Archiwum kategorii: Eseje

Rewelacje Spod Sutanny

Im baczniej śledzę fora internetowe, tym bardziej utwierdzam się w przeświadczeniu, że dla większości katolików w Polsce wiara w Boga i kościół – są nierozłączne; że atak na duchowieństwo jest dla nich równoznaczny z atakiem na samego Boga. Gdzieś tam w ich mentalności tkwi przekonanie, że skoro (zgodnie z założeniami ich wiary) doskonały jest Stwórca, w którego wierzą, doskonali muszą być też jego słudzy (którzy są niejako jego mackami). Nie widzę innego wytłumaczenia dla zgorszenia, które wywołał wśród wiernych film Kler.

Pedofilia wśród duchownych jest (coraz częściej i lepiej dokumentowanym) faktem. Pazerność, rozwiązłość (we wszelkich formach) – także. Żeby tego nie wiedzieć i żeby temu zaprzeczać trzeba być człowiekiem niepełnosprawnym intelektualnie, chorym psychicznie, albo niedoinformowanym. Aż dziw bierze, że znaczna część krajan przynależy właśnie do tej grupy, ba – to wprost nieprawdopodobne zważywszy na fakt, że żyjemy w XXI wieku, w czasach swobodnego przepływu informacji i dostępu do nich.

Wielu osobom wygodnie jest tkwić po uszy w przyjemnych złudzeniach – w absurdalnym przekonaniu o przynależności do nieskazitelnej organizacji, sięgającej swą doskonałością chwały samego stwórcy. Dlatego ci, którzy te urojenia rozwiewają, spotykają się z taką agresją. Spierdalaj i nie burz mi komfortu psychicznego – powiedzieliby obrońcy nieskalanego wizerunku kościoła, gdyby wyrażali się dosadnym językiem. Niestety, są zbyt zajęci lizaniem nim tyłka klechom.

Myślę, że ogromne znaczenie na wzrost populacji tego typu szurniętych jegomościów ma pontyfikat Jana Pawła II (pod wieloma względami wyjątkowy, ale wcale nie tak chlubny, jak sądzi większość katolików). Narodowi wydaje się chyba, że za sprawą swej działalności duszpasterskiej Karol Wojtyła zapewnił mu specjalne względy Boga, a ten, żeby ich nie stracić, powinien rżnąć głupa, kiedy faceci w kieckach chowają pod nimi dzieci i pieniądze zdefraudowane ze zbiórek charytatywnych.Rewelacje Spod Sutanny (1)Jestem daleki od twierdzenia, że wszyscy księża to chciwe i zboczone knury w koloratkach, ale nie mam wątpliwości, że wśród nich zdarzają się (wcale nierzadko) również oni. Wszyscy, niezależnie od tego, czy wierzymy, czy nie, powinniśmy mieć na nich szeroko otwarte oczy i kibicować trwałemu usunięciu ich ze stanu duchownego – oraz, rzecz jasna, wymierzenia należnej im kary. Największa odpowiedzialność w tej materii spoczywa na samym kościele, który póki co usiłuje zamiatać brudy pod dywan (przepraszam – pod sutannę) – co jest już oczywistym i zuchwałym współudziałem w przestępstwie.

Jako ateista pogardzam klerem głównie dlatego, że miesza się do polityki i usiłuje narzucać społeczeństwu prawa oparte na religijnie wykoślawionej moralności. Eutanazji należy zakazać, gdyż Bozia z radością patrzy na pokorę z jaką człowiek znosi nieuleczalne męczarnie, a życie nawet, jeśli nadaje się już tylko do cierpienia i robienia pod siebie z bólu, jest wartością najwyższą; antykoncepcji, ponieważ seks jest tylko od zapładniania; in vitro, bo przecież gdyby Bóg chciał, żeby Janek miał dzieci, uczyniłby go płodnym; aborcji, bo kobieta powinna nauczyć się spełniać jako maszynka do rodzenia dzieci (te poczęte na wskutek gwałtu też trzeba urodzić, gdyż są darem Bożym). Tkwimy po uszy w ograniczającej nasze człowieczeństwo psuedomoralności opartej na starożytnych absurdalnych bajędach, w czarnej kościelnej ociekającej marazmem dupie, i dlatego z wytęsknieniem wyczekuję upadku tej sekty zwanej klerem.

