Wiesław Myśliwski – ”W Środku Jesteśmy Baśnią. Mowy i Rozmowy”

Wiesław Myśliwski - ''W Środku Jesteśmy Baśnią. Mowy i Rozmowy''Gdybym miał wymienić trójkę najwybitniejszych znanych mi żyjących polskich pisarzy, z pewnością znalazłby się wśród nich – zaraz obok Olgi Tokarczuk i Wojciecha Guni – Wiesław Myśliwski. Ten dziewięćdziesięcioletni obecnie autor zapisał się w historii literatury siedmioma wielkimi opowieściami o człowieku i jego losie oraz czterema sztukami teatralnymi. Choć wszystko, włącznie z ostatnimi wypowiedziami samego pisarza wskazuje na to, że złamał już pióro i czytelnicy nie mogą liczyć na to, że stworzy kolejną wielką narrację, dostają od niego wspaniały prezent: literacki autoportret, na który składają się najciekawsze teksty publicystyczne, które wyszły spod pióra autora, jego przemowy (głównie wygłaszane z okazji wręczenia nagród) oraz wywiady udzielone mediom. 

Twórczość prozatorska Myśliwskiego powszechnie zaliczana jest do tzw. nurtu chłopskiego – literatury eksplorującej rzeczywistość polskiej wsi i doświadczenia życiowe zamieszkujących ją ludzi. Kultura chłopska pociągała autora dlatego, że jak sam mówi, dostrzega w niej uniwersum ludzkiego doświadczenia. Bohaterowie jego prozy to ludzie wywodzący się z obszarów wiejskich, przesiąknięci wiejskością, doświadczający egzystencji z perspektywy wiejskiej. Mówiąc: przesiąknięci wiejskością, nie mam wcale na myśli stereotypowo przypisywanego ludziom wsi zacofania, ale tradycyjne, pielęgnowane z pokolenia na pokolenie wartości i podejście do życia. Pejzaż obyczajowy, który odmalował w swoich powieściach Myśliwski, jest tym cenniejszy, że wieś taka, jaką była, odeszła w zapomnienie. Tylko gdzieniegdzie w Polsce można jeszcze natknąć się na miejsca wyjęte rodem z tych utworów; reszta z nich – wraz z jej mieszkańcami – uległa tak znaczącej metamorfozie, że mało kto byłby w stanie wywieść z niej obraz miejsca, którym była jeszcze przed kilkudziesięciu laty. Nurt chłopski był przez krytyków literackich interpretowany rozmaicie, często w sposób odbiegający od tego, w jaki pojmował go sam autor; nie dziwota więc, że nierzadko zżymał się na rozmówców próbujących zaszufladkować jego twórczość we własnej wizji tej literatury.

W tomie znajdują się dwa bardzo istotne w kontekście jego twórczości prozatorskiej teksty, w których autor dokonuje wykładni zjawiska kultury chłopskiej. Esej Kres kultury chłopskiej stanowi obszerną, wnikliwą analizę fenomenu polskiej wsi i jej kultury oraz krytykę zbyt inteligenckiego do niej podejścia. W o wiele lżejszym, ale wciąż bardzo istotnym tekście pt. Koniec wsi – przyszłość wsi autor analizuje proces umierania wsi takiej, jaką znał, i rozważa stojące przed nią możliwości. Uważa, że śmierć wsi jako takiej była nieuchronna, ponieważ stanowiła skutek dotarcia do niej cywilizacji. Odmieniając na lepsze ciężkie warunki życia chłopa, odmieniła również jego mentalność. 

Jednym z głównych tematów książki jest język chłopski dawnej wsi – wolny od konwencji słownikowych i nieokiełznanie żywy – oraz język jako taki, język jako tworzywo wewnętrznej rzeczywistości człowieka. Zdaniem autora Traktatu o łuskaniu fasoli, obecny język jest mocno skonwencjonalizowany, a ponieważ to właśnie on wytycza granice naszego wewnętrznego świata – skonwencjonalizowany jest również nasz świat. Chłop wiejski mówił niewiele i tylko wtedy, kiedy naprawdę musiał; słowo było dla niego czymś, czego nie należało nadużywać już choćby z tej banalnej przyczyny, że w jego wypełnionym ciężką pracą życiu nie było czasu na czcze gadanie. Z uwagi zaś na brak formalnego wykształcenia, normy językowe miał właściwie za nic, a jego słownictwo było ubogie, toteż nazywał świat tak, jak czynił to biblijny Adam: z głębi swego serca, kierując się intuicją. 

Nie sposób nie przyznać Myśliwskiemu racji: poszanowanie dla słowa jest dzisiaj niewielkie, o ile jakiekolwiek. Widać to doskonale w każdej sferze naszego życia. Ponieważ słowo jest wszechobecne, nastąpiło coś w rodzaju inflacji jego wartości. Mówimy wiele i lekkomyślnie, często w ogóle nie bacząc na to, jak wielkie wyrządzamy w ten sposób krzywdę. Gadulstwo jest wszechobecne w naszym życiu codziennym, w relacjach z najbliższymi, ale też w świecie kultury: w telewizji, radiu, a nawet w książkach, których znaczną część autor wielokrotnie nazywa bez ceregieli produktami literaturopodobnymi. Prawdziwa literatura to dla niego ta, która mówi coś istotnego o człowieku; reszta jest jednym wielkim niepotrzebnym zawracaniem głowy. 

Bardzo istotna dla rozwoju kultury chłopskiej była niepiśmienność polskiego chłopa. Słowo mówione przez większość czasu jej trwania było jedynym nośnikiem opowieści, dlatego też była to kultura tak efemeryczna i przesycona życiem. Przez ćwierćwiecze Myśliwski redagował kwartalnik (a później rocznik) Regiony, którego tematem przewodnim była kultura niska, w tym konająca kultura chłopska. Jak sam przyznaje, podjął się tego dzieła, żeby ocalić przed zapomnieniem przejawy tej, znajdującej się wtedy w stanie agonii, niemal całkowicie niematerialnej przecież kultury. Wydaje się, że iskrą był dla niego sentyment – Myśliwski spędził na wsi pierwszych 14 lat życia. Jak sam przyznaje, jego dom (dla Myśliwskiego dom to nie tylko budynek z cegieł, ale wszystko, co w jego pobliżu, a co znajduje się pod wielkim dachem nieba) stał się dla niego krainą niemal mitologiczną. 

