Archiwa tagu: Edward Stachura

Edward Stachura – ”Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi”

Edward Stachura - ''Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi''Trzydziestoletni Janek Pradera przybywa do wsi Bobrowice, gdzie najmuje się do pracy przy wyrębie lasu. Nie kierują nim motywy czysto zarobkowe – chce uciec od zgiełku miasta, i rozprawić się z kilkoma dręczącymi go demonami. Będzie to starcie na śmierć i życie, z czego sam dobrze zdaje sobie sprawę.

Bardzo istotnym wątkiem powieści jest miłość bohatera do kobiety, którą nazywa poetycko (i zarazem tajemniczo) Gałązką Jabłoni. Narrator z lubością snuje wewnętrzne monologi skierowane do swej ukochanej – wspomina spędzane z nią chwile, deklaruje wierność, wyraża podziw, pragnienie ponownego połączenia się z nią. Osoba ta nigdy nie pojawia się w powieści bezpośrednio, i chwilami można mieć wątpliwości co do tego, czy istnieje naprawdę, czy też jest tylko wytworem bujnej fantazji Pradery, rozgorączkowanej tęsknotą za idealną kobietą.

Nie przypadkowo Pradera podejmuje się tak ciężkiej pracy, w towarzystwie ludzi o dużo prostszej od jego mentalności. W jego zainteresowaniu ich życiem dopatrywać można się badawczej ciekawości człowieka, który chciałby z tej prostoty duchowej uszczknąć coś dla siebie, nauczyć się jej choć trochę. Sztuka ta w jakimś stopniu mu się udaje – mimo swej ogromnej wrażliwości Pradera bez trudu asymiluje się z prostymi robotnikami – ramię w ramię pracuje z nimi przy wyrębie lasu, a kiedy przychodzi odłożyć siekierę, chętnie spotyka się z nimi przy wódce. Ze strony na stronę coraz bardziej dochodzi jednak do czytelnika fakt, że przepaść pomiędzy nimi jest nie do zasypania, że co najwyżej możliwe jest przerzucenie pomiędzy nimi wąskiej kładki – co najlepiej uwidacznia się podczas rozmowy Pradery z Michałem Kątnym, jedynym na zrębie człowiekiem o bardzo zbliżonej do niego konstrukcji psychicznej.

Nie tylko potrzeba naprostowania ducha sprowadza Praderę do leśnej głuszy. Pewne wzmianki w tekście wskazują na to, że czyni to, by nie przepaść dla całego świata w nazbyt dla niego wygodnym kokonie obopólnej miłości partnerskiej, oraz że choć kocha ponad życie pojedynczego człowieka, to właśnie samotność wyczula jego wrodzoną wrażliwość na przejawy piękna natury, sprawy ogólnoludzkie oraz kwestie natury duchowej. Z tego też powodu tylko w samotności może uzyskać odpowiedzi na kilka nurtujących go pytań – i wykorzystać w przyszłości tę wiedzę, by móc otoczyć swoją ukochaną głębszą opieką.

Bohatera Siekierezady raz na jakiś czas spowija – wyzierając zewsząd – dziwaczna mgła. Zawiesina osacza go, paraliżuje jego zdolność myślenia, wręcz rozwiewa w sobie jego istnienie. Czym jest ta niezwykła siła? Czyżby była to pokusa popełnienia samobójstwa? A może to nawał rozmaitych lęków – tych przyziemnych i metafizycznych, lub krańcowe wyczerpanie penetrowaniem dziedzin niedostępnym większości ludziom? Pradera wymienia mgłę tą mgłę jako jeden z powodów tymczasowego rozstania z ukochaną – chce stawić czoła tej sile w samotności, nie zadręczać swą walką i zmęczeniem Gałązki Jabłoni, móc powrócić do niej jako zwycięzca.

Prawdopodobnie to właśnie Siekierezada jest najniezwyklejszym językowo typowo prozatorskim utworem Edwarda Stachury. Autor miesza eleganckie poezjowanie z mową typową dla prostych ludzi oraz wyrazami występującymi w ich hermetycznym środowisku. Nagina i łamie o pióro zasady gramatyki, czasami wychodząc z takich prób jako wirtuoz, czasami – jako grafoman. Bywa, że zdania ciągną się przez połowę strony, że narracja przechodzi w strumień świadomości, przy czym nie zawsze cechuje je płynność.

