Archiwum kategorii: Eseje

Klęska Posuchy

Ostatni tydzień lipca rozpieszczał mnie pojawem muchomorów czerwieniejących. Każdą półgodzinną wyprawę w ulubione krzaki kończyłem z całym wiaderkiem tych smacznych grzybów. Niestety, inne zwykle występujące tam gatunki okazały się albo nieobecne, albo obecne w ilości minimalnej; trafiłem tylko na dwa zdrowe prawdziwki i jednego podgrzybka złotoporego. Po koźlarzach (w poprzednich latach ich pojaw był ogromny) wszelki ślad zaginął. Cóż – być może jest to związane z przeprowadzoną tam wycinką drzew.

Pierwsze półtora tygodnia sierpnia było upalne (w Mazowieckim temperatura po południu rzadko schodziła poniżej 30 stopni) i bezdeszczowe, co przełożyło się na kompletną grzybowa posuchę. Spacery po ulubionych krzakach niezmiennie kończyły się powrotem do domu z pustym wiadrem; jakby mało było tego, że we własnej skórze było mi za gorąco, nie wspominając już o koszulce, przechodząc pomiędzy drzewami niechybnie przyodziałem się w dziesiątki pajęczyn (wraz z ich ośmionogimi lokatorami, rzecz jasna). Cóż było robić; pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na porządne opady deszczu.Klęska Posuchy (1)Lunęło dopiero 10 sierpnia. Nie tak mocno, jak się tego spodziewałem – i jak pozwalały mieć nadzieję prognozy pogody – ale dobre i to. Burze, o których trąbiono wszem i wobec we wszystkich mediach, ledwie zahaczyły nas basowymi pomrukami i ponurymi, ciemnymi chmurami. Dwa dni potem niebo było już nieskazitelnie błękitne; powróciło słońce i ciepło. Choć wiedziałem, że nim grzybnia zacznie owocować po tak intensywnej suszy minie dobry tydzień, pozwoliłem nogom ponieść się w krzaki.

Tak jak można się tego spodziewać, nie znalazłem ani jednego grzyba. Nic – nawet pojedynczego trujaka (już w lipcu powinny pojawić się toksyczne krowiaki podwinięte). Fajnie jednak było przejść się wreszcie po ulubionych miejscach nie wylewając z siebie hektolitrów potu. Szelest listowia, zapach drzew, szum chłodnego wiaterku w uszach, i widok suchej żółtawej polnej trawy składają się na kompozycję zmysłową znaną każdemu grzybiarzowi i przez każdego grzybiarza cenioną. Obcowanie z naturą, którego dostarczają nam grzybobrania, zwykle wydaje nam się uboczną ich przyjemnością, ale kto wie, może jest wręcz odwrotnie?

Ale nie wszystkim grzybiarzom wiedzie się tak podle, jak mi; zdjęcia zamieszczane na forach prezentują zbiory tak obfite, że można dostać od ich widoku zawrotów głowy. Tu jedna pani zamarynowała już 176 słoiczków kurek, tam pewien facet zebrał 200 sztuk borowików, jeszcze gdzieś ktoś donosi o ilości koźlarzy tak wielkiej, że nie był w stanie ich zebrać… Gatunków grzybów cała moc – borowik szlachetny, maślak zwyczajny, koźlarz (grabowy, topolowy, babka), muchomor czerwieniejący, podgrzybek zajączek, wodnicha późna, siedzuń sosnowy (dwa ostatnie gatunki u mnie niestety nie występują). O gatunkach bardziej egzotycznych (i niejadalnych, ale rzadkich) nawet nie wspominam. Gdybym nie znał już trochę grzybiarskiej społeczności, pomyślałbym, że to zdjęcia z ubiegłych lat. Można tylko pozazdrościć. O, Wielki Borowiku – pojaw się innym, a i o mnie nie zapomnij.

Zagajniki zagajnikami, ale co z lasem? Nie wiem, czy jest to reguła obowiązująca gdziekolwiek indziej, ale w moich okolicach, jeśli grzybów brak w zagajnikach, tym bardziej nie ma ich w lesie, toteż nawet tam nie zaglądam. Na szczęście wrzesień już tuż-tuż, a on nigdy mnie nie zawiódł. Z utęsknieniem czekam na coroczny, ogromny pojaw podgrzybka brunatnego.

Zobaczymy, jak to dalej będzie. Prognozy pogody na najbliższy tydzień nie pozostawiają raczej większych nadziei na obfite zbiory w województwie Mazowieckim; wygląda zresztą na to, że cały sierpień będzie suchy i upalny.

Reklamy

Muchomorowo

Już od maja przynajmniej raz na dwa tygodnie odwiedzałem swoje ulubione zagajniki w poszukiwaniu grzybów. Pogoda – wysokie temperatury na przemian z ulewnymi deszczami – wydawała się sprzyjać ich pojawowi (tak, pisze się ”pojawowi” a nie ”wysypowi”), ale za każdym razem na miejscu witała mnie całkowita posucha. Całkowita; nie znalazłem przez ten czas nawet jednego okazu gatunku niejadalnego, trującego bądź takiego, którego nie zdążyłem jeszcze oznaczyć. Przyznam, że nie nastrajało mnie to optymizmem. Ale wiedziałem, że w niektórych rejonach kraju nad Wisłą grzybiarze mają powody do zadowolenia. Internetowe fora grzybowe zaczęły odżywać po okresie zimowym – zrobiło się na nich kolorowo od zdjęć żółciaka siarkowego, żagwi łuskowatej, a w czerwcu także koźlarzy i borowików. Oglądając zdjęcia zbiorów z trudem mogłem uwierzyć, że mieszkamy w jednym i tym samym Państwie.

W czerwcu spędziłem w lesie kilkaset godzin na zarobkowym zbieraniu jagód. I tam, pomimo, że przeszedłem solidny kawał lasu, nie natrafiłem na żadnego grzyba aż do końca miesiąca. Dopiero wtedy napotkałem 3 muchomory rdzawobrązowe (jadalne, ale bardzo kruche i zbierane przeze mnie rzadko), oraz czerwonej barwy gołąbka. Niestety, na tym koniec; z kolejnych (coraz częstszych) wypadów do zagajnika również wracałem z pustym wiaderkiem.Muchomorowo (1)Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lipca (bardzo późno, bo w ubiegłym roku począwszy od połowy czerwca, miejsce to prawie codziennie zapewniało mi śniadanie). To wtedy, tuż po trwających dobry tydzień ulewach znalazłem tam 2 koźlarze grabowe oraz kilka muchomorów czerwieniejących. Po przebraniu ilość okazała się wystarczająca na skromny posiłek, toteż wszystkie wylądowały na patelni. Apetyt, jak można się tego domyślać, zamiast zostać zaspokojonym, został zaostrzony.