To właśnie z tego języka (oraz fascynacji nim) wywodzi autor swoje podejście do słowa pisanego. Oczywiście, dosłowne oddanie w tekście pisanym żywej mowy chłopskiej jest rzeczą niemożliwą, niemniej kiedy Myśliwski przemawia do czytelnika, robi to właśnie w jej duchu – po pierwsze, pisząc wyobraża sobie głos opowiadającego, po drugie, stara się wypowiadać o każdej rzeczy tak, jakby widział ją po raz pierwszy, co gwarantuje mu dziewiczą świeżość perspektywy. Jak sam przyznaje, pisarzem nie tyle jest, ile nim bywa; za kartkę i ołówek chwyta tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia, a wszystko, co ma do powiedzenia, stara się powiedzieć możliwie najprościej (choć oczywiście z poszanowaniem estetyki). Temu to właśnie zawdzięczają powieści Myśliwskiego swój niepowtarzalny, gawędziarski ton i melodię (spróbujcie przeczytać je na głos!). 

Ze wszystkiego, co powyżej, wynika niepowtarzalna metoda twórcza pisarza. Myśliwski nie ulega presji bycia autorem stale obecnym na rynku, wypuszczania kolejnych pozycji co rok albo dwa, żeby czytelnicy nie zapomnieli o jego istnieniu. Jego powieści ukazywały się w kilkuletnich odstępach. Było to spowodowane kilkoma czynnikami. Po pierwsze, Mistrz nie zabierał się do pracy nad kolejnym utworem natychmiast po tym, jak opadł szum związany z poprzednią. Jak sam przyznaje, zdarzało mu się nie pisać prozy przez kilka lat, i to bynajmniej nie dlatego, żeby cierpiał na brak natchnienia. Paradoksalnie, zawsze uważał ten czas za niezwykle owocny – pozwalał mu bowiem zebrać kolejne doświadczenia, osiągnąć następny etap dojrzałości ludzkiej i twórczej, pozbyć się poczucia zgubnego niekiedy lekkiego pióra i podejść do pisania każdej kolejnej pozycji tak, jakby była jego pierwszą. Do pisania zabierał się dopiero wtedy, kiedy czuł, że nadszedł odpowiedni ku temu moment, że być może znowu ma do powiedzenia coś istotnego. Wtedy tkał je całymi latami. 

Dla mnie Wiesław Myśliwski jest przede wszystkim wielkim myślicielem, filozofem, a jego twórczość jedną wielką kontemplacją człowieczeństwa. To właśnie sam człowiek, jego życie i jego los – rozumiany przez pisarza w intrygujący, specyficzny sposób jako samoświadome zrozumienie życia mające na celu wydobycie zeń sensu – wydaje mi się największym z jego zainteresowań. Wszystko to – włącznie z miłością, która dla autora jest rzeczą na świecie najważniejszą – stanowi jeden z głównych wątków tej książki. Tytułowe stwierdzenie, że być może w środku wszyscy jesteśmy baśnią, uważam za jedną z najcelniejszych, najgłębszych myśli dotyczących człowieka, jakie znam. Wywiady, których udziela Myśliwski, podobnie jak jego powieści, pełne są zresztą aforystycznych perełek, które niemal bezwiednie chowa się w skarbnicy swej pamięci. 

Czytelników Myśliwskiego zachwyci to, że w kilku wywiadach dokonuje on dość wyczerpujących autointerpretacji swoich dzieł. Dowiemy się też, co zainspirowało go do napisania tychże utworów i jak przebiegała praca nad nimi (np. pomysł na powieść Traktat o łuskaniu fasoli chodził za nim ponad 30 lat, a impulsem do jej napisania okazał się niezwykły sen, przytoczony zresztą w samym utworze; za tworzenie Kamienia na kamieniu – co zajęło mu okrągłą dekadę pracy – wziął się, bo nie szło mu pisanie innej powieści). Co zaskakujące, pisarz nie jest w stanie udzielić odpowiedzi na wszystkie dręczące czytelników pytania; uważa, że książki, które pisze, czasami pozostają tajemnicami nawet dla niego samego, że mówią mu tylko to, co same chcą powiedzieć; że przypomina kogoś, do kogo niepiśmienni chłopi w kluczowych sytuacjach zwracali się z prośbą o wystosowanie pisma – spisania testamentu, itd. – z tym, że osoby, które zwracają się w tej sprawie do niego, są postaciami żyjącymi w jego prywatnym, wewnętrznym świecie. 

Z uwagi na powyższe, nasuwa się pytanie, czy po książkę powinny sięgnąć osoby, które nie mają za sobą lektury powieści autora. Myślę, że tak, z tym, że powinny wstrzymać się z lekturą wywiadów, w których pisarz omawia swe dzieła. Zawarte w nich informacje mogą popsuć im intelektualną zabawę, którą niesie samodzielne interpretowanie tych wielkich opowieści. 

Myśliwski znany jest z tego, że przez wszystkie lata kariery literackiej konsekwentnie milczał na temat swego życia prywatnego; oczywistym jest więc fakt, że z lektury zamieszczonych w książce wywiadów czytelnik dowie się o nim raczej niewiele. Niemal wszystko, co pod tym względem otrzymujemy, to garść suchych faktów. Na szczęście autor uraczył nas kilkoma barwnymi anegdotami ze swojego życia W środku jesteśmy baśnią znakomicie spełnia jednak swoją rolę jako coś w rodzaju duchowej autobiografii pisarza. Dzięki lekturze wywiadów dowiadujemy się bowiem nie tylko tego, co myśli, ale również dlaczego myśli to, co myśli. 