Kończą się czasy dla tych świętych krów – nawet w Polsce, kraju psychofanów papieża-polaka i akrobatów tańczących na jego grobie. W tym miesiącu nakazem wyroku sądowego Towarzystwo Chrystusowe zmuszone było wypłacić ofierze pracującego w jego szeregach księdza-pedofila milion złotych odszkodowania (do tego dochodzi dożywotnia renta w wysokości 800 złotych miesięcznie). Jest to przełomowe wydarzenie – społeczeństwo powoli, ziewając ze znużeniem, budzi się ze snu o nieskazitelności i bezkarności duchownych. Ofiary zboczeńców w sutannach, które milczały z poczucia wstydu i winy, oraz z obawy przed niemożliwością uzyskania zadośćuczynienia za wyrządzone im krzywdy, z pewnością dostrzegą w tym wyroku szanse na wyrównanie rachunków. Możemy spodziewać się coraz większej ilości tego typu procesów – i ich wygranych przez stronę pokrzywdzoną.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Człowiek Wobec Multiwersum

Przeczytałem ostatnio niezwykle intrygującą (i świetnie napisaną) książkę Maxa Tegmarka pt. Nasz matematyczny wszechświat. W poszukiwaniu prawdziwej natury rzeczywistości. Autor – kosmolog i fizyk teoretyczny – dowodził w niej współistnienia czterech typów multiwersów, a więc zbiorów wszechświatów równoległych do naszego.

Dwa pierwsze typy tych niezwykłych zbiorowisk miałyby istnieć w przestrzeni zdominowanej przez tak zwaną inflację – zjawisko polegające na samoistnym, lawinowym tworzeniu się przestrzeni, energii i materii z niemal niczego. To, co określamy mianem Wielkiego Wybuchu, miałoby zachodzić w tych miejscach, w których inflacja zatrzymała się, podczas gdy w innych trwa wiecznie. Według Tegmarka, Big Bang nie ogranicza się jedynie do narodzin pojedynczego wszechświata, ale właśnie całego multiwersum (Tegmark nazywa je multiwszechświatem poziomu I) – zbioru wszechświatów, w których panują takie same prawa fizyki. Ponieważ według tej teorii miejsc, w których inflacja zatrzymała się, jest nieskończenie wiele, oznacza to z kolei narodziny nieograniczonej ilości rozdzielnych czasoprzestrzennie multiwersów o różnych właściwościach fizycznych (multiwszechświat poziomu II). Ponieważ zakres sił oddziaływań fizycznych sprzyjających rozwojowi życia jest niezwykle wąski, zdecydowana większość takich kosmosów byłaby pusta i martwa.Conceptual image of bubble universesBrzmi niedorzecznie? Na pierwszy rzut oka zapewne tak. Jeśli jednak weźmie się pod uwagę fakt, że minimalna zmiana parametru jakiejkolwiek stałej fizycznej uniemożliwiłaby pojawianie się życia, pozostaje tylko uwierzyć Tegmarkowi – albo przyjąć, że Wszechświat powstał jeden jedyny raz, a za jego niesamowitym dostrojeniem do powstania życia stoi przypadek (lub Bóg).

Teoria postulowana przez Tegmarka (rzecz jasna nie jest jedynym jej zwolennikiem – opowiadają się za nią chociażby tacy naukowcy, jak Brian Greene czy Lawrence Krauss) ma bardzo ciekawe implikacje. Jeśli istnieje nieskończenie wiele wszechświatów, to znaczy, że układy atomów muszą powtarzać się w nich nieskończenie wiele razy, a zatem każdy z nas posiada w nich nieskończenie wiele sobowtórów, w tym również takich, które przeżywają dokładnie to samo, co my (i są nami nie mniej, niż my sami). Jestem dość sentymentalny, a przy tym kocham swoje życie, toteż myśl, że nawet po mojej śmierci zawsze gdzieś tam jakaś kopia mnie będzie przeżywać dokładnie to samo, co ja tutaj, napawa mnie swego rodzaju otuchą.

