Himalaje Głupoty

W mediach Internetowych (w telewizji pewnie zresztą też; nie wiem, bo nie oglądam) w kółko pojawia się temat tragicznej wyprawy na Nanga Parbat. Temat ten budzi w ludziach ogromne emocje; jedni bronią Mackiewicza, drudzy krytykują albo wręcz hejtują. Przyznam, że miałem nie zabierać głosu w tej sprawie; nie zależy mi ani trochę na dolewaniu oliwy do ognia. Potem zrozumiałem jednak, że temat nie dotyczy samego tragicznie zmarłego, że tak naprawdę chodzi o pewne bardzo istotne kwestie.Himalaje Głupoty (1)Niezwykle zaskoczyła mnie ilość osób, które w komentarzach pod artykułami o tej tragedii brały Mackiewicza w obronę. A już zupełnie nie dowierzałem, jak wiele osób przytaczało przy tym ”żelazny” w ich mniemaniu argument, że ”pasja to pasja, nie da się wytłumaczyć jej komuś, kto jej nie czuje”. Gdyby jeszcze pisali to młodzicy, byłbym zrozumiał, ale głosy takie pojawiały się także ze strony ludzi starszych ode mnie.

Na ryzyko utraty zdrowia lub śmierci pozwolić może sobie samotny wilk – ktoś, kto nie musi liczyć się z potrzebami żony i dzieci. Nie ma nic wzniosłego w decyzji odstawienia rodziny na bok na rzecz realizowania się w swej śmiertelnie niebezpiecznej pasji. Odpowiedzialny człowiek nie zostawia najbliższych, by bez ubezpieczenia i butli tlenowej włazić na ośmiotysięcznik. To kwestia priorytetów – czasami trzeba wybrać, czy chce się być ojcem i mężem, czy himalaistą; nie zawsze można pogodzić jedno z drugim.

W zdumienie wprawia mnie również fakt, że znaczna część Polaków śmierć Mackiewicza postrzega w sposób dość romantyczny. Przyznam, że jakaś część mnie również tak właśnie pojmuje to, co zaszło: oto mężczyzna, który do zdobycia góry podchodził siedmiokrotnie, wreszcie wspina się na jej szczyt, ale nawet nie dane jest mu go ujrzeć, gdyż ślepota śnieżna odbiera mu wzrok. Potem niedomaga, i musi pozostać tam, by skonać w samotności – sam na sam z miejscem, do którego w końcu udało mu się dotrzeć.

Ale to tylko złudny romantyzm. W ogóle nie wierzę w piękną śmierć. Śmierć to zawsze tragedia, ból, rozpacz. W rzeczywistości nie ma nic wzniosłego w ślepnięciu, w zamarzaniu żywcem, w załatwianiu się we własne gacie (podczas zgonu puszczają zwieracze). Tak samo nie ma nic wzniosłego w tym, że Mackiewicz nie zobaczy więcej swoich dzieci, a one – swojego ojca, ani w tym, że mógł żyć z nimi długo i szczęśliwie, ale nie będzie mu to dane.

Żal mi żony i dzieci Mackiewicza. Dobrze, że założono konto, na które chętni wpłacać mogą pieniądze, które zabezpieczą finansowo ich przyszłość. Szkoda jednak, że w podobny sposób nie organizuje się zbiórek dla każdego dziecka skrzywdzonego przez lekkomyślność rodzica (lub rodziców). Co z dziećmi osób, które przeszły na czerwonym świetle i zostały rozjechane przez samochód, albo tymi, których rodzice woleli przepijać pieniądze, niż kupować jedzenie? Dlaczego nie urządza się zbiórek by ratować ich przyszłość? Są mniej warte, bo ich rodzice wykańczają się w sposób mniej spektakularny?

Jakby się kto pytał: tak, łatwo mówić mi to wszystko z pozycji człowieka, który siedzi na wygodnym obrotowym fotelu przed komputerem, w ciepłym mieszkanku, a tuż obok ma pościelone, wygodne łóżko. A mam ten przywilej, że łatwo mi to mówić, bo nie zdurniałem na tyle, by ryzykować życiem dla tzw. samorealizacji. Mam dla kogo i dla czego żyć. I wiem, co jest w życiu naprawdę ważne: nie martwa, niegościnna skała, a uczucia żywych, bliskich mi ludzi.

