Archiwum kategorii: Recenzje

Stephen King – ”Serca Atlantydów”

Stephen King - ''Serca Atlantydów'' (1)Są książki, których nie można nazwać inaczej, jak po prostu magicznymi – historie, które pochłaniają czytelnika całkowicie, sprawiają, że nie jest w stanie oderwać się od nich nawet na potrzeby zaspokojenia głodu i snu. Taką książką bez wątpienia jest zbiór opowieści Stephena Kinga pt. Serca Atlantydów.

Pierwsza historia (z uwagi na objętość można o niej mówić jako o mini-powieści) opowiada o nastolatku wplątanym przez podstarzałego sąsiada w paranormalną, kosmiczną awanturę. Pojawia się w niej też kilka postaci będących bohaterami następnych opowieści, przedstawiających ich już to wkraczających w dorosłość, już to dorosłych. Drugi utwór to okraszona masą humoru nowela obyczajowa osadzona w realiach miasteczka akademickiego. Trzeci i czwarty tekst to opowiadania, których bohaterami są weterani wojny w Wietnamie, piąty to opowiadanie zgrabnie scalające w jedną całość wszystkie poprzednie utwory.

Ponad połowa akcji książki dzieje się w latach 60. I 70. ubiegłego wieku. Dla USA był to czas wielkich przemian politycznych i społecznych; młode pokolenie, do którego należała przyszłość, wyrastała na twardym gruncie, wymagającym od niej wiele wysiłku niezależnie od tego, czy wybierała drogę dostosowania się, czy buntu. Bohaterowie Serc Atlantydów to – w większości i przez lwią część książki – ludzie młodzi, dopiero szukający swojego miejsca w świecie i w życiu. King z wirtuozerią opisuje ich poczynania oraz życie wewnętrzne – pragnienia, lęki, słabości i motywacje. Oczywiście, nie wszystkie dają się lubić (jak choćby hazardzista Ronnie, albo niezrównoważona emocjonalnie, chytra i perfidna matka Bobby’ego), ale wszystkie są na tyle wiarygodne, że zżycie się z nimi i przejęcie ich losami jest kwestią zaledwie odruchu.

Niezwykle istotnym motywem pojawiającym się we wszystkich opowieściach jest wojna w Wietnamie. King najpierw oddaje gęstą atmosferę buntu młodych ludzi wobec bezsensu przelewu krwi i ich zagrożenia poborem, by potem skupić się na wpływie, który ta akcja militarna wywarła zarówno na jednostkach, jak i całym pokoleniu. Dla bohaterów dwóch przedostatnich opowiadań Wietnam okazuje się piekłem na ziemi, z którego duchowo nie można wyrwać się inaczej, niż poprzez śmierć.

Efektem ubocznym lektury Serc Atlantydów jest refleksja czytelnika nad jego własną osobą i życiem – rozziewem pomiędzy tym, kim był, a kim się stał, nad straconymi szansami, niespełnionymi marzeniami, stopniem w jakim urzeczywistnił własny potencjał, podstępnym w swej pozornej powolności upływem czasu, nieuchronnym rozstajem dróg, do którego prędzej czy później zmierza każda przyjaźń z czasów dzieciństwa.

Serca Atlantydów z pewnością nie wywołają u czytelnika niepokoju i wstrząsu, za którego większość fanów Kinga sięga po jego twórczość – tym razem mamy do czynienia z literaturą nostalgiczną i refleksyjną. Owszem, i tutaj pojawia się trochę pełnokrwistej makabry (we wspomnieniach weteranów wojennych dotkniętych zespołem stresu pourazowego), jak i wątki fantastyczne (stali czytelnicy dostrzegą nawiązania chociażby do cyklu Mroczna Wieża i powieści Buick 8) ale mają one zdecydowanie drugoplanowe znaczenie. I dobrze, bo świat zaczarowany przemijaniem okazuje się na tyle magiczny, że nie wymaga koloryzowania go wątkami paranormalnymi.

Czego zabrakło, żeby wystawić książce najwyższą notę? Obszernej historii rozgrywającej się w samym sercu zielonego piekła Wietnamskiej wojny. Owszem, opowiadania których bohaterami są weterani wojenni wnoszą do książki dużo cennej treści, jednak pozostawiają po sobie silny niedosyt.

