Testujemy Jedzenie #7

Wiejskie Ziemniaczki ciosane pieprz z solą 110 g (2 zł 99 gr, Biedronka)
Zdawałoby się, że trudno wymyślić jakąkolwiek nową udaną formę chipsów poza karbowanymi, pogiętymi, napowietrzonymi albo profilowanymi (jak w np. Pringles). Wiejskie Ziemniaczki proponują świetną alternatywę – chipsy dużo grubsze niż wszystkie inne. Nie są na szczęście tak twarde, jak można by się tego spodziewać – a wszystko dzięki maleńkim dziurkom na ich powierzchni. Kwestia smaku przedstawia się równie świetnie – od początku do końca szefem jest ziemniak, ale słony i delikatny pieprzny akcent pasują do niego jak ulał. W sprzedaży dostępny jest również smak rozmarynowy oraz sam ziemniak. Ocena: 5/6.

Lay’s Strong diabelski cheddar 150 g (5 zł 60 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Legenda wśród smakoszy ostrych chipsów powraca (oby na jak najdłużej!). Grube, karbowane, mocno pofalowane chipsy o smaku chili i sera cheddar, perfekcyjnie wyważone w smaku i z mocno wyśrubowaną ostrością bez dwóch zdań zasłużyły na swój status. Jeść tylko pod warunkiem, że pod ręką znajduje się dobrze schłodzona gaśnica – najlepiej gazowana. Pozostaje (palące jak sam smak chipsów) pytanie, dlaczego Lay’s zamiast pozostawić na stałe w swojej ofercie smak tak pożądany przez fanów, dotychczas robiła z niego wariant limitowany? Ocena: 6/6.

Pringles paprika mexicana 180 g (6 zł 99 gr, Biedronka)
Pringles to jedna z najdroższych marek chipsów na naszym rynku – i jednocześnie najlepszych jakościowo. Cieniutkie, zgrabnie uformowane chipsy z puree ziemniaczanego zostawiają daleko w tyle nieregularne, pełne nieapetycznych purchli krążki innych marek. Paprika mexicana to smak słodkiej papryki – bardzo zbliżony do nieodżałowanych chipsów Sunbites słoneczna papryka, więc wszyscy ci, którzy nadal noszą żałobę po wycofaniu ich z produkcji, powinni z góry zaopatrzyć się w kilka tubek. Tym bardziej, że jest to, zdaje się, edycja limitowana – albo importowana z innych państw. Ocena: 6/6.

Pringles sweet chili 180 g (6 zł 99 gr, Biedronka)
Kolejny, niespotykany wcześniej w Polsce wariant chipsów w tubce – tym razem o smaku słodkiego chili. Jeśli przepadacie za smakiem słodko-kwaśnego sosu do sajgonek, będziecie usatysfakcjonowani. Fanów pikanterii czeka za to zawód – są to najmniej ostre chipsy ze słowem chili w nazwie, jakie kiedykolwiek jadłem (choć ostrawy finisz czeka łakomego wyjadacza i tutaj). Osobiście nie poczytuję tego jednak jako minus. Smak jest bardzo oryginalny i zdecydowanie wyróżnia się na tle innych. Jedzcie, póki możecie, bo nie wiadomo, czy wejdą na stałe do oferty. Ocena: 5/6.

Doritos hot corn 100 g (4 zł 99 gr, Topaz)
Słynne na cały świat nachosy zawitały w końcu do Polski. Jak smakują? Dobrze – choć bez rewelacji, których pomny ich sławy oczekiwałem. Są dość ostre, ale nie jest to ostrość chamska, a przyjemnie stonowana. Same trójkąciki są – co jest ich ogromną zaletą – niezbyt twarde. W zasadzie jedynym mankamentem, do którego mogę się przyczepić, jest obecność w składzie bardzo niezdrowego oleju palmowego – składnika, który (co jest już po prostu bulwersujące) w zagranicznej wersji chipsów nie występuje. Na szczęście producent zobowiązał się zmienić skład. Ocena: 4/6.

Zentis marzipan kartoffeln 100 g (3 zł 99 gr, Carefour)
Oto coś dla koneserów marcepanu: kuleczki marcepanowe obtoczone w kakao. Nazwa (”kartofelki”) jest bardzo adekwatna – wyglądem z uwagi na nieregularny kształt i barwę do złudzenia przypominają miniaturowe ziemniaczki! Smakują bardzo dobrze, są miękkie (mają konsystencję ciepłej plasteliny) i nie przesłodzone. Bardzo ciekawa alternatywa dla marcepanowych batoników oblanych czekoladą. Szkoda tylko, że tak szybko znikają. Opakowanie również mogłoby być solidniejsze – zwyczajna paczuszka stanowi raczej słabe zabezpieczenie przed zgnieceniem, na które kuleczki są tak podatne. Ocena: 4/6.

Mars 50 g (1 zł 60 groszy, przeciętny sklep spożywczy)
Ze wszystkich batoników najbardziej ukochałem sobie batona Mars. Nie ma co kryć: jest dość przesłodzony (zjedzenie trzech sztuk pod rząd to nie lada wyczyn nawet dla mnie), ale smak nugatu, karmelu, oraz grubej warstwy mlecznej czekolady jest nie do przecenienia. Innym jego wielkim atutem jest miękka konsystencja – z pewnością pokochają ją osoby, które nie przepadają za np. twardym i napakowanym orzeszkami snickersem. Polecam przed spożyciem schłodzić go w lodówce – ciepły staje się mdły niemal nie do zniesienia. Ocena: 5/6.

Prince Polo classic 50 g (1 zł 50 gr, przeciętny sklep spożywczy)
Na rynku dostępnych jest sporo batoników-wafelków, ale Prince Polo zdecydowanie jest moim ulubionym. Wafel posiada perfekcyjną, zwartą, ale doskonale kruchą konsystencję, kakaowy smak, czekolada mleczna jest zaś po prostu wybornej jakości. Całość jest smaczna i nie przesłodzona, toteż doskonale nadaje się nie tylko na deser, ale i na szybki posiłek w drodze. Dodatkowym wielkim atutem jest jego ogólnodostępność. Mógłbym pożerać go kilogramami. Wafelek jest dostępny także w wariancie orzechowym i mlecznym. Ocena: 6/6.

