Douglas W. Pryor – ”Pedofilia. 30 Wywiadów z Pedofilami”

douglas w. pryor – ''pedofilia. 30 wywiadów z pedofilami''

Mało rzeczy wzbudza w społeczeństwie tak skrajne emocje i jednoznaczne potępienie, jak pedofilia. Większość przeciętnych obywateli jest zdania, że sprawca seksualny to potwór, który za sprawą popełnionych przestępstw raz na zawsze pozbawia się człowieczeństwa, i z miejsca należałoby go powiesić; odmienne podejście do tematu przejawiają natomiast specjaliści znający zjawisko od strony naukowej. Jednym z nich jest socjolog Douglas W. Pryor.

Po co jednak zastanawiać się nad uczuciami pedofila? Dlaczego próbować zrozumieć go, zagłębiać się w jego świat? Czy nie lepiej skupić się na ofiarach? Odpowiedź jest prosta, choć skrywa się za zasłoną zrozumiałego wzburzenia: tylko to pozwoli na opracowanie skutecznego programu terapeutycznego dla pedofilów i zwiększenie prewencji, a w rezultacie – na uczynienie świata bezpieczniejszym dla dzieci. Nie sposób przeciwdziałać złu, nie rozumiejąc go – a przecież lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Autor wyjaśnia, że rasowy pedofil (tzw. sprawca zafiksowany) – a więc taki, dla którego dzieci są preferowanym obiektem seksualnych ciągot – zdarza się dość rzadko. Znacznie częściej sprawca molestowania to osoba (w domyśle – mężczyzna), która zaczyna odczuwać pociąg do dzieci na wskutek pewnych perturbacji życiowych (sprawca sytuacyjny). W swojej książce Pryor bada przypadki 30 mężczyzn zaliczających się do tej drugiej grupy. Podstawą analizy były wielogodzinne, głębokie wywiady, na które każdy z nich zgodził się dobrowolnie. Co ważne, wszyscy oni mieli za sobą uczestnictwo w programie terapeutycznym, dzięki czemu rozumieli swoje postępowanie i emocje. Wielu z nich w momencie rozmowy przebywało we więzieniu.

Nawet doświadczeni klinicyści mają problem z przełamywaniem oporu przed rozmową z pedofilami i leczeniem ich; przed tym większą trudnością staje pozbawiony akademickiego zaplecza czytelnik. Specjalistyczna analiza, której autor poddaje przypadki swoich rozmówców i ich relacje, jest bardzo rzetelna i – co równie ważne – napisana bardzo przystępnym językiem. Mimo to ciężko określić lekturę mianem gładkiej i przyjemnej – niezwykle hojnie cytowane opowieści pedofilów są tak dosadne i plastyczne, że co wrażliwsi czytelnicy nie będą w stanie przez nie przebrnąć. Zjawisko jest po prostu tak odrażające, że samo myślenie o nim sprawia, iż człowiek czuje się skalany.

W poszczególnych rozdziałach książki autor analizuje dzieciństwo sprawców, ich dorosłe życie, przejście w tryb molestowania, metody jakimi posługują się by utrzymać seksualną relację i zachować ją w tajemnicy, wreszcie – zakończenie molestowania i publiczną demaskację. Czytelnik zyskuje więc dostęp do życia umysłowego pedofila na każdym etapie jego przestępczej działalności – dowiaduje się, co myślał i czuł odkrywając w sobie pociąg do dzieci, walcząc z nim, ulegając mu i rozwijając go. Jak mężczyźni ci postrzegali samych siebie w trakcie napastowania ofiary i po jego zakończeniu? Czy zdawali sobie sprawę z wyrządzanej jej krzywdy? Co sprawia, że pozornie zdrowy mężczyzna zaczyna napastować dziecko – często swoje własne: krew z krwi, kość z kości?

Autor dowodzi, że nie istnieje jeden konkretny powód, dla którego mężczyzna przekracza granice seksualne dziecka – do molestowania dochodzi wtedy, kiedy utajone predyspozycje pedofilne sprawcy (zazwyczaj mające swe źródło w traumach z czasów dzieciństwa) uaktywniają się pod wpływem wielu rozmaitych czynników, sumujących się w poczucie ogólnego kryzysu życiowego. Pryor stawia zresztą piorunującą i popartą solidnymi przesłankami tezę, że wielu potencjalnych sprawców molestowania przeżyje życie nie odczuwając pociągu seksualnego do dziecka tylko dlatego, że nie wyzwolą go pewne życiowe okoliczności.

