Testujemy Jedzenie #16

Vifon danie z sosem sojowym 90 g (4 zł, Szybki koszyk)
Testujemy Jedzenie #16 (3)Bardzo ciekawa alternatywa dla zupek chińskich: danie z makaronem w plastikowej tacce. Wystarczy zalać wrzątkiem, zamknąć wieczko, po 3 minutach odlać wodę, dodać sos, wymieszać – i już można jeść. Nie mogę uniknąć porównania z daniem Oyakata. Ilość makaronu jest taka sama, ale o wiele większa jest ilość sosu, co wpływa na intensywność smaku. Jest korzenno-pikantny, z nieco za dużą dozą słodyczy. Warto kupić, ale po rozsądnej cenie (ceny w sieciówkach wahają się w granicach 8 złotych, co jest kompletnie niezrozumiałe; na Allegro, przy sprzyjających wiatrach, można trafić oferty o połowę tańsze). Ocena: 5/6.

Polinat gąski zielonki marynowane 350 g (18 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #16 (1)W Polsce nie brakuje amatorów gąski zielonki – grzyba, który pojawia się w naszych lasach dopiero późną jesienią. Z uwagi na swoje podobieństwo do muchomora zielonawego, zbierany jest raczej przez bardziej obeznanych grzybiarzy. Tym bardziej raduje obecność na rynku gąsek przejrzanych przez zawodowych grzyboznawców. Grzybki są dość kwaśne, posmak słodyczy jest umiarkowany. Z uwagi na swoją konsystencję najlepiej sprawdzają się jako dodatek do kanapek, nieco mniej na samodzielną przekąskę. Ocena: 5/6.

Go Vege Plastry wegańskie z pistacjami 100 g (4 zł 99 gr, Biedronka)
Zazwyczaj sięgam tylko po te wege mięsa, które można przyrządzić na ciepło, ale krążące po necie pozytywne opinie o ”Biedronkowych” plastrach wegańskich skusiły mnie na ich zakup. Czy achy i ochy są słuszne? Po pierwsze, plastry wyglądem do złudzenia przypominają wędlinę (np. szynkę). Mają również taką samą strukturę oraz… smak! Marce udało się dokonać czegoś epickiego: stworzyć pod każdym względem doskonały zamiennik mięsa. Pistacje uatrakcyjniają wędlinę wizualnie, dodają jej też delikatnego posmaku oraz chrupkości. Ocena: 6/6.

Vivera sznycel wegański w panierce 200 g (Carefour)
Furorę w ‘’zielonym’’ sektorze jedzeniowym robią bezmięsne burgery, ale zamienników kotletów jakoś brak. To dziwne, bo przecież Polska jak długa i szeroka – schabowym stoi. Vivera wychodzi naprzeciw potrzebom wszystkich, którzy porzuciwszy mięso, tęsknią za sznycelkiem. W opakowaniu znajdziemy 2 bardzo apetycznie wyglądające kotlety. Smak jest delikatny, trochę zbliżony do mięsa kurczaka (jeśli oczywiście dobrze pamiętam go po 12 latach, odkąd jadłem je po raz ostatni). Smak można by trochę podkręcić, ale generalnie produkt jest bardzo fajny. Polecam do obiadu z ziemniaczkami i fasolką. Ocena: 5/6.

Snickers crunchy penaut butter 225 g (11 zł 99 gr, Biedronka)
Testujemy Jedzenie #16 (2)Uwielbiam snickersy (I kocham krem snickers spread, który zniknął z tego padołu łez jakąś dekadę temu), toteż kiedy zobaczyłem markowe masło orzechowe tej firmy, rzuciłem się na nie jak wilk na sarnę. Masełko jest z gatunku extra crunchy – zawiera wiele kawałków orzeszków oraz drobinki czekolady, które nadają jej chrupkości. Niestety, choć czekoladowy granulat stanowi aż 15 procent objętości produktu, jej smak jest zupełnie niewyczuwalny. Producent poskąpił również soli, która znakomicie komponuje się z orzeszkami (im samym nie mam nic do zarzucenia). Kupując produkt spodziewałem się o wiele, wiele więcej. Ocena: 3/6.

