Archiwum kategorii: Recenzje

Stephen King – ”Wielki Marsz”

Stephen King - ''Wielki Marsz''Kiedy dowiedziałem się, o czym traktuje fabuła Wielkiego marszu, od razu powiedziałem sobie: To nie może się udać. Po prostu nie. Nie innego zdania byłem po kilku usilnych próbach wyobrażenia sobie, jak też taka powieść mogłaby wyglądać – moja (trzeba przyznać, że dość bujna) wyobraźnia po prostu nie była w stanie udźwignąć Kingowskiego konceptu. Okazało się na szczęście, że byłem w ogromnym błędzie.

Grupa stu chłopców ochotników staje do marszu przez Amerykę. Będą wędrować bez wytchnienia, a gdy któryś z nich zaniemoże, zostanie zastrzelony. Tylko ten, który zostanie ostatni na placu boju, ujdzie z życiem i zdobędzie upragnioną nagrodę: Rząd spełni jedno jego życzenie.

Mimo tak okrutnych zasad rozgrywki, między niektórymi z oponentów zawiązują się przyjaźnie – jakby nie było, przyjaźnie po sam grób. Chłopcy z jednej strony sukcesywnie prą do przodu i żaden z nich nie zamierza dać innym fory, z drugiej – dopingują się nawzajem i toczą rozmowy na intymne tematy (dialogi stanowią większą część książki). King zawsze był świetny w opisywaniu relacji pomiędzy chłopcami w wieku dorastania (nowela Ciało, powieść To) i nie inaczej jest tym razem.

Wielki marsz nie ma jednak w sobie nic z obyczajowej sielankowości dwóch wyżej wymienionych tytułów. Żadnego słowotokowego wodolejstwa, żadnych nadmiernie rozbudowanych wątków pobocznych – zamiast tego nieustanna akcja, buzujące napięcie, i ścielący się gęsto (na dodatek w obfitych rozbryzgach krwi i mózgu) młody trup. Ponure widmo śmierci nie odstępuje uczestników marszu nawet na krok, znacząco wpływając na ich zachowanie (chociażby zwiększając otwartość wobec innych uczestników bądź zaostrzając ich złośliwość).

Ale Wielki marsz to powieść wielowarstwowa, mająca czytelnikowi do zaoferowania znacznie więcej niż trzymający w napięciu, krwawy spektakl. Nie wiem, czy dobrze główkuję, ale dostrzegam w niej metaforyczną opowieść o kapitalistycznym wyścigu szczurów. Życie w ustroju ekonomicznym, w którym wzbogacić można się tylko czyimś kosztem, porównać można przecież właśnie do marszu po trupach do celu. Zwycięstwo zostaje milcząco poddane w wątpliwość – wydaje się bowiem, że triumfator jest w tym wyścigu największym przegranym, jako że dla wygranej pozbyć musiał się własnego człowieczeństwa. Udział w tym przedsięwzięciu przypomina więc pakt z szatanem.

Powieść demaskuje także fenomen popularności programów typu reality show. Tytułowy Wielki marsz jest wydarzeniem transmitowanym na terenie całej Ameryki i wzbudza skrajne emocje widzów. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to odpowiednik dawnych walk gladiatorów, że widowisko to zaspokaja najniższe ludzkie żądze i najlepiej świadczy o tym, że postęp technologiczny nie idzie niestety w parze z pozytywnymi zamianami w ludzkiej naturze. King zdaje się stawiać światu pewną (moim zdaniem przerażająco trafną) diagnozę: widz szybko przyzwyczaja się do serwowanej mu rozrywki, nudzi się nią, i zawsze żądać będzie czegoś więcej. Transmitowanie spektakularnej, morderczej rozgrywki pomiędzy grupą dobrowolnych uczestników wydaje się nieuchronną konsekwencją ewolucji programów telewizyjnych, podporządkowanej niskim ludzkim instynktom. Pokraczne widowiska, które obserwujemy na co dzień na małym ekranie, stanowią jej zapowiedź. Jakie zmiany nastąpią w mentalności społeczeństwa, kiedy dotrze ono do tego ślepego zaułka – powieść pokazuje aż nazbyt dokładnie.

Trudno uwierzyć, że wszystko to zawiera się w zaledwie 200 stronicowej powieści. A jednak: King wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Wielki marsz z pewnością nie zawiedzie osób szukających szybkiej, konkretnej porcji literackiej rozrywki z drugim, a nawet trzecim dnem.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okladka: Prószyński i S-ka

Reklamy

Stephen King & Peter Straub – ”Czarny Dom”

Stephen King & Peter Straub - ''Czarny Dom''Wśród czytelników opowieści z dreszczykiem panuje przekonanie, że nie ma nic nudniejszego od powieści o seryjnym mordercy. Cóż, początkowo można by się z tym twierdzeniem zgodzić – temat ten był eksploatowany od dawien dawna na wszelkie rozmaite sposoby, i ciężko jest podejść do niego oryginalnie. No chyba, że jest się samym Stephenem Kingiem.

