Archiwa tagu: miłość

Jesteś

Tak mało piszę tutaj o Tobie, która ocaliłaś moje życie, podałaś mi rękę w chwili, gdy wisiałem nad przepaścią. Czasami narzekasz na to; martwisz się, że kiedy zostaję sam, nie myślę o Tobie tak często i gorąco, jak dawniej, że wszystko inne zajmuje mnie silniej. Kiedy przeglądam swoje eseje, stwierdzam, że Twoje pretensje są w pewnej mierze uzasadnione, jakkolwiek – nie jest to prawda; życie nauczyło mnie, że ci, którzy najbardziej afiszują się swoją miłością przed światem, tak naprawdę nie są jej pewni i potrzebują cudzej atencji i aprobaty, by uczucie to mogło trwać. Ogień, który między nami goreje, radzi sobie bez tego i należy tylko do Nas.

Dzisiaj jednak przemówię głośno. Po raz pierwszy od tak dawna, na drodze wyjątku. Opowiem o sobie i o Tobie, o Nas, tak szczerze, jakbym pisał to własną krwią, tu i ówdzie rozcieńczaną łzami. Kto ma uszy, niechaj słucha.Jesteś (1)Był czas, kiedy przesiadywałem z kolegami na poboczach piaszczystych ścieżek, i zapijałem smutki oraz samotność. Czas, kiedy byłem niczym więcej, niż tylko ucieleśnieniem druzgocącej pewności, że zawsze już będę sam, że miłość ominie mnie szerokim łukiem. Siedzieliśmy tam, i przeklinaliśmy życie, na czym świat stoi, a młodość przeciekała nam przez palce. Babraliśmy się w niej tak, jak niektórzy lubią babrać się w mokrej glinie, nie mając jednak pomysłu na to, co z niej uformować – dla samej płynącej z tego bezmyślnej, dziecięcej przyjemności. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych dni – kiedy muskam tamtego młodego człowieka, którym byłem, swoją myślą – wydaje mi się, że zdarzyło się to w innym życiu.

Jak mam wysłowić to, co działo się we mnie na widok dziewcząt – atrakcyjnych, roześmianych, cieszących się życiem? Mijałem je, czując całym sobą, że są mi równie niedostępne jak księżyc, i jedynym, na co mogę sobie wobec nich pozwolić, jest cichy podziw. Motyle tłukły się w moim podbrzuszu, jak ćmy tłuką się sierpniowymi wieczorami o klosz frontowy domu, a żal ściskał gardło twardą ręką. Chciałem całować ich usta, patrzeć w ich oczy, obejmować ich talie, i chciałem poświęcać się ich dobru, pielęgnować w nich to, co najpiękniejsze, a fochy ich przyjmować z namaszczeniem. Nie chciały mnie! Nawet nie raczyły omieść mnie spojrzeniem swoich perfekcyjnie pomalowanych oczu, gdy mijaliśmy się na ulicy. Byłem dla nich przeźroczysty jak powietrze.

Były w moim życiu dwie dziewczyny, i coś pomiędzy mną a nimi. Miłość? Tak, ale obustronnie niedojrzała, a z mojej strony również skrzywiona przez samotność. Uczucie jednocześnie kruche i niszczycielskie – jak młotek, który sam rozpada się na części w momencie uderzenia w filigranową porcelanę. Nie chcę tego roztrząsać; zanudziłbym się na śmierć, toż to flaki z olejem, opera mydlana, a zresztą: nie ma o czym mówić. Było, minęło, i teraz, wspominając te relacje, nie mam dla nich niczego, poza obojętnym wzruszeniem ramion.

Ale wtedy miały na mnie kluczowy wpływ. Postradałem rozum. Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Widziałem tam ludzi, których choroba duszy łamała jak zapałki, i widziałem, jak miłość (i fachowe leczenie rzecz jasna) pozwalała im podźwignąć się ze swego nieszczęścia, powstać z popiołów. I gdybym te trzy miesiące wcześniej nie poznał Ciebie – nie wiem, czy udałoby mi się poskładać jakoś do kupy, czy zrobiłbym to dla samego siebie. Myślę, że nie, i że już dawno nie byłoby mnie na tym świecie.

Dzieli nas różnica wieku. Dzieli? Nie powiedziałbym. Łączy. Twoje pojawienie się w moim życiu stanowiło dla mnie punkt zwrotny, moment zejścia ze ścieżki, na którą Ty w tym samym momencie z racji swojego wieku dopiero wkraczałaś. Znam ją jak własną kieszeń; znam na niej każdy kamień, każdą koleinę, każdy wybój. Jestem Twoim przewodnikiem, i nie pozwolę Ci zginąć, a jeśli potkniesz się, podam Ci rękę. Będę brał Cię na barana, na głowę, i na ręce, i niósł pod górkę. Będę dbał o Ciebie, pielęgnował w Tobie to, co najlepsze, byś rozkwitła pełnią siebie roztaczając swe piękno na cały świat.

