XVIII

Będąc we Wrocławiu zajechaliśmy z dziewczyną na cmentarz Grabiszyński. Uwielbiam cmentarze z uwagi na panujący w nich, sprzyjający refleksjom nastrój melancholii. To niezwykle poetyckie miejsca – istna żyła poetyckiego złota, na której warto by połamać zęby (choć może bardziej wypada napisać, że połamać pióro, i to niejedno). Czuję to, kiedy patrzę na bąka zbierającego z brzdękiem nektar z kielicha dziko rosnącego kwiatu, kiedy widzę wiewiórkę wbiegającą po grobie na konar rozłożystego dębu, kiedy modlitwy, gra na trąbce oraz pieśni z pobliskiego pogrzebu mieszają się z radosnym śpiewem wszechobecnych ptaków.

Cmentarz Grabiszyński jest bardzo pięknie utrzymany. Alejki otaczają wysokie, równo przycięte żywopłoty. Zewsząd wyrastają potężne, rozłożyste drzewa – m. in. dęby. Wiele grobów spowija bluszcz. Kiedy spaceruję tak alejkami, sycąc oczy soczystą zielenią, wdychając pachnące powietrze, i oglądając groby zmarłych, dochodzę do wniosku, że każdy z nich dołożył swoją cegiełkę do niezwykłej atmosfery tego miejsca – atmosfery, z której czerpią również inni żywi. Udziela mi się grobowy spokój zmarłych, a w tutejszej ciszy jakby lepiej słychać własne myśli.

Na co dzień bardzo dużo myślę o śmierci, własnej śmiertelności. Nie robię tego jednak w sposób dołujący. Póki co – pewnie dlatego, że jestem jeszcze dość młody – myśli te napawają mnie nie smutkiem, a przede wszystkim zdumieniem. To niesamowite – jestem, a potem – już nigdy – mnie nie będzie. Co będzie dla mnie po śmierci? Dokładnie to, co przed moimi narodzinami. Świat istniał, ale ja – nie. Materia, która składa się na moje ciało, wróci do obiegu w przyrodzie (podlega zresztą stopniowej wymianie przez całe moje życie). Nie wierzę w Boga, w cokolwiek po śmierci, a choć perspektywa braku życia pozagrobowego nie jest może najweselsza na świecie, to jednak wieczność wydaje mi się o wiele – nieskończenie – gorsza. Dawno już doszedłem do wniosku, że nie potrzeba mi niczego więcej, jak jednego życia na miarę trwania jednej ziemskiej miłości – i basta. Jedna ludzka miłość, ze wszystkimi jej etapami – zakochania, randkowania, mieszkania razem, starości (ale bez dzieci).

Oczywiście, niemal wszystkie groby posiadają atrybuty – symbole, wypisane na tablicach sentencje – wskazujące, że pochowani w nich ludzie byli wierzący. Podczas spaceru natrafiliśmy tylko na jeden nietypowy pomnik – na tablicy miał wygrawerowany symbol Yin i Yang, element filozofii chińskiej, który opisuje współzależność dwóch przeciwstawnych sił. Ja sam będę miał świecki pogrzeb. Bez modłów, bez rozbuchanej ceremonialności (której nie cierpię). Może zanim odejdę z tego świata, w Polsce zalegalizowany zostanie inny sposób pochówku, który odpowiada mi o wiele bardziej niż pomniki z kamienia – biourny. Mowa o urnie z torfem zmieszanym z prochami zmarłego, w której znajduje się również sadzonko drzewa. Zakopuje się ją, i podlewa, a drzewko wyrasta, czerpiąc ze spopielonej materii. Uważam, że to świetna sprawa. Na swoje drzewko wybrałbym klon, który jesienią (a więc w porze, kiedy przemijanie osiąga swe apogeum) wygląda wprost cudownie, dzięki złotym liściom. Ktoś mógłby zawiesić na nim zmęczone oczy, znaleźć ukojenie w szeleście opadającego listowia. Oczywiście, przemawia teraz przeze mnie czysty sentymentalizm, ale nie wydaje mi się niezdrowy. Coś z moim trupem – tym fantem – będzie przecież trzeba zrobić, więc czemu akurat nie to?XVIIIWierzący lubią mówić, że w obliczu śmierci nie ma ateistów. Przypominając sobie tą sentencję, uśmiecham się pod nosem. Pomimo poważnych problemów zdrowotnych mojej dziewczyny – a wizja jej śmierci przeraża mnie o wiele bardziej, niż moja własna – nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby modlić się o jej wyzdrowienie. Żadne perturbacje życiowe nie sprawiły, że straciłem poczucie rzeczywistości, które zbudowałem pozbywając się szkodliwych religijnych fantazji – wyrastając ze złudzeń zaszczepianych mi latami przez dorosłych w czasie, kiedy byłem pozbawionym krytycyzmu dzieckiem. Jestem z tego dumny. I jestem szczęśliwym, wyzwolonym człowiekiem.

Najwięcej uwagi poświęciliśmy jednej z alejek, na których grzebano małe dzieci. Na wielu grobkach widniała czerwona plakietka z napisem UWAGA: GRÓB PRZEZNACZONY DO LIKWIDACJI Z POWODU WYGAŚNIĘCIA UPRAWNIEŃ (UPŁYNĄŁ TERMIN WAŻNOŚCI WNIESIONEJ OPŁATY ZA MIEJSCE GRZEBALNE). Słyszałem już kiedyś, że miejsce na cmentarzu wykupuje się na czas określony (20 lat), ale po raz pierwszy przekonałem się na własne oczy o tym, że prawo takie istnieje rzeczywiście i że jest egzekwowane.

Przyznam, że wywołało to we mnie wzburzenie. Ale jak to? – zastanawiałem się. – Czy kościołowi zależy na forsie tak bardzo, że gotów jest wyrzucać z grobów zmarłych?… Co dzieje się ze szczątkami po likwidacji grobu? Czy rzeczywiście umiera nas tyle, że kościół musi trzymać żelazną, złaknioną forsy rękę na pulsie życia cmentarzy?…

Moment głębszego zastanowienia nad tematem nadszedł dopiero kiedy wróciłem do siebie. Poszperałem trochę w Internecie i dowiedziałem się, że: 1. – W Polsce umiera każdego roku około 400 tysięcy osób. 2. – Likwidacji nie podlegają urny oraz groby murowane przeznaczone do pochówku więcej niż jednego ciała. 3. – Likwidacja grobu przebiega na dwa sposoby: a) usuwa się stary pomnik i stawia nowy, uprzednio dokładając do środka nowe ciało (na tablicy widnieje wtedy imię i nazwisko ostatnio pochowanej w nim osoby; wcześniej pogrzebany widnieje już tylko w zapisach w księgach cmentarnych); b) szczątki wykopuje się i umieszcza w zbiorowej mogile o nazwie ossarium, i dopiero w takim pustym grobie kwateruje jego nowego ”mieszkańca”. Z uwagi na ilość umierających rokrocznie polaków, można więc powiedzieć, że za prawem tym stoi zapobiegliwość i wyższa konieczność.

