi się tylko wydaje?). Zdarza mi się również zajść tam latem ze swoim psem; włazimy wtedy do bardzo płytkiej zazwyczaj wody, i wędrujemy z jej nurtem, dopóki mi się nie znudzi.

Reklamy

Czar Miasta Spotkań cz.4 – Jarmark Bożonarodzeniowy

Od 17 listopada do 22 grudnia odbywa się na Wrocławskim rynku Jarmark Bożonarodzeniowy. Inicjatywa ta (zapoczątkowana w 2008 roku) oferuje wiele atrakcji i możliwość zrobienia ciekawych zakupów. Sprzedaż prowadzona jest w uroczych, drewnianych domkach-budkach od godziny 10 do 21. Stoisk takich znajdziemy aż 250. Asortyment jest bardzo szeroki, i każdy znajdzie coś dla siebie.

Jak można się tego spodziewać, ceny są wysokie (a nieraz nawet bardzo wysokie), więc raczej nie ma co marzyć o powrocie do domu z pełnym żołądkiem i torbami wyładowanymi zakupami. Ale przecież nie tylko konsumpcja magnesuje ludzi do zawitania na Jarmark – przede wszystkim dzieje się to za sprawą jego prawdziwie magicznej, baśniowej wręcz atmosfery, oderwania od rzeczywistości, które zapewnia obecność setek drewnianych domków, pobrzmiewających z rozgłośni świątecznych hitów, oraz ciepłych, dymnych zapachów mięsnej smażeniny niosących się w zimnym, rześkim powietrzu z budek gastronomicznych.
Czar Miasta Spotkań cz.4 (1)
Pełnie swojej magii Jarmark odsłania przed przybyszem dopiero po zmroku. Wtedy też zapalają się szalenie kolorowe iluminacje, a mokra nawierzchnia odbija ich światło, potęgując wrażenie niesamowitości. Choć byłem tam dwukrotnie i za każdym razem padał zimny deszcz, nawet on nie był w stanie zepsuć nastroju (choć obfite opady śniegu przyjąłbym w tym czasie z otwartymi ramionami). Najwidoczniej nie tylko mi – wieczorem miejsce to przeżywa bowiem prawdziwe oblężenie.

Na Jarmarku całkiem sporo jest niewielkich jadłodajni; kupić można w nich nie tylko smażoną lub zapiekaną kiełbasę i tradycyjny polski bigos, ale i frytki, currywurst (niemiecki fast food – pieczona kiełbaska, pokrojona i polana sosem pomidorowym z dodatkiem curry), burgery, a nawet posiłki tak egzotyczne jak pieczone kasztany czy flammkuchen (alzackie danie a’la tarta z boczkiem i cebulą). Aromatami kusi także moc wędlin i serów (oscypki!). Zawiedzeni nie będą też wielbiciele łakoci – nabyć mogą prześlicznie udekorowane wyroby z piernika, watę cukrową (sprzedawaną również we wiaderkach), gofry (z dodatkiem kremu czekoladowego, konfitur), chałwę, a nawet czekoladowy kebab (koszt: 15 złotych), i wiele, wiele więcej.
Czar Miasta Spotkań cz.4 (2)
Zimą, jak to zimą: zimno. Żeby się rozgrzać, można poganiać trochę za zakupami, ale od tego bolą nogi; w końcu dobrze jest przycupnąć i wypić coś ciepłego. Jarmark oferuje choćby gorącą czekoladę, oraz (dla pełnoletnich) kilka rodzajów grzańca. W pewnym domku można nawet strzelić 40 ml lufę starej dobrej czystej (choć za kosmiczną cenę 10 złotych). W kilku stoiskach można także kupić alkohol na wynos. Królują miody pitne, wina oraz nalewki, ale i miłośnicy czegoś mocniejszego znajdą coś dla siebie. Ja sam opuściłem to miejsce z dwiema butelkami napitku – trójniakiem i dwójniakiem. Oba bardzo dobre.

Sporo na jarmarku również rękodzieła (w tym i bardzo egzotycznego pochodzenia). Oczywiście, nie wszystkie wyroby prezentują wysoki poziom wykonania. Jak na każdym tego typu wydarzeniu, i tutaj znajdzie się trochę szpetnej tandety (w dodatku droższej niż gdzie indziej).

Jak już wspominałem, budki to nie jedyna atrakcja Jarmarku. Znaleźć można na nim kuźnię kowalską (wybija się tam imienne podkowy na szczęście), a nawet karuzele (tłumnie oblegane). Jest też scena, na której odbywają się koncerty i widowiska (na przykład 10 grudnia wystąpi tam słynny iluzjonista Jędrzej Bukowski). Nie zabrakło także atrakcji przygotowanych z myślą o najmłodszych – choćby chatki w której mogą zrobić sobie zdjęcie ze Shrekiem i Fioną, oraz pracowni, gdzie maluje się bombki.
Czar Miasta Spotkań cz.4 (3)
Zapomniałbym o najważniejszym: nad wszystkimi tymi niezwykłościami góruje przepięknie przystrojona, wysoka choinka. Warto pod nią zajrzeć. Kto wie, czy Święty Mikołaj nie zostawił tam dla nas jakiegoś podarunku?

