Archiwa miesięczne: Marzec 2018

Edward Stachura – ”Cała Jaskrawość”

Edward Stachura - ''Cała Jaskrawość''Dwójka włóczęgów – narrator Edmund Szerucki i jego kolega Witek – podejmuje pracę przy oczyszczaniu dna stawu w uzdrowisku. Zatrzymali się na ten okres u Potęgowej – samotnie mieszkającej staruszki, której w zamian za dach nad głowa pomagają w drobnych pracach domowych. Przeżyją tam (jak zresztą wszędzie) największą możliwą przygodę – codzienność.

Fabuła pozbawiona jest jako takiej afery – Edmund i Witek poza odmulaniem stawu spacerują po mieście i okolicach, gawędzą z gospodynią i przypadkowo spotykanymi ludźmi, oraz wspominają drobne epizody ze swej przeszłości. Czytelnicy spragnieni wartkiej akcji będą lekturą powieści srodze zawiedzeni. Tych, którzy poszukują w literaturze wyższych wartości i uniesień estetycznych, czeka za to nie lada uczta.

Tym, co pozwala bohaterom Całej jaskrawości należycie doceniać piękno życia i wagę chwili, jest świadomość przemijania i nieuchronności śmierci. Nieustannie czują na swoich karkach zimny oddech tej ostatniej – oddech życiodajny, bo przypominający o tym, że nie zostało im wiele czasu (życie jest tak piękne, że czasu zawsze jest za mało), a żaden z nich nie zna dnia ani godziny. Napięcie, które im towarzyszy, jest przytłaczające, ale mimo wszystko jest to według nich uczciwa cena za życie w niewymownym (bądź ledwie wymownym) natchnieniu, i płacą ją z dumnie podniesioną głową – nawet, jeśli z braku sił przychodzi im iść przez życie na klęczkach czy na czworaka.

Wbrew obiegowym opiniom, Stachura nie gloryfikuje w Całej jaskrawości śmierci, wręcz przeciwnie – uważa ją za cmentarną łasicę, lubieżną kusicielkę. Uznaje po prostu konieczność jej istnienia dla osiągnięcia czegoś, co można by nazwać zbawieniem doczesnym. Człowiek, gdyby nie był gnany świadomością nieuchronnego końca, nie mógłby żyć prawdziwie, nieskończoność życia doprowadziłaby bowiem do jego dewaluacji. W planie Stachurowego zbawienia doczesnego śmierć jest tak samo nieatrakcyjna i konieczna, jak diabeł w Bożym planie zbawienia.

Powieść przesyca pochwała wolności, prostoty praktycznej strony życia, indywidualizmu, samotności i wartości duchowych. Bohaterowie prozy wyrzekają się wszystkiego, co mogłoby krępować ich swobodę (fizyczną i mentalną), rozpraszać ich skupienie. Każdym swoim oddechem, krokiem, uderzeniem serca udzielają nieustającej odpowiedzi na pytanie, czy należy być, czy mieć, zawsze wybierając to pierwsze. Są więc Edmund i Witek buntownikami i do buntu (buntu najłagodniejszego z możliwych) swymi poczynaniami inspirują. Nie jest jednak prawdą, jakoby twórczość Stachury skierowana była tylko do poszukujących swej życiowej ścieżki młodych i gniewnych wrażliwców. Czytałem tę książkę już trzykrotnie, na różnych etapach swojego życia, i zawsze smakuje mi tak samo dobrze.

By móc w pełni delektować się walorami tej jedynej w swoim rodzaju prozy, trzeba wyciszenia. Pełno w niej bardzo długich, wielokrotnie złożonych zdań, powtórzeń, wysmakowanych metafor i aforystyki. Oczywiście, jak zwykle w przypadku Stachury, zdarza mu się popaść w naiwną rzewność, nadmierną egzaltację, banał i grafomanię. Nie są to na szczęście przypadki częste, choć niestety rzutują trochę na ogólny poziom książki. Dodać jednak należy, że nawet te słabsze literacko fragmenty ujmują niezwykłą szczerością i dobrodusznością.

Cała jaskrawość odczarowuje zwyczajność z przyzwyczajenia, które zwykliśmy względem niej żywić, ukazuje piękno spraw pozornie błahych oraz rozciągające się za nimi niebywałe tropy i horyzonty, z których niemal wszystkie prowadzą prosto do istoty rzeczy. Lektura tej powieści pozwala ocknąć się do życia, otwiera oczy i uszy, cuci. Choć jej akcja dzieje się jesienią, żadna z książek, jakie przeczytałem, nie mogłaby wpasować się treścią lepiej w klimat wiosny – pory odrodzenia.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.

Reklamy

Wierszyki #7

Wierszyki, które napisałem pomiędzy 1 stycznia a 18 marca 2018 roku.

***

Sen na Jawie

Byłem w swym żywiole
Jak lunatyk
Co w piżamie nocnej
Zaszedł aż na księżyc
I teraz patrząc ku Ziemi
Sennym wzrokiem
Kłopocze się nad tym
Jak wrócić z powrotem
Jakby nie dość
Było zmartwień!
Cóż, do życia trzeba
Mieć zdrowie
Kosmonauty!

***

Trumna

Życie to trumna
Dla tego
Co nie umarł
(Jeszcze)

***

Uśmiech Losu

Czytałem książkę
Pochyliłem głowę
Wypadł mi z ucha
Samorodek
Szczerozłoty!
A to coś!
Ależ szczodry
Bywa los!