Ale to działa w obie strony. Trzymasz mnie w pionie. Wierzysz we mnie. Potrafisz mną potrząsnąć, kiedy trzeba, a kiedy potrzebuję, żeby roztkliwiać się nade mną – robisz i to. Mogę liczyć na Twoją mądrość, kiedy dostaję głupawki, a kiedy jakiś problem przytłacza mnie swoim ciężarem – obracasz go w drogocenny żart, jak ołów w złoto, przy pomocy kamienia filozoficznego błyskotliwego poczucia humoru. Tylko przy Tobie stać się mogę najlepszą wersją samego siebie – dla Ciebie, dla siebie, i dla świata.

Kiedy idziemy razem przez miasto, trzymając się za ręce, i dociera do mnie własna przynależność do zbioru wszystkich tych par, czuję się, jakbym dostał skrzydeł, i frunął na nich, niesiony podmuchem wydanego w tej samej chwili boskiego tchnienia. Czasami przypominam sobie wtedy o tym zapijającym samotność chłopaku, którym byłem, i uśmiecham się do niego. Gdyby ten koleś tylko wiedział, co go czeka w przyszłości, nie lałby łez, tylko uzbroił się w cierpliwość!

Jesteś piękna, a ja… Cóż: takie dziewczyny jak Ty zazwyczaj nie spotykają się z takimi facetami: wizualnie przeciętnymi artystycznymi duszami bez wykształcenia i perspektyw zarobkowych. Kiedy patrzę sennym wzrokiem, jak wychodzisz z łóżka i ubierasz bieliznę, czuję całym sobą, że w życiu, pomimo wszystkiego, co przeszedłem, i tak mam więcej szczęścia niż rozumu.

Ale bywam też łajdakiem, a Ty – zimną suką. Czasami tracimy nad sobą kontrolę, i wypowiadamy słowa, których potem gorzko żałujemy. Bywa też, że ranimy się tylko po to, by sprawdzić, czy nasza miłość wytrzyma ból, czy jest prawdziwa. To głupie, ale oboje rozumiemy, że czasami tak po prostu musi być, i jesteśmy skłonni płacić tą cenę, przez całe życie, w ratach, wiedząc, że jest to niby kredyt, na którym żyjemy.

Tych kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy, nie wiedziałem, czy i jak długo będziesz ze mną nadal. Miałem za sobą ćwierćwiecze życia, i wiedziałem już, że ludzie raz są, a raz ich nie ma; że blakną hartowane przejściami sympatie, które trwać miały po kres dni, i że wystarczy na kilka miesięcy stracić bliską osobę z oczu, by ta zmieniła się nie do poznania. Ale od tego czasu przeszliśmy razem tyle kilometrów, gryźliśmy glebę tyle razy, tak wiele razy upadaliśmy i podnosiliśmy się – zawsze ramię w ramię! – że dziś już nie mam wątpliwości, że będziesz zawsze, skoro do tej pory jesteś.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Historia Pewnej Myśli

Zdarzyło się to jakieś dziewięć, dziesięć lat temu. Z tego, co pamiętam (a mogę się mylić, bo mimo stosunkowo młodego wieku, pamięć mam już nie tą samą, co kiedyś), trwał sierpień. Tamtego ranka wypiłem na czczo trochę amerykańskiej whiskey z Colą, by ukoić ból duszy, i wyszedłem z domu, do pracy.

Dzień był słoneczny, ach, jaki słoneczny był dzień. Pamiętam promienie słońca prześwitujące przez listowie przydomowego kasztanowca, i pamiętam setki uwitych w polnej trawie pajęczyn, które zdemaskowała osiadająca mgła. Szedłem przed siebie, z reklamówką, w której ciuchy robocze i drugie śniadanie – chipsy i Cola, możecie się śmiać – i nie mogłem się napatrzeć. Pod nogami chrzęścił mi żwir, ptaki poczynały sobie na niebie jak dzieci na placu zabaw, a gdzieś tam w głowie dokazywała nadzieja, że szef znowu wpadł w cug, i zamiast pracować, pośle mnie do sklepu po butelkę wódki, i pozwoli iść do domu.Historia Pewnej Myśli (1)Wierzyć się nie chce: szedłem tam, wtedy, młodszy o tyle i tyle, a gdzieś czekało na mnie Jutro, w którym jestem tu i teraz. I to uczucie, które gorzało w moim sercu. Nie miało przyszłości, bo byłem zbyt niedojrzały, ale kochałem Cię, Danka, z całej swojej siły i z całej swej bezsilności jedyną miłością, na jaką było mnie wtedy stać. Pragnąłem Twoich ust bardziej jeszcze niż samej śmierci, i nie dopuszczałem do siebie myśli, że kiedyś może się to zmienić. Ale tak się stało; dzisiaj moje serce należy do innej, a Ty jesteś tylko nawiedzającym mój umysł widmowym ucieleśnieniem tamtych lat.

