Vladimir Nabokov – ”Przezroczyste Przedmioty”

Vladimir Nabokov - ''Przezroczyste Przedmioty'' (1)Kiedy przeczytałem Przezroczyste przedmioty po raz pierwszy (w edycji z roku 1982, pozbawionej posłowia i zatytułowanej Przejrzystość rzeczy), odczułem zawód. Uznałem książkę za prostą (choć napisaną bardzo ciekawym językiem) opowiastkę pozbawioną drugiego dna (dla którego obecnie, między innymi, tak chętnie porywam się na twórczość Nabokova). Ponieważ jednak byłem wtedy mało zaprawionym w bojach czytelnikiem jego prozy – miałem za sobą zaledwie dwie jego książki – teraz, po lekturze kilkunastu z nich, postanowiłem dać utworowi drugą szansę. I bardzo dobrze się stało.

Sama fabuła utworu wydaje się nad wyraz banalna. Bohater, Hugh Person, zmierza do ośrodka wypoczynkowego w Szwajcarii, a narrator opisuje poprzednie jego wyprawy w to miejsce i towarzyszące im perypetie życiowe. W historii pojawia się skąpy wątek miłosny, dramatyczny (trup, wina, pokuta), oraz (czysto zawodowej) znajomości Persona-redaktora z charyzmatycznym pisarzem. Person odwiedza literata w imieniu wydawcy skłaniając go do zmian w tekście utworu, a ten snuje przed nim tyrady na temat subtelności (a wręcz nienaruszalności) materii, jaką jest język. W postaci tej trudno nie dopatrywać się alter ego samego Nabokova, który w swojej karierze znosić musiał rozmaite potyczki z wydawcami. Przejrzyste przedmioty są więc także poniekąd opowieścią o literaturze.

Co bystrzejsi czytelnicy dostrzegą jednak rzuconą im przez pisarza już na wstępie rękawicę, i nie stracą jej z oczu do samego końca. Mowa o dziwnej refleksji narratora na temat osobliwej właściwości przedmiotów, które określa on przejrzystością. Mówca twierdzi, że należy do grupy osób, które wpatrzywszy się w daną rzecz potrafią prześledzić całą historię jej istnienia (i dostarcza na potwierdzenie swych słów całkiem przekonującego dowodu). Czyżby to metafizyczne wyznanie padało z ust szaleńca? Dlaczego wplótł on swój wywód w (zdawałoby się zwyczajną do bólu) opowieść o Hugh Personie? Jak się okazuje, ustalenie osoby narratora jest kluczem do zrozumienia całej historii. A drugie jej dno przyprawia o ciarki na plecach i gęsią skórkę.

Nabokov jak zwykle pozostaje wierny swojemu stwierdzeniu, że o wartości arcydzieł literackich nie stanowi to co zostało w nich napisane, ale jak zostało napisane – toteż na kanwie banalnej z pozoru histori snuje – niby wirtuoz łyżwiarstwa na pierwszej lepszej zamarzniętej kałuży – niebywałe liryczne wariacje. Kiedy indziej – mam tutaj na myśli króciutkie i proste jak drut zdania następujące po kaskadach wielokrotnie złożonych galimatiasów – jawi się jako autor, który wprawdzie tajemnice literatury ma w małym palcu, ale jest już swoją wybitnością i literacką wszechmocą nieco znużony, toteż od czasu do czasu lubi podłubać nim w nosie.

Z uwagi na niewielką objętość (niecałe 130 stron podzielonych na kilkustronicowe rozdzialiki), Przezroczyste przedmioty ciężko nazwać powieścią – jest to raczej nowela. Zawiera jednak tyle treści, że dostarcza znacznie więcej zabawy niż większość wychodzących dzisiaj opasłych tomów. Jest w niej szczypta omdlewającej od samej siebie poetyki, rodzynki osobliwego Nabokovskiego humoru (stali czytelnicy pisarza z pewnością wyłapią kilka dowcipnych aluzji do jego wcześniejszych utworów) i potężny ładunek literackiej szarlatanerii, a wszystko to zatopione w zagmatwanej, nieco onirycznej narracji. To skondensowana, dziwna i mrowiąca proza, oraz finezyjna rozrywka intelektualna zarazem. A żeby poznać w pełni jej smak, trzeba skosztować jej więcej niż jeden raz.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Muza S.A.

Reklamy

Vladimir Nabokov – ”Król, Dama, Walet”

Vladimir Nabokov - ''Król, Dama, Walet'' (1)Nabokov jest śmiertelnym wrogiem banału. Każda jego powieść i nowela (a także lwia część opowiadań) to niezwykłe, gruntownie przemyślane kompozycje, często z drugim (a bywa, że nawet z trzecim) dnem. Ponieważ mam za sobą lekturę większości jego książek, bardzo zaskoczyło mnie, że w jednej ze swoich powieści serwuje czytelnikowi motyw oklepany przez literatów na całym świecie na miliony sposobów – miłosny trójkąt: małżeństwo, i osobę z zewnątrz.

Mamy więc męża – człowieka biznesu nadmiernie zaabsorbowanego pomnażaniem majątku i wielbiciela małżeńskiej rutyny zarazem, jego żonę – z pozoru chłodną kobietę o marnotrawionym przez niego temperamencie, oraz jej kochanka – dość nijakiego i bezwolnego młodzieńca oczarowanego perspektywami, które dał mu wyjazd do miasta. Postaci są więc sztampowe do bólu – i takie właśnie być miały.

