Archiwum kategorii: Recenzje

Edward Stachura – ”Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi”

Edward Stachura - ''Siekierezada albo Zima Leśnych Ludzi''Trzydziestoletni Janek Pradera przybywa do wsi Bobrowice, gdzie najmuje się do pracy przy wyrębie lasu. Nie kierują nim motywy czysto zarobkowe – chce uciec od zgiełku miasta, i rozprawić się z kilkoma dręczącymi go demonami. Będzie to starcie na śmierć i życie, z czego sam dobrze zdaje sobie sprawę.

Bardzo istotnym wątkiem powieści jest miłość bohatera do kobiety, którą nazywa poetycko (i zarazem tajemniczo) Gałązką Jabłoni. Narrator z lubością snuje wewnętrzne monologi skierowane do swej ukochanej – wspomina spędzane z nią chwile, deklaruje wierność, wyraża podziw, pragnienie ponownego połączenia się z nią. Osoba ta nigdy nie pojawia się w powieści bezpośrednio, i chwilami można mieć wątpliwości co do tego, czy istnieje naprawdę, czy też jest tylko wytworem bujnej fantazji Pradery, rozgorączkowanej tęsknotą za idealną kobietą.

Nie przypadkowo Pradera podejmuje się tak ciężkiej pracy, w towarzystwie ludzi o dużo prostszej od jego mentalności. W jego zainteresowaniu ich życiem dopatrywać można się badawczej ciekawości człowieka, który chciałby z tej prostoty duchowej uszczknąć coś dla siebie, nauczyć się jej choć trochę. Sztuka ta w jakimś stopniu mu się udaje – mimo swej ogromnej wrażliwości Pradera bez trudu asymiluje się z prostymi robotnikami – ramię w ramię pracuje z nimi przy wyrębie lasu, a kiedy przychodzi odłożyć siekierę, chętnie spotyka się z nimi przy wódce. Ze strony na stronę coraz bardziej dochodzi jednak do czytelnika fakt, że przepaść pomiędzy nimi jest nie do zasypania, że co najwyżej możliwe jest przerzucenie pomiędzy nimi wąskiej kładki – co najlepiej uwidacznia się podczas rozmowy Pradery z Michałem Kątnym, jedynym na zrębie człowiekiem o bardzo zbliżonej do niego konstrukcji psychicznej.

Nie tylko potrzeba naprostowania ducha sprowadza Praderę do leśnej głuszy. Pewne wzmianki w tekście wskazują na to, że czyni to, by nie przepaść dla całego świata w nazbyt dla niego wygodnym kokonie obopólnej miłości partnerskiej, oraz że choć kocha ponad życie pojedynczego człowieka, to właśnie samotność wyczula jego wrodzoną wrażliwość na przejawy piękna natury, sprawy ogólnoludzkie oraz kwestie natury duchowej. Z tego też powodu tylko w samotności może uzyskać odpowiedzi na kilka nurtujących go pytań – i wykorzystać w przyszłości tę wiedzę, by móc otoczyć swoją ukochaną głębszą opieką.

Bohatera Siekierezady raz na jakiś czas spowija – wyzierając zewsząd – dziwaczna mgła. Zawiesina osacza go, paraliżuje jego zdolność myślenia, wręcz rozwiewa w sobie jego istnienie. Czym jest ta niezwykła siła? Czyżby była to pokusa popełnienia samobójstwa? A może to nawał rozmaitych lęków – tych przyziemnych i metafizycznych, lub krańcowe wyczerpanie penetrowaniem dziedzin niedostępnym większości ludziom? Pradera wymienia mgłę tą mgłę jako jeden z powodów tymczasowego rozstania z ukochaną – chce stawić czoła tej sile w samotności, nie zadręczać swą walką i zmęczeniem Gałązki Jabłoni, móc powrócić do niej jako zwycięzca.