Co innego czuję, kiedy uświadamiam sobie, że oznaczałoby to także powtarzanie się w nieskończoność najczarniejszych scenariuszy dla całych cywilizacji – na przykład ludobójstw. W całej wieczności nie byłoby wtedy chwili, w której gdzieś naziści nie gazowaliby tysiącami ludzi w obozach zagłady. Ba – w pewnych kopiach naszej planety wygraliby II wojnę światową, i sprawowali swoje chore rządy nad całą planetą. Zresztą wszystko, co mogłoby się wydarzyć, musiałoby powtarzać się nieskończenie wiele razy we wszystkim możliwych wariantach przez całą wieczność – wojny atomowe, mordercze epidemie, zagłady na skalę kosmiczną, itd.

Osobiście od dawna wierzę w istnienie tego, co Tegmark określa mianem multiwszechświata poziomu II – nie potrafię tylko zdroworozsądkowo ustosunkować się do jego istnienia. Czy – zważywszy na to, że z innymi kosmosami nie łączy mnie nawet wspólna czasoprzestrzeń – powinienem traktować ich hipotetycznych mieszkańców wyłącznie jako abstrakcję – ni mniej, ni więcej, tylko myśl w swojej głowie? Czy o czymś, co istnieje w innej, absolutnie niedostępnej rzeczywistości, można mówić jako o czymś realnym? A może zupełnie słusznie byłoby czuć więź zarówno z nimi, jak i każdą możliwą wersją mnie?

***

Grafika pochodzi ze strony GettyImages z darmowymi obrazkami.

Christie w Krótkiej Formie

Zakupiłem jakiś czas temu kilka tomów opowiadań Agaty Christie. Dlaczego nie powieści? Ano, po przeczytaniu kilku z nich, ciekaw byłem, jak kryminał sprawdza się w krótkiej formie; czy na zaledwie kilkudziesięciu stronach da się sprawnie sportretować postaci, zbudować napięcie, oraz skonstruować ciekawą intrygę. Poza tym – w przeciwieństwie do większości czytelników – mam szczególną słabość do dobrych opowiadań. Bywa przecież, że krótki tekst wzbudza więcej zachwytu od całych powieści, i poszukuję takich perełek z wielkim zaangażowaniem (i przyjemnością). Kto jak ognia unika krótkich form – niech sprawdzi koniecznie.

Agata Christie to – zaraz obok Stephena Kinga – najważniejsza autorka, której książki czytam dla czystej rozrywki. Nie wymagam od niej kunsztu stylistycznego, impresji poetyckich czy refleksji zdolnych wywrócić moje życie do góry nogami – gdy sięgam po jej prozę, chcę się po prostu oderwać od rzeczywistości, kompletnie zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Po tego typu prozę chwytam też często po przeczytaniu jakiegoś obszernego i wymagającego dzieła. Po prostu świetnie relaksuje.Christie w Krótkiej Formie (1)Na pierwszy ogień poszło Trzynaście zagadek. Kilka osób różnych profesji spotyka się, żeby powspominać znane im wydarzenia kryminalne. Potem każdy z obecnych przedstawia najbardziej prawdopodobne jego zdaniem rozwiązanie zagadki. Największe sukcesy na tym polu odnosi bohaterka kilku powieści Christie – niepozorna staruszka, panna Marple. Swój talent dedukcyjny okazuje się zawdzięczać nie tylko bystrości umysłu, ale i bacznym obserwacjom (czasami pozornie banalnym) małomiasteczkowego życia.

Potem sięgnąłem po Wczesne sprawy Poirota. Belgijski detektyw jest najlepiej mi znaną postacią prozy Christie. Uwielbiam go za jego narcyzm, maniery, intelekt, niezmordowanie i znajomość natury ludzkiej. Narratorem prawie wszystkich utworów jest kapitan Haskins, przyjaciel i towarzysz Poirota. Wspomina on sprawy, których rozwikłania belg podjął się na początku swej kariery.

Detektywi w służbie miłości to krótki (zaledwie 200 stron) zbiór opowiadań, których akcja oscyluje wokół zawirowań uczuciowych. W 8 historiach pojawiają się trzej popularni bohaterowie powieści Christie – Harley Quin, Herkules Poirot, oraz Parker Pyne (zabrakło tylko poczciwej panny Marple i duetu Tommy & Tuppence). Te utwory mają znacznie więcej kolorytu od wspomnianych wcześniej – być może z uwagi na wiodący wątek romantyczny.