Myliłby się ten, kto uznałby powieść za historię o miłości – uczucia łączące bohaterów stanowią tak naprawdę jej parodię (wcale nierzadką w świecie realnym). Marta uwodzi młodszego od siebie kochanka ponieważ chce się w ten sposób odmłodzić w oczach swoich i (w przyszłości) znajomych, Franz to jedna wielka chodząca erekcja (która wkrótce znudzi się samą sobą), zaś Dreyer (który sam snuje potajemne romanse) traktuje żonę jak kapryśne, ale w gruncie rzeczy raz na zawsze oswojone i niezdolne do buntu zwierzątko domowe. Właściwie, nikogo tutaj nie da się polubić – wszystkim za to bez trudu można współczuć samych sobie – i samych siebie.

Historia jest (przynajmniej w 2/3 objętości) równie banalna – ot, odurzona świeżym uczuciem para kochanków planuje zbrodnię, na wskutek której ma wejść w posiadanie fortuny i zapewnić sobie dostatnie życie. Jest jednak opowiedziana z takim kunsztem językowym, z taką swadą, że wprost nie można oderwać się od czytania. Wielka w tym zasługa gracji, z jaką Nabokov odmalował świat zewnętrzny wszystkich trojga bohaterów.

Tym, co urzekło mnie najbardziej, była całkiem przyzwoita dawka pierwszej klasy wisielczego humoru. Perypetie towarzyszące planowaniu morderstwa oraz rozważania narratora na jego temat po prostu nie mogą nie wzbudzić ponurego, zimnego jak grób uśmiechu na twarzy czytelnika. W moim odczuciu Król, dama, walet to przede wszystkim (chwilami dość poetycka) czarna komedia – a już na pewno jest nią ostatnich jej sto stron.

Lektura nie zawiedzie także tych, którzy cenią Nabokova przede wszystkim jako sztukmistrza literackiej przebiegłości. Poza szczyptą kalamburów, mamy do czynienia chociażby z tym, co niektórzy nazywają przełamaniem czwartej ściany – a więc przekroczeniem granicy pomiędzy autorem a odbiorcą, w tym przypadku poprzez sztuczkę deziluzji. Franz odczuwa czasami niejasne przebłyski fałszywości swego istnienia – dopada go coś w rodzaju niemożliwego do wyartykułowania intuicyjnego przeświadczenia, że jest istotą wymyśloną przez istotę wyższą (autora-demiurga) i osadzoną w fikcji. Jest to skutek zelektryzowania bohatera chwilową obecnością w świecie powieściowym samego Nabokova wraz z jego małżonką Vierą. Pisarz podkreśla w ten wyrafinowany sposób literackość książkowego świata, i puszcza oko do bystrookiego czytelnika. Podobnych sztuczek zastosował zresztą więcej.

Warto zauważyć, że mimo, iż Król, dama, walet to druga powieść w dorobku Nabokova, utwór przed przetłumaczeniem na język angielski (na którym z kolei opiera się tłumaczenie w języku polskim) został przez Autora gruntownie przeredagowany. Można więc powiedzieć, że została mu przez niego podarowana druga młodość.

Gdybym miał polecić komukolwiek powieść, z którą powinien zacząć swoją przygodę z literaturą błyskotliwego kpiarza, poleciłbym mu właśnie Król, dama, walet. To porywająca opowieść która poza tym, że zapewni odbiorcy masę frajdy, pozwoli mu poznać się trochę na sztuczkach Nabokova.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Muza S.A.

H. P. Lovecraft – ”W Górach Szaleństwa i Inne Opowieści”

H. P. Lovecraft - ''W Górach Szaleństwa i Inne opowieści''Moje pierwsze spotkanie z twórczością Lovecrafta nie należało do najprzyjemniejszych. Przeczytawszy krótki zbiór jego opowiadań stwierdziłem, że to monotonna i toporna proza przesycona niezamierzonym komizmem. Dopiero gdy zaznajomiłem się z biografią ojca kosmicznego horroru pióra S. T. Joshiego (H. P. Lovecraft. Biografia) postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, i zakupiłem opasłe tomiszcze pt. W górach szaleństwa i inne opowieści.

W tomie zebrano 17 historii cieszących się największym uznaniem wśród miłośników prozy Lovecrafta. Są to jednocześnie utwory reprezentatywne jeśli chodzi o motywy które pisarz podejmował najczęściej, oraz najdłuższe w jego dorobku – dwie powieści oraz nowele i co obszerniejsze opowiadania. W sumie 750 stron w dużym formacie – a więc czytania jest co nie miara.

Najważniejszym motywem twórczości Samotnika z Providence jest konfrontacja człowieka z Nieznanym – z czymś, co przekracza swą obcością jego człowieczeństwo i wymyka się jego pojmowaniu. Świat z prozy Lovecrafta to świat prastarych cywilizacji, przybyłych z kosmosu krwiożerczych bóstw, zakazanych ksiąg i rytuałów (istoty te, ich historia oraz kulty tworzą system powszechnie określany jako Mitologia Cthulu), diabolicznych eksperymentów, mrożących krew w żyłach tajemnic oraz spraw, których dla dobra własnego i reszty ludzkości lepiej nie zgłębiać. Bohaterowie – inteligentni, żądni wiedzy i władzy ludzie – folgują jednak swej ciekawości, swemu pragnieniu poznania – i przypłacają to szaleństwem, wykluczającym ich z życia świata i skazującym na udrękę niezrozumienia i samotności. Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła – mogłaby powiedzieć większość z nich.