Star Chips Miksowane 90 g (4 zł 99 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Czasami mamy ochotę na kilka smaków chipsów bądź chrupek jednocześnie, ale – nie chcąc kupować i otwierać kilku paczek – musimy ograniczyć się do jednej. Wybór bywa oczywiście trudny. Star Chips wyszło z bardzo fajnym pomysłem sprzedaży trzech rodzajów snacków w jednej paczce. W zielonym wariancie (są jeszcze czerwone) znajdziemy smaki pizzy, sera oraz papryki. Największą wadą chrupek jest to, że są bardzo, bardzo słabo przyprawione (z wyjątkiem tych paprykowych). Poza tym, chrupią jak należy. Polecam spróbować wszystkim. Ocena: 4/6.

Delecta Podpiwek Kujawski 100 g (1 zł, przeciętny sklep spożywczy)
Podpiwek jest jednym ze smaków mojego dzieciństwa, ba, w domu, gdzie mieszkam, ma status niemal legendarny. Nigdy nie zapomnę, jak wpatrywałem się w pęczniejące od gazu butelki napitku, czekając, aż dojrzeje do degustacji, tak samo jak nie zapomnę jego smaku. Przygotowanie jest bajecznie proste. Jedna kostka suszu wystarczy na przyrządzenie 10 litrów napitku. 2 złote, które trzeba zapłacić za kostkę, to tyle, co nic. Oczywiście, trzeba zainwestować również w drożdże i cukier, ale i tak nie zostaniemy w samych skarpetach. Ocena: 6/6.

Bahlsen Hit choco 220 g (3 zł 96 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Hity to jedne z moich ulubionych ciastek. Składają się na nie dwie warstwy niezwykle kruchego i chrupiącego ciacha oraz spora porcja smacznego kremu. Niestety, ciasteczka mają jedną ogromną wadę: już w godzinę po wyjęciu ich z opakowania robią się niesamowicie miękkie, przez co tracą większość swoich walorów smakowych. Na szczęście mają opakowanie, z którego można wyciągać je tak, by oszczędzić im tego przykrego losu. Aha, dostępne są również inne smaki – dzikiej borówki, orzechów, wanilii. Dla każdego coś miłego. Ocena: 5/6.

Migdały w czekoladzie mlecznej z cynamonem premium 200 g (5 zł, Biedronka)
Poszukując drobnych, słodkich przekąsek, ciężko trafić na coś nie banalnego. Wybór ogranicza się zazwyczaj do orzeszków w miodzie albo karmelu. Tym większą rewelację stanowią migdały w słodkiej czekoladzie obsypane cynamonem. Warstwa słodkiej czekolady otaczająca migdały jest dość gruba, a posypka dodaje całości subtelnej nuty pikanterii. Przekąska jest niezwykle ciekawa i warto spróbować jej chociaż raz – tym bardziej, że cena jest niewielka. Stanowi świetny dodatek do kawy. Ocena: 5/6.

Oyakata Korean Barbeque 93 g (4 zł 29 gr, Auchan)
Kolejny wegetariański wariant smakowy dania marki Oyakata – tym razem koreańskie BBQ. Mamy tutaj mieszankę czterech smaków: pikanterii, słodyczy, kwasku oraz dymu wędzarniczego. Wydaje się niemożliwe, żeby zupka błyskawiczna (no dobra, nie zupka w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale wiadomo, o co chodzi) miała tak bogaty smak, ale język nie kłamie. Cena dość duża, ale od czasu do czasu można natrafić na promocję. Polecam bardzo gorąco – idealnie sprawdza się w pracy, na drugie śniadanie! Ocena: 6/6.