Co jednak byłoby, gdyby groby, nawet te zapomniane od dekad, nie podlegałyby likwidacji?… Cmentarz ze smutnego miejsca pamięci przeistaczałby się przygnębiające w miejsce zapomnienia. To drugie miejsce byłoby może jednak znacznie prawdziwsze – przecież z czasem zginiemy najpierw my, a potem i pamięć o nas. Do historii przejdą nieliczni.

Wymierające pokolenia zabierają ze sobą całe epoki. To dziwne, że – na przykład – za jakiś czas nie będzie żył nikt, kto pamiętałby drugą wojnę światową, kto byłby w niemieckim nazistowskim obozie zagłady. W marcu tego roku Muzeum w Oświęcimiu poinformowało o śmierci ostatniego członka Sonderkommando – greckiego żyda Dario Gabbai. Mężczyzna odszedł w wieku 97 lat.

Wydaje się niesamowite, że człowiek, który przeszedł przez samo serce nazistowskich fabryk śmierci (członkowie Sonderkommando byli zmuszani przez nazistów m. in. do opróżniania komór gazowych z ciał eksterminowanych ludzi i palenia ich w krematoriach) dożył tak matuzalemowego wieku. Dożyło go również wielu innych byłych więźniów, przemawiających na kolejnych rocznicach wyzwolenia obozu Auschwitz–Birkenau. Czyżby pobyt w ostatnim kręgu piekła zahartował ich na wszelkie inne niedole (a także na życie z poobozową traumą)?…

Członkowie Sonderkommando byli regularnie mordowani przez nazistów, którzy obawiali się, że w przypadku wyzwolenia obozu zdadzą oni światu świadectwo rozgrywającego się w nim horroru. Więźniów z tej grupy zabijano całymi ekipami; po masowej egzekucji jednej, formowano drugą, nie zdającą sobie sprawy z ogromu zbrodni przeciwko ludzkości. Z uwagi na to ocalało ich niewielu i pozostawili po sobie mało wspomnień. Znaleźć je można w książce Wśród koszmarnej Zbrodni. Notatki członków Sonderkommando (zebrano tam głównie zapiski, w których więźniowie spisali swe potworne przeżycia, po czym zakopali je na terenie obozu z nadzieją, że przyszłe pokolenia odkopią je i odkryją przerażającą prawdę o tym miejscu) oraz W piekle komór gazowych Schlomo Venezii. Ostatnia książka jest swego rodzaju wywiadem–rzeką przeprowadzonym z jednym z nielicznych ocalałych członków komanda.

A propos śmierci i literatury, na rynku jest trochę (o wiele więcej, niż myślałem) ciekawych pozycji dotyczących żałoby, umierania, hospicjów, pracy zakładów funeralnych, itd. Weźmy chociaż książkę Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza Bailliego Guillaume’a, francuskiego pracownika zakładu pogrzebowego. Na lekturę składa się kilkadziesiąt krótkich opowieści, w których mężczyzna relacjonuje najciekawsze zdarzenia z przestrzeni swojej kilkudziesięcioletniej kariery. Czytelnik znajdzie tutaj sytuacje wzruszające, szokujące, jak i zabawne (jeśli lubicie groteskę). Wszystko to z życia wzięte (i ze śmierci). Podobno we Francji wyszedł niedawno drugi tom wspomnień Guillaume’a; mam nadzieję, że doczeka się wydania również w kraju nad Wisłą.

W specyficznym tonie utrzymane są również dwie książki Caitlin Doughty – właścicielki zakładu pogrzebowego. Pierwsza nosi tytuł Dym wciska się do oczu, oraz czego jeszcze nauczyłam się w krematorium i opowiada o początkach kariery autorki w przemyśle funeralnym. Książka jest fascynująca i okraszona naprawdę wybornym czarnym humorem (paradoksalnie okazuje się, że praca z martwymi ciałami może być niezłą szkołą życia). Czytelnik dowie się, jak przebiega proces spopielania zwłok, odbierania ciał z domów zmarłych, jakim zabiegom poddaje się ciała przed pogrzebem – i całej masy innych rzeczy (wyśmienitym uzupełnieniem głównej opowieści są przepyszne ciekawostki historyczne i kulturowe). Wiele tutaj również krytyki podejścia naszej kultury do tematu śmierci i umierania.  Kiedy umrę, zjesz mnie, kocie? to z kolei lektura, w której czytelnik znajdzie odpowiedzi na pytania dotyczące śmierci zadawane przez dzieci. Ponieważ dziecięca wyobraźnia nie zna granic, wszystkie są niezwykle oryginalne – i makabryczne. Można dowiedzieć się na przykład, czy kot po śmierci właściciela może zacząć konsumować jego zwłoki, czy połączone bliźnięta umierają w tym samym czasie, co stanie się z ciałem astronauty dryfującym w kosmosie… Znacie odpowiedzi na te pytania?… No właśnie. Dorośli również mogą zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość.

Inna pozycja: Śmierć w doświadczeniu jednostki i społeczeństwa Antoniny Ostrowskiej to poważna, wyczerpująca praca naukowa, w której autorka podejmuje się analizy fenomenu śmierci z wielu różnych stron – psychologicznej, społecznej, kulturowej. Wszechstronność spojrzenia, jego głębia i przenikliwość sprawiają, że czytelnik zyskuje naprawdę szeroki ogląd na to, czym jest śmierć i umieranie, jakie niosą konsekwencje dla otoczenia osoby konającej, czym jest – poprzedzającą śmierć biologiczną – śmierć społeczna, itd. Przeczytamy o medykalizacji i biurokratyzacji śmierci, etapach umierania. To ciężka lektura, ale warto spróbować się z nią zmierzyć. W końcu pewnego dnia wszyscy umrzemy.

XVII

W pierwszym tygodniu czerwca wybrałem się w podróż do Wrocławia. Pojechałem pociągiem Intercity – Orzeszkową, którą podróżowałem tą trasą już wielokrotnie. Uwielbiam elegancję wnętrza pociągów IC, ich komfort (wygodne siedzenia, stoliki, schludne WC), panujący w nich klimat. W porównaniu z nimi pociągi sieci TLK (jakże nienawidzę ich beznadziejnych, niemal niemożliwych w otwarciu drzwi i paskudnych kibli – o pardon, sraczy) to istny złom, jeżdżące sarkofagi, których miejsce w najlepszym razie jest w muzeum.