Z tego, co się orientuję, Tajemniczy pan Quin jest ewenementem na tle reszty twórczości pisarki, ponieważ zawiera subtelne elementy paranormalne. Bohaterami wszystkich 12 opowieści jest dwoje mężczyzn – tytułowy pan Quin oraz pan Satterthwaite. Pojawienie się pierwszego z nich w życiu tego drugiego zawsze zwiastuje jakieś niezwykłe wydarzenie. Quin subtelnie naprowadza swojego przyjaciela na trop intrygi, a potem pomaga mu w rozwikłaniu jej. Wszystkie utwory stanowią rasowe kryminały, z tym, że dzięki osobie zagadkowego przybysza, spowija je niezwykła atmosfera. Gdybym miał wybrać najlepszą książkę spośród czterech wymienionych, postawiłbym właśnie na tą.

Tym, co bardzo mi się podoba w prozie Christie, to że nie stara się udawać niczego ponad to, czym jest – a więc literaturą rozrywkową. Jest w niej sporo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i sytuacji absurdalnych oraz naiwnej ckliwości. Jeśli jednak czytelnik będzie potrafił (i chciał) przymknąć na to wszystko oko, czeka go wiele dobrej zabawy.

Niektórych rzeczy nie sposób jednak Christie wybaczyć. Im więcej przeczyta się jej opowiadań, tym bardziej rzuca się w oczy ich schematyczność. W prawie każdym z nich mamy trupa, kilkoro podejrzanych którzy pozostają ze sobą w skomplikowanych relacjach, oraz osobę obdarzoną ponadprzeciętnie rozwiniętą dedukcją. Można powiedzieć, że zmieniają się tylko konfiguracje postaci, ich motywacje i łączące ich zależności (powtarzają się nawet pewne okoliczności, jak np. nieoczekiwana śmierć podczas przyjęcia). Schemat byłby mniej napastliwy, gdyby autorka postarała się o odpowiednią dla niego oprawę. Mowa tutaj o opisach miejsc, które są nie tyle nawet oszczędne, co po prostu ubogie. Autorka skupia się na akcji i jej postaciach – u niej liczy się to, kto, gdzie, jak, kiedy i czemu; reszta – otoczenie – jest dla niej zazwyczaj nieistotne, i czasami ma się wrażenie, że awantura rozgrywa się na białym tle. Krótkie formy Christie sprawiają czasami wrażenie zbyt suchych, a bywa, że wręcz szkicowych.

Ile literackich perełek gatunku odsiałem podczas czytania tych kilkudziesięciu opowiadań? Każdy zbiór zawierał od 1 do 3 takich zapadających w pamięć utworków. To mało, ale w gruncie rzeczy – nie szkodzi. Opowiadania Christie są jak krótkie zjeżdżalnie: zdarzają się wśród nich zarówno prostsze, jak i bardziej zakręcone, ale wszystkie łączy to, że zapewniają szybką rozrywkę. Kryminał zdecydowanie sprawdza się lepiej w formie powieściowej, ale fani gatunku i w opowiadaniach znajdą wiele rozrywki. Ja sam wkrótce zamawiam kolejne kilka zbiorów.

Grzybowo

Ostatnimi czasy w moim życiu dzieje się tak wiele (dobrego), że trudno było mi znaleźć czas i siłę na wypad do lasu. Kiedy ostatni raz byłem na grzybach? Dwa tygodnie temu! Słabo, a nawet bardzo słabo, zważywszy na to, że poprzedniego roku w sezonie grzybowym odwiedzałem las niemal codziennie. Ale ten wypad sprzed 14 dni był naprawdę udany: uzbierałem masę podgrzybków i trochę opieniek. Wszystko poszło w marynatę. Niestety, już pierwszy tydzień rozkoszowania się grzybkami dzień w dzień, przy prawie każdym posiłku, uszczuplił moje zapasy niemal do cna. Cóż poradzić; łasuchy tak mają.