Ciężko wyrazić słowami podziw dla tytanicznej pracy, jaką Autor włożył w badanie subiektywnej rzeczywistości pedofilów oraz ich perwersji. Dzieło, którym zaowocował ten wysiłek, pozwala zrozumieć, jak rodzi się zło, jak funkcjonuje, i jak można je zatrzymać – a może nawet mu zapobiec. Na koniec warto odnotować, że kiedy w cztery lata po przeprowadzeniu wywiadów Autor wybadał życie swoich rozmówców, okazało się, że żaden z nich nie powrócił do molestowania. Jest to koronny dowód na sensowność pracy ludzi zgłębiających najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Reklamy

Robert A. Monroe – ”Podróże Poza Ciałem”

Robert A. Monroe - ''Podróże Poza Ciałem''Robert Monroe był twardo stąpającym po ziemi realistą i dobrze prosperującym biznesmenem. Fenomeny określone powszechnie mianem nadnaturalnych nigdy nie były obiektem jego zainteresowań, w najmniejszym nawet stopniu nie absorbowały go również kwestie religijne. Zmieniło się to dla niego dopiero w wieku 43 lat, kiedy to – zupełnie spontanicznie – zaczął doświadczać podczas zasypiania poczucia oddzielania się świadomości od ciała fizycznego. Doznania te początkowo wpędziły go w lęk przed chorobą psychiczną albo rakiem mózgu, gdy jednak okazało się, że jest zdrów, postanowił chwycić byka za rogi i sprawdzić, do czego go to doprowadzi.

To nie jest kolejna książka nawiedzonego ezoteryka. Czytelnik nie znajdzie w niej zagmatwanych i piętrzących się pod samo niebo struktur teoretycznych. Monroe to człowiek o otwartym, ale chłodnym, racjonalnym umyśle. Do swych niezwykłych doznań podchodził z ostrożnością i sceptycyzmem – nie dał im się zwariować do samego końca swojego życia. Nawet jeśli podejmował próby interpretacji pewnych doświadczeń, był świadom swej omylności w tej tak przecież delikatnej i słabo zbadanej materii. Jeśli ktoś mógł napisać naprawdę wartościową książkę na temat OOBE – to tylko ktoś dokładnie taki, jak on.

Pomiędzy pierwszym OOBE Autora a premierą tej pionierskiej pozycji rozciąga się dystans prawie 15 lat. W tym czasie Monroe przeżył kilkaset wyjść, wiele z nich opisując w swoim prywatnym dzienniku. Sporo tych zapisków umieścił następnie w książce; są to relacje bardzo dynamiczne, szczegółowe i kolorowe. Podróżnik odwiedza w nich wiele miejsc i spotyka wiele istot (ludzkich oraz duchowych); opisuje także liczne eksperymenty, które przeprowadzał by zweryfikować realność OOBE.

Monroe wyróżnia trzy główne realia, w które może trafić podróżnik – nadał im nazwy: Obszar 1, Obszar 2, Obszar 3. Pierwszy z nich, to znana nam z życia codziennego rzeczywistość fizyczna. Trzeci – świat fizyczny równoległy do naszego (być może inna planeta). Obszar 2 jest miejscem najniezwyklejszym i zarazem odwiedzanym najczęściej – to przestrzeń pozbawiona czasu, którą zaludniają agresywne pasożyty energetyczne, zmarli, oraz bliżej niesprecyzowane byty duchowe. Niektóre rejony Obszaru 2 przypominają piekło, inny (Monroe nazywa go Domem) – rajskie miejsce, z którego wszyscy przyszli i do którego wszyscy zmierzają.

Szczerość Autora nie powinna budzić w czytelniku wątpliwości – wierzę w to, że rzeczywiście doświadczył on tego, co opisał, sporna może być za to kwestia natury tych zjawisk. Czy poczucie oddzielenia się świadomości od ciała fizycznego i następujące po niej doświadczenia to coś więcej niż tylko rodzaj wyrafinowanego snu? Wieloletnie praktykowanie eksterioryzacji utwierdziło Monroe w przekonaniu, że świadomość naprawdę opuszcza ciało fizyczne, a życie po śmierci istnieje – choć nie ma wymiaru znanego nam ze świętych ksiąg stanowiących podwaliny wierzeń religijnych.

