Archiwum kategorii: Recenzje

Markiz de Sade – ”Sto Dwadzieścia Dni Sodomy, Czyli Szkoła Libertynizmu”

Markiz de Sade - ''Sto Dwadziescia Dni Sodomy, Czyli Szkoła Libertynizmu''Każdy mol książkowy trafia prędzej czy później na trop lektur stanowiących ogromne wyzwania – intelektualne, estetyczne, czy emocjonalne; dzieła, których legendzie pozwala się wzrastać nim weźmie się je w końcu do ręki, o których namiętnie czyta się w recenzjach i opracowaniach. Ma się je stale na widoku, mniej lub bardziej wyzierają zza horyzontu wszystkich kolejnych dzierżonych w dłoniach książek. Jednym z takich literackich monumentów jawiła mi się powieść Markiza de Sade pt. Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu – słynna na cały świat jako najbardziej nieprzyzwoita książka świata.

Sama fabuła, przynajmniej w założeniach, jest dość interesująca: czwórka majętnych i wpływowych rozpustników spędza cztery miesiące w odciętym od świata zamku, oddając się najrozpustniejszym i najohydniejszym orgiom seksualnym, jakie tylko można sobie wyobrazić. Towarzyszą im 42 porwane osoby oraz cztery wysłużone prostytutki, z których każda ma miesiąc na opowiedzenie 150 wyuzdanych historii ze swojego życia. Kiedy któraś z nich spodoba się libertynom, każą niezwłocznie wcielić ją w życie.

Generalna zasada orgii jest następująca: im dana praktyka jest bardziej nikczemna i obrzydliwa, tym większe wywołuje podniecenie. Czterej panowie nie mogą jednak folgować swoim chuciom do woli – muszą trzymać się zasady, która mówi, że wolno im realizować tylko pomysły z życia zdeprawowanych mówczyń. I tak, prostytutka pełniąca funkcję narratorki pierwszego miesiąca opowiada o namiętnościach prostych, druga – podwójnych (jeden mężczyzna zadowalany przez co najmniej dwie kobiety podczas orgii często zawierających elementy profanacji), trzecia – zbrodniczych, czwarta – morderczych. Niestety (a może i stety), de Sade zdążył ukończyć tylko 1/4 książki – wprowadzenie oraz pierwszych najłagodniejszych 30 dni rozpusty. Wydarzenia ostatnich 3 miesięcy mają formę zaledwie szkicu, lakonicznego spisu bezeceństw doświadczanych przez kolejne narratorki, który Autor zamierzał następnie rozwinąć w pełnoprawną prozę. Książka ta stanowi więc raczej poroniony płód potworka aniżeli wyrośnięte monstrum.

Jedynymi w jakimkolwiek stopniu interesującymi fragmentami powieści są te, w których prostytutka-narratorka Duclos snuje opowieść o początkach swego pełnego rozwiązłości życia. Same opisy libertyńskich orgii są bardzo monotonne i chaotyczne – dostajemy suchy i jałowy jak popiół, kompletnie beznamiętny opis tego, co kto z kim robił. Ciągle tylko wytryski, wzwody, gigantyczne penisy, gwałty, i gówno (o czym wkrótce). Podczas obfitych posiłków libertyni zabawiają się zaś uprawianiem czegoś, co można by określić mianem filozofii rozpusty – rozprawiają o swej nikczemności i racjonalizują ją. Cała ich gadanina sprowadza się w istocie do następujących stwierdzeń: w przyrodzie rządzi prawo siły, człowiek jest zwierzęciem, a popędy są naturalne, i dlatego nie powinno się im opierać.

Pretensje, które rości sobie powieść do miana dzieła filozoficznego, są jednak bardzo nieudolne (pisarz wyłożył swe poglądy znacznie lepiej w powieści Justyna, czyli nieszczęścia cnoty, nomen omen napisanej w przeświadczeniu, że Sto dwadzieścia dni Sodomy uległo zniszczeniu podczas splądrowania Bastylii, w której odsiadywał wyrok więzienia). Tak naprawdę jest to książka o gównie, a ściślej: o jedzeniu go, ejakulowaniu na nie, wysysaniu go z odbytu, smarowaniu się nim, itd. Kał jest dla de Sadego środkiem euforycznej rozkoszy psychofizycznej – wyżej plasują się u niego już tylko tortury oraz morderstwo. Osobiście nie czułem się zniesmaczony opisami wynaturzonych, koprofilnych praktyk, a tylko śmiertelnie nimi znudzony. Cztery godziny czytania o tym, kto oddał kał na kogo i w jaki sposób został on skonsumowany to przysłowiowe flaki z olejem. Na szczęście sytuację ratowały fragmenty tak absurdalne, że pozostawało mi się tylko uśmiechnąć. Poza koprofilią czytelnik znajdzie tutaj opisy innych zboczeń i praktyk seksualnych: seks analny i oralny, masochizm, wyrafinowane tortury, morderstwa z lubieżności, zoofilię, pedofilię i nekrofilię, profanacje. De Sade nie pominął niczego, co obraża moralność. Czwarta część książki (namiętności mordercze) zawiera potworności, które przeciętnemu człowiekowi nie przyszłyby do głowy nawet, gdyby wytężał swoją wyobraźnię dniami i nocami.

