Archiwum kategorii: Recenzje

Stanisław Lem – ”Astronauci”

Stanisław Lem - ''Astronauci''Rok 2003. Podczas prac budowlanych na Syberii robotnicy znajdują pojemnik pochodzenia pozaziemskiego. Okazuje się on zawierać namagnetyzowane druty z informacjami zapisanymi w języku obcej cywilizacji. Grupa wybitnych naukowców dekoduje je, dochodząc do zdumiewającego wniosku: jest to raport komputera sterującego statkiem kosmicznym, który rozbił się w 1908 roku w syberyjskiej tajdze (katastrofa tunguska). Pojawia się w nim przesłanka wskazująca na to, że obcy planują inwazję na Ziemię. Grupa astronautów zostaje wysłana z misją zwiadowczą na Wenus, skąd najprawdopodobniej pochodzą przybysze…

Astronauci to druga powieść napisana przez Lema, i pierwsza, która ujrzała światło dzienne (napisany wcześniej Szpital przemienienia z pewnych przyczyn przeleżał 6 długich lat, nim ukazał się drukiem). Co ciekawe, została napisana na zamówienie, za namową Jerzego Pańskiego, ówczesnego prezesa Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik. Jak czyta się wczesnego Lema, mając już za sobą lekturę wielu spośród jego najznamienitszych i najdojrzalszych dzieł? Zaskakująco dobrze! Powieść wciąga już od pierwszych zdań – czuć, że pisarz natrafił na swojego konika, że jest w swoim żywiole, i że jakkolwiek jest jeszcze daleki od ujarzmienia go, bawi się w nim świetnie. Bez wątpienia to właśnie Astronauci są powieścią, której napisanie pozwoliło pisarzowi określić kierunek swojej twórczości.

Powieść posiada duży ładunek przygodowy. Daje się to odczuć już od pierwszych zdań rozdziału opisującego lot astronautów rakietą kosmiczną. Klimat oderwania od ziemskiej rzeczywistości, ekscytującej podróży w nieznane i osaczenia kosmiczną otchłanią jest naprawdę gęsty i mrowiący. Jeszcze bardziej przygodowo robi się, gdy przybysze lądują na powierzchni Wenus, i zabierają do eksploracji tego zupełnie obcego, dziwnie opustoszałego świata. Odkrycia kolejnych osobliwości potęgują ciekawość i rozpalają wyobraźnię. Czemu na planecie jest tak pusto? Gdzie podziali się jej mieszkańcy? Czemu armia Wenusjan nie wykazała zainteresowania lądowaniem na swoim terytorium obcego statku kosmicznego?

Mnóstwo w Astronautach fascynacji nauką, jej zdobyczami oraz ludźmi nauki. Widać to szczególnie mocno w rozdziale, w którym nawigator ekspedycji oprowadza po statku kosmicznym wycieczkę szkolną, opowiadając o możliwościach wehikułu oraz sterującego nim superkomputera. Nauka umożliwia rozwój technologii, ta – poznanie świata, poznanie zaś jawi się uniwersalnym sensem życia człowieka. W tym wszystkim tkwi jednak pewien szkopuł: nowinki technologiczne pozwalają istotom inteligentnym poznać wszystko, poza samymi sobą. Co, jeśli rasa, która nie rozumie sama siebie, kształtujących ją prądów społecznych, niezdolna jeszcze do okiełznania swojej dzikości, stanie się zdolna do wyzwolenia potężnych energii, które będzie mogła wykorzystać zarówno dla swojego dobra, jak i zguby?

Mam mieszane uczucia co do przedstawienia psychologii postaci. Należycie sportretowana została zaledwie trójka z nich – reszta zdaje się być od tego, żeby robić swego rodzaju sztuczny tłok. Tym trzem głównym postaciom wiele głębi przydały opowieści, które snują nocami w statku kosmicznym. Szkoda, że Lem nie pozwolił wypowiedzieć się należycie każdemu z nich. Braki te w pewnej mierze rekompensuje jednak kontrast istniejący pomiędzy głównym bohaterem – pilotem Smithem – a uczonymi. Ten pierwszy, choć jest mistrzem w swoim fachu, wewnętrznie pozostaje zwyczajnym, dość emocjonalnym człowiekiem, podczas gdy uczeni to zimnokrwiści sceptycy, powściągliwi w ferowaniu wniosków i nastawieni w stosunku do niego protekcjonalnie. Smith, nadając na innych falach niż jego współtowarzysze, wydaje się bardzo samotny.

Prawdą jest, że powieść pod paroma względami nie przetrwała próby czasu. Nic dziwnego; od momentu jej ukazania się w 1951 roku stan wiedzy uległ ogromnej zmianie. Dziś pomysł, jakoby na Wenus mogło istnieć jakiekolwiek inteligentne życie, wydaje się kompletnie absurdalny, żeby nie rzec: poroniony; w czasach, w których Lem pisał swoją powieść, planeta ta była jednak białą plamą i swobodnie można było puścić pisarzowi wodze wyobraźni. I jeszcze inny (zwiędły) kwiatek: ojciec jednego z naukowców mówi mu, że prawo natury opisane przez Einsteina obowiązywało już przed trylionami lat, choć dziś wiemy, że wiek Wszechświata wynosi około 14 miliardów lat.

Tym, co (przynajmniej początkowo) wzbudza największe zdumienie, jest jednak nakreślona z początku wizja świata, który dzięki ustrojowi komunistycznemu zdołał w końcu uzyskać stan trwałej równowagi. Lem zawarł ją w swoim dziele tylko dlatego, że takie wymagania stawiał mu reżim komunistyczny. Twórczość pisarzy z tamtego okresu musiała podążać w kierunku socrealizmu – promować socjalizm. Sztuka musiała być jednomyślna ideologicznie, stanowiła dla władzy tylko kolejny nośnik propagandy. Lem dostosowywał się do tych wymogów w najwyższa niechęcią, i starał się ograniczyć polityczne wtręty do absolutnego minimum – co zresztą wytykali mu krytycy na usługach systemu. Dla dzisiejszego czytelnika idylliczna wizja świata pozbawionego kapitalizmu nie powinna być niczym więcej, niż tylko literacką ciekawostką historyczną, bo Lem piewcą komunizmu nigdy nie był, toteż ci, którzy chcieliby zdyskredytować powieść z uwagi na socrealistyczne wtręty, narażają się na śmieszność.

Oczywiście, powieść posiada również mankamenty, których nie usprawiedliwia nic. Niektóre z nich to narracyjne potknięcia typowe dla niewyrobionego jeszcze pisarza – błędy z gatunku: ”próbowałem, ale nie wyszło”. Największą wadą Astronautów jest zdecydowany nadmiar (i zawiłość) opisów wenusjańskiej powierzchni – miejsca, dodajmy, dość surowego. Owszem, zdarzają się fragmenty, w których Lem maluje pejzaż oszczędnie, ale dobitnie, częściej jednak wdaje się w trudne do wyobrażenia detale, popada w wielosłowie, co wychodzi na minus atmosferze utworu i ogromnie spowalnia akcje, która w tego typu powieści powinna być jednak nieco gęstsza. W kilku miejscach pisarz najzwyczajniej w świecie poszedł jednak na łatwiznę. Przykład najjaskrawszy: jak to możliwe, że naukowcy z taką łatwością dekodują informacje zapisane w zwojach pojemnika? Warto dodać, że prawie dwadzieścia lat później Lem uczynił motyw sygnału od Obcych osią jednej ze swoich najwspanialszych powieści – Głosu Pana. Potencjał tkwiący w pomyśle został tam wykorzystany w sposób całkowity.

Stali czytelnicy Lema dostrzegą w Astronautach zalążki pomysłów, które rozwinie później w swoich sztandarowych powieściach: Solaris oraz Nieustraszonym. Jest to też pierwsza powieść pisarza, w której można bardzo wyraźnie dostrzec kierunek, w jakim podąży jego twórczość. Kosmiczne podróże, kult nauki i poznania świata, kontakt z Nieznanym, człowiek jako obywatel nie tylko Ziemi, ale i Wszechświata – wszystkie te motywy będą powracać na kartach jego książek w coraz lepszym stylu.

Z pewnością nie jest to jedna z najlepszych powieści Lema, ale też nie zasługuje na pogardę, jaką przez wiele lat darzył ją sam autor, uparcie nie zgadzając się na wznowienie jej nakładu. Czytelnik, który będzie w stanie przymknąć oko na niedoskonałości utworu – przede wszystkim zmarszczki, jakich nabawił się przez lata od swego pierwszego wydania – odnajdzie w jego lekturze mnóstwo radości. Tym bardziej, jeśli tak jak ja, marzycie czasami o tym, by zostać astronautami.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Agora S.A.

Reklamy

Stanisław Lem – ”Człowiek z Marsa”; ”Opowiadania Młodzieńcze”; ”Wiersze”

Stanisław Lem - ''Człowiek z Marsa''; ''Opowiadania Młodzieńcze''; ''Wiersze''Każdy pisarz kiedyś zaczynał. Początki zazwyczaj wyglądają podobnie: autor bada grunt – sprawdza rozmaite pola gatunkowe i tematyczne – oraz wypróbowuje wielorakie podejścia do tworzenia: style narracji. Szuka swoich mocnych i słabych stron, ćwiczy umiejętności. Tak jak w życiu, tak i w pisarstwie, wszystko zaczyna się od raczkowania. Dzięki wydawnictwu Agora czytelnik ma okazję przekonać się, jak wyglądały początki jednego z największych geniuszy światowej literatury: Stanisława Lema.

Zbiór zawiera utwory – nowelę, opowiadania i wiersze – z lat 40. Wszystkie historie powstały dla celów zarobkowych – pisarz publikował je w czasopismach (niektóre z nich, z uwagi na objętość – w częściach). Czytelnik ma więc do czynienia ze zwyczajnym wyrobnictwem, tak obcym Lemowi w czasach późniejszych.

Książkę otwiera nowela pt. Człowiek z Marsa – pierwszy utwór pisarza utrzymany w konwencji SF. Fabuła utworu przedstawia się następująco: chwilowo bezrobotny dziennikarz McMoor, podczas spaceru ulicami Nowego Jorku spotyka nieznajomego mężczyznę. Zapytany o to, jaki jest dzień tygodnia, udziela mu żartobliwej odpowiedzi, która zostaje przez rozmówcę uznana za hasło, jakim miał posłużyć się wyczekiwany przez niego gość. McMoor zostaje przechwycony i wplątany w ziemsko-marsjańską aferę: w badanie Marsjanina, który na Ziemi rozbił się swoim bolidem.

Akcja utworu sprowadza się do dziwacznych eksperymentów, jakim naukowcy poddają przybysza z czerwonej planety, oraz sensacyjnych następstw tychże. Narracja jest toporna i chaotyczna – mnóstwo tutaj naukowego (pseudonaukowego?) bełkotu i zamieszania spowodowanego trudnymi w zrozumieniu działaniami uczonych (którzy, swoją drogą, sprawiają wrażenie dziwnie nieokrzesanych). Dużo hałasu o nic – można by powiedzieć. Z przykrością należy też stwierdzić, że cała akcja utworu osadza się na rażących absurdach. Dlaczego naukowcy zajmujący się Marsjaninem nie prowadzą swoich badań w jakimś oficjalnym, strzeżonym przez wojsko ośrodku? Przecież oczywiste jest, że obcy może stwarzać dla nich zagrożenie, i że Państwo nigdy nie odpuściłoby sprawowania pieczy nad tak przełomowym przedsięwzięciem. Dlaczego człowiek, który miał dołączyć do zespołu naukowców, nie mógł zrobić tego w sposób konwencjonalny – np. pod eskortą wojskowych? Czemu uczeni po spostrzeżeniu, że schwytali bohatera omyłkowo, nie odstawili go z powrotem na ulice? Lem bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z tych mankamentów, i na domiar złego, starał się z nich wytłumaczyć, wkładając wyjątkowo nieudolne, dopełniające absurdu wyjaśnienia w usta jednej z postaci. Brak wiarygodności odbija się na opowieści brakiem w niej napięcia.

Lem, co dla niego zupełnie nietypowe, przedstawił w swojej noweli Obcego w najbardziej sztampowy sposób: jako istotę o agresywnym, wręcz morderczym nastawieniu do ludzi. W zasadzie jedynym przebłyskiem oryginalności ze strony pisarza było uczynienie z przybysza istoty biomechanicznej, co jednak niosło za sobą implikacje fabularne, którym jako niewyrobiony jeszcze pisarz podołać nie zdołał.

Człowiek z Marsa to pozbawione głębszego przesłania, podrzędne SF – opowiastka, na której podstawie można by nakręcić co najwyżej film klasy B, może nawet tylko C. Sam Lem uważał tą opowieść za ”wyjątkowo naiwną, ogromną słabiznę” i życzył sobie, aby została zapomniana na zawsze (oczywiście, wydawcy dysponujący prawem do wydawania jego książek nie zawsze to pragnienie szanowali).

Drugą część tomu zajmuje 14 opowiadań. Wszystkie (z wyjątkiem Siostry Barbary) powstały tuż po drugiej wojnie światowej – w okresie pomiędzy 1946-1950 rokiem (a więc kiedy pisarz był w wieku od 25 do 29 lat). Niemal żadne z nich w jakimkolwiek stopniu nie zapowiada Lema, którego znamy z jego najwybitniejszych dzieł – Cyberiady, Solaris, czy Pamiętnika znalezionego w wannie. To nie tylko nie ten sam poziom (co jest w pełni zrozumiałe), ale i zupełnie odmienna tematyka. Pisał je młody człowiek, który dopiero poszukiwał swej literackiej ścieżki, ba, człowiek niepewny nawet, czy w ogóle chce nią zawodowo podążać.

W pierwszych pięciu utworach dominuje tematyka wojenna. Ich bohaterami są: Polak, którego gestapo wzięło za żyda i objęło deportacją do obozu zagłady, szpieg usiłujący wydrzeć nazistom tajemnice wojskowe, czołgista, angielski pracownik Ministerstwa Wojny zajmujący się kwestią pracy nazistów nad cudowną bronią mającą przynieść im zwycięstwo. Każde z opowiadań to koncentrat wojny w pigułce: jest w nich wszechobecność śmierci, czyhające zewsząd śmiertelne zagrożenie – spadające z nieba bomby, pędzące seriami pociski z karabinów maszynowych, łapanki, niepewność nie tylko jutra, ale nawet tego, co przyniesie każda następna chwila. Zdaje się, że gdzieś pomiędzy wierszami tekstu przewija się jak refren myśl, że wszystko to jest nie tylko straszne, ale i – z uwagi na swą długotrwałość – śmiertelnie monotonne.

6 sierpnia 1945 roku po raz pierwszy w historii użyto w walce militarnej broni jądrowej: USA zrzuciły bombę atomową na Japońskie miasto – Hiroszimę. Trzy dni później to samo spotkało Nagasaki. Od tej chwili nad ludzkością zawsze już miało wisieć przerażające widmo nuklearnej zagłady. Strach przed nią znalazł odbicie również w trzech z opowiadań. To właśnie te teksty należą do najlepszych w zbiorze: są napisane z prawdziwie młodzieńczą werwą i posiadają sprytnie obmyślone zakończenia. Najlepsze z nich to Miasto atomowe, którego bohaterem jest mężczyzna mający za zadanie odkryć szpiega penetrującego ośrodek badawczy broni jądrowej. Szkoda, że autor nie zdecydował się na rozwinięcie tej historii do rozmiarów noweli, gdyż posiadała w sobie duży potencjał.

Co może bardzo dziwić, elementy fantastyczne pojawiają się tylko w dwóch spośród opowiadań. Zdecydowanie najlepiej z nich wypada Obcy – opowieść o chłopcu, który dzięki odrzuceniu całej wiedzy na temat fizyki konstruuje – posługując się intuicją – fikuśne perpetuum mobile. Lem zdaje się stawiać ryzykowną tezę, że to, co wiemy o świecie, w pewnym sensie ogranicza nas, stanowi barierę pomiędzy nami a światem. Drugie z nich (Koniec świata o ósmej) to humorystyczna wariacja na temat broni masowej zagłady: opowieść o wynalazcy twierdzącym, iż po 27 latach badań wynalazł proszek, którego szczypta, spalona w płomieniu świecy, byłaby w stanie doprowadzić do destrukcji materii całej kuli ziemskiej. Naukowiec ów chce dowieść empirycznie prawdziwości swego odkrycia, by udowodnić je tym, którzy śmieli zwątpić w jego geniusz.

Spora ilość opowiadań utrzymana jest w konwencji obyczajowej. Bohaterem dwóch z nich jest lekarz Stefan Trzyniecki – bohater Szpitala przemienienia (i dwóch wyklętych przez autora kontynuacji tej powieści, składających się na trylogię Czas nieutracony). Niestety, zarówno Dyżur doktora Trzynieckiego, jak i Siostra Barbara (najpóźniejsze opowiadanie w zbiorze – pochodzi z 1953 roku) to proste jak cep, nic nie wnoszące do dorobku Lema opowiastki. Dużo lepiej wypadają Historia o wysokim napięciu (swego rodzaju humorystyczna pocztówka z czasów powojennych) oraz Dzieje jednego odkrycia (w tym utworze widać już wprawę we władaniu piórem oraz fascynacje nauką). O opowiadaniu Trust twoich marzeń dość powiedzieć tyle, iż jest niezwykle naiwne i do złudzenia przypomina mi głupawe historie Agaty Christie o Parkerze Pynie i jego ”uszczęśliwiającej” ludzi agencji. Doprawdy, nie posiadam się ze zdumienia, że sam Lem popełnił coś takiego.

Niewielu czytelników Lema wie, że ma on w swoim twórczym dorobku również wiersze. Poziom tych utworów jest bardzo nierówny. Niektóre z nich to typowe majaki młodych ludzi toczonych gorączką grafomanii – kuleje w nich zarówno rytmika, jak i same metafory; inne dają podstawę do smutku z powodu tego, że Lem tworzenie poezji zarzucił tak wcześnie, że nie dał sobie szansy sprawdzenia, dokąd zaprowadzi go dalsze poezjowanie.

Pozostaje pytanie, czy publikacja tak dalekich od doskonałości literackich pierwocin miała sens? Jak najbardziej, choć z pewnym zastrzeżeniem: jest to zbiór skierowany przede wszystkim do zagorzałych wielbicieli twórczości Lema. Nawet jeśli lektura utworów samych w sobie sprawi im przeciętną przyjemność, potraktują ją jako swego rodzaju frapującą ciekawostkę prozatorską. Trudno uwierzyć, ale Lem nie od samego początku był alfą i omegą, potrafiącym dokonać doskonałej syntezy sztuki pisarskiej z naukowymi fascynacjami i prognozami na przyszłość. Ci, którzy nie należą do stałych czytelników pisarza, z całą pewnością znajdą sobie wiele przyjemniejszych lektur.

Ocena: 6/10 (dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

”Tylko Nie Mów Nikomu” [2019]

Niedawno miał premierę film dokumentalny Tomasza Sekielskiego pt. Tylko nie mów nikomu. Film zupełnie niezależny, sfinansowany ze zbiórki zorganizowanej przez Internet. Dorośli już ludzie, którzy byli w dzieciństwie molestowani przez duchownych, opowiadają o swoich traumatycznych przeżyciach i spotykają się po latach ze swoimi oprawcami, żeby porozmawiać na ich temat. Spotkania te zostają zarejestrowane ukrytą kamerą.

Z początku nie zamierzałem oglądać filmu. Zbyt mocno bałem się uczuć, które wiedziałem, że we mnie wywoła: gniewu, żalu, smutku, obrzydzenia. Myślałem też: Po co mi to? Przecież o pedofilii w Polskim kościele słyszałem już dostatecznie wiele. Po co mi denerwować się tym, że nikt nic z tym nie robi? Że seksualni agresorzy cieszą się wolnością, ba, że wystawia się im pomniki, podczas gdy ich ofiary bezskutecznie usiłują poradzić sobie z traumą? Ogromna oglądalność filmu i echo, jakim odbił się w mediach, sprawiły jednak, że i ja nie mogłem przejść wobec niego obojętnie.

Tylko nie mów nikomu to film przerażający. Oglądałem go z szybko bijącym sercem, na raty, bo nie byłem w stanie przełknąć go na raz. Widok dorosłych ludzi, opowiadających o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat głosem tak łamiącym się, jakby miały miejsce zaledwie wczoraj, daje dobitne świadectwo ogromu wyrządzonego im zła. Z drugiej strony mamy tych, którzy zrujnowali im życie – zdziadziałych już, duchownych lubieżników oraz armię ich butnych obrońców – kolegów po sutannie.''Tylko Nie Mów Nikomu'' [2019] (1)Tylko jeden z molestujących księży w rozmowie ze swoją ofiarą naprawdę przyznał się do winy i okazał żal. Słowny, ale jednak. Nie starał się wybielać, udawać, że to, o co się go oskarża, nie miało miejsca. W stosunku do niego odczuwam coś na kształt odrobiny litości. Nic więcej, bo nie jestem pewien, czy można mówić o prawdziwej skrusze tam, gdzie nie było i nie ma gotowości do poddania się karze. Jak to możliwe, że zboczeniec, który przyznaje się do molestowania kilku dziewczynek, dożywa swojej starości w domu dla emerytowanych księży, a nie zakładzie karnym, wśród podobnych sobie degeneratów? Co z zadośćuczynieniem wobec ofiar i z ich poczuciem niepowetowanej krzywdy?

Nie brakuje osób twierdzących, że jest to film antykościelny. Jest to kompletny absurd – kaleki wymysł desperatów, którzy ponad wszystko pragną iluzji doskonałości tej instytucji, i którzy bronią się przed rozwianiem złudzeń wszystkimi dostępnymi siłami. Sekielski nie mówi, że kościół jest zły – ani wprost, ani między wierszami. Mówi, że zła jest pedofilia, tuszowanie jej, udawanie, że skala zjawiska jest niewielka oraz naiwna wiara w czystość księży. Stawia kościołowi diagnozę; udowadnia, że toczy go śmiertelna choroba, rak, i że jeśli chory szybko nie rozpocznie jego leczenia, czeka go powolna i uwłaczająca jego godności śmierć w męczarniach. Kto nie zrozumie przesłania filmu po jego seansie, temu nie pomoże już jednak żadne tłumaczenie.

Prawdą jest, że nie każdy ksiądz to pedofil, że nie można wrzucać ich wszystkich do jednego worka. Oczywiste jest też, że pedofile zdarzają się wśród wszystkich grup zawodowych. Niestety, tylko w przypadku duchownych przypadki molestowania są skrzętnie zatajane. Można założyć ze stu procentową pewnością, że na jeden ujawniony przypadek molestowania przez nich przypada co najmniej kilka tysięcy takich, które nigdy nie wyszły na światło dzienne spoza zacisza plebanii i zakrystii. Jedni księża gwałcą dzieci, drudzy – kryją ich, przenosząc do innych parafii, nieraz wielokrotnie, aż do bardzo rzadkiej ostateczności: wydalenia ze stanu kapłaństwa. Czy można określić to inaczej, niż mianem pedofilskiego lobby? Sprawcy pozostają na wolności, a na domiar złego nie uczestniczą w programach terapeutycznych, które zmniejszyłyby ryzyko popełnienia przez nich czynów lubieżnych w przyszłości. Przyzwolenie na taki stan rzeczy jest też jawną kpiną z ofiar i ich cierpienia.

A ofiary są najważniejsze. Widz pozna wiele życiorysów złamanych przez bezkarnych zboczeńców w sutannach. Tragedie, łzy, nawet śmierć. Koszmar, który w świecie wewnętrznym tych ludzi powtarza się w nieskończoność, uniemożliwiając im zaznanie spokoju ducha, szczęścia; uniemożliwiając im normalne życie. Ci, którzy zdecydowali się wystąpić w filmie, wykazali się nieprawdopodobną odwagą, wręcz bohaterstwem. Prawdopodobnie nic nie będzie w stanie uleczyć ich ran, ale Państwo może podjąć kroki, które uchronią przed molestowaniem kolejne generacje potencjalnych ofiar. Wierzę także, że za przykładem bohaterów filmu pójdą inni, na których ciałach i duszach położyli ręce zwyrodnialcy w sutannach, i że zacznie dochodzić do aresztowań i wypłat wielomilionowych odszkodowań, a sami księża zastanowią się sto razy, zanim podniosą rękę na niewinność dziecka.

Znaczne szybsze zmiany film Sekielskiego ma szansę zaprowadzić w Polskiej mentalności. W przeświadczeniu Polaków, że ksiądz to ucieleśnienie niewinności i autorytet, na którego w żadnym wypadku nie wolno podnieść ręki. W przeświadczeniu, że duchownemu wolno więcej, bo reprezentuje sobą samego Boga – nawet, jeśli to, co robi, stoi w kompletnej sprzeczności z głoszonymi przezeń wartościami. Ksiądz przestaje być świętą krową!

Brzydzę się przebierańcami, którzy wykorzystują swój autorytet (na szczęście słabnący z roku na rok) do krzywdzenia słabszych, i brzydzę się tymi, którzy ich zbrodnie bagatelizują bądź pomagają ukryć. Ich brak pokory, wyniosłość, matactwo i tumiwisizm są wprost porażające. To właśnie oni – ich reakcje na film Sekielskiego i wychodzące na jaw skandale – sprawiają, że pierwszym wyrazem, który kojarzy się ze słowem Ksiądz, jest Pedofil. To molestowanie dzieci przez duchownych oraz brak adekwatnej reakcji z ich strony niszczy kościół, a nie mówienie o tym.

Oni już wiedzą. Wiedzą, że nie wrócą czasy bezkarności dla ich nadużyć, że zaufanie publiczne wobec nich spadło na łeb na szyję, że ich autorytet upadł i roztrzaskał się w proch. Wiedzą, że nie zdołają odwrócić kota ogonem, schować głów w piasek, zamieść spraw pod dywan – choć tchórze, obłudnicy i potwory będą próbowały i tego, wystawiając siebie i kościół na pośmiewisko. Zmiany będą zachodzić wolno, ale nieubłaganie. Nic nie zatrzyma rewolucji, która ma miejsce na naszych oczach. Tylko nie mów nikomu to film kapitalnie zrealizowany od strony technicznej i absolutnie przełomowy jeśli chodzi o treść. Gorąco wierzę w to, że czas pokaże, iż dzieje kościoła w Polsce będzie można podzielić na dwie części: na czas przed nim, i czas po nim.

Osobiście uważam kościół za sektę i mafię, za pełne obłudy elitarne państwo w państwie, które – jak wielokrotnie i dobitnie pokazało życie – stoi ponad prawem obowiązującym zwykłych, szarych obywateli. Nie sposób pozbyć się go całkowicie – potrzeba wiary i tradycji religijnej dla większości ludzi jest równie naturalna, jak potrzeba oddychania – ale należy koniecznie ograniczyć jego wpływy i wyeliminować z niego chociaż najpoważniejsze patologie. Pedofilia z całą pewnością jest najgorszą z nich.

Ocena: 9/10 (wybitny).

Joe Hill – ”Dziwna Pogoda”

Joe Hill - ''Dziwna Pogoda''Przyznajcie się: też to czuliście. Syn Stephena Kinga wydaje książkę, więc byliście pewni, że to kolejny obibok chcący przez resztę życia lecieć na fali popularności swojego ojca. To nic, że aby uniknąć takich posądzeń – że aby budować swoją markę możliwie jak najbardziej od podstaw – swoje książki sygnuje innym nazwiskiem; przecież wiadomo było, że prędzej czy później wszystko się wyda, więc pewnie miała być to przewrotna reklama. Sprytnie to sobie wykombinował! Tak, ten Joe Hill to z pewnością niezły cwaniak!

Otóż nie. Pierwszy zbiór jego nowel – Dziwną pogodę (tak, wiem; jego ojciec również wydawał takie zbiory, i też zamieszczał w nich po cztery teksty) – przeczytałem niemal jednym tchem. Niemal jednym, bo 500 stron smakowitej literatury to jakby nie było coś więcej niż pojedynczy kęs – to jak cały tort. Niemniej, pałaszowałem ów tort jak rasowy łakomczuch, za ogranicznik żarłoczności mając jedynie swe ograniczone moce przerobowe.

Pierwsza nowela opowiada o chłopcu, który wpada na trop mężczyzny kradnącego ludziom wspomnienia przy pomocy aparatu fotograficznego. Jego ofiarą pada ciepła staruszka z sąsiedztwa – osoba, która opiekowała się nim we wczesnych latach jego dzieciństwa. Jest to tak naprawdę opowieść o horrorze postępującej utraty tożsamości. Historia rzeczywiście wzbudza niepokój – tym bardziej, kiedy człowiek uświadomi sobie, że choroba taka jak Alzcheimer jest o wiele gorsza od faceta uzbrojonego w magicznego Kodaka – choć ten ostatni mocniej oddziałuje na wyobraźnię, a przy tym jest o tyle atrakcyjniejszy, że – być może! – da się go jakoś zatrzymać. Nowela przemyca również refleksję na temat godnej śmierci.