W związku z pandemią koronawirusa, przewoźnik sprzedaje tylko 50 procent biletów. Oznacza to, że połowa miejsc powinna zostać wolna. Logiczne wydaje się więc, że żaden pasażer nie powinien mieć u swego boku współpasażera. Chociaż w całym wagonie były tylko 4 osoby, jedna z nich siedziała… tuż obok mnie. Takie miejsce wylosował jej zapewne komputer (w drodze powrotnej dostaje jednoosobowe miejsce przy stoliku i oknie, 2 metry od WC – nie mogłem trafić lepiej!). Oboje mogliśmy się wprawdzie przesiąść, ale pozostaliśmy na swoich miejscach.

Od Wrocławia dzieli mnie 6 godzin jazdy (na tak długie trasy polecam pierwszą klasę; różnica w cenie biletu na 450 kilometrowej trasie wynosi zaledwie 25 złotych). To wystarczająco dużo czasu, żeby przeczytać szybką powieść (tak właśnie robię), zdrzemnąć się i od czasu do czasu popatrzeć w okno. Przelatujące za nim widoki dopraszają się przecież o uwagę nie mniej, a może nawet bardziej, od lektury. Kolorowe pola – żółć rzepaku, soczysta zieleń młodych zbóż, jasna zieleń nisko skoszonych, odrobinę podeschłych już traw, rozmaitość drzew i zabudowań, rzeki przepływające pod mostami (jeden z moich ulubionych widoków; szkoda, że po drodze jest ich jak na lekarstwo). Nudę wywołuje tylko monotonna jazda przez obszary otoczone z obu stron bliskimi ścianami lasu.

Dziko rosnące na poboczach czerwone maki, niebieskie chabry, biały rumianek, fioletowy łubin oraz żółte jaskry wywołują we mnie uczucie dziwnej, pieszczotliwej nostalgii, którego źródła udaje mi się dociec dopiero po kwadransie. Otóż, kiedy byłem dzieckiem, wujek z ciocią handlujący na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia przywieźli do nas trochę towaru, którego nie mieli gdzie trzymać. Były tam miniaturowe, żółte kalejdoskopy. To chyba właśnie – jestem tego niemal pewien – z wypełniającymi je kolorowymi szkiełkami skojarzył mi się koloryt polnych kwiatów. Przez następnych kilkanaście minut nie mogę wyjść z podziwu nad siłą skojarzenia, która jest tak silna, i nad którą mimo wszystko tak rzadko się zastanawiamy.XVIIW pobliżu Wrocławskiego rynku (na ulicy Igielnej 41) mieści się kocia kawiarnia o nazwie Koton. To niewielki lokal, w którym można napić się kawy, zjeść ciacho, a który od większości kawiarni różni się tym, że swobodnie poczynają sobie po nim… koty, a konkretnie cztery spasione kocury: Henryk, Dyzio, Franciszek i Kazio. Wszystkie są przyzwyczajone do obecności ludzi, chociaż zasada, że to do kota należy decyzja o tym, czy ma ochotę na towarzystwo, obowiązuje także tutaj. Dwa koty wylegiwały się akurat na przytwierdzonych do ściany legowiskach – droga do nich wiedzie przez schodkowe półeczki – tuż pod sufitem. Trzeci polegiwał na rozłożonych na parapecie poduszkach, wpatrując się w miasto. Czwarty – pokaźnych rozmiarów tłuścioszek – wygrzewał się na stoliku, w promieniach wpadającego przez okno słońca. Usiedliśmy akurat obok niego.

Od razu przeszedłem do miziania go. Głaskanie po pleckach, po głowie (to właśnie to miejsce koty uwielbiają w szczególności), obustronne pieszczenie pyszczka (bez dotykania czułych wibrysów), głaskanie pod gardłem – słowem, pełna profeska poprzedzona latami żmudnej praktyki i kilogramami wymuskanej kociej sierści. Kot wydawał się zadowolony: podnosił głowę, mrużył oczy. Tylko mruczeć mu się nie chciało – był chyba zbyt rozleniwiony. Po kilkunastu minutach zeskoczył ze stolika i poszedł na obchód lokalu.

Zamówiliśmy z dziewczyną dwie mrożone kawy z lodem. Popijając je, rozmawialiśmy o tym, jak sami zamierzamy urządzić wnętrze swojego mieszkanka tak, żeby było przyjazne kotom. Obsługujący nas sympatyczny, długowłosy mężczyzna polecił nam książkę o tym, jak dokonać tej sztuki.

W pewnej chwili pracownik postawił na podłodze zwyczajne tekturowe pudełko po towarze. Jeden z kotów podszedł do niego, obwąchał je, wskoczył do środka i ułożył się tam jak hrabia – a wszystko to pomimo faktu, że dookoła miał kilka kocich kryjówek, które z pewnością kosztowały swoje pieniądze. Inny kocurek – zdaje się, że Henryk – podchodzi do obitych siateczką drzwiczek i wpatruje się w ulicę. Oboje z dziewczyną domyślamy się, że chętnie przekąsiłby jakiegoś tłustego gołąbka, których we Wrocławiu, jak to w mieście, nie brakuje.

Jak można się tego domyślać, mimo niewielkich rozmiarów i stosunkowo skąpego menu, Koton bynajmniej nie cierpi na brak klientów. To kameralne, ale bardzo przyjemne miejsce z rozkoszną atmosferą. Żałuję, że z uwagi na brak czasu nie mogłem zaprzyjaźnić się bardziej z mieszkającymi weń (o przepraszam, ciężko w nim pracującymi!) sierściuszkami. Aha, warto dodać, że chętni mogą za pośrednictwem kawiarni adoptować małego kotka (obecnie jest ich aż 11). Zrobiłbym to chętnie, ale sam mam ich już pod dostatkiem.

We Wrocławiu jest sporo księgarni. Moje wiernie bijące do literatury serce nie mogło oczywiście pozostać obojętne na żadną z nich. Jeśli jesteście czytelnikami i podczas spaceru natraficie na Dedalusa, zajdźcie tam – z pewnością znajdziecie coś dla siebie w bardzo niskiej cenie (natrafiłem na przykład na egzemplarz Oryginału Laury Nabokova za zaledwie 19 złotych). Empiki straszą niestety drożyzną – całe mnóstwo książek dostaniecie o wiele taniej w Internecie, nawet, jeśli kupujecie nowości.