Coop Grzyby marynowane w oleju słonecznikowym (6 zł 99 gr, Biedronka)
Dotychczas miałem przyjemność jadać tylko grzyby marynowane w zalewie octowej, a więc tradycyjnej dla naszego kraju. Skądinąd wiedziałem jednak, że w niektórych krajach – na przykład Francji – marynuje się je w oleju słonecznikowym z dodatkiem octu balsamicznego i mieszanki przypraw. Taki właśnie przetwór kupiłem w Biedronce. W słoiczku znajduje się mieszanka trzech rodzajów grzybków: łuskwiaka nameko, pieczarki, pochwiaka wielkopochwowego. Smak jest łagodny, grzybowy, z lekkim ziołowym akcentem. Tylko olej pozostawia po sobie nieco nieprzyjemny, tłustawy posmak. Może to kwestia przyzwyczajenia, ale wolę nasze rodzime marynaty. Ocena: 3/6.

Pegaz musztarda grillowa (2 zł 79 gr, Carefour)
Musztardy grillowe należą do moich ulubionych i z wielką ciekawością sprawdzam wszystkie, na jakie się natknę (choć nie grilluję – jako wegetarianin jem je z kotletami sojowymi, na kanapce). Największą zaletą tejże jest duża ilość całych ziaren gorczycy (dużo większa niż np. w przypadku musztardy grillowej Kamis), co przekłada się na jej chrupką konsystencję. Niestety, jak na mój gust jest jednak nieco za łagodna, brakuje jej bardziej zdecydowanego charakteru, pazura. Ci, którzy wolą smaki mniej pikantne, mogą śmiało dodać do mojej oceny jeden punkt. Ocena: 3/6.

Reklamy

Grzybowo

Ostatnimi czasy w moim życiu dzieje się tak wiele (dobrego), że trudno było mi znaleźć czas i siłę na wypad do lasu. Kiedy ostatni raz byłem na grzybach? Dwa tygodnie temu! Słabo, a nawet bardzo słabo, zważywszy na to, że poprzedniego roku w sezonie grzybowym odwiedzałem las niemal codziennie. Ale ten wypad sprzed 14 dni był naprawdę udany: uzbierałem masę podgrzybków i trochę opieniek. Wszystko poszło w marynatę. Niestety, już pierwszy tydzień rozkoszowania się grzybkami dzień w dzień, przy prawie każdym posiłku, uszczuplił moje zapasy niemal do cna. Cóż poradzić; łasuchy tak mają.

Na szczęście ostatnia sobota września okazała się pięknym, słonecznym dniem, a ja miałem już z głowy kilka bardzo absorbujących mnie ostatnio spraw. Od chwili przebudzenia wiedziałem, że pora ”wyskoczyć w krzaki”. Tym bardziej, że dwa z czterech ostatnich poranków zaskoczyły mnie przymrozkiem – co oznaczało, że to prawdopodobnie ostatni dzwonek na zbiór większej ilości podgrzybków. Miałem także nadzieję zebrać płachetkę kołpakowatą – ponoć bardzo smaczny grzyb, który zidentyfikowałem dopiero w ubiegłym roku. Gdy odwiedziłem jego stanowiska dwa tygodnie temu, były jeszcze puste. Żywiłem nadzieję, że nie uprzedzili mnie inni grzybiarze, ani łakome robaki.Grzybowo (1)Gdy wyściubiłem wścibskiego nosa poza drzwi domu, okazało się, że wcale nie jest tak ciepło, jak można by się tego spodziewać podziwiając bezchmurne niebo za oknem. Ubrałem kurtkę, wziąłem wiaderko (potężne, bo 14-litrowe) oraz nożyk-tępak, i ruszyłem w drogę. Autem – podrzucił mnie brat.

Grzybów w lesie – jak mrówek w mrowisku. Z tym, że większość z nich niejadalna – królują niejadalne mleczaje, krowiaki podwinięte, oraz gołąbki. Podgrzybków sporo, ale gros z nich nie pierwszej już i nie drugiej nawet świeżości, tak, że we wiaderku lądował mniej więcej co drugi okaz, a nawet wśród nich znajdowały się prawdziwe suszki. Gdybym zjawił się tam tydzień wcześniej, obłowiłbym się co nie miara. Szkoda.

Bardzo dobrze zbiera się grzyby we wrześniu, kiedy ściółka nie jest jeszcze upstrzona – bardzo swoją drogą urodziwą – kolorową mozaiką zwiędłych liści. Brunatne kapelusze wyróżniają się na tle zieleni mchu i oko wychwytuje je z łatwością. Jeszcze lepiej, kiedy połyskują w promieniach słońca, mokre od rosy lub deszczu. Tym jednak razem, z uwagi na porę, najbardziej rzucały się w oczy śnieżnobiałe kupki pleśni, które w poprzednim życiu były dorodnymi podgrzybkami.

Odwiedziny kołpakowych miejscówek skończyły się nielichym rozczarowaniem – niemal wszystkie okazy (dość już wyrosłe) były podziurawione jak sito od konsumujących je robaków, inne – zapleśniałe. Kilka małych sztuk – konkretnie pięć – udało mi się jednak upolować; ledwie wychylały swe łebki spod ziemi. Słyszałem, że to jeden z najlepszych grzybów do marynaty. Dla wielu osób z pewnością zabrzmi to obłędnie, ale ugotowałem je osobno i zamarynowałem w oddzielnym słoiczku. A co!

Nieco dalej, w innym jeszcze miejscu, utrafiłem kilka dorodnych koźlarzy (przez poprzednie lata był to w mojej okolicy najpospolitszy grzyb, w tym roku zebrałem ich mniej niż 20 sztuk), a nawet maślaka pstrego (dużego i zdrowego). Po borowikach, niestety, ani śladu – w tym roku zaszczyciły moje podniebienie tylko jeden raz.

Przed grzybiarzami jeszcze cały październik. Liczę na pojaw podgrzybka zajączka, maślaka pstrego, borowików, koźlarzy i, oczywiście, opieniek. Może uda mi się nawet dorwać boczniaka ostrygowatego w stadium rozwoju odpowiednim do konsumpcji – znam miejsce, gdzie rokrocznie pojawia się jego pokaźna kolonia, ale zawsze odwiedzam ją za późno, gdy grzyb jest już stary i łykowaty.