***

Ogródek

Mam swój prywatny
Mały ogródek
Pielęgnuje w nim
Wszelkie urazy
Motyczką rozdrapuję
Stare rany
Wyrywam kwiaty
Pielęgnuje chwasty

W moim ogródku
Zawsze świeci słońce
Nic nigdy nie będzie
Nikomu wybaczone

***

Śnieg

W blasku księżyca
Migocze śnieg
Musi być z minus
Dziesięć stopni

Chętnie bym przyćpał
Kilka ściech
Mroźnego pyłu
By wreszcie odżyć

Za długo chyba
Na jawie śnię
O cieple tropików
I zapachu forsy

***

Tęsknoty

To chyba tęsknota
Za tym miastem pozwala
Na nowo narodzić
Mi się dla świata

***

Bordo

Muchomora w kropki bordo
Żułbym zgrabnie
Kręcąc mordą

***

Oddech

Wyjdźcie stąd
Zróbcie trochę miejsca
Dajcie mi odetchnąć
I sam na sam wreszcie
Pobyć z tlenem

***

Poszukiwania

Ktokolwiek widział
Ktokolwiek wie
Gdzie jest moja
Serdeczna krew
Ta którą dałem
Wyszminkować usta
Swojej byłej

Czyje zdobi
Dziś policzki?

Gdzie jest oddech
Bo go tracę
Goniąc ciągle
Dzień wczorajszy?

***

Filozof

O kant dupy potłuc
Cały ten
Kamień filozoficzny

***

Pielgrzym

Jestem pielgrzymem
Który każdym krokiem
Płaci cenę
Za swe lenistwo
Bo nawet nie chce
Wyjąć mu się
Z buta kamieni

Ale na jakiej ścieżce!

***

Gilgotanie

Idę na dwór połaskotać
Nagie stopy pani wiosny
Co wystają jej spod kołdry
Śniegu, na pieszczotę słońca

***

Hej, Drogo!

Hej drogo, tyle już za nami
Może zamienimy się miejscami?
Hej drogo, bo cię kopnę w kamień
Teraz ja chciałbym biec kilometrami

***

Spojrzenie

Patrzę przed siebie
Ale nie widzę
Nic poza swoim spojrzeniem
Mój wzrok
Zasłania mi wszystko

***

Mona Lisa się Uśmiecha

Mona Lisa się uśmiecha
Czyżby do kosmatych myśli?
Może do materii sedna?
Przecież tchnął ją sam da Vinci

Oczy jej brązowe bacznie
Śledzą wszystkie moje ruchy
Z mroku nocnej wyobraźni
Która cała dziś jej płótnem

***

Przemijanie

Życie przemija bezustannie
W najdrobniejszych szczegółach
Spoglądam przez lupę na detale
I szukam wiary w cuda

Znajduje tylko dziejów patynę
Grynszpan oraz rdzę
Staram się chwytać chwilę
Ale opadają ręce!

***

Słoneczny Dzień

Słoneczny tak że pragnę żyć
Wiosenny dzień
Najlepszy jest na śmierć

***

Czekanie

Pogrywają czasem zegary
Przy pomocy wskazówek
Jak dwoje tenisowych graczy
Odbijają każdą sekundę

Grobową ciszę pieści tykanie
Tą samą ciszę, co kłamie jak z nut
Jako stały tej chwili bywalec
Wciąż czekam na cud

***

Zieleń Była Wszechobecna

Skoszonej trawy zapach
Łaskotał nasze gardła
Zachrypnięte od rozmów
O ładnych koleżankach
Poprzez korony drzew
Przemawiał wielki czerwiec
Zza otwartych okien
Długiego budynku szkoły
Kłócił się z nim dzwonek
Na ostatnią lekcję
W cieniu kłębili się uczniowie
I nikt nie wiedział jeszcze
Że niby w złoto ołów
Ten moment krzepnie
W reminiscencje

Przyszedł taki dzień że w pień
Wycięto prawie wszystkie drzewa
Zieleń była wszechobecna
Zostały mi już po niej
Tylko wiecznie zielone
Wspomnienia

Śmierć Stephena Hawkinga

Zmarł Stephen Hawking – fizyk teoretyczny, i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci świata nauki zaraz obok samego Einsteina. Hawking miał 21 lat, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego nieuleczalną chorobę neurodegeneracyjną – stwardnienie zanikowe boczne – i dali mu najwyżej 3 lata życia. Przeżył jeszcze ponad pół wieku; nie złamał go ani towarzyszący mu przez ostatnie trzy dekady paraliż niemal całego ciała, ani niemożność mówienia spowodowana uszkodzeniem strun głosowych na wskutek tracheotomii. Ze światem komunikował się za pomocą komputerowego syntezatora mowy; kontynuował również swoją pracę naukową.Śmierć Stephena Hawkinga (1)Z wypiekami na twarzy czytałem zarówno jego bestsellerową Krótką historię czasu, jak i wydany później z Leonardem Mlodinowem Wielki projekt. Popularnonaukowe prace Hawkinga (choć nie tak dobre, jak kilka innych pióra innych autorów, które przeczytałem później) stały się dla mnie początkiem nowej fascynacji – fascynacji strukturą rzeczywistości, fizyką kwantową, dylatacją czasu, czarnymi dziurami, Wielkim Wybuchem, multiwersum i osobliwościami. Pasja ta miała ogromny wpływ na formowanie się mojego ateistycznego światopoglądu.

Faktem jest, że masa naukowców przysłużyła się światu nauki bardziej, niż Stephen Hawking – także w sferze fizyki teoretycznej, którą eksplorował; że stał się symbolem geniuszu nie do końca słusznie – zważywszy na fakt, że wielu uczonych o ważniejszym dorobku naukowym jest przeciętnym zjadaczom chleba nieznanym tylko dlatego, że nie prowadzili spektakularnej potyczki z bezlitosną chorobą. Nie umniejsza to jednak wspaniałości jego osoby. Bo Hawking był kimś znacznie więcej, niż tylko wybitnym umysłem.

Hawkinga podziwiałem przede wszystkim za niesamowitą wolę walki z chorobą i szacunek wobec życia, który żywił na przekór swoim gigantycznym ograniczeniom. Człowiek ten przeżył swoje życie jako żywa legenda, i stał się dla mnie – wiem, że zabrzmi to patetycznie i nieco paradoksalnie, ale to prawda – ucieleśnieniem triumfu ducha nad materią. Sparaliżowany i zdany na pomoc innych, w swoim genialnym umyśle pozostawał bezgranicznie wolny, i badał tajemnice rzeczywistości w sposób niedostępny zwyczajnym śmiertelnikom. Stał się nie tylko ważną osobistością świata nauki, ale również inspiracją dla milionów ludzi na całym świecie. Chyba nikt nie udowodnił równie dobitnie, że każdy z nas odnaleźć może w sobie siłę do pokonania największych nawet życiowych problemów. Jeśli Hawking dał radę – wszyscy możemy. Wierzę, że gdyby nie jego niezwykła wola życia, ciekawość świata i oddanie nauce, nie przeżył by tak wielu lat.

Hawking poza tym, że był naukowcem i popularyzatorem nauki, był także wizjonerem; twierdził, że ludzkość chcąc przeżyć, musiała będzie dokonać eksploracji kosmosu, wskazywał również na zagrożenia, które przyniesie postęp technologiczny (przede wszystkim sztuczna inteligencja) i możliwość kontaktu z obcą kosmiczną cywilizacją. Jego autorytet był ogromny, i świat wysłuchiwał go z należytą powagą. Ci, którzy w jego słowach doszukują się paranoi, są, moim zdaniem, ogromnymi optymistami. Choćby Stanisław Lem był w swoich prognozach przyszłości znacznie dosadniejszy niż Hawking – i, uwierzcie mi, zapoznając się z jego argumentacją nie sposób mu się dziwić.

Słynny uczony przyszedł na świat w dzień urodzin Galileusza, zmarł zaś w międzynarodowy dzień liczby Pi i jednocześnie dzień urodzin Alberta Einsteina. Zważywszy na zagadnienia, którymi się zajmował, jest to koincydencja niezwykła.

***

Obrazek pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Przychodzi Jezus do Lekarza

Jak większość Polaków, wychowywałem się w katolickiej rodzinie i w czasach dzieciństwa niczym gąbka wodę wchłaniałem informacje o objawieniach, płaczących krwią figurkach matki Boskiej, opętaniach oraz, oczywiście, duchach. Istnienie świata nadprzyrodzonego i możliwość komunikacji z nim były dla mnie oczywistością; jednym z pośredników pomiędzy nim a ludzkością był facet, o którym dużo słyszałem na lekcjach religii – Jezus. Chodził po wodzie, zamieniał wodę w wino, wskrzeszał zmarłych i rozmawiał ze stworzycielem świata. To było coś!Przychodzi Jezus do Lekarza (1)Minęło sporo czasu, nim przestałem uważać Jezusa za Boga w ludzkiej skórze, i zrozumiałem, że miał wiele klasycznych objawów schizofrenii: słyszał głosy i rozmawiał z nimi, widział rzeczy których nie ma (halucynacje wzrokowe), uważał się za syna Bożego (urojenia wielkościowe), miał także silne przeświadczenie o zbliżającej się zagładzie świata (urojenia końca), itd. Był również nieprzystosowany społecznie, i wiódł życie niebieskiego ptaka (chorzy na schizofrenię często nie troszczą się o podstawowe potrzeby bytowe). Gdyby pojawił się w dzisiejszych czasach, w kraju cywilizowanym, z pewnością skończyłby w szpitalu psychiatrycznym na neuroleptykach.

Swoją drogą, obecnie Jezus jest jedną z postaci, za które najczęściej uważają się schizofrenicy cierpiący na urojenia wielkościowe. Swego czasu odbywałem hospitalizację w szpitalu psychiatrycznym, gdzie leczyłem się na depresję. Na jednej z sesji terapeutycznych psycholog opowiedziała nam niezwykle zabawne zdarzenie, które miało miejsce kilka lat wcześniej podczas prowadzonych przez nią zajęć. Na oddział trafił wtedy nowy pacjent, a zwyczaj nakazywał, żeby podczas terapii grupowej wstał i przedstawił się społeczności. Podniósł się z krzesła i oznajmił: – Nazywam się Jezus Chrystus! Natychmiast, jak rażony gromem, podniósł się inny pacjent, i powiedział wzburzonym głosem: – Nie! To ja jestem Jezus Chrystus, a ty masz schizofrenię paranoidalną! Po sali rozszedł się chichot (śmiali się również chorzy na schizofrenię, którzy na oddziale stanowili zdecydowaną większość). Powyższa historia – za jej autentyzm mogę ręczyć – najlepiej chyba obrazuje ”schizofreniczność” postaci samego Jezusa.

Istnieje w języku angielskim termin suicide by cop oznaczający w wolnym tłumaczeniu samobójstwo poprzez gliniarza. Chodzi o sytuację, w której człowiek chcący odebrać sobie życie prowokuje uzbrojonego stróża prawa do zastrzelenia go. Samobójca czyni to zazwyczaj, bo nie ma odwagi odebrać sobie życia samodzielnie (często czynią to również nakryci na gorącym uczynku przestępcy, wolący śmierć od osadzenia w areszcie). Można więc mówić o czymś, co zasługuje na miano samobójczej prowokacji, czy śmierci przez pełnomocnika.

Czegoś podobnego dokonał Chrystus – choć przyświecała mu kompletnie inna motywacja niż w przypadku wyżej wymienionych desperatów. Jezus był człowiekiem z poczuciem misji, wierzącym, że aby ją wykonać, ponieść będzie musiał męczeńską śmierć, umrzeć za sprawę, którą głosił. Wiara w to, że tak powinno być, warunkowała u niego zachowania, które do takiego właśnie końca jego życia miały doprowadzić. Jezus w pełni świadomie ignorował bowiem fakt, że głosząc się synem Bożym pozostaje w konflikcie z prawem, które doprowadzi do skazania i uśmiercenia go. Jest to zachowanie samobójcze; jeśli wejdę na autostradę, i będę szedł pod prąd rozpędzonych aut, wierząc, że pozwalając się rozjechać przyczynię się do zbawienia ludzkości, również będziemy mogli mówić o samobójstwie. Środki realizacji celu są różne, ale mechanizm pozostaje bez zmian.

Jestem przekonany, że wiara religijna znacznej części ludzkości oparta jest na urojeniach schizofrenika, który w tamtych czasach nie mógł liczyć na fachową pomoc psychiatryczną. Oczywiście, gdyby nie grupa cwaniaczków, którzy postanowili wykorzystać głoszone przez niego (bądź co bądź szlachetne) nauki do zdobycia władzy i dorobienia się, wiara w boskość Jezusa sczezła by w zarodku tak, jak multum innych wierzeń.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Z Prochu Powstałeś

Kilka dni temu zmarł mój wujek. Młodo – miał zaledwie 55 lat (podczas gdy jego matka, na chwilę obecną, przeżyła go o całe 30). Wykończył go rak płuc, spowodowany wieloletnim paleniem papierosów. Pocieszamy się tylko tym, że śmierć zabrała go, nim zaczął cierpieć na silne bóle, i że najbliższa rodzina – żona i dzieci – towarzyszyła mu zarówno w chorobie, jak i w chwili, gdy odchodził. A odszedł rankiem; minął się ze wstającym słońcem, ze wstającym dniem, do końca świadomy. W obliczu nieuchronnego pozostawał dzielny do samego końca.Z Prochu Powstałeś (1)Poszedłem na pogrzeb, jakżeby inaczej. Już dawno postanowiłem sobie, że mój ateizm nie stanie na przeszkodzie poważniejszym powinnościom rodzinnym (choć rodzinny z natury nie jestem niemal wcale, w szczególnych okolicznościach staję na wysokości zadania). Uczestniczyłem nawet czynnie w modlitwach – w myśl zasady, że kiedy wchodzi się między wrony, trzeba krakać, jak i one (tego nakazują zasady dobrego wychowania). Kiedyś i ja umrę, i niektórzy z tych ludzi, z którymi śpiewałem Dobry Jezu a Nasz Panie, zjawią się na moim pogrzebie – świeckim.

Byłem również w kaplicy. Gdy podszedłem do trumny i spojrzałem na ciało wujka, oblała mnie fala niesamowitości związana z tym, że człowiek, z którym jeszcze niedawno rozmawiałem, i którego wypełniało życie i psychika – świadomość, marzenia, wspomnienia – teraz jest pusty. Panującym zwyczajem dotknąłem nieboszczyka – najpierw objąłem dłonią jego twarz, potem oplecione różańcem ręce. Były zimne jak lód. Martwe ciało nie przeraża mnie, chociaż dotychczas miałem z nim bezpośredni kontakt tylko dwukrotnie; ono mnie tylko najbardziej w świecie zadziwia.

W kaplicy doszło niestety do bardzo nieprzyjemnego i groteskowego wydarzenia. Babka próbowała pochylić się do czoła zmarłego syna, by złożyć nań pożegnalny pocałunek, ale brakowało jej do tego zaledwie dwóch centymetrów. Ponawiała próbę kilkukrotnie, za ostatnim razem posuwając się do przekręcania jego głowy to w lewo, to w prawo. Moja matka (a zarazem jej córka) przywołała ją do porządku, i obie powróciły na ławkę. Siedząc, babka poprosiła ją, by użyczyła jej swojej torebki – chciała bowiem stanąć na niej i wtedy raz jeszcze spróbować pocałować ciało. Matka, całe szczęście, zdusiła ten absurdalny pomysł w zarodku.

Na cmentarzu doszło zaś do sytuacji surrealistycznej: jeden z czterech pracowników zakładu pogrzebowego, którzy nieśli trumnę, a potem spuszczali ją na linach do grobu, był niemal bliźniaczo podobny do zmarłego. Te same rysy twarzy, ta sama postura, nawet wąsik pod nosem miał taki sam. Patrzyłem, jak ów mężczyzna kręci się przy plombowanej pieczarze, i ponosiło mnie złudzenie, że jestem na pogrzebie kogoś innego, że wujek nie spoczywa w trumnie, ale kręci się obok niej.

I ja uroniłem kilka łez podczas mowy pożegnalnej na cmentarzu. Wcześniej – przez dwa dni, które minęły od zgonu do pogrzebu – nie czułem takiej potrzeby. Wujka żałowałem już wtedy, ale dopiero tam, stojąc w pobliżu pieczary, słuchając, jak pracownicy zakładu pogrzebowego szpachlują cementem jej betonowe wieka, dotarło do mnie, że nigdy więcej nie zobaczę tego człowieka i uśmiechu na jego zmęczonej życiem twarzy. Nie byłem z nim związany bardzo intymną więzią, ale lubiłem go i szanowałem. Był dobrym wujkiem. Czasem nawet jeździliśmy razem na grzyby.

I tak oto kończy się ludzka wędrówka: nasza świadomość gaśnie, a atomy, z których składało się nasze ciało, wracają do obiegu w naturze. Rozpierzchną się po świecie, i któż może wiedzieć, gdzie dałoby się odnaleźć je za kilka lat?

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Dom do Góry Nogami

Przystępując do pisania tego tekstu, czuję się tak, jak zapewne czują się osoby rozprawiające się w sposób naukowy z teoriami płaskoziemców. Jestem z jednej strony dość zażenowany, ale z drugiej czuję powinność zabrania głosu. Nawet jeśli biorę poprawkę na to, co napisał kiedyś Fryderyk Nietzsche: W co bez dowodu uwierzyli, jakże można by dowodem obalić? Zabawmy się jednak w eksperyment myślowy: weźmy na poważnie Starotestamentową historię upadku człowieka – fundament wiary katolickiej – i przeanalizujmy jej sensowność.Hendrick Goltzius - The Fall of ManBóg stwarza człowieka na swoje podobieństwo i osadza go w raju. Człowiek popełnia grzech, za który zostaje z tego raju wydalony. Odtąd wszystkie pokolenia ludzkości czeka życie w świecie przepełnionym złem, a na końcu – śmierć. Historia tutaj przedstawiona jest dla wierzącego niezwykle istotna, ponieważ wyjaśniać ma obecność zła na świecie i to, czemu Bóg nie komunikuje się z człowiekiem w sposób bezpośredni. Ma tłumaczyć – ale nie tłumaczy, a tylko mydli oczy.

Wszechmocny Bóg mógł stworzyć człowieka doskonałego od razu. Stworzył go jednak grzesznego, i człowiek zgodnie z tak przydaną mu przez Boga naturą zgrzeszył, czym rzekomo zasłużył sobie na wygnanie z raju. Nie sposób jednak obarczać gotowego produktu winą za jego wadę fabryczną – wina ta spoczywa na twórcy tego wytworu. Jeśli kupię radio, i okaże się zepsute, nie będę winił za to radia, tylko jego producenta. Jeśli Bóg tworzy człowieka podatnym na pokusę, i oferuje mu życie wieczne w towarzystwie tej pokusy, jest rzeczą oczywistą, że człowiek prędzej czy później jej ulegnie. Powiem więcej: Bóg powiedział słynne Idźcie i rozmnażajcie się, zanim ludzie odkryli swoją seksualność. Oznacza to, że Adam i Ewa mogli zaludnić raj dowolną liczbą potomków, zwiększając tym samym szansę swojego upadku (szansa, że ktoś skusi się na zakazany owoc wzrasta tylokrotnie, ilu ludzi ma do niego dostęp). Biblijny człowiek był więc odgórnie skazany na upadek.

Już słyszę, jak wierzący podnosi nowy argument: ale Bóg stwarzając człowieka obdarzył go najwspanialszą rzeczą na świecie – wolną wolą, a człowiek ten dar obrócił przeciwko sobie! Po pierwsze, jak już się rzekło, jeśli człowiek to zrobił, to działał w sposób odpowiadający danemu mu przez Stwórcę usposobieniu. Po drugie, argument wolnej woli nie ma najmniejszego sensu z uwagi na to, iż człowiek wierzy, że gdy umrze i trafi do raju, będzie tejże wolnej woli pozbawiony – przez całą wieczność (i to w nagrodę za bycie dobrym człowiekiem!). Nie będzie miał innego wyboru, jak tylko trwać we wiecznej szczęśliwości i harmonii z Bogiem oraz całym stworzeniem. A po co miałby chcieć robić w takich warunkach cokolwiek złego? – zapyta człowiek wierzący. A to czemu Bóg nie stworzył mu takich warunków od razu, z miejsca pozbawiając go owej wspaniałej cechy, bez której i tak przyjdzie mu spędzić wieczność? – odpowiem pytaniem. W tym samym miejscu wygasa też argument wierzących, że zło musi istnieć, by istniało dobro – wierzą bowiem, że w świecie pozagrobowym istnieje kraina wiecznej radości tegoż zła pozbawiona. Założenia, jakoby Bóg musiał poddać ludzi próbie życia na ziemskim padole, by sprawdzić, którzy z nich zasługują na życie wieczne w raju, wobec wyżej powiedzianego nie sposób traktować poważnie.