Tydzień później odwiedziłem zagajnik ponownie. Tym razem zastałem w nim moc muchomorów czerwieniejących. Zbieram je dopiero od roku – wcześniej miałem je (podobnie jak większość grzybiarzy) za trujące i zostawiałem je w spokoju; żal myśleć, jak wiele smacznych posiłków z nich ominęło mnie przez wszystkie te lata z uwagi na niewiedzę. Niestety, amanita rubescens to gatunek bardzo podatny na zaczerwienie, i zazwyczaj rzadko który okaz okazuje się zdrowy. Z moich zbiorów (niemal całe 7 litrowe wiaderko) ostało się grzybków na zaledwie pół litra marynaty.Muchomorowo (2)Kolejne dni zaowocowały jeszcze obfitszymi zbiorami muchomora czerwieniejącego. Ostatniego dnia lipca, dzień po ulewnym deszczu, wybrałem się na godzinny spacer po chaszczach i zebrałem całe 10 litrowe wiaderko tych grzybów. Tym razem blisko połowa z nich okazała się, że tak powiem, zdrowa jak ryba; wszystkie wylądowały w marynacie octowej z cebulką, listkiem laurowym i gorczycą. Ten sposób obróbki kulinarnej muchomora czerwieniejącego jest moim ulubionym – świetnie nadaje się na dodatek do kanapek. Szczególnie smaczne są najmniejsze okazy, całe, zamknięte jeszcze kapelusze. Mają kruchą konsystencję, podczas gdy duże ”parasole” są nieco mięsiste. Wśród ich amatorów nie brakuje osób, które wolą je dusić w śmietanie z dodatkiem cebulki (mi w tej formie niezbyt przypadły do gustu).

Kiedy zacząłem zbierać amanita rubescens w poprzednim roku, rodzina odwodziła mnie od jedzenia tego gatunku krzykiem. Tak jak się tego spodziewałem, po przekonaniu się, że nie zapłacę za jego jedzenie zdrowiem, ich opór opadł. Nadal jednak nie ma wśród nich chętnych na skosztowanie muchomora, i nadal patrzą się na mnie niepewnym wzrokiem, gdy zajadam się nim. Cóż; nie wiedzą, co tracą.

Śmierć w HD

W reportażach telewizyjnych każdego dnia informuje się nas o morderstwach, gwałtach, korupcji, wypadkach i katastrofach komunikacyjnych, wojnach, samobójstwach, kataklizmach naturalnych, narkotykach, terroryzmie, epidemiach. Oglądając wiadomości można dojść do wniosku, że właściwie na świecie nie ma nic poza tym. Jest to oczywiście błąd – dzieją się również rzeczy dobre i warte uwagi; najwyraźniej szefowie stacji telewizyjnych wychodzą z założenia, iż człowiek nie ma na nie czasu, bo woli dla własnego bezpieczeństwa wiedzieć, co ludzkości wymyka się spod kontroli. Kiedy już zaś się tego dowie, umiera z przerażenia i stwierdza, że zamiast włączać telewizor, lepiej było obejrzeć kilka minut filmików ze śmiesznymi kotami na YouTube.Śmierć w HDPusta, makabryczna fascynacja śmiercią, paląca potrzeba konfrontacji z przeciwieństwem życia, ciekawość tego, jak umiera człowiek i jak śmierć odmienia ciało – wszystkie te czynniki sprawiają, że człowiekowi, mimo przerażenia śmiercią i brutalnością świata, ciężko jest się oprzeć przed przyjrzeniem się im; że przechodząc obok miejsca śmiertelnego wypadku obrzuca się trupa choć jednym ukradkowym spojrzeniem – spojrzeniem wystraszonego dziecka oglądającego horror przez szpary pomiędzy palcami przyciśniętej do oczu dłoni. Czy powinniśmy się tego wstydzić?

Gdy miałem jakieś dwadzieścia lat, ciekawość śmierci dwukrotnie zaprowadziła mnie na miejsce śmiertelnego wypadku. Raz był to mężczyzna który wpadł pod TIR-a, drugi raz – drobny pijaczyna potrącony przez auto osobowe. W drugim przypadku znalazłem się jakieś cztery metry od nakrytego czarnym foliowym workiem trupa; pamiętam, jak wpatrywałem się w niego usiłując pojąć jakoś to, co się wydarzyło, ale czułem tylko pustkę. Było zupełnie tak, jakbym patrzył w jakąś czeluść usiłując dostrzec czającego się w niej potwora, ale widział tylko nieprzeniknioną, sprawiającą wrażenie dwuwymiarowej czerń. Wstyd przyznać, ale spodziewałem się niezdrowej ekscytacji, i byłem z tego powodu zawiedziony.

W latach 90, pod redakcją Małgorzaty Daniszewskiej, żony Jerzego Urbana, wychodził w Polsce miesięcznik Zły (Bez przebaczenia). Było to czasopismo ukazujące w sposób bezkompromisowy prawdę o najczarniejszych stronach życia. Publikowano w nim drastyczne zdjęcia m. in. z miejsc zabójstw, wypadków i morderstw (materiały te były zdobywane nielegalnie, np. na wskutek kradzieży z policyjnych kartotek), oraz artykuły opisujące ludzkie tragedie. Mimo popularności tytułu, na wskutek nagonki społecznej i nacisków politycznych, główny dystrybutor magazynu zerwał umowę z jego Wydawcą, i projekt zakończył swe ponure życie na 26 numerze. Swego czasu wszedłem w posiadanie 25 z nich i przeczytałem je (z dużym zainteresowaniem oraz zachwytem nad poziomem publikacji) od deski do deski.

Śmierć w HD (2)Dziś nie ma już potrzeby istnienia na rynku pisma takiego jak właśnie Zły – rolę medium pozbawionego wszelkiej cenzury pełni bowiem Internet. Istnieje wiele cieszących się dużą popularnością witryn, na których obejrzeć można zupełnie za darmo zdjęcia i filmy (najczęściej wykonane telefonami komórkowymi przez przypadkowych gapiów) przedstawiające wszystkie możliwe tragedie ludzkie. Są tam samobójcy skaczący z okien na bruk, ludzie starci przez koła ciężarówek na przecier, pourywane kończyny, ciągnące się całymi metrami jelita, różowe mózgi wyrzucone w całości z pękniętych czaszek, ludzie ćwiartowani żywcem za pomocą maczet. Największym zainteresowaniem cieszą się jednak filmy z egzekucji przeprowadzanych przez ISIS. Są to filmiki w jakości HD, w dodatku zmontowane w sposób bardzo profesjonalny. Ludzie są na nich paleni żywcem, topieni w klatkach, rozstrzeliwani jak sito, dekapitowani przy użyciu noża lub miecza, wysadzani w powietrze. Oglądając takie materiały można odnieść wrażenie, że śmierć w świecie rzeczywistym jest nie tylko przerażająca; wizualnie bywa też bardziej groteskowa, niż makabra rodem z horrorów klasy C.