Dla Wszystkich Starczy Szczęścia

Dla wszystkich starczy szczęścia – pomyślało mi się, ni stąd, ni zowąd, kiedy przechodziłem przez kuchnię. Ot, samo z siebie. Ten typ tak ma – maszyneria mózgu nieustannie pracuje nad tym lub owym, choćbym nawet nie czynił świadomych wysiłków ku pojęciu czegoś. Nie, żeby jakaś wielka filozofia – co to, to nie; takie tam, okruszyny mądrości. Ale raz na jakiś czas taka smaczna okruszyna z tej maszynerii niespodziewanie wylatuje. Dla wszystkich starczy szczęścia – niby nic wielkiego. Niby rzecz oczywista. A może jednak nie?

Bo skoro szczęście jest wszędzie – nic, tylko brać je i radować się – to czemu wokoło tak wielu ludzi nieszczęśliwych? Czyżby wszyscy stąpali po szczęściu – jak ostatni nędznicy po gigantycznej fortunie – nie dostrzegając go? Czy wszystko naprawdę może być tak proste?

Nauczyłem się, że szczęście to przede wszystkim sprawa postrzegania, perspektywy. Że w życiu trzeba umieć zająć odpowiedni punkt widzenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy cieszyć się ze wszystkiego – byłby to absurd. Szczęście – to umiejętność skupiania się na pozytywach w świecie nieustannie bombardującym nas, nieustannie rozpraszającym nas negatywami. Gdybym chciał narzekać – znalazłbym ku temu doprawdy nieskończoną ilość powodów. Ba – nie wiedziałbym nawet, od czego mam zacząć, i pewnie nie wiedziałbym, na czym mam skończyć. Ale mogę wybrać, w którym kierunku chcę patrzeć – więc wybieram dobrze. Wybieram dobrze, bo gdy dostrzegam pozytywy, mogę z nich czerpać.

Patrząc wstecz, dzielę swoje życie na kilka etapów. Z pewnością najtrudniejszym z nich był 7-letni okres pomiędzy 18 a 25 rokiem życia – otwierał go dzień, kiedy wyrzucono mnie ze szkoły (byłem wtedy niezłym ziółkiem), a zamyka ten, w którym udałem się na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Tych 7 lat – to czas bezpowrotnie zmarnowany, zaprzepaszczony. Jeden wielki ciągnący się niczym flaki z olejem depresyjny marazm, tak ubogi w treść, jak tylko można to sobie wyobrazić. A mógłbym, przynajmniej teoretycznie, przeżyć ten czas zupełnie inaczej, zyskać na nim. Dlaczego do tego nie doszło?

Mając zaburzony obraz własnego Ja i świata – nie sposób uczynić ze swoim życiem niczego prawdziwie konstruktywnego. Człowiekowi wydaje się, że próbuje się odnaleźć i że spożytkowuje ku temu wszystkie swoje siły – tymczasem zaledwie (choć ile tchu w płucach) drepcze w kółko jak pies goniący własny ogon. Dopiero pełna pokory otwartość na cudze obserwacje własnej osoby (na przykład w gabinecie psychologa, na spotkaniu w grupie terapeutycznej) pozwala mu uzupełnić swój obraz własnego Ja o szczegóły, których istnienia samodzielnie nie dostrzegał. Gdy obraz ten ulega wyklarowaniu, z oczu powoli opadają klapki, i człowiek pewnego dnia patrzy na świat i siebie tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, jakby dopiero co się narodził – i dopiero wie, co powinien ze swoim życiem uczynić. Patrzy wstecz i dziwi się, jak mógł widzieć wszystko (a najbardziej samego siebie) na opak – jak w lustrzanym odbiciu krzywego, brudnego i spękanego zwierciadła.

Każdy dorosły człowiek (wyłączając oczywiście osoby, na które ogromne nieszczęścia spadły niezależnie od ich działań) ma takie życie, na jakie jest psychicznie – emocjonalnie i intelektualnie – gotów, bo każdy postrzega je zależnie od posiadanych wewnętrznych zasobów – i działa zgodnie z nimi. Jak już wspomniałem, te braki można – jeśli dysponuje się otwartym umysłem i pokorą – uzupełnić. A zazwyczaj człowiek jest w stanie to uczynić dopiero wtedy, kiedy uderza o dno, i nie ma innego wyjścia – choć w tym martwym punkcie, w tym punkcie krytycznym tkwić może latami, nim coś w jego świadomości zaskoczy. Niestety, w niektórych przypadkach dokonuje żywota nigdy więcej nie wydostając się poza jego obręb.

Co by nie mówić, prawdopodobnie wszyscy mamy więcej szczęścia niż rozumu – rozumu, który pozwala dostrzegać je i z niego czerpać. To stwierdzenie nie załatwia sprawy, ale może być dla nas jakimś pocieszeniem; smutnym uśmiechem na naprawdę dobry początek dnia.

IV

Przeczytałem książkę Michaela J. Bentona pt. Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach ziemi. Rzecz traktowała o wielkim wymieraniu gatunków sprzed 252 milionów lat – a więc końca permu. Na wskutek korelacji kilku katastrofalnych czynników które doprowadziły do dramatycznego wzrostu temperatury (wzrost aktywności wulkanicznej, oraz, prawdopodobnie, uwolnienie się ogromnych oceanicznych złóż metanu) wymarło wtedy około 90 procent życia. Zanim Ziemia odzyskała utraconą bioróżnorodność, minęło kolejnych 20 milionów lat. Oczywiście, wytrzebione gatunki nie powróciły do istnienia, ponieważ na planecie panowały wtedy zupełnie odmienne warunki. Pojawiły się za to inne.

Było to pierwsze, i jednocześnie największe masowe wymieranie w historii naszej planety. Po nim nastąpiły jeszcze cztery kolejne, i wiele mniejszych. Życie rozkwitało i ginęło w ogromnych odstępach czasu. Szacuje się, że Ziemię zamieszkiwało łącznie około 5 miliardów gatunków organizmów żywych – obecnie jest ich mniej więcej 10 milionów (w tym niecałe 2 miliony opisanych). Niby to mała część ich wszystkich, ale przecież mając pojęcie o obecnym oszałamiającym bogactwie form życia, trudno jest wyobrazić sobie cokolwiek ponad nie!

