Archiwa tagu: smutek

Wygrać z Depresją

Wygrać z Depresją (1)Można śmiało powiedzieć, że depresja jest chorobą równie pospolitą, co wstydliwą. Choruje na nią masa ludzi, ale większość z nich nie dopuszcza do siebie tej świadomości. Bo depresja kojarzy się ze słabością, z użalaniem się, z lenistwem, z wymówką, i z potrzebą atencji; z wymyślaniem sobie problemów z braku laku, dla rozrywki. W skrajnych przypadkach zaburzenie psychiczne postrzegane jest przez ludzi nawet jako forma upośledzenia umysłowego. To straszne, ale taki właśnie obraz tej choroby wciąż jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie (choć jego świadomość, na szczęście, nieustannie wzrasta).

Na depresję leczę się od czterech lat. Ile czasu chorowałem, zanim wybrałem się do specjalisty? Co najmniej siedem. Przez cały ten czas żyłem na krawędzi, biłem się z destrukcyjnymi myślami; przestałem być panem swojego życia, stałem się jego biernym obserwatorem. Tych siedem lat przeciekło przez moją świadomość tak, jak woda przecieka przez palce, ledwie pozostawiając po sobie ślad. Siedem lat, ponad 2500 dni młodości wyrwanych z życiorysu. A mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie przyzwyczaił się do tak fatalnego stanu rzeczy, gdybym nie uwierzył w to, że tak być musi – podobnie jak wielu ludzi, których poznałem.

Chciałbym tym tekstem przekonać wszystkich tych, którzy męczą się z fatalnym samopoczuciem i przez to funkcjonują znacznie poniżej swoich możliwości, do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Każdy z Was może być szczęśliwym człowiekiem i produktywnym członkiem społeczeństwa – choć droga ku temu bywa długa, wyboista i kręta.

Żeby dostać się do psychologa w ramach NFZ, trzeba poprosić lekarza pierwszego kontaktu o wypisanie stosownego skierowania. Potem należy umówić się (na przykład telefonicznie) na wizytę w wybranej poradni zdrowia psychicznego. Skierowania nie wymaga za to spotkanie z psychiatrą. Bardzo ważne jest, by jeszcze przed podjęciem leczenia poddać racjonalnej analizie swoje oczekiwania względem niego. W swoim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które oczekiwały natychmiastowych rezultatów, i szybko się zniechęcały. Niestety, tak to nie działa; ludzka psychika jest skomplikowana i praca z nią wymaga dużego nakładu pracy i czasu.

Nie ma jednego leku, który działałby równie skutecznie na wszystkich chorych. Dobranie odpowiednich medykamentów (czasami stosuje się kombinacje kilku) może nastręczać trudności nawet bardzo doświadczonemu psychiatrze. Trzeba więc wykazać się cierpliwością. I dużą odpornością psychiczną – gdyż przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nawet dobrze dobrany preparat przeciwdepresyjny może potęgować zły nastrój i myśli samobójcze. Warto też zaznaczyć, że zażywanie takich leków wymusza na chorym delikatną zmianę sposobu życia. Psychotropów nie można łączyć z alkoholem, a po niektórych z nich nie powinno się również prowadzić auta, gdyż opóźniają czas reakcji na bodźce. Prawdą jest także, że niektóre leki sprawiają, że człowiek staje się senny, że pogarsza mu się pamięć – ale w moim odczuciu jest to niska cena za poprawę samopoczucia.

Pomoc psychologa ma największe znaczenie w przypadku depresji o podłożu egzogennym – czyli takiej, która jest następstwem ciężkiej sytuacji życiowej, przygnębiających wydarzeń, itd. (wyróżnia się także depresję endogenną, uwarunkowaną biologicznie). Wiele osób odczuwa dyskomfort na samą myśl o zwierzaniu się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, ale moim zdaniem, niesłusznie (choć ja na przykład czuję się nieswojo rozmawiając z mężczyzną, dlatego na swojego psychologa wybrałem kobietę). Psycholog jest człowiekiem obiektywnym, bezstronnym w stosunku do swojego rozmówcy i osób mających kluczowy wpływ na jego życie. Rozmowa z nim jest w stanie wyrobić w chorym analityczne podejście do swoich problemów, pomaga mu zrozumieć samego siebie i mechanizmy które rządzą jego zachowaniem. Taki człowiek przestaje być bezbronny wobec samego siebie, nie musi już poruszać się po obrębie własnej świadomości jak po polu miniowym.

Depresja staje murem pomiędzy chorym, a innymi ludźmi. Im częściej osoba widząca świat w czarnych barwach spotyka się ze znajomymi, tym bardziej czuje się wyobcowana, nierozumiana. Spotkania te skutkują więc pogorszeniem nastroju i potrzebą izolacji. