Stanisław Lem – ”Sknocony Kryminał”

Stanisław Lem - ''Sknocony Kryminał''Nowy Jork. Cavish, prywatny detektyw, dostaje od pewnego mężczyzny zlecenie zbadania podejrzanych okoliczności śmierci jego przyjaciela, Cyryla Maystersa. Kiedy detektyw przybywa na spotkanie ze zleceniodawcą, okazuje się, że ten wyzionął ducha w aucie oczekując na jego pojawienie się. Cavish kradnie z jego portfela 500 dolarów, po czym, wiedziony wyrzutami sumienia, podąża tropem ku rozwiązaniu zagadki. Pomaga mu w tym córka Washera, Zuzanna. Tak przedstawia się fabuła ”Sknoconego Kryminału” – niedokończonej powieści Stanisława Lema, znalezionej w jego archiwum już po śmierci Autora.

W powieści niemal wcale nie czuć potężnej osobowości pisarza i jego super-intelektu. Lem jawi się w niej nie jako wielki myśliciel i wizjoner, a po prostu bardzo zręczny beletrysta, który wszystkie sztuczki pisarskie ma w czubku małego palca. Doskonale wie, jak zaciekawić czytelnika, jak wodzić go za nos, zbić go z tropu i budować napięcie, jak nadać głębię głównemu bohaterowi i tchnąć życie w jego relacje z innymi postaciami.

O ile ”Śledztwo” oraz ”Katar” przełamywały schemat gatunku, o tyle niniejsza powieść to kryminał pełną gębą (jeśli nie liczyć tego, że utwór urywa się pod sam koniec, pozostawiając czytelnika zdanego na własne domysły, co z tradycją kryminału stoi w jaskrawej sprzeczności, ale co też nie było celowym zabiegiem ze strony autora). Zawiera wszystkie klasyczne dla tego gatunku elementy: samotnego i steranego życiem detektywa, bezowocną znajomość z piękną kobietą, pieniądze, wiele dialogów, mnożące się tajemnice, ścielącego się gęsto trupa i wartką akcję. Powieść nie posiada też żadnego głębszego tła filozoficznego, brakuje w niej też górnolotnych opisów przyrody, itd. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to jedyna powieść Lema w pełni kwalifikująca się do kanonu literatury czysto rozrywkowej.

”Sknocony Kryminał” jest wielce interesujący z jednego jeszcze powodu: daje wgląd w proces twórczy Lema. W druku uwzględniono kursywą alternatywne wersje wydarzeń, a nawet sporządzone na gorąco, ledwo zrozumiałe notatki dotyczące dalszego rozwoju akcji. Dla osób interesujących się warsztatem pisarskim Lema, który wszystkie swoje brudnopisy spalił przed śmiercią, jest to niuans bezcenny.

W tomie znalazły się również dyktanda Stanisława Lema, którymi uczył swego siostrzeńca Michasia zasad ortografii. Nie są to nudne jak flaki z olejem teksty, którymi po dziś dzień katuje się uczniów szkół podstawowych, a porywające, i utrzymane głównie w makabrycznym tonie humoreski. Pojawiają się w nich asocjacje, gierki słowne, zdumiewające absurdy, zawijasy językowe (dzięki temu wielką przyjemność sprawia czytanie ich na głos), ciekawe wyrazy, itd. Każdy z tych kilkudziesięciu utworków stanowi więc małe dziełko sztuki.

Humorystyczny wydźwięk ma również krótka sztuka bezlitośnie ośmieszająca socjalizm i jego piewców. Podczas jej czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Podobno sam Lem od czasu do czasu odczytywał ją głośno, modulując głos, by ulżyć swej frustracji (utwór trzymał schowany właśnie w maszynopisie ”Sknoconego Kryminału”).

Jeśli przepadacie za kryminałami, i jesteście ciekawi, jak to jest, gdy akcja dobrego utworu urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając was zdanymi na własne domysły i wyobraźnię – ”Sknocony Kryminał” jest powieścią dla was. Nie jest to w żadnym wypadku literatura wielka (nie była zresztą nawet w założeniach być tworem ambitnym), ale czytadło z niej bardzo przyzwoite. Warto również nabyć tom z uwagi na kunsztowne ”Dyktanda…” – kto wie, czy wasze dzieci nie będą potrzebowały wyrafinowanych lekcji zasad ortografii?