Przywykłem już do tego, że wszystko, czego zapragnę, jest łatwo dostępne – o ile oczywiście mam na to forsę. Z im większą liczbą pisarzy mam jednak do czynienia, tym częściej dowiaduję się, że pewne ich dzieła są dostępne bardzo trudno – bądź wcale. Na przykład powieść Słoneczne wino Raya Bradbury’ego. Pierwsze i ostatnie polskie wydanie tej książki pochodzi jeszcze z roku 1965 i osiąga na rynku wtórnym ceny ok. 200 złotych. Tymczasem o nowej edycji ani widu, ani słychu; książka nie lata też po necie w formacie pdf., który pobrałbym z czystym sumieniem, jako że jest niedostępna w normalnej sprzedaży i wydawnictwo ani sam autor nic na niej nie zarabia.

Nie wszystko, co chciałoby się przeczytać w rodzimym języku, zostało też nań przetłumaczone. Wymieńmy chociażby Eurekę Edgara Allana Poe – poemat prozą, który pisarz uznał za swoje największe dzieło. Wspomnijmy korespondencję H. P. Lovecrafta, który pozostawił po sobie jakieś 20 tysięcy listów, z których w Polsce ukazał się zaledwie ułamek (na rynku amerykańskim konsekwentnie drukuje się ich opasłe zbiory).

Niektóre pozycje z serii Dzieła Stanisława Lema wydawnictwa Agora osiągają ceny 200 złotych. Kupowanie ich graniczy moim skromnym zdaniem z naiwnością, ponieważ wystarczy dołożyć kolejne dwie stówy, i już można kupić czytnik, na którym wszystkie te książki dostępne są od ręki w cenie 20 złotych (czasami, jeśli trafi się na promocję, nawet mniej). Oczywiście, książki na półce prezentują się dumniej (i bardziej snobistycznie) niż te na wyświetlaczu czytnika, ale osobiście wolę postawić na ekologię (każda książka w formie elektronicznej to oszczędność papieru, a zatem drewna) i na oszczędność miejsca. No i kupując książkę w formie ebooka nie trzeba płacić za wysyłkę. Jeśli czyta się, jak ja, ok. 70 książek rocznie, ma to ogromne znaczenie dla kieszeni.

To, że wielu pozycji nie można jeszcze dostać w postaci ebooka, to oczywiście norma – nośnik cyfrowy jest stosunkowo młody. Można jednak spodziewać się, że z czasem, kiedy czytniki znajdą się we większości domów, doczekamy cyfryzacji wszystkich dzieł – przygotowanie ich do sprzedaży jest przecież o wiele łatwiejsze, niż wydania fizycznego, bo omija się etap druku. W tamtym roku musiałem wprawdzie sprzedać swój czytnik – zmusiły mnie do tego względy finansowe – ale dziewczyna poratowała mnie, pożyczając mi swój Pocketbook Touch Lux 4 (w etui w różowe kwiatki;). Po prostu czytać, nie umierać!

XVI

Bardzo, ale to bardzo chciałbym nie pisać już o poczynaniach PiS-u – jest cała masa bardziej interesujących, o wiele przyjemniejszych rzeczy – ale ci partacze nie pozwalają mi od siebie odpocząć. Ledwo przebrzmiał temat forsowanych przez PiS na łeb, na szyję wyborów korespondencyjnych, a doszło do kolejnego skandalu. Mam oczywiście na myśli aferę, która wybuchła wokół piosenki Kazika pt. Twój ból jest lepszy niż mój (opowiadającej o wizycie Kaczyńskiego na grobie jego matki w czasie, gdy cmentarze były zamknięte dla wszystkich innych obywateli z powodu pandemii koronawirusa). Utwór dostał się na pierwsze miejsce listy przebojów Radiowej Trójki prowadzonej przez Marka Niedźwieckiego. Kilka godzin później redaktor naczelny Radia – Tomasz Kowalczewski – oznajmia, że ”wprowadzono piosenkę spoza listy, nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy’‚ – i dokonuje zdjęcia utworu Kazika z listy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma najmniejszych wątpliwości, że oświadczenie to ma na celu zrobienie ze słuchaczy (w tym całej rzeszy słuchaczy wiernych, wieloletnich) idiotów, i że za usunięciem piosenki stoją względy polityczne. Niedźwiecki, który w Radiowej Trójce przepracował całych 35 lat, w ramach sprzeciwu wobec cenzury i dla uratowania swojego honoru, decyduje się na odejście z radia. Za nim, w geście solidarności, odchodzą także m. in. Hirek Wrona, Piotr Kaczkowski (w Trójce przepracował 57 lat) i wielu, wielu innych. Miesiąc wcześniej – po zwolnieniu koleżanki po mikrofonie – na odejście z tegoż radia zdecydował się zaś Wojciech Mann. Jak tak dalej pójdzie, jedyną audycją na Trójce będzie niedługo biały szum.

Powtórzmy to jeszcze raz: względy polityczne zadecydowały o usunięciu piosenki ze szczytu listy przebojów Radiowej Trójki. Jak za czasów komuny, wytwór kultury został poddany politycznej cenzurze! To już ostatni dzwonek, żeby pójść na głosowanie i odebrać władzę PiS-owskim zbrodniarzom, robiącym co tylko się da, żeby upolitycznić media publiczne. W przeciwnym razie ani się obejrzymy, a to, do czego doszło na Radiowej Trójce, stanie się normą. Cenzurze z czasem zostanie poddane wszystko, włącznie z Internetem; nikomu już nie będzie dozwolone piętnować władzy nawet w komentarzu na facebooku czy wpisie na blogu. Polska powoli przeistacza się w Koreę Północną. Całe szczęście, że – jak wspominałem poprzednio – Kaczyńki ma już 72 lata, że jego czas dobiega końca, i że nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa; w przeciwnym bowiem razie schedę przejmowali by po nim jego potomkowie, w rezultacie czego krajem tym rządziłaby dynastia Kaczyńskich (jak w Korei Północnej rządzi dynastia Unów).

Żadne słowa nie są w stanie oddać wstrętu, jaki żywię dla PiS-owskich niszczycieli Polskiej kultury. Obracają w proch wszystko, czego się dotkną. Ale nie ludzi – nie solidne charaktery, hartowane jeszcze za surowych i twardych jak kamień czasów komuny. Trójka wyzionęła ducha, ale wymienieni przeze mnie wcześniej radiowcy wykazali się niezwykle szlachetną, godną najwyższego szacunku i naśladowania postawą, rezygnując w imię wyznawanych ideałów z pracy, w której spędzili większość swego zawodowego życia.