Metal Hammer Festival 2017

Kiedy w listopadzie ubiegłego roku dowiedziałem się, że w lipcu w Katowickim Spodku zagra Marilyn Manson, nie miałem najmniejszych złudzeń co do tego, że muszę tam być. Raz, że moja dziewczyna jest jego wielką fanką; dwa, że od dawna chciałem zobaczyć w akcji tego genialnego popaprańca. Kiedy więc ruszyła sprzedaż biletów, od razu zakupiłem dwa – na płytę. I czekałem, czekałem ponad pół roku, raz na jakiś czas wyciągając je i oglądając jak kluczyki otwierające wrota do wywróconego na nice nieba.

Do Katowic wyruszyliśmy z Wrocławia pociągiem TLK. Chociaż posiadaliśmy bilety na konkretne miejsca, okazało się, że tych po prostu… nie ma. Czemu? Wszystko wskazuje na to, że (z powodów, których wyobrazić sobie nie potrafię) do pociągu doczepiono 6-osobowe wagony pierwszej klasy zamiast 8-osobowych drugiej. Masa ludzi (wśród nich było wielu zmierzających na festiwal metalowców) zamiast siedzieć sobie w miarę wygodnie, kłębiła się więc w ciasnych korytarzykach. Nie była to podróż marzeń z uwagi na czekający nas 7-godzinny koncert, ale nie mieliśmy wyjścia. Poza tym – jak przygoda, to przygoda, prawda?

Metal Hammer Festival 2017 (1)Od razu po dotarciu do Katowic kupiliśmy bilety w podróż powrotną, a po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że do Spodka dotrzemy piechotą, korzystając z GPS w telefonie. Spodek ujrzeliśmy już po jakiś 20 minutach; zrobił na mnie wielkie wrażenie swoim kształtem i rozmiarem.

Kolejka do wejścia początkowo przeraziła nas swoją długością, ale szybko okazało się, że ludzie przepuszczani są bardzo sprawnie. Przed wejściem ustawionych było kilka Food Trucków, ale ponieważ z tego, co niedawno czytałem, oczekiwanie na odbiór zamówienia zwykle jest koszmarnie długie, zrezygnowaliśmy z przekąski i od razu ustawiliśmy się w kolejce. Stojąc w niej, podziwiałem fanów ciężkich brzmień i ich kreacje – długowłosych brodaczy w koszulkach z logo ulubionych zespołów, odziane w kabaretki, glany i mini spódniczki dziewczęta z ostrym makijażem. Świetnie było widzieć wszystkich tych indywidualistów zebranych w jednym miejscu – tym bardziej, że mieszkam w małej miejscowości, i widok nawet pojedynczego metalowca należy w niej do niemal egzotycznych.

Otwarcie hali koncertowej następowało o 16, toteż mieliśmy całą godzinę na to, byMetal Hammer Festival 2017 (4) pokręcić się po eleganckim wnętrzu spodka. Wypiliśmy po kubku piwa (cena: aż 8 złotych za około 500 ml, ale przynajmniej było zimne, a łazienka bezpłatna), obejrzeliśmy stoiska z płytami, ciuchami oraz podejrzeliśmy tatuatora przy pracy (chętni mogli zrobić sobie pamiątkową dziarę). Weszliśmy na płytę jako jedni z pierwszych około dwustu osób. Udało nam się zająć naprawdę świetne miejsce – dosłownie pół metra od barierki – i utrzymać je przez cały koncert, mimo ogromnego tłoku i parcia ze strony tłumu ludzi.

Występ Mansona poprzedziły koncerty kilku innych zespołów. ARRM wprowadził ludzi w klimat, Percival Schuttenbach dali mocny popis w ciekawej oprawie (te stroje!), Zeal & Ardor zaintrygowali wszystkich oryginalnością i poziomem swojej muzyki. Niestety, w moim odczuciu występy te spotkały się ze znacznie mniejszym entuzjazmem tłumu, niż na to zasługiwały – większość ludzi stała w bezruchu, niektórzy rytmicznie kiwali głowami, raz na jakiś czas fani uczestniczyli w utworach klaszcząc. Przynajmniej nie zabrakło owacji po każdym utworze.

Wielkim zaskoczeniem był dla mnie występ Myrkur – Duńskiego zespołu blackmetalowego w którym pierwsze skrzypce gra wokalistka Amalie Bruun. Myrkur dali nie tylko dobry koncert, ale przede wszystkim świetny show – Amalie wystąpiła w białej sukni, którą barwiły kolorowe światła reflektorów, nadając jej niesamowity, upiorny powab. W momencie, kiedy na scenę wyszli Paradise Lost, spodek był już naprawdę porządnie zaludniony. Czy tylko fanami Mansona? Ależ nie! Ci starzy wyjadacze okazali się mieć naprawdę wielu wielbicieli. Ludzie bardzo aktywnie uczestniczyli w ich koncercie, wiwatowali, krzyczeli, machali rękoma. Do czasu pojawienia się Mansona, był to zdecydowanie najlepszy koncert festiwalu.