Wrażliwość jawi się w Siekierezadzie jako dar niebios, który – choć pożądany przez człowieka – okazuje się być szczęściem ponad ludzką miarę. Jest niby pałac z oknami wychodzącymi na wszystkie najwspanialsze i najstraszliwsze widoki świata, a przy tym skazany na zawalenie się – prędzej czy później – pod własnym ciężarem. Nie sposób nie żałować losu Pradery (który jest alter ego samego Stachury), ale i nie sposób nie delektować się unikatową perspektywą, z której relacjonuje swoją obecność w świecie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: C&T.

Reklamy

Edward Stachura – ”Fabula Rasa”

Edward Stachura - ''Fabula Rasa''Na trzy lata przed swoją śmiercią Stachura wszedł na ścieżkę praktyk medytacyjnych i rozwoju duchowego. Otworzyły one zupełnie nowy rozdział w jego twórczości – zaowocowały bowiem dwoma utworami filozoficznymi: Fabula rasa oraz Oto.

Fabula rasa to traktat filozoficzny przedstawiony w formie dialogu człowieka-Ja z człowiekiem-nikt – czyli człowieka, którego życie napędza egoizm w jego rozlicznych formach z człowiekiem, któremu udało się dotrzeć do istoty rzeczy i tegoż egoizmu wyzbyć. Człowiek-Ja zadaje swemu rozmówcy rozmaite pytania, ten zaś udziela mu odpowiedzi, na nowo odkrywając przed nim rzeczywistość.

Obraz człowieka-Ja który odmalowuje słowami człowiek-nikt jest tyleż prawdziwy, co wstrząsający. Jest on zaślepiony i ogłuszony miłością własną tak bardzo, że piękno w świecie, ludziach i życiu dostrzega tylko o tyle, o ile są w stanie (przynajmniej potencjalnie) zaspokoić jego pragnienia. Jeśli daje coś od siebie dobrowolnie, robi to tylko po to, by poczuć się lepszym i zyskać na tym jak na inwestycji. Każdy jego czyn służy zresztą ucieczce przed samotnością – czyli de facto przed samym sobą. Człowiek-Ja jest samemu sobie obcy bardziej, niż obce są mu najdalsze zakamarki kosmosu – co nie przeszkadza mu chcieć zgłębiać fundamentalne tajemnice bytu.

Człowiek-nikt posiada wiedzę absolutną (lub złudzenie wiedzy absolutnej), jest także wyzbyty wszelkich pragnień poza potrzebą zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb bytowych, uzurpuje sobie prawo do bycia obiektywnym obserwatorem rzeczywistości. Ukazuje człowiekowi-Ja zgubność egoizmu, udowadnia, że potrzeby łatwiej zdusić niż zaspokoić, skłania go ku samopoznaniu, które wyzwolić ma go z tego, co tylko wydaje się życiem, a tak naprawdę stanowi piekielny wymysł jego toczonego gorączką miłości własnej umysłu. Samopoznanie to nastąpić ma nie poprzez gromadzenie faktograficznej wiedzy o sobie, a poprzez uważną obserwację swego zachowania i analizę jego motywacji. Przyjrzeć się własnej potworności, ujrzeć całą jej nędzę, i przerazić się nią na śmierć, która to śmierć będzie początkiem prawdziwego życia – oto, co oznacza właśnie wejść na ścieżkę przemiany w człowieka-nikt.

Człowiek-nikt objaśnia zawiłości ludzkiej psychiki w sposób niezwykle drobiazgowy. Nie ogranicza się przy tym do suchej logiki – jego wywody posiadają wyśmienite walory literackie: pełno w nich kunsztownych metafor, natchnionej aforystyki, a niektóre ze sformułowań cechuje niemal nieludzka wirtuozeria. Podkreśla jednak, że słowo – niezależnie od tego, jak piękne – jest tylko słowem, nigdy tym, co opisuje; że jest jak grób, poza którym rozciąga się nieśmiertelnie żywe życie. Zadaniem czytelnika jest zrozumieć to, nie pozwolić omamić się literackiemu pięknu, wydostać się poza jego obręb.

Po przeczytaniu Fabula rasa od czasu do czasu bywałem na ścieżce samopoznania, nigdy jednak nie odczuwałem pokusy konsekwentnego podążania nią aż do samego końca. Jest to w dużej mierze efekt uboczny życiorysu samego Stachury, który tuż po napisaniu tej książki popadł w psychozę urojeniowo-omamową, a potem depresję zakończoną samobójstwem w wieku zaledwie 42 lat. Przemiana w człowieka-nikt, opisy ekstatycznych uniesień będących konsekwencją tej transformacji – wszystko to może mieć naturę oświeceniową, albo chorobową. Dość powiedzieć, że Stachurowy człowiek-nikt deklaruje jako pewne, że po odkryciu prawdziwego życia posiada się je na zawsze. Pisarz został przez niego oszukany – utracił wszystko.

