Dziewczyna Imieniem Jowita

Kończąc pierwopis swojej pierwszej powieści (nie wyszła i nie wyjdzie na światło dzienne; jest zbyt słaba) wpadłem na pomysł napisania historii o obsesyjnej miłości młodego chłopaka względem jego koleżanki z klasy. Nie miałem w głowie żadnej większej wizji – ot, w wyobraźni zarysowywało mi się raptem kilka scen zazdrości, które nieszczęśliwie zakochany miał urządzać jeszcze bardziej nieszczęśliwej wybrance swego serca. Nie wykluczałem, że zajmę się tą opowieścią, kiedy doprowadzę do końca pracę nad pierwszym utworem, nie było to jednak pewne, bo pomysłów miałem mnóstwo.

W międzyczasie przeczytałem artykuł Zbrodnia pod wpływem demona pióra Adama Wernera zamieszczony w czasopiśmie Detektyw (numer 12/2016). Opowiadał on historię nastolatka, który zamordował swoją przyjaciółkę po tym, jak ta odrzuciła jego miłość (historia jest autentyczna; miała miejsce w wakacje roku 2011, a jej bohaterami są Marcin N. i Justyna z Inowrocławia). To właśnie lektura tego artykułu przesądziła sprawę – wiedziałem, że następnym pomysłem, jaki wezmę na warsztat, będzie krwawa Love Story.

Jowita nie jest sztywno oparta na historii opisanej w rzeczonym artykule, wypłynęła jednak na fali wrażenia, które ten na mnie wywarł. Zastanawiałem się, co działo się w głowie tego niezrównoważonego chłopaka kiedy obiekt jego uczuć odrzucał je, i jak wyglądać może jego życie we więzieniu: czy żałuje tego, co się stało, jak odnalazł się we więziennej rzeczywistości, i, przede wszystkim, czy nadal kocha tę, którą pozbawił życia? Ciekawość i przeczucie, że historia ta posiada w sobie literacki potencjał, sprawiły, że zabrałem się do pisania Jowity.

Od razu wiedziałem, że akcja powieści musi biec dwutorowo: raz w teraźniejszości, we więzieniu, gdzie główny bohater (Karol) odsiaduje wyrok pozbawienia wolności, raz w niedawnej przeszłości, przedstawiając wydarzenia, które doprowadziły do skazania go. Równie oczywiste było dla mnie to, że w przypadku rozdziałów mających miejsce w czasie teraźniejszym narracja powinna być trzecio- osobowa, zaś w przypadku przeszłości powinienem oddać głos samemu Karolowi. Jak zrobić to sensownie? Postanowiłem, że główny bohater będzie prowadził (korzystając z nieobecności współosadzonych) pamiętnik.

Przeniesienie połowy akcji powieści do więzienia wymagało ode mnie dokonania stosownego researchu. Przeczytałem masę artykułów dotyczących funkcjonowania zakładów karnych w Polsce, wywiadów z byłymi więźniami i strażnikami, obejrzałem sporo filmów i filmików, zapoznałem się z Internetowym słownikiem grypsery. Starałem się możliwie najdokładniej opisać panujące tam zasady (pisane i niepisane), oddać klimat ciasnej celi i przedstawić mentalność osób odbywających swoje wyroki. Oczywiście, w pełni rzetelnie mogłaby opisać to wszystko tylko osoba, która sama siedziała, a że nie miałem dotychczas tej wątpliwej przyjemności, z pewnością nie ustrzegłem się pewnych błędów i przejaskrawień. Niemniej, robiłem co w mojej mocy, żeby czytelnik mógł poczuć duszny klimat odcięcia od świata.Zachariasz Suchodolski - Jowita'' (1)Pisanie Jowity było dla mnie fascynującym doświadczeniem, przede wszystkim dzięki możliwości wejścia w umysł nieszczęśliwego, zaburzonego psychicznie Karola. Próba odmalowania niegościnnego świata jego przeżyć wewnętrznych była nie lada wyzwaniem, ale myślę, że przynajmniej po części udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. Jeśli postać ta wzbudzi u Czytelnika ciekawość, złość, lęk, współczucie, czy – kto wie? – odrobinę sympatii, cel uznam za osiągnięty.

Zacząłem tkać tą powieść 1 stycznia 2017 roku, skończyłem 19 kwietnia. Prawie 4 miesiące. Krótko? Długo? Stephen King uważa, że pisarz nie powinien mozolić się nad pierwopisem dłużej niż 3 miesiące, o ile oczywiście może pozwolić sobie na zajmowanie się nim przez co najmniej 4 godziny dziennie – a ja byłem właśnie w takiej komfortowej sytuacji. Potem dałem mu półtora miesiąca na odleżenie, i zredagowałem go oraz poddałem korekcie. Zadowolony z efektu końcowego, rozesłałem powieść do wielu Wydawnictw. Oczywiście, prawie wszystkie zbyły mnie milczeniem bądź odmową publikacji. Spotkały mnie jednak dwie bardzo miłe negatywne odpowiedzi: jeden z wydawców stwierdził, że powieść ta, choć wymaga sporej pracy redakcyjno-korektorskiej jest niezła, ale nie podejmie się wydania jej, gdyż uważa, że tego rodzaju proza nie najlepiej by się u niego sprzedawała. W Genius Creations powieść została oceniona przez beta-recenzentów na 6 punktów – zabrakło tylko 1 punktu, by tekst doczekał się wydania. Miałem więc podstawy sądzić, że utwór ten posiada w sobie jakiś potencjał. Wart odnotowania jest również dziwaczny epizod z pewnym wydawnictwem, które pojawiło się na facebooku, prosząc ludzi o propozycje wydawnicze, i obiecało podjąć się wydania kilku książek (w tym właśnie mojej Jowity), po czym zniknęło bez wieści.

O czym tak naprawdę opowiada ta powieść? Jest to, moim zdaniem, opowieść o tym, jak wielką szkodę powodować może niewłaściwe pojmowanie miłości, o obsesji, oraz wolności. Są w niej, jak myślę, momenty zabawne, chwile dużego napięcia, trochę sielskiej obyczajowości, oraz szczypta poezji. Na etapach przeprowadzania rozmaitych poprawek przeczytałem ją około 7 razy, zawsze z przyjemnością.

Nie jestem jednak od tego, żeby recenzować własną twórczość – mówić innym, jaka jest, co powinni o niej myśleć, jak mają ją pojmować żeby im się spodobała, pisać do niej instrukcję obsługi. Ocenę wystawią mi ewentualni Czytelnicy, i oni też, jeśli historia ich poruszy, zechcą dokonać jej interpretacji. Jakie będą to oceny i interpretacje – chętnie sprawdzę, i wezmę je na klatę. Korzystając z okazji chciałbym jednak powiedzieć, że jestem z Jowity zadowolony, i że choć nie jest to powieść w pełni dojrzała (uważam, że trzydziestoletni pisarz to jeszcze szczawik), to jednak posiada w sobie coś, co mogę z czystym sumieniem nazwać duszą. Cieszę się niezmiernie, że to właśnie trzymając ją – Jowitę – za rękę, przekroczyłem próg debiutu.

Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do spełnienia mojego marzenia – ludziom, którzy wierzyli w mój potencjał i wspierali mnie dobrym słowem, oraz ekipie Videografu za czas, pracę i serce włożone w przygotowanie książki do druku i puszczenie jej w obieg. Nasza współpraca układała się świetnie i będę wspominał ją bardzo ciepło. Mam oczywiście nadzieję, że to zaledwie początek wspólnej drogi. Nie ustanę w twórczych wysiłkach, żeby tak właśnie było.

***

Wszystkich, którzy chcieliby śledzić mnie na facebooku, zapraszam do polubienia mojego profilu autorskiego – https://www.facebook.com/Zachariasz-Suchodolski-profil-autorski-250130635823656/

Książkę można zakupić tutaj: https://videograf.pl/pl/p/Jowita/2392

Reklamy

Wampiry Energetyczne

Bardzo cieszę się, że wyrosłem już z potrzeby zbawiania świata: pomagania wszystkim bez wyjątku, bez zwracania uwagi na własne koszty wewnętrzne. Od razu odróżniam tych, którzy naprawdę chcą sobie pomóc, od jęczydusz, których największą namiętnością życiową jest narzekanie i idealizowanie swojego cierpienia (”Jestem taki wrażliwy, a świat taki okrutny”), a wiodącą potrzebą – potrzeba atencji i grupowej celebracji tychże namiętności. Człowiek, który najgłośniej jęczy, niekoniecznie jest tym, który najbardziej chce sobie pomóc – a ludzie dobrego serca często mylą jedno z drugim. Jakby tego było mało, w końcu to oni zostają tymi najgorszymi – ”Bo mieli pomóc, a niechcący zamęczali” (albo – o zgrozo! – ”Robili to celowo, bo są w głębi duszy fałszywymi przyjaciółmi i zepsutymi ludźmi, i nikczemność wzięła nad nimi górę!”).