Cennym uzupełnieniem książki są liczne zdjęcia, w znacznej części pochodzące z archiwum prywatnego autora. Zobaczymy Myśliwskiego podczas uroczystości, ale i w towarzystwie najbliższych mu ludzi: przyjaciół i rodziny. Prawdziwą gratką stanowią zaś fotografie z jego wczesnego dzieciństwa. 

Siłą rzeczy, w swoich wypowiedziach Myśliwski powtarza niektóre, szczególnie ważne dla niego myśli. Z jednej strony można traktować je jako coś w rodzaju refrenu tej książki; z drugiej czytanie o tym samym po raz 5–ty czy może nawet 10–ty prowadzi do irytacji. Szkoda więc, że redaktor tomu oraz sam autor nie zdecydowali się na dokonanie pewnych skrótów i usunięcie z wywiadów tego rodzaju nadmiarowych wypowiedzi. Uważam, że to jedyny znaczący mankament tej książki. Szkoda też, że rozmówcy autora nie pociągnęli go bardziej za język w temacie jego własnego czytelnictwa. Z wielkim zainteresowaniem dowiedziałbym się więcej o jego odczuciach wobec twórczości pisarzy, których ukochał najbardziej (m. in. Franza Kafki i Marcela Prousta). 

W środku jesteśmy baśnią. Mowy i rozmowy to książka stanowiąca godne zwieńczenie jedynej w swoim rodzaju twórczości Wiesława Myśliwskiego. Z mozaiki wypowiedzi wyłania się obraz człowieka szalenie inteligentnego, kompetentnego, pewnego swoich racji, nie krępującego się okazać irytacji podczas wałkowania przez rozmówców do znudzenia tych samych tematów. Myśliwski to koronny świadek epoki, która odeszła na zawsze, oraz jeden z ostatnich żyjących przedstawicieli starej szkoły pisarstwa nastawionego nie na rozrywkę, ale na poszukiwanie prawdy o człowieku.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Znak

Kate Moore – ”The Radium Girls. Mroczna Historia Promiennych Kobiet Ameryki”

Kate Moore – ''The Radium Girls. Mroczna Historia Promiennych Kobiet Ameryki''W latach 20. ubiegłego wieku w USA rozpoczęła swą działalność firma United States Radium Corporation wytwarzająca innowacyjny produkt: zegarki z tarczami świecącymi w ciemności. Ten niezwykły efekt uzyskiwano poprzez malowanie cyferblatów farbą luminescencyjną z niewielkim dodatkiem nowo odkrytego pierwiastka – radu. Niestety, jak mawia powiedzenie: nie wszystko złoto, co się świeci.

Do wymagającej precyzji i cierpliwości pracy przy malowaniu zatrudniano młode, czasami nawet kilkunastoletnie kobiety. W teorii praca była prosta jak budowa cepa: należało umoczyć niewielki pędzelek w tygielku z farbą i delikatnymi, precyzyjnymi pociągnięciami rozprowadzać ją po cyfrach i wskazówkach. Niestety, włosie bardzo łatwo ulegało zmierzwieniu. Żeby wykonywać swoją pracę skuteczniej – kobietom płacono od każdej pomalowanej tarczy, a nie od godziny – pracownice zwilżały więc końcówkę pędzla ustami, formując na nim ostry czubek. Za każdym razem, kiedy to robiły, wprowadzały do swojego organizmu niewielką dawkę radu.

W tamtych czasach rad był uważany za pierwiastek mający dobroczynny wpływ na zdrowie. W USA dodawano go (oczywiście w niewielkich ilościach) do jedzenia czy pasty do zębów; produkowano nawet specjalny napój z jego dodatkiem. Wszystko to miało miejsce, chociaż odkryto go zaledwie kilkanaście lat wcześniej, jego właściwości było słabo zbadane, a pewne artykuły naukowe wskazywało na jego potencjalną toksyczność.

Właściciele firmy wiedzieli o tym, że rad może być szkodliwy. Mimo to pojęcie Bezpieczeństwa i Higieny Pracy nie miało w ich zakładach racji bytu. Wyłączając pojedynczy przypadek, żaden z nich nie przestrzegł pracujących kobiet przed wkładaniem pędzelków do ust, wdychaniem pyłku pochodzącego z półproduktu z którego przyrządzano farbę, ani smarowaniem się farbą dla zabawy. Liczył się dla nich tylko i wyłącznie zysk.

Z uwagi na wysokie zarobki praca w studio była zajęciem uważanym za prestiżowe. Dziewczęta były również zachwycone panującą w nim świetną atmosferą. Podczas godzin spędzanych na malowaniu cyferblatów nawiązywały liczne przyjaźnie. Niektóre z nich trwały do końca życia.  Po kilku latach od otwarcia zakładów firmy, pierwsze ich pracownice zaczęły cierpieć na tajemnicze problemy zdrowotne. Były to bóle kości – kręgosłupa, miednicy, rąk, nóg oraz żuchwy. Przez dość długi czas ich podłoże nie było znane. Początkowo diagnozowano je błędnie jako następstwa syfilisu, błonicy i innych jednostek chorobowych. Dopiero z czasem lekarze zaczęli na poważnie łączyć przypadki zachorowań dziewcząt z miejscem ich pracy.

Powoli zaczęto zdawać sobie sprawę z rzeczywistej toksyczności radu i tego, jak podstępną był trucizną. Zażywany w niewielkich dawkach, gromadził się w kościach, i czynił w nich bardzo powolne spustoszenie. Kiedy objawy zatrucia dawały się we znaki – co działo się po kilku latach pracy z tym pierwiastkiem – prawie zawsze sprawiały ofiarom potworne cierpienia i stawiały je przed perspektywą nieuchronnej śmierci. W kolejnym stadium choroby dochodziło do przerażającej martwicy żuchwy i anemii, a po wielu latach – o ile ofierze zatrucia dane było je przeżyć – rozwoju mięsaka, złośliwego, nieuleczalnego wtedy nowotworu. Cierpienia, które przeżywały kobiety, były wprost niewysłowione, a bajońskie koszty opieki medycznej znacznie przerastały ich skromne możliwości finansowe. Nawiasem mówiąc, o tym, jak niebezpieczny jest rad, najlepiej świadczy chyba fakt, że do realizacji zamówień idących w miliony podczas drugiej wojny światowej wykorzystano farbę z domieszką zaledwie 130 gramów tego pierwiastka.