Serca Atlantydów to lektura warta każdej poświęconej jej sekundy (i grosza). To niezwykle sprawnie napisane, nostalgiczne historie, do których będziecie wracać z przyjemnością.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Reklamy

Vladimir Nabokov – ”Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze”

Vladimir Nabokov - ''Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze'' (1)Vladimir Nabokov jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Fascynuje mnie jego literackie hochsztaplerstwo, kunsztowny styl, umiejętność tworzenia diabolicznych postaci. Ciekawość tego, jakim człowiekiem prywatnie był ten wybitny twórca – jaką posiadał osobowość, jaki prowadził tryb życia, co ukształtowało go jako pisarza – towarzyszyła mi już od przeczytania pierwszej jego książki (słynnej Lolity). Nim dowiedziałem się o tym, że napisał autobiografię, pochłonąłem połowę jego książek. Zakupiłem ją niezwłocznie, mając nadzieję poznać wirtuoza słowa od strony prywatnej.

Książka obejmuje pierwszych czterdzieści lat życia Autora – a więc spędzone w Rosji czasy młodości oraz Niemiecką emigrację. Mimo tak dużej rozpiętości czasowej, stanowi przede wszystkim nostalgiczną opowieść o rajskiej krainie dzieciństwa – błogim, na zawsze utraconym świecie, za którego granicami rozciąga się (niczym za bramą Biblijnego Edenu) padół łez, poniewierki i ciężkiej pracy. Nabokov nie popada jednak ani w płaczliwy sentymentalizm, ani w suchą i chłodną faktografię; wspina się na wyżyny swoich literackich możliwości, tworząc jedyną w swoim rodzaju autobiograficzną prozę poetycką.

Przyznam, że jestem dość mocno rozczarowany niewielką ilością wspomnień autora związanych z jego pisarstwem. Spodziewałem się przeczytać o tym, jak pracował nad książkami, jak kształtował się jego gust czytelniczy, jak radził sobie ze swym niedostatecznie docenianym przecież (i niedostatecznie opłacanym) talentem. Choć jeszcze przed ukończeniem czterdziestego roku życia Nabokov zdążył spłodzić aż 8 powieści, dopóki na światło dzienne nie wyszła skandaliczna Lolita, znany był stosunkowo niewielkiej rzeszy odbiorców, a na życie zarabiać musiał pracą wykładowcy; widmo dostąpienia zaszczytu bycia odkrytym przez masowego czytelnika dopiero po śmierci, z roku na rok coraz bardziej roztaczało nad nim swój ponury urok. Czy pisarz nie dostrzegał go, czy też po prostu najzwyczajniej w świecie nie zawracał sobie nim głowy? W jego autobiografii brak odpowiedzi na to pytanie.

Czytelnicy Nabokova dobrze wiedzą o jego dwóch wielkich pozaliterackich pasjach: motylach, i szachach. Pisarz łowił i kolekcjonował motyle od najmłodszych lat, pisał również specjalistyczne artykuły do czasopism lepidopterologicznych, pracował w instytucie zoologicznym, zaś na starość przekazał kilku muzeom prywatne kolekcje łuskoskrzydłych zawierające kilka tysięcy okazów. Jako szachista zajmował się układaniem finezyjnych zadań szachowych do magazynów specjalistycznych. Jakiej to luki Nabokov nie był w stanie wypełnić w swoim życiu pisaniem wybitnej prozy? Czego dokładnie poszukiwał w tak osobliwych zajęciach? Pisarz udziela na te pytania absolutnie olśniewających w swej poetyckości odpowiedzi.

Nabokov planował napisanie drugiej części autobiografii, dotyczącej jego życia w Ameryce. Wielka szkoda, że projekt ten nie doczekał się realizacji – to właśnie tam jego kariera rozkwitła na dobre, pozwalając mu na utrzymywanie się wyłącznie z pisania książek. Książka taka mogłaby rzucić dodatkowe światło na najwspanialsze powieści, które napisał – a napisał je właśnie w języku angielskim. Na szczęście znajomość życiorysu Nabokova również w pewnej mierze pomaga lepiej zorientować się w jego dorobku literackim – na przykład pewne szczególnie często pojawiające się w nim motywy, jak chociażby bohater-emigrant.