Warto wspomnieć, że Fabula rasa ogłoszona drukiem zwartym nie ma nic wspólnego z utworem pod tym samym tytułem, nad których Stachura pracował od roku 1966. Pierwotny zamysł zakładał powieść pełną pustych przestrzeni, w których czytelnik mógłby dopisywać swoje własne przemyślenia, stając się tym samym współautorem książki. Odkrycia duchowe Stachury odwiodły go od tego fenomenalnego pomysłu.

Lektura Fabula rasa to ogromne wyzwanie czytelnicze. Można poprzestać na nim – przeczytać książkę jako utwór literacki, rozkoszując się jego wyrafinowaniem – ale można również uczynić jej treść życiowym drogowskazem. Osoby o refleksyjnym usposobieniu powinny być nią zachwycone.

***

Okładka: C&T.

Edward Stachura – ”Cała Jaskrawość”

Edward Stachura - ''Cała Jaskrawość''Dwójka włóczęgów – narrator Edmund Szerucki i jego kolega Witek – podejmuje pracę przy oczyszczaniu dna stawu w uzdrowisku. Zatrzymali się na ten okres u Potęgowej – samotnie mieszkającej staruszki, której w zamian za dach nad głowa pomagają w drobnych pracach domowych. Przeżyją tam (jak zresztą wszędzie) największą możliwą przygodę – codzienność.

Fabuła pozbawiona jest jako takiej afery – Edmund i Witek poza odmulaniem stawu spacerują po mieście i okolicach, gawędzą z gospodynią i przypadkowo spotykanymi ludźmi, oraz wspominają drobne epizody ze swej przeszłości. Czytelnicy spragnieni wartkiej akcji będą lekturą powieści srodze zawiedzeni. Tych, którzy poszukują w literaturze wyższych wartości i uniesień estetycznych, czeka za to nie lada uczta.

Tym, co pozwala bohaterom Całej jaskrawości należycie doceniać piękno życia i wagę chwili, jest świadomość przemijania i nieuchronności śmierci. Nieustannie czują na swoich karkach zimny oddech tej ostatniej – oddech życiodajny, bo przypominający o tym, że nie zostało im wiele czasu (życie jest tak piękne, że czasu zawsze jest za mało), a żaden z nich nie zna dnia ani godziny. Napięcie, które im towarzyszy, jest przytłaczające, ale mimo wszystko jest to według nich uczciwa cena za życie w niewymownym (bądź ledwie wymownym) natchnieniu, i płacą ją z dumnie podniesioną głową – nawet, jeśli z braku sił przychodzi im iść przez życie na klęczkach czy na czworaka.

Wbrew obiegowym opiniom, Stachura nie gloryfikuje w Całej jaskrawości śmierci, wręcz przeciwnie – uważa ją za cmentarną łasicę, lubieżną kusicielkę. Uznaje po prostu konieczność jej istnienia dla osiągnięcia czegoś, co można by nazwać zbawieniem doczesnym. Człowiek, gdyby nie był gnany świadomością nieuchronnego końca, nie mógłby żyć prawdziwie, nieskończoność życia doprowadziłaby bowiem do jego dewaluacji. W planie Stachurowego zbawienia doczesnego śmierć jest tak samo nieatrakcyjna i konieczna, jak diabeł w Bożym planie zbawienia.

Powieść przesyca pochwała wolności, prostoty praktycznej strony życia, indywidualizmu, samotności i wartości duchowych. Bohaterowie prozy wyrzekają się wszystkiego, co mogłoby krępować ich swobodę (fizyczną i mentalną), rozpraszać ich skupienie. Każdym swoim oddechem, krokiem, uderzeniem serca udzielają nieustającej odpowiedzi na pytanie, czy należy być, czy mieć, zawsze wybierając to pierwsze. Są więc Edmund i Witek buntownikami i do buntu (buntu najłagodniejszego z możliwych) swymi poczynaniami inspirują. Nie jest jednak prawdą, jakoby twórczość Stachury skierowana była tylko do poszukujących swej życiowej ścieżki młodych i gniewnych wrażliwców. Czytałem tę książkę już trzykrotnie, na różnych etapach swojego życia, i zawsze smakuje mi tak samo dobrze.