W ostatnich dniach odwołano dyrektora Trójki i zastąpiono go nowym. Funkcję objął Kuba Strzyczkowski. Cóż; czyjąś głowę trzeba było podać na tacy rozwścieczonej publiczności. Tyle, że chyba niemal wszyscy wiemy, iż to nie ta głowa, która powinna była spaść (mówię oczywiście w sensie metaforycznym), i że mało kto tym wątpliwym darem da się udobruchać. Tym bardziej, że z Trójki pozostały tylko zgliszcza.

Dwa lata temu wymieniliśmy obitą eternitem (azbest) część dachu na blachodachówki. Facet, który dokonywał wymiany, oznajmił nam, że po raz pierwszy w swoim życiu widział równie cienkie płytki, i że trzymały się tylko i wyłącznie dlatego, że przykleiły się do ułożonej pod nimi papy. Jedna trzecia dachu, pokryta przed około dwudziestoma laty blachą falistą, została tak, jak była, do pomalowania – i ta chwila nadeszła właśnie teraz.XVICierpię na pewnego rodzaju lęk wysokości. Patrząc przez okna tarasów widokowych i oglądając filmiki, na których żądni adrenaliny zapaleńcy wyczyniają rozmaite ewolucje na dużych wysokościach, czuję, że kolana robią mi się miękkie jak z waty. Uczucie to jest jednak przyjemne (choć pewnie z sado-masochistycznego punku widzenia), toteż bynajmniej nie stronię od tego typu rzeczy. Z drugiej strony, z pewnością nie mógłbym pracować na wysokości większej niż pięć-sześć metrów, a na niższej tylko pod warunkiem, że podłoże byłoby stabilne – czyli, jak w tym wypadku, dach nie byłby zbyt stromy.

Dach przed pomalowaniem trzeba najpierw wyszorować szczotką maczaną w wodzie z płynem do mycia (wystarczy pospolity Ludwik). Potem spłukać go wodą ze szlaucha. Wszystko to zajęło mi zaledwie dwie godziny. Schody zaczęły się dopiero potem. W kilkunastu miejscach blachę pokryły plamy rdzy. Ścierałem ją papierem ściernym, potem przemywałem szmatką nasączoną rozpuszczalnikiem – i tak kilkukrotnie, aż do uzyskania pożądanego efektu (tj. do zdarcia rdzy ”do żywego”). Mniejsze plamki schodziły lekko, ale tym większym musiałem poświęcić po godzinie czasu. Uporanie się z nalotem zajęło mi całe dwa dni.

Ale robota, mimo wszystko, szła jak marzenie. Wszystko dzięki możliwości podziwiania niecodziennego widoku. Niby to tylko moje przydomowe podwórko, okoliczne pola i ulice, którymi chodziłem tysiące razy, ale oglądane z takiej perspektywy stają się zupełnie inne – i to właśnie ten czar, ta odmieniająca wszystko magia perspektywy, czyniła harówkę niezwykłą estetyczną przygodą.

Kładąc się spać byłem pewien, że następnego dnia najbardziej boleć będą mnie mięśnie rąk. Okazało się jednak, że byłem w błędzie. ”Bolągiem” numer jeden okazał się bowiem… tyłek. Blacha falista jest nierówna, toteż wielogodzinne siedzenie na niej nie mogło skończyć się inaczej. Następnego dnia zdecydowałem się na zebranie ze sobą małej poduszki. Wieczór pokazał, że była to słuszna decyzja.

Malowałem gąbkowymi wałeczkami o długości idealnie dopasowanej do szerokości karbów blachy. Praca szła świetnie, ale wałeczki po ok. pół godziny pracy zaczynały się rozpadać, toteż trzeba było wymieniać je na nowe. Na szczęście kosztowały zaledwie 80 groszy sztuka. Drugie malowanie przeprowadziłem przy użyciu pędzla. Zużyłem tyle samo farby (niecałe 8 litrów), ale tym razem poszło o wiele szybciej. Aha, dach musiałem wcześniej umyć po raz drugi, ponieważ pokrył go żółty pył z pylących teraz sosen.

Pod koniec kwietnia miał swoją premierę zbiór 4 nowel Stephena Kinga pt. Jest Krew… Czekałem na tą pozycję z wielką ciekawością, bo (w przeciwieństwie do wielu jego czytelników) uwielbiam krótkie formy tego autora. Książkę łyknąłem w zaledwie trzy dni. Jak wrażenia?…

No cóż. Zapewnienia Wydawcy, jakoby opowieści z Jest krew… miały stać się takim samym hitem, jak na przykład Skazani na Shawshank należy włożyć między bajki (co chyba było z góry wiadome), ale to naprawdę niezły zbiór do poczytania przed snem czy w kolejce do dentysty. Ze wszystkich opowieści najbardziej podobało mi się Życie Chucka. Utwór ma nietypową, ciekawą formę i jest dość poetycki. Zdecydowanie jest to coś w przypadku Kinga nowego i świeżego.

Stephen King ma obecnie 72 lata, jest więc właściwie dziadkiem. Wydaje się raczej niemożliwe, aby zdołał napisać coś, co będzie mogło konkurować z jego kanonicznymi dziełami – chyba zresztą nikt poważny takich cudów po nim się nie spodziewa – ale wciąż pisze naprawdę dobrze. Z wielką ciekawością sięgnę po wszystko, co tylko zdoła jeszcze spłodzić.

Tuż przed łyknięciem zbioru Jest krew… miałem okazję przeczytać tom opowiadań Sylwii Siedleckiej pt. Szczeniaki. Prozę tą można zaliczyć do nurtu weird fiction – nurtu grozy eksploatującego motywy m. in. dziwności i obcości świata. U Siedleckiej pełno jest groteski, makabry, a wszystko to wysmakowane, że zakładkę lizać. Czasami pojawia się nawet przebłysk osobliwego humoru (opowiadanie Meblościanka). Wszystkim szukającym czegoś innego, ciekawego – gorąco tą książkę polecam (do kupienia w świetnym stanie za 4-6 złotych na Allegro).

Za takie same pieniądze można również dostać utrzymany w podobnym tonie zbiór opowiadań Michela Fabera pt. Bliźnięta Fahrenheit. Wiele z tych opowieści zapada w pamięć. Weźmy chociażby Błahość czynu (opowieść o kobiecie przytłoczonej ciężarem macierzyństwa tak bardzo, że decyduje się na zamordowanie swojego dziecka), Wykład o kokosach (opowieść o tym, jak kobieca zmysłowość potrafi zamienić nawet najsuchszy naukowy wykład w ekstatyczne misterium), okraszone wybornym czarnym humorem Mamusia scałuje, Kremowojasne jak u Eminema (wszystkim nam nad głową wisi przyszłość). W opowiadaniu tytułowym autor operuje niedomówieniem w sposób po prostu mistrzowski – niemal nic nie jest powiedziane czytelnikowi wprost, wszystkiego musi domyślać się sam, budować obraz sytuacji na podstawie mglistych spostrzeżeń dwunastoletnich, oderwanych od rzeczywistości dzieci. Kilka opowieści to dziwne, o wiele za krótkie ścieżki prowadzące donikąd – żeby wymienić chociażby Mysz, Norę o dwóch wylotach, Przekraczając ból – ale nawet spacerowanie nimi sprawia osobliwą przyjemność.

