”Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando”

''Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando''Prawdopodobnie żadnemu z ludobójstw, które przetoczyły się przez świat, nie poświęcono tak dużej ilości książek, jak Holokaustowi. Choć w obliczu swej wojennej klęski naziści starali się jak mogli zatrzeć wszelkie ślady masowego mordu, ocalało wielu jego świadków. Ich niezwykle spójne relacje złożyły się na dobitne świadectwo koszmaru, którego – mimo całej jego nierealnej wręcz ohydy – podważać przy zdrowych zmysłach nie sposób.

Wiele z najbardziej szczegółowych relacji dotyczących nazistowskiego ludobójstwa pochodzi od członków Sonderkommando. Była to formacja zajmującą się m. in. opróżnianiem komór gazowych ze zwłok eksterminowanych ludzi oraz paleniem ich w krematoryjnych piecach i paleniskach. Jej członkami byli żydzi wyselekcjonowani przez SS-manów. Pracowali pod przymusem i ze świadomością, że jako naoczni świadkowie ludobójstwa prędzej czy później zostaną bezwzględnie zlikwidowani. Spisali swe doświadczenia i zakopali zapiski pod ziemią, z nadzieją, że w przyszłości zostaną odnalezione przez badaczy, i świat pozna prawdę o tragicznym losie milionów pomordowanych w imię obłąkanej ideologii nazistowskiej. Zbiór tych właśnie ocalałych notatek, przetłumaczonych (m. in. z języka Jidysz i języka francuskiego) na język polski, otrzymuje czytelnik.

Wszystkie zapiski sporządzane były w żydowskich gettach bądź ludobójczym molochu Auschwitz-Birkenau. Niektóre z nich w momencie odnalezienia były znacznie uszkodzone przez wilgoć, toteż niemożliwe było odczytanie ich w całości. Obszerne partie tekstu są wręcz poszatkowane przez (oznaczające luki) nawiasy kwadratowe, i pełne zrozumienie ich jest niemożliwe. Na szczęście edytorzy zbioru postarali się, jak mogli, by rzucić światło na te białe plamy – każdy z opublikowanych zapisków został opatrzony naukowym komentarzem wyjaśniającym okoliczności jego powstania, oraz licznymi przypisami.

Poszczególne teksty opisują bodaj wszystkie najważniejsze etapy gehenny, której poddani byli przeznaczeni do eksterminacji ludzie: od pobytu w getcie, przez wysiedlenie, transport bydlęcymi wagonami, selekcję, pobyt w obozie zagłady, pracę w Sonderkommando, aż po śmierć w komorach gazowych i spalenie. Właściwie wszystkie z nich stanowią nieustający opis fizycznej i psychicznej udręki – poniżenia, tortur, mordów, absurdalnej wręcz bezsilności wobec siły wroga, rozpaczy rodzin skazanych na rozbicie, strachu przed każdą nadchodzącą godziną, głodu, bestialskiej przemocy.

Jak można się tego domyślać, notatki zawarte w książce, z uwagi na dramatyczne okoliczności w których powstawały, pozbawione są większych walorów literackich. W zasadzie tylko u dwójki autorów wyjątkowo bystrych i wrażliwych – Załmena Gradowskiego, oraz Lejba [Langfusa] – dostrzec można wyraźne skłonności do artystycznego stylizowania tekstu (przy czym zabiegi stosowane przez drugiego z autorów są czasami dość nieporadne). Nie oznacza to jednak, że zapiski te pozbawione są siły oddziaływania – nie są to bowiem treści zdane na łaskę i niełaskę formy, a w pełni niezależne od nich, toteż nawet tak prosty tekst, jak pamiętnik Załmena Lawentala, wywołuje u czytelnika wstrząs.

Cennym uzupełnieniem treści książki są skany rękopisów oraz dokumentów obozowych, czarno-białe zdjęcia ukazujące m. in. palenie zwłok na stosach, piece krematoryjne, komory gazowe czy proces selekcji, oraz rozkładana mapa obozu Auschwitz. Poza tym, że dodatki te stanowią interesujące materiały faktograficzne, doskonale wprowadzają czytelnika w ponury nastrój zapisków.

