Przed Debiutem

Każdy pisarz, który ruszył kiedyś na podbój Wydawnictw, wie dobrze, jak chwila wysłania im swojego utworu wpływa na jego życie wewnętrzne. Rozpoczyna się wtedy proces ekscytującego oczekiwania, okres wzmożonych marzeń o debiucie i byciu czytanym, oraz strach przed jednoznacznym odrzuceniem. Odpowiedzi, jeśli w ogóle przychodzą, to po kilku miesiącach i (jeśli jest to pierwszy napisany utwór) prawie zawsze są odmowne. Pisarza, jako że to człowiek wrażliwy, nastraja to nieraz bardzo pesymistycznie; bywa, że ciężko podnieść się po pierwszej porażce, raz jeszcze uwierzyć we własne siły, i poświęcić się czemuś, co wymaga ogromu czasu i znowu może się nie powieść. W głębi serca wie on jednak, że innej drogi dla niego nie ma.

Na odpowiedź od Wydawnictwa Videograf, któremu wysłałem swoją drugą powieść (pierwsza jest kiepska i jej maszynopis nigdy więcej nie opuści szafki oraz dysku twardego) czekałem przez pół roku. Czekałem, warto dodać, jak to ja: dość niecierpliwie, raz na jakiś czas dopytując o to, czy jest już jakaś decyzja odnośnie jej ewentualnego wydania. W odpowiedzi informowano mnie, że jeszcze nie, ale zapewniano również, że rzecz jest czytana przez wewnętrznych recenzentów. Informacja taka działała jak balsam dla mojej skołatanej duszy, uzyskiwałem bowiem potwierdzenie, że nie zapomniano o mnie, że tryby machiny wydawniczej obracają się również dla mnie.

Kiedy ujrzałem w skrzynce odbiorczej wiadomość od Videografu z pytaniem o mój numer telefonu, wiedziałem już, że coś się ruszyło. W chwilę potem odebrałem telefon od przesympatycznej Pani redaktor, która poinformowała mnie, że Wydawnictwo podejmie się wydania mojej powieści! Objęła mnie krystalicznie czysta euforia, która wprawiła moje ręce w drżenie. Wprost nie mogłem w to uwierzyć: moja praca i cierpliwość zostały docenione i wynagrodzone! Zaczęło wydawać mi się, że to sen, i kilkukrotnie wykonałem test rzeczywistości (poprzez uszczypnięcie się). Kto chce, może się śmiać, ale ja już wiem, że dla takich chwil warto żyć!

Wiem, że moja ewentualna kariera pisarska nie wybuchnie jak fajerwerki na Sylwestrowym niebie. Wiem, że z pisania wyżyć raczej się nie da. Wiem, że moja powieść nie wszystkim się spodoba, i wiem też, że jako pisarz jestem zaledwie rybką w oceanie. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że zrobiłem krok na przód, że jestem na drodze do spełnienia swojego marzenia, i że dobrze wiem, po co mi to wszystko, że robię swoje i jestem cudownie wręcz spokojny o całą resztę.

Zainteresowanych pragnę poinformować, że moja powieść – będzie nosiła tytuł Jowita – ukaże się dopiero na początku przyszłego roku, z uwagi na zapełniony na ten rok plan wydawniczy Videografu. Będzie to powieść psychologiczna z wiodącym wątkiem miłosnym, której bohaterem jest młody, niezrównoważony mężczyzna. Więcej o utworze napiszę w osobnym tekście, kiedy nadejdzie czas jego wydania (umowa z Wydawnictwem jest już podpisana).

A Wy wszyscy, którzy na co dzień walczycie z żywiołem słowa pisanego, Wy, którzy staracie się ujarzmić go – bądźcie wytrwali, jeśli naprawdę wiecie, po co piszecie, i jeśli naprawdę zależy Wam na tym, by zaistnieć. Na owoce Waszej pracy prawdopodobnie przyjdzie czekać Wam dłużej, niż wyobrażacie sobie teraz, że jesteście w stanie znieść, ale upragniony sukces nadejdzie. Wypiszecie masę długopisów, zdemolujecie palcami kilka klawiatur, i wylejecie morze tuszu, ale jeśli będziecie uparci, wydostaniecie się z tego mozołu z dobrą powieścią w zębach.

Reklamy

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Vladimir Nabokov – ”Pnin”

Vladimir Nabokov - ''Pnin''Pnin to rosyjski emigrant na amerykańskim uchodźstwie. Pracuje jako wykładowca języka rosyjskiego na uniwersytecie, a w czasie wolnym para się pisaniem dzieła naukowego. Jego życie poza pracą jest właściwie szczątkowe – nie posiada żadnej rodziny (z żoną rozstał się kilka lat wcześniej), a z ludźmi, których nazywa swoimi przyjaciółmi, łączą go raczej luźne stosunki. Przywykły do swojej egzystencji, żyje z dnia na dzień, zdając się nie śmieć wymagać od losu niczego ponad to.