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Reklamy

Henry Darger i Krainy Nierealnego

Różne są motywacje osób tworzących literaturę. Jednych kuszą sława i pieniądze, drudzy tworzą ją z potrzeb autoterapeutycznych, jeszcze inni dlatego, że literatura stanowi dla nich najdogodniejszy sposób porozumiewania się ze światem. Powodów dla których twórca wyraża się w słowie jest zresztą więcej, z reguły łączy je natomiast wspólny mianownik: twórczość domaga się odbiorcy. Znakomicie świadczy o tym chociażby popularność blogów (rzekomo malejąca, ale wciąż jeszcze przecież duża) i pojawiające się jak grzyby po deszczu oficyny typu vanity press, w których każdy za stosowną opłatą wydać może drukiem swój utwór. Są jednak ludzie, którzy swą twórczość skrzętnie przed światem skrywają; nie zależy im na rozgłosie, pieniądzach, ani komunikacji z ludzkością. Każdego dnia pomnażają swój skarb, by móc cieszyć się nim w samotności. Ilu z nich zabiera go ze sobą do grobu i ile traci na tym świat – nie wiadomo. O ich istnieniu świadczą tylko rzadkie przypadki pośmiertnych demaskacji. Jednym z najznamienitszych z nich – obok chociażby Emily Dickinson – jest Henry Darger.

Henry Darger i Krainy Nierealnego (2)Urodził się w Chicago, 12 kwietnia 1892 roku, jako syn Henrye’go Dargera seniora i Rosie Fullman. Jego matka zmarła, gdy miał zaledwie 4 lata, podczas porodu (dziecko, córeczka, została oddana do adopcji, i wszelki ślad po niej zaginął). Henry sr. zachorował w 1900 roku, i musiał udać się do domu opieki św. Augustyna, gdzie przebywał aż do swojej śmierci pięć lat później. Ośmioletni wówczas Henry jr. trafił do ośrodka The Lincoln Asylum sprawującego opiekę nad dziećmi słabymi umysłowo. Według akt jego niedyspozycja umysłowa objawiać miała się… notoryczną masturbacją, co było zapewne pretekstem, który pozwolił ojcu chłopca znaleźć mu cztery kąty. Chłopiec uciekł stamtąd w roku 1908, jako siedemnastolatek. W 1917 roku został wcielony do armii, skąd zwolniono go wkrótce z powodu problemów z oczami.

Życie Dargera było monotonne i samotnicze. Jedynym jego przyjacielem był niejaki William Schloeder, ale wyprowadził się z Chicago w roku 1930 (zmarł w 1959 roku; mężczyźni utrzymywali znajomość korespondencyjnie). Przez całe życie pracował w charakterze woźnego i zmywacza naczyń. Czasami dla zabawy symulował głośne rozmowy pomiędzy sobą a swoimi przełożonymi, posuwając się w nich do mówienia nieprzyzwoitych rzeczy, których w rzeczywistości wypowiedzieć nie mógł. Był bardzo religijny i regularnie uczęszczał na msze święte do kościoła katolickiego. Dwa razy dziennie chodził na spacery, podczas których wygrzebywał z koszów na śmieci gazety i zupełnie bezużyteczne przedmioty.

Z tego znali Dargera sąsiedzi. Człowiek ten prowadził jednak nieskończenie bardziej bogate życie wewnętrzne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Od 19 do 80 roku życia pracował w całkowitym sekrecie przed światem nad epicką powieścią fantasy. Nigdy nie starał się o opublikowanie jej w formie książkowej. Wszystko wskazuje na to, że tworzył ją wyłącznie dla samego siebie, że był to jego własny, prywatny, intymny świat, rodzaj literackiej bańki mydlanej, zapory przed rzeczywistością.

Dzieło liczy sobie 15.145 obustronnie zapisanych kartek maszynopisu i nosi tytuł ”Historia Dziewcząt Vivian, znana również jako Krainy Nierealnego, czyli rzecz o glandeko-angeliniańskiej burzy wojennej, spowodowanej buntem zniewolonych dzieci”. Miejscem akcji jest ogromna planeta (Ziemia jest jej satelitą). Toczy się na niej wojna pomiędzy dwoma państwami: Glendalianami, którzy ukochali sobie mordowanie i zniewalanie dzieci, oraz chroniącą je przed tymże okrucieństwem Abbienią. Tytułowe dziewczęta Vivan to siedem księżniczek szlachetnego narodu, zdecydowanych prowadzić z agresorami zmilitaryzowaną walkę.Henry Darger i Krainy Nierealnego (1)”Krainy Nierealnego” to nie tylko maszynopis: trzy z piętnastu tomów składających się na to monumentalne dzieło zawierają wyłącznie ilustracje – Darger używał do ich tworzenia m. in. techniki kolażu (posługiwał się przy tym wycinkami z gazet wybieranych ze śmietników) i akwareli. Ponieważ dzieło nie zostało dotychczas wydane drukiem zwartym (i z uwagi na jego objętość wątpliwe jest, by kiedykolwiek do tego doszło), warto poświęcić im więcej uwagi – zapewne dają najlepsze wyobrażenie o tym, co dzieje się na kartach książki.

