Archiwum kategorii: Recenzje

Stephen King – ”Buick 8”

Stephen King - ''Buick 8''Stephen King ma w swoim bogatym dorobku literackim kilka powieści świetnych, ale z jakiegoś powodu niezbyt znanych; książek pozostających w cieniu klasyków, po które czytelnicy sięgają zazwyczaj dopiero po ich (nieraz dwukrotnym) przeczytaniu. Jednym z takich utworów jest właśnie Buick 8. Niewiele brakowało, żebym i ja sam zignorował tę powieść – znam aż nazbyt dobrze Kingowski pociąg do autoplagiatu, toteż kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę książki, pomyślałem sobie: Kolejna po Christine wariacja na temat samochodu-zabójcy. Na szczęście byłem w wielkim błędzie.

Curtis Wilcox, policjant, ginie na służbie w wypadku samochodowym. Jego syn Ned, chcąc załagodzić bolesną tęsknotę, zatrudnia się w miejscu, gdzie ów pracował – w jednostce D. Zmarły policjant wciąż żyje w pamięci swoich współpracowników; jego syn syci się ich reminiscencjami i atmosferą miejsca, w którym pełnił swoje obowiązki, stopniowo samemu stając się jego częścią. Kiedy policjanci uznają Neda za jednego ze swoich, postanawiają wtajemniczyć go w historię tytułowego Buicka 8 – tajemniczego auta od wielu lat stojącego w jednym z baraków.

Akcja rozwija się powoli, ton powieści jest wybitnie gawędziarski, tętni wręcz życiem. Nic dziwnego – jest to przecież jakby opowieść w opowieści. Poszczególne postaci (narracja płynnie przechodzi z jednej na drugą) nie bez sentymentu i emocji wspominają wydarzenia związane z tytułowym autem i towarzyszące im okoliczności. Czytając czułem się tak, jakbym naprawdę siedział z grupką policjantów, przysłuchując się ich dyskusji i czekając, aż będę mógł wtrącić swoje pytania. A tych ciągle miałem mnóstwo.

Zagadka Buicka od samego początku budzi silną ciekawość czytelnika. Samochód okazuje się czymś w rodzaju portalu do innej rzeczywistości – bramy, przez którą (poprzez jego bagażnik) do znanego nam świata przedostają się dziwaczne stworzenia i przedmioty. Każdy z tych żywych i martwych artefaktów przekazuje czytelnikowi strzępek informacji o tym, jak wygląda świat po drugiej stronie, dostarczając przy okazji paliwa jego rozbuchanej wyobraźni. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i mnożą się pytania: Skąd auto wzięło się na Ziemi? Kim są jego konstruktorzy? Do jakiej rzeczywistości prowadzi, i co czeka ludzi, którzy zdecydowali się ją zwiedzić? Co istnienie samochodu mówi o rzeczywistości w ogóle? Nie wszystkie z tych pytań doczekają się odpowiedzi, co mnie osobiście bardzo satysfakcjonuje.

Powieść opowiada również o tym, jak człowiek uczy się żyć z czymś, dla czego nie znajduje żadnego racjonalnego wyjaśnienia; że to, czego logika siłą rzeczy się nie ima, zostaje zepchnięte na drugi plan, na margines spraw zrozumiałych i prozaicznych. Bo i cóż można uczynić z murem, który pojawia się ni stąd, ni zowąd pewnego dnia, i trwa sobie a muzom, niewzruszenie urągając całej naszej z takim trudem zdobytej wiedzy o świecie? Przeciętnemu człowiekowi łatwiej i bezpieczniej jest obejść go, niż dokonać na potrzeby jego istnienia rewizji całego swojego światopoglądu. Jest to niezwykły wykład z ludzkiej natury, której King jest wytrawnym znawcą.

