Archiwa miesięczne: Listopad 2017

Stanisław Lem – ”Eden”

Stanisław Lem - ''Eden''Podróżująca rakietą grupa astronautów rozbija się na planecie Eden. Na szczęście wszyscy przeżywają katastrofę, a wehikuł okazuje się uszkodzony w stopniu umożliwiającym naprawę. Ta wymaga jednak czasu, podróżnicy zmuszeni są więc zorganizować sobie przestrzeń życiową. Wiedzeni potrzebą znalezienia wody oraz zwyczajną ludzką ciekawością wyruszają w głąb planety. Ta okazuje się być zamieszkana przez inteligentne formy życia, i skrywać wiele tajemnic.

Motywem przewodnim powieści jest interakcja człowieka z obcą, kosmiczną cywilizacją. W miarę, jak astronauci rozwiązują kolejne sekrety Edenu, położenie jego mieszkańców maluje im się w coraz bardziej ponurych barwach. Emocje skłaniają ich do interwencji w ich strukturę społeczną, rozsądek jednak odwodzi ich od niej, podpowiadając, by nie oceniać ludzką miarą spraw, które nabierały kształtu z dala od ludzkości. Pytanie o to, czy obce sobie cywilizacje posiadać mogą wspólne wartości, oraz czy są w stanie uszczęśliwiać się nawzajem, odbija się na stronach powieści szerokim echem.

Ważkim problemem, który pojawia się w ”Edenie” jest także (aktualna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej) kwestia biotechnologii – tego, jakie mogą być skutki stosowania jej do ulepszenia złożonych i inteligentnych form życia. Jest to droga ku zgubie, czy też wyjście lepszemu jutru na przywitanie z szeroko otwartymi ramionami? Poszukiwanie odpowiedzi wraz z bohaterami jest rzeczą bardzo przyjemną. Natykają się na wiele niebezpieczeństw, przeżywają liczne i bardzo ekscytujące przygody. Osobiście w ”Edenie” widzę powieść przygodową z solidnym tłem filozoficznym, choć pobrzmiewają w niej także inne gatunki literackie: sensacja, kryminał, a nawet horror.

Bardzo powiodło się Lemowi stworzenie gęstej atmosfery świata nieprzyjaznego człowiekowi w swej obcości, dziwności i tajemniczości. Podczas czytania nieustannie towarzyszyło mi delikatne poczucie zagrożenia oraz intensywna ciekawość tego, co wydarzy się dalej. Podczas przerwy w czytaniu nie raz snułem w wyobraźni potencjalne rozwiązania rozmaitych wątków.

Niestety, ”Eden” posiada kilka bardzo istotnych wad. Postaci są nie tyle nawet pozbawione głębi, co po prostu płaskie i zwyczajnie nie sposób się z nimi zżyć (wyjątek stanowią osoby chłodnego racjonalisty Inżyniera, oraz poczciwego i dobrodusznego Doktora), akcja początkowo toczy się dość topornie, a inteligentni mieszkańcy planety mają absurdalną i groteskową, komiczną wręcz fizjonomię. Także dialogi wypadają na ogół drętwo, sztucznie, jakby wypowiadały je roboty (pardon, już Trurl i Kalpaucjusz, mechaniczni bohaterowie ”Cyberiady”, mieli w sobie znacznie więcej życia i ludzkiej charyzmy niż cała ta grupka kosmonautów razem wzięta). Największą bolączkę książki stanowią jednak długie, acz niezbyt przemawiające do wyobraźni – bo i zbyt zawiłe – opisy. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że odmalowywanie słowami środowiska obcej planety oraz zachodzących na niej zjawisk siłą rzeczy jest wyzwaniem bardzo trudnym. Przeczytałem jednak wystarczającą ilość dzieł Lema, by wiedzieć, że potrafi on tego dokonać – wizualizować czytelnikowi rzeczy niesłychane i cuda-niewidy. Niestety, w przypadku ”Edenu” pisarz najzwyczajniej w świecie nie stanął na wysokości zadania. Rzecz wymagała ogromnego doświadczenia pisarskiego, którego wtedy jeszcze nie posiadał.

Czytanie ”Edenu” początkowo wymaga od czytelnika sporej dozy samozaparcia; jeśli jednak wykaże się nim, powieść odsłoni przed nim swoje – naprawdę nieliche – walory. Warto przeczytać ją dla przeżycia niezwykłej przygody i dla wejścia na drogę pytania o nasze – ludzi – miejsce we Wszechświecie jako potencjalnym zbiorowisku niezwykłych społeczności.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Reklamy

Stanisław Lem – ”Niezwyciężony”

Stanisław Lem - ''Niezwyciężony''Na pustynną planetę Regis III przybywa statek kosmiczny Niezwyciężony. Jego załoga ma za zadanie ustalić, co stało się z krążownikiem Kondor, który wylądował tam kilka miesięcy wcześniej, ale przepadł bez wieści. Astronauci wyruszają na poszukiwania; podczas ekspedycji natrafiają na dziwaczne struktury przypominające ruiny miasta, dokonują też niepokojącego ustalenia, że z jakiegoś powodu życie na planecie rozwija się wyłącznie w oceanie. Wkrótce udaje im się też odnaleźć zaginiony statek. Niestety, okazuje się, że cała jego załoga zginęła, uprzednio pogrążając się w dziwacznym szaleństwie. Ziemianie badają planetę, by ustalić, co doprowadziło do tragedii.

Jednym z największych walorów ”Niezwyciężonego” jest perfekcyjnie stopniowane napięcie. Powieść od samego początku spowija aura niepokojącej tajemnicy, która szybko przechodzi w poczucie zagrożenia, zaszczucia wręcz cichą obecnością agresora – na początku niezidentyfikowanego, potem co prawda znanego, ale już przerażająco nieludzkiego i zabójczego. Koncepcja Obcego wzbudziła we mnie zachwyt – jest bardzo oryginalna, pozbawiona jakiejkolwiek pokraczności i przedstawiona w sposób mistrzowski.

Największą bolączką powieści jest dość płytki psychologizm postaci. Są one niemal doszczętnie wyprane z ziemskiej przeszłości i posiadają słabo zarysowane osobowości oraz (poza trzema wyjątkami) motywacje. Relacje pomiędzy nimi – nie licząc więzi łączącej głównego bohatera, nawigatora Rohana z dowódcą Horpachem – także są znikome, zarysowane ledwo-ledwo, jakby z czystego przymusu. Nie polubiłem ani nie zżyłem się z żadnym z bohaterów powieści, jakkolwiek od początku do niemal końca kibicowałem ich gromadnym poczynaniom.

Tutaj rodzi się pewne pytanie: mianowicie, jakim konkretnie poczynaniom człowieka kibicowałem, i co mówi to o mnie samym? Roszczeniowej postawie, która zakłada, że skoro człowiek osiągnął tak wysoki postęp, że dotarł na inną planetę, to należy mu się panowanie nad nią? Bezsensownej, bo wynikającej tylko z zacietrzewienia i agresji zemście? Tak. Wstyd przyznać, ale przez długi czas tak właśnie było. Chwila opamiętania nadeszła dopiero później, kiedy wraz z bohaterami zabrnąłem w tą kosmiczną kabałę zbyt daleko, by wycofać się z niej z godnością.

Warstwa filozoficzna ”Niezwyciężonego” nie jest tak rozbudowana jak w większości najlepszych utworów Lema, ale i tutaj padają (choć bardziej między wierszami) istotne pytania. Tym razem kwestia dotyczy tego, czy człowiek jest w stanie zaoferować cokolwiek innym cywilizacjom i światom, czy też potrafi tylko eksploatować je dla własnych korzyści? Odpowiedzi domaga się również pytanie o to, czy miejsce człowieka rzeczywiście jest wszędzie tam, gdzie dotrze, i gdzie będzie w stanie osiągnąć dominację, oraz czy warto przeprowadzać takie siłowe podboje za cenę człowieczeństwa.

Lem napisał ”Niezwyciężonego” językiem pozbawionym większej kwiecistości, dość konkretnym, chwilami może nawet nieco suchym. Wyszło to jednak utworowi na dobre – pasuje bowiem jak ulał do wartkiej akcji. Ponieważ ta rozgrywa się na planecie pustynnej, nie ma również zbyt wielu spowalniających ją, nadmiernie rozbudowanych opisów przyrody. Specjalistyczne terminy, których jest tutaj całkiem sporo, początkowo mogą drażnić czytelnika pozbawionego obejścia z SF, ale po kilkunastu stronach idzie się do nich przyzwyczaić.

”Niezwyciężony” to sensacyjny dreszczowiec SF. Z całą pewnością nie jest lekturą lekką, ale za to bardzo przyjemną. Wprost nie sposób się od niej oderwać, a gdy już się kończy, pozostawia po sobie ogromny niedosyt. Jest to jednocześnie jedna z książek Mistrza, która świetnie nadaje się do rozpoczęcia przygody z jego twórczością.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Kongres Futurologiczny”; ”Opowiadania Ijona Tichego”

Stanisław Lem - ''Kongres Futurologiczny''; ''Opowiadania Ijona Tichego''Bliżej niesprecyzowana, niedaleka przyszłość. Ijon Tichy, galaktyczny globetrotter, dostaje zaproszenie na odbywający się w Costaricanie Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny. Spotkanie to, zrzeszające najtęższe umysły świata, służy debacie nad największymi problemami ludzkości: przeludnieniem i niestabilnością polityczną. Niestety, w trakcie posiedzenia dochodzi do wybuchu wojny domowej. Tichy, wraz z grupą ludzi, kryje się w kanałach. Użyte do zgaszenia buntu substancje halucynogenne docierają tam i wprawiają bohatera w szereg niezwykłych wizji. Ujrzy w nich ponury świat przyszłości, w którym szczęście społeczeństwa całkowicie uzależnione jest od aplikowanych mu substancji chemicznych.

Zacznijmy od tego, że ”Kongres Futurologiczny” jest chyba najzabawniejszą ze wszystkich książek Lema. Podczas lektury masę razy łapałem się na uśmiechu, kilka razy zdarzyło mi się nawet (rzecz w moim przypadku nader rzadka) zarechotać w głos. Ale humor ten, choć pierwszorzędny, jest dość specyficzny: ma głównie zabarwienie wisielcze i (to przede wszystkim) groteskowe, toteż nie każdemu przypadnie do gustu. Rodzynkami w tym pysznym cieście są natomiast błyskotliwe i dowcipne neologizmy, które Lem stworzył na potrzebę nazwania całej masy wpływających na świadomość ludzką preparatów chemicznych oraz zjawisk, żeby wymienić chociaż dwułagodek dobruchanu i psywilizację (cywilizacja, której funkcjonowanie oparte jest na środkach psychoaktywnych).

Największym fenomenem ”Kongresu Futurologicznego” jest jednak to, że za fikuśnie powiewającą zasłoną dowcipu skrywa prawdziwie druzgocące przesłanie. Wizja społeczeństwa, które ogłupia się iluzją (i które pozwala się ogłupiać z pocałowaniem ręki) by uczynić jego egzystencję znośną, jest nam, ludziom XXI wieku bliższa, niż początkowo można by sądzić. Ile czasu pozostawia ludzkość każdego dnia na kanapie, przed telewizorem, oglądając bezwartościowe programy? Ile antydepresantów, narkotyków i alkoholu zażywa się dziennie, by znieczulić się na troski? Potrzeba ucieczki od twardej rzeczywistości życia codziennego staje się jedną z największych potrzeb cywilizacyjnych, a nauka (w tym również farmakologia) każdego dnia przynosi nowe odkrycia, toteż pesymistyczna wizja Lema wydaje się tylko urealniać – choć oczywiście w najmniejszym stopniu nie wierzę, by kiedykolwiek zdołała ziścić się całkowicie i w tej właśnie formie, którą zaproponował pisarz (przy czym jej przejaskrawienie wydaje mi się zabiegiem celowym).

”Kongres Futurologiczny” posiada w moim odczuciu jedną tylko wadę: niektóre wydarzenia rozgrywające się w początkowych partiach utworu opisane zostały w sposób dość chaotyczny; akcja pędzi na łeb, na szyję, wymykając się plastycznemu opisowi, przy czym wzbudza u czytelnika dezorientację. Sam kilkukrotnie, pomimo uważnej lektury, musiałem cofać się o stronę wstecz, by upewnić się, że dobrze zrozumiałem jej treść.

W tomie znajduje się również pakiet opowiadań, których bohaterem jest Tichy, a które w niniejszej edycji dzieł zebranych Lema nie weszły w skład ”Dzienników Gwiazdowych”. Nasz bohater odwiedza w nich szpital dla umysłowo chorych robotów, laboratorium szalonego naukowca (utwór ten posiada tajemnicze i niepokojące zakończenie na modłę Lovecraftowską!), i planetę, której społeczności by utrzymać stabilizację, zmuszone są podtrzymywać przy życiu zagrażającego im smoka. Utwory te utrzymane są w groteskowym i humorystycznym tonie ”Kongresu…”, i tak jak on skłaniają do refleksji.

Gorąco polecam książkę wszystkim miłośnikom Lema i wielbicielom groteski. Ten utwór to literacka jazda bez trzymanki prosto w ślepy zaułek przyszłości. Po tym, jak pozbieracie się po kolizji z nim, z pewnością zechcecie przeżyć ją raz jeszcze.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Wojciech Gunia – ”Nie Ma Wędrowca”

Wojciech Gunia - ''Nie Ma Wędrowca''Młody mężczyzna zatrudnia się jako stróż nocny w położonym na uboczu tartaku zwanym Bazą. Szybko odkrywa, że miejsce to kryje w sobie intrygującą tajemnicę. Usiłuje ją rozwikłać; doskonałym punktem zaczepienia okazuje się osoba poprzedniego dozorcy, zmarłego kilka lat wcześniej Roszczuka, który wciąż żyje we wspomnieniach pracowników tartaku i swojego przyjaciela, miejscowego księdza.

Surowy klimaty odludzia trawionego przez srogą zimę zniewala już od pierwszych stron. Potem jest już tylko lepiej: w powieści roi się od malowniczych i nastrojowych opisów miejsc i pogody (śnieżyce i roztopy, mrozy). Niemal czuć ziąb ciągnący spomiędzy kartek jak od nieszczelnego okna zimą. Atmosferę zagęszcza dodatkowo odosobnienie głównego bohatera i jego dziwaczna anonimowość.

Bolączką debiutu Guni były niekiedy drętwe rozmowy bohaterów jego opowiadań. W ”Nie Ma Wędrowca” dialogów jest dużo, i wszystkie brzmią naturalnie. Naturalnie do bólu, można by powiedzieć, gdyż język prostych ludzi pracy okraszony jest tak typowym dla nich wulgarnym słownictwem. Rozmowy te uwiarygadniają realia Bazy w równym stopniu, co wspomniane wcześniej opisy przyrody.

Fabuła podszyta jest solidną warstwą filozoficzną. Pojawiają się w niej pytania (a także próby odpowiedzi) o sens cierpienia, istotę bytu i tożsamości, istnienie Boga, itd. Zagadnienia są więc równie ważkie, co ciężkie, a ich roztrząsania zajmują sporą część powieści, toteż osoby oczekujące od niej łatwej rozrywki mogą od razu odpuścić sobie lekturę. Przyczynkiem do wszystkich tych rozważań jest zło w wymiarze ekstremalnym – zbrodnia ludobójstwa, która wydarzyła się przed laty w miejscu akcji powieści.

Głównym bohater przez prawie całą powieść pozostaje dla czytelnika nieprzeniknioną tajemnicą. Nie wiadomo prawie nic o jego przeszłości, o motywach, z jakich obsiadł w tak niegościnnym miejscu. Wydaje się nieskalany wspomnieniami, czysty, jakby przed dniem w którym osiadł w Bazie nie wydarzyło się w jego życiu nic istotnego i wartego zapamiętania. Jego jałowość, z początku dziwna, z czasem staje się coraz bardziej podejrzana i niepokojąca: coraz bardziej jasne staje się, że samotność jest dla niego czyś w rodzaju znieczulenia dla duszy. Można zresztą odnieść wrażenie, że prawdziwym bohaterem powieści jest poprzedni dozorca Bazy – wielki nieobecny Roszczuk. Jego duch tkwi w centrum wszystkich istotnych wydarzeń, jest w nie wpisany, wryty jego cierpieniem. Czy na zawsze?

Groza w powieści jest wszechobecna. Począwszy od straszliwej historii Bazy i jej okolicy, poprzez niepokoje egzystencjalne, na zdarzeniach paranormalnych kończąc. Mimo to nie określałbym utworu mianem rasowego horroru; jego ciężar opiera się bowiem właśnie na przerażeniu człowieczeństwem i na demaskacji wstrząsającej absurdalności życia.

O ile w ”Powrocie” zdarzało się Guni przeładować pewne partie tekstu określeniami o mrocznym wydźwięku, o tyle powieść jest bardziej stonowana. Język, choć mniej radykalny, wciąż jest bardzo plastyczny, a co bardziej poetyckie fragmenty posiadają niezwykłą melodię i aż chce się czytać je na głos. Wydaje się, że to właśnie w ”Nie Ma Wędrowca” autor obrał idealny kierunek dla wyrażenia swoich myśli i uczuć – choć podejrzewam też, że w przyszłości może czytelnika jeszcze nielicho zaskoczyć.

”Nie Ma Wędrowca” to prawdziwa gratka dla refleksyjnie usposobionych sympatyków grozy i fanów głębokiej literatury w ogóle. Choć powieść jest krótka, to ciekawie skonstruowana, ze wszech miar dopracowana i zawiera w sobie ogrom treści. Nie ma w niej żadnych dłużyzn, pustego gawędziarstwa, zbędnych wątków pobocznych, itd. Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za rok 2016, którą zdobyła, jest w pełni zasłużona. Prawdopodobnie nie znajdziecie lepszej książki do czytania w zimowe wieczory, spędzane w ciepłym łóżku, przy akompaniamencie świszczącego za oknem, niosącego biały puch wiatru.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.

Wygrać z Depresją

Wygrać z Depresją (1)Można śmiało powiedzieć, że depresja jest chorobą równie pospolitą, co wstydliwą. Choruje na nią masa ludzi, ale większość z nich nie dopuszcza do siebie tej świadomości. Bo depresja kojarzy się ze słabością, z użalaniem się, z lenistwem, z wymówką, i z potrzebą atencji; z wymyślaniem sobie problemów z braku laku, dla rozrywki. W skrajnych przypadkach zaburzenie psychiczne postrzegane jest przez ludzi nawet jako forma upośledzenia umysłowego. To straszne, ale taki właśnie obraz tej choroby wciąż jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie (choć jego świadomość, na szczęście, nieustannie wzrasta).

Na depresję leczę się od czterech lat. Ile czasu chorowałem, zanim wybrałem się do specjalisty? Co najmniej siedem. Przez cały ten czas żyłem na krawędzi, biłem się z destrukcyjnymi myślami; przestałem być panem swojego życia, stałem się jego biernym obserwatorem. Tych siedem lat przeciekło przez moją świadomość tak, jak woda przecieka przez palce, ledwie pozostawiając po sobie ślad. Siedem lat, ponad 2500 dni młodości wyrwanych z życiorysu. A mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie przyzwyczaił się do tak fatalnego stanu rzeczy, gdybym nie uwierzył w to, że tak być musi – podobnie jak wielu ludzi, których poznałem.

Chciałbym tym tekstem przekonać wszystkich tych, którzy męczą się z fatalnym samopoczuciem i przez to funkcjonują znacznie poniżej swoich możliwości, do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Każdy z Was może być szczęśliwym człowiekiem i produktywnym członkiem społeczeństwa – choć droga ku temu bywa długa, wyboista i kręta.

Żeby dostać się do psychologa w ramach NFZ, trzeba poprosić lekarza pierwszego kontaktu o wypisanie stosownego skierowania. Potem należy umówić się (na przykład telefonicznie) na wizytę w wybranej poradni zdrowia psychicznego. Skierowania nie wymaga za to spotkanie z psychiatrą. Bardzo ważne jest, by jeszcze przed podjęciem leczenia poddać racjonalnej analizie swoje oczekiwania względem niego. W swoim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które oczekiwały natychmiastowych rezultatów, i szybko się zniechęcały. Niestety, tak to nie działa; ludzka psychika jest skomplikowana i praca z nią wymaga dużego nakładu pracy i czasu.

Nie ma jednego leku, który działałby równie skutecznie na wszystkich chorych. Dobranie odpowiednich medykamentów (czasami stosuje się kombinacje kilku) może nastręczać trudności nawet bardzo doświadczonemu psychiatrze. Trzeba więc wykazać się cierpliwością. I dużą odpornością psychiczną – gdyż przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nawet dobrze dobrany preparat przeciwdepresyjny może potęgować zły nastrój i myśli samobójcze. Warto też zaznaczyć, że zażywanie takich leków wymusza na chorym delikatną zmianę sposobu życia. Psychotropów nie można łączyć z alkoholem, a po niektórych z nich nie powinno się również prowadzić auta, gdyż opóźniają czas reakcji na bodźce. Prawdą jest także, że niektóre leki sprawiają, że człowiek staje się senny, że pogarsza mu się pamięć – ale w moim odczuciu jest to niska cena za poprawę samopoczucia.