Swego czasu przechodziłem silną fascynację takimi makabrycznymi treściami. Raz na jakiś czas potrzebowałem poczuć, że za słowami ”dwadzieścia osób nie żyje, a sto zostało rannych” stoi coś więcej niż kilka miligram tuszu na białym jak śnieg papierze: że jest tam ludzka mozaika rozsypana na brudnym bruku. Wydawało mi się (i wydaje mi się tak nadal), że jest coś nieludzkiego w sprowadzaniu tylu a tylu nieszczęsnych istnień ludzkich do abstrakcyjnych liczb – że w ten sposób odczłowiecza się je, odbiera im się godność. Chciałem też wiedzieć, jak naprawdę wygląda świat, na którym przyszło mi żyć, jak dokładnie wyglądają zło i śmierć, które przecież są tak wszechobecne i nieuniknione.

Nie chciałbym jednak usprawiedliwiać się bardziej, niż wypada. Istnieją również pobudki dużo mniej szlachetne, dla których raz na jakiś czas nurzałem się w cudzej krwi: była we mnie mroczna fascynacja tkwiącym w człowieku złem – tym, skąd się bierze, jak działa, co je potęguje. Sen z powiek spędzało mi pytanie o to, jak to możliwe, że ktoś ogłusza i gwałci kobietę, a potem zostawia ją na mrozie na pewną śmierć dla odrobiny lubieżnej przyjemności; co dzieje się w psychice osoby, która decyduje się zamordować drugiego człowieka tylko dla sprawdzenia, jak to jest (o tym przecież traktuje piosenka Myslovitz pt. To nie był film!), albo dla dwudziestu złotych, które ledwo starczą na piwo i karton papierosów. Wstyd też przyznać, ale konfrontacja z cudzą tragedią sprawiała, że bardziej doceniałem swoje zdrowie i życie.

Świat jest przerażającym miejscem. Przyglądanie mu się z bliska może człowieka zdeprawować, doprowadzić go do załamania nerwowego, zobojętnić na zło i cierpienie, albo wręcz przeciwnie: uwrażliwić go na nie. Dziś wiem, że moment śmierci jest dla każdego człowieka najintymniejszą chwilą w jego życiu, a robienie z tego widowiska jest pogwałceniem jego prywatności możliwie największym. Jedną z ostatnich rzeczy, jakie bym sobie życzył, byłoby, by do sieci trafił film na którym konam ja bądź ktoś z bliskich mi osób. Ta świadomość wystarczy mi w pełni, by nie uznawać już żadnego powodu za usprawiedliwiający oglądanie nagrań przedstawiających śmierć człowieka.

***

Zdjęcia:
1. – Fotografia została wykonana przez Richarda Drewa i nosi tytuł The Falling Man. Przedstawia mężczyznę, który podczas ataku terrorystycznego na WTC z 11 września 2001 roku zdecydował się na skok z okna. Zdjęcie ukazało się po raz pierwszy dzień później na łamach New York Timesa, budząc skrajne reakcje czytelników.
2. – Zdjęcie przedstawia 23 letnią kobietę, Evelyn McHale, w cztery minuty po samobójczym skoku z 86 piętra Empire State Buliding. Samobójczyni wygląda na niej niezwykle spokojnie, jakby zapadła w drzemkę. Fotografia ukazała się na okładce magazynu Life, i z czasem zyskała status ikony. Jej autorem jest Robert Wiles.

Rok 2050

Ostatnimi czasy zaczytywałem się w literaturze Stanisława Lema. Lem był futurologiem; możliwość przewidywania przyszłości świata, choć w jego odczuciu bardzo ograniczona, fascynowała go niezmiernie, i od snucia prognoz przyszłościowych powstrzymać się nie potrafił. Wiele z nich okazało się trafnych – szczególnie tych, których z uwagi na ich śmiałość nie śmiał wysnuć na poważnie, w swoich książkach dyskursywnych, więc zrobił to w beletrystyce. Dziś ja chciałbym zabawić się – zabawić, podkreślam, bo super-intelektem Lema nie dysponuję – w próbę nakreślenia wizji roku 2050.

Pamiętam, że w pierwszej klasie podstawówki, na lekcji plastyki, mieliśmy (ja i moja klasa) narysować, jak wyobrażamy sobie swoją miejscowość za sto lat. Natychmiast zacząłem rysować zrujnowane domy z popękanymi ścianami i wybitymi oknami. Oderwałem wzrok od kartki dopiero, gdy skończyłem; byłem bardzo zaskoczony tym, że niektórzy moi koledzy i koleżanki zilustrowali wizje zupełnie nie pesymistyczne, a wręcz rozwojowe. Były też tam chyba – pamiętam do bardzo mgliście – wizje futurystyczne, rodem z filmów SF. Cóż: teraz, po dobrych 20 latach od tamtej chwili, jestem chyba jeszcze większym pesymistą, niż wtedy.Rok 2050 (1)Rzeczą, która wydaje mi się właściwie pewna, jest to, że do tego czasu nastąpi powszechna cyfryzacja pieniądza. Społeczeństwo stanie się bezgotówkowe – płatności dokonywać będzie się wyłącznie za pomocą karty płatniczej, albo, co również wydaje mi się realne, wszczepionym w skórę biochipem RFID. Chip ten został opatentowany już w roku 1999 przez Thomasa Heetera jako sposób weryfikacji ludzkiej tożsamości podczas uczestniczenia w elektronicznej transakcji handlowej. Ograniczenie płatności do metody elektronicznej, choć z jednej strony wygodne, stworzyłoby Rządom niesłychane wprost możliwości kontroli obywateli – środki osób niewygodnych dla systemu byłyby blokowane, co uniemożliwiałoby im kupowanie żywności i przeprowadzanie transakcji. Człowiek taki skazany byłby na śmierć głodową.

Nie sądzę, by do tego czasu doszło do utworzenia Rządu Światowego – chyba, że dojdzie do Trzeciej Wojny Światowej, bowiem znacznie łatwiej odbudować świat od zera na nowych zasadach, niż zmienić te zasady w chwili, gdy państwa na ich kanwie funkcjonują. Wiek XX przyniósł największe konflikty zbrojne w dziejach ludzkości i rewolucje kulturalno-społeczne, które odwróciły świat niemal o 180 stopni. Jeśli państwa zostaną połączone, prawdopodobnie wprowadzona zostanie dla nich jedna wspólna waluta.

