X

Nie porywają mnie mody czytelnicze. Nie sięgnąłem po Pięćdziesiąt Twarzy Greya E. L. James ani żadną pozycję Katarzyny Bondy, z całą pewnością nie sięgnę także po książki Blanki Lipińskiej – z tego, co o nich słyszałem (a słyszałem wiele – głównie bardzo, bardzo złych rzeczy) nie znalazłbym w nich dla siebie niczego interesującego. Swego czasu sięgnąłem za to po Remigiusza Mroza, którego wielu ludzi (bo czyta się to za łatwo, bo autor pisze za dużo, bo za dużo na tym zarobił) chętnie umieszcza w tejże ścisłej czołówce tzw. pisarzy psujących literaturę.

Niech nikogo nie zwiedzie fakt, że na swoich książkach zarobił kupę forsy. Mróz nie pisze dla kasy – jestem tego zupełnie pewien. To człowiek kompletnie owładnięty pasją opowiadania historii. Tak przynajmniej widzi się to mi po lekturze trzech jego książek – pierwszych częściach pięciotomowego cyklu z komisarzem Forstem. Przy pierwszej bawiłem się fantastycznie, przy drugiej – świetnie, przy trzeciej – dobrze, ale w dużej mierze dlatego, że przymykałem oko na pewne absurdy (przeprawa głównego bohatera przez Czarnego Delfina). I choć od tamtej pory na więcej książek Mroza nie miałem apetytu – najczęściej szukam w literaturze czegoś innego – to jednak mam o jego pisarstwie pozytywne zdanie.

Mróz potrafi pisać. Zdecydowanie. Wie, jak kreować ciekawe postaci, jak zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji, fascynować tajemnicami. Tworzy też niezłe tła dla rozgrywających się wydarzeń i prowadzi pełne ikry dialogi. Z pewnością nie jest to literatura dla czytelników poszukujących poetyckiej i filozoficznej głębi oraz kunsztownej estetyki językowej, niemniej ma swoje mocne strony. Jego książki to świetna alternatywa dla seriali i filmów sensacyjnych.

King, który jest pisarzem bardzo płodnym, sam uważa się nie za pracoholika, a po prostu za pisarza systematycznego. Przez wiele lat pisał 2 tysiące słów prozy dziennie, podczas gdy wielu pisarzy pomiędzy napisaniem jednej a drugiej książki robi sobie długie przerwy. Mróz bez wątpienia jest pracoholikiem – pomimo zaledwie 33 lat ma w swoim twórczym dorobku aż – jeśli dobrze liczę, a wszystko na to wskazuje – 39 książek.

Jest wielu malkontentów narzekających na to, że prym sprzedażowy wiodą właśnie książki Mroza, Bondy i Lipińskiej. Przez pewien czas stałem z nimi w jednym rzędzie, potem przejrzałem na oczy i ujrzałem w nich nadzieję dla polskiego czytelnictwa. 60 procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku nawet jednej książki. Być może ci, którzy – choćby z czystej ciekawości – ulegną boomowi na czytanie powieści wyżej wymienionych, przekonają się, że książki nie gryzą i z czasem zechcą sięgnąć po coś ambitniejszego? Nikt nie zaczyna przecież przygody z literaturą od Marcela Prousta, Brunona Schulza i Jamesa Joyce’a. Podejrzewam zresztą, że to właśnie przerabianie w szkole lektur na wysokim poziomie odstrasza potencjalnych czytelników przed sięganiem po literaturę – kojarzy im się ona potem z czymś mało przyjemnym, a często wręcz z udręką.

Warto pamiętać, że wspaniałe książki znajdziemy nie tylko wśród uznanych klasyków i nowości wydawniczych, ale także wśród dzieł twórców zapomnianych. Książki niektórych z nich można kupić na rynku wtórnym za kilka złotych. Ostatnio wzbogaciłem swoją biblioteczkę o trzy takie pozycje (za każdą z nich zapłaciłem – włączając to koszt wysyłki – poniżej dychy). Były to: Noweletki Jerzego Krzysztonia (zbiór króciutkich opowiadań, w dużej mierze wybornych), Zatrute studnie Kazimierza Truchanowskiego (wielce osobliwa, schizofreniczna proza z gatunku weird fiction), oraz Uwierzenie moje Andrzeja Babińskiego.Andrzej Babiński - Uwierzenie mojeChciałbym opowiedzieć o tej ostatniej książce. Babiński był poznańskim poetą wyklętym, który po swojej śmierci w roku 1984 niemal całkowicie zniknął ze świadomości czytelniczej (gdyby nie fakt, że przyjaźnił się ze słynnym jak cała Polska długa i szeroka Edwardem Stachurą, prawdopodobnie nie pozostał by po nim niemal ślad). Babiński pozostawił po sobie bardzo skromny objętościowo twórczy dorobek – dwa wydane za jego życia tomiki wierszy oraz bliżej nieokreśloną ilość listów i luźnych zapisków, wciąż oczekujących na kogoś, kto podejmie się zredagowania i wydania ich (Zofia Kucówna w książce pt. Zatrzymać czas wspomina o dedykacji, którą Babiński napisał na podarowanym jej tomiku wierszy. Napisał tam: ”Mam malutkie już życzenie – uporządkować i dopracować warsztatowo dwanaście kilogramów zapisków i karteluszków. Jedną trzecią równą Norwidowi już widziałem, będę szukać dalej”).