Paranormalna groza zawisa również nad bohaterami Deszczu. Pewnego dnia z chmury zamiast deszczówki spada na nich grad ostrych jak brzytwa kryształów. Ludzie dzielą się na tych, którzy zginęli w masakrze, i na tych, którzy będą musieli uporać się z jej następstwami – a biorąc pod uwagę rozmiary tragedii, ciężko powiedzieć, której ze stron należy współczuć bardziej. To, co z początku wydaje się tylko koszmarnym epizodem, szybko okazuje się bowiem trwałą zmianą w atmosferze. Nowela aż prosi się o rozwinięcie jej w powieść. Z jednej strony szkoda, że autor nie podjął się zrobienia tego, z drugiej strony to dobrze, bowiem na deser pozostawił wiele dla wyobraźni czytelnika – a to jedna z najważniejszych cech dobrego horroru!

Naładowany to dość złożona opowieść, w której splatają się dramatyczne losy kilku postaci: przede wszystkim młodej dziewczyny porzuconej przez bawidamka, podminowanego weterana wojennego, oraz zmagającej się z traumą reporterki lokalnej gazety. Prawdziwym bohaterem noweli jest jednak wszechobecna broń palna – to, w jaki sposób wpływa na życie amerykanów: indywidualnych ludzi i całe społeczeństwo. Statystyki mówią, że broń w stanach zjednoczonych posiada aż 270 milionów obywateli – dla polskiego czytelnika to zupełnie inne realia. Ze wszystkich nowel w zbiorze najmocniej przeraził mnie właśnie ten – może dlatego, że nie zawiera wątków paranormalnych, że groza w nim zawarta jest w pełni realna. Mnóstwo tutaj napięcia, przemocy, i ludzkiej tragedii. Czy winna jest jej broń, czy człowiek? Dlaczego amerykanie kultywuję kult broni palnej? Opowieść, jak się zdaje, stara się odpowiedzieć na te pytania.

Ale Dziwna pogoda to nie tylko groza. W zbiorze znalazł się też jeden lżejszy tekst – Wniebowzięty. Opowiada o młodym mężczyźnie, który skacze z samolotu ze spadochronem i… ląduje na dziwacznej chmurze. Nie ma jak z niej zejść, a ona sama szybko wchodzi z nim w dziwaczny kontakt. Doświadczenie niesamowitości, lęku oraz samotności pozwoli bohaterowi przewartościować swoje zagmatwane życie. O ile oczywiście wyjdzie z tego cało – chyba nie zdradzę zbyt wiele jeśli powiem, że Joe Hill nie wydaje się być bowiem nadmiernym entuzjastą szczęśliwych zakończeń (w przeciwieństwie do jego ojca, co czasem mnie denerwowało).

Joe Hill z wielką gracją wprowadza czytelnika w świat bohaterów swoich nowel – ukazuje ich troski, lęki, nadzieje, namiętności, dążenia i zahamowania. Postaci są wielowymiarowe i wiarygodne, toteż czytelnikowi zaczyna na nich zależeć już po kilku stronach – niezależnie od tego, czy to lesbijka z blokadą emocjonalną, młody poczciwina do szaleństwa zakochany w kobiecie która nigdy nie będzie w stanie pokochać go jak mężczyznę, ”zdemenciała” staruszka i jej prostoduszny mąż, kaleki weteran wojny w Afganistanie, czy targany bliżej niesprecyzowanym gniewem ochroniarz centrum handlowego. Proza ta kipi wręcz od emocji, co jest co najmniej równie ważne, jak buzująca w niej groza.

Jeśli szukacie ciekawych, świetnie napisanych historii w konwencji pop-horroru, którym moglibyście oddać kilka godzin ze swojego życia – sięgnijcie po Dziwną pogodę w ciemno. Jest to naprawdę przepyszna literatura rozrywkowa. Za wcześnie jednak mówić, czy Joe Hill okaże się równie dobry pisarzem, co jego ojciec – czy zdoła spłodzić równie wiele równie dobrych książek. To, co właśnie przeczytałem, pozwala mi pokładać w nim ogromne nadzieje. Już zacieram ręce, i sięgam po kolejne jego pozycje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Albatros

Guy N. Smith – ”Kraby”

Uwielbiam wyrafinowaną literaturę z dreszczykiem – taką, w której co najmniej równie istotne co sama akcja, ważne są: malownicze i nastrojowe opisy przyrody, psychologia postaci, tło obyczajowe i estetyka języka. Nie ograniczam się tylko do jednego nurtu – cenię zarówno pop-horrory Stephena Kinga, poetycką grozę Edgara Allana Poe oraz Wojciecha Guni, jak i kosmiczny horror H. P. Lovecrafta. Oczywiście, samą wysoką sztuką żyć nie sposób; od czasu do czasu trzeba pozwolić się odmóżdżyć umysłowi zmęczonemu podróżami po rajskich krainach wysokiej estetyki i kunsztu. Tutaj podaje nam swą pomocną, zakrwawioną, i pokrytą plamami wątrobowymi dłoń niejaki Guy N. Smith, rocznik 1939. Wydał około sto książek – w tym około 70 horrorów – które czytelnicy pokochali (a inni znienawidzili) za ich… no właśnie: za co? Za brak walorów artystycznych? Za naiwność? Za płaskość? Tak! – bo proza Guya to pulpa, a logika pulpy jest odwrotna – to, co w normalnej książce poczytuje się za wadę, tutaj stanowi zaletę, o ile spełnione zostaną trzy zasadnicze warunki: potwory, krew i cycki. Miraż mankamentów tworzy wtedy jedyną w swoim rodzaju mieszankę; radość z tropienia i wyśmiewania wad prozy staje się radością z niej samej. Oczywiście, ta literatura to swego rodzaju ekstremum, absolutny kraniec, po którego przeciwnej stronie stoją pisarze z początku przeze mnie wymienieni. Sięgną po nią tylko ci, którzy dobrze wiedzą na co się piszą, albo ci, którzy kompletnie nie mają o tym pojęcia. Ci ostatni mogą to przypłacić zespołem stresu pourazowego.

Wiem, że książki Guya N. Smitha były nieodłącznym elementem czytelniczej młodości wielu pasjonatów literackiego horroru. Sam nie miałem z nim do czynienia nigdy – moje wrażenia z lektury pozbawione są więc wszelkich sentymentalnych naleciałości. Żałuję, że tak jest, ale czasu nie cofnę. Choć, dla rzetelności recenzji może to i lepiej?

Jednym z najważniejszych dzieł w dorobku pisarza jest cykl o wielkich ludożerczych krabach. Składające się nań książki nie są właściwie powieściami – wszystkie posiadają objętość ok. 25-35 tysięcy słów, co kwalifikuje je raczej do miana nowel czy mini-powieści. W Polsce wydawaniem twórczości Smitha zajmowało się (nieistniejące już) Gdańskie wydawnictwo Phantom Press. W latach 90 jego książki stanowiły prawdziwy fenomen – niektóre spośród nich osiągnęły nakład wysokości nawet stu tysięcy sztuk! Warto zaznaczyć, że polski wydawca wypuszczając opowieści o morderczych krabach nie trzymał się oryginalnej chronologii – na przykład Zew krabów wyszedł jako piąta część cyklu, a Phantom Press wydał ją jako drugą. Choć większość czytelników czytała te opowieści w ”polskiej” kolejności, pozwoliłem sobie omówić je w zgodzie z oryginalną.

***

Guy N. Smith – Kraby 1 – Noc KrabówKraby I – Noc krabów

Król krabów! Nie było wątpliwości, że przybył ostatni, zgodnie z ich prawami. Dwukrotnie większy od reszty tych koszmarnych zjaw, zdawał się być personifikacją zła. Kołysząc się przeszedł powoli i stanął przed grupą pozostałych. Groźnie wymachiwał kleszczami, jak gdyby chciał sprowokować któregoś z nich do przeciwstawienia się swojej władzy. Niektóre kraby cofnęły się, zbijając się w gromadę.
– Noc krabów.

Bohaterem pierwszej części cyklu, książki pt. Noc krabów (Night of The Crabs, 1976) jest biolog Cliff Davenport. Jego bratanek zaginał wraz z dziewczyną podczas pływania w pobliżu Wyspy Muszli. Mężczyzna przybywa na miejsce, by wyjaśnić tajemnicę. Podczas krótkiego śledztwa odkrywa, że w ostatnim czasie doszło w tym miejscu do kilku innych zniknięć (utonięć?). W międzyczasie poznaje Pat, z którą wdaje się w romans. Odkrywają, że za zniknięcia pływaków odpowiedzialne są owładnięte żądzą mordu kraby rozmiarów krów. Zmutowane skorupiaki coraz śmielej nacierają w głąb lądu, więc Armia Wielkiej Brytanii (akurat ma swą bazę na wyspie) wypowiada im wojnę na śmierć i życie. Brzmi fajowsko? No jasne!

Już pierwsza część cyklu daje słuszne pojęcie o tym, czego można spodziewać się po całej reszcie: drętwych dialogów, jednowymiarowych postaci i sztucznych interakcji między nimi, niezamierzonego komizmu w miejscach które powinny niepokoić, idiotycznych przemyśleń bohaterów, oraz wszelkiej maści absurdów. Wymieńmy kilka najjaskrawszych. Dlaczego armia wysyła biologa z misją wysadzenia podwodnego królestwa krabów – czyżby nie mieli wysoko wykwalifikowanych nurków? Czemu wojskowi zezwalają Pat na przebywanie na statku w chwili, gdy Davenport wykonuje swoją misję? Dlaczego podczas ostrzału z czołgów kuloodporne kraby nie doznają chociażby uszkodzenia oczu? Dlaczego dojrzały wiekiem mężczyzna nazywa króla krabów najsprytniejszym wrogiem w historii ludzkości (jakby nie było Hitlera i Stalina)? Zupełnie niewiarygodne są też relacje pomiędzy dwójką głównych bohaterów. Cliff już po kilku dniach znajomości (i dwóch czy trzech szybkich numerkach) proponuje Pat małżeństwo – na co ona odpowiada błagalnym tonem, by nie kazał jej czekać dłużej! Litości.