Ale czytelnik nie musi wierzyć Autorowi na słowo – wykonanie projekcji astralnej leży w możliwościach każdego człowieka, a żaden opis nie jest w stanie oddać jej niezwykłości. W Internecie znaleźć można opisy całej masy technik pozwalających osiągnąć ten stan. Wiele z nich jest dużo prostszych niż metoda opisywana przez Monroe pod koniec książki.

Podróże poza ciałem to niekwestionowana klasyka dotycząca OOBE – pozycja, którą powinien przeczytać każdy człowiek interesujący się tym fenomenem. Jeśli próbowaliście wejść w ten stan ale brakowało wam motywacji i uporu, to podczas lektury otrzymacie solidny ich zastrzyk.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Galaktyka.

VIII

Pamiętam dzień, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Moja dziewczyna wyjęła go z torby i powiedziała: Zobacz. Był elegancki i niewielki. A jaki cieniutki! Nacisnęła guzik, i ekran rozjaśnił się. Pojawiło się menu, i lista dostępnych pozycji. Kolejne stuknięcie opuszkiem palca w ikonkę książki, i na ekranie wyskoczył tekst.

I tak oto, po kilku latach zapierania się, że książka ma być wydrukowana na papierze i pachnieć, że musi mieć okładkę, a pojawienie się czytników to kolejna oznaka bezsensownego pędu społeczeństwa za nowoczesnością, zakupiłem czytnik e-booków.

Zrobiłem to z kilku powodów. Pierwszym i najważniejszym jest możliwość czytania książek w nocy – czytnik ma bowiem podświetlenie. Druga, to oszczędność miejsca – kolekcja książek do których zamierzam w przyszłości wracać wyczerpała moje miejsce na szafkach, a w pamięci gadżetu zmieści się ich kilkaset. Po trzecie – papier jest nie ekologiczny. Po czwarte, jest masa książek należąca do domeny publicznej, które mogę pobierać i czytać za darmo, a i kupując przez Internet książki w formie e-booka nie muszę dopłacać za koszty wysyłki. Po piąte – książka elektroniczna nie kurzy się, nie plami, itd. Uważam, że nośnik cyfrowy ma zdecydowaną i wieloaspektową przewagę nad fizycznym i że w ciągu kilku pokoleń stanie się dominującym (obecnie korzysta z niego ok. 10% czytelników).

Jak czytnik sprawdza się w praktyce? Czy czytanie na nim może równać się z czytaniem papierowej książki? Tak! – a nawet z uwagi na wyżej wspomniane zalety gadżetu, jest dużo przyjemniejsze! Niech za najlepszy dowód posłuży fakt, że dotychczas czytałem 1 książkę tygodniowo, a przez 2 tygodnie użytkowania czytnika przeczytałem ich aż 9.

Sprzedałem już m. in. swoją kolekcję dzieł zebranych Stanisława Lema, i sukcesywnie wykupuję poszczególne pozycje w wersji elektronicznej. Z czasem taki sam los podzielą inne moje książki – ze sprzedażą ich czekam do momentu, aż pojawią się w wersji na czytnik (np. cała moja kolekcja Nabokova ukazała się póki co tylko w wersji tradycyjnej). Nieliczne z nich pozostawię sobie w wersji papierowej, z uwagi na bardzo eleganckie wydanie (np. dzieła Brunona Schulza w edycji wydawnictwa MG).VIII (1)Rok zbliża się ku końcowi – najwyższy czas, żeby przeprowadzić małe jego podsumowanie. Robię to z radością, ponieważ należał do bardzo produktywnych i udanych, pomijając jego smutny początek (śmierć wujka w marcu). Od niezwykle słonecznego kwietnia do października pracowałem nad remontem mieszkanka dla siebie i swojej dziewczyny. Robiłem to dorywkami – gdy tylko udało mi się zaoszczędzić trochę kasy, inwestowałem ją w ten właśnie cel. Roboty i wydatków było co nie miara, ale mam już prąd, światło, plastykowe okna, kanalizację oraz tynki. Na następny rok planuje zrobić ogrzewanie, wyłożyć panelami podłogę i kupić meble – co pozwoli nam w końcu zamieszkać ze sobą. Mieszkanie jest malutkie – sypialnia, kuchnio-salon, oraz łazienka – ale w przyszłości możemy dobudować sobie pokój albo podnieść dach i wyszykować poddasze. Na razie wystarczy – tym bardziej, że uważam, że w zbyt dużym domu ludzie żyją obok siebie zamiast ze sobą, że mijają się nawzajem.