Nie wiadomo, jak wiele notatek opisujących piekło na Ziemi spoczywa ukrytych pod jej powierzchnią do tej pory, wciąż czekając na odkrywcę, a ile z nich zmurszało w niej na zawsze. Opierając się na przesłankach zawartych w ocalałych zapiskach, można wysnuć graniczące z pewnością przypuszczenie, że niniejszy zbiór stanowi zaledwie skromną część dużo większej całości.

Lektura Wśród koszmarnej zbrodni… jest tak nieprzyjemna i przytłaczająca, jak tylko można to sobie wyobrazić, niemniej jednak warto ją przecierpieć – dla ostrzegawczej świadomości, jak nisko może upaść człowiek, dla zaspokojenia poczucia solidarności z tymi, którzy padli ofiarą gigantycznego ucisku, wreszcie: dla zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, każącej uszanować głos rozpaczy ledwo, ledwo przebijający się spod powierzchni masowego grobu. Prawda o tym, co spotkało ofiary Holokaustu, jest wszak jedyną sprawiedliwością, na którą mogą jeszcze liczyć.

***

Okładka: Państwowe Muzeum w Oświęcimiu

Reklamy

Fraszki #4

01. – Dumnie na ołtarzu swych warg/Dźwigasz zachodzącego słońca blask
02. – Uczę się ciebie, jestem kujonem/Lecz to nie w książce siedzę z nosem
03. – Z dumą nosiłbym serce złamane/Gdybyś to ty mi zadała tą ranę
04. – Oczy głębokie, pełne usta/Dziw że w środku taka pusta
05. – Życie znów nabrało kolorów/Czerwieni twych ust, zieleni twych oczu
06. – Przestań wreszcie się dołować/Chodź, nauczę cię szczytować
07. – Dla ciebie bije me serce/Rozum na głowę – i nic więcej
08. – Twoje serce to kamień/Ale szlachetny – diament
09. – Nasza miłość jest wspaniale przezorna/Zawsze wyprzedza o krok nas
10. – Skoro mocniej kocha łobuz/Niech cię tłucze za nas obu
11. – Miłość i nienawiść, jak się patrzy/To siostry są bliźniaczki
12. – Na tysiąc jeden sposobów piękne/Nawet konać będą z wdziękiem
13. – Odnalazłaś mą nadzieję/Sercem płacę ci znaleźne
14. – Kocham cię jak tylko mogę/To na wszystko złoty środek
15. – Złamanemu sercu nie zawdzięczam/Leku na nie – dziewczęcia
16. – Istnieje dla nas jedno wyjście/Musimy pokochać się całym życiem
17. – Próbuję pocałunkiem pojąć/Twoją niebywałą młodość
18. – Miłość ujęta w karby słów/To jak złapany w butelkę duch
19. – Szukałem w tobie miłości, znalazłem artefakt/Serce z kamienia
20. – Gdy tamta złamała mi serce/Myślałem że potrzebny będzie przeszczep
21. – Jak chcesz wiedzieć na miłości/Świat zaczyna się, nie kończy
22. – Zakochanym po uszy, toteż/Miłości mam po dziurki w nosie
23. – Porzucono cię? Bądź zdrów!/Tego chwastu światu pół
24. – Ile dziennie lat ucieka/Wszystkim panienkom zagapionym w lusterka?
25. – Wokół palca mnie sobie okręca/Nie dostrzega we mnie węża

Rok 2050

Ostatnimi czasy zaczytywałem się w literaturze Stanisława Lema. Lem był futurologiem; możliwość przewidywania przyszłości świata, choć w jego odczuciu bardzo ograniczona, fascynowała go niezmiernie, i od snucia prognoz przyszłościowych powstrzymać się nie potrafił. Wiele z nich okazało się trafnych – szczególnie tych, których z uwagi na ich śmiałość nie śmiał wysnuć na poważnie, w swoich książkach dyskursywnych, więc zrobił to w beletrystyce. Dziś ja chciałbym zabawić się – zabawić, podkreślam, bo super-intelektem Lema nie dysponuję – w próbę nakreślenia wizji roku 2050.