Wszystko wskazuje na to, że nawet gdyby pisarz zdołał ukończyć swe dzieło, przeszłoby do historii tylko z powodu zawartych w nim okropieństw, a nie sposobu ich przedstawienia. Bo choć nie ulega wątpliwości, że Sto dwadzieścia dni Sodomy to wytwór człowieka kompletnie zdeprawowanego i obdarzonego najczarniejszą wyobraźnią, to jednocześnie jawi się on w nim marnym grafomanem. Nie ma w tej książce ani krzty stylistycznego wyrafinowania – język jest wulgarny i prostacki, właściwie rynsztokowy. Polecić mogę ją tylko osobom lubiącym mierzyć się z osobliwościami literatury, oraz tym, którzy lubią gówno. Bo, jak już się rzekło, Sto dwadzieścia dni Sodomy to książka o gównie – i to na dodatek wyjątkowo gówniana.

Ocena: 3/10 (słaba)

***

Okładka: Spacja.

Reklamy

Stanisław Lem – ”Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987”

Stanisław Lem - ''Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987''Uwielbiam czytać listy i dzienniki pisarzy; zaglądać do ich umysłów i życiorysów, poznawać ich od strony bardziej ludzkiej. Szczególną rozkosz sprawia mi lektura korespondencji tuzów literatury – postaci, których wielkość i wkład w kulturę jest nie do podważenia. Jak ci wielcy ludzie funkcjonowali na co dzień? Jak podchodzili do kwestii kariery i pieniędzy? Czy talent pisarski wystarczy, by je osiągnąć?

Michael Kandel jest tłumaczem literatury polskiej na język angielski. Przyczynkiem do jego korespondencji z Lemem stał się esej, który napisał na temat jego twórczości. Lem był tak urzeczony wnikliwością jego pracy, że zaproponował mu dokonanie translacji swojej twórczości na potrzeby amerykańskiego wydawnictwa Herder and Herder, z którym w tamtym momencie łączyła go umowa na wydanie 10 książek. Kandel przyjął ofertę.

Motywem przewodnim korespondencji są – czasami traktowane z przymrużeniem oka – tytułowe sława i fortuna, a ściślej: starania obu uczestników epistolarnego dialogu do osiągnięcia ich. Oczywiście, pięćdziesięcioletni Lem miał już na koncie wydanie wielu ze swoich największych dzieł – w tym Cyberiady, Solaris, Głosu pana, Pamiętnika znalezionego w wannie – i był pisarzem dość zamożnym, docenianym w Polsce i radośnie odkrywanym za granicą.

Nie było jednak tak, że – jak mógłby z góry założyć świeżo upieczony czytelnik – pisarzowi o tak genialnym umyśle i talencie podbicie obcych rynków wydawniczych poszło jak po maśle. Listy pokazują dobitnie, że było wręcz odwrotnie, że nawet najwartościowsza literatura nie obroni się sama. Na tym etapie swojej pisarskiej kariery Lem nie mógł pozwolić sobie na to, żeby po prostu usiąść i pisać – znaczną część czasu i energii spożytkowywać musiał na opracowywanie strategii podbicia rynku, przebijanie się ze swoją twórczością do potencjalnych odbiorców, poprawianie translacji i kwestie stricte biznesowe. Co i rusz uskarża się na koszmarnie słabe tłumaczenia swoich książek, nierzetelność wydawców, słabą promocję, błędny odbiór, wolno skraplające się profity. Niebywały sukces, który osiągnął, został okupiony niezłomnym uporem, tytaniczną pracą i benedyktyńską cierpliwością.