Nie dam za to głowy (głowy, swoją drogą, obecnie cięższej o dekadę przeżyć), ale prawdopodobnie usiadłem pod przydrożną dziką gruszą, by nie dotrzeć na miejsce zbyt wcześnie, lub tylko po to, żeby zatabaczyć. Zapewne patrzyłem, jak wiatr zapraszająco kołysze drzewkiem, i zastanawiałem się, kiedy w końcu uda mi się zebrać na odwagę, i czy po tym ktoś jeszcze kiedyś zje z niego owoce. Teraz wiem, że to nie był odpowiedni moment. Ale wtedy, o, wtedy było wtedy.

Nie wiem już, czy stałem, czy leżałem, czy siedziałem, kiedy przyszła mi do głowy ta myśl, ale dobrze pamiętam proces umysłowy, z którego się wyłoniła. Pamiętam też ekscytację jaką czułem, kiedy obracałem ją w głowie, wciąż ciepłą, na wszystkie strony, bezskutecznie usiłując pojąć ją i jakoś wykorzystać. Są myśli jak spadające gwiazdy, i ta była jedną z nich, ale nie znaczy to, że dostałem ją od niebios za darmo, o nie. Wiele mnie kosztowało, by znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie – sierpniowego poranka 2007 albo 2008 roku na tamtej żwirowej drodze. Przecież całe swoje życie dążyłem do tej chwili – co z tego, że nieświadomie i bez intencji punktualnego wpasowania się w nią. Serce łamałem sobie i głowę, skórę zdzierałem z kostek, krew, pot i łzy lałem szczodrze. I oto jestem, krzyczało każdym ruchem całe moje zbolałe ciało, oto jestem, chociaż wolałbym, żeby mnie nie było, ani tu, ani nigdzie indziej.

Szedłem przed siebie (teraz już na pewno szedłem) i zastanawiałem się, co mam z tym fantem zrobić. Gdzie znajdę drzwi, do których pasuje ten osobliwy kluczyk, i co za nimi znajdę. Gdzie mogę zapłacić tą trójkątną monetą z wizerunkiem oka opatrzności, i co za nią kupię. Nie wiedziałem i nie wiem nadal, czy to, co pobrzmiewa mi w głowie (pobrzmiewa tak, że ciało niemal od tego rezonuje), to sens tej myśli, czy też dałem się ogłuszyć jej przewrotnością (prawdą a Bogiem, myśl to dosyć wymyślna). Na przestrzeni lat mimowolnie zrobiłem z niej coś w rodzaju duchowego talizmanu, i od czasu do czasu skupiam się na nim, by odpędzić swe demony. Do dzisiaj nie znalazłem dla niej innego zastosowania, ale może właśnie tak powinno być. Kiedyś może stać się pamiątką z tamtych lat, i posiadać już tylko wartość sentymentalną.

Poszedłem więc dalej, przed siebie, i, nie chce się wierzyć, dotarłem tutaj, gdzie jestem, do punktu, z którego nie umiem o tamtym dniu (i wielu innych) myśleć inaczej, niż gdyby przydarzył mi się w innym życiu.