Tłem filozoficznym prozy Lovecrafta jest znikomość i nieistotność naszego (ludzkiego) istnienia wobec bezmiaru wszechrzeczy. W porównaniu z potworami z kosmosu człowiek jest tylko nudną i miałką formą istnienia, która swe przeżycie zawdzięcza wyłącznie temu, że jest zbyt nijaka, by siły wyższe zaprzątały sobie nią głowę. Lovecraft stwierdza także istnienie poziomu wiedzy nieprzekraczalnego dla człowieka z uwagi na kruchość jego psychiki. Nawet jeśli jego intelekt jest w stanie poradzić sobie z przyswojeniem złowieszczych informacji, emocjonalność nie jest w stanie ich udźwignąć.

Ale horror to nie tylko strach ufundowany na solidnym fundamencie filozofii – to również budząca odrazę i szok (oraz mroczną fascynację) makabra. Lovecraft jest jej mistrzem – czego najlepszy dowód czytelnik znajdzie między innymi w końcowych partiach Szepczącego w ciemności, Czegoś na progu oraz (przede wszystkim) groteskowym opowiadaniu Herbert West – Reanimator. Ostatni z wymienionych utworów to kwintesencja tego, za co pokochałem horror jeszcze jako dziecko: mamy tutaj zakazane eksperymenty, potwory, szaleństwo, obficie (zbyt obicie, by brać ją do końca na serio) lejącą się krew, rozkosznie przerysowaną diaboliczną postać, buzujące napięcie, a wszystko to doprawione szczyptą wzbudzającego uśmiech absurdu.

Poszczególne fabuły są bardzo pomysłowe. Wybierzemy się w naukową ekspedycję do niegościnnej i pełnej mrocznych tajemnic Antarktydy (W górach szaleństwa), odwiedzimy pradawną, widmową metropolię pogrzebaną żywcem przez pustynię (Zapomniane miasto), będziemy towarzyszyć dwójce studentów medycyny w pracy nad ożywaniem zwłok (Herbert West – Reanimator), zgłębimy mroczną pojemność przeszłości (Przypadek Charlesa Dextera Warda), odwiedzimy oszołomionych mrokiem artystycznych geniuszy (Muzyka Ericha Zanna, Model Pickmana), poznamy skutki pojawienia się na Ziemi materii z innego wymiaru (Kolor z przestworzy), zamieszkamy wśród kosmicznej cywilizacji (Cień spoza czasu) i wiele, wiele więcej.

Lovecraft pisze językiem kwiecistym, eleganckim, precyzyjnym i plastycznym. Opowieści obfitują w szczegółowe i poetyckie opisy mrocznych i tajemniczych miejsc – prastarych lasów, posępnej miejskiej architektury, odludnych osad i pojedynczych, stojących na uboczu domostw. Niestety, jedna z najbardziej rozpoznawalnych cech jego stylu jest zarazem jego największą wadą – mowa tu o nadużywaniu przymiotników. Pewnych określenia pisarz stosuje wręcz maniakalnie – są to takie wyrazy, jak na przykład: bluźnierczy, przerażający, prastary, itd. O ile początkowo takie przymiotnikowe słowotoki rzeczywiście zagęszczają klimat, o tyle potem zaczynają nużyć. Nadużywanie słów o dużej sile wyrazu początkowo osłabia ich moc, a potem – wręcz ośmiesza, w rezultacie czego to, co miało (i mogło) być straszne, staje się groteskowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu). Poza ”przymiotnikozą” drażni także przesada w opisywaniu mroczności pewnych fenomenów – nieustanne podkreślanie, że są poza wszelkim wyobrażeniem, że nie mieszczą się w głowie, itd. Te niefortunne elementy – te skazy na diamentowym stylu – są prawdopodobnie naleciałościami po lekturze pulpowych magazynów, w których pisarz zaczytywał się z wielką, masochistyczną przyjemnością.

Tłumaczenia tekstów zawarte w tomie są dość starej daty, i z tego, co wiem, znawcy tematu zarzucają im niezgrabność, wybierając raczej nowsze translacje autorstwa Macieja Płazy (dwa tomy wydawnictwa Vesper: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści oraz Przyszła na Sarnath zagłada). Nie miałem okazji porównywać ich między sobą (ani zestawiać ich z anglojęzycznymi oryginałami), ale osobiście czytało mi się je naprawdę dobrze (choć czasami raził mnie w oczy nieodpowiedni, burzący melodię tekstu szyk słów). Skoro jesteśmy przy sprawach technicznych, należy pochwalić wydawcę za wspaniałe wydanie (w tym twardą, świetnie ilustrowaną okładkę) i zganić go za brak posłowia, które mniej zorientowanym w życiu i twórczości Lovecrafta pozwoliłoby na lepsze odnalezienie się w jej zawiłych meandrach. Szkoda również, że w książce zabrakło ilustracji – tego typu proza aż prosi się o wzbogacenie jej nastrojowymi grafikami.