Fabuła Pnina przedstawia się, jak widać, niezbyt obiecująco – tym bardziej dla czytelników zaznajomionych ze smykałką Nabokova do tworzenia emocjonujących intryg. Czytanie powieści z początku przypomina trochę obsesyjne tropienie człowieka zanurzonego po czubek głowy w szarości dnia powszedniego. Dopiero po pewnym czasie idzie zauważyć, że ten roztrzepany i naiwnie dobroduszny poczciwina porusza się w codzienności z nieporadnością tak osobliwą, że – paradoksalnie – zyskuje ona wymiar jedynej w swoim rodzaju gracji.

Pnin nie ma nic wspólnego z bohaterami najsłynniejszych powieści Nabokova – Vanie romansującym z własną siostrą (Ada albo Żar) , wyrafinowanym pedofilu Humbercie Humbercie (Lolita), obłąkanym Hermannie (Rozpacz); dość blisko jest mu za to do nieporadnego geniusza szachowego imieniem Łużyn (Obrona Łużyna). To postać, która wywołuje pozytywne emocje – wzruszenie, sympatię. Nawet w okolicznościach, w których Pnin wykazywał się porażającą wprost łatwowiernością (epizod z Wiktorem) nie miałem ochoty potrząsnąć nim, a jedynie dobrodusznie poklepać go po ramieniu.

Jest Pnin istotą wykorzenioną z jego środowiska naturalnego – Rosji – i przesadzonego na grunt Amerykański. Można czytać powieść jako utwór o problemie emigracji – o tym, jak to człowiek osiadły poza swą ojczyzną naraża się swą obcością i nieprzystosowaniem na śmieszność obywatelom kraju gościnnego. Interpretacja taka jest słuszna, ale błędem byłoby ograniczać się tylko do niej.

Znam już trochę Nabokova i wiem, czego mogę się po nim spodziewać; jak bardzo jest przebiegły, i jak ukochał sobie literaturę jako narzędzie kpiny z samej literatury właśnie. Po jego utworach poruszam się ostrożnie, starając się nie pozwolić mu uśpić swojej czujności i nie dać wpędzić w pułapkę. W ten sposób czytałem również Pnina. Przyznać muszę, że pod koniec lektury zwątpiłem w Mistrza; wydawało mi się, że tym razem nie stanął na wysokości zadania, i stworzył powieść bardzo co prawda sympatyczną i przyjemną, ale w żadnym wypadku wyjątkową. Choć spod pierwszej jej warstwy przebijała gdzieniegdzie ta druga, ukryta, to jednak nie dawała po sobie obiecywać zbyt wiele.

Drugie dno Pnina dojrzeć można przez narratora – początkowo pozornie bezosobowego, stopniowo eksponującego jednak swą odrębność. Pytania o to, kim jest ów człowiek podający się za przyjaciela głównego bohatera, skąd wie o nim wszystkie te rzeczy (w tym również subtelne szczegóły jego perypetii życiowych, których znać nie ma prawa), i dlaczego właściwie opisuje jego historię początkowo wydają się niezbyt istotne, by pod koniec powieści zwalić się na czytelnika ogromnym ciężarem, z którego samodzielnie wygrzebać zdołają się tylko najbystrzejsi (reszcie przychodzi w sukurs ze swym posłowiem niezawodny Nabokovista Leszek Engelking). Dość powiedzieć, że historia zostaje postawiona na głowie.

Choć Pnin nie zalicza się z pewnością do najwybitniejszych powieści Nabokova, warto poświęcić mu te trzy czy cztery wieczory – dla jego melancholijnego komizmu, subtelności, i, oczywiście, przewrotności.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Muza S.A.

Miklos Nyiszli – ”Byłem Asystentem Doktora Mengele”

Miklos Nyiszli - ''Byłem Asystentem Doktora Mengele''Są treści tak wstrząsające, że czytając je, człowieka ogarnia nieme zdziwienie, iż papier zdolny był je przyjąć; fakty z piekła rodem, od których zapisania kartka powinna, zdaje się, rozsypać się w popiół. Takiego wrażenia doświadczam za każdym razem, kiedy czytam o Holokauście. Ale papier przyjmuje wszystko, a słowa obojętnie dźwigają na sobie ciężar prawdy, nie pachną fetorem ciał palących się w dzień i noc w potężnych krematoriach, a wymawiane nie smakują ich krwią.

Autor książki był lekarzem i specjalistą w zakresie medycyny sądowej. Tuż po deportacji do obozu Auschwitz został z powodu swego fachu wcielony do przymusowej pracy dla doktora Mengele – osławionego Anioła Śmierci, zbrodniarza zajmującego się w obozie przerażającymi, pseudonaukowymi eksperymentami medycznymi. Nyiszli zajmował się leczeniem SS manów i członków Sonderkommando, oraz wykonywaniem sekcji zwłok w ośrodku mieszczącym się na terenie krematoriów – a więc w samym sercu piekielnie wydajnej fabryki śmierci.