Prawdopodobnie to właśnie Siekierezada jest najniezwyklejszym językowo typowo prozatorskim utworem Edwarda Stachury. Autor miesza eleganckie poezjowanie z mową typową dla prostych ludzi oraz wyrazami występującymi w ich hermetycznym środowisku. Nagina i łamie o pióro zasady gramatyki, czasami wychodząc z takich prób jako wirtuoz, czasami – jako grafoman. Bywa, że zdania ciągną się przez połowę strony, że narracja przechodzi w strumień świadomości, przy czym nie zawsze cechuje je płynność.

Wrażliwość jawi się w Siekierezadzie jako dar niebios, który – choć pożądany przez człowieka – okazuje się być szczęściem ponad ludzką miarę. Jest niby pałac z oknami wychodzącymi na wszystkie najwspanialsze i najstraszliwsze widoki świata, a przy tym skazany na zawalenie się – prędzej czy później – pod własnym ciężarem. Nie sposób nie żałować losu Pradery (który jest alter ego samego Stachury), ale i nie sposób nie delektować się unikatową perspektywą, z której relacjonuje swoją obecność w świecie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: C&T.

Reklamy

Edward Stachura – ”Fabula Rasa”

Edward Stachura - ''Fabula Rasa''Na trzy lata przed swoją śmiercią Stachura wszedł na ścieżkę praktyk medytacyjnych i rozwoju duchowego. Otworzyły one zupełnie nowy rozdział w jego twórczości – zaowocowały bowiem dwoma utworami filozoficznymi: Fabula rasa oraz Oto.

Fabula rasa to traktat filozoficzny przedstawiony w formie dialogu człowieka-Ja z człowiekiem-nikt – czyli człowieka, którego życie napędza egoizm w jego rozlicznych formach z człowiekiem, któremu udało się dotrzeć do istoty rzeczy i tegoż egoizmu wyzbyć. Człowiek-Ja zadaje swemu rozmówcy rozmaite pytania, ten zaś udziela mu odpowiedzi, na nowo odkrywając przed nim rzeczywistość.

Obraz człowieka-Ja który odmalowuje słowami człowiek-nikt jest tyleż prawdziwy, co wstrząsający. Jest on zaślepiony i ogłuszony miłością własną tak bardzo, że piękno w świecie, ludziach i życiu dostrzega tylko o tyle, o ile są w stanie (przynajmniej potencjalnie) zaspokoić jego pragnienia. Jeśli daje coś od siebie dobrowolnie, robi to tylko po to, by poczuć się lepszym i zyskać na tym jak na inwestycji. Każdy jego czyn służy zresztą ucieczce przed samotnością – czyli de facto przed samym sobą. Człowiek-Ja jest samemu sobie obcy bardziej, niż obce są mu najdalsze zakamarki kosmosu – co nie przeszkadza mu chcieć zgłębiać fundamentalne tajemnice bytu.

Człowiek-nikt posiada wiedzę absolutną (lub złudzenie wiedzy absolutnej), jest także wyzbyty wszelkich pragnień poza potrzebą zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb bytowych, uzurpuje sobie prawo do bycia obiektywnym obserwatorem rzeczywistości. Ukazuje człowiekowi-Ja zgubność egoizmu, udowadnia, że potrzeby łatwiej zdusić niż zaspokoić, skłania go ku samopoznaniu, które wyzwolić ma go z tego, co tylko wydaje się życiem, a tak naprawdę stanowi piekielny wymysł jego toczonego gorączką miłości własnej umysłu. Samopoznanie to nastąpić ma nie poprzez gromadzenie faktograficznej wiedzy o sobie, a poprzez uważną obserwację swego zachowania i analizę jego motywacji. Przyjrzeć się własnej potworności, ujrzeć całą jej nędzę, i przerazić się nią na śmierć, która to śmierć będzie początkiem prawdziwego życia – oto, co oznacza właśnie wejść na ścieżkę przemiany w człowieka-nikt.