Metal Hammer Festival 2017 (2)Kiedy scenę przesłoniła kurtyna, a zza kulis zaczęły dobiegać dźwięki instrumentów i głos kontrowersyjnego wokalisty, emocje już tylko rosły. Sięgnęły zenitu, kiedy zgasły światła, a od wewnątrz przesłonę oświetliły czerwone reflektory. Gdy kurtyna opadła, ukazując zadymioną i rozświetloną scenę, tłum dosłownie eksplodował energią.

Zespół zaprezentował 3 utwory ze zbliżającej się płyty (”We Know Where You Fucking Live”, ”Say10”, ”Revelation #12”), wiele swoich największych hitów – m. in. ”This Is The New Shit”, ”The Dope Show”, ”No Reflection”, ”mOBSCENE”, oraz wyśmienite covery – ”Sweet Dreams” Eurythmics  oraz ”Personal Jezus” Depeche Mode. Muzyka Mansona natychmiast zjednoczyła ludzi w jeden wielki kipiący pozytywną energią twór. Ludzie skakali, wrzeszczeli teksty piosenek na całe gardło, machali rękoma – i wszystko to robiłem także ja sam ze swoją drugą połówką. Gorąc, zaduch, i tłok były niesamowite. Co kilka minut tłum, na fali rąk, wynosił za barierki jakiegoś omdlałego nieszczęśnika.

Manson dał świetny koncert i dobry show – nawet pomimo żałoby (niedawno zmarłMetal Hammer Festival 2017 (3) jego ojciec) oraz problemów z nagłośnieniem. Reakcja tłumu na jego pojawienie się, i odbiór, z jakim spotkał się jego występ, nie pozostawia najmniejszych wątpliwości – większość uczestników koncertu przyszła tam tylko i wyłącznie dla niego, a on spełnił ich oczekiwania. A że zabrakło darcia Biblii i innego rodzaju skandalicznych elementów? Panie i Panowie: obyło się. Mam zaszczyt poinformować, że dobra muzyka po raz kolejny obroniła się sama.

Niestety, krótko po godzinie 23 opadłem z sił, i musiałem opuścić koncert. Gdy informowałem o tym swoją dziewczynę, prosząc ją, żeby pozostała na swoim miejscu (musieliśmy wyjść najpóźniej o godzinie 23:30, żeby zdążyć na pociąg), jakaś fanka ustąpiła mi swoje (jeszcze lepsze od mojego) miejsce, mówiąc, że czuć w nim nawiew. Kiedy z zaskoczenia tą propozycją odmówiłem skorzystania z niej, pociągnęła mnie za koszulkę. Byłem i jestem dogłębnie wzruszony jej zachowaniem – coś takiego automatycznie przywraca wiarę w całą ludzkość! Jeśli czytasz to, Nieznajoma, wiedz, że przeistoczyłaś się wtedy w Anioła! Nie umniejsza Twojej zasługi nawet fakt, że mimo wszystko po chwili wyszedłem. Moja dziewczyna poszła za mną, czym dostarczyła mi koronnego chyba dowodu na to, że mnie kocha. Manson jest jej ulubionym muzykiem, i chociaż czekała na możliwość uczestniczenia w jego koncercie przez całe swoje życie, opuściła swoje świetne miejsce, by dotrzymać mi towarzystwa.

Gdy wyszedłem z hali, moja koszulka i spodnie były tak mokre od potu, jakby wylano na mnie kubeł wody (bilet, który trzymałem w kieszeni spodni, wygląda obecnie jak wyprany w pralce). Byłem też tak skołowany, jakbym zszedł z karuzeli albo rollercoastera. Czułem się jednak spełniony. Pierwsze łyki lodowatej Coca-Coli, hausty rześkiego powietrza oraz orzeźwienie się wodą w łazience od razu przywróciły mi energię, na powrót jednak było już za późno – musieliśmy wybywać na pociąg. W drodze powrotnej (pokonaliśmy ją z pamięci), wrzuciliśmy do jednej z fontann drobne, by – jak mówi przesąd – kiedyś jeszcze tam wrócić. Kto wie, może na kolejny koncert Mansona?

Kiedy przeczytałem w pierwszej ”poważnej” relacji z festiwalu (nazwę strony dobrodusznie pominę milczeniem), że Manson zagrał 5 bisów, podłamałem się – oznaczałoby to bowiem, że ominęła nas połowa spektaklu! Uspokoiły mnie dopiero inne relacje, potwierdzające, że po ”Personal Jezus” zespół zagrał tylko dwa utwory. Żal mi, że nie dotrwałem do końca, ale zaznane wrażenia, szlachetność, którą okazała kompletnie nieznana mi dziewucha ustępując mi swoje miejsce, oraz zachowanie mojej własnej dziewczyny, przerastają ten smutek wielokrotnie. Warto było ominąć dwie piosenki, żeby doświadczyć na własnej skórze takiego dobra. Cóż, następnym razem wybierając się na koncert, zjem coś więcej, niż pół paczki chipsów i dwa batoniki.