Są takie wampiry energetyczne: osoby w mniemaniu których pomoc sprowadza się do głaskania po głowie i zapewniania, że świat jest okrutnym, niegodnym ich miejscem; że są wspaniałymi ludźmi, a wszelkie ich negatywne doświadczenia życiowe wynikają stąd, że świat tą ich szlachetność wykorzystuje dla swoich nikczemnych celów; że wszystkim ich życiowym niepowodzeniom winny jest bliżej nieokreślony ktoś albo bezosobowe coś – inni ludzie, los, Bóg, itd.; że pracowaliby nad sobą, że mieliby na to siłę, gdyby tylko inni wystarczająco współczuli im w ich niedoli (potrzeba ta jest zazwyczaj niezaspokajalna); że z jakiegoś tajemniczego powodu nikt ich nie rozumie, że wszyscy jednogłośnie mylą się w ocenie ich sytuacji życiowej – którą osoby takie odsłaniają z wielką przyjemnością, naprawdę wierząc, że padli ofiarą świata.

Bardzo lubię sentencję mówiącą, że ”Życie ludzkie składa się w 10 procentach tego, co nas spotyka, a w 90 procentach z tego, jak na to reagujemy”. To święta prawda. Dlatego wszystko, cokolwiek się nie wydarzy – narodziny dziecka, wygraną w lotto, znalezienie wspaniałego partnera – można sprzeniewierzyć. I tacy ludzie robią to, toteż mają wrażenie, że nic dobrego w życiu ich nie spotyka. Spotyka, ale nie są na to gotowi (wychodzę z założenia, że w życiu nie spotka mnie nic lepszego, niż ja sam), i wszystko to przecieka im przez palce jak woda albo piasek. Ale to też, oczywiście, nie jest ich wina – przecież szczęście mogłoby mieć inną naturę! Wszystko powinno spadać im z nieba: pieniądze, miłość, sympatia. Tymczasem wyjęczeć cudu – nie da się, a nawet gdyby się fizycznie dało, nie miałby on żadnej wartości.

W czym rzecz? W psychice oczywiście. Myślę, że najczęściej to zaburzona osobowość (chociażby osobowość niedojrzała) sprawia, że człowiek myśli i działa w taki sposób. Do pewnego stopnia można naprostować szkodliwe schematy myślenia (a zatem i zachowania) w gabinecie psychologa, na sesjach terapeutycznych; jeśli człowiek za długo zwleka z odwiedzeniem specjalisty, dostaje od niego informację, że wcześniej można było z tym coś zrobić, ale teraz pozostaje już tylko sprawianie sobie drobnych przyjemności. Fatalne postrzeganie życia prowadzi do fatalnych życiowych wyborów, one – do depresji.

Tacy ludzie strasznie się męczą – ale męczą się sami ze sobą, podczas gdy wydaje im się, że męczą się ze światem i ludźmi. Na szczęście tym ostatnim wolno z czystym sumieniem trzymać się od nich z daleka. Nie szkoda mi ich. Szkoda mi tylko tych, którzy naprawdę chcą sobie pomóc, ale znikąd nie dostają wsparcia, uwagi, rzeczowej informacji zwrotnej na swój temat, motywacji, porad dotyczących możliwych posunięć, itd.

”Tylko Nie Mów Nikomu” [2019]

Niedawno miał premierę film dokumentalny Tomasza Sekielskiego pt. Tylko nie mów nikomu. Film zupełnie niezależny, sfinansowany ze zbiórki zorganizowanej przez Internet. Dorośli już ludzie, którzy byli w dzieciństwie molestowani przez duchownych, opowiadają o swoich traumatycznych przeżyciach i spotykają się po latach ze swoimi oprawcami, żeby porozmawiać na ich temat. Spotkania te zostają zarejestrowane ukrytą kamerą.

Z początku nie zamierzałem oglądać filmu. Zbyt mocno bałem się uczuć, które wiedziałem, że we mnie wywoła: gniewu, żalu, smutku, obrzydzenia. Myślałem też: Po co mi to? Przecież o pedofilii w Polskim kościele słyszałem już dostatecznie wiele. Po co mi denerwować się tym, że nikt nic z tym nie robi? Że seksualni agresorzy cieszą się wolnością, ba, że wystawia się im pomniki, podczas gdy ich ofiary bezskutecznie usiłują poradzić sobie z traumą? Ogromna oglądalność filmu i echo, jakim odbił się w mediach, sprawiły jednak, że i ja nie mogłem przejść wobec niego obojętnie.

Tylko nie mów nikomu to film przerażający. Oglądałem go z szybko bijącym sercem, na raty, bo nie byłem w stanie przełknąć go na raz. Widok dorosłych ludzi, opowiadających o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat głosem tak łamiącym się, jakby miały miejsce zaledwie wczoraj, daje dobitne świadectwo ogromu wyrządzonego im zła. Z drugiej strony mamy tych, którzy zrujnowali im życie – zdziadziałych już, duchownych lubieżników oraz armię ich butnych obrońców – kolegów po sutannie.''Tylko Nie Mów Nikomu'' [2019] (1)Tylko jeden z molestujących księży w rozmowie ze swoją ofiarą naprawdę przyznał się do winy i okazał żal. Słowny, ale jednak. Nie starał się wybielać, udawać, że to, o co się go oskarża, nie miało miejsca. W stosunku do niego odczuwam coś na kształt odrobiny litości. Nic więcej, bo nie jestem pewien, czy można mówić o prawdziwej skrusze tam, gdzie nie było i nie ma gotowości do poddania się karze. Jak to możliwe, że zboczeniec, który przyznaje się do molestowania kilku dziewczynek, dożywa swojej starości w domu dla emerytowanych księży, a nie zakładzie karnym, wśród podobnych sobie degeneratów? Co z zadośćuczynieniem wobec ofiar i z ich poczuciem niepowetowanej krzywdy?

Nie brakuje osób twierdzących, że jest to film antykościelny. Jest to kompletny absurd – kaleki wymysł desperatów, którzy ponad wszystko pragną iluzji doskonałości tej instytucji, i którzy bronią się przed rozwianiem złudzeń wszystkimi dostępnymi siłami. Sekielski nie mówi, że kościół jest zły – ani wprost, ani między wierszami. Mówi, że zła jest pedofilia, tuszowanie jej, udawanie, że skala zjawiska jest niewielka oraz naiwna wiara w czystość księży. Stawia kościołowi diagnozę; udowadnia, że toczy go śmiertelna choroba, rak, i że jeśli chory szybko nie rozpocznie jego leczenia, czeka go powolna i uwłaczająca jego godności śmierć w męczarniach. Kto nie zrozumie przesłania filmu po jego seansie, temu nie pomoże już jednak żadne tłumaczenie.

Prawdą jest, że nie każdy ksiądz to pedofil, że nie można wrzucać ich wszystkich do jednego worka. Oczywiste jest też, że pedofile zdarzają się wśród wszystkich grup zawodowych. Niestety, tylko w przypadku duchownych przypadki molestowania są skrzętnie zatajane. Można założyć ze stu procentową pewnością, że na jeden ujawniony przypadek molestowania przez nich przypada co najmniej kilka tysięcy takich, które nigdy nie wyszły na światło dzienne spoza zacisza plebanii i zakrystii. Jedni księża gwałcą dzieci, drudzy – kryją ich, przenosząc do innych parafii, nieraz wielokrotnie, aż do bardzo rzadkiej ostateczności: wydalenia ze stanu kapłaństwa. Czy można określić to inaczej, niż mianem pedofilskiego lobby? Sprawcy pozostają na wolności, a na domiar złego nie uczestniczą w programach terapeutycznych, które zmniejszyłyby ryzyko popełnienia przez nich czynów lubieżnych w przyszłości. Przyzwolenie na taki stan rzeczy jest też jawną kpiną z ofiar i ich cierpienia.

A ofiary są najważniejsze. Widz pozna wiele życiorysów złamanych przez bezkarnych zboczeńców w sutannach. Tragedie, łzy, nawet śmierć. Koszmar, który w świecie wewnętrznym tych ludzi powtarza się w nieskończoność, uniemożliwiając im zaznanie spokoju ducha, szczęścia; uniemożliwiając im normalne życie. Ci, którzy zdecydowali się wystąpić w filmie, wykazali się nieprawdopodobną odwagą, wręcz bohaterstwem. Prawdopodobnie nic nie będzie w stanie uleczyć ich ran, ale Państwo może podjąć kroki, które uchronią przed molestowaniem kolejne generacje potencjalnych ofiar. Wierzę także, że za przykładem bohaterów filmu pójdą inni, na których ciałach i duszach położyli ręce zwyrodnialcy w sutannach, i że zacznie dochodzić do aresztowań i wypłat wielomilionowych odszkodowań, a sami księża zastanowią się sto razy, zanim podniosą rękę na niewinność dziecka.

Znaczne szybsze zmiany film Sekielskiego ma szansę zaprowadzić w Polskiej mentalności. W przeświadczeniu Polaków, że ksiądz to ucieleśnienie niewinności i autorytet, na którego w żadnym wypadku nie wolno podnieść ręki. W przeświadczeniu, że duchownemu wolno więcej, bo reprezentuje sobą samego Boga – nawet, jeśli to, co robi, stoi w kompletnej sprzeczności z głoszonymi przezeń wartościami. Ksiądz przestaje być świętą krową!