Dinozaury panowały na Ziemi przez 170 milionów lat, homo sapiens wiedzie prym dopiero od 200 tysięcy. W geologicznej skali czasu istniejemy więc bardzo krótko, i mimo rozwoju naszej cywilizacji, można powiedzieć, że ledwo zagrzaliśmy tutaj miejsca (chyba, że pod pojęciem tym rozumiemy globalną, wojenną pożogę – w tym piekło krematoriów nazistowskich fabryk śmierci oraz detonacje bomb atomowych i wodorowych). Nasza przyszłość jest bardzo niepewna; zagrażają nam nie tylko czynniki naturalne, takie jak wybuchy superwulkanów czy uderzenia komet, ale przede wszystkim my sami. Spójrzmy tylko na historię ludzkości – od zawsze wytaczaliśmy przeciwko sobie najbardziej mordercze bronie, które mieliśmy w arsenale, i dokładaliśmy wszelkich starań, żeby zabijać się jeszcze skuteczniej i na większą skalę. Zaczynaliśmy od maczug i kamieni, by poprzez miecze, halabardy, łuki, włócznie, topory i młoty dotrzeć do broni palnej i bomb, a w końcu – ładunków termojądrowych. Być może samozagłada jest wpisana w nasze geny i czekała cierpliwie na moment, aż uda nam się rozszczepić atom?IV (1)Wieczorami telewizja transmituje spotkania głów państw (w tym supermocarstw). Słuchamy ich rozmów, patrzymy na ich gesty, i idziemy spać jak dziecko po dobranocce, z myślą, że wszystko będzie dobrze. Nie zastanawiamy się już nad tym, że łatwo podawać sobie ręce i uśmiechać się w blasku fleszy, kiedy ma się bomby atomowe lub sojusze z tymi, którzy je posiadają. Łatwo wtedy o przyjaźń, braterstwo, poczucie wspólnoty.

Niektórzy badacze są zdania, że właśnie trwa szóste wielkie wymieranie, spowodowane działalnością człowieka. Dane różnią się w zależności od źródeł, ale najoptymistyczniejsze z nich zakładają, że współcześnie rokrocznie z powierzchni Ziemi znika bezpowrotnie co najmniej 5 tysięcy gatunków. Jest to liczba zatrważająca; jeśli ludzkość będzie żyła w ten sposób dalej i zdoła jakoś uchronić się od wojny atomowej, to kto wie, czy ostatnimi formami życia nie będą te, które hodujemy na mięso i mąkę.

Bo człowiek potrafi. Kiedy Europejczycy odkryli Amerykę Północną, kontynent ten zamieszkiwało około 4 miliardy gołębi wędrownych – był to w tamtym czasie prawdopodobnie najliczniejszy gatunek ptaków na całym globie. Na wskutek masowej wycinki drzew, zabijania tych ptaków na mięso oraz dla zabawy gatunek wyginął całkowicie. Ostatni żyjący egzemplarz zdechł w 1914 roku – z pewnością doszłoby do tego wcześniej, gdyby nie mieszkał w Zoo, gdzie nikt nie mógł zamęczyć go ani odstrzelić. Świadomość zabicia ostatniego przedstawiciela gatunku z pewnością sprawiłaby wiele frajdy co poniektórym oszołomom.

Niektórzy marzyciele (sami określają się mianem wizjonerów) chcą skolonizować Marsa – planetę martwą jak trup i o wiele od trupa zimniejszą. Mielibyśmy wysłać tam (najpewniej z biletem w jedną stronę) grupę kosmonautów, którzy dożywaliby reszty swych dni budując bazy i uprawiając sadzonki – a wszystko to w czasie, gdy zabijamy Ziemię. Dlaczego chcemy reanimować obcego nam nieboszczyka, gdy ginie (w wielkich bólach) nasza matka? Przecież fortuny finansistów aż proszą się o przeznaczenie ich na jej ratowanie! Elon Musk – jeden ze wspomnianych wcześniej marzycieli – wysunął pomysł zbombardowania głowicami wodorowymi czap polarnych czerwonej planety w celu uwolnienia zalegającego w nich dwutlenku węgla – co wpłynęłoby korzystnie na rozwój atmosfery (zagęszczenie jej) i podniesienie temperatury. To obłęd. Tym, którzy koniecznie chcą lecieć na Marsa, powiem tylko: Do widzenia. Lećcie, i nie wracajcie. Ostatecznie bez takich ludzi jak wy, bez zapatrzonych w planetę-trupa krótkowidzów (tak! krótkowidzów!) Ziemia z całą pewnością da sobie radę.

Rozpędzamy w gigantycznych akceleratorach subatomowe cząsteczki niemal do prędkości światła i zderzamy je ze sobą, odkrywając kolejne. Wynajdujemy w warunkach laboratoryjnych nowe pierwiastki. Fotografujemy galaktyki odległe od nas o miliardy lat świetlnych. Mierzymy drgania czasoprzestrzeni tak słabe, że na moment zmieniają długość 400 kilometrowej konstrukcji pomiarowej o wielkość mniejszą, niż średnica protonu. Mamy na orbicie satelity tak bystre, że można przy ich pomocy przeczytać artykuł w porzuconej na leżaku gazecie. W dowolnej chwili z dowolnego miejsca łączymy się z ludźmi na drugiej półkuli. Osiągnęliśmy to wszystko, a przecież wyszliśmy z jaskini, brudni i zapoceni, z krzemieniami w rękach i brodą ociekającą tłuszczem i krwią. Parafrazując pewne zabawne powiedzenie, można powiedzieć, że człowiek może wyjść z jaskini, ale jaskinia nie wyjdzie z człowieka – nawet jeśli ten wyląduje na planecie odległej od jego domu średnio o 225 milionów kilometrów kosmicznej próżni.

Ciężko powiedzieć, czy to dobrze, że gatunek ludzki zaistniał i ma swoje pięć minut w geologicznej skali czasu. Można powiedzieć, że to samoświadome istoty postrzegając kosmos nadają mu sens – choć sens to również coś, co nie może istnieć w oderwaniu od obserwatora (doświadczającego). Mogę mówić tylko za siebie, z perspektywy kogoś, kto żyje swoim wygodnym życiem w czasach pokoju: tak, cieszę się, że żyję, nawet pomimo pewności, że kiedyś moje biologiczne istnienie dobiegnie definitywnego końca. Mam poczucie, że każde moje doświadczenie zarówno z osobna, jak i w stosunku do innych doświadczeń, jest sensem samo w sobie – uważam się za człowieka szczęśliwego.

Ale co z tymi, których życie doświadczyło inaczej, brutalniej? Co z tymi, którzy padli ofiarą wojen, ludobójstw? Czy oni powiedzieliby, że to dobrze, że ludzkość wyszła z jaskiń – oni, czyli ci, którzy widzieli na własne oczy rozstrzeliwania, którym wyrywano z rąk dzieci i żony? A może tylko oni mają prawo odpowiadać na tak postawione pytanie? A może do odpowiadania na nie w imieniu całej ludzkości nie ma prawa nikt, nawet najbardziej uciśniony?