Człowiek-nikt objaśnia zawiłości ludzkiej psychiki w sposób niezwykle drobiazgowy. Nie ogranicza się przy tym do suchej logiki – jego wywody posiadają wyśmienite walory literackie: pełno w nich kunsztownych metafor, natchnionej aforystyki, a niektóre ze sformułowań cechuje niemal nieludzka wirtuozeria. Podkreśla jednak, że słowo – niezależnie od tego, jak piękne – jest tylko słowem, nigdy tym, co opisuje; że jest jak grób, poza którym rozciąga się nieśmiertelnie żywe życie. Zadaniem czytelnika jest zrozumieć to, nie pozwolić omamić się literackiemu pięknu, wydostać się poza jego obręb.

Po przeczytaniu Fabula rasa od czasu do czasu bywałem na ścieżce samopoznania, nigdy jednak nie odczuwałem pokusy konsekwentnego podążania nią aż do samego końca. Jest to w dużej mierze efekt uboczny życiorysu samego Stachury, który tuż po napisaniu tej książki popadł w psychozę urojeniowo-omamową, a potem depresję zakończoną samobójstwem w wieku zaledwie 42 lat. Przemiana w człowieka-nikt, opisy ekstatycznych uniesień będących konsekwencją tej transformacji – wszystko to może mieć naturę oświeceniową, albo chorobową. Dość powiedzieć, że Stachurowy człowiek-nikt deklaruje jako pewne, że po odkryciu prawdziwego życia posiada się je na zawsze. Pisarz został przez niego oszukany – utracił wszystko.

Warto wspomnieć, że Fabula rasa ogłoszona drukiem zwartym nie ma nic wspólnego z utworem pod tym samym tytułem, nad których Stachura pracował od roku 1966. Pierwotny zamysł zakładał powieść pełną pustych przestrzeni, w których czytelnik mógłby dopisywać swoje własne przemyślenia, stając się tym samym współautorem książki. Odkrycia duchowe Stachury odwiodły go od tego fenomenalnego pomysłu.

Lektura Fabula rasa to ogromne wyzwanie czytelnicze. Można poprzestać na nim – przeczytać książkę jako utwór literacki, rozkoszując się jego wyrafinowaniem – ale można również uczynić jej treść życiowym drogowskazem. Osoby o refleksyjnym usposobieniu powinny być nią zachwycone.

***

Okładka: C&T.

Edward Stachura – ”Cała Jaskrawość”

Edward Stachura - ''Cała Jaskrawość''Dwójka włóczęgów – narrator Edmund Szerucki i jego kolega Witek – podejmuje pracę przy oczyszczaniu dna stawu w uzdrowisku. Zatrzymali się na ten okres u Potęgowej – samotnie mieszkającej staruszki, której w zamian za dach nad głowa pomagają w drobnych pracach domowych. Przeżyją tam (jak zresztą wszędzie) największą możliwą przygodę – codzienność.

Fabuła pozbawiona jest jako takiej afery – Edmund i Witek poza odmulaniem stawu spacerują po mieście i okolicach, gawędzą z gospodynią i przypadkowo spotykanymi ludźmi, oraz wspominają drobne epizody ze swej przeszłości. Czytelnicy spragnieni wartkiej akcji będą lekturą powieści srodze zawiedzeni. Tych, którzy poszukują w literaturze wyższych wartości i uniesień estetycznych, czeka za to nie lada uczta.

Tym, co pozwala bohaterom Całej jaskrawości należycie doceniać piękno życia i wagę chwili, jest świadomość przemijania i nieuchronności śmierci. Nieustannie czują na swoich karkach zimny oddech tej ostatniej – oddech życiodajny, bo przypominający o tym, że nie zostało im wiele czasu (życie jest tak piękne, że czasu zawsze jest za mało), a żaden z nich nie zna dnia ani godziny. Napięcie, które im towarzyszy, jest przytłaczające, ale mimo wszystko jest to według nich uczciwa cena za życie w niewymownym (bądź ledwie wymownym) natchnieniu, i płacą ją z dumnie podniesioną głową – nawet, jeśli z braku sił przychodzi im iść przez życie na klęczkach czy na czworaka.