Bodaj najtrudniejszym rynkiem okazały się właśnie Stany Zjednoczone. Wydawana tam SF schlebiała swym poziomem niewyrobionym czytelniczo gustom osób poszukujących w literaturze niskich lotów eskapistycznej rozrywki. Triumfy święciły tam np. pulpowe magazyny. Wytrawniejsi czytelnicy z kolei trafnie kojarzyli SF z tandetą i unikali jej jak ognia. Lem, którego twórczość nie miała nic wspólnego ze ”śmieciowym” SF, był więc na starcie spalony dla jednych i drugich. Z tych właśnie przyczyn przekłady Kandla, choć bliskie doskonałości, nie przynosiły mu należytej gratyfikacji finansowej. Lem nie pozostawiał tłumaczowi złudzeń co do tego, że pracę którą wkłada w translację jego książek powinien traktować jako inwestycję długoterminową i dodatkowe źródło dochodu, że fame & fortune nie przychodzą z dnia na dzień.

Relacja Lema i Kandla, początkowo oparta stosunku autor-czytelnik i autor-tłumacz, ulega z czasem ewolucji. Panowie zaczynają określać ją (jak miało się później okazać, być może zbyt szumnie) mianem przyjaźni, a kiedy Kandel wyjawia Lemowi, że pracuje nad pierwszą powieścią SF, staje się bogatsza o płaszczyznę mistrz-uczeń. Warto dodać, że pisarz przez długi czas bezskutecznie namawiał tłumacza do pokazania mu maszynopisu, a gdy już go otrzymał, poddał go dogłębnej i miażdżącej (choć wciąż życzliwej) krytyce. Niestety, ich znajomość nie wytrzymała jej ciężaru – stosunki korespondentów uległy oziębieniu, a w końcu wygasły całkowicie. Sam Kandel zadeklarował zaś, że nie napisze już żadnej powieści. Na szczęście z czasem zdołał się otrząsnąć – wydał ich 4 (ostatnią w 1996 roku).

Listy dają czytelnikowi bezcenną możliwość styczności z Lemem-człowiekiem – osobą przenikliwą, stanowczą, dosadną (czasami być może zbyt dosadną), życzliwą i potrafiącą doskonale dbać o swoje interesy. Nie jest jednak Lem niewzruszonym nadludzkim monolitem – często uskarża się na znużenie życiem i poczucie wypalenia twórczego. Wydaje się, że fundament tych dolegliwości stanowiło zwątpienie w sens pisarskiej misji. Lem doskonale zdawał sobie sprawę z dydaktycznej wartości wielu swoich dzieł (walory niektórych kwestionował), ale wiedział też, że z przyczyn pozaliterackich nie są w stanie należycie rezonować w odbiorcach.

Warto dodać, że nie ma chyba tematu, na który Lem nie miałby do powiedzenia czegoś ciekawego, a na dodatek zazwyczaj czyni to w wielkim stylu. Korespondencja cechuje się więc wysokimi walorami literackimi i sprawi wielką przyjemność nawet osobom słabo zorientowanym w jego twórczym dorobku. Stali czytelnicy będą zachwyceni fragmentami, w których Lem dokonuje autointerpretacji swoich książek. Największą frajdę sprawiają refleksje na temat Pamiętnika znalezionego w wannie – bodaj najmroczniejszej i najbardziej tajemniczej ze wszystkich jego powieści. Pisarz uchyla także rąbka tajemnicy na temat swoich inspiracji oraz warsztatu pisarskiego (przyznaje, że Szpital przemienienia pisał tak, ”jak ptaszek śpiewa, bezwiednie”, ale już np. dla napisania 30 stron wykładu Golema XIV zużył 500 arkuszy papieru!).

Wydawca zdecydował się nie umieszczać w tomie listów Kandla, motywując tą decyzję faktem, iż był on o wiele mniej zaangażowany w dyskurs. Osobiście jestem tym trochę zawiedziony – ich obecność nie tylko rozjaśniłaby kontekst pewnych wypowiedzi Lema, ale i pozwoliła na zagłębienie się od kuchni w niuanse i meandry sztuki translatorskiej, która w tym przypadku musiała być iście wirtuozerska (translacja Lemianizmów była wyższą szkołą jazdy dla tłumaczy na całym świecie).

700 stron listów Lema do Kandla to nie tylko nie lada gratka dla wielbicieli jego twórczości, ale i książka najzwyczajniej w świecie świetna sama w sobie. Po prostu trzeba przeczytać!

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Wydawnictwo Literackie

Douglas W. Pryor – ”Pedofilia. 30 Wywiadów z Pedofilami”

douglas w. pryor – ''pedofilia. 30 wywiadów z pedofilami''

Mało rzeczy wzbudza w społeczeństwie tak skrajne emocje i jednoznaczne potępienie, jak pedofilia. Większość przeciętnych obywateli jest zdania, że sprawca seksualny to potwór, który za sprawą popełnionych przestępstw raz na zawsze pozbawia się człowieczeństwa, i z miejsca należałoby go powiesić; odmienne podejście do tematu przejawiają natomiast specjaliści znający zjawisko od strony naukowej. Jednym z nich jest socjolog Douglas W. Pryor.