Niestety, w Buick 8 zabrakło naprawdę niepokojących epizodów, które idealnie przystawałyby do całokształtu powieści. Motywy obiektów przybywających z innego świata są wprawdzie nieco upiorne, ale wnoszą przede wszystkim ładunek tajemnicy i makabry. Buick 8 nazwać można raczej książką fantastyczną niż horrorem.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Reklamy

Pal Karlsen – ”Biografia Prawdziwka”

Pal Karlsen - ''Biografia Prawdziwka''Założę się, że trudno znaleźć w Polsce grzybiarza, który ceniłby jakikolwiek jadalny gatunek grzyba wyżej, niż prawdziwka. Smaczne są kurki, podgrzybki, koźlarze, opieńki, oraz cała moc innych, nieco mniej popularnych na stołach gatunków, ale wyżej kapelusza prawdziwkowi nie podskoczą. Po prostu nie. W większości grzybolubnych krajów sytuacja przedstawia się podobnie. W czym tkwi fenomen prawdziwka? Dlaczego to właśnie on podbił serca grzybowych smakoszy? Jak wyglądała jego droga na kulinarny szczyt? Na te pytania – i wiele innych – stara się odpowiedzieć Pal Karslen, wieloletni bliski przyjaciel jego królewskiej mości i smakowitości – borowika!

Wiele miejsca Autor poświęca analizie sytuacji borowika na rynku – zarówno na światowym, jak i na rynkach małych, lokalnych. W Polsce, we Włoszech, w Chinach jak i w Ameryce (oraz zapewne w wielu innych krajach, jak świat długi i szeroki) znaleźć można ludzi, dla których zbiory borowika i handel nim stanowią cenne dodatkowe źródło dochodu. Stanowią oni pierwsze ogniwo w łańcuchu produkcji przemysłowej wyrobów z prawdziwka – suszu, mrożonek, marynat, itd. Czytelnik odwiedza wraz z Autorem także sortownie surowca, magazyny gdzie jest przechowywany, oraz przygląda się fascynującym statystykom związanym z jego zbiorem i obrotem handlowym.

Biografia prawdziwka nie jest suchą pracą naukową – to dzieło okraszone humorem i wigorem, po których od razu poznać można w Autorze prawdziwego zapaleńca. To właśnie ktoś, co do kogo można się założyć, że – gdy nikt nie patrzy – przystawia ucho do ziemi i nasłuchuje rosnących grzybów; ktoś, kto chodząc z kimś na grzybobrania gotów byłby zabierać ze sobą łuk, żeby upolować grzybka przed towarzyszem. Oczywiście przesadzam, ale wiecie, o co mi chodzi – to po prostu facet, który grzybobrania ma we krwi, i w którego książce czuć to w każdym jednym zdaniu.

Ale nie tylko w interesującej, dobrze przyprawionej dowcipem treści leży siła Biografii prawdziwka – książka zawiera masę kolorowych zdjęć oraz ilustracji (znajdują się niemal na każdej stronie). Czytelnik ma okazję ujrzeć na nich ów urodziwy, smakowity kąsek w wielu różnych formach i miejscach, w których okresowo staje się niemal pępkiem świata. Na mnie największe wrażenie wywarły fotografie przedstawiające hale produkcyjne zastawione masą worków z borowikowym suszem, chińskie targi, oraz, naturalnie, apetyczne potrawy z użyciem prawdziwka.

W Biografii prawdziwka nie brak również – a jakżeby inaczej! – polskich akcentów, które są zresztą bardzo liczne i kolorowe. Autor odwiedził nasz kraj, i uczestniczył na jego terenie w bardzo udanych grzybobraniach. Poznał też osobiście pana Wiesława Kamińskiego – założyciela strony internetowej NaGrzyby.pl, mykologicznego guru ogromnej rzeszy rodzimych grzybiarzy i organizatora turnusu Wielkie Wrześniowe Grzybobranie w Zawiatach (termin mykoturystyka pasuje tu jak ulał!). Gościł także na tradycyjnej polskiej wigilii, podczas której borowik piastował należne mu honorowe miejsce na stole. Autor był bardzo mile zaskoczony tym, jak mocno prawdziwek zakorzeniony jest w polskiej kulturze i tradycji kulinarnej.

Rzecz jasna, Pal Karlsen to nie tylko nałogowy zbieracz grzybów – to także ich wyrafinowany smakosz! Ostatnia część książki zawiera przepisy kulinarne z użyciem prawdziwka. Są tam zarówno receptury na dania tradycyjne dla kuchni polskiej, potrawy nieco orientalne, jak i deserowe osobliwości, takie jak… borowikowe lody albo cappuccino. Przyznam, że nie wszystkich z nich gotów byłbym spróbować, ale większa część aż prosi się o zastosowanie (czekam tylko na pojaw borowików).

Choć to właśnie borowik jest bohaterem książki, Karlsen poświęca nieco uwagi także innym gatunkom, jak i królestwu grzybów w ogóle. Opowiada o zawiłościach ich naukowej klasyfikacji, o tym, jak przez całe stulecia ich istnienie było lekceważone przez poważnych badaczy (znamienny jest pod tym względem przykład Linneusza), i jak niektóre społeczności konsekwentnie odmawiały im miejsca na stole. Tematów jest zresztą znacznie więcej, i z pewnością każdy czytelnik dowie się wielu zaskakujących rzeczy!

Wielu grzybiarzy ma bliskich, którzy kompletnie nie rozumieją ich grzybiarskiej pasji – emocji jakie wywołuje znalezienie grzyba, odprężenia płynącego z obcowania z naturą, a bywa, że nawet rozkoszy jedzenia grzybowych przysmaków (bo – trudno nam w to uwierzyć – grzyby nie wszyscy lubią; niektórym wydają się wręcz obrzydliwe już chociażby przez ich oślizgłość). Książka Pala Karlsena ma szansę otworzyć im oczy na piękno leśnych poszukiwań.

Samym grzybiarzom lektura sprawi zaś tyle radości, ile kosz pełen pierwszej jakości prawdziwków. Czytałem ją z wypiekami na twarzy i jestem niezwykle rad, że po całych dekadach nieoficjalnego, pełnego kaprysów królowania prawdziwka w lasach i na stołach, nareszcie doczekał się on należytego ukoronowania. Tylko niechby się wreszcie pojawił – korona z kapelusza może mu nie spadnie!

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Znak

Stephen King – ”Wielki Marsz”

Stephen King - ''Wielki Marsz''Kiedy dowiedziałem się, o czym traktuje fabuła Wielkiego marszu, od razu powiedziałem sobie: To nie może się udać. Po prostu nie. Nie innego zdania byłem po kilku usilnych próbach wyobrażenia sobie, jak też taka powieść mogłaby wyglądać – moja (trzeba przyznać, że dość bujna) wyobraźnia po prostu nie była w stanie udźwignąć Kingowskiego konceptu. Okazało się na szczęście, że byłem w ogromnym błędzie.

Grupa stu chłopców ochotników staje do marszu przez Amerykę. Będą wędrować bez wytchnienia, a gdy któryś z nich zaniemoże, zostanie zastrzelony. Tylko ten, który zostanie ostatni na placu boju, ujdzie z życiem i zdobędzie upragnioną nagrodę: Rząd spełni jedno jego życzenie.

Mimo tak okrutnych zasad rozgrywki, między niektórymi z oponentów zawiązują się przyjaźnie – jakby nie było, przyjaźnie po sam grób. Chłopcy z jednej strony sukcesywnie prą do przodu i żaden z nich nie zamierza dać innym fory, z drugiej – dopingują się nawzajem i toczą rozmowy na intymne tematy (dialogi stanowią większą część książki). King zawsze był świetny w opisywaniu relacji pomiędzy chłopcami w wieku dorastania (nowela Ciało, powieść To) i nie inaczej jest tym razem.

Wielki marsz nie ma jednak w sobie nic z obyczajowej sielankowości dwóch wyżej wymienionych tytułów. Żadnego słowotokowego wodolejstwa, żadnych nadmiernie rozbudowanych wątków pobocznych – zamiast tego nieustanna akcja, buzujące napięcie, i ścielący się gęsto (na dodatek w obfitych rozbryzgach krwi i mózgu) młody trup. Ponure widmo śmierci nie odstępuje uczestników marszu nawet na krok, znacząco wpływając na ich zachowanie (chociażby zwiększając otwartość wobec innych uczestników bądź zaostrzając ich złośliwość).

Ale Wielki marsz to powieść wielowarstwowa, mająca czytelnikowi do zaoferowania znacznie więcej niż trzymający w napięciu, krwawy spektakl. Nie wiem, czy dobrze główkuję, ale dostrzegam w niej metaforyczną opowieść o kapitalistycznym wyścigu szczurów. Życie w ustroju ekonomicznym, w którym wzbogacić można się tylko czyimś kosztem, porównać można przecież właśnie do marszu po trupach do celu. Zwycięstwo zostaje milcząco poddane w wątpliwość – wydaje się bowiem, że triumfator jest w tym wyścigu największym przegranym, jako że dla wygranej pozbyć musiał się własnego człowieczeństwa. Udział w tym przedsięwzięciu przypomina więc pakt z szatanem.

Powieść demaskuje także fenomen popularności programów typu reality show. Tytułowy Wielki marsz jest wydarzeniem transmitowanym na terenie całej Ameryki i wzbudza skrajne emocje widzów. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to odpowiednik dawnych walk gladiatorów, że widowisko to zaspokaja najniższe ludzkie żądze i najlepiej świadczy o tym, że postęp technologiczny nie idzie niestety w parze z pozytywnymi zamianami w ludzkiej naturze. King zdaje się stawiać światu pewną (moim zdaniem przerażająco trafną) diagnozę: widz szybko przyzwyczaja się do serwowanej mu rozrywki, nudzi się nią, i zawsze żądać będzie czegoś więcej. Transmitowanie spektakularnej, morderczej rozgrywki pomiędzy grupą dobrowolnych uczestników wydaje się nieuchronną konsekwencją ewolucji programów telewizyjnych, podporządkowanej niskim ludzkim instynktom. Pokraczne widowiska, które obserwujemy na co dzień na małym ekranie, stanowią jej zapowiedź. Jakie zmiany nastąpią w mentalności społeczeństwa, kiedy dotrze ono do tego ślepego zaułka – powieść pokazuje aż nazbyt dokładnie.

Trudno uwierzyć, że wszystko to zawiera się w zaledwie 200 stronicowej powieści. A jednak: King wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Wielki marsz z pewnością nie zawiedzie osób szukających szybkiej, konkretnej porcji literackiej rozrywki z drugim, a nawet trzecim dnem.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okladka: Prószyński i S-ka

Stephen King & Peter Straub – ”Czarny Dom”

Stephen King & Peter Straub - ''Czarny Dom''Wśród czytelników opowieści z dreszczykiem panuje przekonanie, że nie ma nic nudniejszego od powieści o seryjnym mordercy. Cóż, początkowo można by się z tym twierdzeniem zgodzić – temat ten był eksploatowany od dawien dawna na wszelkie rozmaite sposoby, i ciężko jest podejść do niego oryginalnie. No chyba, że jest się samym Stephenem Kingiem.

W niewielkim, sennym miasteczku w Wisconsin dochodzi do serii niezwykle brutalnych morderstw dzieci. W poszukiwania zwyrodnialca zaangażowany zostaje Jack Sawyer – były członek wydziału zabójstw z Los Angeles, który z tylko sobie znanych przyczyn postanowił wycofać się z pracy w policji i wieść spokojne życie przeciętnego obywatela. W trakcie śledztwa okaże się, że Sawyer z uwagi na swą przeszłość jest jedyną osobą, która doprowadzić może do schwytania mordercy.

Pierwszych sto stron powieści czyta się dość ciężko, z uwagi na mnogość długich opisów natury, tajemniczych wątków oraz postaci. Przede wszystkim jednak jest to wina kulejącej momentami narracji – narrator bardzo często zwraca się bowiem bezpośrednio do czytelnika używając czasu teraźniejszego (”A teraz unosimy się w kierunku…”, itd.). Zazwyczaj nie lubię, kiedy autor przypomina mi, że książka jest tylko książką – burzy bowiem w ten sposób realizm świata przedstawionego. W pierwszej części powieści zdarza się to bardzo często, potem, na szczęście – coraz rzadziej. Chociaż nie znam żadnego utworu autorstwa Petera Strauba, znam bardzo dobrze twórczość Stephena Kinga, i pozwolę sobie na przypuszczenie, że za mankamenty narracyjne odpowiada właśnie ten pierwszy.

W powieści pojawia się cała plejada niezwykle różnorodnych i wyrazistych postaci: piątka łebskich Harleyowców, bezduszny dziennikarz-karierowicz, charyzmatyczny prezenter radiowy, dokuczliwy staruszek, sadystyczny pracownik domu spokojnej starości. Paradoksalnie, ze wszystkich postaci najmniej przypadł mi do gustu główny bohater powieści. Jest bowiem przedstawiany jako postać o niemal nieskazitelnym charakterze i prezentuje się cukierkowo i niezbyt wiarygodnie (tym bardziej na tle innych postaci, które nawet jeśli pozytywne, zmagają się ze swoimi demonami).

Książka staje się naprawdę wciągająca dopiero w mniej więcej 1/5 objętości. Dopiero wtedy z pozornie chaotycznej mozaiki wydarzeń i postaci powoli wyłaniać zaczyna się przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, budząca zachwyt literacka kompozycja. Kompozycja, dodajmy to, zawierająca nie tylko motywy horrorowe i fantastyczne, ale także obyczajowe, sensacyjne, i kryminalne.

Jedną z najważniejszych pisarskich umiejętności Stephena Kinga jest talent do portretowania życia małych miasteczek – przedstawiania pozornie sielskich miejsc, pod których idyllicznym czarem pulsuje nierówny rytm skomplikowanych lokalnych stosunków oraz wrogie, nadnaturalne siły. Również Czarny dom przenosi czytelnika w tego typu miejsce. Osobiście nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że French Landing bardziej przypomina klimatem serialowe miasteczko Twin Peaks, niż chociażby Derry czy Castle Rock.

Niezależnie od tego, jak mocno Czarny dom będzie odrzucać was od siebie swą objętością (ponad 700 stron) albo bardzo ciężkim początkiem – zaciśnijcie zęby i dajcie tej powieści szansę. Zaręczam wam, że jest tego warta. Zapewni wam wiele różnorakich emocji – od niepokoju, przez radość, obrzydzenie, na smutku skończywszy – i sprawi, że zapomnicie o otaczającej was rzeczywistości. Na koniec wypada dodać, że ci, którzy nie czytali pierwszej części cyklu – powieści Talizman również napisanej w duecie King & Straub – mogą sięgać po Czarny dom bez wahania, bowiem wszystkie istotne dla drugiej części historii wątki zostały należycie wyjaśnione.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”Outsider”

Stephen King - ''Outsider''W miasteczku Flint City dochodzi do brutalnego morderstwa małego chłopca imieniem Frank. Miejscowa policja szybko znajduje nie budzące wątpliwości dowody na to, że sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej szanowanych obywateli społeczności – niespełna czterdziestoletni Terry Maitland. Podczas jego przesłuchania okazuje się jednak, że oskarżony mężczyzna ma niezbite alibi na czas, w którym doszło do tragedii. Czy to możliwe, że za maską tego przykładnego obywatela skrywa się cyniczny psychopata, zdecydowany prowadzić z policją wyrafinowaną grę? A może ktoś wrabia go w zbrodnię? Rozwiązanie zagadki wymagać będzie od śledczych wiary w zjawiska wykraczające poza ich ludzkie pojmowanie…

Outsidera podzielić można od siekiery na dwie mniej więcej równe części. Pierwsza to niemal czysty kryminał – opisuje przebieg śledztwa w sprawie morderstwa Franka, perypetie Terry’ego i jego bliskich z funkcjonariuszami prawa oraz żmudny proces dawania wiary zjawiskom nadprzyrodzonym. Druga przedstawia walkę ludzkiego, naturalnego dobra z nadnaturalnym złem. O ile pierwszą cechuje gęsta aura tajemnicy i umiejętnie stopniowane napięcie, o tyle w drugiej akcja toczy się nieco zbyt szybko i sztucznie oraz… przewidywalnie. Szkoda, że King nie zdołał utrzymać całości książki w tonacji jej pierwszej połowy.