III

Chciałem zacząć stwierdzeniem, że człowiek to jednak świnia, ale w porę zorientowałem się, że: po pierwsze, nie należy uogólniać; po drugie, świnia morusa się w gnojówce nie dlatego, że lubi być brudna, ale dlatego, że nie poci się i w ten sposób reguluje temperaturę swego ciała. Wychodzi na to, że niektórzy ludzie po prostu są brudasami.

Lasy w moim miejscu zamieszkania z roku na rok są zaśmiecone coraz bardziej. Mimo, że tutejsi mieszkańcy płacą obowiązkowe składki za wywóz odpadów, a śmieciarka raz w miesiącu podjeżdża pod ich dom, niektórzy z nich zamiast oddać jej swój syf wolą samodzielnie załadować go na przyczepkę i wyrzucić w lesie. Gdzie tu logika? Dlaczego utrudniają sobie życie i brukają łono natury? Jedyne wytłumaczenie które przychodzi mi do głowy, jest właśnie takie, że niektórzy z nich po prostu uwielbiają robić bajzel, i cieszą się na myśl o tym, że zrobili coś perfidnego i nielegalnego; że syf – to ich żywioł. Gdyby było inaczej, to szukając w lesie pieprznika jadalnego (kurka), nie znajdowałbym niejadalnego pierdolnika.

Podczas II wojny światowej w okolicznych lasach chowali się partyzanci – pozostawili po sobie okopy (głównie niewielkie doły zdolne pomieścić jedną lub dwie osoby, ale zdarzają się i większe). Nawet w tych miejscach – w dołach, które dzielni walczący za ojczyznę żołnierze wykopywali z mozołem i trudem, ryjąc saperkami w przerośniętej korzeniami ziemi – nawet do nich flejtuchy wrzucają plastikowe worki wypełnione śmieciami. I co tu dodawać, jak widok mówi sam za siebie, i woła o pomstę do głuchego jak pień nieba, i jeszcze bardziej głuchych ludzi?

Na szczęście leśne drogi są pełne głębokich dołów i nieregularności, których nie sposób pokonać samochodem, toteż ludzie śmiecą zazwyczaj tuż przy wjeździe, na poboczach. Nie licząc pojedynczych śmieci – głównie puszek po piwie i plastikowych butelek po napojach – bezdroża są czyste; jak widać, nawet bałaganiarstwo ma swoje granice, i nikt nie jest na tyle perfidny, by taszczyć worki ze swoim brudem w głąb lasu.III (1)Choć zbieram grzyby od dobrych 15 lat, dopiero od 3 czy 4 namiętnie uczę się rozpoznawać poszczególne ich gatunki. Wcześniej skupiałem się tylko na walorach kulinarnych najpospolitszych z nich, nie doceniając ich niezwykłej różnorodności. Największą zasługę w mojej mykologicznej edukacji miał nie bezpośredni kontakt z bardziej doświadczonymi zbieraczami, nie atlasy, ale Internet.

Nie jestem wyjątkiem – grzybiarskie fora dyskusyjne (chociażby te na facebooku) są oblegane przez żądnych wiedzy zbieraczy. Wystarczy wstawić dobre jakościowo zdjęcie okazu (i czasami opisać drzewa, wśród których rósł) by grono wytrawnych zbieraczy (czasami trafi się wśród nich fachowy grzyboznawca) dokonali jego prawidłowego oznaczenia. Polacy poza kurkami, borowikami, koźlarzami i maślakami coraz chętniej zbierają więc gatunki wcześniej tak mało popularne, jak: muchomor czerwieniejący, żółciak siarkowy, czy płachetka kołpakowata. Z pewnością ci, którzy są zrzeszeni w tego typu wirtualnych społecznościach, łatwiej unikną ewentualnego zatrucia grzybami; kto wie, jak wiele żyć uratowała wiedza pomocnych forumowiczów?

Ale niedostateczna wiedza mykologiczna grzybiarza może zaszkodzić nie tylko jemu (i jego rodzinie), ale i samej naturze. W chwili, gdy piszę te słowa, na czerwonej liście roślin i grzybów Polski znajduje się aż 963 gatunków grzybów wielkoowocnikowych wymarłych, zaginionych, wymierających, zagrożonych wyginięciem, rzadkich i tych o niejasnym statusie zagrożenia. Gatunków na skraju wymarcia jest aż 425. Niektóre z tych grzybów są jadalne, i zapewne chętnie spożywane przez niedoinformowanych (albo nazbyt łakomych) grzybiarzy. Sam zbierałem kiedyś podgrzybka tęgoskórowego – rzadki smaczny grzyb pasożytujący na trującym tęgoskórze cytrynowym. Na szczęście wciąż pojawia się na swoim stanowisku równie licznie, co kiedyś – teraz pożeram go tylko pełnym podziwu wzrokiem.

Na szczęście najsmaczniejsze grzyby jadalne w szczycie sezonu występują bardzo powszechnie; zebrałem dzisiaj dwa wiadra grzybów: podgrzybka brunatnego i maślaka zwyczajnego. Wieczorem wszystkie wylądują w marynacie, a rano na talerzu.

Z szacunku dla planety i innych form życia powstrzymuję się nie tylko od jedzenia rzadkich grzybów, ale i zwierząt. Nie jestem jednak typowym, ani tym bardziej stereotypowym wegetarianinem. Po pierwsze, nie poddaję mięsożerców jakiejkolwiek formie eko-terroryzmu – nie staram się na siłę w żaden sposób uświadamiać ich o szkodliwości mięsnej diety. Wielu wegetarian powie, że jestem niekonsekwentny, ja jednak wychodzę z założenia, że każdemu wolno postępować zgodnie z jego sumieniem (w granicach prawa oczywiście), i jeśli ktoś woli parówkę zamiast soi, to nic mi do tego.