W czerwcu udało mi się spełnić swoje wielkie marzenie: podpisałem z Videografem kontrakt na wydanie swojej pierwszej książki – powieści pt. Jowita! Co prawda debiut pojawi się na rynku dopiero za pół roku, w maju 2019 – niemniej jestem z siebie dumny. Udało mi się uwierzyć w to, że ktoś może czytać moją prozę z zaciekawieniem, że drzemie we mnie jakiś potencjał. Dostałem skrzydeł.

Minione 12 miesięcy było dość twórcze. Napisałem Kilka opowiadań i trzy nowele utrzymane w konwencji grozy (gdy skończę czwartą, uderzę z nimi do Wydawnictwa). Popełniłem także powieść – spędziłem nad nią wiele czasu, ale uznałem ją w końcu za zbyt słabą, by pozwolić jej opuścić swój twardy dysk. Tworzenie jej – i konieczność zmierzenia się z jej fiaskiem – otworzyły mi jednak w głowie kilka klapek, pozwoliło osiągnąć kolejny poziom wtajemniczenia w sztukę pisarską, kolejny etap na drodze do stania się pisarzem. Wiele takich poziomów przede mną – i nie mam pojęcia, jak daleko uda mi się na nich zajść, choć wiem, że z pewnością skonam na którymś z nich, w drodze do celu.

Rozwinąłem skrzydła również blogowo – w chwili obecnej zamieściłem na Podwieczorku u Morfeusza 74 wpisy o łącznej objętości prawie 52 tysięcy słów (jest to więc rok rekordowy – w poprzednim było to niemal 49 tysięcy wyrazów). Prawie 23 tysiące wyświetleń bloga w ciągu minionego roku pozwala mi wysnuć wniosek, że moja stronka przeżyła katastrofę, jaką było usunięcie platformy Blog.pl. Co prawda planuję w przyszłym roku ograniczyć swoją aktywność w blogosferze mniej więcej o połowę – czas bowiem wziąć się solidnie za tworzenie prozy – niemniej z pewnością miejsce to będę rozwijał dalej.

Przeczytałem w tym roku 62 książki. Było wśród nich sporo takich, które Vladimir Nabokov określiłby mianem umysłowego odpowiednika gumy do żucia – sięgałem po nie w pełni świadomie, bo miałem na nie ochotę – ale czytałem również literaturę wysokich lotów. Najlepsze z nich to: Czarodziejska góra Thomasa Manna (arcydzieło), Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej (jeden z najbardziej niezwykłych eksperymentów językowych w prozie, jaki miałem okazję widzieć), Październikowa kraina Raya Bradbury’ego (pomysłowe i wybitnie nastrojowe opowiadania grozy), oraz W górach szaleństwa i inne opowieści H. P. Lovecrafta (horror do potęgi n-tej, za którym oglądałem się od czasów dziecięcej fascynacji filmami grozy). Kolosalne wrażenie wywarła na mnie trylogia reportaży Jeana Hatzfielda dotycząca ludobójstwa w Rwandzie (Nagość życia, Sezon maczet, Strategia antylop), oraz książki o Holokauście (kilka z nich zrecenzowałem na łamach bloga). Poza tym – kilka powieści Vladimira Nabokova, Stanisława Lema, oraz nieco wyśmienitej beletrystyki (głownie autorstwa Stephena Kinga).

Co poza tym? Ani razu nie zażyłem tabaki, od której byłem uzależniony przez 10 ostatnich lat; odzyskałem kontakt z wieloletnim kumplem, z którym moje drogi rozeszły się kilka lat temu; poznałem człowieka, z którym mogę porozmawiać dogłębnie na każdy temat. Są jednak sfery, w których nie mam żadnego powodu do zadowolenia – zamiast przejść na dietę (cholesterol!) folgowałem swojemu łakomstwu bez żadnego umiaru, nie zrzuciłem też brzuszka i nie pracowałem nad muskulaturą (czyli czymś, czego na chwilę obecną właściwie nie posiadam).

Postanowienia na następny rok? Skończyć remont mieszkania dla siebie i dziewczyny, i zamieszkać ze sobą; Podpisać kontrakt na wydanie kolejnej książki (zbioru 4 nowel); napisać jeszcze jeden zbiór nowel i dwa tomy opowiadań; przeczytać jak najwięcej świetnych książek (lista lektur jest gotowa), odbyć jak najwięcej ciekawych rozmów i bardziej niż dotychczas POZOSTAWAĆ W KONTAKCIE.