Wbrew obiegowym opiniom, Stachura nie gloryfikuje w Całej jaskrawości śmierci, wręcz przeciwnie – uważa ją za cmentarną łasicę, lubieżną kusicielkę. Uznaje po prostu konieczność jej istnienia dla osiągnięcia czegoś, co można by nazwać zbawieniem doczesnym. Człowiek, gdyby nie był gnany świadomością nieuchronnego końca, nie mógłby żyć prawdziwie, nieskończoność życia doprowadziłaby bowiem do jego dewaluacji. W planie Stachurowego zbawienia doczesnego śmierć jest tak samo nieatrakcyjna i konieczna, jak diabeł w Bożym planie zbawienia.

Powieść przesyca pochwała wolności, prostoty praktycznej strony życia, indywidualizmu, samotności i wartości duchowych. Bohaterowie prozy wyrzekają się wszystkiego, co mogłoby krępować ich swobodę (fizyczną i mentalną), rozpraszać ich skupienie. Każdym swoim oddechem, krokiem, uderzeniem serca udzielają nieustającej odpowiedzi na pytanie, czy należy być, czy mieć, zawsze wybierając to pierwsze. Są więc Edmund i Witek buntownikami i do buntu (buntu najłagodniejszego z możliwych) swymi poczynaniami inspirują. Nie jest jednak prawdą, jakoby twórczość Stachury skierowana była tylko do poszukujących swej życiowej ścieżki młodych i gniewnych wrażliwców. Czytałem tę książkę już trzykrotnie, na różnych etapach swojego życia, i zawsze smakuje mi tak samo dobrze.

By móc w pełni delektować się walorami tej jedynej w swoim rodzaju prozy, trzeba wyciszenia. Pełno w niej bardzo długich, wielokrotnie złożonych zdań, powtórzeń, wysmakowanych metafor i aforystyki. Oczywiście, jak zwykle w przypadku Stachury, zdarza mu się popaść w naiwną rzewność, nadmierną egzaltację, banał i grafomanię. Nie są to na szczęście przypadki częste, choć niestety rzutują trochę na ogólny poziom książki. Dodać jednak należy, że nawet te słabsze literacko fragmenty ujmują niezwykłą szczerością i dobrodusznością.

Cała jaskrawość odczarowuje zwyczajność z przyzwyczajenia, które zwykliśmy względem niej żywić, ukazuje piękno spraw pozornie błahych oraz rozciągające się za nimi niebywałe tropy i horyzonty, z których niemal wszystkie prowadzą prosto do istoty rzeczy. Lektura tej powieści pozwala ocknąć się do życia, otwiera oczy i uszy, cuci. Choć jej akcja dzieje się jesienią, żadna z książek, jakie przeczytałem, nie mogłaby wpasować się treścią lepiej w klimat wiosny – pory odrodzenia.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.

Stanisław Lem – ”Pokój na Ziemi”

Stanisław Lem - ''Pokój na Ziemi''Niedaleka przyszłość. Członkowie wyścigu zbrojeń zabrnęli w ślepy zaułek – nowoczesne inwestycje militarne stały się tak drogie, że przekraczać zaczęły nawet możliwości finansowe supermocarstw. Celem zakończenia zimnej wojny i zaprowadzenia pokoju na Ziemi podpisano traktat zobowiązujący państwa do wysłania wszystkich swoich zasobów wojskowych na księżyc. Broń jest już na tyle nowoczesna, że zdolna do samodzielnej modyfikacji i produkcji. Pieczę nad ta operacją sprawuje niezależna Lunar Agency – bez jej wiedzy żaden kraj nie może zaczerpnąć ze swoich zasobów ani sprawdzić, w jakim stanie się znajdują. Niestety, opinia publiczna zaniepokojona jest możliwością inwazji robotów z księżyca. Ponieważ żadna z wysłanych tam ziemskich maszyn zwiadowczych nie powróciła ze swej misji, Lunar Agency wysyła tam niezawodnego Ijona Tichego.

Tak w skrócie, prezentuje się fabuła przedostatniej powieści Stanisława Lema. W dużym skrócie, warto podkreślić, ponieważ akcja, jak na zaledwie 200 stron, jest bardzo intensywna i równie zagmatwana. Pojawia się w niej sporo postaci o bardzo niejasnych motywacjach, futurystyczne urządzenia i skomplikowane terminy.