Natascha Kampusch – ”3096 Dni”

Natascha Kampusch - ''3096 Dni''Natascha Kampusch miała zaledwie 10 lat, kiedy podczas pieszej wędrówki do szkoły została porwana przez szaleńca, który następnie przetrzymywał ją przez niemal 9 lat z dala od reszty świata. Po tym czasie udało jej się uciec i stopniowo powrócić do życia. Historia jak z filmu grozy klasy B – ale wydarzyła się naprawdę. W kilka lat po odzyskaniu wolności, ofiara porywacza napisała książkę stanowiącą próbę rozliczenia się z przeszłością – zaproszenie za kulisy swego piekła.

Przez pierwszych kilka lat Autorka była przetrzymywana w ciasnej i obskurnej piwnicy (z czasem porywacz pozwolił jej przekształcić celę w coś, co można określić mianem parodii jej pokoju dziecięcego). Dopiero kiedy zaczęła miesiączkować, Priklopil (bo tak miał na nazwisko) stwierdził, iż jest już na tyle dorosła, że powinna zacząć pomagać mu w pracach domowych i zaczął regularnie sprowadzać ją do pomieszczeń mieszkalnych. Natascha była przez niego zmuszana do prac porządkowych (porywacz miał obsesję na punkcie czystości, w znacznej mierze podyktowaną paranoicznym strachem przed wizytą policji i ewentualnością znalezienia przez nich śladów pobytu swojej ofiary) oraz remontowych. Dominacja porywacza nad Kampusch była tak silna, że pod koniec jej niewoli zdarzało mu się wychodzić z nią do świata zewnętrznego (co było zresztą początkiem ostatniej fazy jego planu zakładającego wspólne życie), a ona nie była w stanie zdradzić go przed mijanymi ludźmi choćby słowem.

Głównym celem Priklopila było posiadanie kogoś, nad kim mógłby sprawować absolutną kontrolę. Żeby osiągnąć ten cel, posługiwał się – jakżeby inaczej – przemocowymi metodami. Kampusch doświadczała więc udręki psychicznej – poniżenia (miała kompleksy na punkcie swojej wagi, toteż Priklopil uderzał w ten czuły punkt), manipulacji (porywacz wmawiał jej, że rodzice jej nie kochają, a policja już dawno zaprzestała śledztwa w jej sprawie), prześladowania (monitorował jej poczynania przy pomocy prowizorycznego, ale skutecznego systemu podsłuchowego) – oraz fizycznej (po kilku latach była bita za najmniejsze nawet ‘’przewinienia’’). Przemoc seksualna zdaje się schodzić na dalszy plan; Autorka książki pozwoliła sobie zresztą (do czego jawnie się przyznaje) owiać tę sferę mgiełką tajemnicy. Mężczyzna decydował też, co można jej jeść oraz w jakich proporcjach, wyznaczał czas, w którym mogła korzystać z energii elektrycznej, itd.

Autorka książki wiele miejsca poświęca roztrząsaniom na temat przyczyn, z jakich mężczyzna porwał ją i przetrzymywał. Jej analiza jest bardzo rzetelna i drobiazgowa – widać, że Kampusch posiada intuicję psychologiczną i dużą wiedzę, zapewne nabytą w toku terapii której celem było wyjście z traumy. Przedstawia swojego oprawcę jako człowieka zdominowanego przez zaborczą i nadopiekuńczą matkę, który kompensował sobie poczucie niższości właśnie poprzez totalną dominację nad innym człowiekiem.

Przez niemal 9 lat porywacz był jedyną osobą z krwi i kości w życiu autorki – jedynym realnym, namacalnym człowiekiem z którym mogła porozmawiać, spędzić czas. Mimo wszystko stał się więc dla niej kimś ważnym. Po całym cierpieniu, który zgotował jej Priklopil, Autorka jest w stanie przyjrzeć mu się z psychologicznego dystansu. Z tego powodu znaczna część ludzi zainteresowanych tematem zarzucała Autorce Syndrom Sztokholmski – stan sympatyzowania z porywaczem pojawiający się jako reakcja obronna udręczonej psychiki. To, że Kampusch nie doszła w swym cierpieniu do punktu, z którego bezmyślnie demonizowałaby oprawcę, jest moim zdaniem jej ogromnym zwycięstwem nad nim oraz nad swoim własnym cierpieniem.