A jeśli traktować historię o stworzeniu w sposób symboliczny, jak zresztą czyni to wielu wierzących? Cóż: można i tak. Trzeba jednak pamiętać o podstawowej idei tej opowieści: na świecie istnieje zło i śmierć, a Bóg nie przechadza się wśród ludzi właśnie dlatego, że człowiek okazał się go niegodny – a okazał się go niegodnym, bo takim właśnie stworzył go sam Bóg! Na idei grzechu pierworodnego osadza się zresztą cały katolicyzm: Jezus został zesłany wśród ludzi właśnie po to, by odkupić grzechy człowieka, który upadł, i ustanowił sakrament chrztu, który ma moc zmazania grzechu Adama i Ewy. Dopiero ten, kto przeszedł chrzest, może mówić o sobie jako o katoliku. Dlatego właśnie nie można być katolikiem nie wyznając przy tym rzeczonej idei; idei absurdalnej, pełnej jaskrawych logicznych sprzeczności, wprost koślawej, bez której religia ta nie miałaby podstaw i racji bytu.

Katolicyzm przypomina dom zbudowany do góry nogami (bokami). Jest to budowla archaiczna i ze wszech miar karkołomna, wypełniona labiryntem kończących się ślepo korytarzy i oknami, w których ramach zamiast szyb z widokiem na prawdę o świecie znajduje się mur dogmatu. Jest tam jednak jednocześnie bardzo bezpiecznie i przytulnie, dlatego też nie brak ludzi, którzy zechcieli się w niej zadomowić; tym bardziej, że dla większości z nich stanowi ona swego rodzaju dom rodzinny.

***

Grafika przedstawia obraz Hendricka Goltziusa pt. ”Upadek Człowieka”.

Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada

Teologowie podnoszą czasami argument, jakoby sam fakt, że człowiek poszukuje istoty wyższej, świadczył o tym, że takowa istnieje; że człowiek ma zaszczepioną przez Stwórcę potrzebę poszukiwania i odnalezienia go. Mam na ten temat nieco inną teorię: wiara i jej poszukiwanie nie ma charakteru nadnaturalnego a jest psychologicznym mechanizmem, zaś człowiek wierzy w swoją religię najczęściej dlatego, że został w niej wychowany. Oczywiście, nie wszyscy wierzący zaliczają się do tego grona. Z moich obserwacji wynika jednak, że jest to lwia część.Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada (1)Niewiele wiadomo na temat religii prehistorycznych. Można tylko domyślać się, że człowiek tamtych epok potrzebował uniwersalnego wytłumaczenia niezrozumiałych dla niego zjawisk, że żywił ogromny lęk i podziw wobec sił natury, i spersonifikował je, by zyskać poczucie łączności z nimi oraz poczucie wpływu na ich działania. Bez trudu wyobrażam sobie, że zastraszonemu prymitywowi przyjemniej spędzało się czas w jaskini kiedy wierzył, że z szalejącą na zewnątrz burzą można się jakoś dogadać. Tym bardziej, kiedy jedyną alternatywą pozostawało słuchanie kropel skapujących ze stalaktytów do kałuży.

Ewoluując ludzie doszli do słusznego wniosku, że lepiej żyje się w stadzie niż osobno. Wierzenia religijne podzielane przez członków stada stały się spoiwem społecznym. Grupa ludzi, która wyznaje jeden zbiór zasad postępowania (nawet bardzo prymitywny), i która surowo karze odstępstwa od nich, ma wszak o wiele większe szanse na przetrwanie, niż ta, która takich zasad nie posiada. Oczywiście, zawsze znalazł się jakiś cwaniaczek, który w takiej grupie wysuwał się jako szaman. Była to najbardziej uprzywilejowana pozycja, i dla podtrzymania jej zmuszony był snuć wizje łączności z bóstwem, podtrzymując wierzenie i rozwijać je. Inna sprawa, że obrzędom szamańskim nierzadko towarzyszyło spożywanie halucynogennych grzybów, które wprawiały go w stan ekstazy. Wyobrażacie sobie budowanie religii na podstawie tripu kumpla, który naćpał się kwasem kupionym od podejrzanego dilera? No właśnie. Też wydaje mi się, że nie brzmi to najlepiej. Ale co zrobić, takie były czasy!

Mało która osoba wierząca bierze pod uwagę fakt, że gdyby urodziła się w innej kulturze, w rodzinie o odmiennej tradycji religijnej, wyznawałaby wiarę inną, niż wyznaje obecnie. Konwersje na inną religię są niezwykłą rzadkością – niemal wszyscy wyznawcy tkwią w okowach wierzeń, które zaszczepili w nich rodzice. Jest to bardzo wygodne, gdyż często zwalnia wierzącego od brzemienia samodzielnego myślenia – człowiek taki wierzy bezrefleksyjnie, jest bowiem głęboko przekonany, że skoro tyle osób na świecie wierzy w to samo, co on, to nie mogą się oni mylić. Przecież większość musi mieć rację. Liczebność wyznawców potwierdza w jego oczach słuszność wyznania. Jeśli jest ich miliard – miliard razy. A że są miliardy osób wierzących w inną religię? No cóż, skoro aż tyle osób tkwi w błędzie, to musi to być błąd tysiąclecia!

Osoby, które przyszły na świat w rodzinie katolickiej, i wychowywały się w jej wierze, od dzieciństwa przesiąkały wiarą w istnienie piekła – stanu wiecznego potępienia, które czekać miałoby po śmierci na ludzi niewierzących i skrajnie niegodziwych. Strach przed tym przerażającym miejscem zakorzenia się w młodej, nieukształtowanej jeszcze psychice na tyle głęboko, że wyzwolenie się z niego przychodzi z trudem nawet osobom, które nauka skłania ku ateizmowi. Jestem głęboko przekonany o tym, że indoktrynacja religijna dzieci jest oczywistym praniem mózgu, że skrzywia myślenie człowieka nierzadko na całe życie i że powinna zostać zakazana prawnie. Wolność wyznania powinna pozostać, ale jego wyboru powinien dokonywać człowiek dorosły, wolny od zaszczepianych mu w dzieciństwie wierzeń.