Uwierzenie moje poza tym, że daje przedsmak tego, co skrywają rzeczone zapiski, oferuje czytelnikowi możliwość zapoznania się z wierszami Babińskiego w różnych fazach ich rozwoju. Poeta pracował nad swoimi utworami przez całe lata, nieraz dokonując w nich bardzo daleko idących zmian. Forma książki sprawia, że przypadnie do gustu raczej koneserom niż przeciętnym miłośnikom poezji. Kto chce zaznajomić się z twórcą, powinien raczej sięgnąć po najpełniejszy zbiór jego utworów – Znicze i inne wiersze.

Zresztą, sama poezja Babińskiego również nie należy do łatwych. Powiedziałbym wręcz, że jest to poezja ekstremalna. Tylko ludzie posiadający mnogość własnych jątrzących się ran i otchłannie otwarci poprzez nie na ból drugiego człowieka będą w stanie pojąć grozę opisanych w niej doświadczeń: lęku o los całej planety, odrzucenia, samotności, pragnienia śmierci. Jeśli już w twórczości tej pojawia się przebłysk słońca – a pojawia się rzadko – to chwilami wydaje się, że tylko po to, by rzucić światło na katastrofalny rozmiar strat, jeszcze wymowniej zaakcentować ich potęgę.

Wielka szkoda, że temu niezwykle osobliwemu i utalentowanemu twórcy nie dane było w pełni rozwinąć skrzydeł. Uniemożliwiała mu to choroba (schizofrenia paranoidalna; Babiński cierpiał m. in. na urojenia katastroficzne i prześladowcze oraz obsesję śmierci), równie wyniszczająca, nieodwzajemniona miłość do młodszej o dekadę Krystyny Orłow, wreszcie: samobójcza śmierć – 14 maja 1948 roku, w wieku zaledwie 46 lat, poeta popełnił samobójstwo skacząc na betonowe nabrzeże z mostu Królowej Jadwigi.

Babiński pisał tak, jakby całe życie przesiedział na jego barierce, ze zwieszonymi w dół nogami, rozważając za i przeciw, zbierając się na odwagę. Tak, jakby każdy wers miał być tym ostatnim. Głęboko wierzę, że z czasem zyska należne mu uznanie.

W lutym miały swą premierę kinową dwa supergnioty: 365 dni na podstawie książki Blanki Lipińskiej pod tym samym tytułem, oraz film biograficzny o życiu Zenka Martyniuka pt. Zenek. W chwili, gdy piszę te słowa, 80% użytkowników portalu Filmweb oceniło film Zenek na 1/10 punktów. Jego średnia ocena to 2,0. Myślę, że w kilkumiesięcznej perspektywie czasowej ma szansę dorównać, a nawet przebić film Yyyreek!!! Kosmiczna nominacja (średnia z kilkunastu tysięcy ocen – 1,4), który w pewnych kręgach uchodzi za jedyny na świecie film nie do obejrzenia bez wsparcia środków psychoaktywnych.

Nie zamierzam oglądać żadnej z tych produkcji – szkoda mi na nie czasu. Moja dziewczyna była na pierwszym z nich (poszła nań dla zgrywy, z koleżanką) i oznajmiła mi, że nigdy w życiu nie widziała równie wielkiego dna; biedaczka nacierpiała się za nas oboje. Chciałbym jednak poświęcić chwilę refleksji temu niesamowitemu zjawisku, jakim jest ogromny sukces kasowy tragicznie słabych filmów.

Pewne tematy są tak nośne, że nie ważne, jak bardzo zły film nakręci się na ich podstawie – widzowie i tak będą walili do kin drzwiami i oknami napychając kabzę tym, którzy takiego gniota spłodzili. Myślę, że najwyższy już czas, żeby powołać do istnienia organ, który mógłby nazywać się na przykład Komisją ds. kontroli jakości filmów. Komisja taka – złożona z krytyków filmowych – miałaby za zadanie obejrzeć każdy film przed jego premierą kinową i zdecydować o tym, czy jest na tyle dobry, by dopuścić go do obrotu. Nie chodzi mi bynajmniej o to, żeby dopuszczać do kin tylko arcydzieła kinematografii – przeciętny człowiek (w tym ja sam) nie jest w stanie żyć samą wysoką sztuką; uważam po prostu, że powinno istnieć pewne minimum przyzwoitości. Gdyby średnia ocena danego filmu plasowała się poniżej 4 punktów na 10, jego twórca dostawałby odmowę i mógłby co najwyżej zamieścić go na YouTube – przy czym zarobiłby o wiele mniej pieniędzy. Taki zabieg z pewnością solidnie zmotywowałby reżyserów do solidniejszej pracy. Może to tylko marzenia ściętej głowy… a może nie.

Można oczywiście powiedzieć, że ostatecznego wyboru dokonuje widz, i że skoro pozwala on wciskać sobie nawet najgorszy syf – ba, jeśli jeszcze za niego płaci – sam jest sobie winien i nikt nie powinien nad jego decyzją ubolewać. Coś w tym jest. Uważam jednak, że nie samym chlebem człowiek żyje, i że skoro istnieją normy jakości dla produkcji jedzenia, takie same powinny istnieć dla strawy duchowej masowego odbiorcy – filmu.

IX

Styczeń przeminął, luty doszedł do jednej trzeciej swojej długości, a póki co od początku zimy śnieg w miejscu gdzie mieszkam, nie przeleżał dłużej, niż kilka godzin, zaś same opady w tym sezonie grzewczym widziałem zaledwie trzykrotnie. Brak również kilkunastostopniowych mrozów (choć nie to, żebym za nimi tęsknił; węgiel i drewno mają swoją cenę). Mimo iż mieszkamy w łagodnej strefie klimatycznej i o największych zmianach klimatycznych słyszymy w telewizji i Internecie, tej jednej doświadczamy właśnie na własnej skórze.