Będąc w temacie weird fiction (i literatury grozy w ogóle) nie sposób nie wspomnieć o Wojciechu Guni, którego najnowszy zbiór opowiadań – Dom wszystkich snów – ukaże się na dniach w wersji e-bookowej i adubiobookowej (wydanie fizyczne, z uwagi na koronawirusowy rozgardiasz, planowane jest dopiero na jesień). Jego debiutancki tom – wybitny Powrót – dopiero co doczekał się zaś wznowienia nakładem Wydawnictwa IX (tom jest wzbogacony o jedno dodatkowe opowiadanie).

XV

Choć jestem rasowym pięknoduchem, od czasu do czasu uwielbiam rzucić się w wir roboty i dać sobie mocno w kość – szczególnie pracując przy cięciu drewna na opał. To taki mój żywioł. Kocham zapach żywicy, smrodek rozgrzanego oleju do smarowania łańcucha. Trociny, żółty pył obficie sypiący się z próchna. Nawet drzazgi, gdy któraś wejdzie w palec, sprawiają mi wtedy osobliwą przyjemność. Pewnego dnia po prostu budzę się z myślą, że to ten właśnie dzień, wstaję i idę – czasami nie jedząc nawet śniadania.

Na przestrzeni kilku lat w nagromadziło mi się sporo drewna z rozbiórki rozmaitych konstrukcji – starych desek, bali, płyt wiórowych. Walczyłem więc z drewnianym żywiołem przez cały dzień. Wyszło tego kilkanaście taczek. Drewno tego rodzaju jest mało kaloryczne – daje niewiele energii – ale deseczki łatwiutko rąbie się na mniejsze kawałki, świetne na rozpałkę.

Do roboty przy tego rodzaju surowcu mam lekkiego elektrycznego Stihla – piłę, która mimo swoich dwudziestu lat ani razu nie była w naprawie, nie licząc oczywiście wymiany i regulowania naprężenia łańcucha. Do cięcia grubego drewna kupiliśmy zaś w ubiegłym roku pilarkę Naca o mocy prawie 4 koni mechanicznych. To prawdziwe krówsko – waży ponad 7 kilogramów – i machanie nią (szczególnie, gdy samemu waży się nieco ponad 60 kg) to nie lada wyczyn.

Lubię też rąbać gałęzie. To lekkie, relaksujące zajęcie, które można nazwać pracą tylko wtedy, kiedy panuje nieznośny upał. Stoi człowiek przy pniu, oddziela siekierą mniejsze gałązki od tych dużych, grubszych, sortuje na dwie kupy, a potem rąbie je na małe kawałki. Trzeba tylko uważać, żeby nie zamyślić się za bardzo, bo łatwo można odrąbać sobie palec. Przy dobrze naostrzonej siekierze i zamachu o średniej sile wystarczy jedno nieszczęśliwe pachnięcie.

Największą frajdę sprawia mi jednak rąbanie drewnianych pieńków. Można się wyżyć. Ostra siekiera na długim trzonku (minimum 70 centymetrów), słońce, ja zatankowany do pełna zimną coca-colą (bez tego paliwa ani rusz). Pot, trzask pękającego drewna, pryskające soki. Zmniejszająca się kupa pieńków, rosnąca kupa polan. Słońce, zataczające powoli koło na błękitnym, upstrzonym obłokami niebie. A potem, na sam koniec dnia – prysznic, leżakowanie w bujanym, wiklinowym fotelu i zimne piwo (ostatnimi czasy rozsmakowałem się w lekkim browarze Tyskie palone – niecałe 3% alkoholu i wspaniały, bogaty smak! Polecam.).

Czasami babcia opowiada mi o tym, jak szykowano opał na zimę za dawnych czasów, kiedy nie było pił elektrycznych, krajzeg, itd. Drzewa cięło się na pieńki ręczną piłą nazywaną potocznie twoja-moja (jedna osoba z jednej strony, jedna z drugiej). Zanim podrosłem na tyle, by pozwolono mi posługiwać się pilarką, i ja sam poznałem smak tej staroszkolnej, naprawdę ciężkiej roboty. Co prawda nie w takim stopniu jak dziadkowie – gdzie by tam – ale odrobinkę jednak jej liznąłem.

Jak po każdej zimie – odwykłem od pracy fizycznej. Następnego dnia po pracy czułem się o jakieś 25 lat starszy. Bolał mnie kark, ramiona, całe plecy, krzyż. Zapomniałem już, że mam tyle mięśni. Ale to stan przejściowy; po prostu trzeba się rozruszać, a o to trudno nie będzie, bo roboty czeka mnie sporo.XV16 maja – a więc na dwa dni przed 100 rocznicą urodzin papieża Jana Pawła II – światło dzienne ujrzał najnowszy film dokumentalny braci Sekielskich pt. Zabawa w chowanego. Podobnie jak wcześniejszy film duetu – porażający Tylko nie mów nikomu – i ta produkcja traktuje o problemie pedofilii w Polskim kościele. Tym razem skupia się na osobie księdza Arkadiusza Hajdasza, jego ofiarach oraz biskupie Edwardzie Janiaku, który tuszował zbrodnie swojego młodszego kolegi po sutannie.

Premiera filmu przysporzyła mnie o szybsze bicie serca. Bałem się emocji, których doświadczę oglądając go – potwornej wprost wściekłości, rozżalenia, wstrętu, gorączkowego pragnienia linczu na oprawcach, itd. Bałem się poczucia bycia brudnym, które towarzyszyło mi przy okazji oglądania poprzedniego filmu Sekielskich, podczas wysłuchiwania o obrzydlistwach, których bezkarnie dopuszczali się duchowni wobec bezbronnych dzieci. Tego, że przez długi czas po jego obejrzeniu nie będę w stanie myśleć o niczym innym. Jak się okazało – bałem się słusznie.

Film jest zrealizowany niezwykle sprawnie. Mamy tutaj wszystko: świetne ujęcia, nastrojową oprawę muzyczną. Najważniejsza jest jednak sama treść, sama historia bohaterów. Historia porażająca, a przecież będąca zaledwie jedną z wielu, które wydarzyły się na przestrzeni dziejów na plebaniach, zakrystiach, itd. – w miejscach, wydawałoby się, najmniej prawdopodobnych.