Po co jednak zastanawiać się nad uczuciami pedofila? Dlaczego próbować zrozumieć go, zagłębiać się w jego świat? Czy nie lepiej skupić się na ofiarach? Odpowiedź jest prosta, choć skrywa się za zasłoną zrozumiałego wzburzenia: tylko to pozwoli na opracowanie skutecznego programu terapeutycznego dla pedofilów i zwiększenie prewencji, a w rezultacie – na uczynienie świata bezpieczniejszym dla dzieci. Nie sposób przeciwdziałać złu, nie rozumiejąc go – a przecież lepiej zapobiegać, niż leczyć.

Autor wyjaśnia, że rasowy pedofil (tzw. sprawca zafiksowany) – a więc taki, dla którego dzieci są preferowanym obiektem seksualnych ciągot – zdarza się dość rzadko. Znacznie częściej sprawca molestowania to osoba (w domyśle – mężczyzna), która zaczyna odczuwać pociąg do dzieci na wskutek pewnych perturbacji życiowych (sprawca sytuacyjny). W swojej książce Pryor bada przypadki 30 mężczyzn zaliczających się do tej drugiej grupy. Podstawą analizy były wielogodzinne, głębokie wywiady, na które każdy z nich zgodził się dobrowolnie. Co ważne, wszyscy oni mieli za sobą uczestnictwo w programie terapeutycznym, dzięki czemu rozumieli swoje postępowanie i emocje. Wielu z nich w momencie rozmowy przebywało we więzieniu.

Nawet doświadczeni klinicyści mają problem z przełamywaniem oporu przed rozmową z pedofilami i leczeniem ich; przed tym większą trudnością staje pozbawiony akademickiego zaplecza czytelnik. Specjalistyczna analiza, której autor poddaje przypadki swoich rozmówców i ich relacje, jest bardzo rzetelna i – co równie ważne – napisana bardzo przystępnym językiem. Mimo to ciężko określić lekturę mianem gładkiej i przyjemnej – niezwykle hojnie cytowane opowieści pedofilów są tak dosadne i plastyczne, że co wrażliwsi czytelnicy nie będą w stanie przez nie przebrnąć. Zjawisko jest po prostu tak odrażające, że samo myślenie o nim sprawia, iż człowiek czuje się skalany.

W poszczególnych rozdziałach książki autor analizuje dzieciństwo sprawców, ich dorosłe życie, przejście w tryb molestowania, metody jakimi posługują się by utrzymać seksualną relację i zachować ją w tajemnicy, wreszcie – zakończenie molestowania i publiczną demaskację. Czytelnik zyskuje więc dostęp do życia umysłowego pedofila na każdym etapie jego przestępczej działalności – dowiaduje się, co myślał i czuł odkrywając w sobie pociąg do dzieci, walcząc z nim, ulegając mu i rozwijając go. Jak mężczyźni ci postrzegali samych siebie w trakcie napastowania ofiary i po jego zakończeniu? Czy zdawali sobie sprawę z wyrządzanej jej krzywdy? Co sprawia, że pozornie zdrowy mężczyzna zaczyna napastować dziecko – często swoje własne: krew z krwi, kość z kości?

Autor dowodzi, że nie istnieje jeden konkretny powód, dla którego mężczyzna przekracza granice seksualne dziecka – do molestowania dochodzi wtedy, kiedy utajone predyspozycje pedofilne sprawcy (zazwyczaj mające swe źródło w traumach z czasów dzieciństwa) uaktywniają się pod wpływem wielu rozmaitych czynników, sumujących się w poczucie ogólnego kryzysu życiowego. Pryor stawia zresztą piorunującą i popartą solidnymi przesłankami tezę, że wielu potencjalnych sprawców molestowania przeżyje życie nie odczuwając pociągu seksualnego do dziecka tylko dlatego, że nie wyzwolą go pewne życiowe okoliczności.