Przerzucenie się na Guya N. Smitha prosto z Algernona Blackwooda (bo to jego opowiadania czytałem, nim sięgnąłem po Kraby) skończyło się dla mnie twardym lądowaniem. To zupełnie inny poziom językowy – różnica jest mniej więcej taka, jak pomiędzy rolls-roycem a trabantem. Guy ma wąski zasób słów, pisze w sposób prosty (żeby nie powiedzieć, że prostacki), pozbawiony jakichkolwiek stylistycznych fajerwerków. Spodziewałem się znacznie większej ilości krwi, flaków, urywanych kończyn, które to rekwizyty z pewnością zrekompensowałyby mi w jakimś stopniu warsztatowe wady prozy. Nie wiem, jak inni, ale za tryskająca posokę (i cycki – a najlepiej posokę tryskająca na cycki) jestem w stanie wybaczyć autorowi tego typu prozy naprawdę wiele.

Ciężko powiedzieć, czy Guy pisał książkę zupełnie na serio (jeśli tak – to za każdym razem, kiedy siadał do maszyny, musiał być po głębszej szklance szkockiej) czy też już wtedy miał świadomość tworzenia pulpy i trzymał się jej konwencji. Noc krabów jest jak cierpiąca na niedokrwistość kobieta bez biustu. Z pryszczami, brudem pod paznokciami, z rozmazanym makijażem, z biżuterią z jarmarku. Kulawa, niedorozwinięta. Skołowana, jakby dopiero oderwano ją od pługa. Ale ma w sobie to coś. Nigdy nie powiesz koledze zakochanym w pełnej klasy Berenice Poego, że ma fajny tyłek – spaliłbyś się ze wstydu! – ale tak właśnie jest. Pulpowa magia działa? Tak!

***

Guy N. Smith – Kraby 2 – Kleszcze ŚmierciKraby II – Kleszcze śmierci

Armia potworów wyszła z głębin i podążała w stronę hotelu jak olbrzymia tarcza. Klik-klak, klik-klak. Ich strategia różniła się znacznie od strategii zwierzęcej, a kto wie, czy nie przewyższała inteligencji ludzkiej. Nie mogły jednak uniknąć hałasu wydawanego przez wielkie szczypce. Stał się on jedynym sygnałem, który odebrały patrole wokół hotelu.
– Kleszcze śmierci.

Akcja Kleszczy śmierci (Killer Crabs, 1978) rozgrywa się w cztery lata po dramatycznych (ta…) wydarzeniach opisanych w Nocy krabów (i Zewie krabów). Od momentu pokonania na Shell Island mutanty pogrążyły się w mrocznych odmętach oceanu i nie dawały znaku życia. Tym razem uderzyły w zatoce Barbecue, dając się we znaki m. in. żyjącym z rybołówstwa mieszkańcom wyspy Hayman. Wojnę skorupiakom wypowiada Klin, jeden z rybaków, wraz z profesorem Davenportem i oficerem tamtejszej policji.

Już na samym początku otrzymujemy całkiem malowniczy opis zatoki koralowej i przyjemne tło obyczajowe (niesnaski pomiędzy rdzennymi rybakami a japońskimi kłusownikami). Niestety, wszystko to szybko rozpruwają swoimi kleszczami zmutowane skorupiaki, i czarująca atmosfera pryska jak bańka mydlana. Przy czym, trzeba dodać, Kleszcze śmierci zawiodą fanów krwawej jatki. Kraby nacierają wprawdzie na miejscowość i masakrują jego ludność, niby śmierć jest wszechogarniająca, ale naprawdę obrazowych opisów agonii i okaleczeń jest niewiele (przynajmniej w porównaniu z niektórymi z części serii). Dostajemy za to kilka prostych jak cep scen łóżkowych rodem z soft porno (jedna z bohaterek to zafiksowana na punkcie seksu cizia) i bój o walizkę pełną forsy.

Warto zanotować pewien fakt: po raz pierwszy zmutowany krab zostaje śmiertelnie postrzelony. Podczas sekcji zwłok okazuje się, że jedynym czułym na zranienie miejscem na ciele skorupiaka jest niewielki punkt pod jego szyją. Jak to możliwe, że podczas poprzednich bitew ze zmutowanymi krabami, podczas których kule nieprzerwanie świszczały w powietrzu, żadna z nich nie trafiła przypadkiem w ów słaby punkt?

W porównaniu z poprzednią częścią, Kleszcze śmierci zawierają znacznie mniej absurdów fabularnych. A może po prostu uodporniłem się na nie? Licho wie. Z całą pewnością jest to rzecz o klasę lepsza od Nocy krabów. Niemal pewnie jest, że gdybym był kompletnie niewyrobionym czytelniczo dwunastolatkiem uznałbym ją niemal za perłę gatunku. O, pardon – na wstępie książki wydawca ostrzega, że ”cykl jest przeznaczony wyłącznie dla dorosłych, czytelników o mocnych nerwach”, a dwunastolatki takie nie są.

***

Guy N. Smith – Kraby 3 – Powrót KrabówKraby III – Powrót krabów

Proszę pana, jestem starym człowiekiem. – Uniósł oczy, aż napotkał wzrok Rylanda i uśmiechnął się słabo. – I niedługo pożyję na tym świecie. Ale nawet za tysiąc funtów nie poszedłbym nad jezioro. Nawet za dnia. Następnym razem zbliżę się do brzegu w trumnie, w drodze na cmentarz.
– Powrót krabów.

Położona nad słonowodnym jeziorem Loch Merse miejscowość Craniarich co roku ściąga wielu amatorów polowań na cietrzewie, kaczki oraz gęsi. Niestety, dochodzi w niej do tajemniczych zaginięć myśliwych. Jakby tego było mało, kilku bywalców miejscówki rozpowszechnia plotki o zamieszkujących tereny potworach. W związku z tym tereny tracą na popularności. Właściciel terenów łowieckich, Bruce MacKechnie, jest tym zaniepokojony. Decyduje się rozprawić z potworami na własną rękę i wyciszyć sprawę. Niestety, w tym samym czasie w miejscowości pojawia się brat jednego z zaginionych, John Ryland, zdeterminowany, żeby wyjaśnić jego śmierć.

Ponieważ w Powrocie krabów (The Origin of the Crabs, 1979) nie pojawia się żadna wzmianka na temat wydarzeń w Shell Island, początkowo nie wiadomo, jak umiejscowić czas akcji utworu względem dwóch poprzednich części. Kwestię tą wyjaśnia dopiero następna część. Akcja Odwetu (bo o nim mowa) toczy się ponad dziesięć lat po wydarzeniach opisanych w Powrocie krabów i sześć lub siedem lat po ataku skorupiaków na Wyspę Muszli (Noc krabów, Zew krabów) – co oznacza, że wydarzenia przedstawione w trzeciej części cyklu są chronologicznie pierwsze i że miały miejsce 3 lub 4 lata przed Nocą krabów.

Choć dwie pierwsze części cyklu to rasowa pulpa, Powrót krabów chwilami czyta się jak zwyczajny horror. Wciąż pozbawiony jakichkolwiek pretensji artystycznych, to fakt, ale nie jest to już coś, co zasługuje najwyżej na wydrukowanie na papierze niewiele lepszym od srajtaśmy. Po raz pierwszy w serii otrzymujemy powieść pozbawioną epickich (no dobra, żartowałem) opisów batalii toczonych pomiędzy wojskiem a krabami. Opowieść jest stonowana (przynajmniej w porównaniu do poprzednich części), a kilka epizodów posiada całkiem ciekawy klimat (np. nocna wyprawa Rylanda na trzęsawisko). Niestety, poza składnikami wysokiej jakości, ta krabowa zupa zawiera także takie, które wzbudzają niestrawność: śmiechu warte opisy nienawiści wyzierającej rzekomo z czerwonych ślepiów przerośniętych skorupiaków, równie komiczne komentarze odnośnie ich wielkości (są wielkie jak krowa, osioł albo koń!), oraz prostackie sceny seksu.

W Powrocie krabów nie pojawia się żaden z bohaterów poprzednich części – co osobiście przyjąłem z westchnieniem ulgi. Dostajemy pakiet nowych postaci – sztampowych, ale przyjemnych w tej konwencji: zapijaczonego kłusownika, zdeterminowanego brata, multimilionera gotowego na wszystko, byleby ocalić swój interes przed upadkiem, płytką kochliwą idiotkę.

Podsumowując: tym razem Guy wspiął się na swoje wyżyny. Szkoda tylko, że cycków jest jak na lekarstwo. Przydałoby się ich więcej na otarcie łez z powodu braku większej ilości makabry.

***

Guy N. Smith – Kraby 4 – OdwetKraby IV – Odwet

Na dnie odbywała się straszliwa jatka! Piekło za życia przedstawiało wszystkie swoje możliwości, których za nic nie chce się oglądać. Pozbawione kończyn korpusy ludzkie, straszące rozprutymi brzuchami i wypływającymi z nich wnętrznościami, unosiły się w wodzie jak rośliny wodne. Z prądem płynęły głowy z wydłubanymi oczami, ze strzępami poszarpanej skóry. W piasku na dnie tkwiła dolna część ciała mężczyzny. A między tym wszystkim uwijały się kraby, chcące za wszelką cenę zaspokoić swój głód krwi, najeść się ludzkiego mięsa do woli.
– Odwet.

Około sześć lub siedem lat po wydarzeniach na Shell Island (Noc krabów) zmutowane skorupiaki atakują po raz kolejny. Tym razem w dwóch odległych od siebie miejscach: najpierw zabijają myśliwego nad trzęsawiskami Wash, potem masakrują plażowiczów na kąpielisku w Wells-next-the-sea. Oznacza to, że podzieliły się na kilka armii. Jeden z potworów ginie zmiażdżony przez zawalony most. Podczas sekcji zwłok naukowcy (z Cliffem Davenportem na czele, jakże by inaczej) odkrywają, że wnętrze skorupiaka porośnięte było przez gargantuiczny nowotwór. Szybko okazuje się, że choroba dziesiątkuje całą populację mutantów. Jednocześnie czyni je rozdrażnionymi i bardzo nieprzewidywalnymi! Tak przedstawia się fabuła Odwetu (Crabs on the Rampage, 1981).