Wartość autobiografii Nabokova nie zamyka się w tym, co zdradza na temat jego życia prywatnego – to przede wszystkim literatura wspaniała sama w sobie, i druga (zaraz po Lolicie) najlepsza pod względem stylistycznym książka tego pisarza w ogóle – dzieło godne perypetii życiowych jednego z najtęższych umysłów XX wiecznej literatury.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Zaproszenie na Egzekucję”

Vladimir Nabokov - ''Zaproszenie na Egzekucję'' (1)Cyncynat C. zostaje uznany winnym gnozeologicznej zgnilizny oraz bycia nieprzenikalnym w świecie wypłowiałych z indywidualizmu ludzi, i skazany przez nich na karę śmierci. Wykonania egzekucji – jej dzień wszyscy ukrywają przed nim w tajemnicy – oczekuje w celi ponurej twierdzy. Tam też, doglądany przez służbę więzienną, dla zabicia czasu i pozostawienia świadectwa swego istnienia, usiłuje spisać myśli i uczucia.

Choć zdecydowana większość wydarzeń rozgrywa się w ciasnej celi Cyncynata, przez cały czas daje się odczuć przytłaczająca obecność świata zewnętrznego. Miejscem akcji jest państwo w ostatnim stadium rozwoju raka totalitaryzmu, w którym pasożyt, nie bacząc na własną zgubę, jest o krok od uśmiercenia żywiciela. Wszechobecna, bezduszna szarość i monotonia, ogromny regres technologiczny – świat wydaje się resztką sił tłuc głową o mur w ślepym zaułku, bez szansy na odrodzenie.

Najstraszliwszym elementem tego beznadziejnego krajobrazu jest martwota społeczna. Społeczeństwo, w którym odrębność uległa niemal kompletnemu zatarciu, staje się szarą masą, w której nie ma ludzi niezastąpionych: wszystkich można wymienić na wszystkich, a zatem życie w wymiarze jednostkowym – jak w mrowisku – nie ma najmniejszego znaczenia (i dlatego też władza nad nim tego znaczenia nie posiada, co być może jest najważniejszym rezultatem reżimu – i jednocześnie głównym powodem jego upadku). Bystry czytelnik stanie się naocznym świadkiem wprost rozbrajającej dosłowności takiego stanu rzeczy.

Jednocześnie rzuca się w oczy dziwaczna, nachalna i jarmarczna teatralność miejsc, wydarzeń i postaci – teatralność podkreślana przez narratora wprost poprzez stosowny dobór słów (pojawiają się takie wyrazy, jak: rekwizyt, sztuka, itd.). Wszyscy, poza głównym bohaterem, zdają się być aktorami grającymi z pasją role w groteskowej, niskobudżetowej maskaradzie. Więzienne życie Cyncynata z każdym rozdziałem przeistacza się w coraz głębszy surrealistyczny i groteskowy koszmar, przywodzącym na myśl kafkowskie koszmary (z którymi jednak Nabokov pisząc swą powieść nie miał styczności).

Życie po śmierci jest jednym z najczęściej pojawiających się motywów w książkach Nabokova, a Zaproszenie na egzekucję eksploatuje go bodaj najlepiej z ich wszystkich. Sztuczność świata powieściowego zdaje się przemycać Cyncynatowi myśl, że nasze życie doczesne jest tylko spektaklem, poza którego inscenizacją rozciąga się inna, prawdziwa rzeczywistość. Możliwość istnienia życia pozagrobowego (bohater niejasno przeczuwa jego istnienie w sennych majakach) jest jedyną nadzieją Cyncynata na zaznanie wolności – wszak poza murami więzienia rozciąga się tylko więcej niewoli: świat omotany i skneblowany totalitaryzmem. Nadzieja na wyzwolenie nie dość, że nikła, jest jednak przyćmiona przez groteskową makabryczność sposobu, w jaki ma się ono dokonać (ścięcie).

Jak zwykle u Nabokova, postaci dramatu dają się zliczyć na palcach jednej ręki. Nieprzyzwoicie wręcz uczynna służba więzienna, nachalnie przyjazny współosadzony Pierre, dziecinna (zgodnie zresztą ze swoim wiekiem) Emmoczka, potworna w swej nijakości żona i matka Cyncynata – i wreszcie sam bohater, targany lękiem przed śmiercią i kompletnie wyalienowany – krańcowo obcy w świecie, w którym narodził się i przeżył całe swoje życie.