W chwili, gdy piszę te słowa, na świecie żyje prawie 7,8 mld ludzi. Jeśli populacja świata będzie wzrastać nieskrępowanie – a wszystko na to wskazuje, chyba, że wprowadzona zostanie kontrola narodzin i liberalizacja aborcji – do roku 2050 ma szanse podnieść się o około 2 miliardy. Tym samym drastycznie zwiększy się zapotrzebowanie na jedzenie, a więc i energię, która do jego wytworzenia musi zostać zużyta. Źródła kopalne, które człowiek eksploatuje od kilkuset lat, będą ulegały coraz szybszemu wyczerpaniu, a ich ceny będą wzrastać, co wstrząśnie gospodarką w sposób na tę chwilę niewyobrażalny. Świat będzie musiał przerzucić się na inne źródła energii i prawdopodobnie zwolnić obroty. Największe nadzieje wiąże się z elektrowniami atomowymi, wiatrowymi oraz słonecznymi. Optymiści, jak chociażby Richard Sears, twierdzą, że era ropy naftowej skończy się na długo, zanim zabraknie samej ropy (ma nam jej wystarczyć do roku 2070) – dzięki innowacjom technologicznym – i świat zdoła uniknąć kryzysu.

Kraje europejskie, które zdecydowały się wpuścić do siebie muzułmańskich uchodźców, zapłacą za to wysoką cenę: wyznawcy islamu będą zakładać tam rodziny, zwiększać swoją liczebność, i dochodzić swoich praw kosztem gospodarzy. Ich przedstawiciele będą docierać do ważnych stanowisk politycznych. Wpływy muzułmanów na Europę będą konsekwentnie się zwiększać. Dojdzie do sytuacji, w której rdzenni mieszkańcy będą przez swoich gości uciskani. Szanse na to, że obie kultury – europejska i muzułmańska – zdołają dotrzeć się wzajemnie, odejść od radykalizmu na rzecz integracji, oceniam na skrajnie niską.

Wiele emocji budzi plan eksploracji Marsa, który USA zamierzają wdrażać w życie od 2025 roku. Wszystko wskazuje na to, że człowiek rzeczywiście postawi stopę na czerwonej planecie; być może dojdzie nawet do zbudowania tam bazy kosmicznej. Myślę jednak, że kryzys ekonomiczny znacząco wyhamuje program kolonizacji, i człowiek z czerwonej planety szybko zabierze się z powrotem na Ziemię. Prawdę mówiąc, nic nie wydaje mi się bardziej bezsensowne od kolonizowania obcej, skrajnie nieprzyjaznej i pozbawionej atmosfery planety, podczas gdy pieniądze te (biliony dolarów!) można by przeznaczyć na ratowanie niszczonej przez nas Ziemskiej biosfery. Faktem jest natomiast, że produktem ubocznym inżynierii kosmicznej jest cała masa niezwykle dzisiaj dla nas, przeciętnych obywateli, przydatnych wynalazków, żeby wspomnieć choćby joysticki, filtry do wody, bezprzewodowe narzędzia czy detektory dymu. Dobrze więc dla nas, by wysiłki w celu skolonizowania Marsa nie ustawały – wynalazki NASA będą podlegały bowiem dalszej komercjalizacji.

Świat przypomina obecnie palacza w średnim wieku, który choć wie, że wkrótce grozi mu nowotwór płuc, i poczyna pewne kroki by z nałogiem zerwać, to jednak wciąż uczynić tego nie potrafi. Choć państwa starają się ograniczyć emisję gazów cieplarnianych do atmosfery, działania te są niewystarczające wobec zmian, które już zaszły w biosferze. Zwrot w kierunku natury prawdopodobnie powoli będzie jednak postępował – nie tyle z dobrej woli człowieka, co po prostu dlatego, że tak nakaże ludzkości gromadny instynkt przetrwania, bowiem ratunek biosfery stanie się dla niej sprawą życia i śmierci. W znacznej części przyczyni się też do tego wspomniany już zanik paliw kopalnych.

Z pewnością w ciągu następnych 30 lat pojawią się wynalazki, o których dziś nawet nie śmiemy pomyśleć – tak, jak choćby trzy dekady temu mało kto myślał poważnie o rozpowszechnieniu gadżetu, który pozwoli człowiekowi robić zdjęcia, nagrywać filmy, i kontaktować się z ludźmi na drugiej stronie kuli ziemskiej o dowolnej porze dnia i nocy. Wynalazki te odmienią relacje społeczne tak, jak odmieniły je telefony komórkowe i Internet, a kto wie – może nawet bardziej.

Im więcej myślę o nadchodzących czasach, tym mniej zazdroszczę ludziom, którym przyjdzie w nich żyć. Świat stoi u progu wielkich przemian, i ciężko powiedzieć, czy wyjdzie z nich obronną ręką, a jeśli tak – to ile zostanie w nim starego świata. A to tylko przewidywania sięgające nieco ponad 30 lat naprzód; świat za lat sto czy dwieście jest dla mnie niewyobrażalny całkowicie.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay.com z darmowymi grafikami.

Przed Debiutem

Każdy pisarz, który ruszył kiedyś na podbój Wydawnictw, wie dobrze, jak chwila wysłania im swojego utworu wpływa na jego życie wewnętrzne. Rozpoczyna się wtedy proces ekscytującego oczekiwania, okres wzmożonych marzeń o debiucie i byciu czytanym, oraz strach przed jednoznacznym odrzuceniem. Odpowiedzi, jeśli w ogóle przychodzą, to po kilku miesiącach i (jeśli jest to pierwszy napisany utwór) prawie zawsze są odmowne. Pisarza, jako że to człowiek wrażliwy, nastraja to nieraz bardzo pesymistycznie; bywa, że ciężko podnieść się po pierwszej porażce, raz jeszcze uwierzyć we własne siły, i poświęcić się czemuś, co wymaga ogromu czasu i znowu może się nie powieść. W głębi serca wie on jednak, że innej drogi dla niego nie ma.Przed Debiutem (1)
Na odpowiedź od Wydawnictwa Videograf, któremu wysłałem swoją drugą powieść (pierwsza jest kiepska i jej maszynopis nigdy więcej nie opuści szafki oraz dysku twardego) czekałem przez pół roku. Czekałem, warto dodać, jak to ja: dość niecierpliwie, raz na jakiś czas dopytując o to, czy jest już jakaś decyzja odnośnie jej ewentualnego wydania. W odpowiedzi informowano mnie, że jeszcze nie, ale zapewniano również, że rzecz jest czytana przez wewnętrznych recenzentów. Informacja taka działała jak balsam dla mojej skołatanej duszy, uzyskiwałem bowiem potwierdzenie, że nie zapomniano o mnie, że tryby machiny wydawniczej obracają się również dla mnie.