Ze swojego dzieciństwa (urodziłem się w 1989 roku) pamiętam zimy mroźne i pełne śniegu. Pamiętam lepienie bałwanów oraz igloo, rzucanie się śnieżkami, grube i długie sople zwisające z dachów, ślizgawki na rozlewiskach i zamarzniętej rzece, a także jazdę na sankach i przejeżdżające ulicą kuligi. Wątpię, żeby dzieci osób z mojego pokolenia miały mieć podobne wspomnienia z tej pory roku. Tegoroczna zima przypomina późną jesień albo wczesną wiosnę. Gdzieniegdzie zaczynają kwitnąć drzewa, a w niektórych lasach pojawiły się nawet kurki (niektórzy przebąkują coś o borowikach, ale im akurat nie daję nawet grama wiary).

Podejrzewam, że w lutym spadnie trochę śniegu, że mróz na kilka dni ściśnie świat w swoich lodowych kleszczach… po czym wszystko to rozpuści się i wsiąknie w ziemię, znikając bez śladu. Pozostawią po sobie pytanie: jeśli tak duże zmiany zaszły na przestrzeni zaledwie 20 lat, to jak sytuacja ewoluuje w ciągu następnych dwóch dekad – pytanie palące tym bardziej, że tempo zmian rośne? Jak zmienią się inne pory roku? Co z latem? Czy czekają nas susze? A może ulewy?

Nie to, żeby przeszkadzał mi brak zimy. Prawdę mówiąc, z biegiem czasu stałem się zmarzluchem i na widok słońca w styczniu mam ochotę tarzać się po chodniku jak moje koty (na zdjęciu trójka z piątki leniąca się w najlepsze w jeden z cieplejszych dni; nie wiem, ile pokazywał termometr, ale spokojnie można było spacerować bez kurtki). Martwię się jednak, bo wiem, że za tym pozornie miłym obrotem rzeczy kryje się coś złowieszczego.IX (1)Ostatnimi czasy zdecydowałem się na ponowną lekturę kilku powieści Stephena Kinga, które to powieści pierwszy i ostatni raz czytałem jeszcze w czasach gimnazjum – a więc przez ponad 16 laty! Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nie pamiętałem z nich niemal niczego, toteż odkryłem je na nowo. Sprawiło mi to ogromną frajdę, tym bardziej, że mówimy o takich pozycjach, jak: Miasteczko Salem, Martwa strefa, Christine czy Lśnienie – a więc jednych z najważniejszych w dorobku pisarza.

King jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Jak każdy bardzo płodny twórca, ma w swoim pisarskim dorobku zarówno pozycje lepsze, jak i gorsze, jednak przewaga pierwszych nad drugimi jest miażdżąca. Kiedy ląduję w łóżku z jego książką (bo to właśnie tam czytam zdecydowanie najwięcej) wiem, że czeka mnie świetna przygoda – i kilkanaście godzin wyłączenia z rzeczywistości.

Choć Kinga nazywa się królem książkowego horroru, to według mnie największym jego osiągnięciem pisarskim nie jest straszenie czytelników nadnaturalną grozą. Cenię jego prozę przede wszystkim dzięki jej walorom obyczajowym i grozie, którą wzbudza człowiek sam w sobie, a nie maszkary takie jak wampiry, demony, itd. King posiada niezwykłą znajomość natury ludzkiej i potrafi kreować głębokie, moralnie niejednoznaczne postaci. Nie jest to oczywiście talent na poziomie Dostojewskiego, ale z pewnością na miarę historii, które opowiada – kreacje te pasują jak ulał do literatury czysto rozrywkowej. Po drugie, jak nikt inny potrafi sportretować życie małych miasteczek – oddać panująca w nich senną atmosferę, skomplikowaną sieć relacji łączącą ich mieszkańców, ich specyficzną mentalność. Nie mam wątpliwości, że – wbrew opiniom malkontentów – wiele jego książek przetrwa próbę czasu, zyskując miano klasyków grozy – tak jak kilka powieści Agathy Christie stała się klasyką kryminału.

Do przeczytania pozostało mi już niewiele książek mistrza – 6 z 7 części cyklu Mroczna Wieża i pięć powieści (w tym dwie napisane w duecie z innymi pisarzami). Przyznam, że to dość smutna świadomość – wiąże się bowiem z poczuciem przebycia fantastycznych przygód… Na szczęście do swoich ulubionych książek będę mógł wrócić. Podejrzewam, że przeczytawszy je za kolejne półtorej dekady zaznam niemal takiej samej rozkoszy, jakiej zaznałem robiąc to po raz pierwszy.

Każdego roku wraz z nastaniem sezonu grzewczego przepraszam się trochę z telewizją. Nie na tyle, żeby oglądać wieczorne wydanie wiadomości (jeśli chcę wiarygodnych, rzetelnych informacji o otaczającym mnie świecie korzystam z Internetu) ani nie na tyle, żeby oglądać filmy poszatkowane kilkunastominutowymi blokami reklamowymi (czy ktokolwiek ogląda jeszcze filmy w telewizji? Serio?), ale od czasu do czasu na którymś z kanałów leci coś wartego uwagi.

Lubię Gwiazdy lombardu. Jest tam wprawdzie trochę żenującego humoru sytuacyjnego, niemniej starocie interesują mnie niezmiernie. Uwielbiam Drwali (m. in. dlatego, że nie ma to jak oglądać czyjąś harówkę siedząc w ciepłym i wygodnym fotelu). Rajcują mnie Wojny magazynowe (odczuwam ogromną ekscytację na myśl o skarbach, które kryją się w zapomnianych skrytkach). Najbardziej zaś ukochałem sobie programy dokumentalne dotyczące życia zwierząt (których to programów jest niestety jak na lekarstwo).