***

Zdjęcie Nanga Parbat pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Reklamy

Projekcja Astralna

Po raz pierwszy zetknąłem się z opowieścią o wychodzeniu duszą z ciała fizycznego (inaczej: projekcja astralna, eksterioryzacja) jako dziesięcioletnie dziecko. Przeczytałem o tym zjawisku we Wróżce – czasopiśmie traktującym o, jak wskazuje podtytuł, magicznej stronie rzeczywistości (magazyn ukazuje się do dziś, ale bardzo daleko mu do formy, jaką prezentował przed wielu laty). W rzeczonym artykule opisane zostały niezwykłe możliwości jakie daje przebywanie w tym stanie, oraz techniki pozwalające na sprowokowanie go. Pamiętam, że tej samej nocy zjadłem słony posiłek i spałem na podłodze (tak chyba zalecała publikacja), ale z ciała nie wyszedłem. Jedyną korzyść z mojego przedsięwzięcia odniosła moja matka – miała ze mnie kupę zdrowego śmiechu.

Potem na kilkanaście lat zapomniałem o istnieniu eksterioryzacji. Nie pamiętam już, w jaki sposób zetknąłem się z nią ponownie, ale chyba czytając w Internecie o doświadczeniu śmierci klinicznej, podczas której poczucie oddzielenia się świadomości od ciała fizycznego również czasami występuje. Zacząłem zgłębiać temat tego fenomenu, i zachęcony relacjami osób, które miały przyjemność go doświadczyć, postanowiłem spróbować po raz kolejny. Stosowałem rozmaite opisane w Internecie metody; po raz pierwszy udało mi się ”wyjść” po 20 dniach intensywnych, conocnych ćwiczeń koncentracji, relaksacji, itd. Doznanie było niezwykle silne – pamiętam je doskonale nawet teraz, choć od tamtej pory minęło już pięć lat (zresztą, wspomnienia wszystkich wyjść wciąż są dla mnie bardzo żywe, kolorowe).Projekcja Astralna (1)Realność świata po drugiej stronie jest absolutna, a uczucie wolności, którego się tam doświadcza, ekstatyczne i nie daje się porównać z żadnym doświadczeniem zaznawanym na jawie. Człowiek czuje się stworzony właśnie do bytowania w takiej formie i chciałby pozostać tam na zawsze. Możliwość swobodnego unoszenia się w powietrzu i odbywania w ten sposób podróży do najdalszych nawet miejsc i ludzi jest tak wspaniała, że – paradoksalnie – spędzać może sen z powiek. Niewiele też rzeczy równać może się niezwykłością z patrzeniem na własne, leżące na łóżku ciało. Zawsze po przebudzeniu się z takiego doświadczenia jestem naładowany pozytywną energią – choć odczuwam także nostalgię za pobytem poza ciałem.

Pomimo swoich intensywnych astralnych doświadczeń, nie wierzę w duszę i w to, że rzeczywiście oddziela się od ciała fizycznego. Zdecydowanie odrzucam również ezoteryczne i metafizyczne wywody, którymi okraszają swe pozacielesne przeżycia tacy ich entuzjaści, jak Robert Bruce czy Dariusz Sugier. Wszystko, co dzieje się po tzw. wyjściu z ciała, ma moim zdaniem miejsce nie w fizycznej rzeczywistości, a w głowie śniącego – na tzw. planie astralnym, w przestrzeni czysto imaginacyjnej, w całości utkanej z myślokształtów. Świat po wyjściu zawsze – choćby w drobnych detalach – różni się od świata realnego. W mojej sypialni panuje wtedy zazwyczaj stary, znany mi z dzieciństwa układ mebli, a łóżka są zaścielone i okryte narzutami, którymi nakrywała je moja babka po tym, jak wraz z rodzeństwem wychodziłem do szkoły. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie w ten sposób prezentują się dla mnie te niecodzienne senne realia, ale tak właśnie jest.

Istnieje wiele technik prowadzących do projekcji astralnej. Najefektywniejsze i zarazem najprostsze są dwie. Pierwsza, znana pod nazwą 4+1, polega na przebudzeniu się po czterech godzinach snu, godzinnym czuwaniu, a potem powrocie do łóżka i zaśnięciu z silną intencją przeżycia takiego właśnie doświadczenia. Druga przynosi w moim przypadku najlepsze rezultaty. Wykorzystuje fakt, że człowiek każdej nocy doświadcza kilku niezwykle drobnych ocknięć; jeśli uda mu się wbić sobie do głowy, że przebudziwszy się ma pamiętać o tym, by nie otwierać oczu i wyobrazić sobie swój pokój, ten niemal automatycznie zwizualizuje mu się w sposób całkowicie realny (z czasem zacznie się doświadczać ocknięć z imaginacją taką już gotową). W taki obraz należy wniknąć siłą woli; zazna się wtedy poczucia katapultowania świadomości z ciała fizycznego do realiów astralnych (nie zawsze się to udaje; czasami wizja rozwiewa się).