Na szczęście ostatnia sobota września okazała się pięknym, słonecznym dniem, a ja miałem już z głowy kilka bardzo absorbujących mnie ostatnio spraw. Od chwili przebudzenia wiedziałem, że pora ”wyskoczyć w krzaki”. Tym bardziej, że dwa z czterech ostatnich poranków zaskoczyły mnie przymrozkiem – co oznaczało, że to prawdopodobnie ostatni dzwonek na zbiór większej ilości podgrzybków. Miałem także nadzieję zebrać płachetkę kołpakowatą – ponoć bardzo smaczny grzyb, który zidentyfikowałem dopiero w ubiegłym roku. Gdy odwiedziłem jego stanowiska dwa tygodnie temu, były jeszcze puste. Żywiłem nadzieję, że nie uprzedzili mnie inni grzybiarze, ani łakome robaki.Grzybowo (1)Gdy wyściubiłem wścibskiego nosa poza drzwi domu, okazało się, że wcale nie jest tak ciepło, jak można by się tego spodziewać podziwiając bezchmurne niebo za oknem. Ubrałem kurtkę, wziąłem wiaderko (potężne, bo 14-litrowe) oraz nożyk-tępak, i ruszyłem w drogę. Autem – podrzucił mnie brat.

Grzybów w lesie – jak mrówek w mrowisku. Z tym, że większość z nich niejadalna – królują niejadalne mleczaje, krowiaki podwinięte, oraz gołąbki. Podgrzybków sporo, ale gros z nich nie pierwszej już i nie drugiej nawet świeżości, tak, że we wiaderku lądował mniej więcej co drugi okaz, a nawet wśród nich znajdowały się prawdziwe suszki. Gdybym zjawił się tam tydzień wcześniej, obłowiłbym się co nie miara. Szkoda.

Bardzo dobrze zbiera się grzyby we wrześniu, kiedy ściółka nie jest jeszcze upstrzona – bardzo swoją drogą urodziwą – kolorową mozaiką zwiędłych liści. Brunatne kapelusze wyróżniają się na tle zieleni mchu i oko wychwytuje je z łatwością. Jeszcze lepiej, kiedy połyskują w promieniach słońca, mokre od rosy lub deszczu. Tym jednak razem, z uwagi na porę, najbardziej rzucały się w oczy śnieżnobiałe kupki pleśni, które w poprzednim życiu były dorodnymi podgrzybkami.

Odwiedziny kołpakowych miejscówek skończyły się nielichym rozczarowaniem – niemal wszystkie okazy (dość już wyrosłe) były podziurawione jak sito od konsumujących je robaków, inne – zapleśniałe. Kilka małych sztuk – konkretnie pięć – udało mi się jednak upolować; ledwie wychylały swe łebki spod ziemi. Słyszałem, że to jeden z najlepszych grzybów do marynaty. Dla wielu osób z pewnością zabrzmi to obłędnie, ale ugotowałem je osobno i zamarynowałem w oddzielnym słoiczku. A co!

Nieco dalej, w innym jeszcze miejscu, utrafiłem kilka dorodnych koźlarzy (przez poprzednie lata był to w mojej okolicy najpospolitszy grzyb, w tym roku zebrałem ich mniej niż 20 sztuk), a nawet maślaka pstrego (dużego i zdrowego). Po borowikach, niestety, ani śladu – w tym roku zaszczyciły moje podniebienie tylko jeden raz.

Przed grzybiarzami jeszcze cały październik. Liczę na pojaw podgrzybka zajączka, maślaka pstrego, borowików, koźlarzy i, oczywiście, opieniek. Może uda mi się nawet dorwać boczniaka ostrygowatego w stadium rozwoju odpowiednim do konsumpcji – znam miejsce, gdzie rokrocznie pojawia się jego pokaźna kolonia, ale zawsze odwiedzam ją za późno, gdy grzyb jest już stary i łykowaty.

Dla Wszystkich Starczy Szczęścia

Dla wszystkich starczy szczęścia – pomyślało mi się, ni stąd, ni zowąd, kiedy przechodziłem przez kuchnię. Ot, samo z siebie. Ten typ tak ma – maszyneria mózgu nieustannie pracuje nad tym lub owym, choćbym nawet nie czynił świadomych wysiłków ku pojęciu czegoś. Nie, żeby jakaś wielka filozofia – co to, to nie; takie tam, okruszyny mądrości. Ale raz na jakiś czas taka smaczna okruszyna z tej maszynerii niespodziewanie wylatuje. Dla wszystkich starczy szczęścia – niby nic wielkiego. Niby rzecz oczywista. A może jednak nie?

Bo skoro szczęście jest wszędzie – nic, tylko brać je i radować się – to czemu wokoło tak wielu ludzi nieszczęśliwych? Czyżby wszyscy stąpali po szczęściu – jak ostatni nędznicy po gigantycznej fortunie – nie dostrzegając go? Czy wszystko naprawdę może być tak proste?