Choć nie sposób traktować serio pomysłu wywózki całego arsenału świata na księżyc, nie ulega wątpliwości, że Pokój na Ziemi zawiera w sobie pewne niezwykle istotne proroctwo: jedyną alternatywą dla samozagłady w nieustannym, wciąż przyspieszającym wyścigu zbrojeń zdaje się być dla ludzkości sytuacja globalnego, militarnego pata, stanu kruchej równowagi sił pomiędzy głowami państw trzymających się wzajemnie na celowniku apokaliptycznych bomb, co stanowi nie formę pokoju, a zaledwie jego karykaturę. Taki stan rzeczy jest nieuchronnym następstwem rozwoju technologicznego.

Wątek militarny nie jest jedynym w powieści. Dość duże znaczenie ma zabieg kallotomii (rozcięcia łączącego półkule mózgu spoidła), którego w tajemniczy sposób zaznał Tichy na księżycu. Perypetie, których na tle tego nieszczęścia doświadcza, stają się punktem wyjścia dla rozważań nad istotą świadomości, i tego, w jaki sposób ulokowana jest w mózgu. Czy można rozważać istnienie duszy, kiedy wie się, że przeprowadzenie określonego zabiegu na mózgu skutkuje zmianą osobowości, lub nawet jej rozszczepieniem?

Powieść ta, jak chyba każdy utwór opowiadający o przygodach Ijona Tichy’ego, posiada wiele akcentów humorystycznych. Nie są one tak wyraziste jak chociażby w przypadku Kongresu Futurologicznego, i może nie przyjdzie wam zrywać ze śmiechu boków podczas lektury, ale na uśmiechu z pewnością złapiecie się nie raz. Mgiełka dowcipu unosi się zresztą na kartach powieści niemal cały czas, rozmaita jest tylko jej gęstość.

Bardzo udanie wyszło Lemowi przeniesienie znacznej części akcji na księżyc. Lunarne pustkowie otoczone czarną jak smoła otchłanią kosmosu zostało odmalowane w sposób bardzo sugestywny – jego opisy są oszczędne, ale precyzyjne. Bez najmniejszego problemu idzie się wczuć w nastrój oddalenia od macierzystej Ziemi, w atmosferę kosmicznej przygody i czającego się w mrokach satelity nieokreślonego zagrożenia.

W Pokoju na Ziemi Lem po raz drugi (pierwszy raz zrobił to w powieści Niezwyciężony) wziął na warsztat niezwykły motyw nekrosfery. Choć jest to swego rodzaju delikatny autoplagiat, można Autorowi wybaczyć go z pocałowaniem ręki – o ile bowiem Niezwyciężony był dreszczowcem SF, i motyw ten służył w nim głównie budowaniu napięcia i niepokoju, o tyle Pokój na Ziemi to powieść z zacięciem filozoficznym, i nekrosfera odgrywa w niej rolę zgoła inną.

Pokój na Ziemi to prawdziwie wizjonerska powieść akcji; z pewnością zaspokoi gusta czytelnicze zarówno tych osób, które w literaturze szukają rozrywki, jak i tych poszukujących pożywki intelektualnej.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Vladimir Nabokov – ”Rozpacz”

Vladimir Nabokov - ''Rozpacz''Fabrykant czekoladek imieniem Hermann podczas służbowego wyjazdu natyka się na mężczyznę bliźniaczo do niego podobnego – Feliksa. Po chwili rozmowy z nim wraca do swojego życia, ale wydarzenie to długo nie daje mu o sobie zapomnieć. Mija kilka miesięcy, i mężczyźni spotykają się ponownie. Hermann wpada na iście szatański plan: zamierza przebrać Feliksa w swoje ciuchy, i zabić go, pozorując w ten sposób własną śmierć, by wyłudzić od ubezpieczyciela wysokie odszkodowanie. Ma być to nie tylko zbrodnia doskonała, ale i dzieło sztuki.