Po drugie, nienawidzę warzyw i owoców – po prostu nie cierpię ich konsystencji i smaku. W postaci nieprzetworzonej zjem tylko sałatę masłową. Pomidora jadłem ostatni raz w wieku pewnie 4 lat, rzodkiewki zapewne nigdy. Podstawę mojej diety stanowi nabiał – sery i jajka – reszta to właściwie same słone przekąski i słodycze. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wysoce niehigieniczny sposób odżywiania się, ale nic na to nie poradzę – ten typ tak ma. Córka Warrena Buffeta, jednego z najbogatszych ludzi świata, twierdzi, że jego typowy zestaw śniadaniowy to słone orzeszki i cola, oraz że nigdy nie widziała go pijącego wodę. Cóż, gdybym i ja był biznesmenem (i to tej samej klasy oczywiście), z pewnością jadalibyśmy wspólne posiłki.

Mięsożercy są wobec mnie znacznie mniej tolerancyjni – choć muszę przyznać, że ich uszczypliwość przybiera czasami zabawne formy. Choć nie jem mięsa od 9 lat, prawie nie ma dnia, żeby brat (rasowy mięsożerca) nie zaproponował mi zjedzenia parówki. Jest to z jego strony oczywiście żart, i przyznam, że choć słyszałem go około 2 tysięcy razy, bawi również mnie. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje również komiks, na którym kurczak idzie skumplować się z szefami MacDonaldsa i KFC bo uważa, że nawet to jest lepsze od zadawania się z popapranymi wegetarianami.

Dobrze się pośmiać, chociażby po to, żeby nie płakać. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że ludzkość pożera matkę Ziemię, że zjada na niej zęby, i że za kilkaset zostanie sam na sam ze swoją szczerbatością, i jałowym, ociekającym olejem palmowym ogryzkiem.

Liczba ludności wzrasta (już teraz jest nas 7 miliardów), wzrastają wiec również potrzeby żywieniowe. Obecnie na świecie hoduje się około 22 miliardów zwierząt, przeznaczając na ich utrzymanie 1/3 światowej produkcji zbóż. Poza tym, że zwierzęta te przebywają w koszmarnych warunkach, ich hodowla jest nie ekologiczna a ubój niehumanitarny, dla szybszego przybrania na wadze są szprycowane antybiotykami (Najwyższa Izba Kontroli przyznaje, że nie może zagwarantować, iż mięso takie jest bezpieczne dla zdrowia). Konsument otrzymuje więc produkt niskiej jakości i naszpikowany chemią. Nawet gdybym nie miał oporów moralnych przed jedzeniem mięsa, najzwyczajniej w świecie brzydziłbym się tego. Gdyby ktoś chciał czepiać się moich ukochanych chipsów – w większości z nich jest znacznie mniej wszelakich dodatków, a niektóre (np. marka Wiejskie Ziemniaczki) nie zawierają ich wcale.

II

Kiedy byłem dzieckiem, dorosłość wydawała mi się czymś nieskończenie odległym. Tłumaczenia dorosłych, że kiedyś wyrosnę, znajdę pracę, ożenię się i wyprowadzę, jawiły mi się jako absurd. Miałem wrażenie, że czas stoi w miejscu, i tak naprawdę na zawsze pozostanę w krainie dzieciństwa, moja matka zawsze będzie dorosła, a dziadkowie – w lekko podeszłym wieku. Dopiero koło 10 roku życia zrozumiałem, że czas przemija – dorosłość wciąż jednak jawiła mi się jako coś niemal niemożliwego do osiągnięcia.

Po 20 roku życia musiałem przyjąć do wiadomości, że dorosłem. Był to długotrwały i ciężki proces; przez następnych 5 lat przeżywałem coś, co nazywałem kryzysem wieku przed średniego – nie wiedząc nawet, że taki termin rzeczywiście istnieje. Raz, że czułem się głupi i bezbronny wobec wymagań stawianych mi przez mój wiek (od tamtej pory trochę się w tej kwestii zmieniło, wciąż jednak wiele pracy przede mną); dwa, że przemijanie nie wiedzieć jak i czemu, urosło w mojej świadomości do rangi katastrofy. Niemożność powrotu do chwil bliskich memu sercu, potrzeba naprawienia dawnych błędów i podjęcia niewykorzystanych szans przytłaczała mnie i paraliżowała. Dopiero hospitalizacja psychiatryczna i poznanie nowej miłości pozwoliły mi zobaczyć sens w tym, co było – przecież gdyby sprawy toczyły się innym torem, choćby i pozornie lepszym, nigdy nie spotkałbym swojej drugiej połówki. Być może pojawiłaby się jakaś inna dziewczyna, ale lepszej nie jestem sobie w stanie wyobrazić.

Za kilka miesięcy kończę 30 lat. Upływ czasu przestał mnie przerażać, jako że każdy dzień oddala mnie od człowieka, którym byłem, a którego wielu poczynań się wstydzę. Uważam, że jeśli dopisze mi zdrowie i trochę szczęścia, najbliższych dziesięć lat (a może nawet piętnaście) będzie najlepszymi w moim życiu. Nie tylko wciąż jestem młody i sprawny, ale posiadam już też pewne życiowe doświadczenie, które – wierzę w to gorąco – pozwoli mi rozsądniej niż do tej pory kierować swoim losem. Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że młodość ma się na zmarnowanie – myślę, że jest w tym wiele prawdy, jako że wtedy, kiedy ma się najwięcej energii, często jest się pozbawionym wiedzy, jak ją należycie spożytkować. Co więcej, przypuszczam, że dopiero w ciągu tego właśnie czasu uda mi się wspiąć na wyżyny swoich pisarskich umiejętności – wyżyny, z których na wskutek osłabienia sił witalnych z czasem zacznę kierować się z powrotem ku dołowi.

Choć czas wydaje się bezwzględny w swym jednokierunkowym, nieustannym upływie, to bywa, że działa na naszą korzyść. Doskonałym potwierdzeniem tej tezy są chociażby przypadki ujęcia morderców po kilkudziesięciu latach od dokonania przez nich zbrodni. Kilka dni temu widziałem w telewizji reportaż o pedofilu schwytanym w Holandii po 20 latach od zabicia i zgwałcenia chłopca. Zwyrodnialec był nauczycielem survivalu na koloniach harcerskich, i póki co można tylko domyślać się, do jak wielu dzieci dobrał się przez cały ten czas, który spędził na wolności.

Nasi rodzimi stróże prawa również mają na koncie rozwiązanie kilku niezwykle czasochłonnych i skomplikowanych zagadek kryminalnych; szczególne zasługi leżą po stronie tzw. Archiwum X – wydziału policyjnego zajmującego się poważnymi sprawami niegdyś umorzonymi z uwagi na niewykrycie ich sprawcy. Doświadczenie śledczych, ich pracowitość oraz nowoczesne metody badania śladów pozostawionych na miejscu przestępstwa (między innymi DNA) z pewnością spędzają sen z powiek niejednemu pozostającemu na wolności mordercy.