Prawdziwą esencję książki stanowi wewnętrzna walka, którą autorka toczyła każdego dnia na wielu frontach jednocześnie. Usiłowała nie zatracić się w wizji świata tak nachalnie narzucanej jej przez Priklopila – pamiętać, że jest jej oprawcą i nie żywić wobec niego wdzięczności za to, że dał jej słodycze albo pozwolił wziąć gorącą kąpiel w wannie; nie ulegać złudzeniu, że porywacz stanowi uosobienie zła, gdyż nienawiść do niego pozbawiła by jej resztki sił; odmawiać sobie samobójstwa (kilka prób jednak podjęła), w czym pomagała jej świadomość, że gdzieś tam czeka na nią jej najbliższa rodzina.

Ostatnie rozdziały swojej opowieści Kampusch poświęciła początkom życia na wolności i refleksji dotyczącej mentalności społeczeństwa, którą tak dotkliwie obnażył przypadek jej porwania. Udowadnia, że ludzkość potrzebuje zarówno złoczyńców, jak i ofiar. Istnienie tych pierwszych daje ludziom pretekst do życia w iluzji jednoznaczności dobra i zła, istnienie tych drugich – na poczucie, że nie jest się najsłabszym ogniwem, że zawsze jest ktoś, kto stoi niżej w hierarchii społecznej i kogo można wykorzystać, choćby nawet dla polepszenia swojego ego. Kampusch posiadała wysoką samoświadomość i nie godziła się na sprowadzanie jej do roli ofiary, a osoby Priklopila do demonicznego ucieleśnienia zła. Swoim świadectwem udowadnia, że człowiek nawet w najbardziej ekstremalnej sytuacji jest w stanie ocalić swoją godność, uczuciowość i rozumność.

Relację Kampusch czyta się z zapartym tchem. Jest napisana niezwykle zgrabnym językiem i bardzo skondensowana – nie ma w niej żadnych dłużyzn. Jej jedyną wadą jest to, że miejscami streszcza całe interwały czasu w sposób dość lakoniczny. Czasami można się też zastanawiać, czy kilkunastoletnia Kampusch rzeczywiście czuła i postrzegała w danym momencie pewne rzeczy tak, jak je opisała, czy też pojmuje je w ten sposób dopiero po latach, projektując poczynione po czasie obserwacje na dawną siebie – ale to akurat w gruncie rzeczy niewiele znaczący szczegół.

Książka Kampusch to relacja jedyna w swoim rodzaju – przejmujące grozą spojrzenie w mroczną, dziewięcioletnią wyrwę w życiorysie młodej, wrażliwej i inteligentnej, dobrze zapowiadającej się kobiety. Czytając książkę Autorki, czytelnik patrzy w tę otchłań, stając z nią ramię w ramię.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Sonia Draga.

Dawid Sierakowiak – ”Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta”

Dawid Sierakowiak - ''Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta''Temat Holokaustu wzbudza zainteresowanie większości czytelników w odniesieniu do najbardziej spektakularnych jego etapów, jakim były obozy zagłady. Zbyt mało uwagi poświęca się pierwszym fazom realizacji obłąkanej polityki rasowej trzeciej rzeszy – stopniowemu ograniczaniu praw ludności żydowskiej i stłoczenia znacznej jej części w wyizolowanych obszarach miast nazywanych gettami. Stanowiły one w istocie miejsca, w których surowiec ludzki dostarczany fabrykom śmierci był poddawany wstępnej obróbce. Te przedsionki piekła miały swoich cichych, nieoficjalnych kronikarzy. Ich zapiski pozwalają zajrzeć nam do nich jak przez dziurkę od klucza. Jednym z nich był Dawid Sierakowiak, młody człowiek mieszkający w łódzkim getcie od lutego 1940 roku do swej głodowej śmierci w sierpniu 3 lata później.