Większość z nich to sielskie, bajecznie kolorowe obrazki przedstawiające tłumy dziewczynek relaksujących się na świeżym powietrzu. Na niektórych z nich są przyodziane, na innych – nagie, przy czym zwraca uwagę fakt, że – nie wiedzieć czemu – posiadają męskie narządy genitalne. Największe wrażenie robią ilustracje przedstawiające wojenną pożogę – dziewczynki są na nich bestialsko torturowane i mordowane: przybijane do krzyży, patroszone, duszone, biczowane, wiązane, szlachtowane, wieszane w masowych egzekucjach. Dwoi się na nich i troi od wyprutych wnętrzności; jest to istna rzeź niewiniątek.

Małe, roznegliżowane dziewczynki z męskimi genitaliami oraz mordujący ich masowo, dorośli mężczyźni – to właśnie zaprzątało Dargerowi myśli przez całe jego życie. Co sprawia, że człowiek ucieka przed rzeczywistością w świat tak makabrycznych fantazji?

Wszystko wskazuje na to, że impulsem do napisania powieści była postać pięcioletniej Elsie Paroubek, której morderstwo stało się w tamtym czasie sensacją medialną (mordercy nigdy nie odnaleziono). Darger wyciął jej zdjęcie z gazety i przechowywał je razem z masą innych wycinków, zupełnie nie przywiązując do niego uwagi. Pewnego dnia zapragnął jednak ujrzeć je znowu, ale nie mógł go odnaleźć; doszedł do wniosku, że zostało mu skradzione wraz z wieloma innymi przedmiotami podczas włamania do jego osobistej szafki w miejscu pracy. To wtedy zaczął roztrząsać okrucieństwa, jakich doświadczają na tym świecie dzieci, poprzysięgając sobie, że ”pomści je do granic możliwości” (tak napisał w dzienniku).Henry Darger i Krainy Nierealnego (3)Narzuca się przypuszczenie, że Darger chciał pomścić nie tylko stracone dzieciństwo Elsie, ale i swoje własne. Ośrodek opieki, do którego trafił po chorobie ojca, miał fatalną reputację; niewykluczone, że dochodziło w nim do nadużyć seksualnych. Być może dziewczynki z męskim przyrodzeniem to rezultat scalenia jego męskiego pierwiastka z żeńskim pierwiastkiem Elsie. Można również sądzić, że Darger, nie utrzymując intymnych relacji z kobietami, mógł nawet nie wiedzieć, że różnią się one anatomicznie od mężczyzn. Niektórzy sądzą, że był potencjalnym pedofilem-sadystą, któremu sztuka pozwalała tłumić zboczone popędy. A może wytłumaczenie jest zupełnie inne.

Darger napisał także kontynuację powieści pt. ”Szalony Dom”, o objętości 10 tysięcy stron rękopisu. Jest to opowieść o nawiedzonym domu, w którym dochodzi do zaginięć i makabrycznych morderstw dzieci. Siedem sióstr Vivian, oraz ich brat Penrode zostają wysłani w to złowieszcze miejsce, by dokonać tam serii egzorcyzmów. Trzecim większym dziełem artysty jest ”Historia Mojego Życia”. Choć tytuł wskazuje na dzieło autobiograficzne, tylko 206 stron z prawie 5 tysięcy Darger poświęca kolejom swego losu; resztę stanowi (zapoczątkowana niepozornym wtrąceniem) fikcja literacka osnuta wokół klęski pogodowej (tornada). Przez dziesięć lat, od 31 grudnia 1957 roku do 31 grudnia 1967 roku, pisarz prowadził też… dzienniki pogody, a od roku 1968 do 1973 – klasyczne dzienniki.