Z biegiem czasu ofiary polityki firmy zaczęły ubiegać się o odszkodowania. Jak można się tego spodziewać, dyrektorzy robili wszystko, co tylko możliwe, żeby wyłgać się od wypłacenia zadośćuczynień. Opisy batalii o sprawiedliwość zajmują znaczną część książki i obfitują w zaskakujące, filmowe wręcz zwroty akcji i niezwykłe postaci, przywodzących na myśl bohaterów Hollywódzkich superprodukcji. Wszystko to sprawia, że książkę czyta się z zapartym w piersiach tchem.

W trakcie lektury czytelnik doświadcza całej gamy bardzo silnych emocji. Dominuje wśród nich wściekłość na zachłannych przemysłowców, podziw dla walecznych kobiet oraz bliskich im ludzi, którzy robili, co tylko w ich mocy, by udzielić im pomocy. Opisy katuszy, które przeżywały radowe dziewczyny, są bardzo plastyczne i wywołują prawdziwą zgrozę; wprost nie sposób wyobrazić sobie piekła, przez które zmuszone były przejść tylko dlatego, że garstka ludzi nie była w stanie poskromić swojej chciwości. Każde jedno zdanie książki przesyca dojmujący tragizm ich losu. Przed każdą z tych dziewcząt rozciągała się wielce obiecująca przyszłość. Pragnęły wyjść za mąż, urodzić gromadkę dzieci, samorealizować się; doświadczać piękna życia oraz świata. Niestety, ich młode istnienia zgasły, zanim zdołały na dobre się rozpocząć i nabrać tempa.

Na szczęście, nie wszystkie pracownice firmy zmarły młodo. Te, które pracowały z radem krócej, nierzadko dożyły sędziwych lat, choć stan ich zdrowia pozostawiał wiele do życzenia. Nie wiem, czy można to uznać za jakiekolwiek pocieszenie, ale faktem jest, że cierpienie tych niewinnych kobiet nie poszło całkiem na marne. Dzięki rozciągniętym na wiele lat badaniom nad stanem ich zdrowia wiemy dziś znacznie więcej o wpływie promieniowania radioaktywnego na organizm ludzki.

Mimo wszystko, w książce zabrakło jednej bardzo ważnej rzeczy: atmosfery tamtych niezwykłych lat. Choćby pobieżne odmalowanie tła obyczajowego pozwoliłoby czytelnikowi jeszcze mocniej zanurzyć się w historię radowych dziewczyn. Uzyskałby też pewien istotny kontekst. Wiele dobrego mogłoby też przynieść zamieszczenie w książce większej ilości zdjęć – m. in. nagłówków z gazet oraz skanów reklam produktów wzbogacanych radem.

Wysiłek, którego podjęła się Kate Moore, żeby opowiedzieć historię radowych dziewczyn, zasługuje na najwyższy podziw. Nie tylko przejrzała gazety z tamtych lat oraz stenogramy z procesów sądowych, ale też przeprowadziła rozmowy z bliskimi uczestnikami wydarzeń i odwiedziła miejsca, w których żyły i pracowały. Oddychała tym samym powietrzem, patrzyła na te same widoki z tych samych perspektyw… Niesamowita historia radowych dziewczyn bez wątpienia zasługuje na upamiętnienie. Praca autorki stanowi wspaniały literacki pomnik, wystawiony im w uznaniu dla godności, z jaką zniosły brzemię swego losu oraz wytrwałości w walce o prawdę i sprawiedliwość.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Poradnia K

Testujemy Jedzenie #19

Dobra Kaloria roślinny burger a’la kurczak 170 g (9 zł 99 gr, Urban Vegan)
Testujemy Jedzenie #19 (2)Oto jeden z najnowszych produktów jednej z najlepszych dostępnych na naszym rynku marek z wege żywnością: burger inspirowany burgerem z kurczaka. Posiada dużo bardziej zwartą strukturę niż dość miękki burger z kiełków roślinnych tej samej marki, toteż o wiele lepiej nadaje się na grilla, ale posiada znacznie mniej wyrazisty smak – delikatny na tyle, że zupełnie ginie wśród smaków dodatków. Wielka szkoda, bo produkt posiada duży potencjał. Można mieć nadzieję, że firma naprawi ten mankament. Ocena: 5/6.

Dobra Kaloria roślinna kaszanka 180 g (9 zł 89 gr, Urban Vegan)
Testujemy Jedzenie #19 (1)Wegetariańska kaszanka Dobrej Kalorii wzbudzała moje duże zainteresowanie od momentu pojawienia się na rynku w ubiegłym roku. Nigdy, nawet w czasach swego mięsożerstwa, nie byłem miłośnikiem tegoż wyrobu (obrzydzał mnie jego skład), a produkt firmy przypominał go w wizualnie w skali jeden do jednego, toteż długo – pomimo achów i ochów konsumentów – nie mogłem przełamać się do jego kupna. Okazało się, że nie było się czego bać. Osłonka, w której tkwi wnętrze, jest na tyle silna, by nie rozpadać się podczas smażenia na patelni, ale na tyle delikatna, by bez problemu poddawać się zębom. Sam farsz (w składzie głównie kasza) jest dość smaczny. Ocena: 4/6.

Go Vege vege burger 200 g (8 zł 99 gr, Biedronka)
Testujemy Jedzenie #19 (6)Od ponad roku wegetarianie mogą znaleźć w Biedronce burgery z kiełków słonecznika marki Go Vege. Tym, co rozczarowało mnie najbardziej, jest nijaki, niemal niewyczuwalny smak burgera. Jedząc go z dodatkiem chleba i musztardy czułem się tak, jakby to on był dodatkiem do sosu, a nie na odwrót, jak być powinno. Sama konsystencja jest bardzo miękka i wywołuje nie najlepsze wrażenie. Burger jest bez wątpienia inspirowany podobnym burgerem marki Dobra Kaloria. Ponieważ produkt oryginalny jest o wiele smaczniejszy i kosztuje tyle samo, warto rozejrzeć się właśnie za nim. Ocena: 3/6.