Sierakowiak opisuje właściwie wszystkie etapy stopniowego degradowania żydów: pozbawianie ich praw, uwięzienie, morzenie głodem, zaszczuwanie, zmuszenie ich do niemal zwierzęcej rywalizacji w walce o przetrwanie. Tak potraktowany człowiek, wycieńczony i złamany psychicznie, przestawał być zdolny do stawienia oporu agresorowi. Ostatnim gwoździem do zbiorowej trumny narodu żydowskiego była zaś nadzieja na to, że sprawy w teatrze wojennym przybiorą korzystny dla nich obrót.

Co ciekawe, nawet w getcie istniał podział na równych i równiejszych. Chaim Rumkowski, przewodniczący Starszeństwa Żydów w Łodzi, nomen omen przywódca getta, starał się, jak mógł, żeby wykorzystać swoje wpływy dla ocalenia choćby garstki uciśnionych ludzi. Ci, którym poskąpił względów, byli tym faktem zdegustowani; sam Autor dzienników wielokrotnie wyraża się o Rumkowskim bardzo chłodno. Kontrowersje wokół jego osoby były tym większe, że zarzucano mu kolaboranctwo z Niemcami. Moralna ocena tej postaci jest niezwykle trudna.

Wiele czasu poświęca autor opisywaniu nastrojów panujących w getcie. Mimo surowego zakazu słuchania radia i czytania gazet, niemal bezustannie szerzyły się plotki o korzystnej dla Żydów poprawie sytuacji na froncie wojennym – niestety, prawie zawsze nie miały pokrycia w rzeczywistości. Sam Dawid zapatrywał się na te erupcje nadziei z wielkim, lodowatym wręcz sceptycyzmem, który w czytelniku wzbudza mieszaninę podziwu i przerażenia. W zapiskach z trzeciego ocalałego zeszytu autor z wolna zaczyna wręcz żywić niechętną wiarę w niezłomność Niemiec, coraz częściej wkrada się w nie gorzka ironia i cynizm. Początkowa niepewność co do losu deportowanych z getta ludzi ustępuje przeświadczeniu o najgorszym.

Jednym z głównych tematów zapisków jest głód – bodaj najcenniejsze narzędzie nazistów, którym posługiwali się chcąc doprowadzić do dehumanizacji ludzi. W większości przypadków dla człowieka czującego pragnienie głodu siłą rzeczy przestają liczyć się wszystkie inne potrzeby: kulturalne, intelektualne, estetyczne, towarzyskie, itd. To wokół jedzenia toczy się życie getta, to ono jest swego rodzaju kamieniem filozoficznym, zamieniającym umieranie w przeżywanie. Skrupulatne wyliczenia przydziałów różnego rodzaju artykułów żywnościowych zajmują znaczną część dzienników. Czytanie o nich może nużyć, ale tylko dopóki czytelnik nie uświadomi sobie, że dla osób uwięzionych w getcie były to informacje najważniejsze – stanowiły ich być albo nie być.

Ale Dawid do samego końca jak tylko mógł, z całych swoich wątłych sił opierał się odczłowieczającej sile głodu. Uczęszczał do szkoły, szukał podniet intelektualnych, dokonywał nawet przekładów literackich. Jego siła woli, hart ducha budzą najwyższe uznanie. Jest pewne, że przed tym młodym, wrażliwym, inteligentnym i silnym człowiekiem stała wielka przyszłość.

Z zeszytu na zeszyt coraz więcej też w zapiskach Sierakowiaka cierpienia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Młody autor opisuje trawiące jego ciało choroby, coraz silniejszy głód, rozpaczliwą stratę matki zabranej przez nazistów na deportację, śmierć ojca i zgryzoty, których przysparzał wszystkim, objadając ich z jedzenia… Jego zapiski składają się na swoisty dziennik umierania. Ale nad całym tym bólem świeci dwukrotnie wyrażona myśl, że: ”(…) o ile przeżyjemy, osiągniemy taką pełnię życia, jakiej w żadnym innym wypadku osiągnąć byśmy nie mogli”. Autor dostrzegał więc możliwość twórczego przeobrażenia swych cierpień, co jest chyba największą oznaką jego dojrzałości.