Powieść pozbawiona jest elementów, za które prozę Kinga kocham najbardziej – gawędziarstwa, małomiasteczkowej (pozornej) sielankowości, masy wątków pobocznych. Akcja od samego początku skoncentrowana jest na przewodnim motywie fabularnym i garstce wiodących postaci. Niestety, tym razem pisarzowi nie udało się sprawić, by zależało mi na losie którejkolwiek z nich – były one w większości niezbyt wyraziste, i chętnie poświęciłbym każdą z nich dla sutej porcji makabry, której mogłaby przysporzyć mi ich śmierć. Sytuację ratuje nieco pojawienie się z odsieczą Holly Gibney – pani detektyw znanej czytelnikom z trylogii o Panu Mercedesie. Choć od samego początku nie pałałem do niej sympatią – irytowała mnie za sprawą swoich natręctw – nie mogę odmówić jej niezwykłego autentyzmu, tutaj jeszcze pogłębionego za sprawą jej pozytywnej przemiany wewnętrznej.

No dobrze, a czy Outsider straszy? Cóż, przyznać muszę, że zaniepokoić jest mnie ciężko – na palcach obu rąk policzyć mogę książki, którym powiodła się ta sztuka – i muszę udzielić negatywnej odpowiedzi na to pytanie. Lekkiego dreszczyku dostarczył mi tylko pojawiający się w końcowych partiach książki wątek jaskini. Cóż, nie bez powodu trzy ostatnie powieści Króla utrzymane są w tonacji kryminalnej – czuć, że konwencja horroru (którą eksploatował przecież płodnie przez dobrych 50 lat i w której dokonał rzeczy niebywałych) nieco nuży go i krępuje.

Wszyscy miłośnicy Kinga wiedzą, że choć jest on mistrzem w budowaniu historii, nastroju i napięcia, bardzo często wykłada się plackiem na samym finiszu. Niestety, zakończenie Outsidera jest jak zgniła wisienka na szczycie całkiem udanego tortu. Po przeczytaniu go nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak facet sprzedający tyle książek mógł pozwolić sobie na wcielenie w życie tak słabego rozwiązania prawie 650 stronicowej powieści. Cóż, Królowi wszystko wolno.

Choć Outsider z całą pewnością nie zalicza się do najlepszych książek Kinga, wciąż jest to powieść warta przeczytania. Raczej nie przestraszy Was i nie zapadnie w pamięć na dłużej, ale zapewni kilka godzin niezłej rozrywki – a to czasami wystarczający powód, by sięgnąć po książkę. Czytelnicy obeznani z większością dorobku literackiego pisarza będą zawiedzeni, że jednak nie napisał czegoś innego – w końcu wiedzą najlepiej, że stać go na coś więcej.

Ocena: 6/10 (dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

”Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando”

''Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando''Prawdopodobnie żadnemu z ludobójstw, które przetoczyły się przez świat, nie poświęcono tak dużej ilości książek, jak Holokaustowi. Choć w obliczu swej wojennej klęski naziści starali się jak mogli zatrzeć wszelkie ślady masowego mordu, ocalało wielu jego świadków. Ich niezwykle spójne relacje złożyły się na dobitne świadectwo koszmaru, którego – mimo całej jego nierealnej wręcz ohydy – podważać przy zdrowych zmysłach nie sposób.

Wiele z najbardziej szczegółowych relacji dotyczących nazistowskiego ludobójstwa pochodzi od członków Sonderkommando. Była to formacja zajmującą się m. in. opróżnianiem komór gazowych ze zwłok eksterminowanych ludzi oraz paleniem ich w krematoryjnych piecach i paleniskach. Jej członkami byli żydzi wyselekcjonowani przez SS-manów. Pracowali pod przymusem i ze świadomością, że jako naoczni świadkowie ludobójstwa prędzej czy później zostaną bezwzględnie zlikwidowani. Spisali swe doświadczenia i zakopali zapiski pod ziemią, z nadzieją, że w przyszłości zostaną odnalezione przez badaczy, i świat pozna prawdę o tragicznym losie milionów pomordowanych w imię obłąkanej ideologii nazistowskiej. Zbiór tych właśnie ocalałych notatek, przetłumaczonych (m. in. z języka Jidysz i języka francuskiego) na język polski, otrzymuje czytelnik.