W żadnym wypadku nie jest to literatura, którą da się czytać podczas podróży pociągiem albo na szkolnym korytarzu, dla czystej rozrywki lub zabicia czasu (zresztą rozmiar tomu skutecznie i słusznie do tego zniechęca). Wymaga skupienia, i niejakiego przygotowania – obeznania z literaturą wyższych lotów. Przeciętnemu czytelnikowi beletrystyki delektowania się prozą Lovecrafta z pewnością nie ułatwi też fakt, że całkowicie brak w niej dialogów. Postaci czasami wypowiadają się, ale zawsze są to pozbawione odzewu monologi.

Nie będzie ani cienia przesady, jeśli powiem, że prozę Lovecrafta czytałem z dziecięcą wręcz fascynacją – fascynacją, z jaką w czasach dzieciństwa oglądałem filmy grozy, podczas najstraszniejszych scen chowając się pod kołdrę. Znów dane było mi poczuć odrazę mieszającą się z ciekawością, fascynację bezmiarem tajemnic, oraz niepokój. To horror najczystszej próby. Ze świecą szukać drugiej tak mrocznej prozy w czarnych jak smoła otchłaniach kosmosu.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Zysk i S-ka.

VII

Wszystko, co ma jakiekolwiek zabarwienie polityczne, staram się omijać szerokim łukiem – chyba, że dotyczy to kwestii eutanazji, aborcji, in vitro, i kary śmierci, których jestem gorącym zwolennikiem. Wtedy przeczytam kilka artykułów, obejrzę jakąś debatę w telewizji, odchrząknę i zabiorę głos. Ale to ostateczność. Bo to nie na moje nerwy, ta cała polityka. Gdy zaczynam myśleć o tym, co się w niej dzieje, zaraz tracę głowę, trafia mnie szlag i przestaję być merytoryczny. Emocje biorą górę, ot co. Nie osiągnąłem jeszcze dojrzałości pozwalającej mi na babranie się w tych kwestiach, i wydaje mi się, że nie osiągnę jej nigdy. Niech zajmują się tym ci, którzy mają nerwy ze stali i łeb jak sklep.

Ale, powiedzmy sobie wprost – wpadliśmy jak śliwka w kompot. Naród sprzedał się PiS-owi za 500+, i będzie obstawał przy nim z obawy, że zwycięstwo innej partii pozbawi go tego świadczenia. Dopiero jeśli program pogrzebie sam PiS, ludzie odwrócą się od niego plecami i oddadzą swój głos na kogoś innego. Dopóki dopóty będziemy mieli 500+, będą nami rządzili spece od mieszania religii z polityką. Taka jest smutna prawda.

Niedawno odbyły się wybory samorządowe. Nie poszedłem. Raz, że byłem chory, a dwa… Chciałbym zauważyć, demokracja jest pod pewnymi względami bardzo zabawna. Bo – nie mając najmniejszego rozeznania w polityce – mogę oddać swój głos w wyborach, i będzie liczył się tak samo, jak głos samego prezydenta. Między innymi dlatego nie chodzę do urn – bo nie chcę uwłaczać swoją czynną niewiedzą obywatelom lepiej ode mnie zorientowanym w całym tym bałaganie.

Poza tym, gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi przeświadczenie, że każdy polityk – to szuja, a nawet jeśli jeszcze nią nie jest, to stanie się nią po dopchaniu do koryta – i wyjdzie na jedno, bo władza deprawuje; że nasza wolność, wolność przeciętnych Kowalskich i Nowaków, szarych obywateli, polega tylko na tym, że wolno wybrać nam tego, kto teraz będzie nas okradał. Na dodatek w ogóle nie mam poczucia, że to oni służą nam, a nie my – im; ba – ze zdumieniem odkryłem, że całe życie myślałem inaczej! Może gniecie mnie własna maluczkość i to tylko kretyńskie uprzedzenie… a może nie. Na wszelki wypadek wolę trzymać od polityki ręce z daleka.

A ręce, moje ręce – sam nie wiem, gdzie je włożyć. Bo życie jest takie krótkie, a możliwości spożytkowania swojego czasu jest tak wiele! Ogromny dyskomfort odczuwam chociażby na samą myśl o wszystkich tych książkach, których nigdy nie przeczytam, bo zamiast nich – wybiorę inne. Stwierdzenie, że życie to sztuka wyboru jest pustym frazesem kiedy ma się lat 20, ale już dekadę później staje się idealnym mottem życiowym.VII (1)Słoneczne dni mamy za sobą – za kilka dni nadejdzie ponury listopad. Świszczący za oknem wiatr i lejący jak z cebra deszcz sprzyjają siedzeniu w domu, i… sięgnięciu po książkowy horror. Ja sam postanowiłem przeprosić się z H. P. Lovecraftem, z którego twórczością zderzyłem się jakieś 3 lata temu (był to krótki zbiorek opowiadań), i muszę przyznać, nie było to spotkanie najmilsze – jego proza okazała się dla mnie nazbyt ciężka, toporna i dziwna (niektórzy czytelnicy zrzucają to na karb starych tłumaczeń). Jakiś czas później skusiłem się jednak na monumentalną biografię pisarza napisaną przez S. T. Joshiego, która poszerzyła moje zrozumienie jego twórczości i zaostrzyła mi na niego apetyt. Nosiłem się z nim wprawdzie dość długo – ale oto stanęły na mojej półce dwa opasłe tomiszcza wydawnictwa Zysk i S-ka: W górach szaleństwa i inne opowieści oraz Bestia w jaskini i inne opowiadania – w sumie prawie 1500 stron, obejmujących, z tego, co się orientuję, prawie wszystkie utwory prozą Samotnika z Providence.