Pomoc psychologa ma największe znaczenie w przypadku depresji o podłożu egzogennym – czyli takiej, która jest następstwem ciężkiej sytuacji życiowej, przygnębiających wydarzeń, itd. (wyróżnia się także depresję endogenną, uwarunkowaną biologicznie). Wiele osób odczuwa dyskomfort na samą myśl o zwierzaniu się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, ale moim zdaniem, niesłusznie (choć ja na przykład czuję się nieswojo rozmawiając z mężczyzną, dlatego na swojego psychologa wybrałem kobietę). Psycholog jest człowiekiem obiektywnym, bezstronnym w stosunku do swojego rozmówcy i osób mających kluczowy wpływ na jego życie. Rozmowa z nim jest w stanie wyrobić w chorym analityczne podejście do swoich problemów, pomaga mu zrozumieć samego siebie i mechanizmy które rządzą jego zachowaniem. Taki człowiek przestaje być bezbronny wobec samego siebie, nie musi już poruszać się po obrębie własnej świadomości jak po polu miniowym.

Depresja staje murem pomiędzy chorym, a innymi ludźmi. Im częściej osoba widząca świat w czarnych barwach spotyka się ze znajomymi, tym bardziej czuje się wyobcowana, nierozumiana. Spotkania te skutkują więc pogorszeniem nastroju i potrzebą izolacji. Mimo wszystko trzeba forsować ten mur, przebijać go własną głową, wydrapywać o niego paznokcie. Wprawdzie wsparcie psychiczne ze strony ludzi, choćby najszlachetniejsze, nie jest w stanie wykurować chorego, uzdrowić go, ale jest bezcennym uzupełnieniem terapii farmakologicznej i psychologicznej. Oczywiście, nie należy zbytnio przytłaczać bliskich rozmowami o swoich problemach i swymi złymi nastrojami, gdyż osoby bez fachowego przygotowania do walki z depresją siłą rzeczy będą się czuły wobec niej bezradne. Przebywając w gronie znajomych znacznie lepiej jest skupiać się na ich obecności, niż na swoich problemach. Nie jest to łatwe, ale można wyrobić w sobie taki nawyk.

Zdarza się niestety, że otoczenie chorego podchodzi do jego leczenia w sposób lekkomyślny, a nawet kpiący. Taki stosunek wykazuje szczególnie starsze pokolenie, w którymi depresja nie była diagnozowana i leczona. Ludzie ci wychodzą z założenia, że choroba ta jest nowoczesnym wymysłem, że dawniej ludzie nie znając takiego terminu żyli bez niej. Jest to oczywiście myślenie mylne i bardzo krzywdzące; trzeba jednak mieć wzgląd na to, że osoby wykazujące taki tok rozumowania są dziećmi swoich czasów, czasów diametralnie innych niż obecne, i że myślą w ten sposób, bo brakuje im wiedzy w tej materii. Tylko w ten sposób można oprzeć się ich poglądom (forsowanym zazwyczaj z dużym impetem) i skupić się na polepszeniu swojego funkcjonowania.

A przychodzi dzień, gdy leczenie zaczyna przynosić rezultaty; że zaczyna dostrzegać się nie tylko czerń i biel, ale cały koloryt życia, że odzyskuje się swobodę w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Jest to wiosna życia – najwspanialszy stan umysłu, jaki można sobie wyobrazić.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Sylvia Plath – ”Dzienniki 1950-1962”

Sylvia Plath - ''Dzienniki 1950-1962''Niewielu jest pisarzy, w których nierozłącznie scalają się: bogate życie wewnętrzne, talent oraz bezwzględny ekshibicjonizm. Powiedziałbym wręcz, że jest ich jak na lekarstwo, że twórczość ich to odtrutka na wagę złota po dziełach autorów, którzy w swej twórczości wolą pokazywać się czytelnikowi strojni w kolorowe szaty, niż nago. Takim twórcą jest bez wątpienia Sylvia Plath – amerykańska poetka i pisarka, zmarła samobójczą śmiercią w wieku zaledwie 31 lat.