Kiedy ujrzałem w skrzynce odbiorczej wiadomość od Videografu z pytaniem o mój numer telefonu, wiedziałem już, że coś się ruszyło. W chwilę potem odebrałem telefon od przesympatycznej Pani redaktor, która poinformowała mnie, że Wydawnictwo podejmie się wydania mojej powieści! Objęła mnie krystalicznie czysta euforia, która wprawiła moje ręce w drżenie. Wprost nie mogłem w to uwierzyć: moja praca i cierpliwość zostały docenione i wynagrodzone! Zaczęło wydawać mi się, że to sen, i kilkukrotnie wykonałem test rzeczywistości (poprzez uszczypnięcie się). Kto chce, może się śmiać, ale ja już wiem, że dla takich chwil warto żyć!

Wiem, że moja ewentualna kariera pisarska nie wybuchnie jak fajerwerki na Sylwestrowym niebie. Wiem, że z pisania wyżyć raczej się nie da. Wiem, że moja powieść nie wszystkim się spodoba, i wiem też, że jako pisarz jestem zaledwie rybką w oceanie. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że zrobiłem krok na przód, że jestem na drodze do spełnienia swojego marzenia, i że dobrze wiem, po co mi to wszystko, że robię swoje i jestem cudownie wręcz spokojny o całą resztę.

Zainteresowanych pragnę poinformować, że moja powieść – będzie nosiła tytuł Jowita – ukaże się dopiero na początku przyszłego roku, z uwagi na zapełniony na ten rok plan wydawniczy Videografu. Będzie to powieść psychologiczna z wiodącym wątkiem miłosnym, której bohaterem jest młody, niezrównoważony mężczyzna. Więcej o utworze napiszę w osobnym tekście, kiedy nadejdzie czas jego wydania (umowa z Wydawnictwem jest już podpisana).

A Wy wszyscy, którzy na co dzień walczycie z żywiołem słowa pisanego, Wy, którzy staracie się ujarzmić go – bądźcie wytrwali, jeśli naprawdę wiecie, po co piszecie, i jeśli naprawdę zależy Wam na tym, by zaistnieć. Na owoce Waszej pracy prawdopodobnie przyjdzie czekać Wam dłużej, niż wyobrażacie sobie teraz, że jesteście w stanie znieść, ale upragniony sukces nadejdzie. Wypiszecie masę długopisów, zdemolujecie palcami kilka klawiatur, i wylejecie morze tuszu, ale jeśli będziecie uparci, wydostaniecie się z tego mozołu z niezłą powieścią w zębach.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pexels.com z darmowymi grafikami.

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.2

Tuż obok C. mieszkała siedmioosobowa rodzina K. – małżeństwo z piątką dzieci. Była to rodzina dosyć dysfunkcyjna – ojciec pił (choć, oddajmy mu sprawiedliwość, pracował), jego żona była bezrobotna, zaś aż trójka z piątki dzieci chodziła do szkoły specjalnej, nazywanej przez nich eSeSmanką (później trafiła tam również pozostała dwójka). Trzej bracia K. byli naszymi kumplami, i często wpadaliśmy do nich na podwórko. Zwykle mieli na głowie kupę roboty – rąbali drewno, zajmowali się ogródkiem, sprzątali, majsterkowali – ale na ogół przyjmowali nasze wizyty z radością, bo umilaliśmy im nimi czas.

Rozmowy z braćmi K. nie były oczywiście zbyt kształcące – najczęściej opowiadali o markowych ciuchach (Romek, najstarszy z nich, posiadał pokaźną kolekcję spodni, koszulek, bluz i butów firm Nike, Adidas, Puma), szkolnych bójkach i nieznanych mi kolegach ze szkoły specjalnej (legendą był chłopak o ksywie Wery, który ponoć wygrywał wszystkie bójki). Nie przychodziłem jednak do nich po mądrość życiową, a dla śmiechu, którego zawsze było co nie miara, bo byli naprawdę zabawnymi kolesiami (choć może dlatego, że moje poczucie humoru nie było i nie jest zbyt wyrafinowane).

Przez pierwszy i drugi rok moich pobytów u braci K. Romek uczył się w szkole specjalnej o profilu gastronomicznym. W wakacje pracował z wujkiem na budowie, i zazwyczaj wracał z pracy tak spity, że w ogóle nie nadawał się do rozmowy (kilka lat później został absolutnym abstynentem). Romek był wielkim fanem Paktofoniki; kiedy powiedziałem mu, że jeden z członków zespołu, Magik, popełnił samobójstwo w wieku 22 lat, postanowił, że gdy sam będzie w tym wieku pójdzie w jego ślady. Początkowo byłem tą deklaracją bardzo przejęty i odwodziłem go od tego zamiaru; potem zapomniałem o sprawie, a on odpuścił samobójstwo, gdy znudziła mu się Paktofonika i przerzucił się na disco-polo. Nie wykluczone zresztą, że nigdy nie myślał na poważnie o odebraniu sobie życia.

Bracia K. byli pasjonatami filmów akcji z Jean Claudem van Dammem i Stevenem Seagalem. Romek co i raz załatwiał od kolegów kasety z filmami, i namawiał mnie na to, żebym – jako jedyny posiadacz odtwarzacza kaset VHS w naszej paczce – zorganizował u siebie seans. Nie lubiłem tych filmów – uważałem je za schematyczne, prymitywne, i nudne jak flaki z olejem – ale nie chciałem im o tym powiedzieć, żeby nie stracić ich sympatii. W miarę możliwości migałem się od urządzenia u siebie seansu, wymawiając się tym, że telewizor wciąż jest w użyciu; od czasu do czasu musiałem jednak ulec ich namowom, choćby dla świętego spokoju. Tak obejrzeliśmy na przykład Krwawy sport, Liberatora, kilka części Kickboxera, Podwójne uderzenie, Nieuchwytny cel, i wiele innych filmów o równie ambitnie brzmiących tytułach.

O tym, jak bracia K. uwielbiali filmy z tymi aktorami, najlepiej świadczy chyba następująca anegdota. Pewnej nocy wyświetlano jakiś film z Van Dammem bardzo późno, i nie było mowy o tym, żebym zaprosił ich o tej porze na seans. Najstarszy z nich zaoferował mi 20 złotych, jeśli włączę telewizor i pozwolę im… patrzeć na film przez okno. Oczywiście nie zgodziłem się na taki układ, uważając go za barbarzyński (możliwe zresztą, że sam zamierzałem oglądać coś innego).

O ile filmy rzeczywiście były fatalne, o tyle udzielała nam się dzięki nim zajawka na trenowanie szpagatu, ciosów z wyskoku i obrotu, oraz dźwigni. Machaliśmy nawet trochę jak sztangami ciężkimi rurami, żeby nabrać krzepy. Ćwiczyliśmy na podwórku C. Najsprawniejszy z nas był Romek – potrafił wykonać zarówno sprężynkę jak i szpagat, choć z jakiegoś powodu prawie nigdy nie dał się namówić na pokaz jednego ani drugiego. Być może kierowała nim wybujała skromność, być może chciał odgrywać wobec nas kogoś na wzór mistrza, którego umiejętności stworzone są dla wyższych celów niż popisywanie się. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciłem się z nim o to właśnie, że nie chciał mi pokazać, jak robi szpagat, a ponieważ oboje unosiliśmy się dumą, nie odzywaliśmy się do siebie ponad rok.

