Wiara Czyni Czuba

Są katolicy i katole. Tak. Ci pierwsi wierzą w Boga, ale nie pozwalają, żeby duchowieństwo robiło im wodę z mózgu. Zdają sobie sprawę z tego, że Bóg i kościół to dwie różne rzeczy, zamiast dać na tacę wolą kupić pizzę plus dwa zimne piwa i rozumieją, że wpływ kleru na nasze życie należy ograniczyć. Ci drudzy – to naiwniacy ślepo wierzący we wszystko, co powie im facet w kiecce, i pozwalający – z pocałowaniem pulchnej, bo spuchniętej od masturbacji graby tegoż – oskubać mu się do ostatniego grosza. Jestem wielkim fanem mądrości tych pierwszych i współczuję tym drugim, dla których nie ma już ratunku. Niechaj Rydzyk złoży ich w ofierze swojemu Złotemu Cielcowi – będzie kilku idiotów mniej.

Ale w Polsce, często i z lubością nawet przez rodaków określanej mianem zadupia cywilizacyjnego, nie jest jeszcze tak źle. Gorzej jest na przykład w wielkiej i wspaniałej Łameryce. Tam to, w tym greatest country in the world, który to kraj God bless, w tym supermocarstwie, połowa obywateli (450 milionów osób; większość z nich to protestanci) wierzy w to, że Bóg stworzył człowieka w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat. Bez trudu jestem w stanie zrozumieć atrakcyjność takiego kreacjonistycznego rozumowania w czasach zamierzchłych, natomiast żeby wierzyć w takie banialuki dzisiaj, w czasach atomu, trzeba być idiotą albo szaleńcem.Wiara Czyni Czuba (1)A dzieje się tak, bo w bogatej (bogatej na kredyt) Łameryce kler ma większe przychody, a co za tym idzie, większe możliwości manipulowania społeczeństwem. Jaką karierę robią tam teleewangeliści! O, są to prawdziwe gwiazdy, bożyszcza milionów, przy których nasz rodzimy Rydzyk to celebryta 3 kategorii. Ale swój sukces zawdzięczają nie tylko temu, że są obrzydliwie bogaci i przekonujący – jest to przede wszystkim kwestia nieustannego (i wciąż rosnącego) zapotrzebowania na kit. Jest popyt, jest podaż. Dopóki ludzie będą potrzebowali ogłupienia, kit będzie fabrykowany i dostarczany. Za kit pierwszej jakości, czyli za bzdury podane w odpowiedniej formie (parujący wysryw klechy na złotej tacy telewizyjnego HD) koneserzy kitu zapłacą każdą cenę. Religijne banialuki mają bowiem tą niesamowitą zaletę, że upraszczają obraz rzeczywistości – rzeczywistości, której z uwagi na ograniczenia umysłowe większość leniwych amerykanów nie jest w stanie pojąć. Boi i po co bawić się w jakieś naukowe brednie? W ciekawość świata? Bóg jest odpowiedzią na wszystko, więc włączmy TV, zjedzmy poczwórnego cheeseburgera, popijmy go Colą… I chuj.

A propos penisów. Obecnie na świecie znajduje się 13 napletków Jezusa Chrystusa, pieczołowicie przechowywanych w domach bożych w charakterze relikwii. Alliatus, żyjący w XVII wieku teolog, w jednym ze swoich natchnionych esejów stwierdził, że wszystkie napletki są podróbkami, ponieważ Jezus osiągając wniebowzięcie nie pozostawił po sobie na świecie nic cielesnego. Uczony w piśmie stwierdził również, że po niebiańskim procesie napletek Syna Bożego przekształcił się w… pierścienie Saturna. Dodajmy sprawiedliwie, że od wielu lat kościół odcina się od kultu napletka. Choć jakiś ochujeniec oddający mu cześć zawsze się znajdzie.

Czekam na dzień, kiedy jakiś bezdomny podaruje toruńskiemu antychrystowi rakietę kosmiczną. Kiedy już do tego dojdzie, zapakuję go tam, powywieszam w jego kabinie wszystkie te obleśne, strupieszałe fajfusy (w charakterze choinek zapachowych), i wystrzelę w kierunku słońca, nie dając mu nawet cholernych okularów przeciwsłonecznych.

Reklamy

Rewelacje Spod Sutanny

Im baczniej śledzę fora internetowe, tym bardziej utwierdzam się w przeświadczeniu, że dla większości katolików w Polsce wiara w Boga i kościół – są nierozłączne; że atak na duchowieństwo jest dla nich równoznaczny z atakiem na samego Boga. Gdzieś tam w ich mentalności tkwi przekonanie, że skoro (zgodnie z założeniami ich wiary) doskonały jest Stwórca, w którego wierzą, doskonali muszą być też jego słudzy (którzy są niejako jego mackami). Nie widzę innego wytłumaczenia dla zgorszenia, które wywołał wśród wiernych film Kler.