Od czasu do czasu oglądam również seriale paradokumentalne. Nie dlatego, żeby pociągały mnie ich fabuły czy poziom wykonania, ale ponieważ bezskutecznie staram się uwierzyć w to, jak nisko upadła telewizja, i co pozwalają sobie serwować (ba, czego łakną!) jej widzowie. Omijam jednak szerokim łukiem wszystkie programy muzyczno-rozrywkowe (z roku na rok coraz bardziej krzykliwe, kolorowe i głupie) – ich nie byłbym w stanie znieść.

Od kilku lat na kanale Focus TV emitowany jest program pt. Starożytni kosmici. Nazwa ta odrzucała mnie tak bardzo, że ani razu nie zdobyłem się na odwagę do obejrzenia go. Ostatnimi czasy uległo to zmianie – ot, program leciał, a ja byłem zbyt leniwy, żeby podnieść się i zmienić kanał (pilot wyzionął ducha dawno temu).

Występujący w programie ”badacze” (nawet ”badacze” ujęci w cudzysłów to zresztą zbyt wielkie słowo – człowiek nauki powinien bowiem kierować się sceptycyzmem, ludzie ci zaś traktują mity pozostawione przez dawne kultury jako pożywkę dla swoich wybujałych fantazji) twierdzą, że w zamierzchłych czasach ludzkość pozostawała w kontakcie z kosmitami, którzy sterowali jej rozwojem. To oni mieli pomagać ustawiać mieszkańcom Wyspy Wielkanocnej ich słynne megalityczne posągi, pomagać Egipcjanom wznosić piramidy, itd. Ba – według co najmniej jednego z występujących w programie ”uczonych” pewne przesłanki wskazują na to, że dzięki wiedzy dostarczanej przez kosmitów w zamierzchłych czasach ludzkość stanęła na niewyobrażalnym dla nas stopniu rozwoju cywilizacyjnego (oczywiście czerpała też garściami z energetyki jądrowej).

Nigdy do tej pory nie miałem styczności z tak ogromnymi, zatrważającymi wręcz idiotyzmami. Sposób, w jaki występujący w programie ”badacze” interpretują pradawne mity religijne o bogach zstępujących z nieba itd., nie ma żadnego (lub prawie żadnego) związku z rzetelną metodologią naukową – to tylko i wyłącznie życzeniowe bajdurzenie rozgorączkowanych fantastów, w najmniejszym nawet stopniu nie zainteresowanych budowaniem obrazu świata opartym na racjonalizmie. Najsmutniejsze jest zaś to, że ów polany kosmicznym sosem stek bzdur wydaje się być ulubioną strawą telewidzów – na portalu Filmweb Starożytni kosmici mają ocenę 7,6 na 10.

Walter Isaacson – ”Leonardo Da Vinci”

Walter Isaacson - ''Leonardo Da Vinci'' (1)Niewielu ludzi jest bardziej fascynujących od geniuszy. Ich niezwykły sposób myślenia, kreatywność, potężny intelekt oraz pracowitość przekładają się na odkrycia i dokonania, które rewolucjonizują nasze spojrzenie na świat, odmieniają nasze życie codzienne oraz dostarczają nam wyrafinowanych rozkoszy estetycznych. Co dokładnie stoi za ich niesamowitymi osiągnięciami? Jak gorejąca w nich iskra wpływa na ich życie? Jakimi ludźmi są prywatnie?

Większość niezwykłych umysłów zapisała się złotymi zgłoskami w dziejach świata za sprawą działalności w jednej dziedzinie nauki lub sztuki. Einstein był wybitnym fizykiem który sformułował teorię względności, Bosch – mistrzem pędzla spod którego wyszedł zapierający dech w piersiach Ogród rozkoszy ziemskich, Chopin był wirtuozem fortepianu, itd. Raz na jakiś czas pojawia się jednak człowiek obdarzony zainteresowaniami i talentami tak wszechstronnymi, że można byłoby obdzielić nimi całą grupę ludzi. Jednym z ich był żyjący w XV wieku Leonardo Da Vinci – malarz, mechanik, wynalazca, anatom, geolog, architekt, pisarz, filozof, matematyk i muzyk.

W poszczególnych rozdziałach autor skupia się na dwóch rzeczach: życiu Leonarda oraz jego działalności naukowo-artystycznej. Na temat życia geniusza wiadomo stosunkowo niewiele – trzeba jednak przyznać, że autor zrobił, co tylko mógł, żeby opisać koleje jego losu i przedstawić możliwe wersje wydarzeń tam, gdzie nie udało mu się ustalić ich przebiegu. W książce znajdziemy wiele barwnych opisów perypetii Leonarda z jego zleceniodawcami i protektorami. Autor bardzo zgrabnie opisał również czasy i miasta, w których żył Leonardo – począwszy od Florencji, przez Mediolan, na Rzymie skończywszy.

Leonardo przez niemal całe życie prowadził notesy, które służyły mu do zapisywania swoich obserwacji i pomysłów oraz wykonywania szkiców. Do dzisiaj zachowało się ok. 7200 stron takich zapisków; prawdopodobnie jest to zaledwie jedna czwarta wszystkich z nich. Jak na ironię losu, choć Leonardo wyprzedzał swoją epokę o całe wieki, notatniki nie wpłynęły nijak na rozwój nauki i sztuki. Po jego śmierci zmieniały właścicieli i nie zostały ogłoszone drukiem przez najbliższych kilkaset lat. W większości stanowią więc zbiór nieurzeczywistnionych wizji i nierozpowszechnionej wiedzy (wiele odkryć poczynionych przez Leonarda inni ludzie odkryli na nowo setki lat później). Poza arcydziełami malarskimi to właśnie one są jedynym zachowanym świadectwem jego geniuszu, siłą rzeczy analiza zainteresowań i pracy geniusza sprowadza się więc przede wszystkim do nich.