O wydarzeniach rozgrywających się za murami obozu Autor opowiada językiem precyzyjnym i rzeczowym, typowym dla ludzi o osobowości naukowca. Nie jego walory literackie liczą się jednak tutaj najbardziej, a prawda historyczna, ta jest zaś tak makabryczna, że poetyzowanie jej niechybnie musiałoby obrócić się w groteskę. Nyiszli nie pozostawia żadnego miejsca dla wyobraźni – ze szczegółami opisuje proces eksterminowania ludzi w komorach gazowych, palenie trupów w krematoriach i dołach, egzekucje poprzez rozstrzelanie, sekcje zwłok, koszmarne warunki życia obozowiczów, oraz wszelkiego rodzaju okrucieństwa, których dopuszczali się SS mani.

Nyiszli, mimo swojej uprzywilejowanej pozycji lekarza, miał bardzo ograniczone możliwości niesienia pomocy tym, których nie uwzględnił w swoich dyrektywach doktor Mengele. Mimo wszystko udało mu się uzyskać przepustkę na teren baraków i uratować od zagłady żonę i córkę, a także okazyjnie wesprzeć jedzeniem, lekarstwami i papierosami innych osadzonych. Z reguły jednak mógł tylko biernie obserwować rozwój wydarzeń, żywiąc nikłą nadzieję na to, że bieg dziejów obróci się na korzyść ciemiężonych. Jego wspomnienia, poza prawdą historyczną, pełnią więc jeszcze jedną ogromną rolę: stanowią wstrząsające studium niemal absolutnej bezsilności jednostki wobec obłędu ludobójstwa. Jest to jednocześnie opowieść o życiu w nieustającym, śmiertelnym zagrożeniu i niesamowitych umiejętnościach przystosowawczych człowieka. Pomimo horroru, który napiętnował świadomość Nyiszli, chciał on żyć, i konsekwentnie odmawiał pomocy w samobójstwie tym, którzy go o to prosili (czego jednak z perspektywy czasu żałował).

Relacja Nyiszli znacznie wyróżnia się na tle innych świadectw spisanych przez ofiary Holokaustu za sprawą jego przymusowej współpracy z Aniołem Śmierci. Jako jeden z nielicznych miał okazję poznać zbrodniarza od strony zawodowej, i rzetelnie opisać jego poczynania. Mengele poświęcał szczególną uwagę bliźniętom. Przeprowadzał na nich pseudomedyczne eksperymenty celem ustalenia, jak zwiększyć szansę na ciąże mnogie, co pomogłoby nazistowskim Niemcom na zwiększenie swego potencjału demograficznego. Innym obiektem jego zainteresowania były karły i kaleki; kazał preparować ich szkielety i wysyłał je do Berlińskiego muzeum antropologicznego, licząc na to, że po wojnie zostaną wystawione i przedstawiane dzieciom jako koronny dowód genetycznej degeneracji rasy żydowskiej (choć przecież wiedział dobrze, że przypadki kalectwa zdarzają się u przedstawicieli wszystkich narodów).

Relacja Nyiszli nie pozostawia najmniejszych złudzeń: praca Mengelego i jemu podobnych lekarzy, poza tym, ze zupełnie nieetyczna, nie miała niemal żadnych walorów naukowych – służyła propagandowemu fałszowaniu rzeczywistości, budowaniu na tym prywatnych karier i zaspokajaniu sadystycznych popędów. Jednocześnie ludzie ci naprawdę wierzyli, że obłąkany plan zbudowania nowego światowego ładu na stosie milionów trupów niewinnych ludzi powiedzie się i zapewni szczęście następnym pokoleniom.

Książka węgierskiego lekarza stanowi niezwykle cenne świadectwo historyczne i zapierającą dech w piersiach opowieść samą w sobie. Mimo całej jej drastyczności, nie sposób się od niej oderwać. Po prostu trzeba przeczytać; dla poznania prawdy o człowieku, która w okolicznościach tak ekstremalnych jak właśnie obozy śmierci objawiła się w pełnej krasie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: W.A.B.

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.2

Tuż obok C. mieszkała siedmioosobowa rodzina K. – małżeństwo z piątką dzieci. Była to rodzina dosyć dysfunkcyjna – ojciec pił (choć, oddajmy mu sprawiedliwość, pracował), jego żona była bezrobotna, zaś aż trójka z piątki dzieci chodziła do szkoły specjalnej, nazywanej przez nich eSeSmanką (później trafiła tam również pozostała dwójka). Trzej bracia K. byli naszymi kumplami, i często wpadaliśmy do nich na podwórko. Zwykle mieli na głowie kupę roboty – rąbali drewno, zajmowali się ogródkiem, sprzątali, majsterkowali – ale na ogół przyjmowali nasze wizyty z radością, bo umilaliśmy im nimi czas.