Pamiętam, że w pierwszej klasie podstawówki, na lekcji plastyki, mieliśmy (ja i moja klasa) narysować, jak wyobrażamy sobie swoją miejscowość za sto lat. Natychmiast zacząłem rysować zrujnowane domy z popękanymi ścianami i wybitymi oknami. Oderwałem wzrok od kartki dopiero, gdy skończyłem; byłem bardzo zaskoczony tym, że niektórzy moi koledzy i koleżanki zilustrowali wizje zupełnie nie pesymistyczne, a wręcz rozwojowe. Były też tam chyba – pamiętam do bardzo mgliście – wizje futurystyczne, rodem z filmów SF. Cóż: teraz, po dobrych 20 latach od tamtej chwili, jestem chyba jeszcze większym pesymistą, niż wtedy.Rok 2050 (1)Rzeczą, która wydaje mi się właściwie pewna, jest to, że do tego czasu nastąpi powszechna cyfryzacja pieniądza. Społeczeństwo stanie się bezgotówkowe – płatności dokonywać będzie się wyłącznie za pomocą karty płatniczej, albo, co również wydaje mi się realne, wszczepionym w skórę biochipem RFID. Chip ten został opatentowany już w roku 1999 przez Thomasa Heetera jako sposób weryfikacji ludzkiej tożsamości podczas uczestniczenia w elektronicznej transakcji handlowej. Ograniczenie płatności do metody elektronicznej, choć z jednej strony wygodne, stworzyłoby Rządom niesłychane wprost możliwości kontroli obywateli – środki osób niewygodnych dla systemu byłyby blokowane, co uniemożliwiałoby im kupowanie żywności i przeprowadzanie transakcji. Człowiek taki skazany byłby na śmierć głodową.

Nie sądzę, by do tego czasu doszło do utworzenia Rządu Światowego – chyba, że dojdzie do Trzeciej Wojny Światowej, bowiem znacznie łatwiej odbudować świat od zera na nowych zasadach, niż zmienić te zasady w chwili, gdy państwa na ich kanwie funkcjonują. Wiek XX przyniósł największe konflikty zbrojne w dziejach ludzkości i rewolucje kulturalno-społeczne, które odwróciły świat niemal o 180 stopni. Jeśli państwa zostaną połączone, prawdopodobnie wprowadzona zostanie dla nich jedna wspólna waluta.

W chwili, gdy piszę te słowa, na świecie żyje prawie 7,8 mld ludzi. Jeśli populacja świata będzie wzrastać nieskrępowanie – a wszystko na to wskazuje, chyba, że wprowadzona zostanie kontrola narodzin i liberalizacja aborcji – do roku 2050 ma szanse podnieść się o około 2 miliardy. Tym samym drastycznie zwiększy się zapotrzebowanie na jedzenie, a więc i energię, która do jego wytworzenia musi zostać zużyta. Źródła kopalne, które człowiek eksploatuje od kilkuset lat, będą ulegały coraz szybszemu wyczerpaniu, a ich ceny będą wzrastać, co wstrząśnie gospodarką w sposób na tę chwilę niewyobrażalny. Świat będzie musiał przerzucić się na inne źródła energii i prawdopodobnie zwolnić obroty. Największe nadzieje wiąże się z elektrowniami atomowymi, wiatrowymi oraz słonecznymi. Optymiści, jak chociażby Richard Sears, twierdzą, że era ropy naftowej skończy się na długo, zanim zabraknie samej ropy (ma nam jej wystarczyć do roku 2070) – dzięki innowacjom technologicznym – i świat zdoła uniknąć kryzysu.