Bracia K. czasami prosili mnie też o to, bym pozwolił im przegrać u siebie muzykę z płyt na kasety (miałem magnetofon, który to umożliwiał). Była to dla mnie prawdziwa katorga, bowiem najczęściej (poza rapem) przegrywali techno i dance – gatunki, których wprost nie cierpiałem. Ponieważ jednak pożyczali mi kasety z hip-hopem (królowali: Peja, WWO, Fenomen, Karrmaba, Paktofonika i Eminem), wyświadczałem im tą przysługę. Dodam, że choć muzyka techno do dzisiaj wywołuje we mnie traumę, to wśród swoich ulubionych piosenek mam naprawdę sporo tanecznych kawałków (choć to utwory zupełnie inne niż te, które przegrywali u mnie bracia K.).

Pewnego ulewnego dnia jeden z braci K. wrócił ze szkolnego internatu z kasetą ze świńskimi przeróbkami polskich piosenek (nazywała się Erotyczne Hity albo Świńskie Przeboje). Ponieważ rodziców C. nie było wtedy w domu, poszliśmy we troje do jego garażu i słuchaliśmy kasety na magnetofonie. Jako nastolatek miałem wybitnie świńskie poczucie humoru, i niewiele brakowało, żebym podczas odsłuchu zlał się ze śmiechu w gacie. Następnego dnia mięśnie brzucha nadwyrężone miałem tak bardzo, że najmniejszy nawet chichot sprawiał mi ból.

Moi kumple niemal codziennie grali w piłkę. Za boisko służyły im pola, za bramki – wbite w ziemię kije. Nie znosiłem piłki nożnej – uważałem tą grę za prymitywną i nigdy nie nabrałem do niej pełnego przekonania – toteż podczas gdy grali albo jeździłem do domu, albo podawałem im wybite poza prowizoryczne boisko piłki. Nie była to najzaszczytniejsza rola, i z perspektywy czasu żałuję, że się jej podejmowałem, ale wtedy chciałem w jakiś sposób dotrzymywać kolegom towarzystwa i pokazać, że grając czy nie, jestem przydatny.

Czasami zapraszałem kolegów do siebie. Graliśmy wtedy na konsoli PSX, albo bawiliśmy się na podwórku w wojnę. Zabawa polegała na tym, że dobieraliśmy się w drużyny, wybieraliśmy plastikowe pistolety z mojej kolekcji zabawek, i dawaliśmy sobie chwilę na ukrycie się. Potem powoli wychodziliśmy ze swoich kryjówek i ”strzelaliśmy” do siebie z zaskoczenia, imitując huk wystrzału. Ten, kto pierwszy został trafiony – ginął. Pole manewru nie było wprawdzie duże, ale frajda nieziemska. Moją ulubioną kryjówką był dach wiaty, na którym rozkładałem się jak snajper ze straganową wersją karabinu Winchester. Za łażenie po nim dostawałem solidny ochrzan od dziadka, ale rzecz była tego warta.

Niemal codziennie chodziliśmy kąpać się w miejscowej rzece. Była płytka, toteż budowaliśmy na niej tamy. Spędzaliśmy mnóstwo czasu szalejąc w wodzie i wygrzewając się na piasku. Bywało, że pluskaliśmy się w pobliskim gliniastym bajorku, w którym woda, choć brudna, zawsze była o wiele cieplejsza niż w rzece. Pewnego razu zrobiliśmy w niej sobie we trójkę (ja, jeden z braci K. i nasz wspólny kolega, Michał) kąpiel bez majtek – ot, będąc w wodzie zdjęliśmy gacie, i pozwoliliśmy im osiąść na dnie zbiornika. Gdy na brzegu zjawił się inny nasz kolega, mówiąc Michałowi, że jest po coś pilnie potrzebny, zaczęło się gorączkowe poszukiwanie garderoby – co mimo naszych starań nie uszło uwagi przybysza, który opowiedział wszystkim o naszej pedalskiej kąpieli. Z pluskania się w bajorze zrezygnowaliśmy, kiedy zaczęły pojawiać się w nich dziwne larwy, czasami dostające nam się do majtek.

Gdy miałem 13 lat, w wakacje postanowiłem wraz z braćmi K. zbudować domek na drzewie. Kiedy już znaleźliśmy wprost idealne do tego celu drzewo, zaczęliśmy rozmyślać nad tym, skąd wziąć materiały do budowy. Wpadłem wtedy na pomysł, żebyśmy rozwalili podobny domek, który zbudował mój bardzo dobry klasowy kolega – T. (ten sam, który pokazał mi i C. pisemko pornograficzne). Udaliśmy się więc w to miejsce, a potem rozebraliśmy konstrukcję i przenieśliśmy wszystkie materiały do siebie. Krótko po tym akcie wandalizmu przypadkowo spotkałem T. Był wkurzony z powodu zniszczenia domku, ale właśnie odbudowywał go ze swoim kumplem. Zaprosił mnie nawet, żebym wpadł tam pogadać, a ja poszedłem z nim, i przez dobre dwie godziny rżnąłem niewiniątko. Kilka dni później prawda o moim wyczynie wyszła na jaw, i T. nie chciał mnie widzieć na oczy. Domek, który zamierzałem zbudować wraz z braćmi K., ostatecznie nie powstał, bo właściciel działki wyciął upatrzone przez nas drzewo. Nikt z nas nie miał już zresztą chęci na jego budowę.

Gdy wracam pamięcią do tych wydarzeń, nie mogę wyjść ze zdumienia nad własną bezmyślnością i okrucieństwem. Jak mogłem wyrządzić jednemu z najlepszych kumpli takie świństwo – zniszczyć mu domek, do którego zresztą często mnie zapraszał – i w dodatku liczyć na to, że nie wyjdzie ono na jaw?… Odpowiedzi niestety brak. Mogę tylko kręcić głową ze wstydu. Dodać muszę, że już trzy miesiące później, w roku szkolnym, pogodziłem się z T., któremu w ramach odszkodowania oddałem około dziesięciu płyt CD z muzyką (inicjatywa wyszła ode mnie). Potem jeszcze wiele razy zapraszał mnie do tego domku, ale długo nie czułem się godny wejścia tam, i odmawiałem sobie tej przyjemności.