Forma książki jest prosta. Na przemian opowiada o Cliffie Davenporcie, i o epizodycznych postaciach masakrowanych przez kraby w rozmaitych zakątkach świata. Czytając ma się wrażenie, że Guy zebrał kilka napisanych wcześniej opowiadań o krabach, po czym spiął je prostą fabułką i osobą biologa. Na szczęście nie musicie się tym martwić, bo w książce chodzi tylko o jedno: o krwawą rzeź. Jeśli ktoś pojawia się na kartach książki, z 99-procentowym prawdopodobieństwem można założyć, że tylko po to, żebym umrzeć w nieludzkich męczarniach. Kraby nie oszczędzają mężczyzn, kobiet, ani dzieci. Odcinane kończyny, tryskające z kikutów gejzery krwi, miażdżone kości, potwornie okaleczone kadłubki – wszystko to dostajemy w ilościach hurtowych. Jest to zdecydowanie najbardziej gore’owa część serii.

Oczywiście nie mogło zabraknąć kilku idiotycznych, wzbudzających uśmiech politowania epizodów. Weźmy chociażby panienkę opalająca się na plaży, która lada moment padnie ofiara rzezi: w myślach ciągle nazywa swojego synka bękartem i ciężarem, ale kiedy dzieje mu się krzywda, nagle doznaje absurdalnego w swej intensywności wybuchu macierzyńskich uczuć i spieszy mu na pomoc. Największym absurdem jest zaś to, że nie wiadomo, dlaczego za każdym razem, kiedy kraby atakują, armia zwraca się o pomoc do Davenporta. Na kartach poprzednich części nie ma żadnej wzmianki na temat jego hipotetycznych zasług w walce z nimi (no, dobra: wpadł na jakże genialny pomysł zastosowania środka chwastobójczego, i podminował ich morską siedzibę bombą – zaangażowanie go do tego ostatniego było zresztą absurdem – ale czy to wystarczy, by robić z niego człowieka nie do zastąpienia?). Nawiasem mówiąc, przez cały czas czytania cyklu nie mogłem doczekać się, kiedy kraby w końcu zeżrą tego faceta razem z butami.

O ile dwie poprzednie części posiadają pewne pretensje do normalnej literatury, o tyle Odwet to pulpa pełną gębą (krabią gębą). Jest to moja ulubiona część serii, zaraz po Powrocie krabów. Tak spektakularnej makabry klasy C ze świecą szukać w literaturze!

***

Guy N. Smith – Kraby 5 – Zew KrabówKraby V – Zew krabów

Krab najpierw wyrwał prawe ramię; krwawe ścięgna ciągnęły się jak szkarłatne nitki. Trzaskały łamane kości. Pchnięcie drugiej pary szczypiec rozerwało klatkę piersiową, żłobiąc w niej głęboką ranę. Krab wyglądał jak gigantyczna maszynka do mięsa, która kruszy i rozłupuje kości, tnie i rwie ciało na kawałki. Później stwór pochylił się nad swoją ofiarą i zaczął ohydną ucztę, krusząc i połykając zakrwawioną miazgę.
– Zew krabów.

Akcja Zewu krabów (Crabs’ Moon, 1984) toczy się równorzędnie do akcji Nocy krabów – ponownie na Wyspie Muszli, tyle, że w innym jej regionie: na campingu Blue Moon. Podczas przedstawionej w poprzedniej części inwazji krwiożerczych skorupiaków miejsce to zostaje przez wojsko odcięte od świata. W zamierzeniu ma to służyć jego ochronie, w praktyce wychodzi zaś na to, że obozowiczom wyświadczona została niedźwiedzia przysługa – stają się dla krabów krwistym fast foodem. Naturalnie, armia robi co może, by zetrzeć kraby z powierzchni Ziemi (i głębin morza).

Oczywiście, pisarz pokroju Guya nie mógł wyjść obronną ręką z próby napisania utworu, którego akcja toczy się równolegle do innego, już wydanego. Żeby podkreślić jednoczesność czasów powieściowych, posunął się do zamieszczenia w Zewie krabów wątków z pierwszej części cyklu! Najbardziej szokuje fakt, że w rozdziale trzecim po raz kolejny dostajemy całą opowieść o Ianie Wright i Julie Coles (bratanku Cliffa Davenporta i jego dziewczynie) – zupełnie tak, jakby rzecz działa się po raz drugi! A przecież chcąc dać czytelnikowi pojęcie o czasie wydarzeń wystarczyło ograniczyć się do zgrabnie wkomponowanej wzmianki na temat ich śmierci, lub zamieścić stosowne sprostowanie na początku książki.

Tym razem Guy jedną z wiodących postaci uczynił nimfomankę. Jej myśli oraz poczynania pozbawione są wprawdzie krzty finezji – mowa bowiem tylko o prymitywnej, wyzutej z ludzkich uczuć zwierzęcej chcicy – ale w porównaniu ze wszystkimi innymi epizodami w książce (nie licząc kilku niezłych opisów rzezi), fragmenty, w których się pojawia i tak wypadają najciekawiej. To wciąż dno, oczywiście, ale jest w nim coś więcej poza mułem.

W Zewie krabów dostajemy bodaj najbardziej żenujący epizod w całym cyklu. Mowa o fragmencie, w którym matka nakrywa swojego upośledzonego syna na masturbacji, i robi mu swoiste pranie mózgu – wmawia mu, że jeśli będzie to robił, to oślepnie, biorąc na świadka swego męża. Na szczęście dzieciak jest nie w kij dmuchał – wyzywa matkę od starych krów, po czym rusza do walki z krabami – jest bowiem przekonany, że potrafi strzelać do nich z pistoletu uformowanego ze złączonych dłoni. Kto okaże się zwycięzcą starcia, nie trzeba się nawet domyślać.

Dialogi w Zewie krabów mają w sobie więcej drewna niż przeciętny tartak. Nic dziwnego – postaci zostały powołane przez Smitha do życia na kartach książki tylko w jednym celu: by umrzeć. Najlepiej w obfitych rozbryzgach krwi, delirycznych spazmach, i przy akompaniamencie wrzasków pełnych niewysłowionego cierpienia. I to lubię, ale tylko przy jako takiej oprawie. Niestety, tej tym razem nie uświadczymy. O ile w Nocy krabów znajdowały się jakieś opisy miejsc – suche jak pieprz, ale jednak – o tyle w Zewie krabów nie dostajemy ich prawie wcale, a jeśli już – są zaledwie szczątkowe. Dzieje się mnóstwo – ataki krabów, ich morderstwa, batalie toczone z nimi przez wojsko – ale wyobrażenie o tym, w jakich miejscach, trzeba sobie wykrzesać z nazw miejscowości. Z uwagi na brak opisów, akcja zdaje się po prostu toczyć ”w powietrzu”. Jest to chyba jedyna książka jaką znam, która nie ma w sobie żadnego klimatu.

Mawia się, żeby nie oceniać książki po okładce. W przypadku Zewu krabów sentencja ta nie znajduje zastosowania; widniejąca na coverze kobieta, wyglądająca tak, jakby siedziała na kiblu walcząc z zatwardzeniem, powie wam o tej książce wszystko, co potrzeba wam wiedzieć. Zdecydowanie jest to najgorsza część serii i jedna z największych szmir, jakie w życiu przeczytałem, nawet, jeśli oceniać ją w kategoriach pulpowych. To badziewie nigdy nie powinno było ujrzeć światła dziennego. Wypuścić je mógł tylko pisarz z nożem na gardle albo kompletnie pozbawiony samokrytycyzmu i/lub wstydu. Guy zdaje się to potwierdzać – w wywiadzie udzielonym OkoLicy Strachu powiedział: ”Nie mam wśród swoich powieści takiej, której bym nie lubił. Gdyby mi się nie podobała, nie napisałbym jej”.

Książkę mogę polecić tylko najbardziej zatwardziałym masochistom oraz tym, którzy z powodu przesytu wartościową literaturą stracili poczucie jej smaku. Gwarantuję, że po lekturze Zewu krabów nawet saga Zmierzch Stephenie Meyer zdawać się wam będzie zasługiwać prawie na literackiego Nobla.

***

Guy N. Smith - Kraby 6 - PoświęcenieKraby VI – Poświęcenie

Dotknął kleszczami jej twarzy, zakręcił nimi kilka razy, a ona musiała patrzeć na swego kata. Obsceniczny pocałunek, nowotworowa wydzielina spłynęła w jej szeroko otwarte usta tłumiąc ostatni krzyk i przynosząc błogosławioną nieświadomość.
– Poświęcenie.

Pete Merrick to ekstremalny ekoterrorysta. Żeby odwieść ludzi od krzywdzenia (i jedzenia) zwierząt, nie cofnie się nawet przed masowym morderstwem. W jego poczynaniach towarzyszy mu Christine, dziewczyna związana z nim czymś, co można określić chyba tylko mianem syndromu Sztokholmskiego, oraz wąska grupka podobnych mu ekstremistów. Kiedy z wód Wash wylegają na ląd zmutowane kraby, Merrick uznaje je za bóstwa żądające zapłaty za krzywdy wyrządzone zwierzętom, a siebie samego – za kapłana nowego kultu, którego celem jest składanie skorupiakom ofiar z ludzi. Pierwszą z nich staje się córka przedsiębiorcy, który zbił fortunę na sprzedaży futer z fok. Jej facet David, były komandos, nie zamierza puścić zbrodni płazem. Tak oto prezentuje się fabuła Poświęcenia (Crabs: The Human Sacrifice, 1988).