Ciężko wyrazić słowami podziw dla tytanicznej pracy, jaką Autor włożył w badanie subiektywnej rzeczywistości pedofilów oraz ich perwersji. Dzieło, którym zaowocował ten wysiłek, pozwala zrozumieć, jak rodzi się zło, jak funkcjonuje, i jak można je zatrzymać – a może nawet mu zapobiec. Na koniec warto odnotować, że kiedy w cztery lata po przeprowadzeniu wywiadów Autor wybadał życie swoich rozmówców, okazało się, że żaden z nich nie powrócił do molestowania. Jest to koronny dowód na sensowność pracy ludzi zgłębiających najmroczniejsze zakamarki ludzkiej psychiki.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne

Robert A. Monroe – ”Podróże Poza Ciałem”

Robert A. Monroe - ''Podróże Poza Ciałem''Robert Monroe był twardo stąpającym po ziemi realistą i dobrze prosperującym biznesmenem. Fenomeny określone powszechnie mianem nadnaturalnych nigdy nie były obiektem jego zainteresowań, w najmniejszym nawet stopniu nie absorbowały go również kwestie religijne. Zmieniło się to dla niego dopiero w wieku 43 lat, kiedy to – zupełnie spontanicznie – zaczął doświadczać podczas zasypiania poczucia oddzielania się świadomości od ciała fizycznego. Doznania te początkowo wpędziły go w lęk przed chorobą psychiczną albo rakiem mózgu, gdy jednak okazało się, że jest zdrów, postanowił chwycić byka za rogi i sprawdzić, do czego go to doprowadzi.

To nie jest kolejna książka nawiedzonego ezoteryka. Czytelnik nie znajdzie w niej zagmatwanych i piętrzących się pod samo niebo struktur teoretycznych. Monroe to człowiek o otwartym, ale chłodnym, racjonalnym umyśle. Do swych niezwykłych doznań podchodził z ostrożnością i sceptycyzmem – nie dał im się zwariować do samego końca swojego życia. Nawet jeśli podejmował próby interpretacji pewnych doświadczeń, był świadom swej omylności w tej tak przecież delikatnej i słabo zbadanej materii. Jeśli ktoś mógł napisać naprawdę wartościową książkę na temat OOBE – to tylko ktoś dokładnie taki, jak on.

Pomiędzy pierwszym OOBE Autora a premierą tej pionierskiej pozycji rozciąga się dystans prawie 15 lat. W tym czasie Monroe przeżył kilkaset wyjść, wiele z nich opisując w swoim prywatnym dzienniku. Sporo tych zapisków umieścił następnie w książce; są to relacje bardzo dynamiczne, szczegółowe i kolorowe. Podróżnik odwiedza w nich wiele miejsc i spotyka wiele istot (ludzkich oraz duchowych); opisuje także liczne eksperymenty, które przeprowadzał by zweryfikować realność OOBE.

Monroe wyróżnia trzy główne realia, w które może trafić podróżnik – nadał im nazwy: Obszar 1, Obszar 2, Obszar 3. Pierwszy z nich, to znana nam z życia codziennego rzeczywistość fizyczna. Trzeci – świat fizyczny równoległy do naszego (być może inna planeta). Obszar 2 jest miejscem najniezwyklejszym i zarazem odwiedzanym najczęściej – to przestrzeń pozbawiona czasu, którą zaludniają agresywne pasożyty energetyczne, zmarli, oraz bliżej niesprecyzowane byty duchowe. Niektóre rejony Obszaru 2 przypominają piekło, inny (Monroe nazywa go Domem) – rajskie miejsce, z którego wszyscy przyszli i do którego wszyscy zmierzają.

Szczerość Autora nie powinna budzić w czytelniku wątpliwości – wierzę w to, że rzeczywiście doświadczył on tego, co opisał, sporna może być za to kwestia natury tych zjawisk. Czy poczucie oddzielenia się świadomości od ciała fizycznego i następujące po niej doświadczenia to coś więcej niż tylko rodzaj wyrafinowanego snu? Wieloletnie praktykowanie eksterioryzacji utwierdziło Monroe w przekonaniu, że świadomość naprawdę opuszcza ciało fizyczne, a życie po śmierci istnieje – choć nie ma wymiaru znanego nam ze świętych ksiąg stanowiących podwaliny wierzeń religijnych.

Ale czytelnik nie musi wierzyć Autorowi na słowo – wykonanie projekcji astralnej leży w możliwościach każdego człowieka, a żaden opis nie jest w stanie oddać jej niezwykłości. W Internecie znaleźć można opisy całej masy technik pozwalających osiągnąć ten stan. Wiele z nich jest dużo prostszych niż metoda opisywana przez Monroe pod koniec książki.

Podróże poza ciałem to niekwestionowana klasyka dotycząca OOBE – pozycja, którą powinien przeczytać każdy człowiek interesujący się tym fenomenem. Jeśli próbowaliście wejść w ten stan ale brakowało wam motywacji i uporu, to podczas lektury otrzymacie solidny ich zastrzyk.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Galaktyka.