Nauczyłem się, że szczęście to przede wszystkim sprawa postrzegania, perspektywy. Że w życiu trzeba umieć zająć odpowiedni punkt widzenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy cieszyć się ze wszystkiego – byłby to absurd. Szczęście – to umiejętność skupiania się na pozytywach w świecie nieustannie bombardującym nas, nieustannie rozpraszającym nas negatywami. Gdybym chciał narzekać – znalazłbym ku temu doprawdy nieskończoną ilość powodów. Ba – nie wiedziałbym nawet, od czego mam zacząć, i pewnie nie wiedziałbym, na czym mam skończyć. Ale mogę wybrać, w którym kierunku chcę patrzeć – więc wybieram dobrze. Wybieram dobrze, bo gdy dostrzegam pozytywy, mogę z nich czerpać.

Patrząc wstecz, dzielę swoje życie na kilka etapów. Z pewnością najtrudniejszym z nich był 7-letni okres pomiędzy 18 a 25 rokiem życia – otwierał go dzień, kiedy wyrzucono mnie ze szkoły (byłem wtedy niezłym ziółkiem), a zamyka ten, w którym udałem się na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Tych 7 lat – to czas bezpowrotnie zmarnowany, zaprzepaszczony. Jeden wielki ciągnący się niczym flaki z olejem depresyjny marazm, tak ubogi w treść, jak tylko można to sobie wyobrazić. A mógłbym, przynajmniej teoretycznie, przeżyć ten czas zupełnie inaczej, zyskać na nim. Dlaczego do tego nie doszło?

Mając zaburzony obraz własnego Ja i świata – nie sposób uczynić ze swoim życiem niczego prawdziwie konstruktywnego. Człowiekowi wydaje się, że próbuje się odnaleźć i że spożytkowuje ku temu wszystkie swoje siły – tymczasem zaledwie (choć ile tchu w płucach) drepcze w kółko jak pies goniący własny ogon. Dopiero pełna pokory otwartość na cudze obserwacje własnej osoby (na przykład w gabinecie psychologa, na spotkaniu w grupie terapeutycznej) pozwala mu uzupełnić swój obraz własnego Ja o szczegóły, których istnienia samodzielnie nie dostrzegał. Gdy obraz ten ulega wyklarowaniu, z oczu powoli opadają klapki, i człowiek pewnego dnia patrzy na świat i siebie tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, jakby dopiero co się narodził – i dopiero wie, co powinien ze swoim życiem uczynić. Patrzy wstecz i dziwi się, jak mógł widzieć wszystko (a najbardziej samego siebie) na opak – jak w lustrzanym odbiciu krzywego, brudnego i spękanego zwierciadła.

Każdy dorosły człowiek (wyłączając oczywiście osoby, na które ogromne nieszczęścia spadły niezależnie od ich działań) ma takie życie, na jakie jest psychicznie – emocjonalnie i intelektualnie – gotów, bo każdy postrzega je zależnie od posiadanych wewnętrznych zasobów – i działa zgodnie z nimi. Jak już wspomniałem, te braki można – jeśli dysponuje się otwartym umysłem i pokorą – uzupełnić. A zazwyczaj człowiek jest w stanie to uczynić dopiero wtedy, kiedy uderza o dno, i nie ma innego wyjścia – choć w tym martwym punkcie, w tym punkcie krytycznym tkwić może latami, nim coś w jego świadomości zaskoczy. Niestety, w niektórych przypadkach dokonuje żywota nigdy więcej nie wydostając się poza jego obręb.

Co by nie mówić, prawdopodobnie wszyscy mamy więcej szczęścia niż rozumu – rozumu, który pozwala dostrzegać je i z niego czerpać. To stwierdzenie nie załatwia sprawy, ale może być dla nas jakimś pocieszeniem; smutnym uśmiechem na naprawdę dobry początek dnia.

Klęska Posuchy

Ostatni tydzień lipca rozpieszczał mnie pojawem muchomorów czerwieniejących. Każdą półgodzinną wyprawę w ulubione krzaki kończyłem z całym wiaderkiem tych smacznych grzybów. Niestety, inne zwykle występujące tam gatunki okazały się albo nieobecne, albo obecne w ilości minimalnej; trafiłem tylko na dwa zdrowe prawdziwki i jednego podgrzybka złotoporego. Po koźlarzach (w poprzednich latach ich pojaw był ogromny) wszelki ślad zaginął. Cóż – być może jest to związane z przeprowadzoną tam wycinką drzew.