Ważną część powieści stanowią zapiski jej bohatera. Cyncynat, czując wiszący nad jego głową katowski topór, ale nie znając dnia ani godziny, w której opadnie, pisze tak, jakby każde zdanie mogło być jego ostatnim – pisze, można by rzec, za atrament mając własną krew, ważąc każde słowo na jej wagę. Z wywodów tych bije śmiertelna groza i wyzwolone za jej pośrednictwem natchnienie.

Zaproszenie na egzekucję to bez dwóch zdań jedna z najlepszych powieści Nabokova – osobiście stawiam ją na trzecim miejscu, zaraz po skandalicznej Lolicie i Bladym ogniu. Koneserzy wysmakowanej i pełnowartościowej literatury będą powieścią zachwyceni.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Przezroczyste Przedmioty”

Vladimir Nabokov - ''Przezroczyste Przedmioty'' (1)Kiedy przeczytałem Przezroczyste przedmioty po raz pierwszy (w edycji z roku 1982, pozbawionej posłowia i zatytułowanej Przejrzystość rzeczy), odczułem zawód. Uznałem książkę za prostą (choć napisaną bardzo ciekawym językiem) opowiastkę pozbawioną drugiego dna (dla którego obecnie, między innymi, tak chętnie porywam się na twórczość Nabokova). Ponieważ jednak byłem wtedy mało zaprawionym w bojach czytelnikiem jego prozy – miałem za sobą zaledwie dwie jego książki – teraz, po lekturze kilkunastu z nich, postanowiłem dać utworowi drugą szansę. I bardzo dobrze się stało.

Sama fabuła utworu wydaje się nad wyraz banalna. Bohater, Hugh Person, zmierza do ośrodka wypoczynkowego w Szwajcarii, a narrator opisuje poprzednie jego wyprawy w to miejsce i towarzyszące im perypetie życiowe. W historii pojawia się skąpy wątek miłosny, dramatyczny (trup, wina, pokuta), oraz (czysto zawodowej) znajomości Persona-redaktora z charyzmatycznym pisarzem. Person odwiedza literata w imieniu wydawcy skłaniając go do zmian w tekście utworu, a ten snuje przed nim tyrady na temat subtelności (a wręcz nienaruszalności) materii, jaką jest język. W postaci tej trudno nie dopatrywać się alter ego samego Nabokova, który w swojej karierze znosić musiał rozmaite potyczki z wydawcami. Przejrzyste przedmioty są więc także poniekąd opowieścią o literaturze.

Co bystrzejsi czytelnicy dostrzegą jednak rzuconą im przez pisarza już na wstępie rękawicę, i nie stracą jej z oczu do samego końca. Mowa o dziwnej refleksji narratora na temat osobliwej właściwości przedmiotów, które określa on przejrzystością. Mówca twierdzi, że należy do grupy osób, które wpatrzywszy się w daną rzecz potrafią prześledzić całą historię jej istnienia (i dostarcza na potwierdzenie swych słów całkiem przekonującego dowodu). Czyżby to metafizyczne wyznanie padało z ust szaleńca? Dlaczego wplótł on swój wywód w (zdawałoby się zwyczajną do bólu) opowieść o Hugh Personie? Jak się okazuje, ustalenie osoby narratora jest kluczem do zrozumienia całej historii. A drugie jej dno przyprawia o ciarki na plecach i gęsią skórkę.

Nabokov jak zwykle pozostaje wierny swojemu stwierdzeniu, że o wartości arcydzieł literackich nie stanowi to co zostało w nich napisane, ale jak zostało napisane – toteż na kanwie banalnej z pozoru histori snuje – niby wirtuoz łyżwiarstwa na pierwszej lepszej zamarzniętej kałuży – niebywałe liryczne wariacje. Kiedy indziej – mam tutaj na myśli króciutkie i proste jak drut zdania następujące po kaskadach wielokrotnie złożonych galimatiasów – jawi się jako autor, który wprawdzie tajemnice literatury ma w małym palcu, ale jest już swoją wybitnością i literacką wszechmocą nieco znużony, toteż od czasu do czasu lubi podłubać nim w nosie.