Pedofilia wśród duchownych jest (coraz częściej i lepiej dokumentowanym) faktem. Pazerność, rozwiązłość (we wszelkich formach) – także. Żeby tego nie wiedzieć i żeby temu zaprzeczać trzeba być człowiekiem niepełnosprawnym intelektualnie, chorym psychicznie, albo niedoinformowanym. Aż dziw bierze, że znaczna część krajan przynależy właśnie do tej grupy, ba – to wprost nieprawdopodobne zważywszy na fakt, że żyjemy w XXI wieku, w czasach swobodnego przepływu informacji i dostępu do nich.

Wielu osobom wygodnie jest tkwić po uszy w przyjemnych złudzeniach – w absurdalnym przekonaniu o przynależności do nieskazitelnej organizacji, sięgającej swą doskonałością chwały samego stwórcy. Dlatego ci, którzy te urojenia rozwiewają, spotykają się z taką agresją. Spierdalaj i nie burz mi komfortu psychicznego – powiedzieliby obrońcy nieskalanego wizerunku kościoła, gdyby wyrażali się dosadnym językiem. Niestety, są zbyt zajęci lizaniem nim tyłka klechom.

Myślę, że ogromne znaczenie na wzrost populacji tego typu szurniętych jegomościów ma pontyfikat Jana Pawła II (pod wieloma względami wyjątkowy, ale wcale nie tak chlubny, jak sądzi większość katolików). Narodowi wydaje się chyba, że za sprawą swej działalności duszpasterskiej Karol Wojtyła zapewnił mu specjalne względy Boga, a ten, żeby ich nie stracić, powinien rżnąć głupa, kiedy faceci w kieckach chowają pod nimi dzieci i pieniądze zdefraudowane ze zbiórek charytatywnych.Rewelacje Spod Sutanny (1)Jestem daleki od twierdzenia, że wszyscy księża to chciwe i zboczone knury w koloratkach, ale nie mam wątpliwości, że wśród nich zdarzają się (wcale nierzadko) również oni. Wszyscy, niezależnie od tego, czy wierzymy, czy nie, powinniśmy mieć na nich szeroko otwarte oczy i kibicować trwałemu usunięciu ich ze stanu duchownego – oraz, rzecz jasna, wymierzenia należnej im kary. Największa odpowiedzialność w tej materii spoczywa na samym kościele, który póki co usiłuje zamiatać brudy pod dywan (przepraszam – pod sutannę) – co jest już oczywistym i zuchwałym współudziałem w przestępstwie.

Jako ateista pogardzam klerem głównie dlatego, że miesza się do polityki i usiłuje narzucać społeczeństwu prawa oparte na religijnie wykoślawionej moralności. Eutanazji należy zakazać, gdyż Bozia z radością patrzy na pokorę z jaką człowiek znosi nieuleczalne męczarnie, a życie nawet, jeśli nadaje się już tylko do cierpienia i robienia pod siebie z bólu, jest wartością najwyższą; antykoncepcji, ponieważ seks jest tylko od zapładniania; in vitro, bo przecież gdyby Bóg chciał, żeby Janek miał dzieci, uczyniłby go płodnym; aborcji, bo kobieta powinna nauczyć się spełniać jako maszynka do rodzenia dzieci (te poczęte na wskutek gwałtu też trzeba urodzić, gdyż są darem Bożym). Tkwimy po uszy w ograniczającej nasze człowieczeństwo psuedomoralności opartej na starożytnych absurdalnych bajędach, w czarnej kościelnej ociekającej marazmem dupie, i dlatego z wytęsknieniem wyczekuję upadku tej sekty zwanej klerem.

Kończą się czasy dla tych świętych krów – nawet w Polsce, kraju psychofanów papieża-polaka i akrobatów tańczących na jego grobie. W tym miesiącu nakazem wyroku sądowego Towarzystwo Chrystusowe zmuszone było wypłacić ofierze pracującego w jego szeregach księdza-pedofila milion złotych odszkodowania (do tego dochodzi dożywotnia renta w wysokości 800 złotych miesięcznie). Jest to przełomowe wydarzenie – społeczeństwo powoli, ziewając ze znużeniem, budzi się ze snu o nieskazitelności i bezkarności duchownych. Ofiary zboczeńców w sutannach, które milczały z poczucia wstydu i winy, oraz z obawy przed niemożliwością uzyskania zadośćuczynienia za wyrządzone im krzywdy, z pewnością dostrzegą w tym wyroku szanse na wyrównanie rachunków. Możemy spodziewać się coraz większej ilości tego typu procesów – i ich wygranych przez stronę pokrzywdzoną.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

VI

Zabrałem się w tym miesiącu za redagowanie swoich opowiadań. Opowiadań w lwiej części dość starych – bo napisanych w 2015 roku. Wtedy – o zgrozo, co za narcyzm! – wydały mi się warte wydania, teraz podczas ich lektury czuję wstyd i zażenowanie. Co za toporna narracja, co za pokraczne eksperymenty językowe, co za płytkie postaci, że o drętwych do bólu dialogach nie wspomnę. Na kilka z nich naniosłem tyle poprawek, że właściwie można by rzec, że napisałem je prawie od nowa. Tym samym zdołałem wprawdzie nadać im trochę powabu, jednak nadal nie nadają się do zaprezentowania komukolwiek. Cóż, przynajmniej w większości; kilka z nich uważam za całkiem niezłe nawet dziś.

Ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wręcz wybornie. Bo skoro teraz, z perspektywy trzech dość twórczych lat jestem dobitnie świadom własnej niedawnej przecież jeszcze nieudolności, to znaczy, że ruszyłem z miejsca, że się rozwijam. Mam co prawda nadzieję, że za następne 3 lata spojrzę na tegoroczne utwory przychylniejszym okiem, niż spoglądam na nie w przypadku utworów wyżej wymienionych – choć z drugiej strony wiem też, że krytycyzm wobec starszych utworów jest miarą pisarskiego rozwoju.

Ponieważ większość czytelników zdecydowanie woli dłuższe formy prozatorskie (powieści) od tych krótszych (nowele, opowiadania), pisarz, który nie ma za sobą wydanych kilku niezłych powieści, będzie miał trudność ze znalezieniem wydawcy dla tomu opowiadań. Mimo to postanowiłem po napisaniu kolejnej powieści poświęcić pół roku właśnie krótkim formom. Przez minione dwa lata zebrałem ponad sto niezłych pomysłów na fabuły, i wspaniale byłoby zrealizować chociaż kilkanaście z nich. Kto wie – może kiedyś niektóre uda mi się wydać w zbiorze. Są zwane szanse.

Bo każdy pies – ma swój dzień. Można czekać na niego latami, snując się z miejsca na miejsce z podkulonym ogonem i żywiąc się resztkami z pańskiego stołu (ja na tym etapie, na szczęście, już od dawna nie jestem), ale taki dzień, jeśli okaże się życiu wystarczająco dużo cierpliwości, w końcu nadchodzi. Przekonał się o tym dzisiaj mój ojciec. Ale od początku.

Krótko po ślubie moi rodzice zamieszkali u dziadków od strony matki. W międzyczasie dziadkowie wyszli z inicjatywą przepisania na matkę działki budowlanej, na której – przy ich pomocy finansowej – rodzice mogliby wybudować własny dom. Ojciec zaparł się – stwierdził, że nie podejmie się przedsięwzięcia, jeśli ziemia nie będzie przepisana również na niego. Gdy dziadkowie postąpili po jego myśli, i kupili wszelkie niezbędne materiały budowlane, ojciec zmienił zdanie: stwierdził, że nie chce mieszkać na wsi, a działkę należy sprzedać, i za zarobione w ten sposób pieniądze kupić mieszkanie w mieście. Możemy tylko domyślać się, że planował taki podstęp od początku.

Małżeństwo rodziców nie układało się – ojciec rzucił pracę i zaczął pić. Po kilku następnych latach pożycia zdecydowali się na separację, potem – na rozwód. Sąd zasądził ojcu zapłatę alimentów na mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Początkowo pieniądze były potrącane z renty ZUS-owskiej, którą otrzymał po tym, jak po pijaku wpakował się na szosę i pod samochód (miał wielkie szczęście, że za kierownicą siedziała lekarka, która udzieliła mu bardzo fachowej pierwszej pomocy). Gdy matka wytoczyła mu sprawę o podniesienie alimentów, ubzdurał sobie, że chce ona tych pieniędzy dla samej siebie – a nie dla dzieci, które poczęli wspólnie, i za które oboje powinni ponosić odpowiedzialność. Kierowany tym urojeniem, zrzekł się renty, i odtąd państwo płaciło alimenty za niego. Przez kilkanaście lat uzbierało mu się kilkadziesiąt tysięcy złotych długu – tylko dlatego, że zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Gdy matka postanowiła sprzedać działkę, okazało się, że chociaż ojciec nie dołożył do niej złamanego grosza, będzie musiała podzielić się z nim pieniędzmi po połowie. On sam, jak przystało na parszywą kreaturę, wyciągał po nie ręce bez najmniejszych skrupułów. Pół biedy, gdyby chociaż dotrzymał słowa i przekazał uzyskaną w ten sposób forsę komornikowi, płacąc w końcu za swoją głupotę (jegomość i tak odwiedzi go za naszym wstawiennictwem w ciągu najbliższych kilku dni – choć niewykluczone, że nie uda mu się niczego odzyskać). On jednak postanowił zataić dochód i przeznaczyć go na prywatne wydatki. Jako nałogowy alkoholik obraca się w towarzystwie, które prawdopodobnie szybko ogołoci go do cna. Głupi tak już mają, że wszystko, nawet największe dary niebios, obracają na swoją niekorzyść – w przeciwnym razie nie byliby głupcami.VI (1)I teraz ten sam oszołom, który kiedyś, gdy byłem jeszcze niemowlęciem, zabrał mnie na spacer w wózku i przywlekł do domu całego pooblewanego piwskiem, którym usiłował poić mnie ze swoimi kumplami od butelki – ten sam, który z własnej zawziętości i głupoty narobił sobie długu sięgającego kilkudziesięciu tysięcy złotych – ta łachudra, gnida po prostu, bez krzty honoru biorąca pieniądze, z których nie należy jej się nawet złamany grosz, nie dając z nich swoim dzieciom ani złotówki – ma czelność prosić matkę o przekazanie mi, że bardzo mnie kocha, a mojej siostrze kupuje… drzewko szczęścia. Ciekawe, po co? Może po to, żeby powiesiła się na nim z radości, że ma takiego kochanego ojca?