Rozmowy z braćmi K. nie były oczywiście zbyt kształcące – najczęściej opowiadali o markowych ciuchach (Romek, najstarszy z nich, posiadał pokaźną kolekcję spodni, koszulek, bluz i butów firm Nike, Adidas, Puma), szkolnych bójkach i nieznanych mi kolegach ze szkoły specjalnej (legendą był chłopak o ksywie Wery, który ponoć wygrywał wszystkie bójki). Nie przychodziłem jednak do nich po mądrość życiową, a dla śmiechu, którego zawsze było co nie miara, bo byli naprawdę zabawnymi kolesiami (choć może dlatego, że moje poczucie humoru nie było i nie jest zbyt wyrafinowane).

Przez pierwszy i drugi rok moich pobytów u braci K. Romek uczył się w szkole specjalnej o profilu gastronomicznym. W wakacje pracował z wujkiem na budowie, i zazwyczaj wracał z pracy tak spity, że w ogóle nie nadawał się do rozmowy (kilka lat później został absolutnym abstynentem). Romek był wielkim fanem Paktofoniki; kiedy powiedziałem mu, że jeden z członków zespołu, Magik, popełnił samobójstwo w wieku 22 lat, postanowił, że gdy sam będzie w tym wieku pójdzie w jego ślady. Początkowo byłem tą deklaracją bardzo przejęty i odwodziłem go od tego zamiaru; potem zapomniałem o sprawie, a on odpuścił samobójstwo, gdy znudziła mu się Paktofonika i przerzucił się na disco-polo. Nie wykluczone zresztą, że nigdy nie myślał na poważnie o odebraniu sobie życia.

Bracia K. byli pasjonatami filmów akcji z Jean Claudem van Dammem i Stevenem Seagalem. Romek co i raz załatwiał od kolegów kasety z filmami, i namawiał mnie na to, żebym – jako jedyny posiadacz odtwarzacza kaset VHS w naszej paczce – zorganizował u siebie seans. Nie lubiłem tych filmów – uważałem je za schematyczne, prymitywne, i nudne jak flaki z olejem – ale nie chciałem im o tym powiedzieć, żeby nie stracić ich sympatii. W miarę możliwości migałem się od urządzenia u siebie seansu, wymawiając się tym, że telewizor wciąż jest w użyciu; od czasu do czasu musiałem jednak ulec ich namowom, choćby dla świętego spokoju. Tak obejrzeliśmy na przykład Krwawy sport, Liberatora, kilka części Kickboxera, Podwójne uderzenie, Nieuchwytny cel, i wiele innych filmów o równie ambitnie brzmiących tytułach.

O tym, jak bracia K. uwielbiali filmy z tymi aktorami, najlepiej świadczy chyba następująca anegdota. Pewnej nocy wyświetlano jakiś film z Van Dammem bardzo późno, i nie było mowy o tym, żebym zaprosił ich o tej porze na seans. Najstarszy z nich zaoferował mi 20 złotych, jeśli włączę telewizor i pozwolę im… patrzeć na film przez okno. Oczywiście nie zgodziłem się na taki układ, uważając go za barbarzyński (możliwe zresztą, że sam zamierzałem oglądać coś innego).

O ile filmy rzeczywiście były fatalne, o tyle udzielała nam się dzięki nim zajawka na trenowanie szpagatu, ciosów z wyskoku i obrotu, oraz dźwigni. Machaliśmy nawet trochę jak sztangami ciężkimi rurami, żeby nabrać krzepy. Ćwiczyliśmy na podwórku C. Najsprawniejszy z nas był Romek – potrafił wykonać zarówno sprężynkę jak i szpagat, choć z jakiegoś powodu prawie nigdy nie dał się namówić na pokaz jednego ani drugiego. Być może kierowała nim wybujała skromność, być może chciał odgrywać wobec nas kogoś na wzór mistrza, którego umiejętności stworzone są dla wyższych celów niż popisywanie się. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciłem się z nim o to właśnie, że nie chciał mi pokazać, jak robi szpagat, a ponieważ oboje unosiliśmy się dumą, nie odzywaliśmy się do siebie ponad rok.

Bracia K. czasami prosili mnie też o to, bym pozwolił im przegrać u siebie muzykę z płyt na kasety (miałem magnetofon, który to umożliwiał). Była to dla mnie prawdziwa katorga, bowiem najczęściej (poza rapem) przegrywali techno i dance – gatunki, których wprost nie cierpiałem. Ponieważ jednak pożyczali mi kasety z hip-hopem (królowali: Peja, WWO, Fenomen, Karrmaba, Paktofonika i Eminem), wyświadczałem im tą przysługę. Dodam, że choć muzyka techno do dzisiaj wywołuje we mnie traumę, to wśród swoich ulubionych piosenek mam naprawdę sporo tanecznych kawałków (choć to utwory zupełnie inne niż te, które przegrywali u mnie bracia K.).