Eksploracja świata po drugiej stronie wymaga od podróżnika dużej dozy opanowania. Duch rwie się w przestworza niczym ptak wyfruwający z klatki, ale natychmiastowe pofolgowanie pragnieniu zaznania niczym nieskrępowanej wolności skończyć może się przemianą tego niezwykłego doświadczenia w zwyczajny sen. Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na dłużej w swojej sypialni – pozwoli to bowiem rzeczywistości na wyostrzenie i ustabilizowanie się, uczyni ją odporniejszą na przeciążenia, którym podda ją realizacja rozmaitych fantazji. Polecam przyjęcie siadu tureckiego i powolne lewitowanie w tej pozycji na boki oraz w górę i w dół, dotykanie przedmiotów, przenikanie dłonią przez ściany.

Kilka razy doświadczyłem (podobnie jak wiele innych osób) ”wyjścia” spontanicznie. Śpiąc, nagle czułem niebywałą błogą lekkość oraz subtelne wirowanie wokół własnej osi, i natychmiast pojmowałem, że lada moment ”opuszczę” swoją fizyczną powłokę. Kierowałem się wtedy siłą woli na podłogę, i zakotwiczałem w tej dziwnej rzeczywistości. Takie eskapady są zawsze niezwykle miłą niespodzianką.

Wielu ludzi ma opory przed inicjowaniem projekcji astralnej; boją się na przykład tego, że nie uda im się powrócić do ciała, albo że przebywając poza nim natkną się na złowrogie istoty duchowe, które wyrządzą im krzywdę. Ponieważ, jak już wspominałem, zjawisko to pomimo swojej intensywności nie ma dla mnie natury metafizycznej, osobiście nie widzę najmniejszych powodów do obaw. Znam jednak przypadki osób, które na wskutek swoich doświadczeń z eksterioryzacją przekonały się do istnienia świata duchowego i pozagrobowego życia. Jednym z nich jest nieżyjący już pionier badań nad tym zjawiskiem, Robert Monroe, biznesmen i człowiek niezwykle racjonalny. Napisał w ciągu swojego życia trzy książki, w których opisał dokładnie wiele swoich pozacielesnych podróży i wysunął na ich temat tyleż samo ciekawych refleksji.

Ze swojej strony polecam projekcję astralną wszystkim bez wyjątku. Jest to doświadczenie niezwykłe, i może zmienić Wasze postrzeganie życia. A nawet jeśli nie – to nie ma to, jak dobrze się wyspać, a piękny sen (bo doświadczenie przebywania poza ciałem to według mnie właśnie wyrafinowany rodzaj snu) jest najlepszym możliwym początkiem dnia.

***

Mimo długich poszukiwań, nie udało mi się ustalić pierwotnego źródła zdjęcia ani jego autora.

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Rozważania o Końcu Człowieka

Skończyłem właśnie czytać Wybór Opowiadań Tadeusza Borowskiego. Podczas lektury nie raz łapałem się na tym, że nogi mam wyprostowane, a mięśnie łydek zaciśnięte do bólu; że otwieram z niedowierzania usta, że włosek po włosku wyrywam sobie zarost. Cokolwiek napiszą kiedykolwiek najmroczniejsi pisarze tego świata, nic nie będzie mogło równać się z tym, co zaszło w samej rzeczywistości, z czego zdali nam relacje chociażby Stanisław Grzesiuk, Aleksander Sołżenicyn, czy właśnie Tadeusz Borowski. Kto nie wierzy – niech sprawdzi sam.

Opowiadania te – to oszronione i zakurzone okna na tamten okres, na te miejsca i sytuacje. A ja przez te okna przypatrywałem im się ze swojego ciepłego, wygodnego, i bezpiecznego lokum, syty, i z lodówką pełną smakowitości, o których wtedy ludziom nawet się nie śniło. Patrzyłem, jak esesmani zamęczają na śmierć niewinnych, słuchałem tęsknych rozmów o najzwyklejszej w świecie pajdce chleba, czułem fetor rozkładających się ciał, i nie mogłem ich niedoli zaradzić. A nawet gdybym mógł, gdybym tkwił tam fizycznie, prawdopodobnie bałbym się narażać na takie niebezpieczeństwo. Prawdopodobnie, bo na sto procent pewien nie jestem. Nie znam siebie do końca. Mogę mieć tylko nikłą nadzieję, że odważyłbym się, i że choć może sam bym przy tym zginął, to jednak człowiek we mnie – ocalałby. Ale co ja będę fantazjował, ćwiczył kaligrafię palcem na wodzie.Rozważania o Końcu Człowieka (1)Kiedy czyta się o tym, jak całe tysiące, prowadzone przez garstkę uzbrojonych w automaty ludzi, szły do komór gazowych, potulnie, jak owce na rzeź, nie jest się już wcale takim pewnym tego, czy rzeczywiście dobrze, że w kosmosie zaistniał ten przebłysk świadomości zwany ludzkością. I powiem więcej: boję się, że we Wszechświecie istnieć może masa cywilizacji, które prędzej czy później, na drodze swego rozwoju, zabrną w ślepy zaułek eksterminacji i globalnych wojen. Że gdzieś ciągle giną miliony, że rzeź trwa dzień i noc, i nie skończy się, póki nie zgasną ostatnie gwiazdy.