Brzydzę się przebierańcami, którzy wykorzystują swój autorytet (na szczęście słabnący z roku na rok) do krzywdzenia słabszych, i brzydzę się tymi, którzy ich zbrodnie bagatelizują bądź pomagają ukryć. Ich brak pokory, wyniosłość, matactwo i tumiwisizm są wprost porażające. To właśnie oni – ich reakcje na film Sekielskiego i wychodzące na jaw skandale – sprawiają, że pierwszym wyrazem, który kojarzy się ze słowem Ksiądz, jest Pedofil. To molestowanie dzieci przez duchownych oraz brak adekwatnej reakcji z ich strony niszczy kościół, a nie mówienie o tym.

Oni już wiedzą. Wiedzą, że nie wrócą czasy bezkarności dla ich nadużyć, że zaufanie publiczne wobec nich spadło na łeb na szyję, że ich autorytet upadł i roztrzaskał się w proch. Wiedzą, że nie zdołają odwrócić kota ogonem, schować głów w piasek, zamieść spraw pod dywan – choć tchórze, obłudnicy i potwory będą próbowały i tego, wystawiając siebie i kościół na pośmiewisko. Zmiany będą zachodzić wolno, ale nieubłaganie. Nic nie zatrzyma rewolucji, która ma miejsce na naszych oczach. Tylko nie mów nikomu to film kapitalnie zrealizowany od strony technicznej i absolutnie przełomowy jeśli chodzi o treść. Gorąco wierzę w to, że czas pokaże, iż dzieje kościoła w Polsce będzie można podzielić na dwie części: na czas przed nim, i czas po nim.

Osobiście uważam kościół za sektę i mafię, za pełne obłudy elitarne państwo w państwie, które – jak wielokrotnie i dobitnie pokazało życie – stoi ponad prawem obowiązującym zwykłych, szarych obywateli. Nie sposób pozbyć się go całkowicie – potrzeba wiary i tradycji religijnej dla większości ludzi jest równie naturalna, jak potrzeba oddychania – ale należy koniecznie ograniczyć jego wpływy i wyeliminować z niego chociaż najpoważniejsze patologie. Pedofilia z całą pewnością jest najgorszą z nich.

Ocena: 9/10 (wybitny).

Joe Hill – ”Dziwna Pogoda”

Joe Hill - ''Dziwna Pogoda''Przyznajcie się: też to czuliście. Syn Stephena Kinga wydaje książkę, więc byliście pewni, że to kolejny obibok chcący przez resztę życia lecieć na fali popularności swojego ojca. To nic, że aby uniknąć takich posądzeń – że aby budować swoją markę możliwie jak najbardziej od podstaw – swoje książki sygnuje innym nazwiskiem; przecież wiadomo było, że prędzej czy później wszystko się wyda, więc pewnie miała być to przewrotna reklama. Sprytnie to sobie wykombinował! Tak, ten Joe Hill to z pewnością niezły cwaniak!

Otóż nie. Pierwszy zbiór jego nowel – Dziwną pogodę (tak, wiem; jego ojciec również wydawał takie zbiory, i też zamieszczał w nich po cztery teksty) – przeczytałem niemal jednym tchem. Niemal jednym, bo 500 stron smakowitej literatury to jakby nie było coś więcej niż pojedynczy kęs – to jak cały tort. Niemniej, pałaszowałem ów tort jak rasowy łakomczuch, za ogranicznik żarłoczności mając jedynie swe ograniczone moce przerobowe.

Pierwsza nowela opowiada o chłopcu, który wpada na trop mężczyzny kradnącego ludziom wspomnienia przy pomocy aparatu fotograficznego. Jego ofiarą pada ciepła staruszka z sąsiedztwa – osoba, która opiekowała się nim we wczesnych latach jego dzieciństwa. Jest to tak naprawdę opowieść o horrorze postępującej utraty tożsamości. Historia rzeczywiście wzbudza niepokój – tym bardziej, kiedy człowiek uświadomi sobie, że choroba taka jak Alzcheimer jest o wiele gorsza od faceta uzbrojonego w magicznego Kodaka – choć ten ostatni mocniej oddziałuje na wyobraźnię, a przy tym jest o tyle atrakcyjniejszy, że – być może! – da się go jakoś zatrzymać. Nowela przemyca również refleksję na temat godnej śmierci.

Paranormalna groza zawisa również nad bohaterami Deszczu. Pewnego dnia z chmury zamiast deszczówki spada na nich grad ostrych jak brzytwa kryształów. Ludzie dzielą się na tych, którzy zginęli w masakrze, i na tych, którzy będą musieli uporać się z jej następstwami – a biorąc pod uwagę rozmiary tragedii, ciężko powiedzieć, której ze stron należy współczuć bardziej. To, co z początku wydaje się tylko koszmarnym epizodem, szybko okazuje się bowiem trwałą zmianą w atmosferze. Nowela aż prosi się o rozwinięcie jej w powieść. Z jednej strony szkoda, że autor nie podjął się zrobienia tego, z drugiej strony to dobrze, bowiem na deser pozostawił wiele dla wyobraźni czytelnika – a to jedna z najważniejszych cech dobrego horroru!

Naładowany to dość złożona opowieść, w której splatają się dramatyczne losy kilku postaci: przede wszystkim młodej dziewczyny porzuconej przez bawidamka, podminowanego weterana wojennego, oraz zmagającej się z traumą reporterki lokalnej gazety. Prawdziwym bohaterem noweli jest jednak wszechobecna broń palna – to, w jaki sposób wpływa na życie amerykanów: indywidualnych ludzi i całe społeczeństwo. Statystyki mówią, że broń w stanach zjednoczonych posiada aż 270 milionów obywateli – dla polskiego czytelnika to zupełnie inne realia. Ze wszystkich nowel w zbiorze najmocniej przeraził mnie właśnie ten – może dlatego, że nie zawiera wątków paranormalnych, że groza w nim zawarta jest w pełni realna. Mnóstwo tutaj napięcia, przemocy, i ludzkiej tragedii. Czy winna jest jej broń, czy człowiek? Dlaczego amerykanie kultywuję kult broni palnej? Opowieść, jak się zdaje, stara się odpowiedzieć na te pytania.

Ale Dziwna pogoda to nie tylko groza. W zbiorze znalazł się też jeden lżejszy tekst – Wniebowzięty. Opowiada o młodym mężczyźnie, który skacze z samolotu ze spadochronem i… ląduje na dziwacznej chmurze. Nie ma jak z niej zejść, a ona sama szybko wchodzi z nim w dziwaczny kontakt. Doświadczenie niesamowitości, lęku oraz samotności pozwoli bohaterowi przewartościować swoje zagmatwane życie. O ile oczywiście wyjdzie z tego cało – chyba nie zdradzę zbyt wiele jeśli powiem, że Joe Hill nie wydaje się być bowiem nadmiernym entuzjastą szczęśliwych zakończeń (w przeciwieństwie do jego ojca, co czasem mnie denerwowało).

Joe Hill z wielką gracją wprowadza czytelnika w świat bohaterów swoich nowel – ukazuje ich troski, lęki, nadzieje, namiętności, dążenia i zahamowania. Postaci są wielowymiarowe i wiarygodne, toteż czytelnikowi zaczyna na nich zależeć już po kilku stronach – niezależnie od tego, czy to lesbijka z blokadą emocjonalną, młody poczciwina do szaleństwa zakochany w kobiecie która nigdy nie będzie w stanie pokochać go jak mężczyznę, ”zdemenciała” staruszka i jej prostoduszny mąż, kaleki weteran wojny w Afganistanie, czy targany bliżej niesprecyzowanym gniewem ochroniarz centrum handlowego. Proza ta kipi wręcz od emocji, co jest co najmniej równie ważne, jak buzująca w niej groza.