Pierwsze półtora tygodnia sierpnia było upalne (w Mazowieckim temperatura po południu rzadko schodziła poniżej 30 stopni) i bezdeszczowe, co przełożyło się na kompletną grzybowa posuchę. Spacery po ulubionych krzakach niezmiennie kończyły się powrotem do domu z pustym wiadrem; jakby mało było tego, że we własnej skórze było mi za gorąco, nie wspominając już o koszulce, przechodząc pomiędzy drzewami niechybnie przyodziałem się w dziesiątki pajęczyn (wraz z ich ośmionogimi lokatorami, rzecz jasna). Cóż było robić; pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na porządne opady deszczu.Klęska Posuchy (1)Lunęło dopiero 10 sierpnia. Nie tak mocno, jak się tego spodziewałem – i jak pozwalały mieć nadzieję prognozy pogody – ale dobre i to. Burze, o których trąbiono wszem i wobec we wszystkich mediach, ledwie zahaczyły nas basowymi pomrukami i ponurymi, ciemnymi chmurami. Dwa dni potem niebo było już nieskazitelnie błękitne; powróciło słońce i ciepło. Choć wiedziałem, że nim grzybnia zacznie owocować po tak intensywnej suszy minie dobry tydzień, pozwoliłem nogom ponieść się w krzaki.

Tak jak można się tego spodziewać, nie znalazłem ani jednego grzyba. Nic – nawet pojedynczego trujaka (już w lipcu powinny pojawić się toksyczne krowiaki podwinięte). Fajnie jednak było przejść się wreszcie po ulubionych miejscach nie wylewając z siebie hektolitrów potu. Szelest listowia, zapach drzew, szum chłodnego wiaterku w uszach, i widok suchej żółtawej polnej trawy składają się na kompozycję zmysłową znaną każdemu grzybiarzowi i przez każdego grzybiarza cenioną. Obcowanie z naturą, którego dostarczają nam grzybobrania, zwykle wydaje nam się uboczną ich przyjemnością, ale kto wie, może jest wręcz odwrotnie?

Ale nie wszystkim grzybiarzom wiedzie się tak podle, jak mi; zdjęcia zamieszczane na forach prezentują zbiory tak obfite, że można dostać od ich widoku zawrotów głowy. Tu jedna pani zamarynowała już 176 słoiczków kurek, tam pewien facet zebrał 200 sztuk borowików, jeszcze gdzieś ktoś donosi o ilości koźlarzy tak wielkiej, że nie był w stanie ich zebrać… Gatunków grzybów cała moc – borowik szlachetny, maślak zwyczajny, koźlarz (grabowy, topolowy, babka), muchomor czerwieniejący, podgrzybek zajączek, wodnicha późna, siedzuń sosnowy (dwa ostatnie gatunki u mnie niestety nie występują). O gatunkach bardziej egzotycznych (i niejadalnych, ale rzadkich) nawet nie wspominam. Gdybym nie znał już trochę grzybiarskiej społeczności, pomyślałbym, że to zdjęcia z ubiegłych lat. Można tylko pozazdrościć. O, Wielki Borowiku – pojaw się innym, a i o mnie nie zapomnij.

Zagajniki zagajnikami, ale co z lasem? Nie wiem, czy jest to reguła obowiązująca gdziekolwiek indziej, ale w moich okolicach, jeśli grzybów brak w zagajnikach, tym bardziej nie ma ich w lesie, toteż nawet tam nie zaglądam. Na szczęście wrzesień już tuż-tuż, a on nigdy mnie nie zawiódł. Z utęsknieniem czekam na coroczny, ogromny pojaw podgrzybka brunatnego.

Zobaczymy, jak to dalej będzie. Prognozy pogody na najbliższy tydzień nie pozostawiają raczej większych nadziei na obfite zbiory w województwie Mazowieckim; wygląda zresztą na to, że cały sierpień będzie suchy i upalny.