Roleski musztarda street food Texas BBQ 190 g (6 zł 70 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #19 (7)Firma Roleski wypuściła ostatnio nową serię musztard inspirowanych ”kuchnią z ulicy”. Jedna z nich to musztarda o smaku sosu barbeque, uwielbianego przez miłośników grilla. Tym, co odróżnia ów produkt od innych musztard, jest aromat dymu wędzarniczego, który nadaje jej posmak wędzonki. Niestety, jest wyczuwalny dość delikatnie i bardzo wskazane byłoby jego zwiększenie. Warto podkreślić, że choć musztarda jest dość ostra (dwie papryczki w trzy papryczkowej skali firmy), to jednak raczej nie na tyle, by odrzucić amatorów łagodniejszych smaków. Ocena: 5/6.

Herbapol syrop imbirowy edycja limitowana 420 ml (6 zł, Topaz)
Testujemy Jedzenie #19 (5)Imbir jest jednym z najpopularniejszych dodatków do grzańców. Dodaje się go (sproszkowanego, lub w kawałku) do grzanego piwa, wina, herbaty a czasami nawet kawy. W barach popularnością cieszy się też zimne piwo z dodatkiem syropu imbirowego. W markecie Topaz można od jakiegoś czasu znaleźć takowy, wyprodukowany przez markę Herbapol. Rzeczywiście, świetnie podkręca smak piwa – sprawia, że zyskuje korzenną pikanterię (mówię to jako zdeklarowany fan piwa bez jakichkolwiek dodatków). Chętni muszą się pospieszyć, bo to edycja limitowana. Ocena: 5/6.

Monster Munch sweet chili 50 g (6 zł, Lidl)
Testujemy Jedzenie #19 (8)Nie ma chyba Polaka, który nie kojarzyłby słonych przekąsek w kształcie duszków. Sam nigdy nie byłem ich fanem na tyle, by kupować je samodzielnie, ale częstowany bynajmniej nie odmawiałem sobie przyjemności skosztowania ich. Po całych latach raczenia nas wersją klasyczną, firma wypuściła na tutejszy rynek nowe smaki. Wśród nich jest słodkie chili – wariant, który zawsze wzbudza we mnie szybsze bicie serca. Spodziewałem się intensywnych doznań, podczas gdy pikanteria oraz słodycz okazały się bardzo, bardzo subtelne – co zresztą przyjąłem z uznaniem. Jedyną wadę stanowi trochę zbyt wysoka cena – duszki znikają w tempie ekspresowym. Ocena: 5/6.

Peppies Barbecue 100 g (5 zł 79 gr, Lidl)
Testujemy Jedzenie #19 (9)Kolejne po Monster Munch chrupki, którymi Polacy przez całe lata raczyli się w jednej tylko wersji smakowej – tj. bekonowej – pojawiają się w nowym wariancie: sosu BBQ. Różnica pomiędzy klasycznymi Peppies nie jest duża, co zresztą można zaliczyć na plus – pierwsze skrzypce gra dym wędzarniczy (a nie bekon – przekąski nie zawierają go w składzie), słodycz (papryki, a nie pomidora) schodzi na nieco dalszy plan, choć stanowi bardzo dobre uzupełnienie pierwszego. Chrupkość, jakże by inaczej, utrzymana została na legendarnym już poziomie. Ocena: 5/6.

Lorenz Chipsletten południowa papryka 100 g (4 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #19 (3)Kilka lat temu w ofercie marki Chipsletten pojawiły się chipsy z pure ziemniaczanego opakowane w tubkę, które to chipsy zostały przez wielu uznane za podróbkę Pringlesów. Czy słusznie? O ile smak chipsów obu marek jest równie dobry (choć w pierwszym okresie swego istnienia Chipsletteny były o wiele za słone) i jego walory stanowią kwestię gustu, o tyle same płatki – ich smak oraz chrupkość – są lepsze w przypadku Pringlesów, i będąc na imprezie, prędzej poczęstowałbym się Pringlesami niż Chipslettenami. Te ostatnie stanowią jednak bardzo smaczną i dość tanią alternatywę wobec standardowych chipsów. Ocena: 5/6.

Lay’s bugles paprika style flavour 110 g (6 zł 19 gr, Polski Koszyk)
Testujemy Jedzenie #19 (4)Firma Lay’s rozpoczęła produkcję chrupków kukurydzianych. W wersji paprykowej są to rożki bliźniaczo podobne do tych marki Star Chips (tam – o smaku łagodnego sera albo słodkiego chili). Przyznam, że spodziewałem się czegoś więcej, jakiegoś zaskoczenia (firma słynie przecież z wysokiej jakości swoich produktów), otrzymałem zaś produkt dobry, ale nie rewelacyjny, nie przewyższający też zauważalnie tego marki Star Chips. Możliwe, że kupię chrupki raz czy dwa do roku. Ocena: 4/6.

Urbanek ogórki konserwowe 920 g (8 zł 99 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Produkt, o którym mowa, jest w moim domu jednym z największych klasyków, zajadamy się nim bowiem z domownikami od lat – czasami traktując go jako przekąskę, czasami jako dodatek do kanapek. Większość ogórków jest średnich rozmiarów, ale trafiają się też niewielkie – wszystkie z nich są jednakowo chrupiące i smaczne. Zalewa (poza octem i wodą, znajdziemy w niej koperek, gorczycę oraz czosnek) jest tak smakowita, że czasami piję ją samą, ze szklanki (poza tym, świetnie pobudza apetyt). Ocena: 6/6.

