Archiwum kategorii: Recenzje

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Reklamy

Paulo Coelho – ”Alchemik”

Paulo Coelho - ''Alchemik''Nim zabrałem się za Alchemika, naczytałem się o nim, naczytałem. Większość odbiorców gromiła tę najsłynniejszą powieść Coelho za jej banalność i pseudo-odkrywczość, niektórzy jednak – i było ich całkiem sporo, nawet wśród czytelników dość mocno w bojach czytelniczych już zaprawionych – chwaliło za mądrość życiową. O ile zwykle podchodzę sceptycznie do takich nagonek – zdarza się, że besztane z błotem są książki naprawdę oryginalne i dobre – tak tym razem spodziewałem się właśnie totalnej klapy. Cóż ukrywać: nie pomyliłem się.

Bohaterem powieści jest Santiago, pasterz owiec. Po tym, jak zrezygnował ze święceń kapłańskich, błąka się po Andaluzji nigdzie nie zagrzewając na dłużej miejsca. W nocy śni mu się kilkukrotnie skarb zakopany w Egipcie, wśród piramid. Gdy udaje się do wróżbitki z prośbą o wyjaśnienie znaczenia majaku, ta poleca mu udać się na poszukiwania fortuny. Wkrótce też spotyka na swojej drodze mędrca, który tytułuje się królem Salem i naprowadza go na jego właściwą życiową ścieżkę, polecając mu podążać nią. Santiago udaje się w podróż do Egiptu.

Przesłanie Alchemika jest następujące: człowiek powinien podążać za swoimi marzeniami, gdyż tylko to pozwoli mu stać się najlepszą wersją samego siebie, co na dobre wyjdzie nie tylko jemu samemu, ale i całemu światu. Przekaz ten, równie szlachetny co banalny, ubrany jest niestety w tanie łachmany pseudofilozoficznego i pseudopoetyckiego bełkotu. To zresztą właśnie cały Coelho: najpierw przyodziewa oczywistości i niezbyt odkrywcze prawdy życiowe w określenia trącące metafizyką, a potem objaśnia je, nadając im pozory wzniosłości. Napomknięcia (jakże liczne, jakże liczne!) o Własnej Legendzie, o Duszy Wszechświata, Wojowniku Światła i co tam jeszcze, na początku irytują, potem już zwyczajnie śmieszą. Czytając Alchemika miewałem silne poczucie, że oto obcuję z wytworem niegroźnego szaleńca. Bo (wybaczcie określenie) system filozoficzny przedstawiony w powieści jest na swój sposób spójny – tyle, że jest głupi i nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Równie dobrze mógłby to być poradnik o tym, jak żyć na księżycu.

Weźmy chociażby przykład anglika podróżującego z Santiago do oazy. Poszukuje on Alchemika, by dowiedzieć się, w jaki sposób wyprodukować kamień filozoficzny. Odnaleziony mędrzec po prostu mówi mu, żeby spróbował to zrobić. I co się dzieje? Ów anglik, który mógł uczynić to dekadę wcześniej, robi to dopiero teraz, za jego przyzwoleniem. Nawet jeśli potraktować ten wątek w charakterze przypowieści objawiającej prawdę życiową (banalną do bólu: że wcale nie potrzeba czyjejś zgody do spełnienia swoich marzeń), jest on wprost idiotyczny.

Sporo w Alchemiku również nadzwyczajnych bzdur. Mowa o podniosłych stwierdzeniach, że Wszechświat działa na korzyść ludzi mających odwagę dążyć do ziszczania swoich marzeń (samorealizacji i szczęścia w miłości), że świat przepełniają znaki wskazujące właściwą drogę postępowania i można nauczyć się je czytać, itd. Zresztą bzdury te najlepiej chyba tłumaczą sukces komercyjny Alchemika: ludzie lubują się w wierze w tego typu słodkie i wygodne kłamstewka. Osobom poszukującym w życiu motywacji do pracy nad sobą i swoim życiem poleciłbym raczej książki z zakresu rozwoju osobistego.

Ocena, jaką przyznaję powieści nie jest niższa tylko dlatego, że, cokolwiek by nie mówić, napisana jest przynajmniej z poszanowaniem zasad gramatyki. Przypadło mi też do gustu jej całkiem przewrotne zakończenie. Dobry człowiek z tego Coelho, poczciwa z niego dusza, ale niestety marny pisarz i raczej słaby myśliciel. W Alchemiku nie ma ni rozrywki, ni napięcia, ni prawdziwej mądrości.

Ocena: 3/10 (słaba).

***

Okładka: Drzewo Babel

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stanisław Lem – ”Sknocony Kryminał”

Stanisław Lem - ''Sknocony Kryminał''Nowy Jork. Cavish, prywatny detektyw, dostaje od mężczyzny nazwiskiem Washer zlecenie zbadania podejrzanych okoliczności śmierci jego przyjaciela, Cyryla Maystersa. Kiedy detektyw przybywa na spotkanie ze zleceniodawcą, okazuje się, że ten wyzionął ducha w aucie oczekując na jego pojawienie się. Cavish kradnie z jego portfela 500 dolarów, po czym, wiedziony wyrzutami sumienia, podąża tropem ku rozwiązaniu zagadki. Pomaga mu w tym córka Washera, Zuzanna. Tak przedstawia się fabuła ”Sknoconego Kryminału” – niedokończonej powieści Stanisława Lema, znalezionej w jego archiwum już po śmierci Autora.

W powieści niemal wcale nie czuć potężnej osobowości pisarza i jego super-intelektu. Lem jawi się w niej nie jako wielki myśliciel i wizjoner, a po prostu bardzo zręczny beletrysta, który wszystkie sztuczki pisarskie ma w czubku małego palca. Doskonale wie, jak zaciekawić czytelnika, jak wodzić go za nos, zbić go z tropu i budować napięcie, jak nadać głębię głównemu bohaterowi i tchnąć życie w jego relacje z innymi postaciami.

O ile ”Śledztwo” oraz ”Katar” przełamywały schemat gatunku, o tyle niniejsza powieść to kryminał pełną gębą (jeśli nie liczyć tego, że utwór urywa się pod sam koniec, pozostawiając czytelnika zdanego na własne domysły, co z tradycją kryminału stoi w jaskrawej sprzeczności, ale co też nie było celowym zabiegiem ze strony autora). Zawiera wszystkie klasyczne dla tego gatunku elementy: samotnego i steranego życiem detektywa, bezowocną znajomość z piękną kobietą, pieniądze, wiele dialogów, mnożące się tajemnice, ścielącego się gęsto trupa i wartką akcję. Powieść nie posiada też żadnego głębszego tła filozoficznego, brakuje w niej też górnolotnych opisów przyrody, itd. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to jedyna powieść Lema w pełni kwalifikująca się do kanonu literatury czysto rozrywkowej.

”Sknocony Kryminał” jest wielce interesujący z jednego jeszcze powodu: daje wgląd w proces twórczy Lema. W druku uwzględniono kursywą alternatywne wersje wydarzeń, a nawet sporządzone na gorąco, ledwo zrozumiałe notatki dotyczące dalszego rozwoju akcji. Dla osób interesujących się warsztatem pisarskim Lema, który wszystkie swoje brudnopisy spalił przed śmiercią, jest to niuans bezcenny.

W tomie znalazły się również dyktanda Stanisława Lema, którymi uczył swego siostrzeńca Michasia zasad ortografii. Nie są to nudne jak flaki z olejem teksty, którymi po dziś dzień katuje się uczniów szkół podstawowych, a porywające, i utrzymane głównie w makabrycznym tonie humoreski. Pojawiają się w nich asocjacje, gierki słowne, zdumiewające absurdy, zawijasy językowe (dzięki temu wielką przyjemność sprawia czytanie ich na głos), ciekawe wyrazy, itd. Każdy z tych kilkudziesięciu utworków stanowi więc małe dziełko sztuki.

Humorystyczny wydźwięk ma również krótka sztuka bezlitośnie ośmieszająca socjalizm i jego piewców. Podczas jej czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Podobno sam Lem od czasu do czasu odczytywał ją głośno, modulując głos, by ulżyć swej frustracji (utwór trzymał schowany właśnie w maszynopisie ”Sknoconego Kryminału”).