Fraszki #3

01. – Niejeden biedny żuczek przez życie toczy/Jak kulkę łajna – ciężar obrączki
02. – Daj sobie czas, a to co było/W końcu się obróci w miłość
03. – Nie ma życia bez walki/Na spragnione pocałunku wargi
04. – Chciałyby być jak Wenus, lecz je/Podobnie jak Saturn – otacza pierścień
05. – Serce skradła, dupy dała/I to ma być uczciwa zamiana?
06. – Tak wysoko się nie unoś/Bo nie dosięgnie cię ma czułość
07. – Rozumieć miłość gdy się kocha/Po co komuś gdy ma górę – otchłań?
08. – Patrzę na twe stopy bose/Zdają się nadawać ci rangę boskiej
09. – Nie widziałem takiej przekory/Jak świat długi i szeroki
10. – Pozwoliłem ci wejść mi na głowę/I noszę cię dumnie – jak koronę
11. – Pocałunek bez miłości? Toż to przerost/Największy w świecie – formy nad treścią
12. – Miłość nie weźmie mnie żywcem do nieba/Nie, tak łatwo się jej nie dam
13. – Przez twe humory jak horrory/Nie ma między nami harmonii
14. – W wymówione słowo: kocham/Nieraz wpadłem niczym w otchłań
15. – Patrzę na twe ruchy frywolne/Kobiecość tonie w swym żywiole
16. – To nie miłość, jeśli niszczy/Duszę, zamiast dawać siły
17. – Jeśli dziewczyna jest za łatwa/Całą sprawę to załatwia
18. – Skamle niczym zbity pies/Ten kto z zimną suką jest
19. – Gdyby mu nie doprawiała rogów/Nic by jej tak nie ubodło
20. – Jeśli już trafisz na szmaty/Czyichś plam z niej nie wywabisz
21. – Jest kochana, sama nie kocha/Już to czyni z niej demona
22. – Śmiech, że sprawy miłości ważkie/Ująć da się w drobiazg – fraszkę
23. – Serce rozbiłaś mi na dwoje/Masz połowę na pamiątkę
24. – Orgazm twój miał być udany/A nie jakiś udawany
25. – Znam odpowiedź, czym jest miłość/Jedną wielką tajemnicą

Dziecko

Skarbek. Bobo. Maleństwo. Dziecko. – u większości ludzi słowa te – usłyszane, czy przeczytane – budzą czułość i rozrzewnienie. U mnie – najwyżej obojętność, a najczęściej – stres.

Nigdy dotychczas nie chciałem mieć dzieci, nie chcę ich mieć teraz, i jestem pewien, że nie zmieni się to do końca mojego życia. Nie tylko nie widzę się w roli ojca (może to skutek wychowywania się bez niego?), ale też najzwyczajniej w świecie nie lubię dzieci. Denerwuje mnie ich ryk, bezsensowna paplanina, nadmiar energii, wszędobylskość. Gdziekolwiek zjawia się mały dzieciak  – od razu jest gwarno, od razu jest bałagan, od razu coś jest rozlane, coś przewrócone, i tak dalej. Oczywiście, dzieciak kiedyś wydorośleje, obierze jakiś kierunek w swoim życiu, być może zostanie ”kimś”… Na myśl o tym nie czuję jednak żadnych emocji. Żadnych.

Ktoś powie, że gdyby wszyscy myśleli w ten sposób, nie byłoby ani mnie, ani inspirujących mnie i bliskich mi ludzi; sęk w tym, że nie widzę najmniejszej potrzeby, by w ten sposób rozumowali wszyscy. Ba, byłoby to myślenie katastrofalne – ale równie beznadziejne byłoby twierdzenie, że wszyscy, nawet Ci, którzy nie czują potrzeby posiadania dzieci (i instynktu rodzicielskiego), powinni je mieć.

Szczęśliwie moja dziewczyna również nie lubi dzieci, i także nie widzi siebie w roli matki. Jest jeszcze młoda, i sam wiem, że istnieje ryzyko, że z czasem zmieni zdanie; mimo wszystko, podczas niezliczonych rozmów z nią na ten temat, ustaliłem je na bardzo niewielkie – możliwie najmniejsze. Wierzę, że dane nam będzie przeżyć życie we dwoje szczęśliwie, bez poczucia pustki spowodowanej brakiem dziecka.

Ktoś powie, że to egoistyczne w stosunku do mojego potencjalnego potomka. Cóż, nie poczuwam się w jakikolwiek sposób wobec istoty, której nie ma, która najzwyczajniej w świecie nie istnieje – jak różowe słonie, jednorożce, czy elfy. Nie ma jej i nie jestem jej nic winien, a jakiekolwiek moje zachowanie nijak ma się do czegoś, co pozostaje abstrakcją, zaledwie skreśloną grubą, czarną krechą myślą. Gdybyśmy w międzyczasie wpadli z dziewczyną – usunęlibyśmy płód, legalnie czy nielegalnie. Są na to sposoby. Zrobilibyśmy to z zimną krwią, w trosce o własne szczęście. Dla mnie embrion jest w takim samym stopniu człowiekiem, w jakim stopniu jajko jest kurą, albo szyszka jest sosną, czyli w żadnym. Na szczęście żyjemy w czasach, które oferują sposób na zmniejszenie szansy na niechciane potomstwo do zera.