Dopiero teraz, mając prawie 30 lat, doceniam wartość humoru w życiu człowieka. Wrażliwość, inteligencja i wyobraźnia są ważne w doświadczaniu go i radowaniu się nim, ale poczucie humoru jest po prostu nieodzowne. Bo jak inaczej przechodzić nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego – nie stracić głowy, nie popaść w marazm? Jak cieszyć się z małych rzeczy doświadczając sytuacji tak absurdalnych, że zakrawają na scenariusz komedii napisanej przez naćpanego dopalaczami szaleńca? Nie da się. Pozostaje albo lać rzewne łzy, albo przypatrzeć się dobrze sytuacji, i… być może dostrzec w niej coś zabawnego, a jeśli sztuka ta powiedzie się – to śmiać się, śmiać, ile wlezie, bo śmiech to zdrowie, a umrzeć ze śmiechu to już w ogóle najzdrowsza rzecz pod słońcem.

Dużo się śmieję, i raczej prawie wcale nie po to, żeby nie zapłakać. Dużo i głośno, z rozmaitych rzeczy – śmiejąc się z nich, ale nie wyśmiewając ich przy tym. Ale śmiać się do rozpuku – śmiać się tak, że nie mogę oddychać, a na drugi dzień niemiłosiernie bolą mnie mięśnie brzucha – zdarza mi się raz na jakieś 2 lata. Kiedyś, pamiętam to jak dziś – a miałem wtedy 16 lat – kolega w szkolnym internacie rozśmieszał mnie tak mocno, że dosłownie błagałem go, by przestał, bo naprawdę myślałem, że się uduszę.

Tak. Pisałem już kiedyś o tym, ale nigdy za wiele o tym mówić: życie to jedna wielka sytuacja Kafkowska, albo, jeśli wolicie, czeski film. Pół biedy, kiedy ten jest niezły.

Drzewko szczęścia! Dobre sobie!

V

Moja babka ma 85 lat. Przez większość życia cieszyła się dobrym zdrowiem, i korzystała z niego jak tylko mogła – do 79 roku życia latem spędzała kilka godzin dziennie w lesie na zarobkowym zbieraniu jagód, a kiedy kosiła podwórko, używała na przemian dwóch kosiarek elektrycznych – gdy jedna odmawiała posłuszeństwa z uwagi na przegrzany silnik, chwytała za drugą. Patrzyliśmy na to – ja, moje rodzeństwo, oraz matka – z lekkim przerażeniem, ale i zadowoleniem. Wiedzieliśmy bowiem, że większość koleżanek babki jest albo przytłoczona chorobami, albo udała się na wieczne spoczywanie. Kiedy na podwórku nie było niczego sensownego do zrobienia, babka wymyślała sobie prace kompletnie zbędne, toteż zawsze przezornie zostawialiśmy jej coś do roboty.

Domyślaliśmy oczywiście, czemu służy ta demonstracja siły: udowodnieniu sobie oraz innym, że wciąż jest się daleko od śmierci, że trzyma się życia w żelaznym uścisku. Babka po prostu potrzebowała upewniać o tym siebie oraz nas. Poza tym, pracę miała we krwi, i nie wyobrażała sobie bez niej życia. Gdy nie pracowała, czuła się niepotrzebna i bezużyteczna.

Mimo naszych namów, babka nie chodziła do lekarza, ani gdy się przeziębiła, ani nawet na badania profilaktyczne. Uważała, że jeśli człowiek w jej wieku zaczyna się leczyć, oznacza to, że jest już jedną nogą w grobie. Sytuacja uległa zmianie dopiero 4 lata temu, kiedy przeszła udar mózgu. Choroba zaprowadziła ją do szpitala, gdzie stwierdzono u niej całą masę chorób – m. in. nadciśnienie, piasek w nerkach, wadę serca, nadczynność tarczycy, i cukrzycę. Lekarze przepisali jej całą masę leków, do których stopniowo, w miarę jak wykrywano u niej kolejne schorzenia, dochodziły następne. Na dzień dzisiejszy łyka 15 tabletek dziennie – co rocznie daje ponad 5 tysięcy pigułek.

Od czasu udaru babka raz na kilka miesięcy doznaje pogorszenia stanu zdrowia i ląduje w szpitalu. Po serii badań, po ponownym ustawieniu jej leków (i przepisaniu kilku kolejnych) i podreperowaniu kroplówkami zostaje wypisana do domu, gdzie na nowo odzyskuje część sił. Daje się jednak odczuć, że za każdym razem próg maksymalnej wydolności jej organizmu zostaje zaniżony.