Jeśli szukacie ciekawych, świetnie napisanych historii w konwencji pop-horroru, którym moglibyście oddać kilka godzin ze swojego życia – sięgnijcie po Dziwną pogodę w ciemno. Jest to naprawdę przepyszna literatura rozrywkowa. Za wcześnie jednak mówić, czy Joe Hill okaże się równie dobry pisarzem, co jego ojciec – czy zdoła spłodzić równie wiele równie dobrych książek. To, co właśnie przeczytałem, pozwala mi pokładać w nim ogromne nadzieje. Już zacieram ręce, i sięgam po kolejne jego pozycje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Albatros

Guy N. Smith – ”Kraby”

Uwielbiam wyrafinowaną literaturę z dreszczykiem – taką, w której co najmniej równie istotne co sama akcja, ważne są: malownicze i nastrojowe opisy przyrody, psychologia postaci, tło obyczajowe i estetyka języka. Nie ograniczam się tylko do jednego nurtu – cenię zarówno pop-horrory Stephena Kinga, poetycką grozę Edgara Allana Poe oraz Wojciecha Guni, jak i kosmiczny horror H. P. Lovecrafta. Oczywiście, samą wysoką sztuką żyć nie sposób; od czasu do czasu trzeba pozwolić się odmóżdżyć umysłowi zmęczonemu podróżami po rajskich krainach wysokiej estetyki i kunsztu. Tutaj podaje nam swą pomocną, zakrwawioną, i pokrytą plamami wątrobowymi dłoń niejaki Guy N. Smith, rocznik 1939. Wydał około sto książek – w tym około 70 horrorów – które czytelnicy pokochali (a inni znienawidzili) za ich… no właśnie: za co? Za brak walorów artystycznych? Za naiwność? Za płaskość? Tak! – bo proza Guya to pulpa, a logika pulpy jest odwrotna – to, co w normalnej książce poczytuje się za wadę, tutaj stanowi zaletę, o ile spełnione zostaną trzy zasadnicze warunki: potwory, krew i cycki. Miraż mankamentów tworzy wtedy jedyną w swoim rodzaju mieszankę; radość z tropienia i wyśmiewania wad prozy staje się radością z niej samej. Oczywiście, ta literatura to swego rodzaju ekstremum, absolutny kraniec, po którego przeciwnej stronie stoją pisarze z początku przeze mnie wymienieni. Sięgną po nią tylko ci, którzy dobrze wiedzą na co się piszą, albo ci, którzy kompletnie nie mają o tym pojęcia. Ci ostatni mogą to przypłacić zespołem stresu pourazowego.

Wiem, że książki Guya N. Smitha były nieodłącznym elementem czytelniczej młodości wielu pasjonatów literackiego horroru. Sam nie miałem z nim do czynienia nigdy – moje wrażenia z lektury pozbawione są więc wszelkich sentymentalnych naleciałości. Żałuję, że tak jest, ale czasu nie cofnę. Choć, dla rzetelności recenzji może to i lepiej?

Jednym z najważniejszych dzieł w dorobku pisarza jest cykl o wielkich ludożerczych krabach. Składające się nań książki nie są właściwie powieściami – wszystkie posiadają objętość ok. 25-35 tysięcy słów, co kwalifikuje je raczej do miana nowel czy mini-powieści. W Polsce wydawaniem twórczości Smitha zajmowało się (nieistniejące już) Gdańskie wydawnictwo Phantom Press. W latach 90 jego książki stanowiły prawdziwy fenomen – niektóre spośród nich osiągnęły nakład wysokości nawet stu tysięcy sztuk! Warto zaznaczyć, że polski wydawca wypuszczając opowieści o morderczych krabach nie trzymał się oryginalnej chronologii – na przykład Zew krabów wyszedł jako piąta część cyklu, a Phantom Press wydał ją jako drugą. Choć większość czytelników czytała te opowieści w ”polskiej” kolejności, pozwoliłem sobie omówić je w zgodzie z oryginalną.

***

Guy N. Smith – Kraby 1 – Noc KrabówKraby I – Noc krabów

Król krabów! Nie było wątpliwości, że przybył ostatni, zgodnie z ich prawami. Dwukrotnie większy od reszty tych koszmarnych zjaw, zdawał się być personifikacją zła. Kołysząc się przeszedł powoli i stanął przed grupą pozostałych. Groźnie wymachiwał kleszczami, jak gdyby chciał sprowokować któregoś z nich do przeciwstawienia się swojej władzy. Niektóre kraby cofnęły się, zbijając się w gromadę.
– Noc krabów.

Bohaterem pierwszej części cyklu, książki pt. Noc krabów (Night of The Crabs, 1976) jest biolog Cliff Davenport. Jego bratanek zaginał wraz z dziewczyną podczas pływania w pobliżu Wyspy Muszli. Mężczyzna przybywa na miejsce, by wyjaśnić tajemnicę. Podczas krótkiego śledztwa odkrywa, że w ostatnim czasie doszło w tym miejscu do kilku innych zniknięć (utonięć?). W międzyczasie poznaje Pat, z którą wdaje się w romans. Odkrywają, że za zniknięcia pływaków odpowiedzialne są owładnięte żądzą mordu kraby rozmiarów krów. Zmutowane skorupiaki coraz śmielej nacierają w głąb lądu, więc Armia Wielkiej Brytanii (akurat ma swą bazę na wyspie) wypowiada im wojnę na śmierć i życie. Brzmi fajowsko? No jasne!

Już pierwsza część cyklu daje słuszne pojęcie o tym, czego można spodziewać się po całej reszcie: drętwych dialogów, jednowymiarowych postaci i sztucznych interakcji między nimi, niezamierzonego komizmu w miejscach które powinny niepokoić, idiotycznych przemyśleń bohaterów, oraz wszelkiej maści absurdów. Wymieńmy kilka najjaskrawszych. Dlaczego armia wysyła biologa z misją wysadzenia podwodnego królestwa krabów – czyżby nie mieli wysoko wykwalifikowanych nurków? Czemu wojskowi zezwalają Pat na przebywanie na statku w chwili, gdy Davenport wykonuje swoją misję? Dlaczego podczas ostrzału z czołgów kuloodporne kraby nie doznają chociażby uszkodzenia oczu? Dlaczego dojrzały wiekiem mężczyzna nazywa króla krabów najsprytniejszym wrogiem w historii ludzkości (jakby nie było Hitlera i Stalina)? Zupełnie niewiarygodne są też relacje pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Cliff już po kilku dniach znajomości (i dwóch czy trzech szybkich numerkach) proponuje Pat małżeństwo – na co ona odpowiada błagalnym tonem, by nie kazał jej czekać dłużej! Litości.

Przerzucenie się na Guya N. Smitha prosto z Algernona Blackwooda (bo to jego opowiadania czytałem, nim sięgnąłem po Kraby) skończyło się dla mnie twardym lądowaniem. To zupełnie inny poziom językowy – różnica jest mniej więcej taka, jak pomiędzy rolls-roycem a trabantem. Guy ma wąski zasób słów, pisze w sposób prosty (żeby nie powiedzieć, że prostacki), pozbawiony jakichkolwiek stylistycznych fajerwerków. Spodziewałem się znacznie większej ilości krwi, flaków, urywanych kończyn, które to rekwizyty z pewnością zrekompensowałyby mi w jakimś stopniu warsztatowe wady prozy. Nie wiem, jak inni, ale za tryskająca posokę (i cycki – a najlepiej posokę tryskająca na cycki) jestem w stanie wybaczyć autorowi tego typu prozy naprawdę wiele.

Ciężko powiedzieć, czy Guy pisał książkę zupełnie na serio (jeśli tak – to za każdym razem, kiedy siadał do maszyny, musiał być po głębszej szklance szkockiej) czy też już wtedy miał świadomość tworzenia pulpy i trzymał się jej konwencji. Noc krabów jest jak cierpiąca na niedokrwistość kobieta bez biustu. Z pryszczami, brudem pod paznokciami, z rozmazanym makijażem, z biżuterią z jarmarku. Kulawa, niedorozwinięta. Skołowana, jakby dopiero oderwano ją od pługa. Ale ma w sobie to coś. Nigdy nie powiesz koledze zakochanym w pełnej klasy Berenice Poego, że ma fajny tyłek – spaliłbyś się ze wstydu! – ale tak właśnie jest. Pulpowa magia działa? Tak!

***

Guy N. Smith – Kraby 2 – Kleszcze ŚmierciKraby II – Kleszcze śmierci

Armia potworów wyszła z głębin i podążała w stronę hotelu jak olbrzymia tarcza. Klik-klak, klik-klak. Ich strategia różniła się znacznie od strategii zwierzęcej, a kto wie, czy nie przewyższała inteligencji ludzkiej. Nie mogły jednak uniknąć hałasu wydawanego przez wielkie szczypce. Stał się on jedynym sygnałem, który odebrały patrole wokół hotelu.
– Kleszcze śmierci.

Akcja Kleszczy śmierci (Killer Crabs, 1978) rozgrywa się w cztery lata po dramatycznych (ta…) wydarzeniach opisanych w Nocy krabów (i Zewie krabów). Od momentu pokonania na Shell Island mutanty pogrążyły się w mrocznych odmętach oceanu i nie dawały znaku życia. Tym razem uderzyły w zatoce Barbecue, dając się we znaki m. in. żyjącym z rybołówstwa mieszkańcom wyspy Hayman. Wojnę skorupiakom wypowiada Klin, jeden z rybaków, wraz z profesorem Davenportem i oficerem tamtejszej policji.

Już na samym początku otrzymujemy całkiem malowniczy opis zatoki koralowej i przyjemne tło obyczajowe (niesnaski pomiędzy rdzennymi rybakami a japońskimi kłusownikami). Niestety, wszystko to szybko rozpruwają swoimi kleszczami zmutowane skorupiaki, i czarująca atmosfera pryska jak bańka mydlana. Przy czym, trzeba dodać, Kleszcze śmierci zawiodą fanów krwawej jatki. Kraby nacierają wprawdzie na miejscowość i masakrują jego ludność, niby śmierć jest wszechogarniająca, ale naprawdę obrazowych opisów agonii i okaleczeń jest niewiele (przynajmniej w porównaniu z niektórymi z części serii). Dostajemy za to kilka prostych jak cep scen łóżkowych rodem z soft porno (jedna z bohaterek to zafiksowana na punkcie seksu cizia) i bój o walizkę pełną forsy.