Zapewne prędzej czy później przeczyta ten esej ktoś, kto bardzo chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu nie może go mieć; możliwe też, że osoba taka poczuje palącą w palce potrzebę poinformowania mnie w komentarzu, jaki jestem niewdzięczny, bo niektórzy chcą mieć potomstwo, a są bezpłodni, podczas kiedy ja, najwyraźniej niegodny bycia ojcem, świadomie rezygnuje z tacierzyństwa. Otóż, drogi potencjalny czytelniku, bo do Ciebie adresuje te słowa – życzę Ci, żebyś został/a ojcem/matką, jeśli czujesz, że jest Ci to potrzebne do szczęścia i czujesz się na siłach ku rodzicielstwu, oraz by Twoje dziecko wyrosło na mądrego, zdrowego, oraz pięknego fizycznie człowieka. Ciebie proszę tylko o to, byś wrzucił na luz – nie wszystko, co jest dobre dla Ciebie, jest dobre również dla mnie i dla mojej dziewczyny.

Bohomazy

Bohomazy (1) Poza tym, że przez całe swoje świadome życie uprawiałem amatorską twórczość pisarską, na pewnym jego etapie zająłem się także rysowaniem. Rysunków jest wiele, są bardzo specyficzne, powstawały w niecodziennych okolicznościach i kryje się za nimi interesująca historia.

Wszystkie bohomazy wykonałem podczas mojego sześciomiesięcznego pobytu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym, przede wszystkim dla osób chorych na schizofrenię. Ja sam leczyłem się tam na depresję. Depresyjne usposobienie  miałem odkąd pamiętam. Punktem kulminacyjnym choroby, po którym pozostało mi tylko albo popełnić samobójstwo, albo rozpocząć hospitalizację, było zerwanie zBohomazy (7) dziewczyną, z którą łączyła mnie obustronna, toksyczna relacja. W tamtym czasie nie byłem w stanie obiektywnie spojrzeć na całość tej znajomości. Zrozumienie błędów, jakie popełniałem, wykraczało poza moje możliwości z uwagi na słaby stan psychiczny. Za degradację i rozpad naszego związku w całości obwiniałem ją, po części dlatego, że tak było mi łatwiej, po części dlatego, że gorycz, rozpacz i wściekłość odbierały mi trzeźwość myślenia.

Zanim zacząłem rysować w szpitalu, nie miałem w tym właściwie żadnego doświadczenia. Nie licząc prymitywnych bohomazów tworzonych na nudnych lekcjach w szkole z tyłu zeszytu, oraz kilku Bohomazy (6)beznamiętnych, pozbawionych treści szkiców zrobionych później, nigdy nie tworzyłem plastycznie. Nie czułem po prostu takiej potrzeby – jak wspominałem, od zawsze wiele pisałem (rzeczy rozmaite pod względem formy) i to w zupełności wystarczało mi do wyrażenia siebie, swoich uczuć i myśli, nadania kształtu przeżyciom. W okolicznościach, jakich się znalazłem, słowo przestało być jednak wystarczającym środkiem wyrazu. Uczucia, jakie mną targały, były zbyt burzliwe, żebym był w stanie okiełznać je pisząc. Po zajęciach terapeutycznych pisałem mnóstwo – stworzyłem 153 wierszyki, prowadziłem dziennik w którym opisywałem dzień po dniu swój pobyt (155 kartek formatu A5, obustronnie zapisanych drobnym maczkiem), sporządziłem też multum kreatywnych notatek do swojej powieści o pobycie tam… Okazało się, że to jednak wciąż za mało, żeby dojść do ładu ze swoimi emocjami.Bohomazy (2)

Siadałem więc przy jednym z wielu stolików na długim korytarzu oddziału, i tworzyłem. Swoje bohomazy wykonywałem zawsze czarnym długopisem na białych kartkach formatu A5. Nie zamierzałem tworzyć pełnowartościowej sztuki – u podstaw każdej pracy leżały przerastające mnie brutalne emocje, które chciałem na tyle, na ile to możliwe, okiełznać. I nic poza tym. Rysowanie pełniło więc dla mnie przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Bywały dni, kiedy wykonywałem nawet po dziesięć prac, jedna za drugą. Kończyłem dopiero wtedy, kiedy czułem się czysty, wyprany z negatywnych uczuć. Gdy po tak spędzonym dniu polegiwałem przed snem w łóżku, niemalże Bohomazy (3)słyszałem krzyki wszystkich tych poniewieranych w moich pracach dziewcząt. To była moja kołysanka. W takie noce zasypiałem z uśmiechem na twarzy. Brzmi to ”psychopatycznie”, nieprawdaż?