Przykro patrzeć, jak człowiek, który całe życie harował w pocie czoła na polach, teraz nie ma nawet siły przespacerować się po nich, i przykro słuchać, jak wspomina epizody ze swojego życia, i kwituje je słowami, że wszystko to przeminęło, przeminęło jak sen. Jest to tym cięższe, gdy dostrzega się w tym zapowiedź własnej starości.

Są rzeczy, których boję się bardziej od śmierci, i jest ich całkiem sporo; starość jest jedną z nich. Najbardziej boję się jednak nie spadku możliwości fizycznych i utraty walorów wizualnych (tego drugiego prawdopodobnie bardziej boją się kobiety), a obniżenia sprawności umysłowej – intelektu oraz pamięci. Na oddziale ogólnym szpitala psychiatrycznego, gdzie leczyłem się na depresję, było wiele osób starszych dotkniętych demencją. Niektórzy z nich mieli doprawdy znikomy kontakt z rzeczywistością, i zdawało się, że ich życie czyniło znośnym tylko to, że byli zbyt chorzy, by zdawać sobie z tego sprawę.

Gdybym to ja zachorował na chorobę neurodegeneracyjną, prawdopodobnie popełniłbym samobójstwo albo wyjechał do któregoś z krajów, gdzie eutanazja jest legalna, i poddał się tam jej. Życie jest wartością najwyższą, ale w pewnym momencie przeistoczyć może się w umieranie – długie, męczące i pozbawione jakiegokolwiek sensu – które nie służy niczemu i wartością najwyższą już nie jest. Tam, gdzie nie może być już mowy o życiu – prawdziwym życiu, w którym człowieka nie paraliżują nieuleczalne męki – wartością najwyższą jest uwolnienie się od cierpienia poprzez śmierć. Gorzko ubolewam nad tym, że zatwardziała w swej katolickości Polska nie daje rodakom takiej szansy. Myślę jednak, że nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi na pytanie, co to znaczy odejść godnie – że każdy musi udzielić jej sobie sam.

W maju tego roku eutanazji poddał się 104 letni David Goodall, austriacki botanik i ekolog. Jego decyzja spowodowana była znaczącym pogorszeniem jakości życia na wskutek starości i typowych dla niej schorzeń. W wywiadach udzielanych przed odejściem wyznał, że był w stanie cieszyć się życiem aż do 90 roku. Wierzę mu – sam poznałem kiedyś przelotnie staruszka, który miał 92 lata, i samodzielnie rąbał drewno. Ba, nie był nawet ślepy na powaby opalających się w jego sąsiedztwie dziewcząt.

Z łatwością wyobrażam sobie, jak dużym obciążeniem psychicznym musi być ponadprzeciętnie długie życie. Człowiek widzi, jak jego własne dzieci osiągają podeszły wiek, stopniowo przeżywa wszystkich swoich najbliższych, a do tego nieustannie zmaga się ze świadomością, że najlepsze lata życia ma już daleko za sobą (i coraz gorzej je pamięta). Dodajmy do tego poczucie bezsilności wobec tak szybko pędzącego i zmieniającego się świata, oraz wynikające z tego poczucie alienacji, a starość ukaże się przed nami w całej swojej smutnej krasie.

Nie da się ukryć, że pokolenie ludzi, których określamy mianem ludzi starej daty, powoli wymiera. Świat bez nich nigdy już nie będzie taki sam. Jesteśmy zbyt zajęci podrwiwaniem z ich przyziemności i denerwowaniem się na ich staromodność, by dostrzec, że będziemy tęsknić za ich poczciwością, za ich twardym stąpaniem po ziemi, oraz zasadami honoru, w których (w większości) wyrośli i którym hołdowali po kres swych dni.

W tym miejscu można zastanowić się nad tym, jak nasze pokolenie – pokolenie uzależnionych od Internetu gadżeciarzy – spisze się w roli dziadków i babć. Postępujący rozwój technologiczny wpłynie drastycznie na rządzące światem wartości – pewne z nich odejdą do lamusa jako godny co najwyżej sentymentu relikt przeszłości, inne, dzisiaj uważane za nowomodne wyuzdanie, stanął się czołowe. I nam, jeśli dożyjemy sędziwych lat, przyjdzie patrzeć bezsilnie na te zmiany, kręcić głową, i tłumaczyć swoim wnukom, że za dawnych czasów to, co dziś jest tak zwaną zdrową normą – było nie do pomyślenia. W czasach młodości naszych dziadków ślub kościelny i cywilny był koniecznym krokiem na drodze do wspólnego życia – obecnie ludzie podchodzą do kwestii religijnych i formalnych z dużą swobodą i często wybierają życie na kocią łapę, a rozwody są normą.