Czy człowiek, który całe życie spędza w czterech ścianach, na budowaniu swego fikcyjnego świata, jest normalny? Klinicyści, którzy usiłowali zdiagnozować Dargera pośmiertnie, stawiali hipotezę schizofrenii lub syndromu Aspergera. Rzeczywiście, kiedy myślę o Dargerze, przypomina mi się to, co Antoni Kępiński pisał w swojej klasycznej już ”Schizofrenii” o tzw. urojeniach wynalazczych i twórczościowych. Otóż zdarza się, że chory, w sekrecie przed całym światem, poświęca się całkowicie tworzeniu dzieła w zamierzeniu genialnego, które jednak z reguły (choć nie zawsze) okazuje się mieć niskie walory naukowe bądź artystyczne. Kiedy indziej chorzy tworzą z czystej potrzeby wyrażenia swoich zagmatwanych stanów wewnętrznych. Choć należy podchodzić sceptycznie do stawiania pośmiertnych diagnoz, z całą pewnością stwierdzić można, że Darger chorował na chroniczne zbieractwo. ”Jego pokój był zagracony po sam sufit. Wyglądało na to, że żaden z przedmiotów, które przyniósł tam w ciągu czterdziestu lat mieszkania w nim, nigdy go nie opuścił. Ledwo można było się przemieszczać” – wspomina Kiyoko Lerner, żona Nathana Lernera, właściciel mieszkania, dodając, że śmieci wypełniające pokój pomieściły dopiero dwa kontenery.Henry Darger i Krainy Nierealnego (4)Kiedy Darger zaniemógł, poprosił właściciela mieszkania, wspomnianego wyżej Nathana Lernera, o pomoc w zorganizowaniu mu pobytu w domu opieki. Trafił w to samo miejsce, gdzie jego ojciec. Tam też zmarł, 13 kwietnia 1973 roku, dzień po swoich 81 urodzinach. Dzieło, któremu poświęcił całe swoje życie, odkryte zostało na krótko przed jego śmiercią. Jako pierwszy miał zaszczyt zapoznać się z nim właśnie Nathan Lerner. Pewnego dnia wszedł do pokoju wciąż jeszcze żyjącego pisarza by uprzątnąć go na potrzeby przebudowy i nowego wynajmu. Był zaszokowany odkryciem manuskryptów i ilustracji. Na szczęście człowiek ten sam był artystyczną duszą, i poznał się na wartości dzieła. Kiedy jego pomocnik odwiedził autora w domu starości, i zagadnął go o to, co ma uczynić ze znaleziskiem, Darger odparł po chwili namysłu: ”Jest już za późno”. Lernerowie zaopiekowali się jednak spuścizną i zrobili jednak, co mogli, by zaprezentować ją światu. Ich wysiłki nie poszły na marne; dziś w USA o Dargerze pisze się książki i wydaje albumy z jego ilustracjami. Jego sława dotarła także do Polski. W 2005 roku, w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim można było zobaczyć wystawę jego prac w ramach ekspozycji pt. ”Okropności Wojny”.

Twórczość plastyczna Dargera została zakwalifikowana do nurtu art brut. Wikipedia definiuje go jako ”Wszelkie formy sztuki tworzonej nieprofesjonalnie i spontanicznie przede wszystkim przez osoby dotknięte chorobą psychiczną (artyści chorzy psychicznie, schizofrenicy) oraz szeroko rozumianych prymitywistów jako twórców bez wykształcenia artystycznego, często w ogóle niewykształconych, wizjonerów z tzw. marginesu społecznego. Zgodnie z pierwszą definicją twórcy art brut – podejmując jakikolwiek temat, używając określonych materiałów, w określony sposób – „czerpią” sami z siebie, z własnego wnętrza, a nie z zapożyczonych szablonów i wzorców sztuki klasycznej czy współczesnej”. Czy można wyobrazić sobie sztukę czystszą niż taka właśnie – niezależnie od jej poziomu?

A manuskrypty? Czy ktokolwiek zdołał przeczytać dzieło życia Dargera w całości? Prawdopodobnie nie, choćby z uwagi na fakt, że znajdują się obecnie w Amerykańskim Muzeum Sztuki Ludowej i ma do niego dostęp bardzo ograniczona liczba osób. Kevin Miller opiekujący się spuścizną po artyście twierdzi, że nie zdołał przeczytać wszystkiego, ale to, co przeczytał, jest całkiem niezłe. Mimo intensywnych poszukiwań w Internecie nie udało mi się znaleźć żadnych obszerniejszych fragmentów tej prozy, trafiają się tylko pojedyncze passusy. Być może jednak kiedyś świat dostanie szansę wejścia do Krainy Nierealnego.

***

Zdjęcia:
1. – Zdjęcie Henry’ego Dargera pochodzi ze strony Wikimedia commons z wolnymi mediami.
2. – Wszystkie manuskrypty Dargera. Fotografia pochodzi z oficjalnej strony American Folk Art Museum – https://folkartmuseum.org
3. – Oba skany ilustracji wykonanych przez Dargera pochodzą z oficjalnej strony MoMA – https://www.moma.org/

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.

Majestat

Nocne, rozgwieżdżone niebo już od dziecka wprawiało mnie w stan niewymownego zachwytu i zdumienia – choć wtedy było dla mnie zaledwie dwuwymiarowym firmamentem, czarną płachtą przyozdobioną tysiącami świecidełek. Dziś, jako człowiek dorosły, wiedzący znacznie więcej i dostrzegający w nim głębię, jestem nim zafascynowany jeszcze bardziej.

Dzięki potężnym teleskopom kosmicznym człowiek może zajrzeć w bardzo głębokie zakamarki uniwersum, i ujrzeć niewyobrażalnie odległe galaktyki i ich gromady. Ponieważ światło potrzebowało gigantycznej ilości czasu by dotrzeć do nas od danego obiektu, widzimy go takim, jaki był w chwili, gdy zostało ono wyemitowane – co oznacza, że wiele z najdalszych z nich istnieje obecnie w formie znacznie zmienionej bądź nie istnieje wcale. A są obszary tak dalekie, że światło z nich nie przedarło się do nas od początku ich istnienia – a w przypadku niektórych nie zdoła zrobić tego nigdy, jako że Wszechświat wciąż się rozszerza, i robi to coraz szybciej, w każdym kierunku jednocześnie. Ale i tak jest na co popatrzeć: średnica widzialnego uniwersum wynosi 93 miliardy lat świetlnych (rok świetlny to odległość, jaką światło pokonuje w ciągu roku, czyli około 9,4 biliona kilometrów). Przestwór ten wypełnia 300 tryliardów gwiazd, wśród których krąży niezliczona ilość planet. Być może na niektórych z nich istnieje życie, również w formach inteligentnych.IDL TIFF fileSkąd jednak wzięło się to wszystko? Niektórzy naukowcy twierdzą, że z nicości: pozbawionego wymiarów bezczasu, który jednak posiadał twórczy potencjał. Według nich siła sprawcza jest bezosobowa, a pytanie o jej pochodzenie nie ma sensu, jako że stanowi ona immanentną właściwość samej natury. Ponieważ zaś Wszechświat posiada łączną energię równą 0 (gdyż dodatnia energia materii zostaje równoważona ujemną energią oddziaływań grawitacyjnych), stanowi on jakby formę nicości, jej spontaniczne i samoistne przekształcenie. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć – choć zapewne dlatego, że nie umiem przestawić się na czysto abstrakcyjne rozumowanie naukowców. Doświadczenie życia codziennego kształtuje w człowieku zupełnie inne, intuicyjne pojmowanie rzeczywistości, które jednak w odniesieniu do takich kwestii nie ma zastosowania.

Być może istnieje coś więcej niż jeden wszechświat. Jest hipoteza Wieloświata – zbioru nieskończonej liczby wszechświatów o rozmaitych wartościach oddziaływań fizycznych. Jest wiele wariantów tej hipotezy; do mojej wyobraźni najbardziej przemawia ta, jakoby poszczególne uniwersa powstawały w nicości, a więc istniały w zupełnej niezależności czasoprzestrzennej względem siebie i nie mogły w żaden sposób na siebie oddziaływać. Można by więc rzec, że wszechświaty takie same sobie istnieją zawsze i wszędzie, ale w stosunku do siebie nawzajem – nigdy i nigdzie. Hipoteza ta powstała jako próba wyjaśnienia niezwykłego dostrojenia stałych fizycznych obowiązujących w naszym wszechświecie do powstania życia – gdyby tylko nieznacznie zmienić którekolwiek z nich, życie powstać by nie mogło (przynajmniej w formie nam znanej i jedynej dla nas wyobrażalnej).

Czasami wydaje mi się, że odkrycia astronomiczne nie tyle odkrywają prawdę o kosmosie, co raczej uświadamiają nam jego nieodgadnioność. Każde kolejne odkrycie rodzi bowiem szereg nowych pytań, a odpowiedzi na nie – jeszcze kolejne. Dziś na przykład wiemy już, że widoczna gołym okiem materia barionowa (składająca się ze znanych nam pierwiastków) stanowi niecałe 5 procent bilansu energetycznego Wszechświata, a na resztę przypada tajemnicza ciemna materia (26,8%) i ciemna energia (68,3%). Czym są te dwie składowe i jaka jest ich natura – nie wie nikt. Można więc śmiało powiedzieć, że wiemy, iż prawie nic nie wiemy. I choć to prawie nic wystarcza nam do życia, to jednak nie zaspokaja naszej ciekawości.

Nasz aktualny stan wiedzy na temat Wszechświata każe nam sądzić, że nie będzie wieczny, że i jego czeka kiedyś kres. Za niewyobrażalnie długi okres czasu wszystkie gwiazdy zgasną, a ogrom ten stanie się zimny i pusty. Nie będzie żadnej świadomości, która mogłaby go postrzegać, nie będzie myśli, która mogłaby nadawać sens jego istnieniu.

Ale jest coś równie niepojętego jak sposób w jaki Wszechświat funkcjonuje i jego tajemniczość: obojętność tego przestworu na los ludzki i nasza znikomość względem niego. Świadomość tych dwóch rzeczy sprawia, że kiedy patrzę w gwiaździste niebo, czuję się tak, jakbym obcował z absolutem – i choć absolut ten jest nieświadomy samego siebie, w niczym nie umniejsza to jego majestatu.

***

Zdjęcie zostało wykonane przez NASA przy pomocy teleskopu Hubble’a i nosi tytuł ”Ultragłębokie Pole Hubble’a”. Opublikowane zostało w 2004 roku. Na fotografii widnieje około 10 tysięcy galaktyk; światło z najstarszych z nich (czerwonych) zostało wysłane zaledwie 800 milionów lat po Wielkim Wybuchu, w którym narodził się Wszechświat.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2''Drugi i zarazem ostatni tom dzienników Edwarda Stachury obejmuje zapiski prowadzone przez niego w latach 1974-1979, i jest objętościowo większy od tomu poprzedniego. I tym razem do czynienia mamy nie z regularnym dziennikiem, a raptularzem, w którym opisy minionych dni przeplatają się z kreatywnymi notatkami, szkicami literackimi, oraz zapiskami dotyczącymi prozaicznych spraw życia codziennego. W drugim tomie dzienników uwidacznia się stopniowe, ale konsekwentne wycofywanie się Stachury ze świata. Pisarz coraz mniej uwagi poświęca temu, co dzieje się na zewnątrz, a coraz więcej własnemu wnętrzu.