Warto zanotować pewien fakt: po raz pierwszy zmutowany krab zostaje śmiertelnie postrzelony. Podczas sekcji zwłok okazuje się, że jedynym czułym na zranienie miejscem na ciele skorupiaka jest niewielki punkt pod jego szyją. Jak to możliwe, że podczas poprzednich bitew ze zmutowanymi krabami, podczas których kule nieprzerwanie świszczały w powietrzu, żadna z nich nie trafiła przypadkiem w ów słaby punkt?

W porównaniu z poprzednią częścią, Kleszcze śmierci zawierają znacznie mniej absurdów fabularnych. A może po prostu uodporniłem się na nie? Licho wie. Z całą pewnością jest to rzecz o klasę lepsza od Nocy krabów. Niemal pewnie jest, że gdybym był kompletnie niewyrobionym czytelniczo dwunastolatkiem uznałbym ją niemal za perłę gatunku. O, pardon – na wstępie książki wydawca ostrzega, że ”cykl jest przeznaczony wyłącznie dla dorosłych, czytelników o mocnych nerwach”, a dwunastolatki takie nie są.

***

Guy N. Smith – Kraby 3 – Powrót KrabówKraby III – Powrót krabów

Proszę pana, jestem starym człowiekiem. – Uniósł oczy, aż napotkał wzrok Rylanda i uśmiechnął się słabo. – I niedługo pożyję na tym świecie. Ale nawet za tysiąc funtów nie poszedłbym nad jezioro. Nawet za dnia. Następnym razem zbliżę się do brzegu w trumnie, w drodze na cmentarz.
– Powrót krabów.

Położona nad słonowodnym jeziorem Loch Merse miejscowość Craniarich co roku ściąga wielu amatorów polowań na cietrzewie, kaczki oraz gęsi. Niestety, dochodzi w niej do tajemniczych zaginięć myśliwych. Jakby tego było mało, kilku bywalców miejscówki rozpowszechnia plotki o zamieszkujących tereny potworach. W związku z tym tereny tracą na popularności. Właściciel terenów łowieckich, Bruce MacKechnie, jest tym zaniepokojony. Decyduje się rozprawić z potworami na własną rękę i wyciszyć sprawę. Niestety, w tym samym czasie w miejscowości pojawia się brat jednego z zaginionych, John Ryland, zdeterminowany, żeby wyjaśnić jego śmierć.

Ponieważ w Powrocie krabów (The Origin of the Crabs, 1979) nie pojawia się żadna wzmianka na temat wydarzeń w Shell Island, początkowo nie wiadomo, jak umiejscowić czas akcji utworu względem dwóch poprzednich części. Kwestię tą wyjaśnia dopiero następna część. Akcja Odwetu (bo o nim mowa) toczy się ponad dziesięć lat po wydarzeniach opisanych w Powrocie krabów i sześć lub siedem lat po ataku skorupiaków na Wyspę Muszli (Noc krabów, Zew krabów) – co oznacza, że wydarzenia przedstawione w trzeciej części cyklu są chronologicznie pierwsze i że miały miejsce 3 lub 4 lata przed Nocą krabów.

Choć dwie pierwsze części cyklu to rasowa pulpa, Powrót krabów chwilami czyta się jak zwyczajny horror. Wciąż pozbawiony jakichkolwiek pretensji artystycznych, to fakt, ale nie jest to już coś, co zasługuje najwyżej na wydrukowanie na papierze niewiele lepszym od srajtaśmy. Po raz pierwszy w serii otrzymujemy powieść pozbawioną epickich (no dobra, żartowałem) opisów batalii toczonych pomiędzy wojskiem a krabami. Opowieść jest stonowana (przynajmniej w porównaniu do poprzednich części), a kilka epizodów posiada całkiem ciekawy klimat (np. nocna wyprawa Rylanda na trzęsawisko). Niestety, poza składnikami wysokiej jakości, ta krabowa zupa zawiera także takie, które wzbudzają niestrawność: śmiechu warte opisy nienawiści wyzierającej rzekomo z czerwonych ślepiów przerośniętych skorupiaków, równie komiczne komentarze odnośnie ich wielkości (są wielkie jak krowa, osioł albo koń!), oraz prostackie sceny seksu.

W Powrocie krabów nie pojawia się żaden z bohaterów poprzednich części – co osobiście przyjąłem z westchnieniem ulgi. Dostajemy pakiet nowych postaci – sztampowych, ale przyjemnych w tej konwencji: zapijaczonego kłusownika, zdeterminowanego brata, multimilionera gotowego na wszystko, byleby ocalić swój interes przed upadkiem, płytką kochliwą idiotkę.

Podsumowując: tym razem Guy wspiął się na swoje wyżyny. Szkoda tylko, że cycków jest jak na lekarstwo. Przydałoby się ich więcej na otarcie łez z powodu braku większej ilości makabry.

***

Guy N. Smith – Kraby 4 – OdwetKraby IV – Odwet

Na dnie odbywała się straszliwa jatka! Piekło za życia przedstawiało wszystkie swoje możliwości, których za nic nie chce się oglądać. Pozbawione kończyn korpusy ludzkie, straszące rozprutymi brzuchami i wypływającymi z nich wnętrznościami, unosiły się w wodzie jak rośliny wodne. Z prądem płynęły głowy z wydłubanymi oczami, ze strzępami poszarpanej skóry. W piasku na dnie tkwiła dolna część ciała mężczyzny. A między tym wszystkim uwijały się kraby, chcące za wszelką cenę zaspokoić swój głód krwi, najeść się ludzkiego mięsa do woli.
– Odwet.

Około sześć lub siedem lat po wydarzeniach na Shell Island (Noc krabów) zmutowane skorupiaki atakują po raz kolejny. Tym razem w dwóch odległych od siebie miejscach: najpierw zabijają myśliwego nad trzęsawiskami Wash, potem masakrują plażowiczów na kąpielisku w Wells-next-the-sea. Oznacza to, że podzieliły się na kilka armii. Jeden z potworów ginie zmiażdżony przez zawalony most. Podczas sekcji zwłok naukowcy (z Cliffem Davenportem na czele, jakże by inaczej) odkrywają, że wnętrze skorupiaka porośnięte było przez gargantuiczny nowotwór. Szybko okazuje się, że choroba dziesiątkuje całą populację mutantów. Jednocześnie czyni je rozdrażnionymi i bardzo nieprzewidywalnymi! Tak przedstawia się fabuła Odwetu (Crabs on the Rampage, 1981).

Forma książki jest prosta. Na przemian opowiada o Cliffie Davenporcie, i o epizodycznych postaciach masakrowanych przez kraby w rozmaitych zakątkach świata. Czytając ma się wrażenie, że Guy zebrał kilka napisanych wcześniej opowiadań o krabach, po czym spiął je prostą fabułką i osobą biologa. Na szczęście nie musicie się tym martwić, bo w książce chodzi tylko o jedno: o krwawą rzeź. Jeśli ktoś pojawia się na kartach książki, z 99-procentowym prawdopodobieństwem można założyć, że tylko po to, żebym umrzeć w nieludzkich męczarniach. Kraby nie oszczędzają mężczyzn, kobiet, ani dzieci. Odcinane kończyny, tryskające z kikutów gejzery krwi, miażdżone kości, potwornie okaleczone kadłubki – wszystko to dostajemy w ilościach hurtowych. Jest to zdecydowanie najbardziej gore’owa część serii.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku idiotycznych, wzbudzających uśmiech politowania epizodów. Weźmy chociażby panienkę opalająca się na plaży, która lada moment padnie ofiara rzezi: w myślach ciągle nazywa swojego synka bękartem i ciężarem, ale kiedy dzieje mu się krzywda, nagle doznaje absurdalnego w swej intensywności wybuchu macierzyńskich uczuć i spieszy mu na pomoc. Największym absurdem jest zaś to, że nie wiadomo, dlaczego za każdym razem, kiedy kraby atakują, armia zwraca się o pomoc do Davenporta. Na kartach poprzednich części nie ma żadnej wzmianki na temat jego hipotetycznych zasług w walce z nimi (no, dobra: wpadł na jakże genialny pomysł zastosowania środka chwastobójczego, i podminował ich morską siedzibę bombą – zaangażowanie go do tego ostatniego było zresztą absurdem – ale czy to wystarczy, by robić z niego człowieka nie do zastąpienia?). Nawiasem mówiąc, przez cały czas czytania cyklu nie mogłem doczekać się, kiedy kraby w końcu zeżrą tego faceta razem z butami.

O ile dwie poprzednie części posiadają pewne pretensje do normalnej literatury, o tyle Odwet to pulpa pełną gębą (krabią gębą). Jest to moja ulubiona część serii, zaraz po Powrocie krabów. Tak spektakularnej makabry klasy C ze świecą szukać w literaturze!