Pewnego ulewnego dnia jeden z braci K. wrócił ze szkolnego internatu z kasetą ze świńskimi przeróbkami polskich piosenek (nazywała się Erotyczne Hity albo Świńskie Przeboje). Ponieważ rodziców C. nie było wtedy w domu, poszliśmy we troje do jego garażu i słuchaliśmy kasety na magnetofonie. Jako nastolatek miałem wybitnie świńskie poczucie humoru, i niewiele brakowało, żebym podczas odsłuchu zlał się ze śmiechu w gacie. Następnego dnia mięśnie brzucha nadwyrężone miałem tak bardzo, że najmniejszy nawet chichot sprawiał mi ból.

Moi kumple niemal codziennie grali w piłkę. Za boisko służyły im pola, za bramki – wbite w ziemię kije. Nie znosiłem piłki nożnej – uważałem tą grę za prymitywną i nigdy nie nabrałem do niej pełnego przekonania – toteż podczas gdy grali albo jeździłem do domu, albo podawałem im wybite poza prowizoryczne boisko piłki. Nie była to najzaszczytniejsza rola, i z perspektywy czasu żałuję, że się jej podejmowałem, ale wtedy chciałem w jakiś sposób dotrzymywać kolegom towarzystwa i pokazać, że grając czy nie, jestem przydatny.

Czasami zapraszałem kolegów do siebie. Graliśmy wtedy na konsoli PSX, albo bawiliśmy się na podwórku w wojnę. Zabawa polegała na tym, że dobieraliśmy się w drużyny, wybieraliśmy plastikowe pistolety z mojej kolekcji zabawek, i dawaliśmy sobie chwilę na ukrycie się. Potem powoli wychodziliśmy ze swoich kryjówek i ”strzelaliśmy” do siebie z zaskoczenia, imitując huk wystrzału. Ten, kto pierwszy został trafiony – ginął. Pole manewru nie było wprawdzie duże, ale frajda nieziemska. Moją ulubioną kryjówką był dach wiaty, na którym rozkładałem się jak snajper ze straganową wersją karabinu Winchester. Za łażenie po nim dostawałem solidny ochrzan od dziadka, ale rzecz była tego warta.

Niemal codziennie chodziliśmy kąpać się w miejscowej rzece. Była płytka, toteż budowaliśmy na niej tamy. Spędzaliśmy mnóstwo czasu szalejąc w wodzie i wygrzewając się na piasku. Bywało, że pluskaliśmy się w pobliskim gliniastym bajorku, w którym woda, choć brudna, zawsze była o wiele cieplejsza niż w rzece. Pewnego razu zrobiliśmy w niej sobie we trójkę (ja, jeden z braci K. i nasz wspólny kolega, Michał) kąpiel bez majtek – ot, będąc w wodzie zdjęliśmy gacie, i pozwoliliśmy im osiąść na dnie zbiornika. Gdy na brzegu zjawił się inny nasz kolega, mówiąc Michałowi, że jest po coś pilnie potrzebny, zaczęło się gorączkowe poszukiwanie garderoby – co mimo naszych starań nie uszło uwagi przybysza, który opowiedział wszystkim o naszej pedalskiej kąpieli. Z pluskania się w bajorze zrezygnowaliśmy, kiedy zaczęły pojawiać się w nich dziwne larwy, czasami dostające nam się do majtek.

Gdy miałem 13 lat, w wakacje postanowiłem wraz z braćmi K. zbudować domek na drzewie. Kiedy już znaleźliśmy wprost idealne do tego celu drzewo, zaczęliśmy rozmyślać nad tym, skąd wziąć materiały do budowy. Wpadłem wtedy na pomysł, żebyśmy rozwalili podobny domek, który zbudował mój bardzo dobry klasowy kolega – T. (ten sam, który pokazał mi i C. pisemko pornograficzne). Udaliśmy się więc w to miejsce, a potem rozebraliśmy konstrukcję i przenieśliśmy wszystkie materiały do siebie. Krótko po tym akcie wandalizmu przypadkowo spotkałem T. Był wkurzony z powodu zniszczenia domku, ale właśnie odbudowywał go ze swoim kumplem. Zaprosił mnie nawet, żebym wpadł tam pogadać, a ja poszedłem z nim, i przez dobre dwie godziny rżnąłem niewiniątko. Kilka dni później prawda o moim wyczynie wyszła na jaw, i T. nie chciał mnie widzieć na oczy. Domek, który zamierzałem zbudować wraz z braćmi K., ostatecznie nie powstał, bo właściciel działki wyciął upatrzone przez nas drzewo. Nikt z nas nie miał już zresztą chęci na jego budowę.