Jeśli przepadacie za kryminałami, i jesteście ciekawi, jak to jest, gdy akcja dobrego utworu urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając was zdanymi na własne domysły i wyobraźnię – ”Sknocony Kryminał” jest powieścią dla was. Nie jest to w żadnym wypadku literatura wielka (nie była zresztą nawet w założeniach być tworem ambitnym), ale czytadło z niej bardzo przyzwoite. Warto również nabyć tom z uwagi na kunsztowne ”Dyktanda…” – kto wie, czy wasze dzieci nie będą potrzebowały wyrafinowanych lekcji zasad ortografii?

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 2''Drugi i zarazem ostatni tom dzienników Edwarda Stachury obejmuje zapiski prowadzone przez niego w latach 1974-1979, i jest objętościowo większy od tomu poprzedniego. I tym razem do czynienia mamy nie z regularnym dziennikiem, a raptularzem, w którym opisy minionych dni przeplatają się z kreatywnymi notatkami, szkicami literackimi, oraz zapiskami dotyczącymi prozaicznych spraw życia codziennego. W drugim tomie dzienników uwidacznia się stopniowe, ale konsekwentne wycofywanie się Stachury ze świata. Pisarz coraz mniej uwagi poświęca temu, co dzieje się na zewnątrz, a coraz więcej własnemu wnętrzu.

Już w pierwszym tomie dzienników pojawiał się wątek książki pt. ”Fabula Rasa” – utworu, który w zamierzeniu Stachury stanowić miał dzieło jego życia. Koncepcja Czystej Opowieści była niezwykła: bohater (Michał Kątny) przemierzał świat głośno ze sobą rozmawiając i pisząc, a chwilom jego milczenia i odpoczynku odpowiadać miały na kartkach puste przestrzenie, gdzie czytelnik zapisywać mógłby własne przemyślenia. Choć Stachura porzucił ten tajemniczy projekt w trakcie realizacji na wskutek burzliwej przemiany duchowej (”Fabula Rasa”, która ukazała się w roku 1979, nie ma z jej pierwotnym zamysłem nic wspólnego), ocalał on na łamach drugiego tomu dzienników w formie szkicowej – i być może jedynej, w jakiej z uwagi na swe wyrafinowanie zaistnieć mógł drukiem zwartym. Mowa oczywiście o luźnych partiach tekstu, których bohaterem jest wspomniany wcześniej Michał Kątny (jest on także narratorem opowiadań zbioru pt. ”Się”; warto zaznaczyć, że choćby opowiadanie ”San Luis Potosi” pierwotnie pomyślane było jako fragment ”Fabula Rasa”). Są to fragmenty o dużych walorach literackich. Szkoda, że potencjał tkwiący w tej idei nie został w pełni urzeczywistniony.

W tym tomie zapisków pojawia się postać Danuty Pawłowskiej – kolejnej miłości Stachury. Poeta poznał ją, kiedy miała zaledwie 14 lat (był od niej starszy o aż dwie dekady), i utrzymywał z nią przyjacielską relację do momentu, gdy osiągnęła pełnoletność, z którą to chwilą stali się parą. Relacja nie trwała długo, ale w okresie jej trwania wzmiankowana jest bardzo często (zainteresowanych odsyłam do książki pt. ”Listy do Danuty Pawłowskiej”, w której zawarto aż 190 listów pisarza). Największe emocje budzą wątpliwości Stachury co do tego, czy aby nie wmawia sobie miłości by otrząsnąć się po nieudanym związku z żoną Zytą. Czytelnicy spragnieni pikantnych szczegółów będą jednak zawiedzeni – pisarz albo nie notował ich, albo nie trafiły do druku z uwagi na dobro wciąż żyjącej Pawłowskiej.

Znalazły się w tomie także zapiski prowadzone przez Stachurę w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych. Cechuje je krańcowa prostota myśli i oszczędność formy. Choć jest ich niewiele, pozostawiają w umyśle czytelnika bardzo wyraźny ślad: bije z nich bezsilność wobec sytuacji, zmęczenie, ale i odrobina nieśmiałej nadziei na wyzdrowienie. Ta ostatnia jest jak wąski promień słońca wpadający przez zamek zamkniętych drzwi do wnętrza mrocznego pokoju.