Stephen King – ”Serca Atlantydów”

Stephen King - ''Serca Atlantydów'' (1)Są książki, których nie można nazwać inaczej, jak po prostu magicznymi – historie, które pochłaniają czytelnika całkowicie, sprawiają, że nie jest w stanie oderwać się od nich nawet na potrzeby zaspokojenia głodu i snu. Taką książką bez wątpienia jest zbiór opowieści Stephena Kinga pt. Serca Atlantydów.

Pierwsza historia (z uwagi na objętość można o niej mówić jako o mini-powieści) opowiada o nastolatku wplątanym przez podstarzałego sąsiada w paranormalną, kosmiczną awanturę. Pojawia się w niej też kilka postaci będących bohaterami następnych opowieści, przedstawiających ich już to wkraczających w dorosłość, już to dorosłych. Drugi utwór to okraszona masą humoru nowela obyczajowa osadzona w realiach miasteczka akademickiego. Trzeci i czwarty tekst to opowiadania, których bohaterami są weterani wojny w Wietnamie, piąty to opowiadanie zgrabnie scalające w jedną całość wszystkie poprzednie utwory.

Ponad połowa akcji książki dzieje się w latach 60. I 70. ubiegłego wieku. Dla USA był to czas wielkich przemian politycznych i społecznych; młode pokolenie, do którego należała przyszłość, wyrastała na twardym gruncie, wymagającym od niej wiele wysiłku niezależnie od tego, czy wybierała drogę dostosowania się, czy buntu. Bohaterowie Serc Atlantydów to – w większości i przez lwią część książki – ludzie młodzi, dopiero szukający swojego miejsca w świecie i w życiu. King z wirtuozerią opisuje ich poczynania oraz życie wewnętrzne – pragnienia, lęki, słabości i motywacje. Oczywiście, nie wszystkie dają się lubić (jak choćby hazardzista Ronnie, albo niezrównoważona emocjonalnie, chytra i perfidna matka Bobby’ego), ale wszystkie są na tyle wiarygodne, że zżycie się z nimi i przejęcie ich losami jest kwestią zaledwie odruchu.

Niezwykle istotnym motywem pojawiającym się we wszystkich opowieściach jest wojna w Wietnamie. King najpierw oddaje gęstą atmosferę buntu młodych ludzi wobec bezsensu przelewu krwi i ich zagrożenia poborem, by potem skupić się na wpływie, który ta akcja militarna wywarła zarówno na jednostkach, jak i całym pokoleniu. Dla bohaterów dwóch przedostatnich opowiadań Wietnam okazuje się piekłem na ziemi, z którego duchowo nie można wyrwać się inaczej, niż poprzez śmierć.

Efektem ubocznym lektury Serc Atlantydów jest refleksja czytelnika nad jego własną osobą i życiem – rozziewem pomiędzy tym, kim był, a kim się stał, nad straconymi szansami, niespełnionymi marzeniami, stopniem w jakim urzeczywistnił własny potencjał, podstępnym w swej pozornej powolności upływem czasu, nieuchronnym rozstajem dróg, do którego prędzej czy później zmierza każda przyjaźń z czasów dzieciństwa.

Serca Atlantydów z pewnością nie wywołają u czytelnika niepokoju i wstrząsu, za którego większość fanów Kinga sięga po jego twórczość – tym razem mamy do czynienia z literaturą nostalgiczną i refleksyjną. Owszem, i tutaj pojawia się trochę pełnokrwistej makabry (we wspomnieniach weteranów wojennych dotkniętych zespołem stresu pourazowego), jak i wątki fantastyczne (stali czytelnicy dostrzegą nawiązania chociażby do cyklu Mroczna Wieża i powieści Buick 8) ale mają one zdecydowanie drugoplanowe znaczenie. I dobrze, bo świat zaczarowany przemijaniem okazuje się na tyle magiczny, że nie wymaga koloryzowania go wątkami paranormalnymi.

Czego zabrakło, żeby wystawić książce najwyższą notę? Obszernej historii rozgrywającej się w samym sercu zielonego piekła Wietnamskiej wojny. Owszem, opowiadania których bohaterami są weterani wojenni wnoszą do książki dużo cennej treści, jednak pozostawiają po sobie silny niedosyt.