***

Guy N. Smith – Kraby 5 – Zew KrabówKraby V – Zew krabów

Krab najpierw wyrwał prawe ramię; krwawe ścięgna ciągnęły się jak szkarłatne nitki. Trzaskały łamane kości. Pchnięcie drugiej pary szczypiec rozerwało klatkę piersiową, żłobiąc w niej głęboką ranę. Krab wyglądał jak gigantyczna maszynka do mięsa, która kruszy i rozłupuje kości, tnie i rwie ciało na kawałki. Później stwór pochylił się nad swoją ofiarą i zaczął ohydną ucztę, krusząc i połykając zakrwawioną miazgę.
– Zew krabów.

Akcja Zewu krabów (Crabs’ Moon, 1984) toczy się równorzędnie do akcji Nocy krabów – ponownie na Wyspie Muszli, tyle, że w innym jej regionie: na campingu Blue Moon. Podczas przedstawionej w poprzedniej części inwazji krwiożerczych skorupiaków miejsce to zostaje przez wojsko odcięte od świata. W zamierzeniu ma to służyć jego ochronie, w praktyce wychodzi zaś na to, że obozowiczom wyświadczona została niedźwiedzia przysługa – stają się dla krabów krwistym fast foodem. Naturalnie, armia robi co może, by zetrzeć kraby z powierzchni Ziemi (i głębin morza).

Oczywiście, pisarz pokroju Guya nie mógł wyjść obronną ręką z próby napisania utworu, którego akcja toczy się równolegle do innego, już wydanego. Żeby podkreślić jednoczesność czasów powieściowych, posunął się do zamieszczenia w Zewie krabów wątków z pierwszej części cyklu! Najbardziej szokuje fakt, że w rozdziale trzecim po raz kolejny dostajemy całą opowieść o Ianie Wright i Julie Coles (bratanku Cliffa Davenporta i jego dziewczynie) – zupełnie tak, jakby rzecz działa się po raz drugi! A przecież chcąc dać czytelnikowi pojęcie o czasie wydarzeń wystarczyło ograniczyć się do zgrabnie wkomponowanej wzmianki na temat ich śmierci, lub zamieścić stosowne sprostowanie na początku książki.

Tym razem Guy jedną z wiodących postaci uczynił nimfomankę. Jej myśli oraz poczynania pozbawione są wprawdzie krzty finezji – mowa bowiem tylko o prymitywnej, wyzutej z ludzkich uczuć zwierzęcej chcicy – ale w porównaniu ze wszystkimi innymi epizodami w książce (nie licząc kilku niezłych opisów rzezi), fragmenty, w których się pojawia i tak wypadają najciekawiej. To wciąż dno, oczywiście, ale jest w nim coś więcej poza mułem.

W Zewie krabów dostajemy bodaj najbardziej żenujący epizod w całym cyklu. Mowa o fragmencie, w którym matka nakrywa swojego upośledzonego syna na masturbacji, i robi mu swoiste pranie mózgu – wmawia mu, że jeśli będzie to robił, to oślepnie, biorąc na świadka swego męża. Na szczęście dzieciak jest nie w kij dmuchał – wyzywa matkę od starych krów, po czym rusza do walki z krabami – jest bowiem przekonany, że potrafi strzelać do nich z pistoletu uformowanego ze złączonych dłoni. Kto okaże się zwycięzcą starcia, nie trzeba się nawet domyślać.

Dialogi w Zewie krabów mają w sobie więcej drewna niż przeciętny tartak. Nic dziwnego – postaci zostały powołane przez Smitha do życia na kartach książki tylko w jednym celu: by umrzeć. Najlepiej w obfitych rozbryzgach krwi, delirycznych spazmach, i przy akompaniamencie wrzasków pełnych niewysłowionego cierpienia. I to lubię, ale tylko przy jako takiej oprawie. Niestety, tej tym razem nie uświadczymy. O ile w Nocy krabów znajdowały się jakieś opisy miejsc – suche jak pieprz, ale jednak – o tyle w Zewie krabów nie dostajemy ich prawie wcale, a jeśli już – są zaledwie szczątkowe. Dzieje się mnóstwo – ataki krabów, ich morderstwa, batalie toczone z nimi przez wojsko – ale wyobrażenie o tym, w jakich miejscach, trzeba sobie wykrzesać z nazw miejscowości. Z uwagi na brak opisów, akcja zdaje się po prostu toczyć ”w powietrzu”. Jest to chyba jedyna książka jaką znam, która nie ma w sobie żadnego klimatu.

Mawia się, żeby nie oceniać książki po okładce. W przypadku Zewu krabów sentencja ta nie znajduje zastosowania; widniejąca na coverze kobieta, wyglądająca tak, jakby siedziała na kiblu walcząc z zatwardzeniem, powie wam o tej książce wszystko, co potrzeba wam wiedzieć. Zdecydowanie jest to najgorsza część serii i jedna z największych szmir, jakie w życiu przeczytałem, nawet, jeśli oceniać ją w kategoriach pulpowych. To badziewie nigdy nie powinno było ujrzeć światła dziennego. Wypuścić je mógł tylko pisarz z nożem na gardle albo kompletnie pozbawiony samokrytycyzmu i/lub wstydu. Guy zdaje się to potwierdzać – w wywiadzie udzielonym OkoLicy Strachu powiedział: ”Nie mam wśród swoich powieści takiej, której bym nie lubił. Gdyby mi się nie podobała, nie napisałbym jej”.

Książkę mogę polecić tylko najbardziej zatwardziałym masochistom oraz tym, którzy z powodu przesytu wartościową literaturą stracili poczucie jej smaku. Gwarantuję, że po lekturze Zewu krabów nawet saga Zmierzch Stephenie Meyer zdawać się wam będzie zasługiwać prawie na literackiego Nobla.

***

Guy N. Smith - Kraby 6 - PoświęcenieKraby VI – Poświęcenie

Dotknął kleszczami jej twarzy, zakręcił nimi kilka razy, a ona musiała patrzeć na swego kata. Obsceniczny pocałunek, nowotworowa wydzielina spłynęła w jej szeroko otwarte usta tłumiąc ostatni krzyk i przynosząc błogosławioną nieświadomość.
– Poświęcenie.

Pete Merrick to ekstremalny ekoterrorysta. Żeby odwieść ludzi od krzywdzenia (i jedzenia) zwierząt, nie cofnie się nawet przed masowym morderstwem. W jego poczynaniach towarzyszy mu Christine, dziewczyna związana z nim czymś, co można określić chyba tylko mianem syndromu Sztokholmskiego, oraz wąska grupka podobnych mu ekstremistów. Kiedy z wód Wash wylegają na ląd zmutowane kraby, Merrick uznaje je za bóstwa żądające zapłaty za krzywdy wyrządzone zwierzętom, a siebie samego – za kapłana nowego kultu, którego celem jest składanie skorupiakom ofiar z ludzi. Pierwszą z nich staje się córka przedsiębiorcy, który zbił fortunę na sprzedaży futer z fok. Jej facet David, były komandos, nie zamierza puścić zbrodni płazem. Tak oto prezentuje się fabuła Poświęcenia (Crabs: The Human Sacrifice, 1988).

Po raz kolejny Guy serwuje nam książkę, której akcja rozgrywa się równolegle do akcji jego wcześniejszej powieści – tym razem Odwetu. I tym razem nie obyło się bez powtórzeń epizodów, np. przejście Davenporta z na pozór martwym krabem. Rzecz nie tylko kompletnie zbędna, ale wręcz koślawa.

W Poświęceniu kraby-mutanty grają rolę drugoplanową; pierwsze skrzypce należą do psychopatycznego Merricka. To jedna z najciekawszych postaci w panteonie drewnianych manekinów przewijających się bez gracji przez cały cykl. Prawdopodobnie obrona praw zwierząt jest dla niego tylko wymówką do popełniania kolejnych morderstw. Bo Merrick nie wydaje się ich miłośnikiem – nie głaska bezdomnych kotków i nie dokarmia gołębi w miejskim parku. Dużo bardziej prawdopodobne, że to sadystyczny, ześwirowany psychol i tak naprawdę zabija dla chorego poczucia władzy nad innymi (i być może odreagowania swojej impotencji). Kilka epizodów z nim w roli głównej po prostu ryje beret (hołd, który każe oddawać swej dziewczynie martwemu krabowi, profanacja wykopanych z grobu zwłok, jedzenie ”komunii” z ciała pożartego przez nowotwór potwornego kraba).

Tym razem Guy poskąpił czytelnikowi scen seksu. Cóż, nie mogło być inaczej, skoro główny bohater książki to impotent. Dziwne, że po kilku książkach z napalonymi laluniami dostajemy taki (zwiędły) kwiatek! Szkoda, bo trochę cycków pasowałoby do krwawej jatki jak ulał. Dobrze natomiast, że w książce brak jakichkolwiek opisów walk pomiędzy mutantami a ludźmi – w poprzednich częściach była ich cała masa, a poza tym autor nie ma za grosz talentu do opisywania ich.