Zwieńczeniem ”Dzienników…” są zapiski zatytułowane ”Pogodzić się ze Światem”. Stachura prowadził je po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, przebywając na wsi pod opieką matki. Opisuje w nich zmagania z chorobą, wysiłki podejmowane w celu zaczepienia się o życie, świat i ludzi, próby rozkochania się na nowo w przepięknej zwyczajności życia i pogodzenia z rzeczywistością, a także ból istnienia, przerażające objawy chorobowe oraz wzrastające pragnienie samodzielnego odebrania sobie życia. W niniejszej edycji uwzględniono nawet błędy językowe pisarza oraz wszelkie modyfikacje, które wprowadzał w tekście. Z uwagi na szczerość i wnikliwość, z jaką Stachura opisuje swoje krańcowo rozpaczliwe położenie, jest to wręcz arcydzieło diarystyki.

Drugi tom ”Dzienników…” jest nie tylko ciekawszy i lepiej napisany od poprzedniego, ale także lepiej opracowany pod względem edytorskim. Poza modyfikacjami których Stachura dokonywał w swoim przedśmiertnym dzienniku, zachowane zostały między innymi skreślenia (np. w spisach spraw do załatwienia). Nadal dziwi jednak brak konsekwencji w objaśnianiu odniesień Stachury do swojej twórczości prozatorskiej i poetyckiej.

Niestety, i te zapiski są wybrakowane; wszystko wskazuje na to, że mocniej nawet niż poprzednim tomie. Istnieje w nich bowiem dwuletnia wyrwa (styczeń 1977 – kwiecień 1979) – a więc przypadająca na okres bardzo tajemniczy, w którym Stachura przechodził intensywną przemianę duchową. Dariusz Pachocki w posłowiu wyraża przypuszczenie, że zeszyty opisujące ten etap życia pisarza istnieją, ale znajdują się w rękach rodziny (co zdaje się potwierdzać fakt, że ta użyczyła do druku cienki zeszyt prowadzony przez niego w Drewnicy; zresztą, w nocie edytorskiej do pierwszego tomu ”Dzienników…” mowa jest wprost o tym, że rodzina posiada dwa zeszyty).

Życie Edwarda Stachury było nieustającą wędrówką, nieustającą podróżą. Czytelnik kończący ”Dzienniki…” pozostaje sam na sam z pytaniem o to, czego pisarz poszukiwał błąkając się po świecie, co gnało go każdego dnia i nie pozwalało odpocząć stopom i duszy. Czyżby poszukiwał samego siebie? A może wręcz przeciwnie – uciekał przed sobą? A może droga którą obrał była mu celem samym w sobie? Nawet mi, wielkiemu wielbicielowi prozy i poezji Stachury, bardzo ciężko znaleźć jest odpowiedź.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.

Edward Stachura – ”Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1”

Edward Stachura - ''Dzienniki. Zeszyty Podróżne 1''Chciałbym móc napisać, że Edward Stachura to pisarz, którego nikomu przedstawiać nie trzeba; tak jednak niestety nie jest. W ciągu życia otoczony swego rodzaju kultem i legendą (wzmożonymi po jego śmierci), może nie popadł jeszcze w zapomnienie, ale młodsze grono czytelników zdaje się o jego istnieniu nie mieć pojęcia. A szkoda, bo twórczość Stachury to zjawisko unikatowe z uwagi na jej szczerość, życiowość, i przedstawione z niej zmaganie człowieka wrażliwego z brutalnym światem. Po kilkudziesięciu latach od śmierci pisarza i poety Wydawnictwo Iskry podjęło się opracowania jego dzienników, rzucających nowe światło na jego osobę, życie, i tragiczny koniec.

Stachura niemal nieustannie przebywał w ruchu, jego życie było jedną wielką podróżą. W dziennikach roi się od opisów miejsc i bystrych obserwacji zwyczajów ich mieszkańców. Często pisarz przytacza też ciekawostki historyczne i dialogi, które miał okazję podsłuchać bądź prowadzić z przypadkowo spotkanymi osobami. Niestety, większość z tych spostrzeżeń została zanotowana w sposób bardzo lakoniczny, więc choć podczas ich czytania zawsze czuć klimat bycia w drodze, znacznie trudniej jest z załapaniem nastroju samych miejsc (choć i tutaj są wyjątki, np. wrażenia z podróży do Meksyku). Z wielkim zadowoleniem odnalazłem w książce zapiski, które Stachura prowadził niecałe 10 kilometrów od miejsca mojego zamieszkania, w rejonach dobrze mi znanych. Wierzę, że podobne odniesienia znajdzie wielu z was.