Serca Atlantydów to lektura warta każdej poświęconej jej sekundy (i grosza). To niezwykle sprawnie napisane, nostalgiczne historie, do których będziecie wracać z przyjemnością.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Vladimir Nabokov – ”Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze”

Vladimir Nabokov - ''Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze'' (1)Vladimir Nabokov jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Fascynuje mnie jego literackie hochsztaplerstwo, kunsztowny styl, umiejętność tworzenia diabolicznych postaci. Ciekawość tego, jakim człowiekiem prywatnie był ten wybitny twórca – jaką posiadał osobowość, jaki prowadził tryb życia, co ukształtowało go jako pisarza – towarzyszyła mi już od przeczytania pierwszej jego książki (słynnej Lolity). Nim dowiedziałem się o tym, że napisał autobiografię, pochłonąłem połowę jego książek. Zakupiłem ją niezwłocznie, mając nadzieję poznać wirtuoza słowa od strony prywatnej.

Książka obejmuje pierwszych czterdzieści lat życia Autora – a więc spędzone w Rosji czasy młodości oraz Niemiecką emigrację. Mimo tak dużej rozpiętości czasowej, stanowi przede wszystkim nostalgiczną opowieść o rajskiej krainie dzieciństwa – błogim, na zawsze utraconym świecie, za którego granicami rozciąga się (niczym za bramą Biblijnego Edenu) padół łez, poniewierki i ciężkiej pracy. Nabokov nie popada jednak ani w płaczliwy sentymentalizm, ani w suchą i chłodną faktografię; wspina się na wyżyny swoich literackich możliwości, tworząc jedyną w swoim rodzaju autobiograficzną prozę poetycką.

Przyznam, że jestem dość mocno rozczarowany niewielką ilością wspomnień autora związanych z jego pisarstwem. Spodziewałem się przeczytać o tym, jak pracował nad książkami, jak kształtował się jego gust czytelniczy, jak radził sobie ze swym niedostatecznie docenianym przecież (i niedostatecznie opłacanym) talentem. Choć jeszcze przed ukończeniem czterdziestego roku życia Nabokov zdążył spłodzić aż 8 powieści, dopóki na światło dzienne nie wyszła skandaliczna Lolita, znany był stosunkowo niewielkiej rzeszy odbiorców, a na życie zarabiać musiał pracą wykładowcy; widmo dostąpienia zaszczytu bycia odkrytym przez masowego czytelnika dopiero po śmierci, z roku na rok coraz bardziej roztaczało nad nim swój ponury urok. Czy pisarz nie dostrzegał go, czy też po prostu najzwyczajniej w świecie nie zawracał sobie nim głowy? W jego autobiografii brak odpowiedzi na to pytanie.

Czytelnicy Nabokova dobrze wiedzą o jego dwóch wielkich pozaliterackich pasjach: motylach, i szachach. Pisarz łowił i kolekcjonował motyle od najmłodszych lat, pisał również specjalistyczne artykuły do czasopism lepidopterologicznych, pracował w instytucie zoologicznym, zaś na starość przekazał kilku muzeom prywatne kolekcje łuskoskrzydłych zawierające kilka tysięcy okazów. Jako szachista zajmował się układaniem finezyjnych zadań szachowych do magazynów specjalistycznych. Jakiej to luki Nabokov nie był w stanie wypełnić w swoim życiu pisaniem wybitnej prozy? Czego dokładnie poszukiwał w tak osobliwych zajęciach? Pisarz udziela na te pytania absolutnie olśniewających w swej poetyckości odpowiedzi.

Nabokov planował napisanie drugiej części autobiografii, dotyczącej jego życia w Ameryce. Wielka szkoda, że projekt ten nie doczekał się realizacji – to właśnie tam jego kariera rozkwitła na dobre, pozwalając mu na utrzymywanie się wyłącznie z pisania książek. Książka taka mogłaby rzucić dodatkowe światło na najwspanialsze powieści, które napisał – a napisał je właśnie w języku angielskim. Na szczęście znajomość życiorysu Nabokova również w pewnej mierze pomaga lepiej zorientować się w jego dorobku literackim – na przykład pewne szczególnie często pojawiające się w nim motywy, jak chociażby bohater-emigrant.

Wartość autobiografii Nabokova nie zamyka się w tym, co zdradza na temat jego życia prywatnego – to przede wszystkim literatura wspaniała sama w sobie, i druga (zaraz po Lolicie) najlepsza pod względem stylistycznym książka tego pisarza w ogóle – dzieło godne perypetii życiowych jednego z najtęższych umysłów XX wiecznej literatury.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Zaproszenie na Egzekucję”

Vladimir Nabokov - ''Zaproszenie na Egzekucję'' (1)Cyncynat C. zostaje uznany winnym gnozeologicznej zgnilizny oraz bycia nieprzenikalnym w świecie wypłowiałych z indywidualizmu ludzi, i skazany przez nich na karę śmierci. Wykonania egzekucji – jej dzień wszyscy ukrywają przed nim w tajemnicy – oczekuje w celi ponurej twierdzy. Tam też, doglądany przez służbę więzienną, dla zabicia czasu i pozostawienia świadectwa swego istnienia, usiłuje spisać myśli i uczucia.