Ale moja niedyspozycja nie była spowodowana tylko słabym śniadaniem. Nie oszczędzałem swoich sił również na koncertach innych zespołów. Nie porwały mnie nawet w połowie tak, jak koncert Mansona (poza Paradise Lost – zespół naprawdę dał ognia!), to fakt, ale nawet przez chwilę nie wychodziłem z założenia, że muszę oszczędzać siły na występ Headlinera. Oddałem całą swoją energię wszystkim tym, którzy obdarzyli mnie swoją muzyką oraz tłumowi – i drugi raz zrobiłbym to samo. Udany koncert poznaje się właśnie po tym, że szalało się na nim tak bardzo, że trzeba było wyjść przed jego zakończeniem, by nie wykitować.

Jak można było się tego spodziewać, masa ludzi nagrywała koncert telefonami komórkowymi (moja dziewczyna również). Jestem negatywnie nastawiony do tego typu zachowania – nie dość, że w ten sposób zasłania się widok innym, to jeszcze zamiast bawić się na całego, dba się o wykonanie pamiątki z czegoś, w czym w ten sposób przestaje się bezpośrednio uczestniczyć. Wykonanie kilku fotek czy nagranie kilku minut występu to coś, w czym nie widzę niczego złego (a nawet wręcz przeciwnie), ale spędzanie na tym 1/4 występu to zwyczajne przegięcie. Tym bardziej, że filmik wykonany smartfonem w żadnej mierze nie jest w stanie oddać emocji towarzyszących uczestnictwu w koncercie. Podkreślam: w żadnej.

Co jeszcze nie podobało mi się na festiwalu? Tylko dwumetrowy dryblas, który przez całe 7 godzin stał tuż przede mną, przy samej barierce, i zamiast bawić się, trwał w bezruchu jak słup soli, zasłaniając widoczność prawdziwym fanom. Jego obecność zapewne doprowadziłaby mnie do szewskiej pasji, gdyby nie to, że była surrealistyczna. Po prostu patrzyłem i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.

Na koniec chciałbym dać dobrą radę wszystkim tym, którzy zamierzają w przyszłości bywać na koncertach: kupujcie bilety na płytę. To tam (im bliżej sceny, tym lepiej) czuć prawdziwą energię i muzykę. Nie stawiajcie na wygodę, tylko na to, żeby wyszaleć się na całego, a to możliwe jest właśnie na płycie – w ścisku, w duchocie. Oglądanie trąby powietrznej to dobra zabawa, ale o ile lepiej jest rzucić się w jej wir!

Puszczanie Kaczek

Większość z Was bawiła się kiedyś w puszczanie kaczek – a więc w miotanie kamieniami po tafli wody w taki sposób, by te odbiły się od niej jak najwięcej razy. Założę się, że z biegiem lat zapomnieliście o tej jakże świetnej zabawie.

Kilka lat temu znalazłem nad okoliczną rzeką miejsce, gdzie dno jest kamieniste, i wydobyłem z niego całą masę płaskich otoczaków. Niestety, sama rzeczka nie nadawała się zbytnio do zabawy w puszczanie kaczek – za dużo w niej zakrętów, bobrzych tam i innych utrudnień. Odstawiłem więc kamyki do pudła z zamiarem skorzystania z nich, kiedy już natrafię na odpowiednie miejsce.Puszczanie Kaczek (1)W minionym miesiącu odkryłem, że w jednej z sąsiednich miejscowości znajduje się nieczynna żwirownia. Miejsce prezentuje się – przynajmniej w porównaniu z innymi w okolicy – dość malowniczo. Jest położone kilkaset metrów od (i tak niemal nieuczęszczanej) wiejskiej drogi, sąsiaduje z lasem i polami. Dół po wydobyciu wypełnia woda, w której lustrze fantastycznie odbija się nieboskłon. Jest też kilka dogodnych zejść uwieńczonych brzegiem (te upstrzone były masą podskakujących żabek). Od razu uznałem ten teren za sprzyjający wyciszeniu się oraz dogodny do zabawy w puszczanie kaczek, toteż na kolejną wizytę w nim zabrałem ze sobą zgromadzone niegdyś kamyki.

Jak wiadomo, dla większości facetów zabawa staje się atrakcyjniejsza, kiedy zawiera pierwiastek rywalizacji – dlatego też zaprosiłem do udziału w niej swojego brata. Niestety, mimo, że dysponowaliśmy kilkuset kamieniami, starczyło nam ich zaledwie na dziesięć minut. Cóż, ostatecznie nie liczy się długość zabawy, a jej jakość. A bawiliśmy się świetnie; zarówno mi, jak i bratu udało się wykonać rzuty, w trakcie których otoczak odskoczył od tafli 7-8 razy. Nie ukrywam jednak, że przeważały rzuty kończące się na 2-3 odbiciach lub zupełnie spartaczone (żal ściska serce na myśl o kilku wspaniałych kamieniach zmarnowanych przez naszą fajtłapowatość).