Jedną z największych zalet biografii polihistora jest to, że ukazuje go nie jako półboga (jak chciałoby go widzieć wielu zachwyconych jego kunsztem ludzi), ale obarczoną wieloma wadami istotę ludzką. Największą wadą mistrza była jego nieumiejętność skoncentrowania się na jednym problemie lub projekcie aż do zakończenia go. Wiele potencjalnych arcydzieł malarskich Leonarda nie doczekało się realizacji z dwojakich przyczyn: po pierwsze, autor porzucał pracę nad nimi dla czegoś innego. Tym czymś mogło być dosłownie wszystko – od próby rozwiązania problemu kwadratury koła, przez wiry wodne, na perspektywie skończywszy. Drugą z przyczyn był jego perfekcjonizm i umiłowanie piękna – realizacja wizji musiała być równie wspaniała, co ona sama, dlatego namalowanie niektórych obrazów zajmowało mu nawet kilkanaście lat! Jeśli mistrz w trakcie pracy nad realizacją jakiegoś projektu stwierdzał, że jego rozmach zdecydowanie przekracza jego możliwości, porzucał go.

Bardzo dużo miejsca autor poświęcił analizie obrazów Leonarda – m. in. Damy z gronostajem, Zbawiciela świata, Ostatniej wieczerzy, Świętej Anny Samotrzeciej i, oczywiście, Mona Lisy. Za każdym razem jest to analiza niezwykle wnikliwa – czytelnik dowie się nie tylko o stosowanych przez mistrza technikach, ale zapozna się z niuansami i meandrami kompozycji. Osobiście byłem niezwykle zaskoczony tym, jak wiele dostrzec można w malowidłach posiadając pewne zaplecze, przygotowanie. Drobiazgowe i pełne swady opisy autora stanowią zachętę samą w sobie, by wyrobić sobie zdolność do samodzielnej kontemplacji malowideł.

Większość osób zainteresowanych Leonardem słyszała wiele o jego homoseksualizmie, wegetarianizmie, o lustrzanym piśmie, którym sporządzał notatki z uwagi na swoją leworęczność. Autor poświęca sporo uwagi również tym – odróżniającym go od większości ludzi – cechom. Czytelnik dowie się również o kilku innych – na przykład o tym, że Leonardo uwielbiał ubierać się w kolorowe szaty – jednym z jego ulubionych strojów były… różowe tuniki. Najbardziej zdumiewający jest chyba fakt, że mistrz nie był wolny od słabości intelektu – nie posiadał zdolności do abstrakcyjnego myślenia matematycznego i mimo nauk pobieranych u przyjaciela, nie potrafił w satysfakcjonującym go stopniu opanować mnożenia pierwiastków kwadratowych (nie mówiąc już o sześciennych). Nigdy nie nauczył się również władać w satysfakcjonującym stopniu łaciną.

Wszystkich czytelników ciekawych psychiki Leonarda czeka jednak spory zawód – niezmiernie mało miejsca w swych zapiskach poświęcił na analizowanie własnego wnętrza. Jego uwaga była niemal w całości skupiona na świecie zewnętrznym. Właściwie jedynym naprawdę ciekawym tropem psychologicznym jest irracjonalny lęk przed apokaliptycznym potopem, który miał ogarnąć całą planetę i zniszczyć wszelkie życie na niej, a któremu to lękowi Leonardo od czasu do czasu dawał wyraz w swoich zapiskach i rysunkach. Temat powracał szczególnie często pod koniec jego życia – stanowił zapewne ujście dla grozy przepełniającej go po tym, jak doznał udaru i oczekiwał zbliżającej się śmierci. Stosunkowo niewiele wiadomo również na temat życia uczuciowego Leonarda. Pewne jest, że gustował w dużo młodszych, atrakcyjnych fizycznie mężczyznach, pozostaje jednak zagadką, czy w związkach z nimi szukał prawdziwej miłości, czy też wyłącznie czułości, seksu i przyjaźni.

W książce znalazło się 150 kolorowych ilustracji, przedstawiających karty notatników Leonarda, jego dzieła malarskie, itd. Na mnie największe wrażenie wywarły szkice inżynieryjne i anatomiczne (w ciągu swojego życia mistrz przeprowadził kilkadziesiąt sekcji zwłok; powodowała nim czysta ciekawość oraz pragnienie poznania układu mięśni celem jak najlepszego portretowania na płótnach ludzkich sylwetek).

Biografia Da Vinciego pióra Isaacsona stanowi prawdziwą kopalnię niezwykle rzetelnej wiedzy na temat osoby, życia i twórczości fascynującego człowieka renesansu. Jeśli lubicie czytać o niezwykłych ludziach i szukacie lektury, która da wam natchnienie, sięgnijcie po nią koniecznie. Tym bardziej, że to naprawdę solidna cegła – ma aż 800 stron.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Insignis

Agatha Christie – ”Trzynaście Zagadek”

Agatha Christie - ''Trzynaście Zagadek''We wtorkowe wieczory w domu panny Jane Marple zbiera się grupka dobrych znajomych. W trakcie jednego ze spotkań pada propozycja, żeby każdy z obecnych przedstawił w formie zagadki nierozwiązaną przez organy ścigania historię kryminalną, z którą los zetknął go osobiście. Pozostali mają zaś za zadanie przedstawić ich rozwiązanie. Wszyscy z radością przystają na propozycję tej niecodziennej, zapewniającej dreszczyk emocji zabawy.