Gdy wracam pamięcią do tych wydarzeń, nie mogę wyjść ze zdumienia nad własną bezmyślnością i okrucieństwem. Jak mogłem wyrządzić jednemu z najlepszych kumpli takie świństwo – zniszczyć mu domek, do którego zresztą często mnie zapraszał – i w dodatku liczyć na to, że nie wyjdzie ono na jaw?… Odpowiedzi niestety brak. Mogę tylko kręcić głową ze wstydu. Dodać muszę, że już trzy miesiące później, w roku szkolnym, pogodziłem się z T., któremu w ramach odszkodowania oddałem około dziesięciu płyt CD z muzyką (inicjatywa wyszła ode mnie). Potem jeszcze wiele razy zapraszał mnie do tego domku, ale długo nie czułem się godny wejścia tam, i odmawiałem sobie tej przyjemności.

Przemogłem się pewnego dnia, którego postanowiłem wraz z C. i naszym wspólnym kolegą J. zabawić się w wywoływanie duchów. Nie mieliśmy za bardzo gdzie pójść, toteż poprosiliśmy T. żeby pozwolił nam przeprowadzić obrządek w jego domku. Wierzył w duchy i był temu absolutnie przeciwny, okłamaliśmy go więc, że znajdziemy sobie inne miejsce. Kilka godzin po szkole poszliśmy jednak do jego domku – pech chciał, że T. akurat wracał z niego rowerem, i zobaczywszy nas ile sił w nogach pognał tam z powrotem, po czym zabarykadował się w nim, i nie chciał nas wpuścić. Długo musieliśmy przekonywać go, żeby zmienił zdanie. Gdy weszliśmy do środka, rozstawiliśmy cztery świece, zapaliliśmy je, zasłoniliśmy okna domku, i wyciągnęliśmy medaliki z krucyfiksami. T. nie miał krzyżyka, toteż sklecił go naprędce z połamanego patyka i kawałka sznurka. Chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy mówić: Przyjdź duchu, przyjdź! – T. niweczył jednak powagę sytuacji, żarliwie wymawiając słowa: Przyj duchu, przyj! Nic dziwnego, że żadna zjawa nie zaszczyciła nas swoją obecnością.

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.1

Gdy byłem nastolatkiem, komputery w mojej miejscowości zamieszkania (i w sąsiednich wsiach) były rzadkością. Młodzież zamiast spędzać czas przed monitorem, w czterech ścianach, spotykała się ze sobą na świeżym powietrzu. I ja sam czas po szkole spędzałem głównie poza domem, w towarzystwie kumpli. Z perspektywy czasu stwierdzam, że miałem niesamowite szczęście załapać się na takie właśnie dzieciństwo. Najważniejszą postacią tego okresu mojego życia był klasowy kolega C. – chudy chłopak ze sterczącymi dęba blond włosami (którym to włosom zawdzięczał zabawne przezwisko). C. mieszkał w sąsiedniej miejscowości, trzy minuty jazdy rowerem ode mnie. To z nim ramię w ramię stawiałem pierwsze kroki poza dzieciństwo, w świat nastoletni, w lata szczenięce.

Przyjaźniliśmy się od 11 do 13 roku życia; potem nasza znajomość rozpadła się na kilka lat w drobny mak. Pewnego dnia dowiedziałem się od naszego wspólnego kolegi – jednego z braci K., o których później – że C. oczernia mnie podczas rozmów ze swoimi kumplami. Wiem, że kumple ci nie lubili mnie, i domyślać się mogę, że C. najzwyczajniej w świecie jeździł po mnie, by im się przypodobać. I ja nie byłem w stosunku do niego w porządku – ilość czasu, jaką gotów był ze mną spędzać, przytłaczała mnie, i czasami, gdy przyjeżdżał do mnie, kazałem matce okłamać go, że śpię. Swego czasu, z uwagi na częstotliwość wizyt u mnie, dorobił się wśród moich domowników nowej ksywki – Norek (od postaci Tadeusza Norka, odwiedzającego Karola Krawczyka w serialu komediowym Miodowe lata).

C. miał na podwórku trzepak. Uwielbialiśmy na nim przesiadywać, i rozmawiać. Głównym tematem były – jakżeby inaczej – dziewczyny i sprawy szkolne, ale nie ograniczaliśmy się tylko do nich. Bardzo lubiliśmy omawiać odcinki programu telewizyjnego Nie do wiary, który traktował o niewyjaśnionych zjawiskach. W jednym z nich poruszano temat przepowiedni Nostradamusa dotyczących przybycia antychrysta i końca świata. Całkowicie na serio planowaliśmy, że kiedy dorośniemy, zaczaimy się na sługę diabła i rozstrzelamy go pistoletami-sikawkami wypełnionymi wodą święconą! Gdy opowiadałem o tym ojcu, zaśmiewał się. No co? Przecież skoro to antychryst, to woda święcona musi go zniszczyć – argumentowałem swój plan.