By móc w pełni delektować się walorami tej jedynej w swoim rodzaju prozy, trzeba wyciszenia. Pełno w niej bardzo długich, wielokrotnie złożonych zdań, powtórzeń, wysmakowanych metafor i aforystyki. Oczywiście, jak zwykle w przypadku Stachury, zdarza mu się popaść w naiwną rzewność, nadmierną egzaltację, banał i grafomanię. Nie są to na szczęście przypadki częste, choć niestety rzutują trochę na ogólny poziom książki. Dodać jednak należy, że nawet te słabsze literacko fragmenty ujmują niezwykłą szczerością i dobrodusznością.

Cała jaskrawość odczarowuje zwyczajność z przyzwyczajenia, które zwykliśmy względem niej żywić, ukazuje piękno spraw pozornie błahych oraz rozciągające się za nimi niebywałe tropy i horyzonty, z których niemal wszystkie prowadzą prosto do istoty rzeczy. Lektura tej powieści pozwala ocknąć się do życia, otwiera oczy i uszy, cuci. Choć jej akcja dzieje się jesienią, żadna z książek, jakie przeczytałem, nie mogłaby wpasować się treścią lepiej w klimat wiosny – pory odrodzenia.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2''Drugi i zarazem ostatni tom dzienników Edwarda Stachury obejmuje zapiski prowadzone przez niego w latach 1974-1979, i jest objętościowo większy od tomu poprzedniego. I tym razem do czynienia mamy nie z regularnym dziennikiem, a raptularzem, w którym opisy minionych dni przeplatają się z kreatywnymi notatkami, szkicami literackimi, oraz zapiskami dotyczącymi prozaicznych spraw życia codziennego. W drugim tomie dzienników uwidacznia się stopniowe, ale konsekwentne wycofywanie się Stachury ze świata. Pisarz coraz mniej uwagi poświęca temu, co dzieje się na zewnątrz, a coraz więcej własnemu wnętrzu.

Już w pierwszym tomie dzienników pojawiał się wątek książki pt. ”Fabula Rasa” – utworu, który w zamierzeniu Stachury stanowić miał dzieło jego życia. Koncepcja Czystej Opowieści była niezwykła: bohater (Michał Kątny) przemierzał świat głośno ze sobą rozmawiając i pisząc, a chwilom jego milczenia i odpoczynku odpowiadać miały na kartkach puste przestrzenie, gdzie czytelnik zapisywać mógłby własne przemyślenia. Choć Stachura porzucił ten tajemniczy projekt w trakcie realizacji na wskutek burzliwej przemiany duchowej (”Fabula Rasa”, która ukazała się w roku 1979, nie ma z jej pierwotnym zamysłem nic wspólnego), ocalał on na łamach drugiego tomu dzienników w formie szkicowej – i być może jedynej, w jakiej z uwagi na swe wyrafinowanie zaistnieć mógł drukiem zwartym. Mowa oczywiście o luźnych partiach tekstu, których bohaterem jest wspomniany wcześniej Michał Kątny (jest on także narratorem opowiadań zbioru pt. ”Się”; warto zaznaczyć, że choćby opowiadanie ”San Luis Potosi” pierwotnie pomyślane było jako fragment ”Fabula Rasa”). Są to fragmenty o dużych walorach literackich. Szkoda, że potencjał tkwiący w tej idei nie został w pełni urzeczywistniony.

W tym tomie zapisków pojawia się postać Danuty Pawłowskiej – kolejnej miłości Stachury. Poeta poznał ją, kiedy miała zaledwie 14 lat (był od niej starszy o aż dwie dekady), i utrzymywał z nią przyjacielską relację do momentu, gdy osiągnęła pełnoletność, z którą to chwilą stali się parą. Relacja nie trwała długo, ale w okresie jej trwania wzmiankowana jest bardzo często (zainteresowanych odsyłam do książki pt. ”Listy do Danuty Pawłowskiej”, w której zawarto aż 190 listów pisarza). Największe emocje budzą wątpliwości Stachury co do tego, czy aby nie wmawia sobie miłości by otrząsnąć się po nieudanym związku z żoną Zytą. Czytelnicy spragnieni pikantnych szczegółów będą jednak zawiedzeni – pisarz albo nie notował ich, albo nie trafiły do druku z uwagi na dobro wciąż żyjącej Pawłowskiej.