Z uwagi na niewielką objętość (niecałe 130 stron podzielonych na kilkustronicowe rozdzialiki), Przezroczyste przedmioty ciężko nazwać powieścią – jest to raczej nowela. Zawiera jednak tyle treści, że dostarcza znacznie więcej zabawy niż większość wychodzących dzisiaj opasłych tomów. Jest w niej szczypta omdlewającej od samej siebie poetyki, rodzynki osobliwego Nabokovskiego humoru (stali czytelnicy pisarza z pewnością wyłapią kilka dowcipnych aluzji do jego wcześniejszych utworów) i potężny ładunek literackiej szarlatanerii, a wszystko to zatopione w zagmatwanej, nieco onirycznej narracji. To skondensowana, dziwna i mrowiąca proza, oraz finezyjna rozrywka intelektualna zarazem. A żeby poznać w pełni jej smak, trzeba skosztować jej więcej niż jeden raz.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Król, Dama, Walet”

Vladimir Nabokov - ''Król, Dama, Walet'' (1)Nabokov jest śmiertelnym wrogiem banału. Każda jego powieść i nowela (a także lwia część opowiadań) to niezwykłe, gruntownie przemyślane kompozycje, często z drugim (a bywa, że nawet z trzecim) dnem. Ponieważ mam za sobą lekturę większości jego książek, bardzo zaskoczyło mnie, że w jednej ze swoich powieści serwuje czytelnikowi motyw oklepany przez literatów na całym świecie na miliony sposobów – miłosny trójkąt: małżeństwo, i osobę z zewnątrz.

Mamy więc męża – człowieka biznesu nadmiernie zaabsorbowanego pomnażaniem majątku i wielbiciela małżeńskiej rutyny zarazem, jego żonę – z pozoru chłodną kobietę o marnotrawionym przez niego temperamencie, oraz jej kochanka – dość nijakiego i bezwolnego młodzieńca oczarowanego perspektywami, które dał mu wyjazd do miasta. Postaci są więc sztampowe do bólu – i takie właśnie być miały.

Myliłby się ten, kto uznałby powieść za historię o miłości – uczucia łączące bohaterów stanowią tak naprawdę jej parodię (wcale nierzadką w świecie realnym). Marta uwodzi młodszego od siebie kochanka ponieważ chce się w ten sposób odmłodzić w oczach swoich i (w przyszłości) znajomych, Franz to jedna wielka chodząca erekcja (która wkrótce znudzi się samą sobą), zaś Dreyer (który sam snuje potajemne romanse) traktuje żonę jak kapryśne, ale w gruncie rzeczy raz na zawsze oswojone i niezdolne do buntu zwierzątko domowe. Właściwie, nikogo tutaj nie da się polubić – wszystkim za to bez trudu można współczuć samych sobie – i samych siebie.

Historia jest (przynajmniej w 2/3 objętości) równie banalna – ot, odurzona świeżym uczuciem para kochanków planuje zbrodnię, na wskutek której ma wejść w posiadanie fortuny i zapewnić sobie dostatnie życie. Jest jednak opowiedziana z takim kunsztem językowym, z taką swadą, że wprost nie można oderwać się od czytania. Wielka w tym zasługa gracji, z jaką Nabokov odmalował świat zewnętrzny wszystkich trojga bohaterów.

Tym, co urzekło mnie najbardziej, była całkiem przyzwoita dawka pierwszej klasy wisielczego humoru. Perypetie towarzyszące planowaniu morderstwa oraz rozważania narratora na jego temat po prostu nie mogą nie wzbudzić ponurego, zimnego jak grób uśmiechu na twarzy czytelnika. W moim odczuciu Król, dama, walet to przede wszystkim (chwilami dość poetycka) czarna komedia – a już na pewno jest nią ostatnich jej sto stron.

Lektura nie zawiedzie także tych, którzy cenią Nabokova przede wszystkim jako sztukmistrza literackiej przebiegłości. Poza szczyptą kalamburów, mamy do czynienia chociażby z tym, co niektórzy nazywają przełamaniem czwartej ściany – a więc przekroczeniem granicy pomiędzy autorem a odbiorcą, w tym przypadku poprzez sztuczkę deziluzji. Franz odczuwa czasami niejasne przebłyski fałszywości swego istnienia – dopada go coś w rodzaju niemożliwego do wyartykułowania intuicyjnego przeświadczenia, że jest istotą wymyśloną przez istotę wyższą (autora-demiurga) i osadzoną w fikcji. Jest to skutek zelektryzowania bohatera chwilową obecnością w świecie powieściowym samego Nabokova wraz z jego małżonką Vierą. Pisarz podkreśla w ten wyrafinowany sposób literackość książkowego świata, i puszcza oko do bystrookiego czytelnika. Podobnych sztuczek zastosował zresztą więcej.