Po raz kolejny Guy serwuje nam książkę, której akcja rozgrywa się równolegle do akcji jego wcześniejszej powieści – tym razem Odwetu. I tym razem nie obyło się bez powtórzeń epizodów, np. przejście Davenporta z na pozór martwym krabem. Rzecz nie tylko kompletnie zbędna, ale wręcz koślawa.

W Poświęceniu kraby-mutanty grają rolę drugoplanową; pierwsze skrzypce należą do psychopatycznego Merricka. To jedna z najciekawszych postaci w panteonie drewnianych manekinów przewijających się bez gracji przez cały cykl. Prawdopodobnie obrona praw zwierząt jest dla niego tylko wymówką do popełniania kolejnych morderstw. Bo Merrick nie wydaje się ich miłośnikiem – nie głaska bezdomnych kotków i nie dokarmia gołębi w miejskim parku. Dużo bardziej prawdopodobne, że to sadystyczny, ześwirowany psychol i tak naprawdę zabija dla chorego poczucia władzy nad innymi (i być może odreagowania swojej impotencji). Kilka epizodów z nim w roli głównej po prostu ryje beret (hołd, który każe oddawać swej dziewczynie martwemu krabowi, profanacja wykopanych z grobu zwłok, jedzenie ”komunii” z ciała pożartego przez nowotwór potwornego kraba).

Tym razem Guy poskąpił czytelnikowi scen seksu. Cóż, nie mogło być inaczej, skoro główny bohater książki to impotent. Dziwne, że po kilku książkach z napalonymi laluniami dostajemy taki (zwiędły) kwiatek! Szkoda, bo trochę cycków pasowałoby do krwawej jatki jak ulał. Dobrze natomiast, że w książce brak jakichkolwiek opisów walk pomiędzy mutantami a ludźmi – w poprzednich częściach była ich cała masa, a poza tym autor nie ma za grosz talentu do opisywania ich.

Guy posiada najgorszą cechę, jaką może mieć pisarz: jest zniecierpliwiony. Pisze tak, jakby nie mógł się doczekać, kiedy skończy. Nie widać tutaj smakowania każdego słowa, radości z prowadzenia historii, zżycia się z bohaterami (w sumie nic dziwnego, skoro wszyscy z góry przeznaczeni są na rzeź). A szkoda, bo Poświęcenie ma fabułę, która zasługiwała na dużo lepsze potraktowanie. Gdyby autor przyłożył się bardziej, otrzymalibyśmy horror klasy B zamiast C. Ale, z drugiej strony – w dobie wydawnictw zorientowanych na szerzenie wartościowej literatury, o ”dobry” horror klasy C jest dość trudno – a Poświęcenie to właśnie ”dobry” horror klasy C.

***

Proza Guya nie posiada rytmu, jest koślawa, zdania często brzmią tak, jakby pisał je dwunastolatek podjarany pierwszym wypalonym w życiu papierosem. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie zawsze musi być to winą samego pisarza. Phantom Press wydawało jego książki w szaleńczym tempie (25 pozycji w ciągu 2 lat!), toteż można powiedzieć że wydawnictwo to – podobnie jak sam autor – szło na ilość, a nie na jakość. Tempo wydawnicze z pewnością nie przysłużyło się jakości tłumaczeń. Można w ciemno założyć, że literackie potworki Guya zostały dodatkowo sponiewierane i okaleczone.

Podsumowując: z pewnością nie jest to proza dla wielbicieli wyrafinowanego języka, fabuły dającej interpretować się na wielu płaszczyznach, postaci z głębią psychologiczną, itd. Zasmakują w niej wyłącznie czytelnicy z dużą dozą dystansu, którzy lubią lejąca się hektolitrami juchę, opisy seksu na poziomie tekstów z ramki ”Mój pierwszy raz” w szmatławcu Bravo!, ewentualnie: ludzie pozbawieni wyrobienia czytelniczego. Książki Guya mają w sobie coś takiego, że – jeśli spełnia się wyżej wymienione warunki – kocha się ją w niewielkiej tylko części za coś, a przede wszystkim pomimo czegoś! Sprawiają większą frajdę po piwie czy dwóch (podobnie jak filmowe horrory klasy C czy Z), i idealnie nadają się do odmóżdżenia po lekturze dzieł mistrzów pióra.

***

Okładki: Phantom Press

Stefan Grabiński – ”Demon Ruchu”

Stefan Grabiński - ''Demon Ruchu''Większość czytelników horrorów zapytana o ich ulubionych twórców wymieni Kinga, Lovecrafta, Poego albo Ketchuma. Stosunkowo niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że sto lat temu żył w naszym kraju utalentowany i oryginalny twórca literackiej grozy – Stefan Grabiński. Nic dziwnego; przez wiele lat nie było komu ekshumować jego twórczości z mroków zapomnienia, wznowić jej drukiem zwartym i zareklamować. Na szczęście, od jakiegoś czasu jego twórczość przeżywa renesans. Grabiński, podobnie jak wielu wczesnych twórców literatury grozy, bardziej od powieści ukochał sobie nowelistykę; wydał 7 zbiorów nowel i opowiadań, w tym aż 3 tematyczne. Najbardziej zasłynął jako autor Demona ruchu – tomu opowieści, które łączy motyw kolei.

Na początku trzeba zaznaczyć, że proza Grabińskiego nie jest typowym horrorem pełnym maszkar i lejącej się krwi – to najsubtelniejsza (i wymagająca od autora największego wyrafinowania, a od odbiorcy wyrobienia czytelniczego) odmiana literackiej grozy o nazwie weird fiction. Nurt ten eksploatuje motywy paranormalne przy jednoczesnym nacisku na ukazanie dziwności oraz obcości świata, cechuje go też gęsta, mrowiąca atmosfera bliżej nieokreślonego zagrożenia.

Kolej to ciągły ruch, pokonywanie dużych odległości, podróż, zawrotna szybkość, mijający się ludzie, nieustanny pośpiech, kolorowe pejzaże za oknem, i przygodne znajomości, ale też zapuszczone bocznice, ślepe tory, ogrom pustej przestrzeni, sina dal, tragiczne katastrofy i nadzór służby kolejowej (nie zawsze sztywny – u Grabińskiego konduktor to też człowiek!). Miejsce posiada poetykę, którą trudno uchwycić w pędzie, w jakim zazwyczaj się w nim przebywa. Ten osobny świat monstrualnych, huczących, niby bezdusznych maszyn i zimnej stali posiada coś w rodzaju utajonego życia duchowego. Zdaje się, że kolej drzemie niespokojnym snem, śniąc o rzeczach, których była niemym świadkiem, i czasami dokonuje projekcji swych wspomnień w świat rzeczywisty, że majaczy. Niektóre z ech, odblasków i cieni dawnych zdarzeń słyszalne i widoczne są dla wszystkich, inne ukazują się tylko ludziom szczególnie wrażliwym i mocno z koleją związanym.

Bohaterowie opowiadań dzielą się na dwie zasadnicze kategorie: są to albo pracownicy kolei, albo pasażerowie. Ci pierwsi z racji wykonywanego przez siebie zawodu doświadczają paranormalnych fenomenów najsilniej. Są to upiorne widma, mrożące krew w żyłach wizje, demoniczne zwiastuny nieszczęść, i ostrzegawcze sygnały z zaświatów. W ich umysłach dojrzewają też niesamowite idee fixe (Maszynista Grot). Przeżycia te dają początek barwnym legendom – kolej okazuje się owiana nie mniejszą ich ilością, niż morza za czasów, kiedy wiatr wzdymał żagle drewnianych galer. Jej pracownicy zdają się zaś kolejowymi odpowiednikami wilków morskich (posiadają nawet podobny atrybut – uwielbiają palić fajkę).

W porównaniu z kolejarzami, nawet najwrażliwsi pasażerowie wyczuwają napięcie buzujące pod powierzchnią świata widzialnego w stosunkowo niewielkim stopniu. W efekcie doznają czegoś w rodzaju wolno, ale nieubłaganie postępującej neurozy; czują, że coś gna ich w świat, że opętała ich potrzeba bycia w ruchu, przenoszenia się z miejsca na miejsce bez wyraźnego celu, że nosi ich. Przebywając w pociągu czują się podekscytowani, czasami wręcz odurzeni, jakby zaaplikowany został im jakiś stymulant – stają się śmielsi (W przedziale), doświadczają zaników pamięci (Demon ruchu). Kolej zabiera ich w podróż do miejsc, których nie ma na mapach – do stanów umysłu, w których droga jest celem samym w sobie.

Nie we wszystkich opowieściach pierwsze skrzypce gra groza. Otwierająca tom Głucha przestrzeń to nostalgiczna opowieść o niemożności pogodzenia się z przemijaniem i sile przynależności człowieka do miejsc, w których spędził najpiękniejsze chwile swojego życia. Melancholia pojawia się zresztą w wielu opowiadaniach – przesyca chociażby Ślepy tor. Wieczny pasażer to zaś humoreska opowiadająca o pasjonacie kolei, który z powodu braków finansowych dzień w dzień wsiada do przedziałów podczas postoju pociągów, by oddawać się wyimaginowanym podróżom. Skoro mowa o osobliwościach zbioru, warte wyróżnienia jest również opowiadanie Dziwna stacja, opowiadająca o podróży pociągiem o jakże wymownej nazwie Infernal w roku 2345.

Choć od pierwszego wydania Demona ruchu minął już cały wiek, nie można powiedzieć, żeby zawarte w nim utwory zestarzały się (w przeciwieństwie do pierwszych dwóch tomów nowel pisarza, które trąca myszką na kilometr). Po zbiór warto sięgnąć choćby dla samej estetyki języka tej prozy – dzisiaj już prawie nikt nie pisze horrorów z takim wyrafinowaniem! Uwodzicielski rytm narracji – rytm jakby dopasowany do hipnotycznego, sprzyjającego sennej jawie stukotu kół pociągu, jej perlisty liryzm oraz bogaty język pokryły się zaledwie odrobiną patyny, która tylko dodaje im szlachetności.