Znalazły się w tomie także zapiski prowadzone przez Stachurę w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Cechuje je krańcowa prostota myśli i oszczędność formy. Choć jest ich niewiele, pozostawiają w umyśle czytelnika bardzo wyraźny ślad: bije z nich bezsilność wobec sytuacji, zmęczenie, ale i odrobina nieśmiałej nadziei na wyzdrowienie. Ta ostatnia jest jak wąski promień słońca wpadający przez zamek zamkniętych drzwi do wnętrza mrocznego pokoju.

Zwieńczeniem ”Dzienników…” są zapiski zatytułowane ”Pogodzić się ze Światem”. Stachura prowadził je po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, przebywając na wsi pod opieką matki. Opisuje w nich zmagania z chorobą, wysiłki podejmowane w celu zaczepienia się o życie, świat i ludzi, próby rozkochania się na nowo w przepięknej zwyczajności życia i pogodzenia z rzeczywistością, a także ból istnienia, przerażające objawy chorobowe oraz wzrastające pragnienie samodzielnego odebrania sobie życia. W niniejszej edycji uwzględniono nawet błędy językowe pisarza oraz wszelkie modyfikacje, które wprowadzał w tekście. Z uwagi na szczerość i wnikliwość, z jaką Stachura opisuje swoje krańcowo rozpaczliwe położenie, jest to wręcz arcydzieło diarystyki.

Drugi tom ”Dzienników…” jest nie tylko ciekawszy i lepiej napisany od poprzedniego, ale także lepiej opracowany pod względem edytorskim. Poza modyfikacjami których Stachura dokonywał w swoim przedśmiertnym dzienniku, zachowane zostały między innymi skreślenia (np. w spisach spraw do załatwienia). Nadal dziwi jednak brak konsekwencji w objaśnianiu odniesień Stachury do swojej twórczości prozatorskiej i poetyckiej.

Niestety, i te zapiski są wybrakowane; wszystko wskazuje na to, że mocniej nawet niż poprzednim tomie. Istnieje w nich bowiem dwuletnia wyrwa (styczeń 1977 – kwiecień 1979) – a więc przypadająca na okres bardzo tajemniczy, w którym Stachura przechodził intensywną przemianę duchową. Dariusz Pachocki w posłowiu wyraża przypuszczenie, że zeszyty opisujące ten etap życia pisarza istnieją, ale znajdują się w rękach rodziny (co zdaje się potwierdzać fakt, że ta użyczyła do druku cienki zeszyt prowadzony przez niego w Drewnicy; zresztą, w nocie edytorskiej do pierwszego tomu ”Dzienników…” mowa jest wprost o tym, że rodzina posiada dwa zeszyty).

Życie Edwarda Stachury było nieustającą wędrówką, nieustającą podróżą. Czytelnik kończący ”Dzienniki…” pozostaje sam na sam z pytaniem o to, czego pisarz poszukiwał błąkając się po świecie, co gnało go każdego dnia i nie pozwalało odpocząć stopom i duszy. Czyżby poszukiwał samego siebie? A może wręcz przeciwnie – uciekał przed sobą? A może droga którą obrał była mu celem samym w sobie? Nawet mi, wielkiemu wielbicielowi prozy i poezji Stachury, bardzo ciężko znaleźć jest odpowiedź.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1''Chciałbym móc napisać, że Edward Stachura to pisarz, którego nikomu przedstawiać nie trzeba; tak jednak niestety nie jest. W ciągu życia otoczony swego rodzaju kultem i legendą (wzmożonymi po jego śmierci), może nie popadł jeszcze w zapomnienie, ale młodsze grono czytelników zdaje się o jego istnieniu nie mieć pojęcia. A szkoda, bo twórczość Stachury to zjawisko unikatowe z uwagi na jej szczerość, życiowość, i przedstawione z niej zmaganie człowieka wrażliwego z brutalnym światem. Po kilkudziesięciu latach od śmierci pisarza i poety Wydawnictwo Iskry podjęło się opracowania jego dzienników, rzucających nowe światło na jego osobę, życie, i tragiczny koniec.