I my, tutaj, na Ziemi, też nie jesteśmy bezpieczni. W świecie, w którym coś tak potwornego w swym okrucieństwie i bezsensie wydarzyło się raz, może zdarzyć się po raz kolejny. Wkrótce może nadejść dzień, kiedy zapędzi się nas w bydlęce wagony, wywiezie na odludzie, i będzie mordować na skalę przemysłową. Tylko, że przy dzisiejszej technologii wydajność fabryk śmierci przewyższyłaby nazistowskie o tysiąc procent. I tak się stanie, jeśli będzie to w interesie tego 1 procenta ludzi, których fortuna przewyższa majątek całej reszty ludzkości (a zaledwie 8 najbogatszych osób zamożniejszych jest od 3,6 miliarda najbiedniejszych – raport OXFAM z 2016 roku). W razie potrzeby zniszczy się nas tak, jak Stany Zjednoczone zniszczyły Irak dla ropy. Będzie tak, bo to pieniądz rządzi światem, i nie ma żadnej siły, która mogłaby mu się przeciwstawić, a władza deprawuje bardziej, niż cokolwiek innego.Rozważania o Końcu Człowieka (2)Kruchy jest pokój pomiędzy narodami. W nic nie inwestuje się więcej pieniędzy, niż w coraz doskonalsze narzędzia zagłady. Wyścig zbrojeń trwa, i nie ustanie nigdy, gdyż po pierwsze, każda ze stron chce być najpotężniejsza, a po drugie, dla względnego bezpieczeństwa zachowana musi być równowaga sił. W 2015 roku na świecie znajdowało się prawie 16 tysięcy głowic jądrowych (stosunkowo niewiele, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jeszcze w roku 1985 było ich ponad 65 tysięcy). Bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę miała moc 16 kiloton trotylu i zabiła ponad 70 tysięcy osób – ale to jest, proszę Państwa, stosunkowo niewiele jeśli chodzi o siłę rażenia. Car Bomba zdetonowana przez Związek Radziecki w 1961 roku miała moc około 58 megaton trotylu, więc była cztery tysiące razy potężniejsza (siła eksplozji mogła osiągnąć moc 150 megaton, ale została ograniczona ze względów bezpieczeństwa). Jest to więc broń apokaliptyczna.

Tak. Wszyscy siedzimy na bombie wodorowej; bombą wodorową świat stoi, bomba wodorowa to jego fundament: bezpieczeństwo i prawdopodobnie przyszła zguba. Tulmy ją więc z całą czułością, z jaką kochamy swoje małe życia. Tulmy ją i kochajmy, póki jeszcze możemy.

***

Fotografie:
1. – Ofiary eksterminacji przeprowadzanej przez nazistów w niemieckim obozie koncentracyjnym Buchenwald. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.
2. – Wybuch bomby atomowej testowanej przez USA na atolu Bikini w ramach Operacji Crossroads 25 lipca 1946 roku. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Łamańce Językowe #3

01. – No proszę! Przyprażone na rożnie pożarem prosię poróżniło próżne położne!
02. – Trup trubadura z taboru toporem poturbowany trapi trapera z trupy dobrych drabów
03. – Hodowca owcy jadł owoce i schudł, więc ja daje mu owacje na stojąco
04. – Wojewoda leje wodę na wodewilu, a w tej samej chwili wódę walą w jego willi wandale
05. – Ala tłukła kota po tyłku i ten utykał idąc ku tyglu a zegar tykał tik-tak
06. – Zatem Matuzalem ma tym tuzom i muzom w muzeum Salomona dać matiasy?
07. – Ździra zdziera żarcie z żerdzi i zadziera zadziora z życiem zażarcie
08. – Marcel rozparcelował palcami precle i porcelanę po parceli i pralce
09. – Stara sutenera starannie sra do saturatora w sanatorium na Santorynie
10. – Babochłop co miał hopla popchnął płochą babę na hubę i siał popłoch
11. – Krakus brał krakersy z Korsyki nie za kasę, a na kreskę, w kiosku
12. – Lecz czy ci nieliczni lenie liczyli czcicieli liczi i czy leczeni chili linieli?
13. – Rozżalony żul leży za lożą i liże żużel na Żoliborzu rzępoląc na lirze
14. – Stary styrany satyr z tenorem starli zza steru tira sterylną stearynę
15. – Hrabia w chorobie miał chrapkę na chabry, herbatę i chrupkie herbatniki
16. – To skandal!, skandowały jak nigdy Kunegunda i Mira, a gadane miały co nie miara, gnidy
17. – Idą Ida, idiota i ten niedojda co ma dietę i nie dojada, do Judei jadu pełni
18. – Księdza co w kiecce i na kacu leci po kolędzie ludzie w końcu pokaleczyli cegłą
19. – Kat załomotał kota Tomka młotkiem bo zamotał motek pod klamotami matki
20. – Zaiste, ten ateista to istotny eseista dla estetów co są tu dla stosu tostów a nie osądu etosu
21. – Prócz tych kurtek które praczka spartaczyła, bo raczyła się porto, ubrudziła portki
22. – Absztyfikant z aresztantem na capstrzyk spałaszowali befsztyk i szaszłyk
23. – Pan i piękna pani po pikniku popadli w panikę bo pogubili pierniki, pilnik i pestki pini
24. – Gadali kowale o konowale co klonował i knował, konia walił, jadł nowalijki i konwalie
25. – Trzymał szacowny szewc w szafce szlafmyce szwaczki i szafował nią w szale szefostwu