Guy posiada najgorszą cechę, jaką może mieć pisarz: jest zniecierpliwiony. Pisze tak, jakby nie mógł się doczekać, kiedy skończy. Nie widać tutaj smakowania każdego słowa, radości z prowadzenia historii, zżycia się z bohaterami (w sumie nic dziwnego, skoro wszyscy z góry przeznaczeni są na rzeź). A szkoda, bo Poświęcenie ma fabułę, która zasługiwała na dużo lepsze potraktowanie. Gdyby autor przyłożył się bardziej, otrzymalibyśmy horror klasy B zamiast C. Ale, z drugiej strony – w dobie wydawnictw zorientowanych na szerzenie wartościowej literatury, o ”dobry” horror klasy C jest dość trudno – a Poświęcenie to właśnie ”dobry” horror klasy C.

***

Proza Guya nie posiada rytmu, jest koślawa, zdania często brzmią tak, jakby pisał je dwunastolatek podjarany pierwszym wypalonym w życiu papierosem. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie zawsze musi być to winą samego pisarza. Phantom Press wydawało jego książki w szaleńczym tempie (25 pozycji w ciągu 2 lat!), toteż można powiedzieć że wydawnictwo to – podobnie jak sam autor – szło na ilość, a nie na jakość. Tempo wydawnicze z pewnością nie przysłużyło się jakości tłumaczeń. Można w ciemno założyć, że literackie potworki Guya zostały dodatkowo sponiewierane i okaleczone.

Podsumowując: z pewnością nie jest to proza dla wielbicieli wyrafinowanego języka, fabuły dającej interpretować się na wielu płaszczyznach, postaci z głębią psychologiczną, itd. Zasmakują w niej wyłącznie czytelnicy z dużą dozą dystansu, którzy lubią lejąca się hektolitrami juchę, opisy seksu na poziomie tekstów z ramki ”Mój pierwszy raz” w szmatławcu Bravo!, ewentualnie: ludzie pozbawieni wyrobienia czytelniczego. Książki Guya mają w sobie coś takiego, że – jeśli spełnia się wyżej wymienione warunki – kocha się ją w niewielkiej tylko części za coś, a przede wszystkim pomimo czegoś! Sprawiają większą frajdę po piwie czy dwóch (podobnie jak filmowe horrory klasy C czy Z), i idealnie nadają się do odmóżdżenia po lekturze dzieł mistrzów pióra.

***

Okładki: Phantom Press

Stefan Grabiński – ”Demon Ruchu”

Stefan Grabiński - ''Demon Ruchu''Większość czytelników horrorów zapytana o ich ulubionych twórców wymieni Kinga, Lovecrafta, Poego albo Ketchuma. Stosunkowo niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że sto lat temu żył w naszym kraju utalentowany i oryginalny twórca literackiej grozy – Stefan Grabiński. Nic dziwnego; przez wiele lat nie było komu ekshumować jego twórczości z mroków zapomnienia, wznowić jej drukiem zwartym i zareklamować. Na szczęście, od jakiegoś czasu jego twórczość przeżywa renesans. Grabiński, podobnie jak wielu wczesnych twórców literatury grozy, bardziej od powieści ukochał sobie nowelistykę; wydał 7 zbiorów nowel i opowiadań, w tym aż 3 tematyczne. Najbardziej zasłynął jako autor Demona ruchu – tomu opowieści, które łączy motyw kolei.

Na początku trzeba zaznaczyć, że proza Grabińskiego nie jest typowym horrorem pełnym maszkar i lejącej się krwi – to najsubtelniejsza (i wymagająca od autora największego wyrafinowania, a od odbiorcy wyrobienia czytelniczego) odmiana literackiej grozy o nazwie weird fiction. Nurt ten eksploatuje motywy paranormalne przy jednoczesnym nacisku na ukazanie dziwności oraz obcości świata, cechuje go też gęsta, mrowiąca atmosfera bliżej nieokreślonego zagrożenia.

Kolej to ciągły ruch, pokonywanie dużych odległości, podróż, zawrotna szybkość, mijający się ludzie, nieustanny pośpiech, kolorowe pejzaże za oknem, i przygodne znajomości, ale też zapuszczone bocznice, ślepe tory, ogrom pustej przestrzeni, sina dal, tragiczne katastrofy i nadzór służby kolejowej (nie zawsze sztywny – u Grabińskiego konduktor to też człowiek!). Miejsce posiada poetykę, którą trudno uchwycić w pędzie, w jakim zazwyczaj się w nim przebywa. Ten osobny świat monstrualnych, huczących, niby bezdusznych maszyn i zimnej stali posiada coś w rodzaju utajonego życia duchowego. Zdaje się, że kolej drzemie niespokojnym snem, śniąc o rzeczach, których była niemym świadkiem, i czasami dokonuje projekcji swych wspomnień w świat rzeczywisty, że majaczy. Niektóre z ech, odblasków i cieni dawnych zdarzeń słyszalne i widoczne są dla wszystkich, inne ukazują się tylko ludziom szczególnie wrażliwym i mocno z koleją związanym.

Bohaterowie opowiadań dzielą się na dwie zasadnicze kategorie: są to albo pracownicy kolei, albo pasażerowie. Ci pierwsi z racji wykonywanego przez siebie zawodu doświadczają paranormalnych fenomenów najsilniej. Są to upiorne widma, mrożące krew w żyłach wizje, demoniczne zwiastuny nieszczęść, i ostrzegawcze sygnały z zaświatów. W ich umysłach dojrzewają też niesamowite idee fixe (Maszynista Grot). Przeżycia te dają początek barwnym legendom – kolej okazuje się owiana nie mniejszą ich ilością, niż morza za czasów, kiedy wiatr wzdymał żagle drewnianych galer. Jej pracownicy zdają się zaś kolejowymi odpowiednikami wilków morskich (posiadają nawet podobny atrybut – uwielbiają palić fajkę).

W porównaniu z kolejarzami, nawet najwrażliwsi pasażerowie wyczuwają napięcie buzujące pod powierzchnią świata widzialnego w stosunkowo niewielkim stopniu. W efekcie doznają czegoś w rodzaju wolno, ale nieubłaganie postępującej neurozy; czują, że coś gna ich w świat, że opętała ich potrzeba bycia w ruchu, przenoszenia się z miejsca na miejsce bez wyraźnego celu, że nosi ich. Przebywając w pociągu czują się podekscytowani, czasami wręcz odurzeni, jakby zaaplikowany został im jakiś stymulant – stają się śmielsi (W przedziale), doświadczają zaników pamięci (Demon ruchu). Kolej zabiera ich w podróż do miejsc, których nie ma na mapach – do stanów umysłu, w których droga jest celem samym w sobie.

Nie we wszystkich opowieściach pierwsze skrzypce gra groza. Otwierająca tom Głucha przestrzeń to nostalgiczna opowieść o niemożności pogodzenia się z przemijaniem i sile przynależności człowieka do miejsc, w których spędził najpiękniejsze chwile swojego życia. Melancholia pojawia się zresztą w wielu opowiadaniach – przesyca chociażby Ślepy tor. Wieczny pasażer to zaś humoreska opowiadająca o pasjonacie kolei, który z powodu braków finansowych dzień w dzień wsiada do przedziałów podczas postoju pociągów, by oddawać się wyimaginowanym podróżom. Skoro mowa o osobliwościach zbioru, warte wyróżnienia jest również opowiadanie Dziwna stacja, opowiadająca o podróży pociągiem o jakże wymownej nazwie Infernal w roku 2345.

Choć od pierwszego wydania Demona ruchu minął już cały wiek, nie można powiedzieć, żeby zawarte w nim utwory zestarzały się (w przeciwieństwie do pierwszych dwóch tomów nowel pisarza, które trąca myszką na kilometr). Po zbiór warto sięgnąć choćby dla samej estetyki języka tej prozy – dzisiaj już prawie nikt nie pisze horrorów z takim wyrafinowaniem! Uwodzicielski rytm narracji – rytm jakby dopasowany do hipnotycznego, sprzyjającego sennej jawie stukotu kół pociągu, jej perlisty liryzm oraz bogaty język pokryły się zaledwie odrobiną patyny, która tylko dodaje im szlachetności.

Na koniec warto odnotować pewien fakt. Pierwsze wydanie Demona ruchu (1919) zawierało 9 opowiadań, drugie (1922) zostało wzbogacone o 3 kolejne. Niektóre dostępne za darmo, e-bookowe wersje zbioru (książka należy do domeny publicznej) zawierają tylko utwory wchodzące w skład pierwszego wydania. Pisarz miał nadzieję, że do trzeciego wydania dołączy kolejne dwa utwory – Engramy Szatery i Przypowieść o krecie tunelowym – ale nie doszło do tego. Oba wymienione utwory można znaleźć w zbiorze Wichrowate linie wydanym przez Aghartę. Osobiście traktuję je jako integralną część zbioru – pierwszy z nich jest zaś niezwykle istotny dla interpretacji jego całości. Bardzo szkoda, że wydawca nie zdecydował się ich tutaj dołączyć (książka zawiera utwory z wydania w roku 1922).