Uzyskanie naprawdę dużej liczby odbić kamienia od wody jest trudniejsze, niż przeciętnemu laikowi mogłoby się wydawać. O sukcesie decyduje dobry kamień (powinien być niewielki, możliwie najbardziej płaski, i posiadać zaokrąglone brzegi), i technika rzutu (należy rzucić mocno pod kątem około 20 stopni w stosunku do lustra wody, dodatkowo podkręcając otoczak). Istotne jest również przybranie odpowiedniej pozycji (mi najwygodniej rzuca się kucając), oraz oczywiście udanie się w miejsce, gdzie brak jest przeszkód na które mógłby natrafić miotany kamyk.Puszczanie Kaczek (2)Jakiś czas temu naukowcy poddali analizie zabawę w rzucanie kaczek, dochodząc do wniosku, że możliwe jest uzyskanie około 50 odbić. Życie zweryfikowało ich obliczenia – obecny rekord świata (należy do Kurta Steinera z USA) wynosi aż 88 odbić! Filmik na którym zarejestrowano ów mistrzowski rzut (zaznaczono na nim także każdy podskok otoczaka) jest dostępny do obejrzenia w Internecie.

Jak przystało na teren żwirowni, kamieni było w niej w bród. Niestety, nieliczne z nich były spłaszczone i nadawały się do rzucania. Takich okazów należy szukać w rzekach – poruszane wodą kamyki pocierają się o siebie nawzajem przez wiele, wiele lat, przy czym dochodzi do wygładzenia ich i ujednolicenia ich kształtu. Nazbierałem natomiast sporo pokaźnych kamieni na skalniak.

Nawet godzina spędzona na zabawie z lat dziecięcych na łonie natury potrafi przynieść odprężenie i sprawić masę frajdy. Nie tylko sukcesy i pokonywanie problemów podnosi jakość życia – liczą się także pojedyncze chwile beztroski, momenty całkowitego zapomnienia o tym, do czego dążymy, oraz kim i dlaczego jesteśmy. Nawet jeśli to tylko wisienka na torcie, to dla mnie bez tej wisienki tortu po prostu nie ma.

Szczypta Marzeń

Nie planowałem tego wcześniej. To nawet zupełnie nie w moim stylu. Rodzeństwo, które czasami próbuje szczęścia w tej zabawie, tuż przed naszym wypadem na miasto wspomniało coś o tym, i decyzja od razu zapadła we mnie sama. Spontanicznie. A co tam: dycha w tą, czy we w tą? Co mi szkodzi? A nuż się uda? Tak, tak: zagrałem w lotto.

Dzisiaj losowanie. Nie wiem, ile jest do wygrania, ale ile bym nie wygrał, i tak by mnie to urządzało. Tego towaru nigdy za wiele. Nie ma zbyt wiele forsy – trudno, jakoś się obędę. Proszę bardzo. Wielu rzeczy bez pieniędzy nie zobaczę, nie dotknę, nie zasmakuję, nie usłyszę, ale bez tego można się obyć. Rzecz w tym, że mam coś, czego za żadną fortunę kupić się nie da: miłość i pasję. To jest sens życia. Cała reszta, której mogę doświadczyć tylko dzięki forsie, to przy tym zaledwie rozrywka.

Nie powiem. Napiłbym się absyntu gdzieś w Amsterdamie. Obejrzałbym wszystkie te monumentalne, megalityczne budowle jak posągi na Wyspach Wielkanocnych i Stonehenge, a także siedem cudów świata. Zwiedziłbym glob – wielkie metropolie jak Tokio, Nowy Jork, Moskwa, oraz malownicze rejony, w których ludzie żyją w zgodzie z naturą. Pluskałbym się w przejrzystych jak kryształ wodach Polinezji Francuskiej, i wpatrywał godzinami w lazur nieba i oceanu. Poszedłbym na koncert Eminema. Zjadł sałatkę z truflami. Zapisałbym się na strzelnicę, gdzie wreszcie mógłbym postrzelać do celu z rozmaitych cacek, w tym z ręcznej armaty, rewolweru Smith & Wesson kaliber 50 mm. Więcej nawet.Szczypta Marzeń (1)Powtórzę: to tylko rozrywka przy tym, co już mam – przy zdrowiu, miłości, i pasji. Tak. Ale nie powiem: fajnie byłoby być ustawionym do końca życia, nie mieć przed sobą tej druzgocącej ducha perspektywy ograniczenia pisania na rzecz jakiejś prozaicznej pracy zarobkowej. Fajnie byłoby wiedzieć, że dzień zatroszczy się o siebie sam, że mogę do końca życia kłaść się o której chcę i wstawać o której chcę. Poza tym, kupiłbym mieszkanie na przedmieściach. Koniecznie na poddaszu. Kuchnia, łazienka, salon, sypialnia, niewielka pracownia, w której mógłbym oddawać się tworzeniu. Zamieszkałbym w nim ze swoją dziewczyną i jej zwierzyńcem.