W niewielkim, sennym miasteczku w Wisconsin dochodzi do serii niezwykle brutalnych morderstw dzieci. W poszukiwania zwyrodnialca zaangażowany zostaje Jack Sawyer – były członek wydziału zabójstw z Los Angeles, który z tylko sobie znanych przyczyn postanowił wycofać się z pracy w policji i wieść spokojne życie przeciętnego obywatela. W trakcie śledztwa okaże się, że Sawyer z uwagi na swą przeszłość jest jedyną osobą, która doprowadzić może do schwytania mordercy.

Pierwszych sto stron powieści czyta się dość ciężko, z uwagi na mnogość długich opisów natury, tajemniczych wątków oraz postaci. Przede wszystkim jednak jest to wina kulejącej momentami narracji – narrator bardzo często zwraca się bowiem bezpośrednio do czytelnika używając czasu teraźniejszego (”A teraz unosimy się w kierunku…”, itd.). Zazwyczaj nie lubię, kiedy autor przypomina mi, że książka jest tylko książką – burzy bowiem w ten sposób realizm świata przedstawionego. W pierwszej części powieści zdarza się to bardzo często, potem, na szczęście – coraz rzadziej. Chociaż nie znam żadnego utworu autorstwa Petera Strauba, znam bardzo dobrze twórczość Stephena Kinga, i pozwolę sobie na przypuszczenie, że za mankamenty narracyjne odpowiada właśnie ten pierwszy.

W powieści pojawia się cała plejada niezwykle różnorodnych i wyrazistych postaci: piątka łebskich Harleyowców, bezduszny dziennikarz-karierowicz, charyzmatyczny prezenter radiowy, dokuczliwy staruszek, sadystyczny pracownik domu spokojnej starości. Paradoksalnie, ze wszystkich postaci najmniej przypadł mi do gustu główny bohater powieści. Jest bowiem przedstawiany jako postać o niemal nieskazitelnym charakterze i prezentuje się cukierkowo i niezbyt wiarygodnie (tym bardziej na tle innych postaci, które nawet jeśli pozytywne, zmagają się ze swoimi demonami).

Książka staje się naprawdę wciągająca dopiero w mniej więcej 1/5 objętości. Dopiero wtedy z pozornie chaotycznej mozaiki wydarzeń i postaci powoli wyłaniać zaczyna się przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, budząca zachwyt literacka kompozycja. Kompozycja, dodajmy to, zawierająca nie tylko motywy horrorowe i fantastyczne, ale także obyczajowe, sensacyjne, i kryminalne.

Jedną z najważniejszych pisarskich umiejętności Stephena Kinga jest talent do portretowania życia małych miasteczek – przedstawiania pozornie sielskich miejsc, pod których idyllicznym czarem pulsuje nierówny rytm skomplikowanych lokalnych stosunków oraz wrogie, nadnaturalne siły. Również Czarny dom przenosi czytelnika w tego typu miejsce. Osobiście nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że French Landing bardziej przypomina klimatem serialowe miasteczko Twin Peaks, niż chociażby Derry czy Castle Rock.

Niezależnie od tego, jak mocno Czarny dom będzie odrzucać was od siebie swą objętością (ponad 700 stron) albo bardzo ciężkim początkiem – zaciśnijcie zęby i dajcie tej powieści szansę. Zaręczam wam, że jest tego warta. Zapewni wam wiele różnorakich emocji – od niepokoju, przez radość, obrzydzenie, na smutku skończywszy – i sprawi, że zapomnicie o otaczającej was rzeczywistości. Na koniec wypada dodać, że ci, którzy nie czytali pierwszej części cyklu – powieści Talizman również napisanej w duecie King & Straub – mogą sięgać po Czarny dom bez wahania, bowiem wszystkie istotne dla drugiej części historii wątki zostały należycie wyjaśnione.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”Outsider”