Cennym uzupełnieniem zapisków prowadzonych przez młodego Autora są dołączone do nich materiały wizualne. Większość z nich to czarno-białe zdjęcia ukazujące Łódź w czasach poprzedzających wojnę oraz fotografie getta, trafiają się jednak również np. skany stronic gazet i dokumentów, mapy, itd. Materiały te wprowadzają do lektury dużo niezwykłego klimatu.

Jak często ma to miejsce w przypadku świadectw osób dotkniętych piekłem Holokaustu, ich wartość literacka ma znaczenie drugorzędne wobec tematu, który eksploatują i ujawnianych w nich faktów. Pod tym względem zapiski młodego człowieka stanowią jedno z najcenniejszych świadectw opisujących życie w getcie. O wadze historycznej tego dokumentu najlepiej świadczy fakt, że został przetłumaczony na kilka języków (m. in. angielski, włoski i francuski).

Dzienniki Dawida zostały odkryte w ostatnim mieszkaniu, które zajmował ze swoją rodziną podczas pobytu w getcie. Jego następny lokator palił nimi w piecu, dokonując w ten sposób zniszczenia znacznej ich części. Ocalone zeszyty tworzą więc narrację naznaczoną dużymi, białymi plamami. Nie wiadomo na przykład z relacji Autora, jak wyglądał początek życia w getcie i ostatnie miesiące jego egzystencji (ostatnia notka nosi datę 15 kwietnia, podczas gdy Sierakowiak zmarł 8 sierpnia). W ten paradoksalny sposób owe luki uzupełniają jednak pojęcie na temat straszliwości tego miejsca, którą opisują ocalałe zapiski.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Marginesy.

Wrześniowe Szast-Prast

Bieżący rok jest jednym z najciekawszych w mojej karierze grzybiarza. Już na początku trzeciej dekady sierpnia fora zrzeszające grzybową brać zalała fala zdjęć gatunków, które pojawiają się dopiero miesiąc lub nawet dwa później, żeby wymienić chociaż opieńkę miodową, płachetkę kołpakowatą, czy nawet gąskę zielonkę. Patrząc na te fotki, ledwie byłem w stanie uwierzyć własnym oczom.

Wypady, które odbyłem pod koniec sierpnia, potwierdziły wszystko to, o czym mówił Internet. Nie posiadałem się ze zdumienia, odkrywając dwie duże kolonie płachetki kołpakowatej, która w moich okolicach pojawia się najwcześniej w październiku. Intuicja podpowiada mi, że tegoroczne przyspieszenie owocowania pozostaje w jakimś związku z ubiegłorocznym jego opóźnieniem (które to opóźnienie nie dało się jednak we znaki w tym samym stopniu mieszkańcom wszystkich województw).

Na początku września Internet zachęcał do zbiorów jeszcze bardziej, chociażby fotografiami rydzów o rozmiarach rozwartej męskiej dłoni – że o koszach pełnych płachetki kołpakowatej nawet nie wspomnę. No i te wszystkie prawdziwki, koźlarze… Ach! Naoglądałem Ci się ja, nim zdołałem uciec obowiązkom do lasu!