Stephen King – ”Serca Atlantydów”

Stephen King - ''Serca Atlantydów'' (1)Są książki, których nie można nazwać inaczej, jak po prostu magicznymi – historie, które pochłaniają czytelnika całkowicie, sprawiają, że nie jest w stanie oderwać się od nich nawet na potrzeby zaspokojenia głodu i snu. Taką książką bez wątpienia jest zbiór opowieści Stephena Kinga pt. Serca Atlantydów.

Pierwsza historia (z uwagi na objętość można o niej mówić jako o mini-powieści) opowiada o nastolatku wplątanym przez podstarzałego sąsiada w paranormalną, kosmiczną awanturę. Pojawia się w niej też kilka postaci będących bohaterami następnych opowieści, przedstawiających ich już to wkraczających w dorosłość, już to dorosłych. Drugi utwór to okraszona masą humoru nowela obyczajowa osadzona w realiach miasteczka akademickiego. Trzeci i czwarty tekst to opowiadania, których bohaterami są weterani wojny w Wietnamie, piąty to opowiadanie zgrabnie scalające w jedną całość wszystkie poprzednie utwory.

Ponad połowa akcji książki dzieje się w latach 60. I 70. ubiegłego wieku. Dla USA był to czas wielkich przemian politycznych i społecznych; młode pokolenie, do którego należała przyszłość, wyrastała na twardym gruncie, wymagającym od niej wiele wysiłku niezależnie od tego, czy wybierała drogę dostosowania się, czy buntu. Bohaterowie Serc Atlantydów to – w większości i przez lwią część książki – ludzie młodzi, dopiero szukający swojego miejsca w świecie i w życiu. King z wirtuozerią opisuje ich poczynania oraz życie wewnętrzne – pragnienia, lęki, słabości i motywacje. Oczywiście, nie wszystkie dają się lubić (jak choćby hazardzista Ronnie, albo niezrównoważona emocjonalnie, chytra i perfidna matka Bobby’ego), ale wszystkie są na tyle wiarygodne, że zżycie się z nimi i przejęcie ich losami jest kwestią zaledwie odruchu.

Niezwykle istotnym motywem pojawiającym się we wszystkich opowieściach jest wojna w Wietnamie. King najpierw oddaje gęstą atmosferę buntu młodych ludzi wobec bezsensu przelewu krwi i ich zagrożenia poborem, by potem skupić się na wpływie, który ta akcja militarna wywarła zarówno na jednostkach, jak i całym pokoleniu. Dla bohaterów dwóch przedostatnich opowiadań Wietnam okazuje się piekłem na ziemi, z którego duchowo nie można wyrwać się inaczej, niż poprzez śmierć.

Efektem ubocznym lektury Serc Atlantydów jest refleksja czytelnika nad jego własną osobą i życiem – rozziewem pomiędzy tym, kim był, a kim się stał, nad straconymi szansami, niespełnionymi marzeniami, stopniem w jakim urzeczywistnił własny potencjał, podstępnym w swej pozornej powolności upływem czasu, nieuchronnym rozstajem dróg, do którego prędzej czy później zmierza każda przyjaźń z czasów dzieciństwa.

Serca Atlantydów z pewnością nie wywołają u czytelnika niepokoju i wstrząsu, za którego większość fanów Kinga sięga po jego twórczość – tym razem mamy do czynienia z literaturą nostalgiczną i refleksyjną. Owszem, i tutaj pojawia się trochę pełnokrwistej makabry (we wspomnieniach weteranów wojennych dotkniętych zespołem stresu pourazowego), jak i wątki fantastyczne (stali czytelnicy dostrzegą nawiązania chociażby do cyklu Mroczna Wieża i powieści Buick 8) ale mają one zdecydowanie drugoplanowe znaczenie. I dobrze, bo świat zaczarowany przemijaniem okazuje się na tyle magiczny, że nie wymaga koloryzowania go wątkami paranormalnymi.

Czego zabrakło, żeby wystawić książce najwyższą notę? Obszernej historii rozgrywającej się w samym sercu zielonego piekła Wietnamskiej wojny. Owszem, opowiadania których bohaterami są weterani wojenni wnoszą do książki dużo cennej treści, jednak pozostawiają po sobie silny niedosyt.