Testujemy Jedzenie #18

Pernes long chips thai sweet chili 75 g (3 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #18 (7)Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na jakieś oryginalne, tj. odbiegające formą od ziemniaczanych płatków chipsy, toteż kiedy już na takowe natrafię, nie przepuszczam okazji spróbowania ich. Pierwszą od dawna przekąską tego rodzaju są chipsy firmy Pernes. Wykonane z prasowanych, tłuczonych ziemniaków, mają formę równych, długich prostokątów i są bardzo cienkie. Posiadają przy tym słodko–pikantny, ale delikatny smak. Polecam wszystkim poszukującym czegoś niebanalnego. Ocena: 5/6.

Pringles hot & spicy 165 g (7 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #18 (4)Pringles to jedne z najlepszych chipsów na rynku. O ich jakości decyduje idealna forma chipsów, opakowanie które zabezpiecza je przed połamaniem, perfekcyjna chrupkość oraz, oczywiście, smakowitość. Choć ogień widoczny na opakowaniu sugeruje niezwykłą pikanterię, to jednak jest ona raczej umiarkowana; co więcej, wydaje mi się nawet, że utrzymuje się na tym samym poziomie co kwaskowatość. Cena tylko wydaje się wygórowana – za Lay’sy albo Crunchipsy o tej samej wadze zapłacimy zaledwie 2 złote mniej. Ocena: 5/6.

Lorenz Taccos bacon flavour 150 g (Biedronka)
Testujemy Jedzenie #18 (2)Wielu z was pamięta zapewne bekonowe chrupki Chio, dobrze radzące sobie na naszym rynku słonych przekąsek kilkanaście lat temu. Jeśli je lubiliście, z pewnością ucieszy was informacja, że firma Lorenz przejęła pod swoje skrzydła ów produkt i wprowadziła go do obrotu! W paczce znajdziemy mnóstwo niewielkich chrupek z dziurką. Przyprawione są raczej skromnie – na nielicznych z nich znajduje się dostatecznie duża ilość posypki, żeby w pełni zadowolić kubki smakowe. Może dlatego po zjedzeniu większej ich ilości doświadczyłem uczucia zamulenia. Niedobór przypraw snacki rekompensują za to swoją niezwykłą chrupkością i twardością. Na koniec najważniejsze: nie wiem, czy tylko mi się wydaje, ale sądzę, że aktualna wersja chrupek odbiega smakiem od tych z dawnych lat. Ocena: 4/6.

Lorenz Quinoa chips salt & pepper (Biedronka)
Testujemy Jedzenie #18 (3)Oto i kolejna sentymentalna podróż do krainy smaków: forma chipsów widoczna na opakowaniu wzbudziła we mnie nadzieję na podobieństwo do wielozbożowych chipsów Sunbites, ku mojej rozpaczy wycofanych z produkcji (przynajmniej w Polsce) kilka lat temu. Struktura oraz smak rzeczywiście do złudzenia przypominają rzeczoną przekąskę, inny jest natomiast jej skład (przekąski produkowane są z komosy ryżowej). Chipsy mają bardzo delikatny smak – soli w nich zaledwie tyle, by jedzący nie miał poczucia, że są niedosolone, ilość pieprzu jest równie niewielka, ale wszystko całkiem nieźle ze sobą współgra. Ocena: 4/6.

Star chrupki o smaku sera z ziemniakami 125 g (4 zł 49 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Testujemy Jedzenie #18 (8)Snacki firmy Star były jednymi z tych, od których zaczęła się moja miłość do słonych przekąsek – zajadałem się nimi jeszcze jako dziecko. Chrupiące (ale jednocześnie bardzo miękkie!), całkiem nieźle przyprawione, stanowią świetną alternatywę wobec chipsów – również dla osób o słabych zębach. Wydaje mi się, że przez te wszystkie lata ich smak nie uległ żadnej znaczącej zmianie, toteż dla wielu z nas jest to ni mniej, ni więcej, smak dzieciństwa. Polecam odświeżyć sobie apetyczne wspomnienia. Ocena: 5/6.

Vifon o smaku wołowiny z curry 70 g (1 zł 30 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #18 (9)Vifon wprowadził jakiś czas temu kolejne warianty pikantnych zupek błyskawicznych. Jedną z nich jest wołowina z curry. W środku znajdziemy aż 3 saszetki z przyprawą (nowością jest torebeczka ze zmielonym kokosem). Zupka jest ostra, nawet bardzo (przynajmniej dla mięczaków takich, jak ja), ale nie w tym stopniu co testowane jakiś czas temu czarne Vifony o smaku pikantnego kurczaka. Ma też bardzo ciekawy smak, choć z pewnością nie będzie odpowiadać wszystkim. Aha, zupka ma wołowinę tylko w nazwie, toteż jest odpowiednia dla wegetarian. Ocena: 6/6.

Wedel czekolada luksusowa mleczna z orzechami laskowymi 220 g (21 zł, Topaz)
Testujemy Jedzenie #18 (6)Czekolada Wedla z całymi orzechami laskowymi jest tak pyszna i znana, że w zasadzie nie wymaga żadnej rekomendacji; zdecydowałem się napisać o niej tylko i wyłącznie dla uczczenia jej legendarnego statusu. Słodka (ale nie przesłodzona!) mleczna czekolada i zatopione w niej całe orzechy laskowe tworzą mieszankę, której nie oprze się nawet największy twardziel, odmawiający sobie innych łakoci. Po prostu nie sposób wyobrazić sobie, by można było zrobić to lepiej. Ocena: 6/6.

Nasza Spiżarnia podgrzybek brunatny marynowany 280 g (6 zł 99 gr, Biedronka)
Testujemy Jedzenie #18 (5)Nasz Spiżarnia to marka, której produkty (m. in. przetwory) większość ludzi kojarzy z Biedronki. Od wielu lat można nabyć również ich grzyby marynowane – m. in. podgrzybki. Niektóre firmy pakują okazy w całości, razem z korzonkami – tutaj mamy niemal same kapelusze (rozmiarów średnich i niewielkich). Poza grzybkami producent umieścił w słoiczku jeszcze masę cebuli, która całkowicie zdominowała smak darów lasu; można wręcz powiedzieć, że mamy do czynienia z podgrzybkami o smaku cebulowym. Tylko dla fanów bardzo intensywnych smaków. Ocena: 3/6.