Każda z postaci uczestniczących w spotkaniach ma inną, ciekawą profesję, i podchodzi do rozwiązania łamigłówek z innym podejściem, spogląda na nie bowiem przez pryzmat swojego doświadczenia zawodowego i – często jeszcze bardziej – swej osobowości. Mamy emerytowanego inspektora Scotland Yardu, pastora, adwokata, obdarzonego bujną wyobraźnią pisarza, rozegzaltowaną malarkę, oraz starą pannę Jane Marple. Mniej więcej w połowie książki następuje drobna zmiana scenerii i części postaci przy jednoczesnym zachowaniu formuły. Rozmowy przenoszą się z salonu panny Marple do domu państwa Bantry. Poza gospodynią i jej mężem pułkownikiem, do głosu dochodzą tam kolejne postaci: doktor Lioyd i śliczna, ale niezbyt rozgarnięta gwiazda teatru. Jak widać, rozrzut osobowości i profesji jest bardzo duży. Trzeba też dodać, że Christie posiadała niezwykły dar umiejętnego portretowania postaci za pomocą zaledwie kilku pociągnięć pióra. Wystarczą dwa czy trzy dialogi pomiędzy postaciami by zrozumieć, z jakimi charakterami mamy do czynienia.

Główną bohaterką książki jest sędziwa panna Marple – bohaterka kilkunastu książek Christie. Ta niepozorna starsza kobieta okazuje się mistrzynią w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych – co zawdzięcza połączeniu praktycznej (i dość smutnej) mądrości życiowej oraz głębokiej znajomości natury ludzkiej z niezwykłym talentem dedukcyjnym i ponadprzeciętną bystrością obserwacji. Na trop rozwiązania naprowadzają ją wspomnienia różnych intrygujących wydarzeń (dla innych ludzi najczęściej banalnych) z miejsca, w którym spędziła całe swoje życie – miasteczka St Mary Mead. Niezwykłość jej skojarzeń dodaje opowieściom ciekawego kolorytu. Główna bohaterka z uwagi na swoją osobowość wprowadza też do opowieści dużo czysto ludzkiego ciepła.

Formuła książki sprawdza się wprost wyśmienicie – czytelnik czuje się tak, jakby sam uczestniczył w spotkaniu z wyśmienitymi osobistościami. Podczas lektury niemal słychać ogień buzujący w kominku i czuć zapach starych drewnianych mebli. Wrażenie jest o tyle istotne, że czytelnik jest kolejnym (tyle, że nieznanym postaciom) członkiem zabawy – niektóre z historii ma szanse rozwikłać samodzielnie, co sprawia – jeśli jest odpowiednio zakręcona – że chłonie się ją ze szczególnym zainteresowaniem.

Nie wszystkie opowiadania składające się na Trzynaście zagadek spełniają ten wymóg. Na szczęście w przypadku większości z historii, których rozwiązania nie sposób wydedukować samodzielnie, z łatwością idzie docenić ich wyrafinowanie. Zaliczają się do nich na przykład Zbrodnia i ryby oraz Błękitne geranium. Dwa czy trzy opowiadania dyskredytuje nieco fakt, że przedstawione w nich historie nie miałyby szansy wydarzyć się w rzeczywistości – są po prostu zbyt absurdalne. Jeśli jednak podejdziecie do lektury z nastawieniem, że literatura bywa tylko literaturą (podejście zalecane przy lekturze wielu książek królowej kryminału, i one zapewnią wam sporo dobrej zabawy.

Trzynaście zagadek to zdecydowanie jeden z najciekawszych i najlepszych zbiorów opowiadań Christie. Zawiera tylko utwory frapujące i bardzo frapujące, a przy tym posiada niezwykłą formułę. Miłośnicy dobrych kryminałów i krótkiej formy – szczególnie ci lubiący czytać do poduszki – powinni zaopatrzyć się w zbiór koniecznie. Tych opowiadań się nie czyta, je się po prostu pałaszuje!

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Wydawnictwo Dolnośląskie

Stephen King – ”Regulatorzy”

Stephen King - ''Regulatorzy''Malutkie amerykańskie miasteczko Wentworth przeżywa najazd postaci z kreskówki pt. MotoGliny 2200. Postaci z bajki nie są jednak nastawione przyjaźnie: natychmiast po pojawieniu się rozpoczynają krwawą rzeź mieszkańców. Atakują falowo – po uderzeniu (każde jest coraz silniejsze) następuje odwrót, w trakcie którego ich ofiary mogą zastanowić się, co tak naprawdę się dzieje i jak mogą ocalić swoje życie. Czasu mają niewiele…

Pierwsze rozdziały opisują prowincjonalną sielankę ludzi, którzy spełnili swój amerykański sen. Mamy tu wszystko, co moglibyśmy ujrzeć na pocztówce kupionej w małym, amerykańskim miasteczku: chłopca rozwożącego gazety, drużynę małej ligi grającą w baseball, mężczyznę koszącego perfekcyjnie zielony trawnik. Jak można się tego spodziewać: idylla ta jest tylko powierzchowna. Pod cienką warstwą sąsiedzkiej sielanki toczy się drugie, mroczniejsze życie, na które składają się takie elementy, jak: zdrada, rodzinna tragedia, niesłuszne zwolnienie z pracy, samobójstwo.

Wszystko to – całe to pozorne, wszechobecne szczęście – pryska jak bańka mydlana już po około dwudziestu stronach. Wydarzenia toczą się bardzo szybko, a trup ściele się gęsto. Niestety, tym razem King nie poświęcił należytej ilości czasu i pracy sportretowaniu postaci, przez co prawie każda z nich jest tylko imieniem i nazwiskiem, nie zaś kimś, z kim czytelnik czuje się w jakikolwiek sposób związany i na kim mu zależy. Wielka szkoda; nie ulega wątpliwości, że pod tym względem potencjał tkwiący w pomyśle został bardzo zaniedbany.