Wnioski z seansu? Proszę bardzo: Jedni księża molestują dzieci, drudzy tuszują ich zbrodnie, trzeci paplają o tym, że podejmą odpowiednie kroki w celu zaprowadzenia zmian na lepsze – i na tym paplaniu kończą. Czwarci – najmłodsi stażem i najmniejsi pozycją – trzymają gęby na kłódkę, bo tak każe im góra (przykład siostry zakonnej). Jest oczywiście jeszcze piąta grupa, do której zaliczają się duchowni mający odwagę mówić otwarcie o problemie pedofilii w kościele ze szczerą nadzieją, że uda się zmotywować przełożonych do walki z nią, ale z tego, co widzę mediach, to margines, a na dodatek często posługują się przy tym wątpliwej jakości retoryką. Wszyscy oni (z wyjątkiem grupy piątej) na swój sposób plują w twarz szukającym sprawiedliwości ofiarom. Kościół jest instytucją wprost niezrównaną w swej obłudzie, a przy tym – państwem w państwie, zaś jego pracownicy (okrutni, butni i przekonani o swojej bezkarności) stoją wysoko ponad prawem obowiązującym wszystkich zwyczajnych obywateli. Obowiązujące przepisy prawne pozwalają biskupom na protekcję oprawców, na ”karanie” księży pedofilów przenoszeniem ich z parafii do parafii, gdzie dopuszczają się oni kolejnych zbrodni – i tymi samymi brudnymi łapskami, które pakowali do majtek kilkuletnim dzieciom, rozdają komunię świętą, spożywaną potem przez wiernych. Jak bardzo trzeba gardzić wierzącymi, żeby zezwalać zbrodniarzom na takie ich traktowanie?! Jak pokracznym, karykaturalnym trzeba być ”pasterzem”?!

To wstrząsające, ale są ludzie – i jest ich wcale nie mało, o czym najlepiej chyba świadczy te kilka tysięcy łapek w dół pod filmem – święcie przekonani, że wszystko to, co pokazują w swoich produkcjach Sekielscy – to jedna wielka fikcja; że akcja idzie według napisanego wcześniej scenariusza, że występujący w nich ludzie (pokrzywdzeni) to podstawieni aktorzy, itd. Najwyraźniej ci ludzie po prostu nie chcą uwierzyć, że instytucja, pod której opiekę powierzyli swoje dusze, jest tak nikczemna i zakłamana. Kościół zawiódł ich do tego stopnia, że choć prawda sama pcha się do oczu, nie są zdolni dopuścić jej do swej świadomości.

Polski ksiądz stopniowo przestaje jednak być przysłowiową świętą krową. Proces demaskacji obłudy i patologii duchowieństwa rozpoczął się i nic nie jest w stanie go powstrzymać. Wprawdzie nic nie ukoi całkowicie bólu ofiar zboczeńców w sutannach – bólu, z którym musiały zmagać się w skrytości przez całe swoje życie – ale świat ciągle jeszcze może oddać im sprawiedliwość – uznać ich krzywdy i potępić ich oprawców – oraz wymusić siłą zaprowadzenie zmian, które w przyszłości uchronią od cierpienia innych niewinnych ludzi. W chwili, gdy piszę te słowa – trzy dni po premierze filmu – wyświetlono go niemal 5 milionów razy. Głęboko wierzę, że jego oglądalność przełoży się na presję społeczną wobec władzy i kościoła, i że presja ta wymusi zmiany. Będzie to długotrwały proces… Ale najważniejsze, że wreszcie się zaczął.

Następny film Sekielskich ma traktować o roli Jana Pawła II w tuszowaniu skandali pedofilskich z udziałem osób duchownych. Najwyższy już czas, żeby obudzić ludzi ślepo zapatrzonych w papieża Polaka ze słodkiego, mokrego snu o jego nieskazitelności (i nieskazitelności jego rodziców – ruszył właśnie proces ich beatyfikacji. Jego inicjatorzy twierdzą, że gdyby przyszły papież nie dorastał w atmosferze świętości, to sam by świętym nie został. Idąc tą logiką, niedługo trzeba będzie również beatyfikować dziadków Papieża Polaka, bo przecież gdyby nie wychowali należycie jego rodziców… itd. Itp.).

Zarówno realizatorom projektu, jak i ofiarom zboczeńców w sutannach, należą się ogromne, pełne wdzięczności pokłony i brawa. Dziękuję Wam za odwagę do postawienia się tej przerażającej kościelnej patologii, za kij, które wetknęliście w tryby mechanizmu tuszowania pedofilii w Polskim kościele. Jesteście prawdziwymi bohaterami, i to wam powinno się stawiać pomniki. Dzięki odwadze takich ludzi jak Wy, rzeczywistość zmienia się na lepsze – świat staje się światem, w którym bardziej chce się żyć.

Testujemy Jedzenie #14

Tofurky Polish sausage 250 g (21 zł 99 gr, Urban Vegan)
Testujemy Jedzenie #14 (1)Polska słynie na świecie m. in. z kiełbasy – bardzo miło jest zobaczyć w ofercie zagranicznej marki jej wersję wege. Jej konsumpcji towarzyszyła wielka ciekawość. Czy produkt spełnił moje oczekiwania? Cóż – i tak, i nie. Nie, bo różnica w smaku pomiędzy białą piwną kiełbasą (testowałem jakiś czas temu) jest niewielka – przynajmniej jeśli je się je z dodatkiem musztardy lub keczupu (co chyba robią wszyscy). Można było użyć innej mieszanki przypraw – inwencja jest przecież niemal nieograniczona. Tak, bo to wciąż naprawdę świetna jakość (co prawda, za bajońską cenę…). Ocena: 5/6.

Salve Natura kiełbasa roślinna wędzona 250 g (11 zł 19 gr, Urban Vegan)
Testujemy Jedzenie #14 (8)Były wegetariańskie kiełbaski, jest i wege kiełbasa. Przyznam, że byłem jej bardzo ciekaw z uwagi na jej niezwykle apetyczny wygląd. Okazało się, że skórka jest sztuczna i przed obróbką kiełbasy należy ją usunąć. Zdecydowałem się usmażyć kiełbaskę na patelni. Mimo, że olej był dobrze rozgrzany, jej powierzchnia przywierała podczas smażenia, w efekcie czego pod koniec nie wyglądała tak apetycznie, jak powinna. Cóż, pewnie powinienem wybrać piekarnik. Czas na degustację. Kiełbasa posiada własny, dość intensywny, specyficzny smak, który nie każdemu przypadnie do gustu. Mi zbytnio nie przypadł, choć wiem, że produkt ma wielu amatorów. Warto spróbować i przekonać się samemu. Ocena: 3/6.