Serca Atlantydów to lektura warta każdej poświęconej jej sekundy (i grosza). To niezwykle sprawnie napisane, nostalgiczne historie, do których będziecie wracać z przyjemnością.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Vladimir Nabokov – ”Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze”

Vladimir Nabokov - ''Pamięci, Przemów. Autobiografia Raz Jeszcze'' (1)Vladimir Nabokov jest jednym z moich ulubionych pisarzy. Fascynuje mnie jego literackie hochsztaplerstwo, kunsztowny styl, umiejętność tworzenia diabolicznych postaci. Ciekawość tego, jakim człowiekiem prywatnie był ten wybitny twórca – jaką posiadał osobowość, jaki prowadził tryb życia, co ukształtowało go jako pisarza – towarzyszyła mi już od przeczytania pierwszej jego książki (słynnej Lolity). Nim dowiedziałem się o tym, że napisał autobiografię, pochłonąłem połowę jego książek. Zakupiłem ją niezwłocznie, mając nadzieję poznać wirtuoza słowa od strony prywatnej.

Książka obejmuje pierwszych czterdzieści lat życia Autora – a więc spędzone w Rosji czasy młodości oraz Niemiecką emigrację. Mimo tak dużej rozpiętości czasowej, stanowi przede wszystkim nostalgiczną opowieść o rajskiej krainie dzieciństwa – błogim, na zawsze utraconym świecie, za którego granicami rozciąga się (niczym za bramą Biblijnego Edenu) padół łez, poniewierki i ciężkiej pracy. Nabokov nie popada jednak ani w płaczliwy sentymentalizm, ani w suchą i chłodną faktografię; wspina się na wyżyny swoich literackich możliwości, tworząc jedyną w swoim rodzaju autobiograficzną prozę poetycką.

Przyznam, że jestem dość mocno rozczarowany niewielką ilością wspomnień autora związanych z jego pisarstwem. Spodziewałem się przeczytać o tym, jak pracował nad książkami, jak kształtował się jego gust czytelniczy, jak radził sobie ze swym niedostatecznie docenianym przecież (i niedostatecznie opłacanym) talentem. Choć jeszcze przed ukończeniem czterdziestego roku życia Nabokov zdążył spłodzić aż 8 powieści, dopóki na światło dzienne nie wyszła skandaliczna Lolita, znany był stosunkowo niewielkiej rzeszy odbiorców, a na życie zarabiać musiał pracą wykładowcy; widmo dostąpienia zaszczytu bycia odkrytym przez masowego czytelnika dopiero po śmierci, z roku na rok coraz bardziej roztaczało nad nim swój ponury urok. Czy pisarz nie dostrzegał go, czy też po prostu najzwyczajniej w świecie nie zawracał sobie nim głowy? W jego autobiografii brak odpowiedzi na to pytanie.

Czytelnicy Nabokova dobrze wiedzą o jego dwóch wielkich pozaliterackich pasjach: motylach, i szachach. Pisarz łowił i kolekcjonował motyle od najmłodszych lat, pisał również specjalistyczne artykuły do czasopism lepidopterologicznych, pracował w instytucie zoologicznym, zaś na starość przekazał kilku muzeom prywatne kolekcje łuskoskrzydłych zawierające kilka tysięcy okazów. Jako szachista zajmował się układaniem finezyjnych zadań szachowych do magazynów specjalistycznych. Jakiej to luki Nabokov nie był w stanie wypełnić w swoim życiu pisaniem wybitnej prozy? Czego dokładnie poszukiwał w tak osobliwych zajęciach? Pisarz udziela na te pytania absolutnie olśniewających w swej poetyckości odpowiedzi.

Nabokov planował napisanie drugiej części autobiografii, dotyczącej jego życia w Ameryce. Wielka szkoda, że projekt ten nie doczekał się realizacji – to właśnie tam jego kariera rozkwitła na dobre, pozwalając mu na utrzymywanie się wyłącznie z pisania książek. Książka taka mogłaby rzucić dodatkowe światło na najwspanialsze powieści, które napisał – a napisał je właśnie w języku angielskim. Na szczęście znajomość życiorysu Nabokova również w pewnej mierze pomaga lepiej zorientować się w jego dorobku literackim – na przykład pewne szczególnie często pojawiające się w nim motywy, jak chociażby bohater-emigrant.

Wartość autobiografii Nabokova nie zamyka się w tym, co zdradza na temat jego życia prywatnego – to przede wszystkim literatura wspaniała sama w sobie, i druga (zaraz po Lolicie) najlepsza pod względem stylistycznym książka tego pisarza w ogóle – dzieło godne perypetii życiowych jednego z najtęższych umysłów XX wiecznej literatury.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Zaproszenie na Egzekucję”

Vladimir Nabokov - ''Zaproszenie na Egzekucję'' (1)Cyncynat C. zostaje uznany winnym gnozeologicznej zgnilizny oraz bycia nieprzenikalnym w świecie wypłowiałych z indywidualizmu ludzi, i skazany przez nich na karę śmierci. Wykonania egzekucji – jej dzień wszyscy ukrywają przed nim w tajemnicy – oczekuje w celi ponurej twierdzy. Tam też, doglądany przez służbę więzienną, dla zabicia czasu i pozostawienia świadectwa swego istnienia, usiłuje spisać myśli i uczucia.