Już w pierwszym tomie dzienników pojawiał się wątek książki pt. ”Fabula Rasa” – utworu, który w zamierzeniu Stachury stanowić miał dzieło jego życia. Koncepcja Czystej Opowieści była niezwykła: bohater (Michał Kątny) przemierzał świat głośno ze sobą rozmawiając i pisząc, a chwilom jego milczenia i odpoczynku odpowiadać miały na kartkach puste przestrzenie, gdzie czytelnik zapisywać mógłby własne przemyślenia. Choć Stachura porzucił ten tajemniczy projekt w trakcie realizacji na wskutek burzliwej przemiany duchowej (”Fabula Rasa”, która ukazała się w roku 1979, nie ma z jej pierwotnym zamysłem nic wspólnego), ocalał on na łamach drugiego tomu dzienników w formie szkicowej – i być może jedynej, w jakiej z uwagi na swe wyrafinowanie zaistnieć mógł drukiem zwartym. Mowa oczywiście o luźnych partiach tekstu, których bohaterem jest wspomniany wcześniej Michał Kątny (jest on także narratorem opowiadań zbioru pt. ”Się”; warto zaznaczyć, że choćby opowiadanie ”San Luis Potosi” pierwotnie pomyślane było jako fragment ”Fabula Rasa”). Są to fragmenty o dużych walorach literackich. Szkoda, że potencjał tkwiący w tej idei nie został w pełni urzeczywistniony.

W tym tomie zapisków pojawia się postać Danuty Pawłowskiej – kolejnej miłości Stachury. Poeta poznał ją, kiedy miała zaledwie 14 lat (był od niej starszy o aż dwie dekady), i utrzymywał z nią przyjacielską relację do momentu, gdy osiągnęła pełnoletność, z którą to chwilą stali się parą. Relacja nie trwała długo, ale w okresie jej trwania wzmiankowana jest bardzo często (zainteresowanych odsyłam do książki pt. ”Listy do Danuty Pawłowskiej”, w której zawarto aż 190 listów pisarza). Największe emocje budzą wątpliwości Stachury co do tego, czy aby nie wmawia sobie miłości by otrząsnąć się po nieudanym związku z żoną Zytą. Czytelnicy spragnieni pikantnych szczegółów będą jednak zawiedzeni – pisarz albo nie notował ich, albo nie trafiły do druku z uwagi na dobro wciąż żyjącej Pawłowskiej.

Znalazły się w tomie także zapiski prowadzone przez Stachurę w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Cechuje je krańcowa prostota myśli i oszczędność formy. Choć jest ich niewiele, pozostawiają w umyśle czytelnika bardzo wyraźny ślad: bije z nich bezsilność wobec sytuacji, zmęczenie, ale i odrobina nieśmiałej nadziei na wyzdrowienie. Ta ostatnia jest jak wąski promień słońca wpadający przez zamek zamkniętych drzwi do wnętrza mrocznego pokoju.

Zwieńczeniem ”Dzienników…” są zapiski zatytułowane ”Pogodzić się ze Światem”. Stachura prowadził je po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, przebywając na wsi pod opieką matki. Opisuje w nich zmagania z chorobą, wysiłki podejmowane w celu zaczepienia się o życie, świat i ludzi, próby rozkochania się na nowo w przepięknej zwyczajności życia i pogodzenia z rzeczywistością, a także ból istnienia, przerażające objawy chorobowe oraz wzrastające pragnienie samodzielnego odebrania sobie życia. W niniejszej edycji uwzględniono nawet błędy językowe pisarza oraz wszelkie modyfikacje, które wprowadzał w tekście. Z uwagi na szczerość i wnikliwość, z jaką Stachura opisuje swoje krańcowo rozpaczliwe położenie, jest to wręcz arcydzieło diarystyki.

Drugi tom ”Dzienników…” jest nie tylko ciekawszy i lepiej napisany od poprzedniego, ale także lepiej opracowany pod względem edytorskim. Poza modyfikacjami których Stachura dokonywał w swoim przedśmiertnym dzienniku, zachowane zostały między innymi skreślenia (np. w spisach spraw do załatwienia). Nadal dziwi jednak brak konsekwencji w objaśnianiu odniesień Stachury do swojej twórczości prozatorskiej i poetyckiej.