Stanisław Lem – ”Sknocony Kryminał”

Stanisław Lem - ''Sknocony Kryminał''Nowy Jork. Cavish, prywatny detektyw, dostaje od mężczyzny nazwiskiem Washer zlecenie zbadania podejrzanych okoliczności śmierci jego przyjaciela, Cyryla Maystersa. Kiedy detektyw przybywa na spotkanie ze zleceniodawcą, okazuje się, że ten wyzionął ducha w aucie oczekując na jego pojawienie się. Cavish kradnie z jego portfela 500 dolarów, po czym, wiedziony wyrzutami sumienia, podąża tropem ku rozwiązaniu zagadki. Pomaga mu w tym córka Washera, Zuzanna. Tak przedstawia się fabuła ”Sknoconego Kryminału” – niedokończonej powieści Stanisława Lema, znalezionej w jego archiwum już po śmierci Autora.

W powieści niemal wcale nie czuć potężnej osobowości pisarza i jego super-intelektu. Lem jawi się w niej nie jako wielki myśliciel i wizjoner, a po prostu bardzo zręczny beletrysta, który wszystkie sztuczki pisarskie ma w czubku małego palca. Doskonale wie, jak zaciekawić czytelnika, jak wodzić go za nos, zbić go z tropu i budować napięcie, jak nadać głębię głównemu bohaterowi i tchnąć życie w jego relacje z innymi postaciami.

O ile ”Śledztwo” oraz ”Katar” przełamywały schemat gatunku, o tyle niniejsza powieść to kryminał pełną gębą (jeśli nie liczyć tego, że utwór urywa się pod sam koniec, pozostawiając czytelnika zdanego na własne domysły, co z tradycją kryminału stoi w jaskrawej sprzeczności, ale co też nie było celowym zabiegiem ze strony autora). Zawiera wszystkie klasyczne dla tego gatunku elementy: samotnego i steranego życiem detektywa, bezowocną znajomość z piękną kobietą, pieniądze, wiele dialogów, mnożące się tajemnice, ścielącego się gęsto trupa i wartką akcję. Powieść nie posiada też żadnego głębszego tła filozoficznego, brakuje w niej też górnolotnych opisów przyrody, itd. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to jedyna powieść Lema w pełni kwalifikująca się do kanonu literatury czysto rozrywkowej.

”Sknocony Kryminał” jest wielce interesujący z jednego jeszcze powodu: daje wgląd w proces twórczy Lema. W druku uwzględniono kursywą alternatywne wersje wydarzeń, a nawet sporządzone na gorąco, ledwo zrozumiałe notatki dotyczące dalszego rozwoju akcji. Dla osób interesujących się warsztatem pisarskim Lema, który wszystkie swoje brudnopisy spalił przed śmiercią, jest to niuans bezcenny.

W tomie znalazły się również dyktanda Stanisława Lema, którymi uczył swego siostrzeńca Michasia zasad ortografii. Nie są to nudne jak flaki z olejem teksty, którymi po dziś dzień katuje się uczniów szkół podstawowych, a porywające, i utrzymane głównie w makabrycznym tonie humoreski. Pojawiają się w nich asocjacje, gierki słowne, zdumiewające absurdy, zawijasy językowe (dzięki temu wielką przyjemność sprawia czytanie ich na głos), ciekawe wyrazy, itd. Każdy z tych kilkudziesięciu utworków stanowi więc małe dziełko sztuki.

Humorystyczny wydźwięk ma również krótka sztuka bezlitośnie ośmieszająca socjalizm i jego piewców. Podczas jej czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Podobno sam Lem od czasu do czasu odczytywał ją głośno, modulując głos, by ulżyć swej frustracji (utwór trzymał schowany właśnie w maszynopisie ”Sknoconego Kryminału”).