Stachura niemal nieustannie przebywał w ruchu, jego życie było jedną wielką podróżą. W dziennikach roi się od opisów miejsc i bystrych obserwacji zwyczajów ich mieszkańców. Często pisarz przytacza też ciekawostki historyczne i dialogi, które miał okazję podsłuchać bądź prowadzić z przypadkowo spotkanymi osobami. Niestety, większość z tych spostrzeżeń została zanotowana w sposób bardzo lakoniczny, więc choć podczas ich czytania zawsze czuć klimat bycia w drodze, znacznie trudniej jest z załapaniem nastroju samych miejsc (choć i tutaj są wyjątki, np. wrażenia z podróży do Meksyku). Z wielkim zadowoleniem odnalazłem w książce zapiski, które Stachura prowadził niecałe 10 kilometrów od miejsca mojego zamieszkania, w rejonach dobrze mi znanych. Wierzę, że podobne odniesienia znajdzie wielu z was.

Dużą rolę w zapiskach Stachury odgrywa jego nieszczęśliwa miłość – żona Zyta, z którą rozszedł się po dziesięciu latach małżeństwa. Niestety, zapiski jej dotyczące skupiają się głównie na samym bólu wynikającym z tego rozstania, i tylko domyślać można się, co do niego doprowadziło. Nie należy jednak raczej dopatrywać się w tym tajemniczości samego Stachury – najintymniejsze zapiski zostały pominięte w druku celowo, z uwagi na to, że godziłyby w prywatność wciąż jeszcze żyjących osób. Mimo zrozumienia dla tego faktu, nie mogę pozostawić tego bez znaczenia dla oceny końcowej.

Innym bardzo istotnym motywem zapisków Stachury jest śmierć. Pisarz zmagał się z przygnębieniem i myślami samobójczymi bardzo często, i chwilami bierze chęć by pokusić się o stwierdzenie, że chorował psychicznie już w tym okresie, i że zdiagnozowanie i leczenie choroby zapewne oszczędziłoby mu masy cierpień, a kto wie: może nawet ocaliłoby mu życie. Krzywdzące byłoby jednak traktowanie twórczość Stachury wyłącznie jako rezultat samodzielnego zmagania z depresją: był on przede wszystkim człowiekiem niebywale wrażliwym, który poza wewnętrznym bólem (dość przez niego uwznioślanym) nawet w rzeczach najbłahszych dostrzegał druzgocące piękno, na które inni ludzie w większości pozostają ślepi.

Stachura kompletnie pomija w swoich zapiskach tematy polityczne. To intrygujące – tym bardziej, że żył w czasach bardzo interesujących – i niektórzy czytelnicy maja mu to za złe, dla mnie jednak niezwykłość ta wychodzi jego twórczości na korzyść. Dzienniki przedstawiają losy człowieka, który z jednej strony lgnie do ludzi, ale z drugiej – jest outsiderem i żyje na uboczu realiów własnymi, nieodgadnionymi dla nich sprawami.

Ale ”Dziennikom…” daleko do typowej diarystyki; Stachura traktował je także jako notatniki i organizery. Są w nich więc również kreatywne notatki do prozy, spisy spraw do załatwienia, listy przychodów i długów, ćwiczenia literackie (w tym poetyckie), cytaty, itd. Jest też w dziennikach trochę niezwykle trafnych przemyśleń dotyczących ludzi i życia. To właśnie one stanowią w moim odczuciu swego rodzaju perełki.

Ciekawym dopełnieniem zapisków są czarno-białe fotografie pisarza oraz jego rękopisów. Jest ich całkiem sporo i świetnie wprowadzają w ich klimat. Ten drugi rodzaj zdjęć daje również pojęcie na temat specyfiki zapisków Stachury, a zatem i pracy, jaką musiał wykonać przygotowując je do druku ich edytor, Dariusz Pachocki. Choć budzi ona mój podziw, nie sposób nie zauważyć, że Pachocki nie ustrzegł się pewnych dość poważnych błędów. I tak na przykład błędnie ponumerowano niektóre przypisy, nie przetłumaczono pewnych obcojęzycznych fragmentów, nie wyjaśniono wielu odniesień pisarza do swoich utworów.

”Dzienniki…” to książka przeznaczona dla fanów Stachury. Raczej nie bronią się jako samodzielna literatura (pomijając pewne fragmenty), ale w sposób interesujący dopełniają całość twórczości pisarza, i, oczywiście, ujawniają sposób, w jaki funkcjonował na co dzień: gdzie i po co bywał, z kim i czemu się spotykał, co myślał i czuł, a także dokąd zmierzał. Dla mnie, jako wielbiciela Stachury, to prawdziwe literackie wydarzenie. Szkoda tylko, że w wersji okrojonej…

Ocena: 6/10 (dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.