Na prawie wszystkich 268 szkicach przewijają się obsesyjnie te same motywy: dziewczyna, agresja, przemoc, okaleczenie, śmierć, strach, cierpienie, sadyzm, nagość, otchłań, zniewolenie, seks, rozpacz. Niemal każdy z nich jest makabryczny i pornograficzny. Z uwagi na powtarzalność tych tematów rysunki z jednej strony mogą wydawać się monotonne (i pewnie takie są), ale z drugiej strony przytłaczają ich ogromem. Tworząc je prawie zawsze myślałem o swojej byłej, o nienawiści która mnie względem niej przepełnia, o potrzebie ukarania jej za wyrządzone mi krzywdy (te realne, iBohomazy (5) urojone). Dziewczęta na rysunkach wyglądają różnie, czasami nawet występuje ich kilka jednocześnie, ale jeśli szkice są w jakiś sposób brutalne, to zawsze jest jedna i ta sama osoba przedstawiona na różne sposoby. Z czasem zacząłem też rysować moją przyjaciółkę (obecnie dziewczynę). Te prace (również powstało ich wiele) charakteryzuje brak przemocy, ale są zdecydowanie bardziej niepokojące i psychodeliczne.

Reakcje znajomych w szpitalu na moją radosną twórczość były rozmaite. Od fascynacji i pełnego troski przerażenia, przez rozbawienie moim brakiem umiejętności plastycznych i oślim uporem, z jakim wykonywałem kolejne obrazki. Niektórzy nazywali mnie bardzo przyjemnym psychopatą (mam życzliwe usposobienie). Mój lekarz prowadzący – Pani Bohomazy (4)psycholog z ponad dwudziestoletnim stażem – powiedziała, że w swojej karierze nigdy nie spotkała się u pacjenta z pracami tak agresywnymi. Od razu pomyślałem (i myślę tak po dziś dzień), że był to największy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem w odniesieniu swoich do bohomazów.

Kiedy wstawałem swoje prace na stronę Klubu Chujowych Artystów nie spodziewałem się większego entuzjazmu ze strony tej społeczności. Nazwa tej grupy jest bowiem bardzo myląca – masa prac, jakie są tam zamieszczane, trzyma naprawdę wysoki poziom wykonania, od jakiego odbiegam o całe lata świetlne. Ilość pozytywnych komentarzy bardzo mnie zaskoczyła. Czuję się bardzo przyjemnie z myślą, że pomimo braku walorów technicznych, estetycznych i artystycznych moich prac, reprezentują sobą w oczach innych coś unikalnego, że poruszają. Prowadzi mnie to do konkluzji, że równie ważny jak poziom techniczny rysunku jest ładunek emocjonalny, jaki niesie. Sztuka nie ma bowiem tylko ładnie wyglądać – ma przede wszystkim poruszać i skłaniać do przemyśleń. Myślę, że mogę na swoim przykładzie powiedzieć, że jeśli emocje, które wkłada się tworząc, są prawdziwe, z pewnością znajdzie to oddźwięk w innych ludziach. Nawet, jeśli tworzy się tylko tzw. sztukę naiwną, jak ja.

Miłostki i Miłości cz.3

D. różniła się od A. temperamentem tak bardzo, jak ogień różni się od wody, a ponadto, była od niej wiele ładniejsza. Z miejsca, niejako automatycznie, obdarzyliśmy się zaufaniem na tyle, by nawiązać intymną rozmowę na temat naszych skłonności samobójczych i bólu istnienia. Nasza więź zacieśniła się jeszcze bardziej, kiedy jej siostra odrzuciła moje zaloty, okazując się być zakochaną w naszym wspólnym koledze. Ponieważ nie miałem wtedy telefonu komórkowego, nie byliśmy w stanie rozwijać naszej relacji na bieżąco, i opieraliśmy ją wyłącznie na sporadycznych, przyjacielskich spotkaniach, podczas których zacząłem się w niej zakochiwać. Pozwoliłem rozkwitać temu uczuciu i naszej znajomości w ogóle, bo dziewczyna twierdziła, że jest wolna.

Udało mi się wejść w posiadanie komórki zaraz po rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Całymi dniami kontaktowaliśmy się z D. za pomocą sms-ów, zwierzaliśmy z problemów, flirtowaliśmy. Gdy stwierdziłem, że mam u niej szanse i upewniłem się w swoich uczuciach co do niej – zwierzyłem jej się z nich. W odpowiedzi usłyszałem, że od kilku miesięcy jest w związku ze starszym od siebie o dziewięć lat facetem, Tomkiem.

Ta wiadomość wstrząsnęła mną do gruntu. Ale jak to? Oszukała mnie? Przecież zaufałem jej. Zaraz, zaraz: przecież mówiła, że… Nie, nie. Przecież to niemożliwe, żeby tak kogoś okłamać. Nie dowierzałem własnym uszom i oczom. Po raz pierwszy w życiu ktoś tak bardzo mnie zdradził, upokorzył, wręcz wbił nóż w plecy. Zupełnie zbity z tropu, zerwałem z nią kontakt i popadłem w kolejny psychiczny dołek. Zacząłem całkowicie lekceważyć naukę, wagarować, pić z kolegami, kraść w marketach. Na wskutek wszystkiego tego na początku 2007 roku, po wspomnianej już popijawie z M. i kolegami, wydalono mnie ze szkoły.