Wszystkie zapiski sporządzane były w żydowskich gettach bądź ludobójczym molochu Auschwitz-Birkenau. Niektóre z nich w momencie odnalezienia były znacznie uszkodzone przez wilgoć, toteż niemożliwe było odczytanie ich w całości. Obszerne partie tekstu są wręcz poszatkowane przez (oznaczające luki) nawiasy kwadratowe, i pełne zrozumienie ich jest niemożliwe. Na szczęście edytorzy zbioru postarali się, jak mogli, by rzucić światło na te białe plamy – każdy z opublikowanych zapisków został opatrzony naukowym komentarzem wyjaśniającym okoliczności jego powstania, oraz licznymi przypisami.

Poszczególne teksty opisują bodaj wszystkie najważniejsze etapy gehenny, której poddani byli przeznaczeni do eksterminacji ludzie: od pobytu w getcie, przez wysiedlenie, transport bydlęcymi wagonami, selekcję, pobyt w obozie zagłady, pracę w Sonderkommando, aż po śmierć w komorach gazowych i spalenie. Właściwie wszystkie z nich stanowią nieustający opis fizycznej i psychicznej udręki – poniżenia, tortur, mordów, absurdalnej wręcz bezsilności wobec siły wroga, rozpaczy rodzin skazanych na rozbicie, strachu przed każdą nadchodzącą godziną, głodu, bestialskiej przemocy.

Jak można się tego domyślać, notatki zawarte w książce, z uwagi na dramatyczne okoliczności w których powstawały, pozbawione są większych walorów literackich. W zasadzie tylko u dwójki autorów wyjątkowo bystrych i wrażliwych – Załmena Gradowskiego, oraz Lejba [Langfusa] – dostrzec można wyraźne skłonności do artystycznego stylizowania tekstu (przy czym zabiegi stosowane przez drugiego z autorów są czasami dość nieporadne). Nie oznacza to jednak, że zapiski te pozbawione są siły oddziaływania – nie są to bowiem treści zdane na łaskę i niełaskę formy, a w pełni niezależne od nich, toteż nawet tak prosty tekst, jak pamiętnik Załmena Lawentala, wywołuje u czytelnika wstrząs.

Cennym uzupełnieniem treści książki są skany rękopisów oraz dokumentów obozowych, czarno-białe zdjęcia ukazujące m. in. palenie zwłok na stosach, piece krematoryjne, komory gazowe czy proces selekcji, oraz rozkładana mapa obozu Auschwitz. Poza tym, że dodatki te stanowią interesujące materiały faktograficzne, doskonale wprowadzają czytelnika w ponury nastrój zapisków.

Nie wiadomo, jak wiele notatek opisujących piekło na Ziemi spoczywa ukrytych pod jej powierzchnią do tej pory, wciąż czekając na odkrywcę, a ile z nich zmurszało w niej na zawsze. Opierając się na przesłankach zawartych w ocalałych zapiskach, można wysnuć graniczące z pewnością przypuszczenie, że niniejszy zbiór stanowi zaledwie skromną część dużo większej całości.

Lektura Wśród koszmarnej zbrodni… jest tak nieprzyjemna i przytłaczająca, jak tylko można to sobie wyobrazić, niemniej jednak warto ją przecierpieć – dla ostrzegawczej świadomości, jak nisko może upaść człowiek, dla zaspokojenia poczucia solidarności z tymi, którzy padli ofiarą gigantycznego ucisku, wreszcie: dla zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, każącej uszanować głos rozpaczy ledwo, ledwo przebijający się spod powierzchni masowego grobu. Prawda o tym, co spotkało ofiary Holokaustu, jest wszak jedyną sprawiedliwością, na którą mogą jeszcze liczyć.

***

Okładka: Państwowe Muzeum w Oświęcimiu

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.