Nabokov zastosował w powieści swój ulubiony chwyt narracyjny – obsadził w roli narratora mężczyznę niezrównoważonego psychicznie, wręcz szalonego, przed którym czytelnik musi mieć się na baczności. Hermann jest skrzywiony w sposób większy, niż dwaj bohaterowie najlepszych powieści Nabokova razem wzięci – Humbert Humbert (Lolita) i Charles Kinbote (Blady Ogień). Jest chronicznym łgarzem (do czego zresztą przyznaje się sam wielokrotnie, czasami podkreślając nawet, że to, co przed chwilą napisał, było kłamstwem) i nieuleczalnym cynikiem, ale jednocześnie zachowuje pewne maniery i pozory elegancji. Obsadzenie w centrum opowieści bohatera tak zwichrowanego pozwoliło pisarzowi na wprowadzenie kilku bardzo zaskakujących sztuczek literackich – jednych z najbardziej niezwykłych ze wszystkich w jego powieściach.

Plejada postaci jest bardzo barwna. Mamy bowiem do czynienia z neurotycznym, narcystycznym, niespełnionym artystą o przestępczych skłonnościach, jego prostolinijnym sobowtórem i włóczęgą Feliksem, głupiutką i płytką żoną Lidią, oraz jej kochankiem i jednocześnie kuzynem, Ardalionem, który jest alkoholikiem i marzącym o sławie przeciętnym malarzem. Postaci te tworzą mieszankę wybuchową; ich perypetie są osobliwe i niezwykle zabawne (na tyle zabawne, że na pewne przerysowane nieco cechy ich charakterów idzie spokojnie przymknąć oko).

Uśmiech na twarzy wywołuje także kłopot, jaki narrator ma sam ze sobą. Czytelnik ani na chwilę nie ulega wątpliwości, że Hermann jest potykającą się o własne nogi, chodzącą bombą z opóźnionym zapłonem, i należałoby go bezzwłocznie rozbroić w zaciszu domu bez klamek. W jego otoczeniu wszyscy obchodzą się z nim jak z niegroźnym dziwakiem.

Tak jak w przypadku innych powieści Nabokova, tak i tutaj mamy do czynienia z utworem o drugim dnie. Ilość niuansów, które wytropić może bystry czytelnik jest bardzo duża (wiele z nich wyjaśnia w swoim posłowiu Leszek Engelking). Osobiście oddaje się polowaniu na nie z wielką pasją – tylko dzięki temu zaznać można pełni radości obcowania z dziełem.

Pozostaje pytanie o to, do jakiego gatunku zakwalifikować tę powieść. Jest to w moim odczuciu tragifarsa opowiadająca o tym, jak ciężko pogodzić się człowiekowi z własną przeciętnością, i do jak absurdalnych rozwiązań jest się on w stanie uciec, by przymus takiej ugody zażegnać. Opowiada również o tym, jak człowiek zamyka się w złotej klatce miłości własnej, wije w niej przytulne gniazdko, i zamaszystym ruchem wyrzuca kluczyk hen. Przesłanie, które z niej wynika, dotyczy więc niezmiennej natury ludzkiej i jest ponadczasowe.

Kończąc, chciałbym powiedzieć, że nikt nie potrafił unieszczęśliwiać bohaterów swojej prozy tak mocno i z taką klasą, jak właśnie Vladimir Nabokov. Jest to dręczyciel doskonały: diaboliczny, ale wirtuozerski. Symfonia bólu, którą wygrywa na fikcyjnych postaciach, to prawdziwie wytrawne dzieła sztuki. A w dodatku wszystkie ze swych ”żywych” instrumentów zużywa do cna. Nic się nie zmarnuje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Muza S.A.

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Paulo Coelho – ”Alchemik”

Paulo Coelho - ''Alchemik''Nim zabrałem się za Alchemika, naczytałem się o nim, naczytałem. Większość odbiorców gromiła tę najsłynniejszą powieść Coelho za jej banalność i pseudo-odkrywczość, niektórzy jednak – i było ich całkiem sporo, nawet wśród czytelników dość mocno w bojach czytelniczych już zaprawionych – chwaliło za mądrość życiową. O ile zwykle podchodzę sceptycznie do takich nagonek – zdarza się, że besztane z błotem są książki naprawdę oryginalne i dobre – tak tym razem spodziewałem się właśnie totalnej klapy. Cóż ukrywać: nie pomyliłem się.