Następne dwa lata spędziłem na ciężkiej pracy u stolarza, piciu z kumplami, i pisaniu. Przez cały ten czas nie zapomniałem o D. Wciąż rozpamiętywałem krzywdę jaką mi zadała i zawiedzione nadzieje na upragnioną miłość. Mimo wszystko jednocześnie tęskniłem za nią i byłem ciekaw, jak układa się jej życie. Chciałem powrotu do naszej relacji. Rozpaczliwie. I pewnego wakacyjnego dnia dziewczyna złożyła mi nieoczekiwaną wizytę.

Pierwsza rozmowa po dwóch latach, jakie upłynęły odkąd złamała mi serce, wypadła emocjonująco, ale nadzwyczaj pomyślnie. Opowiedzieliśmy sobie o tym, co zdarzyło się gdy nie mieliśmy ze sobą kontaktu, przeanalizowaliśmy raz jeszcze okoliczności w jakich zerwaliśmy naszą znajomość, i zdecydowaliśmy się dać jej jeszcze jedną szansę. Skłoniły mnie do tego dwie rzeczy: po pierwsze, dziewczyna powiedziała, że od dawna nikogo nie ma. Po drugie uznałem, że nie mam nic do stracenia, a wiele do zyskania, i gdybym nie spróbował szczęścia z D., z pewnością wypominałbym to sobie w przyszłości. Nic bowiem nie boli tak, jak niewykorzystane szanse.

Tym razem już od samego początku było jasne dla nas obojga, że zmierzamy ku czemuś więcej, niż przyjaźń, gdyż flirt zdecydowanie dominował w naszych rozmowach nad zwierzeniami i luźnymi pogaduchami. Bardzo szybko zdecydowaliśmy się zostać parą, ale każde z nas nieustępliwie chciało tego na swoich warunkach, które nie za nic w świecie odpowiadały drugiej stronie. Z tego też powodu nigdy nie doszło między nami nawet do pocałunku, nie mówiąc już o czymś więcej. Ona skrywała w sobie mnóstwo mrocznych i zarazem fascynujących mnie tajemnic, i chciała pozostać dla mnie zagadką; ja, przed oddaniem się jej ciałem, chciałem czuć, że jest mi oddana również duszą. Bój, jaki toczyłem wtedy z pożądaniem o zachowanie swoich ideałów (bądź co bądź – młodzieńczych i naiwnych) stanowił jedną z największych walk mojego życia.

Spotykaliśmy się raz na 2-3 tygodnie. Czas ten spędzaliśmy w cztery oczy, zazwyczaj albo u mnie w domu, albo na polu, gdzie mogliśmy poprzytulać się z dala od oczu wścibskich sąsiadów i mojej rodziny. Polegiwaliśmy przytuleni na ciepłej trawie, rozmawiając i obserwując chmury sunące leniwie po niebieskim firmamencie nieba. Podczas kilku takich spotkań w plenerze dziewczyna uwodziła mnie chcąc się ze mną kochać. Nie chcąc ulec pokusie kosztem swoich ideałów, rozkoszowałem się jej kuszeniem, jednocześnie nie odwzajemniając go. Wtedy uważałem taką postawę za przejaw silnego charakteru i przywiązania do wartości, dzisiaj – za niemęską i godną fajtłapy. Temu, kto ma jakieś wątpliwości, zalecam wytężyć wyobraźnię: zakochani w sobie dziewczyna i chłopak wypoczywają na łonie natury. Ona kładzie się na nim, całuje go czule po szyi, ociera się o niego ciałem i wsadza mu rękę w majtki szepcząc do ucha, że chce się z nim kochać, a On mówi jej: ”Przestań, musimy chronić moje ideały”. Komedia!

Ponieważ żadne z nas nie chciało ustąpić albo iść na kompromis, po kilku miesiącach burzliwej relacji i tym razem zmuszeni byliśmy ją zakończyć. Kiedy nasze drogi zeszły się ponownie w 2010 roku, oboje byliśmy już w innych związkach. Wtedy to narodziła się między nami przyjaźń, która trwała przez 4 lata – lata ciężkie zarówno dla niej, jak i dla mnie. Stanowiliśmy wtedy dla siebie olbrzymie wsparcie, ale po dziś dzień myślę o niej przede wszystkim jako o swojej pierwszej wielkiej miłości, po drugie dopiero – przyjaciółce. I chociaż nasza ostatnia rozmowa nie należała do przyjemnych, i dzisiaj nie mam na nią żadnych namiarów, tęsknię za nią, i liczę na to, że kiedyś jeszcze odezwie się do mnie.