Na koniec warto odnotować pewien fakt. Pierwsze wydanie Demona ruchu (1919) zawierało 9 opowiadań, drugie (1922) zostało wzbogacone o 3 kolejne. Niektóre dostępne za darmo, e-bookowe wersje zbioru (książka należy do domeny publicznej) zawierają tylko utwory wchodzące w skład pierwszego wydania. Pisarz miał nadzieję, że do trzeciego wydania dołączy kolejne dwa utwory – Engramy Szatery i Przypowieść o krecie tunelowym – ale nie doszło do tego. Oba wymienione utwory można znaleźć w zbiorze Wichrowate linie wydanym przez Aghartę. Osobiście traktuję je jako integralną część zbioru – pierwszy z nich jest zaś niezwykle istotny dla interpretacji jego całości. Bardzo szkoda, że wydawca nie zdecydował się ich tutaj dołączyć (książka zawiera utwory z wydania w roku 1922).

Cóż więcej powiedzieć można o Demonie ruchu? Tyle, że stoi na peronie, buchając parą, błyszczy nowością i czeka na pasażera z szeroko otwartymi drzwiami. To dziwne… wydaje mi się, że jeszcze niedawno widziałem go pokrytego rdzą, stojącego na opuszczonej bocznicy. Konduktor Grabiński – dziwnie niewyraźny, jakby półprzezroczysty – siedzi w zalanej trupim blaskiem budce, i patrzy w dal, uśmiechając się tajemniczo pod wąsem. Nie każ mu czekać; wsiądź do wagonu i pozwól się zabrać się w podróż. Warto, tym bardziej, że wszystkie wagony to wagony pierwszej klasy, a bilet dziwnym trafem masz już w kieszeni…

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Wydawnictwo CM

H. P. Lovecraft – ”Koszmary i Fantazje. Listy i Eseje”

H. P. Lovecraft – ''Koszmary i Fantazje. Listy i Eseje''Właśnie skończyłem drugi tom opowiadań Lovecrafta, kiedy wydawnictwo SQN zdecydowało się wznowić Koszmary i fantazje – zbiór jego listów, esejów i ciekawostek prozatorskich, który po raz pierwszy ukazał się na rynku w 2013 roku. Cóż za zbieg okoliczności! Po prostu nie mogło być lepiej! Dwa dni później książka była już na mojej półce, i radośnie wyciągała ku mnie swoje obślizgłe i lepkie macki. Rzuciłem się w nie z najwyższa przyjemnością.

Zacznijmy od pewnego wyjaśnienia: według szacunków badaczy twórczości Lovecrafta, napisał on w życiu ponad 80 tysięcy listów, wśród których zdarzały się również potwory o objętości kilkudziesięciu stron. Niestety, do dnia dzisiejszego zachowała się stosunkowo niewielka ich część; niecały tysiąc opublikowało kilka lat temu (niestety ze skrótami, siłą rzeczy obecnymi także tutaj) wydawnictwo Arkham House w pięciotomowej serii Selected Letters.

Na początek zajmijmy się creme de la creme książki, czyli właśnie listami. Lovecraft w ciągu swojego krótkiego życia (zmarł w wieku zaledwie 47 lat) korespondował z około setką osób. W ich gronie znaleźli się głównie koledzy i koleżanki po piórze, oraz rodzina. Zakres tematyczny korespondencji jest niezwykle szeroki – wspomnienia z dzieciństwa, sny, rozważania filozoficzne i egzystencjalne, niewdzięczny rynek wydawniczy, życie codzienne, polityka, religia, literatura… Listy stanowią odbicie życia Lovecrafta – i tego umysłowego, i praktycznego. Radość obcowania z jego charyzmatyczną osobowością jest wprost rozkoszna – był przede wszystkim niezwykle serdeczny, dżentelmeński, oraz inteligentny. Czytelników bardzo przecież ponurej prozy Lovecrafta zaskoczy jeszcze jedna rzecz: miał poczucie humoru. I to jakie! Mnóstwo tutaj przede wszystkim autoironii (obecnej również w esejach, np. Krótkiej autobiografii marnego pisarzyny).

Czytelnik znający Lovecrafta tylko z jego prozy mógłby mniemać, że był to człowiek kompletnie oderwany od świata rzeczywistego – ktoś, kto rozczarowawszy się nim postanowił zamieszkać w świecie wybujałych, mrocznych fantazji. Obraz Samotnika z Providence, który wyłania się z jego listów, jest kompletnie inny – był to twardy realista i racjonalista, człowiek o bardzo szerokich horyzontach umysłowych, oraz wielki esteta. Nie był też z pewnością samotnikiem – przynajmniej jeśli chodzi o psychologiczny wymiar samotności. Prawdopodobnie potrzeba fizycznej i emocjonalnej bliskości z drugim człowiekiem wydawała mu się drugorzędna względem potrzeby bliskości intelektualnej.

Listy Lovecrafta dają także dobitną odpowiedź na pytanie, czemu tworzona przezeń proza nie została należycie doceniona jeszcze za jego życia. Otóż, był to pisarz absolutnie wierny swoim ideałom i poglądom estetycznym, zdecydowany tworzyć tylko możliwie najbardziej wysublimowaną prozę, pogardzający literacką pulpą, której w większości łaknęli czytelnicy magazynów z weird fiction (a zatem również ich nieliczni wydawcy). Z pewnością z powodzeniem mógłby znaleźć źródło utrzymania w tworzeniu niewymagających historyjek – brzydził się jednak czysto zarobkowym, chałturniczym podejściem do literatury na tyle, że nie był w stanie przystać na nie nawet od czasu do czasu. Z tego też powodu przymierał głodem, i trudno wyobrazić sobie, co by się z nim stało, gdyby nie finansowa pomoc ciotek oraz matki. Jego artystyczna bezkompromisowość to postawa godna najwyższego szacunku – Lovecraft dosłownie poświęcił swoje życie na ołtarzu sztuki pisarskiej. Jak widać, poświecenie to zostało docenione – z czasem zyskał literacką nieśmiertelność, podczas gdy o mających wtedy swe 5 minut, chałturzących dla pary groszy producentach pulpy nie pamięta już nikt.

W zbiorze znalazło się również kilka esejów Lovecrafta. Pisarz wykłada swoje poglądy z niezwykłą przejrzystością, charyzmą i stylistycznym wyrafinowaniem niezależnie od tego, czy pisze o prozie Lorda Dunsany’ego (w Polsce niestety praktycznie nieznany, choć to i owo ukazało się drukiem zwartym), wyższości kotów nad psami (kapitalny tekst pełen wysublimowanej zjadliwości!), niuansach i meandrach literatury weird fiction (kto jest ciekaw, czemu człowiek o tak racjonalnym podejściu do rzeczywistości uciekał w świat fantazji, w jednym z tekstów znajdzie arcyelegancką odpowiedź), ateizmie (urzekający esej pt. Idealizm i materializm!), czy odwiedzanych przez niego miejscach (staroangielska maniera językowa w tekście Obserwacyje w kilku częściach Ameryki dokonane). Jedyny suchy, pozbawiony polotu tekst to esej poświęcony domom zamieszkiwanym przez Edgara Allana Poe, ale na szczęście jest on krótki i dzięki temu niezbyt męczący.

Przejdźmy do tego, co wydawca określa mianem ciekawostek prozatorskich. Należą do nich opowiadania (np. nieznana, szkicowa wersja Widma nad Innsmouth i fragment opowieści pt. Wyzwanie spoza światów, którą pisarz tworzył do spółki z kolegami po piórze), oraz notatnik z pomysłami na opowiadania, prowadzony przez pisarza na przestrzeni ponad 15 lat. Znajdziemy w nim prawie 250 koncepcji, z których Lovecraftowi udało się zrealizować tylko część (niektóre z nich wykorzystał też przy tworzeniu cyklu sonetów fantastycznych pt. Grzyby z Yuggoth; polscy czytelnicy znajdą je w zbiorze Nemesis i inne utwory poetyckie wydawnictwa Vesper).

Osobny akapit należy się samemu wydaniu. Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, żeby nadać prozie Lovecrafta możliwie najwspanialszą oprawę. I udało się! Perfekcyjne jest tu wszystko – począwszy od tłumaczenia i przypisów autorstwa Mateusza Kopacza (znawcy i popularyzatora twórczości samotnika z Providence, oraz właściciela polskiej strony mu poświęconej), przez klimatyczne ilustracje (Kaja Kasprowicz), twardą oprawę, układ tekstów, na przedstawieniu sylwetek korespondentów pisarza kończąc. Jest estetycznie, nastrojowo, i z rozmachem. Prawdę mówiąc, w moim odczuciu jest to najlepiej wydana książka jaką widziałem, zaraz obok zbiorów opowiadań Brunona Schulza w edycji wydawnictwa MG oraz Opowiadań Wszystkich Kurta Vonneguta wydawnictwa Albatros! Wielka, cholernie wielka szkoda, że sam Autor nie może tego zobaczyć!

Lovecraft był jednym z nielicznych twórców, o których powiedzieć można, że są chodzącą literaturą – pisarzem na sto dwa, człowiekiem-książką. Byłoby wielką stratą dla literatury, gdyby jego listowny i eseistyczny dorobek nie doczekał się wydania drukiem zwartym również na naszym rynku. Jest w nich mnóstwo inspirujących przemyśleń, barwnych spostrzeżeń, i… ludzkiego ciepła. Domyślam się też, że być może obserwacje polityczne, społeczne, i kulturalne Lovecrafta okazałyby się tworzyć jeden z najbardziej szczegółowych, wielowarstwowych i przejmujących literackich obrazów Ameryki tamtych czasów? Czy doczekamy się kolejnego tomu Koszmarów i fantazji? Wierzę, że tak. Oby jak najszybciej, bo niniejszy zbiór ogromnie zaostrza apetyt na więcej!

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: SQN