Lovecraft to postać o niezwykłej osobowości i życiorysie. Przez całe życie trzymał się z dala od pracy fizycznej, zarabiając przysłowiowe grosze na poprawianiu prac innych pisarzy oraz sporadycznym publikowaniu swoich opowiadań w magazynach grozy. Choć przez wielu nazywany jest królem horroru, prozę traktował nieco po macoszemu – czego najlepszym dowodem jest jego aktywność korespondencyjna. Badacze jego życiorysu i twórczości szacują, że w ciągu swojego życia napisał około 87 tysięcy listów. Ostało się z nich tylko 20 tysięcy, z których 930 ukazało się za granicą w formie książkowej w pięciu tomach edycji wydawnictwa Arkham House (pod tytułem Selected Letters I-V). Poza tym pisarz pozostawił po sobie mnóstwo wierszy oraz esejów. Warto dodać, że za życia Lovecrafta jego opowieści nie ukazały się drukiem zwartym, i że gdyby nie wysiłki popularyzatorskie jego przyjaciela Augusta Derletha (założyciela wspomnianego wcześniej Arkham House) być może nikt nie pamiętałby dzisiaj o ojcu kosmicznego horroru. Świadomość tego, jak łatwo jest przepaść dla świata bez wieści, jest straszniejsza od wszystkich opowiadań grozy na świecie. Kto wie, ilu takich Lovecraftów, Grabińskich i poetów wyklętych pochłonęły mroki historii? Ile ton wspaniałej, bezcennej literatury przepadło na zawsze, bo jej twórcom zabrakło odrobiny szczęścia lub pomocnej dłoni?

A propos grozy – za kilka dni czeka nas Halloween. Rodzimi faceci w czarnych spódnicach tępią je jak tylko mogą, nie rozumiejąc, że przebieranie się w makabryczne kreacje i bieganie po domach z hasłem cukierek albo psikus nie ma nic wspólnego z celebrowaniem pogańskiego święta – że to tylko zabawa. Chłopaki najwyraźniej nie potrafią się wyluzować. W sumie nic dziwnego, zważywszy na to, że ostatnio pali im się pod sutannami (czyżby trzymali tam dziewczynki z zapałkami?).

Mieszkam w małej miejscowości, do której Halloween jeszcze (niestety) nie dotarło. Nie znaczy to, że nie obchodzę tej nocki – choć robię to raczej skromnie: oglądam nowy odcinek The Simpsons z serii Treehouse of Horror (specjalny halloweenowy show), czytam poezję Edgara Allana Poe (poemat Ullalume jest nieodłączną częścią tej nocy), i kładę się spać. Oczywiście, tym razem Poego zastąpię Lovecraftem. O wrażeniach z lektury poinformuję w stosownym czasie w recenzjach.

Ale w następnym roku – kiedy już zamieszkam ze swoją dziewczyną – zrobimy sobie porządne Halloween. Kupimy, wydrążymy, i rozświetlimy dynie; przyozdobimy domek sztucznymi pajęczynami; założymy maski rozmaitych szkaradztw; kupimy jakieś makabryczne rekwizyty – odrąbane palce, wydłubane oczy, wyrwane języki i powybijane zęby, a potem usiądziemy przed telewizorem z kratą zimnego piwa oraz dwiema gorącymi pizzami w rozmiarze XXL, i łykniemy trzy horrory jeden po drugim. Pierwszy będzie straszny i pozwalający na wczucie się (ghost story), drugi tak krwawy jak to tylko możliwe (gore; możliwe, że jakiś slasher, chociaż ja gustuję przede wszystkim w zombie movies), a trzeci… TV Trwam.

Wiara Czyni Czuba

Są katolicy i katole. Tak. Ci pierwsi wierzą w Boga, ale nie pozwalają, żeby duchowieństwo robiło im wodę z mózgu. Zdają sobie sprawę z tego, że Bóg i kościół to dwie różne rzeczy, zamiast dać na tacę wolą kupić pizzę plus dwa zimne piwa i rozumieją, że wpływ kleru na nasze życie należy ograniczyć. Ci drudzy – to naiwniacy ślepo wierzący we wszystko, co powie im facet w kiecce, i pozwalający – z pocałowaniem pulchnej, bo spuchniętej od masturbacji graby tegoż – oskubać mu się do ostatniego grosza. Jestem wielkim fanem mądrości tych pierwszych i współczuję tym drugim, dla których nie ma już ratunku. Niechaj Rydzyk złoży ich w ofierze swojemu Złotemu Cielcowi – będzie kilku idiotów mniej.