Regulatorzy to prawdziwa krwawa jatka. Postaci są nie tyle zabijane, co po prostu masakrowane. Tu pada dziesięciolatek, tam chwilę wcześniej ganiający za frisbee pies, jeszcze w innym rozdziale monstrualnej wielkości kula niemal odrywa kobiecie ramię, itd. Przemoc jest jednak tak makabryczna i groteskowa, że nie wywołuje u czytelnika wstrząsu – przywodzi raczej na myśl horrory klasy C. Moją ulubioną sceną jest ta, w której pewna kobieta zostaje postrzelona z broni tak wielkiego kalibru, że pozostają z niej tylko buty i kilkadziesiąt litrów gęstej mazi.

Strasznych momentów jest w powieści niewiele. Autentyczny niepokój wywołuje właściwie tylko opis wyprawy do starej kopalni. Wszelakie atakujące bohaterów potwory – takie jak hieny czy dziki – są raczej groteskowe niż straszne (choć trzeba przyznać, że z uwagi na ich specyfikę nie można odmówić im niezwykłej oryginalności). Jeśli już tratować Regulatorów jako horror, to raczej jako ten z rodzaju gore.

King bardzo ciekawie wkomponował w główny nurt opowieści niewielkie tekściki, takie jak fragmenty fikcyjnych artykułów prasowych, dziennik jednej z bohaterek, listy czy scenariusz odcinka serialu animowanego, z którego pochodzą upiorni mordercy, itd. Dzięki temu czytelnik może lepiej wczuć się w klimat utworu i zrozumieć przyczynę rozgrywających się, pozornie absurdalnych wydarzeń. Trzeba też przyznać, że niektóre z tych wstawek stanowią jedne z najlepszych fragmentów powieści.

Opis fabuły nie nastraja optymistycznie do lektury książki. Przeczytawszy go pomyślałem, iż brzmi to zupełnie niepoważnie, i że raczej nie powinienem oczekiwać naprawdę dobrych wrażeń. Mimo miejscami bardzo chaotycznej narracji trzeba przyznać, że sam najazd postaci z bajki dla dzieci został przez Kinga uzasadniony niezwykle sprawnie i ciekawie.

Regulatorzy to ostatnia, piąta książka, którą King wydał pod pseudonimem Richard Bachman. Ma związek z inną powieścią, która autor wydał w mniej więcej tym samym czasie tyle, że pod własnym nazwiskiem – z opasłą Desperacją. Związek ten jest jednak na tyle luźny, że do zrozumienia jednej nie potrzeba lektury drugiej, i odwrotnie.

Regulatorzy to bez dwóch zdań jedna z najbardziej zwariowanych książek Kinga, nie dziwi więc, że znaczna część czytelników ma do niej skrajny stosunek: albo uznaje ją za gniota, albo docenia za brawurowy popis niczym nieskrępowanej wyobraźni. Moja ocena jest nieco bardziej wyważona. Uważam, że powieść jest warta sprawdzenia – ci, którzy będą w stanie podejść do lektury z dystansem, odnajdą w niej sporo rozrywki z gatunku ”jazda bez trzymanki”, reszta będzie mogła poznać autora od strony, z jakiej nie poznacie go przy lekturze reszty jego książek. Gdyby King podszedł do napisania tej historii z większą dozą cierpliwości, realizując w pełni tkwiący w pomyśl potencjał, wyszłaby wyśmienicie.

Ocena: 6/10 (dobra)

***

Okładka: Albatros.

Stephen King – ”Christine”

Stephen King - ''Christine''Podczas powrotu z pracy wakacyjnej siedemnastoletni Arnie Cunningham dostrzega wystawiony na sprzedaż wóz – plymouth fury z 1958 roku. Pomimo jego fatalnego stanu zachowania zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia i kupuje go niemal od ręki. Bliscy nastolatka są temu przeciwni od samego początku – jego matkę przeraża fakt, że syn po raz pierwszy w życiu wyrywa się spod jej władzy, a jedyny przyjaciel Dennis jest rozczarowany tym, że Arnie spędza z nim coraz mniej czasu. Auto wywołuje w nich również dziwną, pozornie pozbawioną podstaw niechęć. Jak się jednak z czasem okazuje, jest ona w pełni uzasadniona…

W świadomości ogółu czytelników Christine uchodzi za powieść o samochodzie-zabójcy. Trzeba przyznać, że brzmi to dość groteskowo… ale na szczęście tylko w teorii. King już wiele razy udowodnił, że jest w stanie stworzyć niezwykłą opowieść na kanwie pomysłu, który setkom tysięcy innych pisarzy pozwoliłby co najwyżej na spłodzenie grafomańskiego banału (czy wyobrażacie sobie, jak potraktowałby ten temat na przykład Guy N. Smith?). Powiedzieć więc, że Christine to powieść o samochodzie-zabójcy, to jak powiedzieć, że Anna Karenina jest powieścią o miłości – czyli nie powiedzieć nic. Tytułowe auto jest zaledwie środkiem ruchu, którym czytelnik przemierza świat blasków i cieni okresu dorastania w realiach amerykańskiego miasteczka końcówki lat ’70. Będzie to szybka jazda drogą pełną wybojów oraz ostrych zakrętów… a na dodatek bez zapiętych pasów bezpieczeństwa.