Jeśli przepadacie za kryminałami, i jesteście ciekawi, jak to jest, gdy akcja dobrego utworu urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając was zdanymi na własne domysły i wyobraźnię – ”Sknocony Kryminał” jest powieścią dla was. Nie jest to w żadnym wypadku literatura wielka (nie była zresztą nawet w założeniach być tworem ambitnym), ale czytadło z niej bardzo przyzwoite. Warto również nabyć tom z uwagi na kunsztowne ”Dyktanda…” – kto wie, czy wasze dzieci nie będą potrzebowały wyrafinowanych lekcji zasad ortografii?

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Henry Darger i Krainy Nierealnego

Różne są motywacje osób tworzących literaturę. Jednych kuszą sława i pieniądze, drudzy tworzą ją z potrzeb autoterapeutycznych, jeszcze inni dlatego, że literatura stanowi dla nich najdogodniejszy sposób porozumiewania się ze światem. Powodów dla których twórca wyraża się w słowie jest zresztą więcej, z reguły łączy je natomiast wspólny mianownik: twórczość domaga się odbiorcy. Znakomicie świadczy o tym chociażby popularność blogów (rzekomo malejąca, ale wciąż jeszcze przecież duża) i pojawiające się jak grzyby po deszczu oficyny typu vanity press, w których każdy za stosowną opłatą wydać może drukiem swój utwór. Są jednak ludzie, którzy swą twórczość skrzętnie przed światem skrywają; nie zależy im na rozgłosie, pieniądzach, ani komunikacji z ludzkością. Każdego dnia pomnażają swój skarb, by móc cieszyć się nim w samotności. Ilu z nich zabiera go ze sobą do grobu i ile traci na tym świat – nie wiadomo. O ich istnieniu świadczą tylko rzadkie przypadki pośmiertnych demaskacji. Jednym z najznamienitszych z nich – obok chociażby Emily Dickinson – jest Henry Darger.

Henry Darger i Krainy Nierealnego (2)Urodził się w Chicago, 12 kwietnia 1892 roku, jako syn Henrye’go Dargera seniora i Rosie Fullman. Jego matka zmarła, gdy miał zaledwie 4 lata, podczas porodu (dziecko, córeczka, została oddana do adopcji, i wszelki ślad po niej zaginął). Henry sr. zachorował w 1900 roku, i musiał udać się do domu opieki św. Augustyna, gdzie przebywał aż do swojej śmierci pięć lat później. Ośmioletni wówczas Henry jr. trafił do ośrodka The Lincoln Asylum sprawującego opiekę nad dziećmi słabymi umysłowo. Według akt jego niedyspozycja umysłowa objawiać miała się… notoryczną masturbacją, co było zapewne pretekstem, który pozwolił ojcu chłopca znaleźć mu cztery kąty. Chłopiec uciekł stamtąd w roku 1908, jako siedemnastolatek. W 1917 roku został wcielony do armii, skąd zwolniono go wkrótce z powodu problemów z oczami.

Życie Dargera było monotonne i samotnicze. Jedynym jego przyjacielem był niejaki William Schloeder, ale wyprowadził się z Chicago w roku 1930 (zmarł w 1959 roku; mężczyźni utrzymywali znajomość korespondencyjnie). Przez całe życie pracował w charakterze woźnego i zmywacza naczyń. Czasami dla zabawy symulował głośne rozmowy pomiędzy sobą a swoimi przełożonymi, posuwając się w nich do mówienia nieprzyzwoitych rzeczy, których w rzeczywistości wypowiedzieć nie mógł. Był bardzo religijny i regularnie uczęszczał na msze święte do kościoła katolickiego. Dwa razy dziennie chodził na spacery, podczas których wygrzebywał z koszów na śmieci gazety i zupełnie bezużyteczne przedmioty.

Z tego znali Dargera sąsiedzi. Człowiek ten prowadził jednak nieskończenie bardziej bogate życie wewnętrzne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Od 19 do 80 roku życia pracował w całkowitym sekrecie przed światem nad epicką powieścią fantasy. Nigdy nie starał się o opublikowanie jej w formie książkowej. Wszystko wskazuje na to, że tworzył ją wyłącznie dla samego siebie, że był to jego własny, prywatny, intymny świat, rodzaj literackiej bańki mydlanej, zapory przed rzeczywistością.