Mniej więcej w tym czasie zakochałem się w Z., młodszej o rok siostrze naszego wspólnego kolegi. C. namawiał mnie na to, bym zapytał się jej, czy chce ze mną chodzić, ale oponowałem. Pewnego dnia zaproponował następujący układ: zawiesimy się rękoma na trzepaku, i jeśli pierwszy puszczę ja, zrobię, co chciał, natomiast jeśli on – przez minutę będzie stał z opuszczonymi majtkami skierowany przodem w stronę sąsiadów. Ale nie ma żadnych wymówek, nawet jeśli przyjdzie listonosz i zejdziesz to przegrywasz – zastrzegłem. C. zgodził się na ten układ. Niestety, listonosz zjawił się kilka minut później… Co prawda potem C. i tak bez mojej wiedzy ”zeswatał” mnie z Z., ale już pierwsza nasza rozmowa spełzła na niczym, kładąc kres temuż ”związkowi”.

Miałem bujną wyobraźnię, i potrafiłem wkręcać sobie i C. różne głupstwa, byle tylko oderwać się od szarej rzeczywistości. Kiedyś na przykład znaleźliśmy na szkolnym boisku bycze jajo (grzyb – purchawkę) i zamknęliśmy ją w słoiku, gdzie zgniła i zaśmiardła. Powąchawszy ją, poważnym tonem oznajmiłem, że wyrzucona ze słoika zdolna będzie zepsuć powietrze na powierzchni kilku kilometrów kwadratowych (!), i że możemy wykorzystać ją do zasmrodzenia boiska szkolnego nielubianym starszakom. Podrzuciliśmy grzybka na ów teren, i czym prędzej czmychnęliśmy z niego, by, jak wtedy sądziliśmy, nie zatruć się smrodem. Oczywiście nasza bomba biologiczna nie wypaliła, co zresztą zrzuciliśmy na karb padającego w chwilę potem deszczu.

Innym razem natrafiłem w czasopiśmie o grach komputerowych na opis przejścia gry Onimusha. Solucja zawierała również tłumaczenia zawartych w grze zapisków (listów? Pamiętników? – tego, niestety, nie pamiętam). Były bardzo mroczne i wywarły na mnie potężne wrażenie. Kilka dni później przepisałem je do zeszytu starając się jak najmocniej zniekształcić swój charakter pisma, skaleczyłem się, i wymazałem kartki krwią. Potem dałem je C. i wmówiłem mu, że to zapiski satanistów grasujących w naszej miejscowości, i że znalazłem je przypadkowo na szkolnym boisku, gdzie nocami urządzają sobie czarne msze. Początkowo był sceptyczny wobec tych rewelacji, ale potem uwierzył w nie; wiem, że zeszyt ten czytał późną nocą, pod kołdrą, przy użyciu latarki. Niestety, nie pamiętam zakończenia tej głupiej historii.

Byłem też niezłym kłamcą. Pewnego razu zapewniałem go, że mój handlujący fajerwerkami wujek załatwi mi za darmo tyle petard, ile tylko zechcę, i że podzielę się z nim jako moim najlepszym przyjacielem. Nie wiem, na ile robiłem to, by lubił mnie bardziej (wydaje mi się, że o jego sympatię mimo wszystko nie musiałem zabiegać), na ile dla samej złośliwej satysfakcji że robię z niego głupca, a na ile dla frajdy rozmawiania o petardach, które uwielbiałem; obstawiam wszystko po trochu. Oczywiście wujek nie dał mi żadnych petard, bo byłem szczylem i nie chciał mieć na sumieniu moich palców, a temat rozwiał się w czasie i został przez C. zapomniany. I on sam potrafił zresztą nieźle kręcić. W czasie mundialu w 2002 roku C. zakładał się ze swoimi młodszymi siostrami na pieniądze o to, jaki będzie wynik emitowanych w telewizji meczów. Haczyk był taki, że transmisje były powtórkami z innych płatnych kanałów, gdzie emitowane były na żywo, a mój kolega sprawdzał wcześniej wyniki w telegazecie.

Od czasu do czasu wpadał do nas młodszy ode mnie o cztery lata R. Był, podobnie jak C., wielkim fanem klubu piłkarskiego Manchester United, a ja nagminnie grałem mu na nerwach lżąc drużynę, ile tylko się dało. Wypada dodać, że robiłem to głównie w myśl zasady kto się czubi, ten się lubi, a nie dla sprawienia mu prawdziwej przykrości – choć nie wykluczam, że byłem trochę zazdrosny o uwagę, jaką poświęcał mu C. z którym łączyła go piłkarska pasja i coroczne dwutygodniowe wyjazdy na kolonie.