Kraje europejskie, które zdecydowały się wpuścić do siebie muzułmańskich uchodźców, zapłacą za to wysoką cenę: wyznawcy islamu będą zakładać tam rodziny, zwiększać swoją liczebność, i dochodzić swoich praw kosztem gospodarzy. Ich przedstawiciele będą docierać do ważnych stanowisk politycznych. Wpływy muzułmanów na Europę będą konsekwentnie się zwiększać. Dojdzie do sytuacji, w której rdzenni mieszkańcy będą przez swoich gości uciskani. Szanse na to, że obie kultury – europejska i muzułmańska – zdołają dotrzeć się wzajemnie, odejść od radykalizmu na rzecz integracji, oceniam na skrajnie niską.

Wiele emocji budzi plan eksploracji Marsa, który USA zamierzają wdrażać w życie od 2025 roku. Wszystko wskazuje na to, że człowiek rzeczywiście postawi stopę na czerwonej planecie; być może dojdzie nawet do zbudowania tam bazy kosmicznej. Myślę jednak, że kryzys ekonomiczny znacząco wyhamuje program kolonizacji, i człowiek z czerwonej planety szybko zabierze się z powrotem na Ziemię. Prawdę mówiąc, nic nie wydaje mi się bardziej bezsensowne od kolonizowania obcej, skrajnie nieprzyjaznej i pozbawionej atmosfery planety, podczas gdy pieniądze te (biliony dolarów!) można by przeznaczyć na ratowanie niszczonej przez nas Ziemskiej biosfery. Faktem jest natomiast, że produktem ubocznym inżynierii kosmicznej jest cała masa niezwykle dzisiaj dla nas, przeciętnych obywateli, przydatnych wynalazków, żeby wspomnieć choćby joysticki, filtry do wody, bezprzewodowe narzędzia czy detektory dymu. Dobrze więc dla nas, by wysiłki w celu skolonizowania Marsa nie ustawały – wynalazki NASA będą podlegały bowiem dalszej komercjalizacji.

Świat przypomina obecnie palacza w średnim wieku, który choć wie, że wkrótce grozi mu nowotwór płuc, i poczyna pewne kroki by z nałogiem zerwać, to jednak wciąż uczynić tego nie potrafi. Choć państwa starają się ograniczyć emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, działania te są niewystarczające wobec zmian, które już zaszły w biosferze. Zwrot w kierunku natury prawdopodobnie powoli będzie jednak postępował – nie tyle z dobrej woli człowieka, co po prostu dlatego, że tak nakaże ludzkości gromadny instynkt przetrwania, bowiem ratunek biosfery stanie się dla niej sprawą życia i śmierci. W znacznej części przyczyni się też do tego wspomniany już zanik paliw kopalnych.

Z pewnością w ciągu następnych 30 lat pojawią się wynalazki, o których dziś nawet nie śmiemy pomyśleć – tak, jak choćby trzy dekady temu mało kto myślał poważnie o rozpowszechnieniu gadżetu, który pozwoli człowiekowi robić zdjęcia, nagrywać filmy, i kontaktować się z ludźmi na drugiej stronie kuli ziemskiej o dowolnej porze dnia i nocy. Wynalazki te odmienią relacje społeczne tak, jak odmieniły je telefony komórkowe i Internet, a kto wie – może nawet bardziej.

Im więcej myślę o nadchodzących czasach, tym mniej zazdroszczę ludziom, którym przyjdzie w nich żyć. Świat stoi u progu wielkich przemian, i ciężko powiedzieć, czy wyjdzie z nich obronną ręką, a jeśli tak – to ile zostanie w nim starego świata. A to tylko przewidywania sięgające nieco ponad 30 lat naprzód; świat za lat sto czy dwieście jest dla mnie niewyobrażalny całkowicie.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay.com z darmowymi grafikami.