Niestety, i te zapiski są wybrakowane; wszystko wskazuje na to, że mocniej nawet niż poprzednim tomie. Istnieje w nich bowiem dwuletnia wyrwa (styczeń 1977 – kwiecień 1979) – a więc przypadająca na okres bardzo tajemniczy, w którym Stachura przechodził intensywną przemianę duchową. Dariusz Pachocki w posłowiu wyraża przypuszczenie, że zeszyty opisujące ten etap życia pisarza istnieją, ale znajdują się w rękach rodziny (co zdaje się potwierdzać fakt, że ta użyczyła do druku cienki zeszyt prowadzony przez niego w Drewnicy; zresztą, w nocie edytorskiej do pierwszego tomu ”Dzienników…” mowa jest wprost o tym, że rodzina posiada dwa zeszyty).

Życie Edwarda Stachury było nieustającą wędrówką, nieustającą podróżą. Czytelnik kończący ”Dzienniki…” pozostaje sam na sam z pytaniem o to, czego pisarz poszukiwał błąkając się po świecie, co gnało go każdego dnia i nie pozwalało odpocząć stopom i duszy. Czyżby poszukiwał samego siebie? A może wręcz przeciwnie – uciekał przed sobą? A może droga którą obrał była mu celem samym w sobie? Nawet mi, wielkiemu wielbicielowi prozy i poezji Stachury, bardzo ciężko znaleźć jest odpowiedź.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1''Chciałbym móc napisać, że Edward Stachura to pisarz, którego nikomu przedstawiać nie trzeba; tak jednak niestety nie jest. W ciągu życia otoczony swego rodzaju kultem i legendą (wzmożonymi po jego śmierci), może nie popadł jeszcze w zapomnienie, ale młodsze grono czytelników zdaje się o jego istnieniu nie mieć pojęcia. A szkoda, bo twórczość Stachury to zjawisko unikatowe z uwagi na jej szczerość, życiowość, i przedstawione z niej zmaganie człowieka wrażliwego z brutalnym światem. Po kilkudziesięciu latach od śmierci pisarza i poety Wydawnictwo Iskry podjęło się opracowania jego dzienników, rzucających nowe światło na jego osobę, życie, i tragiczny koniec.

Stachura niemal nieustannie przebywał w ruchu, jego życie było jedną wielką podróżą. W dziennikach roi się od opisów miejsc i bystrych obserwacji zwyczajów ich mieszkańców. Często pisarz przytacza też ciekawostki historyczne i dialogi, które miał okazję podsłuchać bądź prowadzić z przypadkowo spotkanymi osobami. Niestety, większość z tych spostrzeżeń została zanotowana w sposób bardzo lakoniczny, więc choć podczas ich czytania zawsze czuć klimat bycia w drodze, znacznie trudniej jest z załapaniem nastroju samych miejsc (choć i tutaj są wyjątki, np. wrażenia z podróży do Meksyku). Z wielkim zadowoleniem odnalazłem w książce zapiski, które Stachura prowadził niecałe 10 kilometrów od miejsca mojego zamieszkania, w rejonach dobrze mi znanych. Wierzę, że podobne odniesienia znajdzie wielu z was.

Dużą rolę w zapiskach Stachury odgrywa jego nieszczęśliwa miłość – żona Zyta, z którą rozszedł się po dziesięciu latach małżeństwa. Niestety, zapiski jej dotyczące skupiają się głównie na samym bólu wynikającym z tego rozstania, i tylko domyślać można się, co do niego doprowadziło. Nie należy jednak raczej dopatrywać się w tym tajemniczości samego Stachury – najintymniejsze zapiski zostały pominięte w druku celowo, z uwagi na to, że godziłyby w prywatność wciąż jeszcze żyjących osób. Mimo zrozumienia dla tego faktu, nie mogę pozostawić tego bez znaczenia dla oceny końcowej.

Innym bardzo istotnym motywem zapisków Stachury jest śmierć. Pisarz zmagał się z przygnębieniem i myślami samobójczymi bardzo często, i chwilami bierze chęć by pokusić się o stwierdzenie, że chorował psychicznie już w tym okresie, i że zdiagnozowanie i leczenie choroby zapewne oszczędziłoby mu masy cierpień, a kto wie: może nawet ocaliłoby mu życie. Krzywdzące byłoby jednak traktowanie twórczość Stachury wyłącznie jako rezultat samodzielnego zmagania z depresją: był on przede wszystkim człowiekiem niebywale wrażliwym, który poza wewnętrznym bólem (dość przez niego uwznioślanym) nawet w rzeczach najbłahszych dostrzegał druzgocące piękno, na które inni ludzie w większości pozostają ślepi.