Kiedy myślę o R., przypominam sobie tylko dwa ciekawe epizody z jego udziałem. Pierwszy to konkurs bekania, który urządziliśmy sobie z nim i C. w mieszkaniu tego ostatniego podczas nieobecności jego rodziców. Łykaliśmy wtedy powietrze, i wydawaliśmy z siebie jak najdłuższe beknięcia. Wszystkim nam szło świetnie (inna sprawa, że w nocy obudziłem się z potwornym bólem zapowietrzonego żołądka). Druga historia ma miłosne zabarwienie. C. kupił kiedyś na odpustowym straganie plastykowy pierścionek za 1 złoty 50 groszy, żeby oświadczyć się swojej pierwszej dziewczynie – córeczce znajomych, którzy wpadali do jego rodziców raz na przysłowiowy ruski rok. Niestety, znajomość nie przetrwała próby czasu i odległości, toteż R. odkupił go od C. żeby zaproponować chodzenie swojej sympatii, S.

C. miał jamnika, do którego – nie wiedzieć czemu – miałem bardzo ambiwalentny stosunek: na zmianę darzyłem go to sympatią, to niechęcią (podejrzewam, że dużą rolę odegrały w tym jego wariackie, wyłupiaste oczy). Lubiłem pod nieobecność C. pluć na asfalt i patrzeć, jak piesek zlizuje moją plwocinę. Ale ceniłem też zabawy z nim. Poruszaliśmy w powietrzu szmatą kusząc go, by wziął ją w pysk, a potem drażniliśmy go, wyrywając mu ją z pyska. Piesek bardzo szybko wpadał we wściekłość – wtedy puszczaliśmy materiał i czym prędzej uciekaliśmy na trzepak, by nie dać mu złapać się za nogawkę. Potem uspakajaliśmy go, i drażniliśmy na nowo. Któregoś roku C. pojechał z rodzicami nad morze, pozostawiając pieska w szopie, a ja zobowiązałem się doglądać go i napełniać jego miski karmą i wodą. Nie dość, że z ustaleń tych wywiązywałem się po macoszemu, to jeszcze zdarzyło mi się wymierzyć zwierzęciu złośliwego kopniaka. Z perspektywy czasu odczuwam na myśl o tym palący wstyd.

Wspólnie z C. łapaliśmy polne żaby i poddawaliśmy je makabrycznym wiwisekcjom. Miałem nawet miniaturową, zieloną walizeczkę z chałupniczymi narzędziami chirurgicznymi: żyletkami, nożami, strzykawkami, młotkiem (do ogłuszania) itd. Pomińmy opis udręki, jakiej poddawaliśmy te biedne zwierzęta; dość powiedzieć, że pewnego dnia poczuliśmy się gotowi, by rozważać na serio przeprowadzenie na nich operacji przeszczepu serca! Nie doszło jednak do takiej próby – z tego, co pamiętam, mój kolega poszedł do spowiedzi i oznajmił, że kończy z operacjami. Cóż, może to i lepiej – raczej nie zrobiłby kariery jako anestezjolog albo chirurg…

W któreś wakacje nasz wspólny kolega T. opowiedział nam o skrytce, w której jego kumpel schował pisemko pornograficzne. Z tego, co pamiętam, miejsce to było dość odległe, ale ruszyliśmy w podróż niezwłocznie. W tamtych czasach dostęp do pornografii był tak trudny, jak powinien być dla osób w naszym wieku, i po prostu nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Trzech chłopaków pedałujących ile sił polną drogą, piaszczystą jak pustynne wydmy, w upale, musiało być intrygującym widokiem dla ewentualnych postronnych obserwatorów. Choć pewnie nawet w połowie nie tak intrygującym, jak intrygujący okazał się dla nas widok kobiecych narządów płciowych i par uprawiających wyuzdany seks. Nieco później miałem wejść w posiadanie ogromnej ilości tego rodzaju pisemek, w tamtym jednak czasie był to dla nas swego rodzaju Święty Graal.

Nie wiem, dlaczego, ale niezwykle wyraźnie zapadła mi w pamięć pewna arcyzwyczajna chwila: jeżdżę późnym wieczorem przed domem C. w te i we w te, czekając, aż skończy jeść, i marzę o kupnie konsoli Playstation 2 i graniu w grę wyścigową Gran Turismo 3. Jak wyraźnie słyszę cykanie świerszczy, czuję rześkie powietrze, widzę niknącą w zmroku jaskrawą zieleń jego równo przystrzyżonego trawnika! Muskam się o ten moment, ocieram o niego swym istnieniem, zastanawiając się, dlaczego akurat on leży na styku z teraźniejszością, która przecież zawsze jest tu i teraz? Choć wspominając tamte czasy, mimo zażenowania, odczuwam również duży sentyment, tylko do tej właśnie jednej jedynej niezobowiązującej chwili chciałbym móc przenieść się żywcem: kilkukrotnie przejechać rowerem w jedną i w drugą stronę, napawając się tym, że to wciąż dawne dzieje, i że nic – ani tragiczny koniec życia C., ani moje dramaty – nie jest jeszcze postanowione.