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Przed Debiutem

Każdy pisarz, który ruszył kiedyś na podbój Wydawnictw, wie dobrze, jak chwila wysłania im swojego utworu wpływa na jego życie wewnętrzne. Rozpoczyna się wtedy proces ekscytującego oczekiwania, okres wzmożonych marzeń o debiucie i byciu czytanym, oraz strach przed jednoznacznym odrzuceniem. Odpowiedzi, jeśli w ogóle przychodzą, to po kilku miesiącach i (jeśli jest to pierwszy napisany utwór) prawie zawsze są odmowne. Pisarza, jako że to człowiek wrażliwy, nastraja to nieraz bardzo pesymistycznie; bywa, że ciężko podnieść się po pierwszej porażce, raz jeszcze uwierzyć we własne siły, i poświęcić się czemuś, co wymaga ogromu czasu i znowu może się nie powieść. W głębi serca wie on jednak, że innej drogi dla niego nie ma.Przed Debiutem (1)
Na odpowiedź od Wydawnictwa Videograf, któremu wysłałem swoją drugą powieść (pierwsza jest kiepska i jej maszynopis nigdy więcej nie opuści szafki oraz dysku twardego) czekałem przez pół roku. Czekałem, warto dodać, jak to ja: dość niecierpliwie, raz na jakiś czas dopytując o to, czy jest już jakaś decyzja odnośnie jej ewentualnego wydania. W odpowiedzi informowano mnie, że jeszcze nie, ale zapewniano również, że rzecz jest czytana przez wewnętrznych recenzentów. Informacja taka działała jak balsam dla mojej skołatanej duszy, uzyskiwałem bowiem potwierdzenie, że nie zapomniano o mnie, że tryby machiny wydawniczej obracają się również dla mnie.

Kiedy ujrzałem w skrzynce odbiorczej wiadomość od Videografu z pytaniem o mój numer telefonu, wiedziałem już, że coś się ruszyło. W chwilę potem odebrałem telefon od przesympatycznej Pani redaktor, która poinformowała mnie, że Wydawnictwo podejmie się wydania mojej powieści! Objęła mnie krystalicznie czysta euforia, która wprawiła moje ręce w drżenie. Wprost nie mogłem w to uwierzyć: moja praca i cierpliwość zostały docenione i wynagrodzone! Zaczęło wydawać mi się, że to sen, i kilkukrotnie wykonałem test rzeczywistości (poprzez uszczypnięcie się). Kto chce, może się śmiać, ale ja już wiem, że dla takich chwil warto żyć!

Wiem, że moja ewentualna kariera pisarska nie wybuchnie jak fajerwerki na Sylwestrowym niebie. Wiem, że z pisania wyżyć raczej się nie da. Wiem, że moja powieść nie wszystkim się spodoba, i wiem też, że jako pisarz jestem zaledwie rybką w oceanie. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że zrobiłem krok na przód, że jestem na drodze do spełnienia swojego marzenia, i że dobrze wiem, po co mi to wszystko, że robię swoje i jestem cudownie wręcz spokojny o całą resztę.

Zainteresowanych pragnę poinformować, że moja powieść – będzie nosiła tytuł Jowita – ukaże się dopiero na początku przyszłego roku, z uwagi na zapełniony na ten rok plan wydawniczy Videografu. Będzie to powieść psychologiczna z wiodącym wątkiem miłosnym, której bohaterem jest młody, niezrównoważony mężczyzna. Więcej o utworze napiszę w osobnym tekście, kiedy nadejdzie czas jego wydania (umowa z Wydawnictwem jest już podpisana).

A Wy wszyscy, którzy na co dzień walczycie z żywiołem słowa pisanego, Wy, którzy staracie się ujarzmić go – bądźcie wytrwali, jeśli naprawdę wiecie, po co piszecie, i jeśli naprawdę zależy Wam na tym, by zaistnieć. Na owoce Waszej pracy prawdopodobnie przyjdzie czekać Wam dłużej, niż wyobrażacie sobie teraz, że jesteście w stanie znieść, ale upragniony sukces nadejdzie. Wypiszecie masę długopisów, zdemolujecie palcami kilka klawiatur, i wylejecie morze tuszu, ale jeśli będziecie uparci, wydostaniecie się z tego mozołu z niezłą powieścią w zębach.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pexels.com z darmowymi grafikami.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.