Szczypta Marzeń (2)Z niemal równie wielką rozkoszą myślę jednak o tych rzeczach, które wierzę, że nie zmieniłyby się w moim życiu po wygranej fortuny. Nadal pisałbym tysiąc słów dziennie swojej twórczości. Nadal poszukiwałbym wydawcy dla swojej prozy – nie wydałbym jej własnym nakładem pieniężnym, bo to coś poniżającego, i niemal tylko dla ludzi pozbawionych talentu. Nadal czytałbym nałogowo książki. Nadal kochałbym tą samą dziewczynę z taką samą siłą, bo bardziej już się nie da.

Z pewnością wielu ludzi, którym pieniądze dały możliwość przeżycia tego, co niedostępne większości, śmiertelnie zachłysnęło się życiem. Byli wszędzie, ale nie widzieli niczego poza czubkiem własnego nosa. Patrzyli na wszystko i słuchali wszystkiego, ale niczego nie zobaczyli i nie usłyszeli – a najmniej własnych myśli. Ilość wrażeń, jakich doświadczyli, przerosiła ich możliwości poznawcze, nie zdołali ich prawidłowo przetworzyć, i w rezultacie przeżyli swe życie zaledwie połowicznie. O tym też pamiętam czekając na wyniki losowania.

Jeśli ktoś zasługuje na miano Króla Życia, to nie oni, a Bruno Schulz, który chociaż prowadził skromne życie, to przeżył je do cna, czego dowodem są jego dwa zbiory opowiadań – ”Sklepy Cynamonowe” oraz ”Sanatorium Pod Klepsydrą”.

Ale dość już o tym. Zaczynam rozumieć, czemu ludzie grają w lotto: kupują sobie, za te 3 złote (tyle kosztuje jeden zakład) możliwość snucia marzeń. A czasami po prostu dobrze pomarzyć. Marzenia to tylko przyprawa, i nie da się nią najeść, ale jakże wzbogaca smak głównego dania!

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Czar Miasta Spotkań cz.3 – Zoo i Afrykarium

Jednym z miejsc, który turysta podróżujący po Wrocławiu powinien koniecznie zobaczyć, jest tamtejszy ogród zoologiczny. Nawet jeśli odbyliście już niejedną wycieczkę do zoo i nie czujecie entuzjazmu na myśl o podziwianiu egzotycznych zwierząt po raz kolejny, warto odwiedzić to miejsce chociażby ze względu na tamtejsze Afrykarium. Jest to obiekt, w którym zapoznać można się z ogromnymi akwariami prezentującymi życie około 100 gatunków zwierząt wodnych i lądowych zamieszkujących Afrykę.

Cena wstępu na teren Zoo i Afrykarium (nie ma oddzielnych biletów) może niestety trochę przerażać, w szczególności tych, którzy mają zamiar odwiedzić je całą rodziną; bilet normalny kosztuje 45 złotych, a ulgowy 35. Dzieci do 3 roku życia, oraz osoby po 75 mają zapewnione darmowe wejście. Należy również pamiętać o tym, żeby uzbroić się w kwotę dodatkowych 25 złotych na osobę na wypadek, gdybyście przebywając w Zoo chcieli coś zjeść i wypić. A niemal na pewno będziecie chcieli.

Pora na małą wskazówkę, dla wszystkich tych, którzy chcieliby zrobić na terenie Afrykarium udane, pamiątkowe zdjęcia. Ponieważ nie wolno tam fotografować z użyciem lampy błyskowej, a pomieszczenia się zaciemnione, należy zaopatrzyć się w bardzo dobry aparat, najlepiej rasową lustrzankę – w przeciwnym razie zdjęcia wyjdą bardzo niewyraźne. Ja niestety nie dysponowałem tego rodzaju aparatem, toteż moje fotki akwariów nawet w małym stopniu nie oddają ich rzeczywistego piękna. Warto również nadmienić, że wewnątrz budynku Afrykarium jest bardzo ciepło i dość duszno, warto więc nie zrażać się długością kolejki do szatni, i jeśli mamy na sobie kurtkę, oddać ją na przechowanie na czas zwiedzania. Zaoszczędzi nam to dużego dyskomfortu i pozwoli cieszyć się podróżą, jak należy.

Jeśli dotychczas mieliśmy jakieś wątpliwości co do tego, czy warto było zapłacić 45 złotych za bilet wejściowy, rozwiewa je już widok pierwszych ogromnych akwariów ukazujących faunę i florę Morza Czerwonego. W krystalicznie czystej, podświetlonej światłem wodzie, w której zatopiono sztuczną rafę koralową, pływa ponad 50 gatunków ryb. Większość z nich jest wprawdzie niewielkich rozmiarów, ale wizualnie prezentują się przepięknie z uwagi na ich dużą ilość oraz fantastyczne barwy. Mniejsze (ale wciąż fascynujące) są akwaria Tanganiki i Malawi – afrykańskich jezior.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (1)Kontrast dla powyższych akwariów stanowią mętne, zielonkawe wody rzeki Nil. Przez akwaria możemy zaobserwować, jak kłębią się w nich tajemniczo i sennie pokaźnych rozmiarów ryby (grubowargi). Na wyższym, przepięknie stylizowanym piętrze, znajduje się sztuczny wodospad (świetnie miejsce na pamiątkowe zdjęcie) i taras, z którego podziwiać można hipopotama milowego. Jest to również rejon, w którym swobodnie fruwają ptaki.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (2)Jednym z etapów podróży robiących największe wrażenie jest przejście przez zatopiony w wodzie osiemnastometrowej długości tunel dedykowany Kanałowi Mozambickiemu. Ujrzymy w nim rekiny, intrygujące samogłowy, żółwie, oraz płaszczki. Te ostatnie wywierają szczególne emocje, od czasu do czasu przepływając tuż nad głowami zwiedzających, przy czym wyglądają jak surrealistyczne ptaki. Uprzedzam fanów selfie, że na fotkę na tle pustego tunelu nie macie nawet co liczyć – miejsce to jest stale i tłumnie oblegane.