W chwili, gdy poznajemy bohaterów powieści, trwają wakacje poprzedzające ostatni rok ich nauki w liceum. W tle wydarzeń unosi się więc melancholia niezmiennie towarzysząca opuszczaniu na zawsze krainy dzieciństwa dla krainy dorosłości. Gdy wakacje dobiegają końca, część akcji przenosi się do szkoły. Rozdziały te przepełnia niepowtarzalny klimat stanowiący mieszankę rozegzaltowanej młodości, humoru opartego na wulgarnych odzywkach i dobrodusznych koleżeńskich uszczypliwościach, zagrożenia w postaci szukających zaczepki łobuzów, oraz powabu roztaczanego przez powoli rozkwitające dorosłą urodą dziewczęta.

Christine w znacznej części opowiada o młodzieńczej, męskiej przyjaźni – przyjaźni bardzo nietypowej, bo łączącej dwójkę kompletnie różniących się od siebie chłopaków. Dennis to typowe dziecko szczęścia – jest zdolny, sprawny fizycznie, gra w szkolnej drużynie futbolowej i ma powodzenie u dziewcząt, podczas gdy Arnie jest brzydkim, pryszczatym popychadłem i kujonem, którego płeć piękna omija szerokim łukiem. Ta niezwykła relacja jest bardzo wiarygodna psychologicznie, choć jej racja bytu – jej podstawa – staje się w pełni jasna dopiero pod koniec opowieści.

Na równi z dwójką ludzkich bohaterów stoi tytułowy samochód – obiekt spontanicznej, ślepej, irracjonalnej miłości Arniego. Maszyna od samego początku wywołuje w ludziach bliżej niesprecyzowaną niechęć – jest nie tylko szpetna, ale zdaje się posiadać niepokojący atrybut: osobowość. I to osobowość wyjątkowo zaborczą, oraz… niebezpieczną. Wszyscy podświadomie wyczuwają, że to, co łączy chłopaka z samochodem, stanowi nie jednostronną niezdrową sympatię, a coś w rodzaju relacji – relacji z toksyczną kobietą. Im większe postępy w naprawianiu jej czyni Arnie, tym bardziej poprawia się jego fatalna cera, a co za tym idzie – wzrasta jego pewność siebie, co pociąga pozornie pozytywne zmiany w jego życiu. Wszyscy poza Arniem widzą jednak, że to, co daje mu Christine, jest niczym w porównaniu z tym, co bierze. Niestety, wszelkie próby otwarcia mu oczu kończą się waśniami i powodują, że chłopak odsuwa się od najbliższych i z dnia na dzień żyje coraz bardziej we własnym, nieodgadnionym dla nich świecie.

Upiorność samochodu jest bardzo umiejętnie budowana i podkreślana na przestrzeni całej powieści. Christine wzbudza w czytelniku fascynację – jest niebezpieczna, tajemnicza… i na swój sposób piękna. Rozdziały opisujące popełniane przez nią morderstwa są wprawdzie dość krótkie, ale treściwe. Trzeba też przyznać, że trup ściele się całkiem gęsto, toteż wielbiciele krwawej jatki nie będą narzekać na nudę – podobnie zresztą jak sympatycy makabry – choć akcja nabiera naprawdę ostrego tempa mniej więcej dopiero w połowie książki.

Ponieważ Arnie popada w konflikt niemal ze wszystkimi postaciami, powieść wprost kipi od emocji. Czytając ją nie raz łapałem się na tym, że z ekscytacji lub zdenerwowania zaciskałem wargi lub mięśnie nóg, albo skubałem zarost. Niemal żadna z postaci nie jest czarna albo biała – prawie każda z nich posiada swoje wady i zalety, toteż w większości nie sposób po prostu lubić ich lub nie lubić. W konfliktach, które między nimi występują każdy jest po części winny i każdy ma trochę racji. Trudno nie współczuć usposobienia dobrodusznemu ale marionetkowemu ojcu Arniego, nie litować się nad jego synem, nie darzyć mimowolnym niechętnym podziwem Darnella i po prostu nie lubić Denisa – chłopaka do tańca i do różańca.Wyjątek stanowi szkolny opryszek Buddy i wyniosła, owładnięta obsesją stawiania na swoim matka Arniego, Regina, której (wstyd przyznać?) psychicznym cierpieniem wprost nie sposób się nacieszyć.

Powieść podzielona jest na trzy części. Pierwszą i trzecią część historii poznajemy z pierwszoosobowej perspektywy Denisa. Drugi rozdział utrzymany jest w narracji trzecioosobowej, a jego wiodącą postacią jest Arnie – choć wiele rozdziałów opowiada o przejściach innych (głównie bliskich mu) osób. Podział, który zastosował autor, sprawdził się wyśmienicie.

Każdy z poszczególnych rozdziałów został opatrzony wstępem w postaci cytatu z tekstu popularnych piosenek (w części pierwszej są to piosenki o samochodach, w drugiej – o miłości, w trzeciej – o śmierci). Stanowią coś w rodzaju metaforycznego soundtracku do przejażdżki samochodowej tytułową Christine – metaforycznego, bo zamiast czystej muzyki mamy ducha starych przebojów. Trzeba przyznać, że zabieg ten dodał lekturze niezwykłego smaczku.

Christine to jedna z najciekawszych i najlepszych powieści Kinga. Nie jest wolna od wad – tu i ówdzie na błyszczącym lakierze widnieje jakaś drobna rysa, jak np. powtórzone po raz kolejny sformułowanie – ale posiada pewien specyficzny, niepodrabialny charakter, sznyt. Ciężko oderwać się od czytania jej, podobnie jak ciężko oderwać się od kółka w dobrym aucie. To absolutna klasyka pop-horroru.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Albatros