Warto zauważyć, że mimo, iż Król, dama, walet to druga powieść w dorobku Nabokova, utwór przed przetłumaczeniem na język angielski (na którym z kolei opiera się tłumaczenie w języku polskim) został przez Autora gruntownie przeredagowany. Można więc powiedzieć, że została mu przez niego podarowana druga młodość.

Gdybym miał polecić komukolwiek powieść, z którą powinien zacząć swoją przygodę z literaturą błyskotliwego kpiarza, poleciłbym mu właśnie Król, dama, walet. To porywająca opowieść która poza tym, że zapewni odbiorcy masę frajdy, pozwoli mu poznać się trochę na sztuczkach Nabokova.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Muza S.A.

H. P. Lovecraft – ”W Górach Szaleństwa i Inne Opowieści”

H. P. Lovecraft - ''W Górach Szaleństwa i Inne opowieści''Moje pierwsze spotkanie z twórczością Lovecrafta nie należało do najprzyjemniejszych. Przeczytawszy krótki zbiór jego opowiadań stwierdziłem, że to monotonna i toporna proza przesycona niezamierzonym komizmem. Dopiero gdy zaznajomiłem się z biografią ojca kosmicznego horroru pióra S. T. Joshiego (H. P. Lovecraft. Biografia) postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, i zakupiłem opasłe tomiszcze pt. W górach szaleństwa i inne opowieści.

W tomie zebrano 17 historii cieszących się największym uznaniem wśród miłośników prozy Lovecrafta. Są to jednocześnie utwory reprezentatywne jeśli chodzi o motywy które pisarz podejmował najczęściej, oraz najdłuższe w jego dorobku – dwie powieści oraz nowele i co obszerniejsze opowiadania. W sumie 750 stron w dużym formacie – a więc czytania jest co nie miara.

Najważniejszym motywem twórczości Samotnika z Providence jest konfrontacja człowieka z Nieznanym – z czymś, co przekracza swą obcością jego człowieczeństwo i wymyka się jego pojmowaniu. Świat z prozy Lovecrafta to świat prastarych cywilizacji, przybyłych z kosmosu krwiożerczych bóstw, zakazanych ksiąg i rytuałów (istoty te, ich historia oraz kulty tworzą system powszechnie określany jako Mitologia Cthulu), diabolicznych eksperymentów, mrożących krew w żyłach tajemnic oraz spraw, których dla dobra własnego i reszty ludzkości lepiej nie zgłębiać. Bohaterowie – inteligentni, żądni wiedzy i władzy ludzie – folgują jednak swej ciekawości, swemu pragnieniu poznania – i przypłacają to szaleństwem, wykluczającym ich z życia świata i skazującym na udrękę niezrozumienia i samotności. Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła – mogłaby powiedzieć większość z nich.

Tłem filozoficznym prozy Lovecrafta jest znikomość i nieistotność naszego (ludzkiego) istnienia wobec bezmiaru wszechrzeczy. W porównaniu z potworami z kosmosu człowiek jest tylko nudną i miałką formą istnienia, która swe przeżycie zawdzięcza wyłącznie temu, że jest zbyt nijaka, by siły wyższe zaprzątały sobie nią głowę. Lovecraft stwierdza także istnienie poziomu wiedzy nieprzekraczalnego dla człowieka z uwagi na kruchość jego psychiki. Nawet jeśli jego intelekt jest w stanie poradzić sobie z przyswojeniem złowieszczych informacji, emocjonalność nie jest w stanie ich udźwignąć.

Ale horror to nie tylko strach ufundowany na solidnym fundamencie filozofii – to również budząca odrazę i szok (oraz mroczną fascynację) makabra. Lovecraft jest jej mistrzem – czego najlepszy dowód czytelnik znajdzie między innymi w końcowych partiach Szepczącego w ciemności, Czegoś na progu oraz (przede wszystkim) groteskowym opowiadaniu Herbert West – Reanimator. Ostatni z wymienionych utworów to kwintesencja tego, za co pokochałem horror jeszcze jako dziecko: mamy tutaj zakazane eksperymenty, potwory, szaleństwo, obficie (zbyt obicie, by brać ją do końca na serio) lejącą się krew, rozkosznie przerysowaną diaboliczną postać, buzujące napięcie, a wszystko to doprawione szczyptą wzbudzającego uśmiech absurdu.