Stephen King - ''Outsider''W miasteczku Flint City dochodzi do brutalnego morderstwa małego chłopca imieniem Frank. Miejscowa policja szybko znajduje nie budzące wątpliwości dowody na to, że sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej szanowanych obywateli społeczności – niespełna czterdziestoletni Terry Maitland. Podczas jego przesłuchania okazuje się jednak, że oskarżony mężczyzna ma niezbite alibi na czas, w którym doszło do tragedii. Czy to możliwe, że za maską tego przykładnego obywatela skrywa się cyniczny psychopata, zdecydowany prowadzić z policją wyrafinowaną grę? A może ktoś wrabia go w zbrodnię? Rozwiązanie zagadki wymagać będzie od śledczych wiary w zjawiska wykraczające poza ich ludzkie pojmowanie…

Outsidera podzielić można od siekiery na dwie mniej więcej równe części. Pierwsza to niemal czysty kryminał – opisuje przebieg śledztwa w sprawie morderstwa Franka, perypetie Terry’ego i jego bliskich z funkcjonariuszami prawa oraz żmudny proces dawania wiary zjawiskom nadprzyrodzonym. Druga przedstawia walkę ludzkiego, naturalnego dobra z nadnaturalnym złem. O ile pierwszą cechuje gęsta aura tajemnicy i umiejętnie stopniowane napięcie, o tyle w drugiej akcja toczy się nieco zbyt szybko i sztucznie oraz… przewidywalnie. Szkoda, że King nie zdołał utrzymać całości książki w tonacji jej pierwszej połowy.

Powieść pozbawiona jest elementów, za które prozę Kinga kocham najbardziej – gawędziarstwa, małomiasteczkowej (pozornej) sielankowości, masy wątków pobocznych. Akcja od samego początku skoncentrowana jest na przewodnim motywie fabularnym i garstce wiodących postaci. Niestety, tym razem pisarzowi nie udało się sprawić, by zależało mi na losie którejkolwiek z nich – były one w większości niezbyt wyraziste, i chętnie poświęciłbym każdą z nich dla sutej porcji makabry, której mogłaby przysporzyć mi ich śmierć. Sytuację ratuje nieco pojawienie się z odsieczą Holly Gibney – pani detektyw znanej czytelnikom z trylogii o Panu Mercedesie. Choć od samego początku nie pałałem do niej sympatią – irytowała mnie za sprawą swoich natręctw – nie mogę odmówić jej niezwykłego autentyzmu, tutaj jeszcze pogłębionego za sprawą jej pozytywnej przemiany wewnętrznej.

No dobrze, a czy Outsider straszy? Cóż, przyznać muszę, że zaniepokoić jest mnie ciężko – na palcach obu rąk policzyć mogę książki, którym powiodła się ta sztuka – i muszę udzielić negatywnej odpowiedzi na to pytanie. Lekkiego dreszczyku dostarczył mi tylko pojawiający się w końcowych partiach książki wątek jaskini. Cóż, nie bez powodu trzy ostatnie powieści Króla utrzymane są w tonacji kryminalnej – czuć, że konwencja horroru (którą eksploatował przecież płodnie przez dobrych 50 lat i w której dokonał rzeczy niebywałych) nieco nuży go i krępuje.

Wszyscy miłośnicy Kinga wiedzą, że choć jest on mistrzem w budowaniu historii, nastroju i napięcia, bardzo często wykłada się plackiem na samym finiszu. Niestety, zakończenie Outsidera jest jak zgniła wisienka na szczycie całkiem udanego tortu. Po przeczytaniu go nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak facet sprzedający tyle książek mógł pozwolić sobie na wcielenie w życie tak słabego rozwiązania prawie 650 stronicowej powieści. Cóż, Królowi wszystko wolno.

Choć Outsider z całą pewnością nie zalicza się do najlepszych książek Kinga, wciąż jest to powieść warta przeczytania. Raczej nie przestraszy Was i nie zapadnie w pamięć na dłużej, ale zapewni kilka godzin niezłej rozrywki – a to czasami wystarczający powód, by sięgnąć po książkę. Czytelnicy obeznani z większością dorobku literackiego pisarza będą zawiedzeni, że jednak nie napisał czegoś innego – w końcu wiedzą najlepiej, że stać go na coś więcej.

Ocena: 6/10 (dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

”Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando”

''Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando''Prawdopodobnie żadnemu z ludobójstw, które przetoczyły się przez świat, nie poświęcono tak dużej ilości książek, jak Holokaustowi. Choć w obliczu swej wojennej klęski naziści starali się jak mogli zatrzeć wszelkie ślady masowego mordu, ocalało wielu jego świadków. Ich niezwykle spójne relacje złożyły się na dobitne świadectwo koszmaru, którego – mimo całej jego nierealnej wręcz ohydy – podważać przy zdrowych zmysłach nie sposób.