Dużą rolę w zapiskach Stachury odgrywa jego nieszczęśliwa miłość – żona Zyta, z którą rozszedł się po dziesięciu latach małżeństwa. Niestety, zapiski jej dotyczące skupiają się głównie na samym bólu wynikającym z tego rozstania, i tylko domyślać można się, co do niego doprowadziło. Nie należy jednak raczej dopatrywać się w tym tajemniczości samego Stachury – najintymniejsze zapiski zostały pominięte w druku celowo, z uwagi na to, że godziłyby w prywatność wciąż jeszcze żyjących osób. Mimo zrozumienia dla tego faktu, nie mogę pozostawić tego bez znaczenia dla oceny końcowej.

Innym bardzo istotnym motywem zapisków Stachury jest śmierć. Pisarz zmagał się z przygnębieniem i myślami samobójczymi bardzo często, i chwilami bierze chęć by pokusić się o stwierdzenie, że chorował psychicznie już w tym okresie, i że zdiagnozowanie i leczenie choroby zapewne oszczędziłoby mu masy cierpień, a kto wie: może nawet ocaliłoby mu życie. Krzywdzące byłoby jednak traktowanie twórczość Stachury wyłącznie jako rezultat samodzielnego zmagania z depresją: był on przede wszystkim człowiekiem niebywale wrażliwym, który poza wewnętrznym bólem (dość przez niego uwznioślanym) nawet w rzeczach najbłahszych dostrzegał druzgocące piękno, na które inni ludzie w większości pozostają ślepi.

Stachura kompletnie pomija w swoich zapiskach tematy polityczne. To intrygujące – tym bardziej, że żył w czasach bardzo interesujących – i niektórzy czytelnicy maja mu to za złe, dla mnie jednak niezwykłość ta wychodzi jego twórczości na korzyść. Dzienniki przedstawiają losy człowieka, który z jednej strony lgnie do ludzi, ale z drugiej – jest outsiderem i żyje na uboczu realiów własnymi, nieodgadnionymi dla nich sprawami.

Ale ”Dziennikom…” daleko do typowej diarystyki; Stachura traktował je także jako notatniki i organizery. Są w nich więc również kreatywne notatki do prozy, spisy spraw do załatwienia, listy przychodów i długów, ćwiczenia literackie (w tym poetyckie), cytaty, itd. Jest też w dziennikach trochę niezwykle trafnych przemyśleń dotyczących ludzi i życia. To właśnie one stanowią w moim odczuciu swego rodzaju perełki.

Ciekawym dopełnieniem zapisków są czarno-białe fotografie pisarza oraz jego rękopisów. Jest ich całkiem sporo i świetnie wprowadzają w ich klimat. Ten drugi rodzaj zdjęć daje również pojęcie na temat specyfiki zapisków Stachury, a zatem i pracy, jaką musiał wykonać przygotowując je do druku ich edytor, Dariusz Pachocki. Choć budzi ona mój podziw, nie sposób nie zauważyć, że Pachocki nie ustrzegł się pewnych dość poważnych błędów. I tak na przykład błędnie ponumerowano niektóre przypisy, nie przetłumaczono pewnych obcojęzycznych fragmentów, nie wyjaśniono wielu odniesień pisarza do swoich utworów.

”Dzienniki…” to książka przeznaczona dla fanów Stachury. Raczej nie bronią się jako samodzielna literatura (pomijając pewne fragmenty), ale w sposób interesujący dopełniają całość twórczości pisarza, i, oczywiście, ujawniają sposób, w jaki funkcjonował na co dzień: gdzie i po co bywał, z kim i czemu się spotykał, co myślał i czuł, a także dokąd zmierzał. Dla mnie, jako wielbiciela Stachury, to prawdziwe literackie wydarzenie. Szkoda tylko, że w wersji okrojonej…

Ocena: 6/10 (dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Iskry.