Poszczególne fabuły są bardzo pomysłowe. Wybierzemy się w naukową ekspedycję do niegościnnej i pełnej mrocznych tajemnic Antarktydy (W górach szaleństwa), odwiedzimy pradawną, widmową metropolię pogrzebaną żywcem przez pustynię (Zapomniane miasto), będziemy towarzyszyć dwójce studentów medycyny w pracy nad ożywaniem zwłok (Herbert West – Reanimator), zgłębimy mroczną pojemność przeszłości (Przypadek Charlesa Dextera Warda), odwiedzimy oszołomionych mrokiem artystycznych geniuszy (Muzyka Ericha Zanna, Model Pickmana), poznamy skutki pojawienia się na Ziemi materii z innego wymiaru (Kolor z przestworzy), zamieszkamy wśród kosmicznej cywilizacji (Cień spoza czasu) i wiele, wiele więcej.

Lovecraft pisze językiem kwiecistym, eleganckim, precyzyjnym i plastycznym. Opowieści obfitują w szczegółowe i poetyckie opisy mrocznych i tajemniczych miejsc – prastarych lasów, posępnej miejskiej architektury, odludnych osad i pojedynczych, stojących na uboczu domostw. Niestety, jedna z najbardziej rozpoznawalnych cech jego stylu jest zarazem jego największą wadą – mowa tu o nadużywaniu przymiotników. Pewnych określenia pisarz stosuje wręcz maniakalnie – są to takie wyrazy, jak na przykład: bluźnierczy, przerażający, prastary, itd. O ile początkowo takie przymiotnikowe słowotoki rzeczywiście zagęszczają klimat, o tyle potem zaczynają nużyć. Nadużywanie słów o dużej sile wyrazu początkowo osłabia ich moc, a potem – wręcz ośmiesza, w rezultacie czego to, co miało (i mogło) być straszne, staje się groteskowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu). Poza ”przymiotnikozą” drażni także przesada w opisywaniu mroczności pewnych fenomenów – nieustanne podkreślanie, że są poza wszelkim wyobrażeniem, że nie mieszczą się w głowie, itd. Te niefortunne elementy – te skazy na diamentowym stylu – są prawdopodobnie naleciałościami po lekturze pulpowych magazynów, w których pisarz zaczytywał się z wielką, masochistyczną przyjemnością.

Tłumaczenia tekstów zawarte w tomie są dość starej daty, i z tego, co wiem, znawcy tematu zarzucają im niezgrabność, wybierając raczej nowsze translacje autorstwa Macieja Płazy (dwa tomy wydawnictwa Vesper: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści oraz Przyszła na Sarnath zagłada). Nie miałem okazji porównywać ich między sobą (ani zestawiać ich z anglojęzycznymi oryginałami), ale osobiście czytało mi się je naprawdę dobrze (choć czasami raził mnie w oczy nieodpowiedni, burzący melodię tekstu szyk słów). Skoro jesteśmy przy sprawach technicznych, należy pochwalić wydawcę za wspaniałe wydanie (w tym twardą, świetnie ilustrowaną okładkę) i zganić go za brak posłowia, które mniej zorientowanym w życiu i twórczości Lovecrafta pozwoliłoby na lepsze odnalezienie się w jej zawiłych meandrach. Szkoda również, że w książce zabrakło ilustracji – tego typu proza aż prosi się o wzbogacenie jej nastrojowymi grafikami.

W żadnym wypadku nie jest to literatura, którą da się czytać podczas podróży pociągiem albo na szkolnym korytarzu, dla czystej rozrywki lub zabicia czasu (zresztą rozmiar tomu skutecznie i słusznie do tego zniechęca). Wymaga skupienia, i niejakiego przygotowania – obeznania z literaturą wyższych lotów. Przeciętnemu czytelnikowi beletrystyki delektowania się prozą Lovecrafta z pewnością nie ułatwi też fakt, że całkowicie brak w niej dialogów. Postaci czasami wypowiadają się, ale zawsze są to pozbawione odzewu monologi.

Nie będzie ani cienia przesady, jeśli powiem, że prozę Lovecrafta czytałem z dziecięcą wręcz fascynacją – fascynacją, z jaką w czasach dzieciństwa oglądałem filmy grozy, podczas najstraszniejszych scen chowając się pod kołdrę. Znów dane było mi poczuć odrazę mieszającą się z ciekawością, fascynację bezmiarem tajemnic, oraz niepokój. To horror najczystszej próby. Ze świecą szukać drugiej tak mrocznej prozy w czarnych jak smoła otchłaniach kosmosu.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Zysk i S-ka.