A społeczeństwo przyszłości będzie w znacznej mierze społeczeństwem geriatrycznym. Postęp medycyny oraz powszechny dostęp do opieki zdrowotnej sprawia, że średnia życia stale rośnie – co wpływa na wzrost liczebności osób starszych w populacji. Jednocześnie w niektórych państwach notuje się niż demograficzny. Fachowcy nazywają to starzeniem się społeczeństwa. Według szacunków GUS liczba osób po 65 roku życia w Polsce do roku 2060 wzrośnie aż o 36 procent (6 milionów osób). Wypada dodać, że obecnie w kraju nad Wisłą jest ledwo ponad 300 lekarzy geriatrów.

Stephen King – ”Buick 8”

Stephen King - ''Buick 8''Stephen King ma w swoim bogatym dorobku literackim kilka powieści świetnych, ale z jakiegoś powodu niezbyt znanych; książek pozostających w cieniu klasyków, po które czytelnicy sięgają zazwyczaj dopiero po ich (nieraz dwukrotnym) przeczytaniu. Jednym z takich utworów jest właśnie Buick 8. Niewiele brakowało, żebym i ja sam zignorował tę powieść – znam aż nazbyt dobrze Kingowski pociąg do autoplagiatu, toteż kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę książki, pomyślałem sobie: Kolejna po Christine wariacja na temat samochodu-zabójcy. Na szczęście byłem w wielkim błędzie.

Curtis Wilcox, policjant, ginie na służbie w wypadku samochodowym. Jego syn Ned, chcąc załagodzić bolesną tęsknotę, zatrudnia się w miejscu, gdzie ów pracował – w jednostce D. Zmarły policjant wciąż żyje w pamięci swoich współpracowników; jego syn syci się ich reminiscencjami i atmosferą miejsca, w którym pełnił swoje obowiązki, stopniowo samemu stając się jego częścią. Kiedy policjanci uznają Neda za jednego ze swoich, postanawiają wtajemniczyć go w historię tytułowego Buicka 8 – tajemniczego auta od wielu lat stojącego w jednym z baraków.

Akcja rozwija się powoli, ton powieści jest wybitnie gawędziarski, tętni wręcz życiem. Nic dziwnego – jest to przecież jakby opowieść w opowieści. Poszczególne postaci (narracja płynnie przechodzi z jednej na drugą) nie bez sentymentu i emocji wspominają wydarzenia związane z tytułowym autem i towarzyszące im okoliczności. Czytając czułem się tak, jakbym naprawdę siedział z grupką policjantów, przysłuchując się ich dyskusji i czekając, aż będę mógł wtrącić swoje pytania. A tych ciągle miałem mnóstwo.

Zagadka Buicka od samego początku budzi silną ciekawość czytelnika. Samochód okazuje się czymś w rodzaju portalu do innej rzeczywistości – bramy, przez którą (poprzez jego bagażnik) do znanego nam świata przedostają się dziwaczne stworzenia i przedmioty. Każdy z tych żywych i martwych artefaktów przekazuje czytelnikowi strzępek informacji o tym, jak wygląda świat po drugiej stronie, dostarczając przy okazji paliwa jego rozbuchanej wyobraźni. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i mnożą się pytania: Skąd auto wzięło się na Ziemi? Kim są jego konstruktorzy? Do jakiej rzeczywistości prowadzi, i co czeka ludzi, którzy zdecydowali się ją zwiedzić? Co istnienie samochodu mówi o rzeczywistości w ogóle? Nie wszystkie z tych pytań doczekają się odpowiedzi, co mnie osobiście bardzo satysfakcjonuje.

Powieść opowiada również o tym, jak człowiek uczy się żyć z czymś, dla czego nie znajduje żadnego racjonalnego wyjaśnienia; że to, czego logika siłą rzeczy się nie ima, zostaje zepchnięte na drugi plan, na margines spraw zrozumiałych i prozaicznych. Bo i cóż można uczynić z murem, który pojawia się ni stąd, ni zowąd pewnego dnia, i trwa sobie a muzom, niewzruszenie urągając całej naszej z takim trudem zdobytej wiedzy o świecie? Przeciętnemu człowiekowi łatwiej i bezpieczniej jest obejść go, niż dokonać na potrzeby jego istnienia rewizji całego swojego światopoglądu. Jest to niezwykły wykład z ludzkiej natury, której King jest wytrawnym znawcą.

Niestety, w Buick 8 zabrakło naprawdę niepokojących epizodów, które idealnie przystawałyby do całokształtu powieści. Motywy obiektów przybywających z innego świata są wprawdzie nieco upiorne, ale wnoszą przede wszystkim ładunek tajemnicy i makabry. Buick 8 nazwać można raczej książką fantastyczną niż horrorem.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Człowiek Wobec Multiwersum

Przeczytałem ostatnio niezwykle intrygującą (i świetnie napisaną) książkę Maxa Tegmarka pt. Nasz matematyczny wszechświat. W poszukiwaniu prawdziwej natury rzeczywistości. Autor – kosmolog i fizyk teoretyczny – dowodził w niej współistnienia czterech typów multiwersów, a więc zbiorów wszechświatów równoległych do naszego.