Agar 100 g (11 zł 99 gr, Koszyk Zdrowia)
Testujemy Jedzenie #18 (1)Większość ludzi myśli, że jedyną substancją żelującą obecną w produktach żywnościowych jest żelatyna produkowana ze ścięgien i kości zwierząt. Coraz częściej można w nich jednak znaleźć agar – żelatynę pochodzenia roślinnego. Można ją również nabyć w stanie czystym (w postaci proszku) do produkcji domowych wyrobów – jak choćby galaretki deserowej czy wegetariańskiej wersji nóżek na zimno. Choć wytwarzana jest z alg morskich, nie pachnie bynajmniej morzem ani rybą. Jest też bardzo, bardzo wydajna – dwie płaskie łyżeczki wystarczają do wyżelowania ok. pół litra wywaru. Ocena: 6/6.

Polinat boczniak ostrygowaty marynowany 370 g (8 zł 99 gr, Topaz)
Boczniak ostrygowaty jest jednym z najpopularniejszych grzybów hodowlanych. Firma Polinat – jako chyba pierwsza w naszym kraju? – wprowadziła do swojej oferty boczniaka marynowanego. Przyznam, że nigdy nie jadłem tego grzyba w takiej właśnie postaci; ba, nie byłem nawet pewien, czy da się go w ten sposób smacznie przyrządzić. Grzybki zatopiono w dość intensywnej, słodko–kwaśnej zalewie, w której właściwie zatraciły swój własny smak. Nie zmienia to jednak faktu, że są bardzo przyjemnym dodatkiem do kanapek. Dodatkowym atutem jest stosunkowo niska cena. Ocena: 5/6.

XXXIV

Jestem molem książkowym do tego stopnia, że – w przeciwieństwie do masy czytelników – nigdy nie obejrzałem bijących rekordy popularności seriali w internetowych telewizjach, takich jak Trzynaście powodów, Rick i Morty, BoJack Horseman, Dom z papieru, czy Opowieść podręcznej. Skusiłem się jedynie na najnowszy serial Netflixa opowiadający o zbrodniczej działalności jednego z najkrwawszych seryjnych morderców Ameryki – Jeffreya Dahmera.

Postaci seryjnych morderców fascynują mnie od dobrych piętnastu lat. Analiza ich osobowości, życiorysów i poczynań daje nam wgląd w najmroczniejsze zakamarki duszy ludzkiej, daje szanse odnalezienia odpowiedzi na pytanie o to, jak rodzi się zło, czym jest i co pozwala mu działać. Dahmer Potwór: Historia Jeffreya Dahmera, bo o nim mowa, składa się z dziesięciu niemal godzinnych odcinków. Opowieść jest intensywna, skondensowana i mrozi krew w żyłach. Evan Peters wcielający się w rolę tytułowego mordercy dał popis wybitnych umiejętności aktorskich. Widz ma nieodparte wrażenie, że obcuje ze złem – nieznośnym, ale zbyt fascynującym, by można było odwrócić od niego wzrok. Zło to jest przede wszystkim przerażająco ludzkie. Wspaniałą, zapadającą w pamięć kreację stworzył również Richard Jenkins grający dobrodusznego ojca mordercy. Reszta aktorów też spisała się wyśmienicie.

Oceniam serial na 9/10 punktów. Uważam, że posiada tylko dwie wady. Pierwszą stanowi jego miejscami dość chaotyczna konstrukcja. Epizody z kilku różnych okresów życia Dahmera mieszają się ze sobą, czasami nieco utrudniając widzowi połapanie się w akcji. Za drugą uważam to, że twórcy nie pokusili się o lepsze przedstawienie postaci ofiar mordercy. Prawdziwą głębię posiada tylko postać głuchego Tony’ego, której poświęcono cały odcinek.

Serial wzbudził wiele kontrowersji – przede wszystkim z uwagi na wątpliwości moralne co do tego, czy ktokolwiek ma prawo zarabiać na przemianie ludzkich dramatów w obiekt masowej rozrywki oraz fakt, że twórcy serialu przed rozpoczęciem jego produkcji nie porozumieli się z bliskimi ofiar seryjnego mordercy. W moim odczuciu istnienie serialu całkowicie usprawiedliwia już jego aspekt, powiedziałbym, edukacyjny. Rodzice powinni zwracać większą uwagę na rozwój swoich dzieci, nauczyć się rozpoznawać niebezpieczne zachowania i nie bagatelizować ich. Jest bardzo możliwe, że gdyby Dahmer trafił na czas pod opiekę psychologa, nigdy nie popełniłby swoich zbrodni. Wierzę w to, że istnieje szansa, iż serial, wzmagając czujność rodziców, pomoże zapobiec narodzinom co najmniej jednego seryjnego mordercy.

Serial udziela dość mglistej odpowiedzi na pytanie o to, jak rodzi się zło oraz czym jest. Prawdopodobnie w przypadku Dahmera zaczyn stanowiła suma kilku składników – hipochondrycznej matki, która nosząc go w swoim brzuchu faszerowała się wszelkiej maści lekami mogącymi mieć wpływ na rozwój jego mózgu i, w rezultacie, na konstrukcję psychiczną; zainteresowania obróbką zwierzęcych zwłok, które pomagał mu rozwijać skądinąd poczciwy ojciec chemik; dorastanie w nieznośnej atmosferze rozpadającego się małżeństwa jego rodziców – oraz przerażająca samotność. Ta ostatnia rzecz wydaje mi się czynnikiem, który uruchomił interakcje pomiędzy resztą składników – czymś w rodzaju ciepła dla rosnącego ciasta. Należy bowiem zauważyć, że ze wszystkim, co czuł i myślał, ze wszystkimi swoimi przerażającymi fantazjami i smutkami, Dahmer był całkowicie, nieludzko wręcz samotny. Nikt nie miał wstępu do świata śmierci, martwoty i zniszczenia, w którym żył – bo i nikt nie chciał go mieć. Bliscy zbytnio bali się tego, co mogliby tam zobaczyć. XXXIV (1)Zorientowałem się ostatnio, że jestem jedyną znaną mi osobą, która posiada telefon starego typu – bez aparatu, kamery, z mikroskopijnej ilości pamięcią i dzwonkami polifonicznymi. Smartfony mają nawet ludzie o wiele ode mnie starsi, np. wujkowie (najstarszy z nich skończy za 2 lata 70-dziesiątkę). Cegłofonów nie widuję też w przestrzeni publicznej (być może ludzie trzymają je w ukryciu, obawiając się pełnych zdumienia spojrzeń i ironicznych uśmieszków ludzi, którzy z aktualnymi technologiami są na Ty).