Polsoja kiełbaski sojowe wędzone 200 g (7 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #14 (5)Po niezłej przygodzie konsumpcyjnej z parówkami classic rodzimej firmy Polsoja skusiłem się na ich wędzone kiełbaski. I tym razem w paczce otrzymujemy cztery nieofoliowane sztuki po ok. 50 g każda. Jak wskazuje nazwa, kiełbaski posiadają przyjemny, wyraźny smak wędzonki, i zapewniają o niebo lepsze wrażenia konsumpcyjne, niż wspomniane parówki classic (tym bardziej, kiedy podsmaży się je na patelni). Kiełbaski różnią się od nich nieco także strukturą – są mniej gumowate, dzięki czemu jedzenie ich jest o wiele przyjemniejsze. Ci, którzy stosują dietę wege, powinni koniecznie spróbować. Podejrzewam, że świetnie sprawdziłyby się także na grillu. Ocena: 4/6.

Star Chips Twistos texas grill 115 g (3 zł 99 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Testujemy Jedzenie #14 (7)Ilość snacków dostępnych na naszym rynku jest niewielka, a jeśli wziąć pod uwagę stosunek tejże ilości do ilości wariantów chipsów – wręcz mikroskopijna. Niespecjalnie jest w czym wybierać, ale i ten rodzaj przekąsek ma swoje gwiazdy. Jedną z nich są właśnie niniejsze chrupki. Na fenomenalny smak tej przekąski składają się dwie rzeczy: słodycz sosu BBQ oraz aromat dymu wędzarniczego. Same chrupki są przyjemnie chrupiące i niezbyt twarde. Chociaż obrazek na paczce sugeruje, że ma ona smak teksańskiego steku, do przyprawienia jej nie użyto ani grama mięsa. Jak na ten smak i jakość cena jest bardzo niska. Ocena: 6/6.

Winiary pomysł na spaghetti po bolońsku 44 g (3 zł 49 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Testujemy Jedzenie #14 (2)Uwielbiam spaghetti po bolońsku (oczywiście, jako wegetarianin jem ją w wersji wege – mięso zastępuje wędzonym tofu). Testowałem już różne wersje szybkich sosów (jestem leniem, więc w swoich eksperymentach kulinarnych nie wykraczam poza nie), ale do gustu najbardziej przypadł mi sos boloński Winiary. Jak na sos z proszku ma naprawdę świetny, bogaty smak, oraz aromat (w składzie znajdziemy sporo ziół). Gdy pichcę go, w domu wszyscy mówią: ”Aleś zapachu narobił!” Polecam niezwykle gorąco. Ocena: 6/6.

Take it veggie Organic tofu smoked (6 zł 99 gr, Kaufland)
Testujemy Jedzenie #14 (3)Wędzonego tofu używam do robienia wegetariańskiej wersji sosu bolońskiego do spaghetti, toteż siłą rzeczy recenzja tego produktu będzie się odnosiła przede wszystkim do tego, jak dobrze sprawuje się właśnie w nim. W pudełku znajdziemy 2 kostki po ok. 175 gram każda. Tofu jest mocno brązowe, co daje nadzieje na to, że zostało bardzo mocno podwędzone – okazuje się jednak, że nie odbiega zapachem i smakiem od innych dostępnych na rynku. W porównaniu z większością z nich jest jednak dość twarde (konsystencja ta bardzo dobrze imituje jędrne mięso). Jego odsączenie jest bardzo łatwe – nie trzeba wyciskać go kilkukrotnie. Ocena: 6/6.

Luxima premium Czekolada gorzka cocoa 85% 100 g (3 zł 99 gr, Biedronka)
Testujemy Jedzenie #14 (4)Po czekoladę sięgamy najczęściej po to, żeby dostarczyć sobie porcji mlecznej słodyczy. Czekolady gorzkie – czyli takie, w których zawartość miazgi kakaowej wynosi co najmniej 70 procent – mają stosunkowo niewielu amatorów. Niewiele osób wie też, że można nauczyć się je smakować, i że warto zrobić to z uwagi na ich walory zdrowotne. W serii Luxima premium można znaleźć kilka niezwykle smacznych, wytrawnych gorzkich czekolad – z dodatkiem smakowym lub bez. Moim faworytem jest ta z największą zawartością kakao. Idealna przekąska do kawy. Ocena: 5/6.

Lay’s green onion 140 g (5 zł 60 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Testujemy Jedzenie #14 (6)Cebula to drugi najpopularniejszy smak chipsów zaraz po papryce. Producenci dość często łączą go z serem, ja preferuję jednak smak samej cebulki. Wariant marki Lay’s trzyma ten sam wysoki poziom od lat. Smak cebulki jest bardzo wyraźny, choć nie każdemu spodoba się zawarta w nim ilość słodyczy (chwilami wydaje mi się, że smak powinien nazywać się słodka cebulka albo cebulka cukrowa). Gdybym miał wskazać na moje ulubione cebulowe chipsy na rynku, byłyby to bez wątpienia właśnie te. Ocena: 5/6.

Vital Fresh sok pomarańczowy 3 l (9 zł 99 gr, Biedronka)
Testujemy Jedzenie #14 (9)Chyba wszyscy uwielbiamy soki owocowe – i dlatego, niestety, znikają zaraz po pojawieniu się w domu. Istnieje rozwiązanie tego problemu: trzy litrowy karton soku Vital Fresh. Opakowanie jest bardzo wygodne w użyciu, posiada bowiem plastikowy kranik. Wewnątrz kartoniku znajduje się torebka z sokiem, która kurczy się w miarę wypuszczania go, co zapobiega dostaniu się do środka powietrza. Trzecim plusem jest korzystna cena. Soki nie należą do tanich, a w tym przypadku otrzymujemy naprawdę smaczny produkt w cenie 3 złotych za 1 litr. Aha, produkt dostępny jest jeszcze w dwóch innych smakach: jabłkowym i mandarynkowym. Ocena: 6/6.

Toffifee 125 g (10 zł, przeciętny sklep spożywczy)
Nie pogardzę żadnymi słodyczami, ale mało które cieszą mnie tak, jak Toffifi. Pralinki składają się z czterech elementów: toffi, czekolady i kruchego orzecha laskowego w warstwie orzechowego kremu. Mają wprost obłędny smak – jest w nim mleczność, orzechowość, oraz zrównoważona w stosunku do nich słodycz. Jakieś wady? Tylko dwie: po pierwsze, wysoką cenę. Po drugie, latem łatwo topią się i przywierają do pudełka. Na szczęście to drugie można im wybaczyć, bo tak czy siak jest to prawdziwe niebo w gębie. Ocena: 6/6.