Choć zdecydowana większość wydarzeń rozgrywa się w ciasnej celi Cyncynata, przez cały czas daje się odczuć przytłaczająca obecność świata zewnętrznego. Miejscem akcji jest państwo w ostatnim stadium rozwoju raka totalitaryzmu, w którym pasożyt, nie bacząc na własną zgubę, jest o krok od uśmiercenia żywiciela. Wszechobecna, bezduszna szarość i monotonia, ogromny regres technologiczny – świat wydaje się resztką sił tłuc głową o mur w ślepym zaułku, bez szansy na odrodzenie.

Najstraszliwszym elementem tego beznadziejnego krajobrazu jest martwota społeczna. Społeczeństwo, w którym odrębność uległa niemal kompletnemu zatarciu, staje się szarą masą, w której nie ma ludzi niezastąpionych: wszystkich można wymienić na wszystkich, a zatem życie w wymiarze jednostkowym – jak w mrowisku – nie ma najmniejszego znaczenia (i dlatego też władza nad nim tego znaczenia nie posiada, co być może jest najważniejszym rezultatem reżimu – i jednocześnie głównym powodem jego upadku). Bystry czytelnik stanie się naocznym świadkiem wprost rozbrajającej dosłowności takiego stanu rzeczy.

Jednocześnie rzuca się w oczy dziwaczna, nachalna i jarmarczna teatralność miejsc, wydarzeń i postaci – teatralność podkreślana przez narratora wprost poprzez stosowny dobór słów (pojawiają się takie wyrazy, jak: rekwizyt, sztuka, itd.). Wszyscy, poza głównym bohaterem, zdają się być aktorami grającymi z pasją role w groteskowej, niskobudżetowej maskaradzie. Więzienne życie Cyncynata z każdym rozdziałem przeistacza się w coraz głębszy surrealistyczny i groteskowy koszmar, przywodzącym na myśl kafkowskie koszmary (z którymi jednak Nabokov pisząc swą powieść nie miał styczności).

Życie po śmierci jest jednym z najczęściej pojawiających się motywów w książkach Nabokova, a Zaproszenie na egzekucję eksploatuje go bodaj najlepiej z ich wszystkich. Sztuczność świata powieściowego zdaje się przemycać Cyncynatowi myśl, że nasze życie doczesne jest tylko spektaklem, poza którego inscenizacją rozciąga się inna, prawdziwa rzeczywistość. Możliwość istnienia życia pozagrobowego (bohater niejasno przeczuwa jego istnienie w sennych majakach) jest jedyną nadzieją Cyncynata na zaznanie wolności – wszak poza murami więzienia rozciąga się tylko więcej niewoli: świat omotany i skneblowany totalitaryzmem. Nadzieja na wyzwolenie nie dość, że nikła, jest jednak przyćmiona przez groteskową makabryczność sposobu, w jaki ma się ono dokonać (ścięcie).

Jak zwykle u Nabokova, postaci dramatu dają się zliczyć na palcach jednej ręki. Nieprzyzwoicie wręcz uczynna służba więzienna, nachalnie przyjazny współosadzony Pierre, dziecinna (zgodnie zresztą ze swoim wiekiem) Emmoczka, potworna w swej nijakości żona i matka Cyncynata – i wreszcie sam bohater, targany lękiem przed śmiercią i kompletnie wyalienowany – krańcowo obcy w świecie, w którym narodził się i przeżył całe swoje życie.

Ważną część powieści stanowią zapiski jej bohatera. Cyncynat, czując wiszący nad jego głową katowski topór, ale nie znając dnia ani godziny, w której opadnie, pisze tak, jakby każde zdanie mogło być jego ostatnim – pisze, można by rzec, za atrament mając własną krew, ważąc każde słowo na jej wagę. Z wywodów tych bije śmiertelna groza i wyzwolone za jej pośrednictwem natchnienie.