Dzieło liczy sobie 15.145 obustronnie zapisanych kartek maszynopisu i nosi tytuł ”Historia Dziewcząt Vivian, znana również jako Krainy Nierealnego, czyli rzecz o glandeko-angeliniańskiej burzy wojennej, spowodowanej buntem zniewolonych dzieci”. Miejscem akcji jest ogromna planeta (Ziemia jest jej satelitą). Toczy się na niej wojna pomiędzy dwoma państwami: Glendalianami, którzy ukochali sobie mordowanie i zniewalanie dzieci, oraz chroniącą je przed tymże okrucieństwem Abbienią. Tytułowe dziewczęta Vivan to siedem księżniczek szlachetnego narodu, zdecydowanych prowadzić z agresorami zmilitaryzowaną walkę.Henry Darger i Krainy Nierealnego (1)”Krainy Nierealnego” to nie tylko maszynopis: trzy z piętnastu tomów składających się na to monumentalne dzieło zawierają wyłącznie ilustracje – Darger używał do ich tworzenia m. in. techniki kolażu (posługiwał się przy tym wycinkami z gazet wybieranych ze śmietników) i akwareli. Ponieważ dzieło nie zostało dotychczas wydane drukiem zwartym (i z uwagi na jego objętość wątpliwe jest, by kiedykolwiek do tego doszło), warto poświęcić im więcej uwagi – zapewne dają najlepsze wyobrażenie o tym, co dzieje się na kartach książki.

Większość z nich to sielskie, bajecznie kolorowe obrazki przedstawiające tłumy dziewczynek relaksujących się na świeżym powietrzu. Na niektórych z nich są przyodziane, na innych – nagie, przy czym zwraca uwagę fakt, że – nie wiedzieć czemu – posiadają męskie narządy genitalne. Największe wrażenie robią ilustracje przedstawiające wojenną pożogę – dziewczynki są na nich bestialsko torturowane i mordowane: przybijane do krzyży, patroszone, duszone, biczowane, wiązane, szlachtowane, wieszane w masowych egzekucjach. Dwoi się na nich i troi od wyprutych wnętrzności; jest to istna rzeź niewiniątek.

Małe, roznegliżowane dziewczynki z męskimi genitaliami oraz mordujący ich masowo, dorośli mężczyźni – to właśnie zaprzątało Dargerowi myśli przez całe jego życie. Co sprawia, że człowiek ucieka przed rzeczywistością w świat tak makabrycznych fantazji?

Wszystko wskazuje na to, że impulsem do napisania powieści była postać pięcioletniej Elsie Paroubek, której morderstwo stało się w tamtym czasie sensacją medialną (mordercy nigdy nie odnaleziono). Darger wyciął jej zdjęcie z gazety i przechowywał je razem z masą innych wycinków, zupełnie nie przywiązując do niego uwagi. Pewnego dnia zapragnął jednak ujrzeć je znowu, ale nie mógł go odnaleźć; doszedł do wniosku, że zostało mu skradzione wraz z wieloma innymi przedmiotami podczas włamania do jego osobistej szafki w miejscu pracy. To wtedy zaczął roztrząsać okrucieństwa, jakich doświadczają na tym świecie dzieci, poprzysięgając sobie, że ”pomści je do granic możliwości” (tak napisał w dzienniku).Henry Darger i Krainy Nierealnego (3)Narzuca się przypuszczenie, że Darger chciał pomścić nie tylko stracone dzieciństwo Elsie, ale i swoje własne. Ośrodek opieki, do którego trafił po chorobie ojca, miał fatalną reputację; niewykluczone, że dochodziło w nim do nadużyć seksualnych. Być może dziewczynki z męskim przyrodzeniem to rezultat scalenia jego męskiego pierwiastka z żeńskim pierwiastkiem Elsie. Można również sądzić, że Darger, nie utrzymując intymnych relacji z kobietami, mógł nawet nie wiedzieć, że różnią się one anatomicznie od mężczyzn. Niektórzy sądzą, że był potencjalnym pedofilem-sadystą, któremu sztuka pozwalała tłumić zboczone popędy. A może wytłumaczenie jest zupełnie inne.

Darger napisał także kontynuację powieści pt. ”Szalony Dom”, o objętości 10 tysięcy stron rękopisu. Jest to opowieść o nawiedzonym domu, w którym dochodzi do zaginięć i makabrycznych morderstw dzieci. Siedem sióstr Vivian, oraz ich brat Penrode zostają wysłani w to złowieszcze miejsce, by dokonać tam serii egzorcyzmów. Trzecim większym dziełem artysty jest ”Historia Mojego Życia”. Choć tytuł wskazuje na dzieło autobiograficzne, tylko 206 stron z prawie 5 tysięcy Darger poświęca kolejom swego losu; resztę stanowi (zapoczątkowana niepozornym wtrąceniem) fikcja literacka osnuta wokół klęski pogodowej (tornada). Przez dziesięć lat, od 31 grudnia 1957 roku do 31 grudnia 1967 roku, pisarz prowadził też… dzienniki pogody, a od roku 1968 do 1973 – klasyczne dzienniki.