Miłostki i Miłości cz.2

Przed skończeniem gimnazjum złożyłem papiery do szkoły zawodowej. Uczęszczając do niej, miałem mieszkać w internacie. W wakacje tego samego roku wielokrotnie zasypiałem marząc o nawiązaniu romansu z jakąś koleżanką. Wyobrażałem sobie na przykład, jak wymykamy się nocą na szkolny korytarz, a potem przytulamy i całujemy. Pamiętam, że w tych fantazjach zawsze nadawałem jej wygląd jednej z wokalistek Estońskiego zespołu Vanilla Ninja, bazując na zdjęciu grupy, które znalazłem w młodzieżowym szmatławcu BRAVO!. Dodam, że po dziś dzień nie słyszałem żadnej piosenki tego girlsbandu.

Będąc w internacie (lata 2005-2007) rzeczywiście przeżyłem trzy miłostki. Pierwszą z nich była M. – najładniejsza dziewczyna w całym internacie, starsza ode mnie zaledwie o 4 miesiące. Z zakochania w niej zwierzyłem się koledze z pokoju, który dla zyskania sympatii jej oraz dwóch mieszkających z nią koleżanek wygadał wszystko. Na wskutek takiego obrotu spraw kontakt mój i M. zawisł w próżni na kilka miesięcy. W jakiś czas potem zbliżyła się do mnie sama z siebie, i zostaliśmy przyjaciółmi. Kilka razy nawet napisaliśmy do siebie listy, które posiadam po dziś dzień. Pamiętam, jak pewnego razu, już w następnym roku szkolnym, zaprosiła mnie do siebie gdy była sama w pokoju. Zgasiła światło, zapaliła świeczkę. Zaczęła zwierzać mi się z tego, że ma gorszy okres w życiu, że nie daje sobie rady ze swoimi myślami i emocjami. Potem powiedziała, że kiedyś myślała o mnie jako o kimś więcej. Wyznanie to zbiło mnie z tropu na tyle, że puściłem je mimo uszu, i zmieniłem temat. Dziewczyna chwilę lustrowała mnie smutnym, acz bacznym spojrzeniem, po czym z niepewnym uśmiechem powiedziała: ”No dobra”, i na tym zakończyliśmy ten wątek. Od tamtego czasu staliśmy się jednak przyjaciółmi, odbyliśmy masę niezwykłych rozmów, spędziliśmy mnóstwo niezapomnianych chwil, wypiliśmy sporo wódki… Wspólnie schlaliśmy się też na popijawie, po której mnie z uwagi na inne wykroczenia wyrzucono z internatu i szkoły, a jej udzielono naganny. Jeszcze przez jakiś czas kontaktowaliśmy się, ale z czasem nasza relacja straciła na sile z uwagi na odległość i odrębność spraw, którymi żyliśmy.

Drugą moją miłostką w tamtych szalonych latach była E., koleżanka z klasy, z którą z łatwością odnalazłem wspólny język pracując w jednej grupie na zajęciach praktycznych. E. była piękna, wrażliwa, bystra, no i podczas pierwszej rozmowy ze mną schowała telefon komórkowy między cyckami. O byciu z nią marzyłem całymi dniami i śniłem po nocach, ale – mimo nawiązanej przyjaźni – nic z tego nie wyszło. Pomimo intensywnej relacji ze mną uległa bowiem zalotom pewnego nachalnego chłopaka imieniem Piotrek, który publicznie, bez skrupułów przystawiał się do niej. Kiedy zostali parą, patrzenie na ich umizgi było dla mnie niesamowitą, psychiczną męczarnią. Z tego też powodu zacząłem wagarować. Straciłem również motywację do nauki.

A. poznałem tego samego roku. Była mieszkanką internatu oraz koleżanką z klasy. Ponieważ i ona miała za sobą wiele przejść – jej matka popełniła samobójstwo a ojciec był alkoholikiem, w rezultacie czego wraz z siostrą wychowywała się w domu dziecka – dogadywaliśmy się gładko i szybko zaprzyjaźniliśmy. Dziewczyna była niezwykle inteligentna i dość ładna, chociaż pulchna. W wakacje tego samego roku – już po zawodzie miłosnym z E. – doszedłem do wniosku, że czuję do niej coś więcej, niż tylko zwykłą sympatię, i napisałem do niej list miłosny. Wręczyłem jej go w dniu, kiedy odwiedziła mnie ze swoją siostrą, D., i kolegą.