Choć zdecydowana większość wydarzeń rozgrywa się w ciasnej celi Cyncynata, przez cały czas daje się odczuć przytłaczająca obecność świata zewnętrznego. Miejscem akcji jest państwo w ostatnim stadium rozwoju raka totalitaryzmu, w którym pasożyt, nie bacząc na własną zgubę, jest o krok od uśmiercenia żywiciela. Wszechobecna, bezduszna szarość i monotonia, ogromny regres technologiczny – świat wydaje się resztką sił tłuc głową o mur w ślepym zaułku, bez szansy na odrodzenie.

Najstraszliwszym elementem tego beznadziejnego krajobrazu jest martwota społeczna. Społeczeństwo, w którym odrębność uległa niemal kompletnemu zatarciu, staje się szarą masą, w której nie ma ludzi niezastąpionych: wszystkich można wymienić na wszystkich, a zatem życie w wymiarze jednostkowym – jak w mrowisku – nie ma najmniejszego znaczenia (i dlatego też władza nad nim tego znaczenia nie posiada, co być może jest najważniejszym rezultatem reżimu – i jednocześnie głównym powodem jego upadku). Bystry czytelnik stanie się naocznym świadkiem wprost rozbrajającej dosłowności takiego stanu rzeczy.

Jednocześnie rzuca się w oczy dziwaczna, nachalna i jarmarczna teatralność miejsc, wydarzeń i postaci – teatralność podkreślana przez narratora wprost poprzez stosowny dobór słów (pojawiają się takie wyrazy, jak: rekwizyt, sztuka, itd.). Wszyscy, poza głównym bohaterem, zdają się być aktorami grającymi z pasją role w groteskowej, niskobudżetowej maskaradzie. Więzienne życie Cyncynata z każdym rozdziałem przeistacza się w coraz głębszy surrealistyczny i groteskowy koszmar, przywodzącym na myśl kafkowskie koszmary (z którymi jednak Nabokov pisząc swą powieść nie miał styczności).

Życie po śmierci jest jednym z najczęściej pojawiających się motywów w książkach Nabokova, a Zaproszenie na egzekucję eksploatuje go bodaj najlepiej z ich wszystkich. Sztuczność świata powieściowego zdaje się przemycać Cyncynatowi myśl, że nasze życie doczesne jest tylko spektaklem, poza którego inscenizacją rozciąga się inna, prawdziwa rzeczywistość. Możliwość istnienia życia pozagrobowego (bohater niejasno przeczuwa jego istnienie w sennych majakach) jest jedyną nadzieją Cyncynata na zaznanie wolności – wszak poza murami więzienia rozciąga się tylko więcej niewoli: świat omotany i skneblowany totalitaryzmem. Nadzieja na wyzwolenie nie dość, że nikła, jest jednak przyćmiona przez groteskową makabryczność sposobu, w jaki ma się ono dokonać (ścięcie).

Jak zwykle u Nabokova, postaci dramatu dają się zliczyć na palcach jednej ręki. Nieprzyzwoicie wręcz uczynna służba więzienna, nachalnie przyjazny współosadzony Pierre, dziecinna (zgodnie zresztą ze swoim wiekiem) Emmoczka, potworna w swej nijakości żona i matka Cyncynata – i wreszcie sam bohater, targany lękiem przed śmiercią i kompletnie wyalienowany – krańcowo obcy w świecie, w którym narodził się i przeżył całe swoje życie.

Ważną część powieści stanowią zapiski jej bohatera. Cyncynat, czując wiszący nad jego głową katowski topór, ale nie znając dnia ani godziny, w której opadnie, pisze tak, jakby każde zdanie mogło być jego ostatnim – pisze, można by rzec, za atrament mając własną krew, ważąc każde słowo na jej wagę. Z wywodów tych bije śmiertelna groza i wyzwolone za jej pośrednictwem natchnienie.

Zaproszenie na egzekucję to bez dwóch zdań jedna z najlepszych powieści Nabokova – osobiście stawiam ją na trzecim miejscu, zaraz po skandalicznej Lolicie i Bladym ogniu. Koneserzy wysmakowanej i pełnowartościowej literatury będą powieścią zachwyceni.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Muza S.A.