Bohaterem powieści jest Santiago, pasterz owiec. Po tym, jak zrezygnował ze święceń kapłańskich, błąka się po Andaluzji nigdzie nie zagrzewając na dłużej miejsca. W nocy śni mu się kilkukrotnie skarb zakopany w Egipcie, wśród piramid. Gdy udaje się do wróżbitki z prośbą o wyjaśnienie znaczenia majaku, ta poleca mu udać się na poszukiwania fortuny. Wkrótce też spotyka na swojej drodze mędrca, który tytułuje się królem Salem i naprowadza go na jego właściwą życiową ścieżkę, polecając mu podążać nią. Santiago udaje się w podróż do Egiptu.

Przesłanie Alchemika jest następujące: człowiek powinien podążać za swoimi marzeniami, gdyż tylko to pozwoli mu stać się najlepszą wersją samego siebie, co na dobre wyjdzie nie tylko jemu samemu, ale i całemu światu. Przekaz ten, równie szlachetny co banalny, ubrany jest niestety w tanie łachmany pseudofilozoficznego i pseudopoetyckiego bełkotu. To zresztą właśnie cały Coelho: najpierw przyodziewa oczywistości i niezbyt odkrywcze prawdy życiowe w określenia trącące metafizyką, a potem objaśnia je, nadając im pozory wzniosłości. Napomknięcia (jakże liczne, jakże liczne!) o Własnej Legendzie, o Duszy Wszechświata, Wojowniku Światła i co tam jeszcze, na początku irytują, potem już zwyczajnie śmieszą. Czytając Alchemika miewałem silne poczucie, że oto obcuję z wytworem niegroźnego szaleńca. Bo (wybaczcie określenie) system filozoficzny przedstawiony w powieści jest na swój sposób spójny – tyle, że jest głupi i nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Równie dobrze mógłby to być poradnik o tym, jak żyć na księżycu.

Weźmy chociażby przykład anglika podróżującego z Santiago do oazy. Poszukuje on Alchemika, by dowiedzieć się, w jaki sposób wyprodukować kamień filozoficzny. Odnaleziony mędrzec po prostu mówi mu, żeby spróbował to zrobić. I co się dzieje? Ów anglik, który mógł uczynić to dekadę wcześniej, robi to dopiero teraz, za jego przyzwoleniem. Nawet jeśli potraktować ten wątek w charakterze przypowieści objawiającej prawdę życiową (banalną do bólu: że wcale nie potrzeba czyjejś zgody do spełnienia swoich marzeń), jest on wprost idiotyczny.

Sporo w Alchemiku również nadzwyczajnych bzdur. Mowa o podniosłych stwierdzeniach, że Wszechświat działa na korzyść ludzi mających odwagę dążyć do ziszczania swoich marzeń (samorealizacji i szczęścia w miłości), że świat przepełniają znaki wskazujące właściwą drogę postępowania i można nauczyć się je czytać, itd. Zresztą bzdury te najlepiej chyba tłumaczą sukces komercyjny Alchemika: ludzie lubują się w wierze w tego typu słodkie i wygodne kłamstewka. Osobom poszukującym w życiu motywacji do pracy nad sobą i swoim życiem poleciłbym raczej książki z zakresu rozwoju osobistego.

Ocena, jaką przyznaję powieści nie jest niższa tylko dlatego, że, cokolwiek by nie mówić, napisana jest przynajmniej z poszanowaniem zasad gramatyki. Przypadło mi też do gustu jej całkiem przewrotne zakończenie. Dobry człowiek z tego Coelho, poczciwa z niego dusza, ale niestety marny pisarz i raczej słaby myśliciel. W Alchemiku nie ma ni rozrywki, ni napięcia, ni prawdziwej mądrości.

Ocena: 3/10 (słaba).

***

Okładka: Drzewo Babel