Nie jest tak, żebym uważał, że technologia ta jest zbędna. Jestem w pełni świadom zarówno tego, jak bardzo przydaje się w życiu codziennym, jak i tego, że jest to coś, co może podobać się większości. Po prostu zupełnie nie interesują mnie możliwości tkwiące w obecnych telefonach. Nie oglądam seriali, filmy może trzy razy do roku, Internet mam na komputerze stacjonarnym, a jeśli już jestem w drodze, jest mi po prostu zbędny, bo rozrywkę zapewnia mi książka (jestem uzależniony od czytnika e-booków). Telefon służy mi tylko do dzwonienia, esemesowania (rzadko, bo nie przepadam za tą formą kontaktu) i zapisywania kreatywnych myśli, które kilkakrotnie w ciągu dnia zupełnie nieoczekiwanie (gdy nie jestem w toku pracy twórczej) nawiedzają moją głowę.

Od czasu do czasu ktoś przekonuje mnie do kupna Smarftona, zapewniając o tym, że z pewnością sprawiłby mi mnóstwo frajdy. Nokia 3310, którą posiadam, jest trzecim identycznym modelem z rzędu, który kupiłem. Gdy wyzionie ducha, kupię kolejną – dam za nią ok. 50 złotych (w stanie używanym) i będzie służyć mi wiernie przez rok lub półtorej.

Jestem kimś w rodzaju żywej skamieliny – przedstawicielem gatunku człowieka, który wyginął. Nie ukrywam, że sprawia mi to swego rodzaju występną przyjemność – choć jest ona efektem ubocznym mojego technologicznego zacofania, a nie jego celem.

Przeczytałem ostatnio zbiór esejów Davida Fostera Wallace’a pt. Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię. Była to moja pierwsza styczność z tym autorem, mającym w swoim dorobku również tomy opowiadań oraz sążniste powieści. Dlaczego zacząłem właśnie od esejów?… Jakoś tak mam, że zanim sięgnę po prozę, lubię wiedzieć, kim jest jej autor, co i dlaczego myśli, itd., a najlepszym źródłem takiej wiedzy są zazwyczaj właśnie eseje.

Tym, co w pisarstwie Wallace’a podoba mi się najbardziej, jest jego uczciwość intelektualna, jego zdumiewająca, ożywcza szczerość ze światem i samym sobą. Wallace pisze tak, jakby nie obowiązywała go umowa społeczna. Nie ulega tchórzliwej potrzebie idealizowania rzeczywistości – woli obnażać jej paradoksalność, śmieszność, przewrotność, wskazywać piórem na to, jak parodiuje samą siebie (co najlepiej widać w tekście tytułowym, relacjonującym tygodniowy rejs na luksusowym megastatku po Karaibach). Bez żenady – za to z niemal naukową pasją wytrawnego obserwatora tudzież dziecka oglądającego mrówki przez lupę – przygląda się również samemu sobie. Jednocześnie potrafi jednak zaserwować gorzką prawdę tak, żeby chciało się ją przyjąć do wiadomości, ba, żeby chciało się ją smakować – czyni to przyprawiając ją dowcipem i ironią (ale nie obracając jej przy tym w żart!). Już po pierwszym tekście w książce poczułem do autora coś niezwykłego – zaufanie. Jest to proza głęboko, do bólu wręcz ludzka, a przy tym przesycona barwną osobowością twórcy.

Poza tekstem tytułowym najbardziej podobała mi się diagnoza egzystencjalna, którą stawia autor amerykanom w kontekście ich uzależnienia od telewizji, analiza twórczości Davida Lyncha oraz relacja z Targów Stanu Illinois. O potędze pióra Amerykanina najlepiej świadczy chyba fakt, że dwa eseje o tenisie, którym to sportem nie interesowałem się nigdy w najmniejszym nawet stopniu, przeczytałem z wypiekami na twarzy. Odnosi się wrażenie – może mylne, nie wiem – że nawet gdyby autor napisał instrukcje obsługi golarki elektrycznej, okazałaby się wspaniałą lekturą.

Wallace zmarł śmiercią samobójczą w 2008 roku, w wieku zaledwie 46 lat, po dwóch dekadach walki z depresją i uzależnieniami od alkoholu i narkotyków. To nie tylko tragedia ludzka ogromna jak każda inna, ale też niepowetowana strata dla literatury (Nawiasem mówiąc, pisanie, że ktoś, kto od lat cierpiał na depresję, zmarł śmiercią samobójczą, jest nieco mylące. Znacznie lepiej byłoby powiedzieć: zmarł na depresję, ponieważ samo samobójstwo jest dla chorego na tę chorobę tym, czym śmierć przez uduszenie dla astmatyka, który nie zdążył dobiec do inhalatora, albo zgon z powodu zatrzymania akcji serca dla kogoś, kto cierpiał na niewydolność sercowo-naczyniową).

Polski czytelnik może zaznajomić się z dziełami amerykańskiego pisarza dzięki wydawnictwu W.A.B. Poza ww. zbiorem esejów oficyna opublikowała też dwa zbiory opowiadań oraz powieść. W październiku jego nakładem ukazało się dzieło życia Wallace’a – monumentalna (1136 stron!) powieść pt. Niewyczerpany żart. Wprost nie mogę doczekać się zanurzenia w jej mikroświat. Niestety, zanim będę mógł sobie na to pozwolić, muszę doprowadzić do końca kilka spraw, które nie pozwalałyby mi rozkoszować się w spokoju lekturą.