Ale w Polsce, często i z lubością nawet przez rodaków określanej mianem zadupia cywilizacyjnego, nie jest jeszcze tak źle. Gorzej jest na przykład w wielkiej i wspaniałej Łameryce. Tam to, w tym greatest country in the world, który to kraj God bless, w tym supermocarstwie, połowa obywateli (450 milionów osób; większość z nich to protestanci) wierzy w to, że Bóg stworzył człowieka w ciągu ostatnich 10 tysięcy lat. Bez trudu jestem w stanie zrozumieć atrakcyjność takiego kreacjonistycznego rozumowania w czasach zamierzchłych, natomiast żeby wierzyć w takie banialuki dzisiaj, w czasach atomu, trzeba być idiotą albo szaleńcem.Wiara Czyni Czuba (1)A dzieje się tak, bo w bogatej (bogatej na kredyt) Łameryce kler ma większe przychody, a co za tym idzie, większe możliwości manipulowania społeczeństwem. Jaką karierę robią tam teleewangeliści! O, są to prawdziwe gwiazdy, bożyszcza milionów, przy których nasz rodzimy Rydzyk to celebryta 3 kategorii. Ale swój sukces zawdzięczają nie tylko temu, że są obrzydliwie bogaci i przekonujący – jest to przede wszystkim kwestia nieustannego (i wciąż rosnącego) zapotrzebowania na kit. Jest popyt, jest podaż. Dopóki ludzie będą potrzebowali ogłupienia, kit będzie fabrykowany i dostarczany. Za kit pierwszej jakości, czyli za bzdury podane w odpowiedniej formie (parujący wysryw klechy na złotej tacy telewizyjnego HD) koneserzy kitu zapłacą każdą cenę. Religijne banialuki mają bowiem tą niesamowitą zaletę, że upraszczają obraz rzeczywistości – rzeczywistości, której z uwagi na ograniczenia umysłowe większość leniwych amerykanów nie jest w stanie pojąć. Boi i po co bawić się w jakieś naukowe brednie? W ciekawość świata? Bóg jest odpowiedzią na wszystko, więc włączmy TV, zjedzmy poczwórnego cheeseburgera, popijmy go Colą… I chuj.

A propos penisów. Obecnie na świecie znajduje się 13 napletków Jezusa Chrystusa, pieczołowicie przechowywanych w domach bożych w charakterze relikwii. Alliatus, żyjący w XVII wieku teolog, w jednym ze swoich natchnionych esejów stwierdził, że wszystkie napletki są podróbkami, ponieważ Jezus osiągając wniebowzięcie nie pozostawił po sobie na świecie nic cielesnego. Uczony w piśmie stwierdził również, że po niebiańskim procesie napletek Syna Bożego przekształcił się w… pierścienie Saturna. Dodajmy sprawiedliwie, że od wielu lat kościół odcina się od kultu napletka. Choć jakiś ochujeniec oddający mu cześć zawsze się znajdzie.

Czekam na dzień, kiedy jakiś bezdomny podaruje toruńskiemu antychrystowi rakietę kosmiczną. Kiedy już do tego dojdzie, zapakuję go tam, powywieszam w jego kabinie wszystkie te obleśne, strupieszałe fajfusy (w charakterze choinek zapachowych), i wystrzelę w kierunku słońca, nie dając mu nawet cholernych okularów przeciwsłonecznych.

Rewelacje Spod Sutanny

Im baczniej śledzę fora internetowe, tym bardziej utwierdzam się w przeświadczeniu, że dla większości katolików w Polsce wiara w Boga i kościół – są nierozłączne; że atak na duchowieństwo jest dla nich równoznaczny z atakiem na samego Boga. Gdzieś tam w ich mentalności tkwi przekonanie, że skoro (zgodnie z założeniami ich wiary) doskonały jest Stwórca, w którego wierzą, doskonali muszą być też jego słudzy (którzy są niejako jego mackami). Nie widzę innego wytłumaczenia dla zgorszenia, które wywołał wśród wiernych film Kler.

Pedofilia wśród duchownych jest (coraz częściej i lepiej dokumentowanym) faktem. Pazerność, rozwiązłość (we wszelkich formach) – także. Żeby tego nie wiedzieć i żeby temu zaprzeczać trzeba być człowiekiem niepełnosprawnym intelektualnie, chorym psychicznie, albo niedoinformowanym. Aż dziw bierze, że znaczna część krajan przynależy właśnie do tej grupy, ba – to wprost nieprawdopodobne zważywszy na fakt, że żyjemy w XXI wieku, w czasach swobodnego przepływu informacji i dostępu do nich.

Wielu osobom wygodnie jest tkwić po uszy w przyjemnych złudzeniach – w absurdalnym przekonaniu o przynależności do nieskazitelnej organizacji, sięgającej swą doskonałością chwały samego stwórcy. Dlatego ci, którzy te urojenia rozwiewają, spotykają się z taką agresją. Spierdalaj i nie burz mi komfortu psychicznego – powiedzieliby obrońcy nieskalanego wizerunku kościoła, gdyby wyrażali się dosadnym językiem. Niestety, są zbyt zajęci lizaniem nim tyłka klechom.

Myślę, że ogromne znaczenie na wzrost populacji tego typu szurniętych jegomościów ma pontyfikat Jana Pawła II (pod wieloma względami wyjątkowy, ale wcale nie tak chlubny, jak sądzi większość katolików). Narodowi wydaje się chyba, że za sprawą swej działalności duszpasterskiej Karol Wojtyła zapewnił mu specjalne względy Boga, a ten, żeby ich nie stracić, powinien rżnąć głupa, kiedy faceci w kieckach chowają pod nimi dzieci i pieniądze zdefraudowane ze zbiórek charytatywnych.Rewelacje Spod Sutanny (1)Jestem daleki od twierdzenia, że wszyscy księża to chciwe i zboczone knury w koloratkach, ale nie mam wątpliwości, że wśród nich zdarzają się (wcale nierzadko) również oni. Wszyscy, niezależnie od tego, czy wierzymy, czy nie, powinniśmy mieć na nich szeroko otwarte oczy i kibicować trwałemu usunięciu ich ze stanu duchownego – oraz, rzecz jasna, wymierzenia należnej im kary. Największa odpowiedzialność w tej materii spoczywa na samym kościele, który póki co usiłuje zamiatać brudy pod dywan (przepraszam – pod sutannę) – co jest już oczywistym i zuchwałym współudziałem w przestępstwie.