Przemogłem się pewnego dnia, którego postanowiłem wraz z C. i naszym wspólnym kolegą J. zabawić się w wywoływanie duchów. Nie mieliśmy za bardzo gdzie pójść, toteż poprosiliśmy T. żeby pozwolił nam przeprowadzić obrządek w jego domku. Wierzył w duchy i był temu absolutnie przeciwny, okłamaliśmy go więc, że znajdziemy sobie inne miejsce. Kilka godzin po szkole poszliśmy jednak do jego domku – pech chciał, że T. akurat wracał z niego rowerem, i zobaczywszy nas ile sił w nogach pognał tam z powrotem, po czym zabarykadował się w nim, i nie chciał nas wpuścić. Długo musieliśmy przekonywać go, żeby zmienił zdanie. Gdy weszliśmy do środka, rozstawiliśmy cztery świece, zapaliliśmy je, zasłoniliśmy okna domku, i wyciągnęliśmy medaliki z krucyfiksami. T. nie miał krzyżyka, toteż sklecił go naprędce z połamanego patyka i kawałka sznurka. Chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy mówić: Przyjdź duchu, przyjdź! – T. niweczył jednak powagę sytuacji, żarliwie wymawiając słowa: Przyj duchu, przyj! Nic dziwnego, że żadna zjawa nie zaszczyciła nas swoją obecnością.

Lata Szczenięce 2000-2002 cz.1

Gdy byłem nastolatkiem, komputery w mojej miejscowości zamieszkania (i w sąsiednich wsiach) były rzadkością. Młodzież zamiast spędzać czas przed monitorem, w czterech ścianach, spotykała się ze sobą na świeżym powietrzu. I ja sam czas po szkole spędzałem głównie poza domem, w towarzystwie kumpli. Z perspektywy czasu stwierdzam, że miałem niesamowite szczęście załapać się na takie właśnie dzieciństwo. Najważniejszą postacią tego okresu mojego życia był klasowy kolega C. – chudy chłopak ze sterczącymi dęba blond włosami (którym to włosom zawdzięczał zabawne przezwisko). C. mieszkał w sąsiedniej miejscowości, trzy minuty jazdy rowerem ode mnie. To z nim ramię w ramię stawiałem pierwsze kroki poza dzieciństwo, w świat nastoletni, w lata szczenięce.

Przyjaźniliśmy się od 11 do 13 roku życia; potem nasza znajomość rozpadła się na kilka lat w drobny mak. Pewnego dnia dowiedziałem się od naszego wspólnego kolegi – jednego z braci K., o których później – że C. oczernia mnie podczas rozmów ze swoimi kumplami. Wiem, że kumple ci nie lubili mnie, i domyślać się mogę, że C. najzwyczajniej w świecie jeździł po mnie, by im się przypodobać. I ja nie byłem w stosunku do niego w porządku – ilość czasu, jaką gotów był ze mną spędzać, przytłaczała mnie, i czasami, gdy przyjeżdżał do mnie, kazałem matce okłamać go, że śpię. Swego czasu, z uwagi na częstotliwość wizyt u mnie, dorobił się wśród moich domowników nowej ksywki – Norek (od postaci Tadeusza Norka, odwiedzającego Karola Krawczyka w serialu komediowym Miodowe lata).

C. miał na podwórku trzepak. Uwielbialiśmy na nim przesiadywać, i rozmawiać. Głównym tematem były – jakżeby inaczej – dziewczyny i sprawy szkolne, ale nie ograniczaliśmy się tylko do nich. Bardzo lubiliśmy omawiać odcinki programu telewizyjnego Nie do wiary, który traktował o niewyjaśnionych zjawiskach. W jednym z nich poruszano temat przepowiedni Nostradamusa dotyczących przybycia antychrysta i końca świata. Całkowicie na serio planowaliśmy, że kiedy dorośniemy, zaczaimy się na sługę diabła i rozstrzelamy go pistoletami-sikawkami wypełnionymi wodą święconą! Gdy opowiadałem o tym ojcu, zaśmiewał się. No co? Przecież skoro to antychryst, to woda święcona musi go zniszczyć – argumentowałem swój plan.

Mniej więcej w tym czasie zakochałem się w Z., młodszej o rok siostrze naszego wspólnego kolegi. C. namawiał mnie na to, bym zapytał się jej, czy chce ze mną chodzić, ale oponowałem. Pewnego dnia zaproponował następujący układ: zawiesimy się rękoma na trzepaku, i jeśli pierwszy puszczę ja, zrobię, co chciał, natomiast jeśli on – przez minutę będzie stał z opuszczonymi majtkami skierowany przodem w stronę sąsiadów. Ale nie ma żadnych wymówek, nawet jeśli przyjdzie listonosz i zejdziesz to przegrywasz – zastrzegłem. C. zgodził się na ten układ. Niestety, listonosz zjawił się kilka minut później… Co prawda potem C. i tak bez mojej wiedzy ”zeswatał” mnie z Z., ale już pierwsza nasza rozmowa spełzła na niczym, kładąc kres temuż ”związkowi”.

Miałem bujną wyobraźnię, i potrafiłem wkręcać sobie i C. różne głupstwa, byle tylko oderwać się od szarej rzeczywistości. Kiedyś na przykład znaleźliśmy na szkolnym boisku bycze jajo (grzyb – purchawkę) i zamknęliśmy ją w słoiku, gdzie zgniła i zaśmiardła. Powąchawszy ją, poważnym tonem oznajmiłem, że wyrzucona ze słoika zdolna będzie zepsuć powietrze na powierzchni kilku kilometrów kwadratowych (!), i że możemy wykorzystać ją do zasmrodzenia boiska szkolnego nielubianym starszakom. Podrzuciliśmy grzybka na ów teren, i czym prędzej czmychnęliśmy z niego, by, jak wtedy sądziliśmy, nie zatruć się smrodem. Oczywiście nasza bomba biologiczna nie wypaliła, co zresztą zrzuciliśmy na karb padającego w chwilę potem deszczu.

Innym razem natrafiłem w czasopiśmie o grach komputerowych na opis przejścia gry Onimusha. Solucja zawierała również tłumaczenia zawartych w grze zapisków (listów? Pamiętników? – tego, niestety, nie pamiętam). Były bardzo mroczne i wywarły na mnie potężne wrażenie. Kilka dni później przepisałem je do zeszytu starając się jak najmocniej zniekształcić swój charakter pisma, skaleczyłem się, i wymazałem kartki krwią. Potem dałem je C. i wmówiłem mu, że to zapiski satanistów grasujących w naszej miejscowości, i że znalazłem je przypadkowo na szkolnym boisku, gdzie nocami urządzają sobie czarne msze. Początkowo był sceptyczny wobec tych rewelacji, ale potem uwierzył w nie; wiem, że zeszyt ten czytał późną nocą, pod kołdrą, przy użyciu latarki. Niestety, nie pamiętam zakończenia tej głupiej historii.