Stephen King – ”Buick 8”

Stephen King - ''Buick 8''Stephen King ma w swoim bogatym dorobku literackim kilka powieści świetnych, ale z jakiegoś powodu niezbyt znanych; książek pozostających w cieniu klasyków, po które czytelnicy sięgają zazwyczaj dopiero po ich (nieraz dwukrotnym) przeczytaniu. Jednym z takich utworów jest właśnie Buick 8. Niewiele brakowało, żebym i ja sam zignorował tę powieść – znam aż nazbyt dobrze Kingowski pociąg do autoplagiatu, toteż kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę książki, pomyślałem sobie: Kolejna po Christine wariacja na temat samochodu-zabójcy. Na szczęście byłem w wielkim błędzie.

Curtis Wilcox, policjant, ginie na służbie w wypadku samochodowym. Jego syn Ned, chcąc załagodzić bolesną tęsknotę, zatrudnia się w miejscu, gdzie ów pracował – w jednostce D. Zmarły policjant wciąż żyje w pamięci swoich współpracowników; jego syn syci się ich reminiscencjami i atmosferą miejsca, w którym pełnił swoje obowiązki, stopniowo samemu stając się jego częścią. Kiedy policjanci uznają Neda za jednego ze swoich, postanawiają wtajemniczyć go w historię tytułowego Buicka 8 – tajemniczego auta od wielu lat stojącego w jednym z baraków.

Akcja rozwija się powoli, ton powieści jest wybitnie gawędziarski, tętni wręcz życiem. Nic dziwnego – jest to przecież jakby opowieść w opowieści. Poszczególne postaci (narracja płynnie przechodzi z jednej na drugą) nie bez sentymentu i emocji wspominają wydarzenia związane z tytułowym autem i towarzyszące im okoliczności. Czytając czułem się tak, jakbym naprawdę siedział z grupką policjantów, przysłuchując się ich dyskusji i czekając, aż będę mógł wtrącić swoje pytania. A tych ciągle miałem mnóstwo.

Zagadka Buicka od samego początku budzi silną ciekawość czytelnika. Samochód okazuje się czymś w rodzaju portalu do innej rzeczywistości – bramy, przez którą (poprzez jego bagażnik) do znanego nam świata przedostają się dziwaczne stworzenia i przedmioty. Każdy z tych żywych i martwych artefaktów przekazuje czytelnikowi strzępek informacji o tym, jak wygląda świat po drugiej stronie, dostarczając przy okazji paliwa jego rozbuchanej wyobraźni. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i mnożą się pytania: Skąd auto wzięło się na Ziemi? Kim są jego konstruktorzy? Do jakiej rzeczywistości prowadzi, i co czeka ludzi, którzy zdecydowali się ją zwiedzić? Co istnienie samochodu mówi o rzeczywistości w ogóle? Nie wszystkie z tych pytań doczekają się odpowiedzi, co mnie osobiście bardzo satysfakcjonuje.

Powieść opowiada również o tym, jak człowiek uczy się żyć z czymś, dla czego nie znajduje żadnego racjonalnego wyjaśnienia; że to, czego logika siłą rzeczy się nie ima, zostaje zepchnięte na drugi plan, na margines spraw zrozumiałych i prozaicznych. Bo i cóż można uczynić z murem, który pojawia się ni stąd, ni zowąd pewnego dnia, i trwa sobie a muzom, niewzruszenie urągając całej naszej z takim trudem zdobytej wiedzy o świecie? Przeciętnemu człowiekowi łatwiej i bezpieczniej jest obejść go, niż dokonać na potrzeby jego istnienia rewizji całego swojego światopoglądu. Jest to niezwykły wykład z ludzkiej natury, której King jest wytrawnym znawcą.

Niestety, w Buick 8 zabrakło naprawdę niepokojących epizodów, które idealnie przystawałyby do całokształtu powieści. Motywy obiektów przybywających z innego świata są wprawdzie nieco upiorne, ale wnoszą przede wszystkim ładunek tajemnicy i makabry. Buick 8 nazwać można raczej książką fantastyczną niż horrorem.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.