Muchomorowo

Już od maja przynajmniej raz na dwa tygodnie odwiedzałem swoje ulubione zagajniki w poszukiwaniu grzybów. Pogoda – wysokie temperatury na przemian z ulewnymi deszczami – wydawała się sprzyjać ich pojawowi (tak, pisze się ”pojawowi” a nie ”wysypowi”), ale za każdym razem na miejscu witała mnie całkowita posucha. Całkowita; nie znalazłem przez ten czas nawet jednego okazu gatunku niejadalnego, trującego bądź takiego, którego nie zdążyłem jeszcze oznaczyć. Przyznam, że nie nastrajało mnie to optymizmem. Ale wiedziałem, że w niektórych rejonach kraju nad Wisłą grzybiarze mają powody do zadowolenia. Internetowe fora grzybowe zaczęły odżywać po okresie zimowym – zrobiło się na nich kolorowo od zdjęć żółciaka siarkowego, żagwi łuskowatej, a w czerwcu także koźlarzy i borowików. Oglądając zdjęcia zbiorów z trudem mogłem uwierzyć, że mieszkamy w jednym i tym samym Państwie.

W czerwcu spędziłem w lesie kilkaset godzin na zarobkowym zbieraniu jagód. I tam, pomimo, że przeszedłem solidny kawał lasu, nie natrafiłem na żadnego grzyba aż do końca miesiąca. Dopiero wtedy napotkałem 3 muchomory rdzawobrązowe (jadalne, ale bardzo kruche i zbierane przeze mnie rzadko), oraz czerwonej barwy gołąbka. Niestety, na tym koniec; z kolejnych (coraz częstszych) wypadów do zagajnika również wracałem z pustym wiaderkiem.Muchomorowo (1)Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lipca (bardzo późno, bo w ubiegłym roku począwszy od połowy czerwca, miejsce to prawie codziennie zapewniało mi śniadanie). To wtedy, tuż po trwających dobry tydzień ulewach znalazłem tam 2 koźlarze grabowe oraz kilka muchomorów czerwieniejących. Po przebraniu ilość okazała się wystarczająca na skromny posiłek, toteż wszystkie wylądowały na patelni. Apetyt, jak można się tego domyślać, zamiast zostać zaspokojonym, został zaostrzony.

Tydzień później odwiedziłem zagajnik ponownie. Tym razem zastałem w nim moc muchomorów czerwieniejących. Zbieram je dopiero od roku – wcześniej miałem je (podobnie jak większość grzybiarzy) za trujące i zostawiałem je w spokoju; żal myśleć, jak wiele smacznych posiłków z nich ominęło mnie przez wszystkie te lata z uwagi na niewiedzę. Niestety, amanita rubescens to gatunek bardzo podatny na zaczerwienie, i zazwyczaj rzadko który okaz okazuje się zdrowy. Z moich zbiorów (niemal całe 7 litrowe wiaderko) ostało się grzybków na zaledwie pół litra marynaty.Muchomorowo (2)Kolejne dni zaowocowały jeszcze obfitszymi zbiorami muchomora czerwieniejącego. Ostatniego dnia lipca, dzień po ulewnym deszczu, wybrałem się na godzinny spacer po chaszczach i zebrałem całe 10 litrowe wiaderko tych grzybów. Tym razem blisko połowa z nich okazała się, że tak powiem, zdrowa jak ryba; wszystkie wylądowały w marynacie octowej z cebulką, listkiem laurowym i gorczycą. Ten sposób obróbki kulinarnej muchomora czerwieniejącego jest moim ulubionym – świetnie nadaje się na dodatek do kanapek. Szczególnie smaczne są najmniejsze okazy, całe, zamknięte jeszcze kapelusze. Mają kruchą konsystencję, podczas gdy duże ”parasole” są nieco mięsiste. Wśród ich amatorów nie brakuje osób, które wolą je dusić w śmietanie z dodatkiem cebulki (mi w tej formie niezbyt przypadły do gustu).

Kiedy zacząłem zbierać amanita rubescens w poprzednim roku, rodzina odwodziła mnie od jedzenia tego gatunku krzykiem. Tak jak się tego spodziewałem, po przekonaniu się, że nie zapłacę za jego jedzenie zdrowiem, ich opór opadł. Nadal jednak nie ma wśród nich chętnych na skosztowanie muchomora, i nadal patrzą się na mnie niepewnym wzrokiem, gdy zajadam się nim. Cóż; nie wiedzą, co tracą.