Następuje zejście w dół, do akwariów, przez które podziwiać można zwierzęta zamieszkujące teren Wybrzeża Szkieletów. Najbardziej widowiskowymi stworzeniami w tym dziale są meduzy pływające w podświetlonej na czerwono wodzie. Niestety, przez nieuwagę ominąłem całą rozciągającą się na zewnątrz trasę Wybrzeża Szkieletów, toteż nie mogę zdać z niej relacji.

Ostatnim przystankiem jest Dżungla Kongo. I tutaj można podziwiać zwierzęta, również przez akwaria (np. wcinające wodorosty manaty), ale znacznie większe wrażenie robi odwzorowanie flory – a więc wszędobylska roślinność. Ogrom egzotycznej zieleni sprawia, że naprawdę można poczuć się jak w tropikalnym lesie. W dodatku jest to miejsce dobrze oświetlone dzięki czemu bez trudu można wykonać w nim dobrej jakości zdjęcie.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (3)Na terenie właściwego Zoo również znajduje się cała masa wartych obejrzenia zwierząt (m. in. żyrafy, słonie, tygrys, zebry, niedźwiedź, przeurocza rodzina surykatek, i wiele, wiele więcej), jak i oddzielnych budynków tematycznych – m. in. terrarium, małpiarnia, ptaszarnia. Na mnie największe wrażenie zrobiło terrarium, gdzie oczywiście obejrzeć można gady, płazy, oraz owady. Znajduje się tam również niewielkie, ale świetne pomieszczenie ze swobodnie fruwającymi, pokaźnych rozmiarów motylami. Koniecznie powinniście odwiedzić również niewielki budynek ze zwierzętami z Sahary (znajduje się tuż przy wejściu do Zoo) – można w nim zobaczyć prześliczne gryzonie! Wielką furorę wśród zwiedzających robi też tzw. Dzieciniec Zwierzęcy, gdzie można do woli dokarmiać i głaskać znajdujące się w boksach zwierzęta. Są wśród nich między innymi kozy, owce, osły. Bezpośrednia interakcja z tymi stworzeniami daje mnóstwo radości, oraz możliwość zrobienia fajnych zdjęć.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (5)Przychodzi taki moment, że człowiek zmęczony wrażeniami i wielogodzinnym spacerem głodnieje. Jeśli byliście kiedyś w jakimkolwiek Zoo, macie z pewnością pojęcie o tym, jak bardzo ceny posiłków na jego terenie są wywindowane. Nie inaczej jest i we Wrocławskim ogrodzie zoologicznym. My z przyszłą Panią Morfeuszową wybraliśmy się do Karczmy Lwa – lokalu, który swą nazwę zawdzięcza temu, że jego oszklony taras graniczy bezpośrednio z lwim wybiegiem. Lwy niespecjalnie przejmują się wprawdzie jedzącymi tam ludźmi (uwierzcie mi – znacznie mniej, niż wasze własne, domowe koty), ale od czasu do czasu przechodzą obok szyby, wywołując żywe emocje. W menu dostępne są m. in. zupy, gofry (te co prawda w bajońskiej cenie 14 złotych za sztukę), oraz typowo fast foodowe jedzenie, takie jak zapiekanki. My zamówiliśmy po porcji frytek (koszt – 7 złotych, porcja średniej wielkości), i po herbacie z rumem (15 złotych za szklankę, bardzo smaczna, elegancko podana, z rzeczywiście wyczuwalnym alkoholem). Mimo ogromnego tłoku oraz zamieszania, na realizacje zamówienia czekaliśmy poniżej dziesięciu minut. Miejsce opuściliśmy zadowoleni z jego naprawdę fajnej atmosfery.Czar Miasta Spotkań cz.3 - Zoo i Afrykarium (4)Podsumowując, we Wrocławskim Zoo bawiliśmy się naprawdę świetnie. Zobaczyliśmy multum fascynujących zwierząt, ujrzeliśmy środowiska w jakich żyją, i, oczywiście, zrobiliśmy masę pamiątkowych zdjęć. Być może zajdziemy tam jeszcze kiedyś w porze letniej, żeby ujrzeć je w pełnym rozkwicie.