Dwa pierwsze typy tych niezwykłych zbiorowisk miałyby istnieć w przestrzeni zdominowanej przez tak zwaną inflację – zjawisko polegające na samoistnym, lawinowym tworzeniu się przestrzeni, energii i materii z niemal niczego. To, co określamy mianem Wielkiego Wybuchu, miałoby zachodzić w tych miejscach, w których inflacja zatrzymała się, podczas gdy w innych trwa wiecznie. Według Tegmarka, Big Bang nie ogranicza się jedynie do narodzin pojedynczego wszechświata, ale właśnie całego multiwersum (Tegmark nazywa je multiwszechświatem poziomu I) – zbioru wszechświatów, w których panują takie same prawa fizyki. Ponieważ według tej teorii miejsc, w których inflacja zatrzymała się, jest nieskończenie wiele, oznacza to z kolei narodziny nieograniczonej ilości rozdzielnych czasoprzestrzennie multiwersów o różnych właściwościach fizycznych (multiwszechświat poziomu II). Ponieważ zakres sił oddziaływań fizycznych sprzyjających rozwojowi życia jest niezwykle wąski, zdecydowana większość takich kosmosów byłaby pusta i martwa.Conceptual image of bubble universesBrzmi niedorzecznie? Na pierwszy rzut oka zapewne tak. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę fakt, że minimalna zmiana parametru jakiejkolwiek stałej fizycznej uniemożliwiłaby pojawianie się życia, pozostaje tylko uwierzyć Tegmarkowi – albo przyjąć, że Wszechświat powstał jeden jedyny raz, a za jego niesamowitym dostrojeniem do powstania życia stoi przypadek (lub Bóg).

Teoria postulowana przez Tegmarka (rzecz jasna nie jest jedynym jej zwolennikiem – opowiadają się za nią chociażby tacy naukowcy, jak Brian Greene czy Lawrence Krauss) ma bardzo ciekawe implikacje. Jeśli istnieje nieskończenie wiele wszechświatów, to znaczy, że układy atomów muszą powtarzać się w nich nieskończenie wiele razy, a zatem każdy z nas posiada w nich nieskończenie wiele sobowtórów, w tym również takich, które przeżywają dokładnie to samo, co my (i są nami nie mniej, niż my sami). Jestem dość sentymentalny, a przy tym kocham swoje życie, toteż myśl, że nawet po mojej śmierci zawsze gdzieś tam jakaś kopia mnie będzie przeżywać dokładnie to samo, co ja tutaj, napawa mnie swego rodzaju otuchą.

Co innego czuję, kiedy uświadamiam sobie, że oznaczałoby to także powtarzanie się w nieskończoność najczarniejszych scenariuszy dla całych cywilizacji – na przykład ludobójstw. W całej wieczności nie byłoby wtedy chwili, w której gdzieś naziści nie gazowaliby tysiącami ludzi w obozach zagłady. Ba – w pewnych kopiach naszej planety wygraliby II wojnę światową, i sprawowali swoje chore rządy nad całą planetą. Zresztą wszystko, co mogłoby się wydarzyć, musiałoby powtarzać się nieskończenie wiele razy we wszystkim możliwych wariantach przez całą wieczność – wojny atomowe, mordercze epidemie, zagłady na skalę kosmiczną, itd.

Osobiście od dawna wierzę w istnienie tego, co Tegmark określa mianem multiwszechświata poziomu II – nie potrafię tylko zdroworozsądkowo ustosunkować się do jego istnienia. Czy – zważywszy na to, że z innymi kosmosami nie łączy mnie nawet wspólna czasoprzestrzeń – powinienem traktować ich hipotetycznych mieszkańców wyłącznie jako abstrakcję – ni mniej, ni więcej, tylko myśl w swojej głowie? Czy o czymś, co istnieje w innej, absolutnie niedostępnej rzeczywistości, można mówić jako o czymś realnym? A może zupełnie słusznie byłoby czuć więź zarówno z nimi, jak i każdą możliwą wersją mnie?

***

Grafika pochodzi ze strony GettyImages z darmowymi obrazkami.

Christie w Krótkiej Formie

Zakupiłem jakiś czas temu kilka tomów opowiadań Agaty Christie. Dlaczego nie powieści? Ano, po przeczytaniu kilku z nich, ciekaw byłem, jak kryminał sprawdza się w krótkiej formie; czy na zaledwie kilkudziesięciu stronach da się sprawnie sportretować postaci, zbudować napięcie, oraz skonstruować ciekawą intrygę. Poza tym – w przeciwieństwie do większości czytelników – mam szczególną słabość do dobrych opowiadań. Bywa przecież, że krótki tekst wzbudza więcej zachwytu od całych powieści, i poszukuję takich perełek z wielkim zaangażowaniem (i przyjemnością). Kto jak ognia unika krótkich form – niech sprawdzi koniecznie.