Plath prowadziła dzienniki od 12 roku życia, ale w książce zawarto tylko te, które tworzyła już jako osoba dorosła (tom jest bardzo obszerny, liczy sobie ponad 650 stron). Pisarka opisuje odwiedzane miejsca, zapoznanych ludzi, rozmowy, rozmaite perypetie życiowe, stany wewnętrzne, marzenia, sukcesy i porażki, przemyślenia. Zapiski dotykają więc każdej sfery jej życia, choć dwóch z nich w szczególności.

Początkowo bardzo wiele uwagi Plath poświęca w swoich notatkach mężczyznom, relacjom z nimi, randkom, zauroczeniom i miłościom, a także swemu rozbuchanemu libido. Spotykała się z wieloma facetami, mniej lub bardziej przelotnie; traktowała ich czasami w sposób instrumentalny – dla podniesienia swojego prestiżu wśród znajomych, dla otrzaskania towarzyskiego, nabrania biegłości w sprawach damsko męskich. Z jednej strony przez całe życie poszukiwała partnera idealnego, z którym mogłaby zawrzeć małżeństwo, z drugiej jednak panicznie bała się, że nie uda jej się odnaleźć złotego środka, który umożliwiłby jej pogodzenie życia małżeńskiego z aspiracjami literackimi i pragnieniem nieustannego samodoskonalenia. Te partie zapisków czasami nużą zbytnim gawędziarstwem, najczęściej jednak zaskakują bystrością obserwacji i intrygują wizją idealnego związku, której hołdowała poetka.

Oczywiście, w dziennikach Plath uwidacznia się również jej choroba. Depresyjne zapiski pojawiają się jednak dość późno, i nie jest ich tak wiele, jak można by to sobie wyobrażać wiedząc o jej samobójczej śmierci. Znacznie częściej – wręcz obsesyjnie – poetka pisze o swoich palących ambicjach, pragnieniu prestiżu i sukcesu, oraz towarzyszącej im niezłomnej blokadzie twórczej i zwątpieniu w swój potencjał. Czytanie tych wpisów powodowało u mnie irytacje; Plath zamiast tworzyć poezje i prozę marnowała czas na pisanie o tym, jak bardzo chce ją tworzyć, narzekała na brak czasu spowodowany pracą (wykładała na uczelni), a kiedy już go miała, wymyślała sobie wymówki, by przekładać swoje literackie projekty na później. Chociaż na podstawie poczynań autorki nie można oceniać poziomu jej zapisków, to jednak częstotliwość, z jaką wątki te się pojawiają, poziom ten zaniża. Najciekawsze notatki Plath związane z jej depresją pojawiają się mniej więcej w 2/3 dziennika, i stanowią opisy jej sesji z psychologiem oraz autoterapeutyczne roztrząsania.

Są też w ”Dziennikach…” monotonne opisy życia codziennego, nieudane próby prozy poetycznej, kaskady suchych spostrzeżeń, ćwiczenia literackie. Ponieważ jednak nawet te mniej udane literacko partie tekstu przesycone są intrygującą osobowością autorki, nadal wzbudzają zainteresowanie. Intymny nastrój towarzyszący ich czytaniu wzmaga dodatek w postaci zdjęć oraz skanów jej manuskryptów.

Już po pięćdziesięciu stronach dziennika Plath udało się coś, co powiodło się niewielu pisarzom w ogóle: zdobyła moje zaufanie. Uwierzyłem bezgranicznie w jej szczerość, w to, że nie pozuje i nie kreuje się na nikogo, a jedynie stara się pod ciśnieniem słów wydobyć esencję siebie, prawdę o sobie – bezlitośnie i konsekwentnie, całymi latami. Jej postawa twórcza (będąca zarazem postawą wobec całego życia w ogóle) była skrajna i dość masochistyczna, ale tylko taka mogła zaspokoić jej ambicje, głód życia oraz potrzebę intelektualnej i emocjonalnej uczciwości względem siebie i świata.