Na koniec jeszcze jedna mała rada dla potencjalnych turystów: jeśli zamierzacie zwiedzić całe Zoo, zarezerwujcie sobie na ten cel dobre cztery godziny – obiekt jest bowiem naprawdę duży. Jeśli nie macie tyle czasu, a jesteście ciekawi świata i chcecie zobaczyć coś, czego wcześniej nie widzieliście w żadnym rodzimym tego typu obiekcie, odwiedźcie chociaż Afrykarium. Niezapomniane wrażenia gwarantowane!

Czar Miasta Spotkań cz.2 – Tropem Krasnali

Podobnie jak ma to miejsce w przypadku wszystkich wielkich miast Polski, tak również ulice Wrocławia obfitują w wiele ciekawych obiektów – m. in. odznaczających się intrygującą architekturą budynków, pomników historycznych, oraz instalacji artystycznych. Ulice Miasta Spotkań zdecydowanie wyróżniają się jednak na tle innych za sprawą pewnego fenomenalnego zjawiska artystycznego. Mowa o… krasnalach, a ściślej rzecz biorąc – ich niewielkich rzeźbach wykonanych z brązu. W chwili, kiedy piszę te słowa, skrzatów jest aż 289, a więc na tyle dużo, że podczas półgodzinnego spaceru niemal na pewno natrafić można na przynajmniej jednego z nich. Wszystkie mają imiona, i – jak twierdzą niektórzy, w co bez zastrzeżeń sam wierzę – mają do opowiedzenia pewną historię.Czar Miasta Spotkań cz.2 - Tropem Krasnali (1)Skąd jednak krasnoludki wzięły się na ulicach Wrocławia? Żeby się tego dowiedzieć, warto sięgnąć do historii tego miasta, a konkretnie stosunkowo niedawnych czasów komuny.

W latach 80 ubiegłego wieku działał ruch o nazwie Pomarańczowa Alternatywa, który wyszydzał komunizm (działał m. in. w Warszawie i Łodzi, ale najintensywniej właśnie we Wrocławiu). Wszystko zaczęło się od przekornego rysowania krasnali w miejscach, w których władze PRL-u likwidowały powstałe tam wcześniej antysocjalistyczne hasła; bohomazy takie stanowiły więc swego rodzaju niewinny triumf buntowników nad działaniami Rządu i Milicji Obywatelskiej. Później członkowie ruchu malowali krasnale metodą graffiti tam, gdzie miały odbyć się organizowane przez nich parodystyczne happeningi, w trakcie których w dowcipny sposób lżono system komunistyczny. Pomimo łagodnego, wręcz rozrywkowego charakteru tych manifestacji, z reguły kończyły się licznymi zatrzymaniami.

Po upadku PRL-u działalność buntowniczych krasnali przeszła do historii. W 2001 roku, oficjalnie dla uczczenia pamięci ruchu, wydawca ”Gazety Wyborczej”, Agora, zasponsorował pomnik krasnoludka umieszczony na ulicy Świdnickiej, gdzie Pomarańczowa Alternatywa rozpoczynała znaczną część swoich demonstracji.

W 2003 roku Biuro Promocji Miasta Wrocław we współpracy z agencją reklamową Vanilia zwróciło się z prośbą do rzeźbiarza Tomasza Moczka o, jak sam powiedział, ”Opracowanie koncepcji krasnala, który stałby się turystycznym symbolem Wrocławia”. Dwa lata później na ulicach Miasta Spotkań stanęło pięć pierwszych figurek jego autorstwa. W ciągu następnych dwunastu lat ulice zaludniło prawie 300 krasnoludków autorstwa wielu innych artystów (stworzonych również na zamówienie komercyjne), których prace pozostają utrzymane w stylistyce opracowanej przez ich pierwszego twórcę. Trudno nie podejrzewać pomysłodawców przedsięwzięcia o oddanie hołdu dowcipnym antykomunistycznym działaczom, lub choćby luźnego nawiązania do ich działalności, chociaż oni sami nie potwierdzają takich przypuszczeń.Czar Miasta Spotkań cz.2 - Tropem Krasnali (2)Poszukiwanie krasnoludków na własną rękę jest zabawą świetną samą w sobie, a przy tym pozwala na lepsze poznanie miasta i obcowanie z jego pięknem. Fotografując kolejne skrzaty do kolekcji i odhaczając je na swojej liście z pewnością zajrzymy do niejednej jadłodajni, księgarni, czy muzeum.

Niestety, nie wszyscy właściwie pojmują ideę tego zjawiska artystycznego. Zdarza się bowiem, że krasnale padają ofiarami kradzieży, a właściwie swego rodzaju porwania. W chwili obecnej aż 11 z nich pozostaje zaginionych. Ponieważ figurki nie posiadają zbyt wysokiej wartości materialnej same w sobie, oczywistym jest, że ich kidnaperzy dokonali porwania z celów sentymentalnych, dla zabrania ze sobą pamiątki z podróży, bądź ze swego rodzaju zamiłowania do tego rodzaju sztuki. Jeśli czyta te słowa któryś z porywaczy, w imieniu wszystkich Wrocławian i przyszłych turystów apeluję o wyzwolenie ich z niewoli.