Wiele z najbardziej szczegółowych relacji dotyczących nazistowskiego ludobójstwa pochodzi od członków Sonderkommando. Była to formacja zajmującą się m. in. opróżnianiem komór gazowych ze zwłok eksterminowanych ludzi oraz paleniem ich w krematoryjnych piecach i paleniskach. Jej członkami byli żydzi wyselekcjonowani przez SS-manów. Pracowali pod przymusem i ze świadomością, że jako naoczni świadkowie ludobójstwa prędzej czy później zostaną bezwzględnie zlikwidowani. Spisali swe doświadczenia i zakopali zapiski pod ziemią, z nadzieją, że w przyszłości zostaną odnalezione przez badaczy, i świat pozna prawdę o tragicznym losie milionów pomordowanych w imię obłąkanej ideologii nazistowskiej. Zbiór tych właśnie ocalałych notatek, przetłumaczonych (m. in. z języka Jidysz i języka francuskiego) na język polski, otrzymuje czytelnik.

Wszystkie zapiski sporządzane były w żydowskich gettach bądź ludobójczym molochu Auschwitz-Birkenau. Niektóre z nich w momencie odnalezienia były znacznie uszkodzone przez wilgoć, toteż niemożliwe było odczytanie ich w całości. Obszerne partie tekstu są wręcz poszatkowane przez (oznaczające luki) nawiasy kwadratowe, i pełne zrozumienie ich jest niemożliwe. Na szczęście edytorzy zbioru postarali się, jak mogli, by rzucić światło na te białe plamy – każdy z opublikowanych zapisków został opatrzony naukowym komentarzem wyjaśniającym okoliczności jego powstania, oraz licznymi przypisami.

Poszczególne teksty opisują bodaj wszystkie najważniejsze etapy gehenny, której poddani byli przeznaczeni do eksterminacji ludzie: od pobytu w getcie, przez wysiedlenie, transport bydlęcymi wagonami, selekcję, pobyt w obozie zagłady, pracę w Sonderkommando, aż po śmierć w komorach gazowych i spalenie. Właściwie wszystkie z nich stanowią nieustający opis fizycznej i psychicznej udręki – poniżenia, tortur, mordów, absurdalnej wręcz bezsilności wobec siły wroga, rozpaczy rodzin skazanych na rozbicie, strachu przed każdą nadchodzącą godziną, głodu, bestialskiej przemocy.

Jak można się tego domyślać, notatki zawarte w książce, z uwagi na dramatyczne okoliczności w których powstawały, pozbawione są większych walorów literackich. W zasadzie tylko u dwójki autorów wyjątkowo bystrych i wrażliwych – Załmena Gradowskiego, oraz Lejba [Langfusa] – dostrzec można wyraźne skłonności do artystycznego stylizowania tekstu (przy czym zabiegi stosowane przez drugiego z autorów są czasami dość nieporadne). Nie oznacza to jednak, że zapiski te pozbawione są siły oddziaływania – nie są to bowiem treści zdane na łaskę i niełaskę formy, a w pełni niezależne od nich, toteż nawet tak prosty tekst, jak pamiętnik Załmena Lawentala, wywołuje u czytelnika wstrząs.

Cennym uzupełnieniem treści książki są skany rękopisów oraz dokumentów obozowych, czarno-białe zdjęcia ukazujące m. in. palenie zwłok na stosach, piece krematoryjne, komory gazowe czy proces selekcji, oraz rozkładana mapa obozu Auschwitz. Poza tym, że dodatki te stanowią interesujące materiały faktograficzne, doskonale wprowadzają czytelnika w ponury nastrój zapisków.

Nie wiadomo, jak wiele notatek opisujących piekło na Ziemi spoczywa ukrytych pod jej powierzchnią do tej pory, wciąż czekając na odkrywcę, a ile z nich zmurszało w niej na zawsze. Opierając się na przesłankach zawartych w ocalałych zapiskach, można wysnuć graniczące z pewnością przypuszczenie, że niniejszy zbiór stanowi zaledwie skromną część dużo większej całości.

Lektura Wśród koszmarnej zbrodni… jest tak nieprzyjemna i przytłaczająca, jak tylko można to sobie wyobrazić, niemniej jednak warto ją przecierpieć – dla ostrzegawczej świadomości, jak nisko może upaść człowiek, dla zaspokojenia poczucia solidarności z tymi, którzy padli ofiarą gigantycznego ucisku, wreszcie: dla zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, każącej uszanować głos rozpaczy ledwo, ledwo przebijający się spod powierzchni masowego grobu. Prawda o tym, co spotkało ofiary Holokaustu, jest wszak jedyną sprawiedliwością, na którą mogą jeszcze liczyć.

***

Okładka: Państwowe Muzeum w Oświęcimiu

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.