Stachura kompletnie pomija w swoich zapiskach tematy polityczne. To intrygujące – tym bardziej, że żył w czasach bardzo interesujących – i niektórzy czytelnicy maja mu to za złe, dla mnie jednak niezwykłość ta wychodzi jego twórczości na korzyść. Dzienniki przedstawiają losy człowieka, który z jednej strony lgnie do ludzi, ale z drugiej – jest outsiderem i żyje na uboczu realiów własnymi, nieodgadnionymi dla nich sprawami.

Ale ”Dziennikom…” daleko do typowej diarystyki; Stachura traktował je także jako notatniki i organizery. Są w nich więc również kreatywne notatki do prozy, spisy spraw do załatwienia, listy przychodów i długów, ćwiczenia literackie (w tym poetyckie), cytaty, itd. Jest też w dziennikach trochę niezwykle trafnych przemyśleń dotyczących ludzi i życia. To właśnie one stanowią w moim odczuciu swego rodzaju perełki.

Ciekawym dopełnieniem zapisków są czarno-białe fotografie pisarza oraz jego rękopisów. Jest ich całkiem sporo i świetnie wprowadzają w ich klimat. Ten drugi rodzaj zdjęć daje również pojęcie na temat specyfiki zapisków Stachury, a zatem i pracy, jaką musiał wykonać przygotowując je do druku ich edytor, Dariusz Pachocki. Choć budzi ona mój podziw, nie sposób nie zauważyć, że Pachocki nie ustrzegł się pewnych dość poważnych błędów. I tak na przykład błędnie ponumerowano niektóre przypisy, nie przetłumaczono pewnych obcojęzycznych fragmentów, nie wyjaśniono wielu odniesień pisarza do swoich utworów.

”Dzienniki…” to książka przeznaczona dla fanów Stachury. Raczej nie bronią się jako samodzielna literatura (pomijając pewne fragmenty), ale w sposób interesujący dopełniają całość twórczości pisarza, i, oczywiście, ujawniają sposób, w jaki funkcjonował na co dzień: gdzie i po co bywał, z kim i czemu się spotykał, co myślał i czuł, a także dokąd zmierzał. Dla mnie, jako wielbiciela Stachury, to prawdziwe literackie wydarzenie. Szkoda tylko, że w wersji okrojonej…

Ocena: 6/10 (dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.

Wierszyki #6

Wierszyki, które napisałem pomiędzy 1 sierpnia a 31 grudnia 2017 roku.

***

Sromotnik

Posłuchaj mnie człowieku
Na sromoty
Najlepszy jest muchomor
Sromotnikowy

Jak nie wierzysz
Spytaj sam
Niejeden co przeżył
Mówił że smak
Ma najlepszy ze wszystkich
Które jadł

***

Muchomory

Muchomory czerwone
W kropki białe
Przez jesień złotą
Namalowane
Rosną cicho
Całymi setkami
Margines rzeczywistości
Wytyczając

Góruje nad nimi
Mimochodem jakby
Więc cudownie
Świata sprawy
Zieleń drzew
I niebieski firmament

(W podświadomości
Też ich pełno
I chyba dlatego
Tak często
Zamiast humoru
Mam muchomora)

***

Zmartwychwstanie

Wczorajszym dniem
Zmęczony tak
Że chce się żyć
Zabijam czas
Konaniem z miłości

***

Gaszenie Ogniska

Jest nieźle gdy
Dogasające zgliszcza dnia
Chlusnąć zimnym
Blaskiem księżyca

***

Ciężary

Nawet w smutku
Lekki wspomnieniem
Niczym piórko
Co ku górze
Ciągnie kotwicę

***

Pornografia

Jest to rozbój
W biały dzień
Choć właściwie
Przypadkowy

Romans cieni
Trojga ludzi
Na przystanku
Tramwajowym

***

Sekret

Życie może zacząć się
Po raz drugi
Może zdarzyć się
Ten cud

Gdy człowiek pojmie
Że to tajemnica
I że umrze głupi
Niczym but

***

Amen

Będę tym
Który przechodzi pomimo
Serca kobiety
Monolitu
Zimnej jego
Obojętności
Co trawi go samego

***

Przeklęci

Czasami
Samotność i dusza
To jedno i to samo

***

Kwadratura Koła

Fortuna kołem się toczy
U mnie jakby kwadratem
Aż kole w oczy

***

Myszkowanie

Trochę mnie tu
Trochę mnie tam
Ale najmniej
W swej samotni
Myślami myszkuję
Sobie do woli
Zwiedzam domy
Starych znajomych
I dawne szkoły

***

Bajka

Biały kruk przycupnął
Na czarnej owcy
Co była wilkiem
W owczej skórze
A ponieważ dookoła
Były wrony
Musiał krakać
Jak i one
I wykrakał

***

Wniebowstąpienia

Za każdym razem
Gdy ktoś myśli
O mnie zgrabnie
Wspominając stare czasy
Jestem w niebie
Choć niestety
O tym nie wiem

***

Przyszłość

Majaczy we mgle
Zamek z piasku
A morze podmywa go
Dostojnie