Jednym z największych sukcesów komórki jest rozwikłanie zagadki gwałtu i zabójstwa osiemnastoletniej Basi Ż. Zwyrodnialec został ujęty po 27 latach od popełnienia zbrodni, i skazany prawomocnym wyrokiem na 25 lat pozbawienia wolności. Sprawa morderstwa słupskiej aptekarki Marianny P. została rozwiązana po 17 latach (dwójka morderców została skazana na 25 lat więzienia, trzeci – na 15; wyrok jest prawomocny). W ubiegłym roku, po 19 latach, zatrzymano prawdopodobnego mordercę Katarzyny Zawady – Roberta J. Studentka została zamordowana, rozczłonkowana, i oskórowana – stąd też media określały sprawę mianem sprawy skóry.II (1)Takich nierozwikłanych spraw jest o wiele więcej. Ciekawi mnie bardzo, czy sprawcy wspomnianych zbrodni żyli w strachu przed wykryciem, czy też mieli niezłomną pewność swojego bezpieczeństwa? Czy niektórzy z nich zdołali jakoś ułożyć sobie życie – założyć rodzinę i znaleźć stałą pracę? Jeśli tak, to co czuli tracąc je podczas aresztowania? Myślę, że był to dla nich grom z jasnego nieba, i niejeden z nas dałby wiele, żeby zobaczyć ich minę.

Polski kodeks karny stanowi, że w przypadku nie wykrycia sprawcy morderstwa przez 30 lat, jego zbrodnia ulega przedawnieniu – co oznacza, że z tą chwilą nie można wytoczyć przeciwko niemu procesu, i pozostanie bezkarny. Nowelizacja z 1 marca 2016 roku (Art. 102 k.k.) przewiduje jednak, że w przypadku wszczęcia postępowania w sprawie przed datą jej przedawnienia (nie musi być to postępowanie przeciwko konkretnej osobie – wystarczy zwykłe postępowanie przygotowawcze) okres ten ulega wydłużeniu o 10 lat. Dzięki tej zmianie spokojem nie mogą cieszyć się kolejni zwyrodnialcy, jak chociażby morderca 11-letniej Magdy Florek z 1987 roku (ślady jego linii papilarnych od lat znajdują się w policyjnej bazie danych, czekając na dzień, aż podwinie mu się noga i uda się je dopasować).

Jestem wielkim miłośnikiem historii kryminalnych – namiętnie czytuję m. in. powieści i opowiadania Agathy Christie, oraz czasopismo Detektyw. Miesięcznik ten publikuje artykuły na temat prawdziwych wykroczeń, przestępstw i zbrodni – głównie tych z rodzimego podwórka.

O ile fikcję literacką można czytać bez najmniejszych wyrzutów sumienia, o tyle jest coś perwersyjnego w zaczytywaniu się dla odrobiny dreszczyku, dla – bądźmy szczerzy – rozrywki, w historiach opartych na faktach. Wstyd przyznać, ale świadomość, że dana opowieść wydarzyła się naprawdę, czyni ją jeszcze atrakcyjniejszą w oczach odbiorcy.

Zapotrzebowanie na takie historie nie sprowadza się z pewnością tylko do powszechnej, pustej żądzy sensacji i rozrywki. Ich lektura jest jak kubeł lodowatej wody; orzeźwia, otwiera człowiekowi oczy na to, jak okrutni potrafią być ludzie, i uczy ostrożności. Wierzę, że przynajmniej połowicznie to właśnie z uwagi na walory ostrzegawcze (a nieraz wręcz edukacyjne) tych artykułów wciąż odczuwam ich głód – choć pochłonąłem ich już setki, a niejeden wywołał długą i bolesną niestrawność.

O tym, jak bardzo ludzie lubią czytać mroczne opowieści oparte na prawdziwych wydarzeniach, najlepiej świadczy fakt, że Detektyw ukazuje się już od 30 lat, a od kilku ostatnich, poza podstawowymi co miesięcznymi numerami, rokrocznie pojawia się 8 dodatkowych – tematyczne wydanie specjalne i wydanie extra, traktujące o PRL-u.

Ludzie uwielbiają też dobrze napisaną fikcję kryminalną; łączny nakład książek Christie – 2 miliardy sprzedanych egzemplarzy na całym świecie – świadczy o tym najdobitniej. Mało co odrywa od rzeczywistości równie skutecznie, jak tajemnica zbrodni.

I

Nie pamiętam czasów, kiedy mięso było na kartki, a na półkach sklepowych stał tylko ocet, ale pamiętają je chociażby moja matka i babka. Od czasu do czasu zdarza im się wrócić do nich pamięcią; co prawda i tak były w lepszym położeniu niż większość obywateli PRL-u, bo dziadek pracował w GS-ie, ale mimo wszystko był to zupełnie inny rynek, niż obecnie. Asortyment w sklepach był nieporównywalnie uboższy, a i dóbr nie dla każdego starczyło.

Gdy moja babka była młoda, raz na dwa tygodnie spotykała się z kobietami ze wsi, i wspólnie piekły chleb u jednej z nich. Wypiek był o wiele wytrzymalszy od sprzedawanych obecnie na skalę przemysłową – nie psuł się przez prawie dwa tygodnie. Gdy trzeba było upiec kolejny zapas, spotykały się ponownie, u następnej – i tak w kółko. Urządzenie większej uczty dla rodziny wymagało zaś ni mniej, ni więcej, tylko uboju tucznika lub drobiu. Było z tym, jak widać, sporo zachodu.

Dzisiaj mamy hipermarkety, markety ekspress, dyskonty, i centra handlowe. Towarów jest pod dostatkiem, a ich różnorodność przyprawia o zawrót głowy. Cukier? Proszę bardzo: trzcinowy, biały (do wyboru kilka rozmiarów kryształków lub kostka), cukier-puder, a dla diabetyków – słodzik. Mięso? Wszystko, od wieprzowiny, przez ryby i drób aż po wołowinę, a jeśli komuś mało i tego, może kupić owoce morza. Słodycze i przekąski? Jest ich bezlik. Napoje – o wszystkich smakach i rozmaitych właściwościach (pobudzających, izotonicznych, etc.). Jeśli ktoś ma ochotę na kuchnię włoską, meksykańską, azjatycką czy jakąkolwiek inną, nie będzie musiał obejść się ze smakiem. Ba, są nawet takie dziwy, jak frytki z kurczaka, nuggetsy, a także gotowe dania do podgrzania w kuchence mikrofalowej. Nawet papier toaletowy pojawia się w tylu tak różniących się od siebie wersjach, że czasami ciężko się zdecydować na którąś z nich.