Na pierwszy wrześniowy wypad ruszyłem 5-tego, w niedzielę. Nie spodziewałem się cudów, bo wiadomo mi, że w piątkowe wieczory i całe soboty las ściąga wielu grzybiarzy, ale wiedziałem też, że nie wrócę z pustymi rękami. W ciągu kilkunastu lat grzybobrań poznałem wiele ciekawych miejsc i jeśli nie jedno, to drugie, a jeśli nie drugie, to trzecie pozwoli mi na zebranie tego i owego. I rzeczywiście, już w kilka minut po wejściu do lasu natrafiłem – w jednym ze swoich ulubionych miejsc – na ok. 20 wspaniałych, niewielkich podgrzybków. Z ekscytacji niemal straciłem rozum – wyobrażałem sobie, że po godzinie wrócę do domu z wiaderkiem pełnym cudownej piękności łakomych kąsków…. Tak dobrze jednak nie było.Wrześniowe Szast-Prast (1)Niektóre miejsca nosiły ślady niedawnej obecności innych grzybiarzy, w innych nie było grzybów albo były zbyt małe, bym zdołał je dostrzec. Natrafiłem bowiem na początek pojawu podgrzybków. Z jednej strony to wspaniale, bo można wtedy zebrać najzacniejsze okazy – młode, jędrne, idealne do marynaty. Z drugiej – źle, bo wytropienie ich w miejscach zarośniętych borówką (której w u nas mnóstwo) wymaga nie lada uwagi i dobrego wzroku. Dlatego też najlepszymi miejscami do zbiorów są zadołowania pokryte starymi kolkami, ścieżki i stare pniaki.

Ostatecznie, udało mi się zebrać całkiem zadowalającą ilość grzybków (tym bardziej, jeśli brać pod uwagę ich jakość). Większość to podgrzybki, ale natrafiłem również na kilka kurek (w tej części lasu po raz pierwszy w życiu), rydza (niestety robaczywego) oraz zdrowego prawdziwka. Koźlarzy wszelkiej maści brak, nie licząc dwóch czy trzech ‘’kapciuchów’’. Płachetkę kołpakowatą zastałem, w ilości całkiem sporej, ale wszystkie okazy były wyrośnięte i zaczerwione.

Co się nie najadłem, to się napatrzyłem – w lesie jest teraz mnóstwo barwnych gołąbków, mleczajów, zasłonaków i innych gatunków. Warto wybrać się na spacer już choćby tylko po to, żeby pofocić. Będzie co oglądać i co pokazywać rodzinie oraz znajomym.

Jestem niemal pewien, że następny wypad przyniesie znacznie lepsze zbiory – tym bardziej, jeśli udam się na nie w sobotę. Po dwóch tygodniach ulew nastąpi bowiem drugie tyle pięknej, słonecznej pogody, sprzyjającej owocowaniu grzybni.

Letnie Kurkobrania

Kurki są jednymi z najsmaczniejszych grzybów Polskich lasów. I najwdzięczniejszych – są wytrzymałe, odporne na zarobaczenie, wyrastają całymi koloniami, a na dodatek pojawiają się wcześnie, bo już w maju. Niestety, w tym roku nawał rozmaitych spraw pozwolił mi wybrać się na grzybowe łowy dopiero 24 czerwca.

Na pierwszy tego roku wypad pojechałem z przyjacielem oraz swoją dziewczyną. Było popołudnie tuż po ulewnej burzy; chmury wkrótce rozeszły się, ukazując słońce, które podgrzało ziemię, tworząc nieznośną parówę. Poruszaliśmy się w niej jak muchy w smole, ale nie na darmo: ściółka była obficie upstrzona kurkami. Wprawdzie lwia część z nich była niewielkich rozmiarów, ale nie należę do wybrzydzających grzybiarzy. Jestem też cierpliwy w przebieraniu takich zbiorów.

Co ciekawe, moje kochanie okazało się znacznie lepszym zbieraczem ode mnie. Możliwe, że to zasługa jej młodszych o dekadę oczu, ale w grę wchodzi również drobiazgowość, radość łowcy oraz, zapewne, chęć zrobienia na mnie wrażenia. Gdy po godzinie straciłem już wiarę w większe zbiory, a co za tym idzie, zapał, ciągnęła mnie w kolejne zakamarki, wydobywając grzybki spod grubej warstwy liści, pod którymi niechybnie zmarniałyby.Rezultat zbiorów był następujący: 4 słoiczki marynaty po 370 ml każdy, oraz salaterka grzybków, która wylądowała w jajecznicy. Kolega, który zbierał tylko większe okazy, obłowił się w około połowę tego, co my. Moja dziewczyna, urzeczona urodą kurek, zrobiła im trochę zdjęć (opatrzyłem ten wpis). Grzyby sycą wszak nie tylko żołądki, ale stanowią również ucztę estetyczną. Trudno się nimi najeść, ale jeszcze trudniej się na nie napatrzeć.