Byłem też niezłym kłamcą. Pewnego razu zapewniałem go, że mój handlujący fajerwerkami wujek załatwi mi za darmo tyle petard, ile tylko zechcę, i że podzielę się z nim jako moim najlepszym przyjacielem. Nie wiem, na ile robiłem to, by lubił mnie bardziej (wydaje mi się, że o jego sympatię mimo wszystko nie musiałem zabiegać), na ile dla samej złośliwej satysfakcji że robię z niego głupca, a na ile dla frajdy rozmawiania o petardach, które uwielbiałem; obstawiam wszystko po trochu. Oczywiście wujek nie dał mi żadnych petard, bo byłem szczylem i nie chciał mieć na sumieniu moich palców, a temat rozwiał się w czasie i został przez C. zapomniany. I on sam potrafił zresztą nieźle kręcić. W czasie mundialu w 2002 roku C. zakładał się ze swoimi młodszymi siostrami na pieniądze o to, jaki będzie wynik emitowanych w telewizji meczów. Haczyk był taki, że transmisje były powtórkami z innych płatnych kanałów, gdzie emitowane były na żywo, a mój kolega sprawdzał wcześniej wyniki w telegazecie.

Od czasu do czasu wpadał do nas młodszy ode mnie o cztery lata R. Był, podobnie jak C., wielkim fanem klubu piłkarskiego Manchester United, a ja nagminnie grałem mu na nerwach lżąc drużynę, ile tylko się dało. Wypada dodać, że robiłem to głównie w myśl zasady kto się czubi, ten się lubi, a nie dla sprawienia mu prawdziwej przykrości – choć nie wykluczam, że byłem trochę zazdrosny o uwagę, jaką poświęcał mu C. z którym łączyła go piłkarska pasja i coroczne dwutygodniowe wyjazdy na kolonie.

Kiedy myślę o R., przypominam sobie tylko dwa ciekawe epizody z jego udziałem. Pierwszy to konkurs bekania, który urządziliśmy sobie z nim i C. w mieszkaniu tego ostatniego podczas nieobecności jego rodziców. Łykaliśmy wtedy powietrze, i wydawaliśmy z siebie jak najdłuższe beknięcia. Wszystkim nam szło świetnie (inna sprawa, że w nocy obudziłem się z potwornym bólem zapowietrzonego żołądka). Druga historia ma miłosne zabarwienie. C. kupił kiedyś na odpustowym straganie plastykowy pierścionek za 1 złoty 50 groszy, żeby oświadczyć się swojej pierwszej dziewczynie – córeczce znajomych, którzy wpadali do jego rodziców raz na przysłowiowy ruski rok. Niestety, znajomość nie przetrwała próby czasu i odległości, toteż R. odkupił go od C. żeby zaproponować chodzenie swojej sympatii, S.

C. miał jamnika, do którego – nie wiedzieć czemu – miałem bardzo ambiwalentny stosunek: na zmianę darzyłem go to sympatią, to niechęcią (podejrzewam, że dużą rolę odegrały w tym jego wariackie, wyłupiaste oczy). Lubiłem pod nieobecność C. pluć na asfalt i patrzeć, jak piesek zlizuje moją plwocinę. Ale ceniłem też zabawy z nim. Poruszaliśmy w powietrzu szmatą kusząc go, by wziął ją w pysk, a potem drażniliśmy go, wyrywając mu ją z pyska. Piesek bardzo szybko wpadał we wściekłość – wtedy puszczaliśmy materiał i czym prędzej uciekaliśmy na trzepak, by nie dać mu złapać się za nogawkę. Potem uspakajaliśmy go, i drażniliśmy na nowo. Któregoś roku C. pojechał z rodzicami nad morze, pozostawiając pieska w szopie, a ja zobowiązałem się doglądać go i napełniać jego miski karmą i wodą. Nie dość, że z ustaleń tych wywiązywałem się po macoszemu, to jeszcze zdarzyło mi się wymierzyć zwierzęciu złośliwego kopniaka. Z perspektywy czasu odczuwam na myśl o tym palący wstyd.

Wspólnie z C. łapaliśmy polne żaby i poddawaliśmy je makabrycznym wiwisekcjom. Miałem nawet miniaturową, zieloną walizeczkę z chałupniczymi narzędziami chirurgicznymi: żyletkami, nożami, strzykawkami, młotkiem (do ogłuszania) itd. Pomińmy opis udręki, jakiej poddawaliśmy te biedne zwierzęta; dość powiedzieć, że pewnego dnia poczuliśmy się gotowi, by rozważać na serio przeprowadzenie na nich operacji przeszczepu serca! Nie doszło jednak do takiej próby – z tego, co pamiętam, mój kolega poszedł do spowiedzi i oznajmił, że kończy z operacjami. Cóż, może to i lepiej – raczej nie zrobiłby kariery jako anestezjolog albo chirurg…

W któreś wakacje nasz wspólny kolega T. opowiedział nam o skrytce, w której jego kumpel schował pisemko pornograficzne. Z tego, co pamiętam, miejsce to było dość odległe, ale ruszyliśmy w podróż niezwłocznie. W tamtych czasach dostęp do pornografii był tak trudny, jak powinien być dla osób w naszym wieku, i po prostu nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Trzech chłopaków pedałujących ile sił polną drogą, piaszczystą jak pustynne wydmy, w upale, musiało być intrygującym widokiem dla ewentualnych postronnych obserwatorów. Choć pewnie nawet w połowie nie tak intrygującym, jak intrygujący okazał się dla nas widok kobiecych narządów płciowych i par uprawiających wyuzdany seks. Nieco później miałem wejść w posiadanie ogromnej ilości tego rodzaju pisemek, w tamtym jednak czasie był to dla nas swego rodzaju Święty Graal.

Nie wiem, dlaczego, ale niezwykle wyraźnie zapadła mi w pamięć pewna arcyzwyczajna chwila: jeżdżę późnym wieczorem przed domem C. w te i we w te, czekając, aż skończy jeść, i marzę o kupnie konsoli Playstation 2 i graniu w grę wyścigową Gran Turismo 3. Jak wyraźnie słyszę cykanie świerszczy, czuję rześkie powietrze, widzę niknącą w zmroku jaskrawą zieleń jego równo przystrzyżonego trawnika! Muskam się o ten moment, ocieram o niego swym istnieniem, zastanawiając się, dlaczego akurat on leży na styku z teraźniejszością, która przecież zawsze jest tu i teraz? Choć wspominając tamte czasy, mimo zażenowania, odczuwam również duży sentyment, tylko do tej właśnie jednej jedynej niezobowiązującej chwili chciałbym móc przenieść się żywcem: kilkukrotnie przejechać rowerem w jedną i w drugą stronę, napawając się tym, że to wciąż dawne dzieje, i że nic – ani tragiczny koniec życia C., ani moje dramaty – nie jest jeszcze postanowione.