Cóż więcej powiedzieć można o Demonie ruchu? Tyle, że stoi na peronie, buchając parą, błyszczy nowością i czeka na pasażera z szeroko otwartymi drzwiami. To dziwne… wydaje mi się, że jeszcze niedawno widziałem go pokrytego rdzą, stojącego na opuszczonej bocznicy. Konduktor Grabiński – dziwnie niewyraźny, jakby półprzezroczysty – siedzi w zalanej trupim blaskiem budce, i patrzy w dal, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem. Nie każ mu czekać; wsiądź do wagonu i pozwól się zabrać się w podróż. Warto, tym bardziej, że wszystkie wagony to wagony pierwszej klasy, a bilet dziwnym trafem masz już w kieszeni…

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Wydawnictwo CM

Testujemy Jedzenie #9

Polinat borowiki marynowane 370 g (48 zł 99 gr, Piotr i Paweł)
Testujemy Jedzenie #9 (1)Od czasu do czasu dobrze zaszaleć – na przykład kupując słoiczek marynowanych borowików za 50 złotych. W słoiczku ciasno upakowano grzybki najwyższej klasy – całe, miniaturowe okazy, o malutkich, fikuśnych kapelusikach i komicznych, pękatych trzonach. Tym, co zaskoczyło mnie najmilej (i zarazem najbardziej), jest ich konsystencja – są tak niesamowicie kruche, że niemal rozpływają się w ustach. Mam za to pewne zastrzeżenia co do zalewy – jest dość kwaśna, podczas gdy osobiście zdecydowanie bardziej wolę borowiki w zalewie słodko-kwaśnej. Ocena: 5/6.

Baresa pesto zielone 190 g (4 zł 89 gr, Lidl)
Testujemy Jedzenie #9 (2)Ciężko znaleźć dobre zielone pesto – przynajmniej w Polsce. Osobiście ograniczam się do genialnego pesto firmy Barilla (Carefour, włoskie tygodnie w Biedronce), kiedy jednak długo nie mam okazji go zdobyć, kupuję produkt innej firmy. Niestety, większość z nich zawodzi moje oczekiwania, nie inaczej jest i tym razem. Produkt jest po pierwsze dość oleisty (choć przyznam, że zdarzało mi się trafić na dużo bardziej oleiste – i jednocześnie dużo droższe), po drugie ma kwaskowaty posmak. Największymi jego zaletami jest skład (bazylia to aż 38 procent, orzechy nerkowca – 5 procent) oraz cena (niecałe 5 zł, chociaż nie jestem pewien, czy nie była to cena promocyjna). Ocena: 3/6.

NaTurek Nasz Camembert z zielonym pieprzem 120 g (4 zł 39 gr, Tesco)
Testujemy Jedzenie #9 (3)Camembert to ser pleśniowy o sprężystej, kremowej konsystencji. Sam ser ma przyjemny, subtelny smak (przypomina nieco orzechy), zaś zielony pieprz (w masie zatopione są całe zielone ziarenka, i jest ich całkiem sporo) dodaje mu perfekcyjnie wyważonej w stosunku do niego goryczki. Można jeść na zimno, pokrojony w plasterki jako dodatek do kanapek (konieczny ostry nóż), albo na gorąco – pieczony lub smażony na patelni (w tej wersji smakuje najlepiej!). Dostępny również w wersjach z ziołami oraz bez dodatków. Ocena: 5/6.

Milka caramel 100 g (3 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #9 (4)Milka to moja ulubiona firma produkująca czekolady. Szczególnie cenię sobie te o ciekawych nadzieniach. Jednym z moich najukochańszych jest Milka z nadzieniem karmelowym. Na tabliczkę składa się 16 kostek z mlecznej czekolady wypełnionych delikatnie ciągnącym się karmelem. Czekolada jest, oczywiście, dość słodka, tak samo karmel, toteż miłośnicy bardziej zbalansowanych smaków mogą być odrobinę zawiedzeni. Ale tylko odrobinę – nikt nie każe im przecież pałaszować od razu całego opakowania. A że nie mogą się powstrzymać – ich wina! Jeśli chodzi o mnie – jem ją jak batona. Ocena: 5/6.

Urbanek pieczarki marynowane 180 g (4 zł 90 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Testujemy Jedzenie #9 (5)Moje ulubione pieczarki marynowane na rynku. Zalewa jest bardzo kwaśna (mi do pieczarek pasuje idealnie) i już sam jej aromat sprawia, że ślinianki zaczynają wariować. Same grzybki są najlepszego sortu – małe, jędrne, przyjemnie kruche, z dobrze przyciętymi nóżkami. Na plus należy zaliczyć także to, że producent nie przesadził z ilością dodatków – mamy tutaj tylko odrobinę marchewki na samym dnie słoiczka, podczas gdy niektórzy producenci pakują ich bez umiaru, psując smak zalewy (np. Nasza Spiżarnia). Wspaniałe zarówno jako przekąska, jak i na dodatek do kanapek. Łasuchy takie jak ja opróżniają słoiczek za jednym podejściem. Ocena: 5/6.

Bakoma Men baton wysokobiałkowy wanilia 60 g (3 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #9 (6)Batony proteinowe to przekąski przede wszystkim dla osób pracujących nad muskulaturą – idealnie nadają się na szybki, regenerujący posiłek między ćwiczeniami. Od jakiegoś czasu można je znaleźć w ofercie marketów. Jak zwykle w batonach proteinowych, właściwa masa przekąski posiada specyficzny, delikatny smak, który wielu konsumentów z pewnością uzna za bezpłciowy. Na szczęście batonik zawiera rodzynki i oblany jest białą czekoladą, co z pewnością poprawia jego walory smakowe. Warto odnotować, że choć etykieta ogłasza, że produkt posiada smak waniliowy, tenże jest zupełnie niewyczuwalny. Dziwne. Cena też nie nastraja pozytywnie, ale to akurat standard w przypadku tego rodzaju przekąsek. Ocena: 5/6.

Crunchips papryka 150 g (5 zł 99 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #9 (7)Chyba każda marka zajmująca się produkcją chipsów ma w swojej ofercie te o smaku paprykowym. Smak ten jest absolutnym klasykiem, i zaraz obok cebulowego, jest najczęściej wybieranym przez wielbicieli słonych przekąsek. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że ten smak to swego rodzaju wizytówka firmy, sprawdzian jakości. Paprykowe Crunchipsy są cienkie, bardzo chrupiące, solidnie przyprawione. Wady? Mają tylko jedną: są zdecydowanie przesolone. Mimo wszystko, w chwili obecnej uważam je za najlepsze klasyczne chipsy paprykowe w Polsce. Ocena: 5/6.

Kamis musztarda bawarska 185 g (1 zł 69 gr, Kaufland)
Testujemy Jedzenie #9 (8)O musztardzie bawarskiej nie słyszałem nigdy. Prawdopodobnie nie kupiłbym jej – napis na etykiecie głosi, że jest łagodna, ja wolę zaś co najmniej średnio ostre – gdyby nie jej ciekawa, brunatna barwa. Musztarda okazała się rzeczywiście delikatna w smaku – powiedziałbym nawet, że słodycz lekko dominuje w niej nad ostrością (choć i jedno i drugie jest słabo wyczuwalne). Ma płynną konsystencję (ale w żadnym wypadku nie wodnistą). Raczej nie będę do niej wracał (a jeśli już, to rzadko), ale na pewno warto było spróbować. Amatorom łagodniejszych musztard z pewnością przypadnie do gustu. Ocena: 4/6.

Kamis musztarda sarepska 180 g (2 zł 39 gr, Topaz)
Testujemy Jedzenie #9 (9)Musztarda sarepska to chyba najpowszechniej stosowana musztarda na polskich stołach. Ostra, ale nie do przesady, dzięki czemu podkreśla smak potraw zamiast go nokautować, oraz bardzo aromatyczna. Jest przy tym uniwersalna – nadaje się do każdego rodzaju dań, do których w ogóle nadawać może się musztarda. Wersja firmy Kamis to klasyk nad klasykami. Niestety, mimo, że na etykiecie oznaczona jest jako ostra, dla mnie nieco zbyt łagodna (a pod względem odporności na ostrość nie należę do twardzieli). Forma szklanego słoiczka utrudnia wydobycie jej do końca, ale jako alternatywę dostajemy wyciskaną tubkę (sprawdzi się idealnie choćby przy hot-dogach). Ocena: 5/6.

Bake Rolls pizza 160 g (3 zł 60 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Moja ulubiona przekąska zaraz obok chipsów: pieczone plasterki chlebka obficie oprószone mieszanką przypraw o smaku pizzy. Można powiedzieć, że to coś w rodzaju smakowych sucharków. Są smaczne i bardzo chrupiące. Dla niektórych osób mogą okazać się zbyt twarde (plomby i słabe zęby – drżyjcie w posadach!). Szkoda też, że najczęściej zaledwie 1/3 chrupek prezentuje się tak, jak na opakowaniu – reszta znajduje się w wysoce niezadowalającym stanie kruszonki (stawiam na to, że trafiają takie do paczki prosto z taśmy produkcyjnej – opakowanie wydaje się solidne). Ocena: 5/6.