Czy człowiek, który całe życie spędza w czterech ścianach, na budowaniu swego fikcyjnego świata, jest normalny? Klinicyści, którzy usiłowali zdiagnozować Dargera pośmiertnie, stawiali hipotezę schizofrenii lub syndromu Aspergera. Rzeczywiście, kiedy myślę o Dargerze, przypomina mi się to, co Antoni Kępiński pisał w swojej klasycznej już ”Schizofrenii” o tzw. urojeniach wynalazczych i twórczościowych. Otóż zdarza się, że chory, w sekrecie przed całym światem, poświęca się całkowicie tworzeniu dzieła w zamierzeniu genialnego, które jednak z reguły (choć nie zawsze) okazuje się mieć niskie walory naukowe bądź artystyczne. Kiedy indziej chorzy tworzą z czystej potrzeby wyrażenia swoich zagmatwanych stanów wewnętrznych. Choć należy podchodzić sceptycznie do stawiania pośmiertnych diagnoz, z całą pewnością stwierdzić można, że Darger chorował na chroniczne zbieractwo. ”Jego pokój był zagracony po sam sufit. Wyglądało na to, że żaden z przedmiotów, które przyniósł tam w ciągu czterdziestu lat mieszkania w nim, nigdy go nie opuścił. Ledwo można było się przemieszczać” – wspomina Kiyoko Lerner, żona Nathana Lernera, właściciel mieszkania, dodając, że śmieci wypełniające pokój pomieściły dopiero dwa kontenery.Henry Darger i Krainy Nierealnego (4)Kiedy Darger zaniemógł, poprosił właściciela mieszkania, wspomnianego wyżej Nathana Lernera, o pomoc w zorganizowaniu mu pobytu w domu opieki. Trafił w to samo miejsce, gdzie jego ojciec. Tam też zmarł, 13 kwietnia 1973 roku, dzień po swoich 81 urodzinach. Dzieło, któremu poświęcił całe swoje życie, odkryte zostało na krótko przed jego śmiercią. Jako pierwszy miał zaszczyt zapoznać się z nim właśnie Nathan Lerner. Pewnego dnia wszedł do pokoju wciąż jeszcze żyjącego pisarza by uprzątnąć go na potrzeby przebudowy i nowego wynajmu. Był zaszokowany odkryciem manuskryptów i ilustracji. Na szczęście człowiek ten sam był artystyczną duszą, i poznał się na wartości dzieła. Kiedy jego pomocnik odwiedził autora w domu starości, i zagadnął go o to, co ma uczynić ze znaleziskiem, Darger odparł po chwili namysłu: ”Jest już za późno”. Lernerowie zaopiekowali się jednak spuścizną i zrobili jednak, co mogli, by zaprezentować ją światu. Ich wysiłki nie poszły na marne; dziś w USA o Dargerze pisze się książki i wydaje albumy z jego ilustracjami. Jego sława dotarła także do Polski. W 2005 roku, w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim można było zobaczyć wystawę jego prac w ramach ekspozycji pt. ”Okropności Wojny”.

Twórczość plastyczna Dargera została zakwalifikowana do nurtu art brut. Wikipedia definiuje go jako ”Wszelkie formy sztuki tworzonej nieprofesjonalnie i spontanicznie przede wszystkim przez osoby dotknięte chorobą psychiczną (artyści chorzy psychicznie, schizofrenicy) oraz szeroko rozumianych prymitywistów jako twórców bez wykształcenia artystycznego, często w ogóle niewykształconych, wizjonerów z tzw. marginesu społecznego. Zgodnie z pierwszą definicją twórcy art brut – podejmując jakikolwiek temat, używając określonych materiałów, w określony sposób – „czerpią” sami z siebie, z własnego wnętrza, a nie z zapożyczonych szablonów i wzorców sztuki klasycznej czy współczesnej”. Czy można wyobrazić sobie sztukę czystszą niż taka właśnie – niezależnie od jej poziomu?

A manuskrypty? Czy ktokolwiek zdołał przeczytać dzieło życia Dargera w całości? Prawdopodobnie nie, choćby z uwagi na fakt, że znajdują się obecnie w Amerykańskim Muzeum Sztuki Ludowej i ma do niego dostęp bardzo ograniczona liczba osób. Kevin Miller opiekujący się spuścizną po artyście twierdzi, że nie zdołał przeczytać wszystkiego, ale to, co przeczytał, jest całkiem niezłe. Mimo intensywnych poszukiwań w Internecie nie udało mi się znaleźć żadnych obszerniejszych fragmentów tej prozy, trafiają się tylko pojedyncze passusy. Być może jednak kiedyś świat dostanie szansę wejścia do Krainy Nierealnego.

***

Zdjęcia:
1. – Zdjęcie Henry’ego Dargera pochodzi ze strony Wikimedia commons z wolnymi mediami.
2. – Wszystkie manuskrypty Dargera. Fotografia pochodzi z oficjalnej strony American Folk Art Museum – https://folkartmuseum.org
3. – Oba skany ilustracji wykonanych przez Dargera pochodzą z oficjalnej strony MoMA – https://www.moma.org/