Raczej nie myślimy o tym robiąc zakupy w marketach, ale Polska – choć biedna w porównaniu z krajami zachodu – materialnie nie miała się lepiej jeszcze nigdy. Pomińmy chwilowo kwestię tego, w jakim stopniu zawdzięczamy ten stan rzeczy rozmaitym czynnikom, takim jak: napływ obcego kapitału, działalność polityczna konkretnych partii, itd.; zapomnijmy też na moment o wysokich cenach i bezrobociu. Skupmy się na samym fakcie, że tak jest, a my zapominamy o tym, i czasem chyba jest nam z tego powodu nieco za dobrze. Gdyby było inaczej, mielibyśmy w sobie – mówię tutaj przede wszystkim o roszczeniowym pokoleniu moim i młodszych – więcej pokory, której pod dostatkiem mają ludzie od nas starsi, pamiętający czasy tak surowe, że obecne wydają się im w porównaniu z nimi szczytem luksusu.

Poza tym, zapatrzeni w napęczniałe od dóbr sklepowe półki często tracimy z oczu rzeczy znacznie ważniejsze od konsumpcji. Prawdę mówiąc, są one tak ogromne, że ledwie jeszcze widać zza nich prawdziwy sens życia, i trzeba się dobrze przypatrzeć (i stawać na palcach), żeby go dostrzec.

Na kilka dni przed końcem sierpnia poczułem jesień – powietrze stało się chłodniejsze, i pojawiła się w nim ta słynna, ledwie wyczuwalna woń zgnilizny. Pobieżne oględziny okolicznych drzew nie pozostawiły wątpliwości: przemijanie już zaczęło pozłacać ich liście. Na razie pojedyncze, ale jednak. Jak mogłem tego nie zauważyć?I (1)Jesień jest moją ulubioną porą roku. Wspomniany powyżej jedyny w swoim rodzaju zapach, widok sypiących się na wietrze pożółkłych liści, oraz kolorowe niemal nie do zniesienia zachody słońca niezmiennie wprawiają mnie w stan, którego nie potrafię wysłowić; dlatego też najlepszym zastępczym określeniem byłoby słowo: niewymowny. Jesień najmocniej oddziałuje na moje zmysły, toteż właśnie wtedy czuję się bardziej żyw, niż kiedykolwiek. Pośród kolorowych, łysiejących drzew i zasypanych liśćmi ścieżek nieustannie doświadczam tego, co Hans Castorp z Zaczarowanej góry Tomasza Manna nazywał Królowaniem. A kiedy nastaje babie lato… O tym nie będę opowiadał, bo to już nazbyt intymne.

Niemal nigdy nie narzekam na brak natchnienia, ale we wrześniu i październiku wena sprawuje nade mną szczególną pieczę. To właśnie wtedy buzuje we mnie radosne poczucie, że każda myśl jest tropem, którym – jeśli tylko zdecyduje się nim pójść – dotrę do małego, osobistego raju. I tak jest rzeczywiście – gdy siadam do zeszytu z zapiskami do swojego opus magnum, i piszę, zaczynając od pierwszych lepszych słów, które przyjdą mi do głowy, od bagateli, zawsze docieram do krainy poezji. Chcąc uszczknąć z niej coś dla innych, trzeba się jednak nieźle natrudzić.

Oczywiście, mam świadomość, że świat, który tak podziwiam, nie jest rzeczywistością czystą, że to zaledwie model rzeczywistości wykreowany przez moje niedoskonałe zmysły. Jako że parametry wizualne nie mogą istnieć w oderwaniu od nich, o wyglądzie takiej czystej, niezależnej od obserwatora rzeczywistości można powiedzieć tylko tyle, że nie istnieje; nie ma ona też zapachu, smaku, faktury, itd. – rzeczy same w sobie po prostu są. Mają strukturę geometryczną, właściwości mikroskopowe i makroskopowe, reagują chemicznie i fizycznie na obu tych poziomach wielkości, ale to byłoby na tyle.

Myślę o tym często, może nawet odrobinę za często. Obliczenia matematyczne naukowców pozwalają na wyjście poza obręb subiektywnego postrzegania, na zajrzenie do mechanizmu skrywającego się głęboko pod jego grubą obudową. Oczywiście, możliwość wglądu weń jest niewielka, jako że ogranicza się do spostrzeżeń pozostających w sferze abstrakcji; nie mniej jednak jest to rzecz fascynująca i fakt, że człowiek potrafi tego dokonać, uważam za jeden z jego największych sukcesów.

Na poziomie mikroskopowym wszyscy składamy się z atomów, które same w sobie są równie martwe, jak te, które znajdują się w materii nieożywionej. Każdy z nich można by z powodzeniem wymienić na jakikolwiek inny (oczywiście w obrębie tych samych pierwiastków i izotopów), i nie zrobiłoby to nam żadnej różnicy. Atomy te na wskutek pewnych procesów osiągają jednak taki poziom uporządkowania, i pozostają na takim poziomie relacji, że wspólnie tworzą żywy, samoświadomy organizm. Czy oznacza to, że na pewnym podstawowym poziomie jestem martwy jak głaz? Wygląda na to, że tak. Myśl ta nie wpędza mnie jednak w ponury nastrój; wręcz przeciwnie, uważam, że to bardzo zabawne. Choć jestem zbiorem cząstek, to jednak przede wszystkim istotą, która myśli i czuje.

Powiedziałbym, że podczas gdy naukowcy zajmują się drobiazgowym funkcjonowaniem rzeczywistości – często właśnie matematyczną abstrakcją – to domeną artystów jest podróż w kierunku przeciwnym – w stronę subiektywnego postrzegania właśnie. To ciekawe, ale i jedni, i drudzy uchodzą w oczach ogółu za osoby roztargnione i oderwane od rzeczywistości, podczas gdy tak naprawdę penetrują jej najbardziej krańcowe, przeciwstawne kierunki. Większość ludzi składających się na tenże ogół znajduje się gdzieś pośrodku, ale i wśród nich znajduje się wielu pasjonatów nauki i sztuki.