Zaproszenie na egzekucję to bez dwóch zdań jedna z najlepszych powieści Nabokova – osobiście stawiam ją na trzecim miejscu, zaraz po skandalicznej Lolicie i Bladym ogniu. Koneserzy wysmakowanej i pełnowartościowej literatury będą powieścią zachwyceni.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Przezroczyste Przedmioty”

Vladimir Nabokov - ''Przezroczyste Przedmioty'' (1)Kiedy przeczytałem Przezroczyste przedmioty po raz pierwszy (w edycji z roku 1982, pozbawionej posłowia i zatytułowanej Przejrzystość rzeczy), odczułem zawód. Uznałem książkę za prostą (choć napisaną bardzo ciekawym językiem) opowiastkę pozbawioną drugiego dna (dla którego obecnie, między innymi, tak chętnie porywam się na twórczość Nabokova). Ponieważ jednak byłem wtedy mało zaprawionym w bojach czytelnikiem jego prozy – miałem za sobą zaledwie dwie jego książki – teraz, po lekturze kilkunastu z nich, postanowiłem dać utworowi drugą szansę. I bardzo dobrze się stało.

Sama fabuła utworu wydaje się nad wyraz banalna. Bohater, Hugh Person, zmierza do ośrodka wypoczynkowego w Szwajcarii, a narrator opisuje poprzednie jego wyprawy w to miejsce i towarzyszące im perypetie życiowe. W historii pojawia się skąpy wątek miłosny, dramatyczny (trup, wina, pokuta), oraz (czysto zawodowej) znajomości Persona-redaktora z charyzmatycznym pisarzem. Person odwiedza literata w imieniu wydawcy skłaniając go do zmian w tekście utworu, a ten snuje przed nim tyrady na temat subtelności (a wręcz nienaruszalności) materii, jaką jest język. W postaci tej trudno nie dopatrywać się alter ego samego Nabokova, który w swojej karierze znosić musiał rozmaite potyczki z wydawcami. Przejrzyste przedmioty są więc także poniekąd opowieścią o literaturze.

Co bystrzejsi czytelnicy dostrzegą jednak rzuconą im przez pisarza już na wstępie rękawicę, i nie stracą jej z oczu do samego końca. Mowa o dziwnej refleksji narratora na temat osobliwej właściwości przedmiotów, które określa on przejrzystością. Mówca twierdzi, że należy do grupy osób, które wpatrzywszy się w daną rzecz potrafią prześledzić całą historię jej istnienia (i dostarcza na potwierdzenie swych słów całkiem przekonującego dowodu). Czyżby to metafizyczne wyznanie padało z ust szaleńca? Dlaczego wplótł on swój wywód w (zdawałoby się zwyczajną do bólu) opowieść o Hugh Personie? Jak się okazuje, ustalenie osoby narratora jest kluczem do zrozumienia całej historii. A drugie jej dno przyprawia o ciarki na plecach i gęsią skórkę.

Nabokov jak zwykle pozostaje wierny swojemu stwierdzeniu, że o wartości arcydzieł literackich nie stanowi to co zostało w nich napisane, ale jak zostało napisane – toteż na kanwie banalnej z pozoru histori snuje – niby wirtuoz łyżwiarstwa na pierwszej lepszej zamarzniętej kałuży – niebywałe liryczne wariacje. Kiedy indziej – mam tutaj na myśli króciutkie i proste jak drut zdania następujące po kaskadach wielokrotnie złożonych galimatiasów – jawi się jako autor, który wprawdzie tajemnice literatury ma w małym palcu, ale jest już swoją wybitnością i literacką wszechmocą nieco znużony, toteż od czasu do czasu lubi podłubać nim w nosie.

Z uwagi na niewielką objętość (niecałe 130 stron podzielonych na kilkustronicowe rozdzialiki), Przezroczyste przedmioty ciężko nazwać powieścią – jest to raczej nowela. Zawiera jednak tyle treści, że dostarcza znacznie więcej zabawy niż większość wychodzących dzisiaj opasłych tomów. Jest w niej szczypta omdlewającej od samej siebie poetyki, rodzynki osobliwego Nabokovskiego humoru (stali czytelnicy pisarza z pewnością wyłapią kilka dowcipnych aluzji do jego wcześniejszych utworów) i potężny ładunek literackiej szarlatanerii, a wszystko to zatopione w zagmatwanej, nieco onirycznej narracji. To skondensowana, dziwna i mrowiąca proza, oraz finezyjna rozrywka intelektualna zarazem. A żeby poznać w pełni jej smak, trzeba skosztować jej więcej niż jeden raz.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Muza S.A.