Agata Christie to – zaraz obok Stephena Kinga – najważniejsza autorka, której książki czytam dla czystej rozrywki. Nie wymagam od niej kunsztu stylistycznego, impresji poetyckich czy refleksji zdolnych wywrócić moje życie do góry nogami – gdy sięgam po jej prozę, chcę się po prostu oderwać od rzeczywistości, kompletnie zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Po tego typu prozę chwytam też często po przeczytaniu jakiegoś obszernego i wymagającego dzieła. Po prostu świetnie relaksuje.Christie w Krótkiej Formie (1)Na pierwszy ogień poszło Trzynaście zagadek. Kilka osób różnych profesji spotyka się, żeby powspominać znane im wydarzenia kryminalne. Potem każdy z obecnych przedstawia najbardziej prawdopodobne jego zdaniem rozwiązanie zagadki. Największe sukcesy na tym polu odnosi bohaterka kilku powieści Christie – niepozorna staruszka, panna Marple. Swój talent dedukcyjny okazuje się zawdzięczać nie tylko bystrości umysłu, ale i bacznym obserwacjom (czasami pozornie banalnym) małomiasteczkowego życia.

Potem sięgnąłem po Wczesne sprawy Poirota. Belgijski detektyw jest najlepiej mi znaną postacią prozy Christie. Uwielbiam go za jego narcyzm, maniery, intelekt, niezmordowanie i znajomość natury ludzkiej. Narratorem prawie wszystkich utworów jest kapitan Haskins, przyjaciel i towarzysz Poirota. Wspomina on sprawy, których rozwikłania belg podjął się na początku swej kariery.

Detektywi w służbie miłości to krótki (zaledwie 200 stron) zbiór opowiadań, których akcja oscyluje wokół zawirowań uczuciowych. W 8 historiach pojawiają się trzej popularni bohaterowie powieści Christie – Harley Quin, Herkules Poirot, oraz Parker Pyne (zabrakło tylko poczciwej panny Marple i duetu Tommy & Tuppence). Te utwory mają znacznie więcej kolorytu od wspomnianych wcześniej – być może z uwagi na wiodący wątek romantyczny.

Z tego, co się orientuję, Tajemniczy pan Quin jest ewenementem na tle reszty twórczości pisarki, ponieważ zawiera subtelne elementy paranormalne. Bohaterami wszystkich 12 opowieści jest dwoje mężczyzn – tytułowy pan Quin oraz pan Satterthwaite. Pojawienie się pierwszego z nich w życiu tego drugiego zawsze zwiastuje jakieś niezwykłe wydarzenie. Quin subtelnie naprowadza swojego przyjaciela na trop intrygi, a potem pomaga mu w rozwikłaniu jej. Wszystkie utwory stanowią rasowe kryminały, z tym, że dzięki osobie zagadkowego przybysza, spowija je niezwykła atmosfera. Gdybym miał wybrać najlepszą książkę spośród czterech wymienionych, postawiłbym właśnie na tą.

Tym, co bardzo mi się podoba w prozie Christie, to że nie stara się udawać niczego ponad to, czym jest – a więc literaturą rozrywkową. Jest w niej sporo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i sytuacji absurdalnych oraz naiwnej ckliwości. Jeśli jednak czytelnik będzie potrafił (i chciał) przymknąć na to wszystko oko, czeka go wiele dobrej zabawy.

Niektórych rzeczy nie sposób jednak Christie wybaczyć. Im więcej przeczyta się jej opowiadań, tym bardziej rzuca się w oczy ich schematyczność. W prawie każdym z nich mamy trupa, kilkoro podejrzanych którzy pozostają ze sobą w skomplikowanych relacjach, oraz osobę obdarzoną ponadprzeciętnie rozwiniętą dedukcją. Można powiedzieć, że zmieniają się tylko konfiguracje postaci, ich motywacje i łączące ich zależności (powtarzają się nawet pewne okoliczności, jak np. nieoczekiwana śmierć podczas przyjęcia). Schemat byłby mniej napastliwy, gdyby autorka postarała się o odpowiednią dla niego oprawę. Mowa tutaj o opisach miejsc, które są nie tyle nawet oszczędne, co po prostu ubogie. Autorka skupia się na akcji i jej postaciach – u niej liczy się to, kto, gdzie, jak, kiedy i czemu; reszta – otoczenie – jest dla niej zazwyczaj nieistotne, i czasami ma się wrażenie, że awantura rozgrywa się na białym tle. Krótkie formy Christie sprawiają czasami wrażenie zbyt suchych, a bywa, że wręcz szkicowych.

Ile literackich perełek gatunku odsiałem podczas czytania tych kilkudziesięciu opowiadań? Każdy zbiór zawierał od 1 do 3 takich zapadających w pamięć utworków. To mało, ale w gruncie rzeczy – nie szkodzi. Opowiadania Christie są jak krótkie zjeżdżalnie: zdarzają się wśród nich zarówno prostsze, jak i bardziej zakręcone, ale wszystkie łączy to, że zapewniają szybką rozrywkę. Kryminał zdecydowanie sprawdza się lepiej w formie powieściowej, ale fani gatunku i w opowiadaniach znajdą wiele rozrywki. Ja sam wkrótce zamawiam kolejne kilka zbiorów.