Jako ateista pogardzam klerem głównie dlatego, że miesza się do polityki i usiłuje narzucać społeczeństwu prawa oparte na religijnie wykoślawionej moralności. Eutanazji należy zakazać, gdyż Bozia z radością patrzy na pokorę z jaką człowiek znosi nieuleczalne męczarnie, a życie nawet, jeśli nadaje się już tylko do cierpienia i robienia pod siebie z bólu, jest wartością najwyższą; antykoncepcji, ponieważ seks jest tylko od zapładniania; in vitro, bo przecież gdyby Bóg chciał, żeby Janek miał dzieci, uczyniłby go płodnym; aborcji, bo kobieta powinna nauczyć się spełniać jako maszynka do rodzenia dzieci (te poczęte na wskutek gwałtu też trzeba urodzić, gdyż są darem Bożym). Tkwimy po uszy w ograniczającej nasze człowieczeństwo psuedomoralności opartej na starożytnych absurdalnych bajędach, w czarnej kościelnej ociekającej marazmem dupie, i dlatego z wytęsknieniem wyczekuję upadku tej sekty zwanej klerem.

Kończą się czasy dla tych świętych krów – nawet w Polsce, kraju psychofanów papieża-polaka i akrobatów tańczących na jego grobie. W tym miesiącu nakazem wyroku sądowego Towarzystwo Chrystusowe zmuszone było wypłacić ofierze pracującego w jego szeregach księdza-pedofila milion złotych odszkodowania (do tego dochodzi dożywotnia renta w wysokości 800 złotych miesięcznie). Jest to przełomowe wydarzenie – społeczeństwo powoli, ziewając ze znużeniem, budzi się ze snu o nieskazitelności i bezkarności duchownych. Ofiary zboczeńców w sutannach, które milczały z poczucia wstydu i winy, oraz z obawy przed niemożliwością uzyskania zadośćuczynienia za wyrządzone im krzywdy, z pewnością dostrzegą w tym wyroku szanse na wyrównanie rachunków. Możemy spodziewać się coraz większej ilości tego typu procesów – i ich wygranych przez stronę pokrzywdzoną.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

VI

Zabrałem się w tym miesiącu za redagowanie swoich opowiadań. Opowiadań w lwiej części dość starych – bo napisanych w 2015 roku. Wtedy – o zgrozo, co za narcyzm! – wydały mi się warte wydania, teraz podczas ich lektury czuję wstyd i zażenowanie. Co za toporna narracja, co za pokraczne eksperymenty językowe, co za płytkie postaci, że o drętwych do bólu dialogach nie wspomnę. Na kilka z nich naniosłem tyle poprawek, że właściwie można by rzec, że napisałem je prawie od nowa. Tym samym zdołałem wprawdzie nadać im trochę powabu, jednak nadal nie nadają się do zaprezentowania komukolwiek. Cóż, przynajmniej w większości; kilka z nich uważam za całkiem niezłe nawet dziś.

Ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wręcz wybornie. Bo skoro teraz, z perspektywy trzech dość twórczych lat jestem dobitnie świadom własnej niedawnej przecież jeszcze nieudolności, to znaczy, że ruszyłem z miejsca, że się rozwijam. Mam co prawda nadzieję, że za następne 3 lata spojrzę na tegoroczne utwory przychylniejszym okiem, niż spoglądam na nie w przypadku utworów wyżej wymienionych – choć z drugiej strony wiem też, że krytycyzm wobec starszych utworów jest miarą pisarskiego rozwoju.

Ponieważ większość czytelników zdecydowanie woli dłuższe formy prozatorskie (powieści) od tych krótszych (nowele, opowiadania), pisarz, który nie ma za sobą wydanych kilku niezłych powieści, będzie miał trudność ze znalezieniem wydawcy dla tomu opowiadań. Mimo to postanowiłem po napisaniu kolejnej powieści poświęcić pół roku właśnie krótkim formom. Przez minione dwa lata zebrałem ponad sto niezłych pomysłów na fabuły, i wspaniale byłoby zrealizować chociaż kilkanaście z nich. Kto wie – może kiedyś niektóre uda mi się wydać w zbiorze. Są zwane szanse.

Bo każdy pies – ma swój dzień. Można czekać na niego latami, snując się z miejsca na miejsce z podkulonym ogonem i żywiąc się resztkami z pańskiego stołu (ja na tym etapie, na szczęście, już od dawna nie jestem), ale taki dzień, jeśli okaże się życiu wystarczająco dużo cierpliwości, w końcu nadchodzi. Przekonał się o tym dzisiaj mój ojciec. Ale od początku.