Plath pozostawiła po sobie niewielką spuściznę literacką: zaledwie cztery tomiki wierszy, trzy zbiory opowiadań, i jedną powieść. Na tym tle ”Dzienniki…” prezentują się najokazalej, i chyba najpokaźniej ujawniają jej kunszt literacki i charyzmę. Czytelnikowi onieśmielonemu bezwstydem, z jakim Plath obnaża przed nim swe wdzięki, przychodzi w sukurs fakt, że ostatni jej, przedśmiertny dziennik spalił sam Ted Hughes, że nie wszystko zostało odsłonięte, ukazane, że nieco okryto całunem jej młode, nagie, przedwcześnie zmarłe ciało.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Czarna Mafia

Czarna Mafia (1)Nie mam zaufania do przedstawicieli wielu zawodów – do polityków, majstrów, dentystów ”na NFZ” – ale najmniejszym zaufaniem darzę facetów w czarnych kieckach.

Kiedy byłem uczniem gimnazjum, religii nauczał mnie ksiądz. Klecha był zwolennikiem starej szkoły wychowania; kiedy ktoś przeszkadzał na lekcji, chwytał go za baczki i mocno za nie pociągał. Sam kilkukrotnie miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć takiej przemocy. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że poczciwy księdzunio może być zwyrolem, który po powrocie na plebanie będzie wspominał ten incydent trzepiąc kapucyna. Prawdę mówiąc, nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby tak właśnie było.

Inny przykład. Znam pewną dziewczynę, którą jako dziecko – przy pełnym aprobaty chichocie rodziców – ksiądz na kolędzie przełożył przez kolano. No, dobra: nie uderzał jej w pośladki mocno, a tylko ”na niby”, ale jednak jego parszywe łapska dotykały jej dziecięcej pupy. W tym przypadku prawie nie mam już wątpliwości, że kapłan był wynaturzonym zwyrodnialcem. Na miejscu jej ojca otworzyłbym mu drzwi i kazał wypierdalać. Na kopach.

Zastanawiam się, skąd do diabła bierze się u księży taka słabość do dzieci? Czy to przez życie w celibacie? Czy hamowany latami popęd seksualny doprowadza ich seksualność do zwyrodnienia? A może pedofile zostawali księżmi celowo, wiedząc, że ta funkcja społeczna cieszy się dużym szacunkiem i zaufaniem, co pozwoliłoby im na łatwiejszy dostęp do dziatwy?

Swego czasu znałem kolesia, który włamał się na plebanię i okradł proboszcza. Liczył na forsę, bo parę dni wcześniej klecha obłowił się w kilka grubych kopert, ale! Jego łupem padło co innego: dobrych dwadzieścia butelek trunków – i nie żadnych tam sikaczy czy berbeluchy, nie. Księżunio znał się na rzeczy: pił whiskey Johnnie Walker, brandy Napoleon, wódkę Finlandię. Ów kumpel zabrał księdzu także portfel, w którym znajdowało się zdjęcie podobnego do niego jak dwie krople wody nastolatka (sam widziałem). Kolega za swój wybryk (i kilka innych) poszedł siedzieć (nie, nie maczałem w tym palców), ale wcześniej pił aż do wyrzygu ambrozję proboszcza.

Media coraz częściej donoszą, że duchowni potrafią się bawić (i to nie tylko z dziećmi). Jeszcze w tym roku włoska prasa opisywała przypadek jednego z najbliższych współpracowników papieża, który organizował w Watykańskim budynku Kongregacji Doktryny Wiary gejowskie imprezki. U rzeczonego jegomościa znaleziono kokainę, którą ponoć zaprawiał się w swoich zabawach. Za karę przeniesiono go do klasztoru na Monte Cassino, którego opat Pietro Vittorelli kilka miesięcy wcześniej został aresztowany za zdefraudowanie 500 tysięcy euro pochodzących z dotacji państwowych i przeznaczonych na cele dobroczynne. Szmal trwonił na podróżach i gejowskich ekscesach.

Oczywiście, nie wszyscy księża to cwaniacy hulający za forsę swej naiwnej trzody. Ale i tak ich nie lubię. Cóż, problem leży we mnie – mam bowiem trudność w zaufaniu facetowi, który wierzy w to, że niepokalanie poczęta czternastolatka została zapłodniona przez ducha, urodziła Boga, dożyła kresu swoich dni jako dziewica a na koniec została zabrana żywcem do nieba. A co do spódnicy – nie miałbym z nią żadnego problemu, gdyby tylko nie była zawsze czarna. A tak, wyglądają w nich jak Buka z Doliny Muminków. Brr!

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.