Drugie kurkobranie zaliczyłem już dwa dni później, z siostrą. Nie przepada za zbieraniem grzybów, ani w ogóle za lasem, z uwagi na pająki, które napawają ją lękiem (nawet widok pająka w gogle grafika sprawia, że ramiona pokrywają jej się gęsią skórką). Jest przy tym jednak smakoszem grzybów – w szczególności kurek, za którymi przepada także jej facet, toteż chciała wykazać się przed nim i nazbierać mu ich w prezencie.

Była sobota, w dodatku późne popołudnie, toteż obawialiśmy się trochę, że miejsce będzie przetrzebione przez innych zbieraczy. Przejeżdżając obok pierwszego z zagajników (porośniętego brzozami), minęliśmy się ze spacerującym po nim grzybiarzem. Trzymał w ręce niewielką torebkę, na której dnie tkwiło trochę kurek, zrozumieliśmy więc, że w tym akurat miejscu nie mamy czego szukać. Nieco rozczarowani, pojechaliśmy kilkaset metrów dalej.Ku naszemu zdumieniu, znaleźliśmy tam całkiem satysfakcjonującą ilość żółtych grzybków. Większość z nich osiągnęła już przynajmniej średnie rozmiary. Siostra, która zbierała je po raz pierwszy w życiu, robiła to z nieoczekiwanym przeze mnie zapałem. Nie utyskiwała nawet zbytnio na wszędobylskie pajęczyny (zresztą starałem się, w miarę możliwości, brać je na siebie). Efekt zbioru: około kilograma grzybków. Część z nich wylądowała w jajecznicy zaraz po powrocie do domu, część pojechała na wycieczkę do Warszawy, gdzie podzieliła ten sam los.

Na trzeci wypad wybrałem się dużo później, bo dopiero 16 lipca, ponownie wraz z siostrą. Nie oczekiwaliśmy cudów w postaci hurtowej ilości kurek – chcieliśmy tylko zaspokoić swój apetyt na jajecznicę z ich dodatkiem (nawiasem mówiąc, kto nie próbował, ten musi koniecznie nadrobić zaległości; ponoć znakomite są też kopytka z sosem kurkowym).

Fale upałów, które przetoczyły się przez Mazowieckie, podziałały na brzozowy zagajnik jak suszarnia. Każdy centymetr ściółki był suchy jak pieprz; rosnący gęsto chrobotek leśny (porost przypominający nieco niektóre koralowce) chrupał pod naszymi stopami, krusząc się jak chrust. Mech, zwykle jaskrawozielony i wilgotny, był wyblakły i pozbawiony choćby kropli wody. Wszystko to wyglądało jak jedna wielka podpałka pod ognisko dla piromana. Wystarczyły pięciominutowe oględziny, by stwierdzić, że nie znajdziemy tam nawet jednej kurki – choćby i martwej, zmumifikowanej przez słońce.Nieopodal, ok. 250 metrów dalej, znajdował się kolejny zagajnik, o dziwo, znacznie lepiej nawodniony – co wydało mi się dość niezwykłe, z uwagi na to, że rósł na tym samym poziomie gruntu, co poprzedni. Tam to obłowiliśmy się w kilkaset gram kurek. Pracowaliśmy w pełnej kooperacji: ja wyszukiwałem kurkonośne złoża, a siostra wydobywała z nich grzybki. Ledwie zdołała je wyciąć, a już znajdowałem następne.

Przed nami jeszcze cztery miesiące o dużym grzybowym potencjale. Pozostaje mieć nadzieję, że pogoda będzie sprzyjać rozwojowi tych smakowitości bardziej niż w poprzednim roku. Szczytowy pojaw wielu z najlepszych z nich – m. in. borowików szlachetnych, podgrzybków brunatnych, opieniek i kani – dopiero przed nami.