Ze wszystkich lęków, jakie drzemią w człowieku, najsilniejszy jest jednak lęk przed śmiercią. Istota ludzka odczuwa ogromny dyskomfort na samą myśl o tym, że kiedyś będzie musiała zniknąć z tego świata, pozostawiając na nim wszystko to, czego się dorobiła, i wszystkich swoich bliskich. Wiara w wieczne życie pośmiertne, w raj, daje pewność, że wszelkie cierpienia zostaną człowiekowi wynagrodzone w sposób nieskończenie szczodry – co daje poczucie komfortu. No bo czymże jest niebiańska wieczność na tle jednego marnego żywota? Przecież nawet sto lat urlopu za jeden dzień pracy to (z matematycznego punktu widzenia) nic w porównaniu z tym. Wystarczy uwierzyć (to jeszcze nic nie kosztuje), a potem, dla podtrzymania tej wiary i swojego poczucia zaangażowania w jej sprawę, chodzić do kościoła i dawać na tace.

Równie wielką ulgę człowiek wierzący odczuwa na myśl o tym, że w każdej chwili może zwrócić się poprzez modlitwę do istoty, która skłonna jest wysłuchać go i zaopiekować się nim. Oczywiście, nawet jeśli modlitwa nie zostanie wysłuchana, wierzący zachowa spokój – w końcu na lekcjach religii poinformowano go, że Bóg często działa dla naszego dobra w sposób dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały. Wierzący chce ułatwić tak dobremu Bogu zadanie jak najbardziej, więc zawierza mu ślepo, w czym zresztą dopatruje się swej cnoty. Dla mnie Bóg który bezpośrednio nie komunikuje się z człowiekiem to wymyślony przyjaciel, Fiś.

Zdarzają się przypadki nawróceń. Oto, pewnego dnia, w Boga zaczyna wierzyć przestępca, alkoholik, prostytutka. Zwracają się oni do Stwórcy, i ponieważ polepsza się wskutek tego ich funkcjonowanie, wierzą, że stoi za tym jego ingerencja – więc wierzą jeszcze bardziej! Otóż, jest to błędne koło. Fakt, że modlitwa przynosi ulgę, nie potwierdza w żaden sposób istnienia domniemanego źródła tej ulgi. Dla mnie jest to psychologiczny efekt placebo; modlitwa niewiele różni się od łykania przez chorego witaminy C z przekonaniem, że to cudowny lek – co czasami rzeczywiście mu pomaga, ale co nie znaczy, że witamina C rzeczywiście okazała się niebiańskim medykamentem.

Niektórzy ludzie wierzący zastanawiają się, po co człowiek miałby być dobry, gdyby nie było Boga? To szokujące, ale wielu z nich nie widzi w tym pytaniu absolutnie niczego dziwnego! Zakładam optymistycznie, że żaden z nich nie rozpatruje w ten sposób zagadnienia, dlaczego w takim razie (skoro Bóg nie istnieje) miałby odmówić sobie gwałtu na ślicznym dziewczęciu, które widuje codziennie w autobusie jadąc do pracy; że to pytanie ogranicza się do kwestii drobnych nikczemności, takich jak ułatwianie sobie życia kłamstwem, kradzież paczki chrupek w markecie, porysowanie nielubianemu sąsiadowi lakieru na samochodzie tudzież zbluzganie kumpla za podrywanie dziewczyny. Dlaczego więc być dobrym, skoro Boga nie ma? Z szacunku do człowieka oczywiście. Z pragnienia, by na świecie po którym chodzą nasi bliscy, było jak najmniej chamstwa i patologii. By wszystkim żyło się lepiej, bezpiecznej. Bo każdy zły uczynek infekuje skrzywdzonego złem, i mści się na świecie ze zwielokrotnioną mocą.

Z przykrością muszę stwierdzić, że ten, któremu taka argumentacja wydaje się niewystarczająca, jest człowiekiem obłudnym. Dobro praktykowane z chęci zdobycia wiecznej nagrody od Boga warte jest tyle, ile pomaganie świeżo zatrudnionemu pracownikowi, by podlizać się szefowi i zyskać awans: skutkuje wprawdzie dobrem firmy, ale nie daje instruującemu żółtodzioba podstawy do myślenia o sobie we wzniosłych kategoriach, chodziło wszak o zwyczajne (a w przypadku tła religijnego o metafizyczne) lizodupstwo. A co z unikaniem czynienia zła z obawy przed wiecznym potępieniem, zapytacie? Odpowiem pytaniem: czy pedofil, który nie zgwałcił dziecka dlatego tylko, że bał się piekła, staje się przez to człowiekiem szlachetnym? No chyba nie… Choć oczywiście dobrze, jeśli to go powstrzymało. Nie zrozumcie mnie źle, każdy powód jest jednakowo dobry, by czynić dobro, ale jeśli czyni się je ze strachu przed wieczystym potępieniem w jeziorze ognia i siarki, raczej nie powinno dawać mu to powodu do zdrowej dumy. A kim staje się człowiek bez niej? Oczywiście, można być człowiekiem wierzącym i pomagać bliźnim bezinteresownie, co jest już chwalebne.

To, co dzieje się na świecie, wprawia w przerażenie. Klęski żywiołowe, wojny, ludobójstwa, epidemie, terroryzm, itd. Człowiek stojący naprzeciwko bezbrzeżnego cierpienia ludzkości usilnie stara się znaleźć jakieś jego racjonalne wyjaśnienie, by być w stanie w takiej rzeczywistości funkcjonować. I tutaj znowu w sukurs przychodzi Bóg, który jest miłością, działa dla naszego dobra w sposób niepojęty, i nie ma takiego zła, którego z czasem nie obróciłby na korzyść naszej duszy. Wystarczy wziąć parę szybkich i głębokich oddechów, a potem zawierzyć mu. Zawierzyć ślepo – bo przecież nawet Biblia w żaden sensowny sposób nie tłumaczy tego, dlaczego taki hipotetyczny Bóg dopuszcza istnienie zła na świecie (pomińmy historię Hioba i bajeczkę o Adamie i Ewie, które to historyjki najzwyczajniej w świecie obrażają ludzką inteligencję). Pocieszająca jest perspektywa, że wszelkie niegodziwości tego świata zostaną sprawiedliwie osądzone, i że nie trzeba samemu brudzić sobie rąk, wyrównywać rachunków. Że bycie uciskanym w gruncie rzeczy nie jest takie złe, skoro można obrócić je na swoją korzyść poprzez zawierzenie Bogu.

Także pytanie o to, jak powstał wszechświat w którym żyjemy, skłania większość ludzi do wiary w inteligentną siłę sprawczą. Naukowcy mają swoje teorie i hipotezy tłumaczące sposób, w jaki kosmos mógł wyłonić się z nicości, ale prezentują one poziom abstrakcji, który uniemożliwia przeciętnemu człowiekowi zrozumienie ich i – co za tym idzie – ich ewentualną akceptację. Nawet ci z nas, który ni w ząb nie rozumieją paplaniny fizyków wiedzą jednak, że u zarania wszystkiego stał jakiś twórczy potencjał, i mogą na własną rękę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bardziej prawdopodobne wydaje im się, że ten potencjał posiadał świadomość, czy też że był bezosobowy. Niektórym taka odpowiedź, oparta na intuicji, siłą rzeczy musi wystarczyć. Że większość ludzi wybierze wiarę w inteligentną siłę sprawczą – nie dziwi mnie ani trochę; człowiek truchleje na samą myśl o tym, że jest wypadkową ewolucji, i stanowi twór nieskończenie mały w stosunku do kosmosu, a jedynym lekarstwem na pozbycie się tej niewygodnej perspektywy jest właśnie wiara w to, że powołał nas do życia miłościwy Demiurg, a nie obojętne na wszystko, bezrozumne siły natury.

Wiele osób opiera swoją wiarę na bardzo subtelnych i subiektywnych odczuciach, które określają mianem religijnych. Może to być poczucie, że ktoś ze zmarłych bliskich w jakiś sposób niesie im pomoc lub komunikuje się z nimi poprzez sny. Czasami do wiary skłania także szczęśliwy zbieg okoliczności, na wskutek którego dany człowiek unika nieszczęścia, w czym upatruje działania opatrzności (co jest o tyle niefortunne, że choćby los milionów żydów gazowanych w komorach obozów zagłady stanowi istnienia tej samej opatrzności jaskrawe zaprzeczenie). Może to być też doświadczenie ekstremalne, np. śmierci klinicznej albo cokolwiek innego, w czym doświadczający w jakiś sposób dostrzega metafizyczną głębię. Zazwyczaj są to wrażenia tak sugestywne, że zdają się doznającemu ich przebłyskiem jedności z Bogiem. Ludzie tacy zazwyczaj twierdzą również, że skoro doświadczenie wiary pozwoliło im godnie przejść przez życie, że skoro okazało się one wystarczające, skrojone jakby na miarę tego życia – to wiara ta była słuszna. Jak polemizować z tymi doświadczeniami? Cóż: to, co ludzie wierzący nazywają religijną metafizyką, ja nazywam po prostu psychologią.

Psychologiczna potrzeba wiary jest tak silna, że zwycięża nawet umysły osób, które w każdej innej sferze życia wykazują się krystalicznym racjonalizmem. Zdarza się nawet, że choć wierzący postrzega swą wiarę jako stojącą w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, to jednak uważa, że rozbieżność ta świadczy właśnie na korzyść wiary – bo przecież skoro mimo wszystko wierzy, to musi być to łaska Boża, a nie jakaś tam naiwność wypływająca z ludzkiej ułomności! Taki tok rozumowania wykazują na przykład naukowcy wśród duchowieństwa.

Rodzi się pytanie: skoro wiara jest taka dobra, taka wygodna, skoro sprawia, że człowiekowi żyje i umiera się łatwiej, to dlaczego ateiści tak ją krytykują? Odpowiedź jest banalnie prosta: według nas wiara religijna przedstawia zafałszowany obraz rzeczywistości, oferuje życie w słodkim kłamstwie i angażuje wyznawcę w finansowanie kościelnej mafii rozrastających się w obrębie tejże wiary. Wiara jest jak sztuczny miód, ateizm zaś jak gorzka czekolada. Nie będę nikomu mówił, co ma pić, ale chętnie poczęstuję każdego swoim przysmakiem.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.