Krótko po ślubie moi rodzice zamieszkali u dziadków od strony matki. W międzyczasie dziadkowie wyszli z inicjatywą przepisania na matkę działki budowlanej, na której – przy ich pomocy finansowej – rodzice mogliby wybudować własny dom. Ojciec zaparł się – stwierdził, że nie podejmie się przedsięwzięcia, jeśli ziemia nie będzie przepisana również na niego. Gdy dziadkowie postąpili po jego myśli, i kupili wszelkie niezbędne materiały budowlane, ojciec zmienił zdanie: stwierdził, że nie chce mieszkać na wsi, a działkę należy sprzedać, i za zarobione w ten sposób pieniądze kupić mieszkanie w mieście. Możemy tylko domyślać się, że planował taki podstęp od początku.

Małżeństwo rodziców nie układało się – ojciec rzucił pracę i zaczął pić. Po kilku następnych latach pożycia zdecydowali się na separację, potem – na rozwód. Sąd zasądził ojcu zapłatę alimentów na mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Początkowo pieniądze były potrącane z renty ZUS-owskiej, którą otrzymał po tym, jak po pijaku wpakował się na szosę i pod samochód (miał wielkie szczęście, że za kierownicą siedziała lekarka, która udzieliła mu bardzo fachowej pierwszej pomocy). Gdy matka wytoczyła mu sprawę o podniesienie alimentów, ubzdurał sobie, że chce ona tych pieniędzy dla samej siebie – a nie dla dzieci, które poczęli wspólnie, i za które oboje powinni ponosić odpowiedzialność. Kierowany tym urojeniem, zrzekł się renty, i odtąd państwo płaciło alimenty za niego. Przez kilkanaście lat uzbierało mu się kilkadziesiąt tysięcy złotych długu – tylko dlatego, że zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Gdy matka postanowiła sprzedać działkę, okazało się, że chociaż ojciec nie dołożył do niej złamanego grosza, będzie musiała podzielić się z nim pieniędzmi po połowie. On sam, jak przystało na parszywą kreaturę, wyciągał po nie ręce bez najmniejszych skrupułów. Pół biedy, gdyby chociaż dotrzymał słowa i przekazał uzyskaną w ten sposób forsę komornikowi, płacąc w końcu za swoją głupotę (jegomość i tak odwiedzi go za naszym wstawiennictwem w ciągu najbliższych kilku dni – choć niewykluczone, że nie uda mu się niczego odzyskać). On jednak postanowił zataić dochód i przeznaczyć go na prywatne wydatki. Jako nałogowy alkoholik obraca się w towarzystwie, które prawdopodobnie szybko ogołoci go do cna. Głupi tak już mają, że wszystko, nawet największe dary niebios, obracają na swoją niekorzyść – w przeciwnym razie nie byliby głupcami.VI (1)I teraz ten sam oszołom, który kiedyś, gdy byłem jeszcze niemowlęciem, zabrał mnie na spacer w wózku i przywlekł do domu całego pooblewanego piwskiem, którym usiłował poić mnie ze swoimi kumplami od butelki – ten sam, który z własnej zawziętości i głupoty narobił sobie długu sięgającego kilkudziesięciu tysięcy złotych – ta łachudra, gnida po prostu, bez krzty honoru biorąca pieniądze, z których nie należy jej się nawet złamany grosz, nie dając z nich swoim dzieciom ani złotówki – ma czelność prosić matkę o przekazanie mi, że bardzo mnie kocha, a mojej siostrze kupuje… drzewko szczęścia. Ciekawe, po co? Może po to, żeby powiesiła się na nim z radości, że ma takiego kochanego ojca?

Dopiero teraz, mając prawie 30 lat, doceniam wartość humoru w życiu człowieka. Wrażliwość, inteligencja i wyobraźnia są ważne w doświadczaniu go i radowaniu się nim, ale poczucie humoru jest po prostu nieodzowne. Bo jak inaczej przechodzić nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego – nie stracić głowy, nie popaść w marazm? Jak cieszyć się z małych rzeczy doświadczając sytuacji tak absurdalnych, że zakrawają na scenariusz komedii napisanej przez naćpanego dopalaczami szaleńca? Nie da się. Pozostaje albo lać rzewne łzy, albo przypatrzeć się dobrze sytuacji, i… być może dostrzec w niej coś zabawnego, a jeśli sztuka ta powiedzie się – to śmiać się, śmiać, ile wlezie, bo śmiech to zdrowie, a umrzeć ze śmiechu to już w ogóle najzdrowsza rzecz pod słońcem.

Dużo się śmieję, i raczej prawie wcale nie po to, żeby nie zapłakać. Dużo i głośno, z rozmaitych rzeczy – śmiejąc się z nich, ale nie wyśmiewając ich przy tym. Ale śmiać się do rozpuku – śmiać się tak, że nie mogę oddychać, a na drugi dzień niemiłosiernie bolą mnie mięśnie brzucha – zdarza mi się raz na jakieś 2 lata. Kiedyś, pamiętam to jak dziś – a miałem wtedy 16 lat – kolega w szkolnym internacie rozśmieszał mnie tak mocno, że dosłownie błagałem go, by przestał, bo naprawdę myślałem, że się uduszę.

Tak. Pisałem już kiedyś o tym, ale nigdy za wiele o tym mówić: życie to jedna wielka sytuacja Kafkowska, albo, jeśli wolicie, czeski film. Pół biedy, kiedy ten jest niezły.

Drzewko szczęścia! Dobre sobie!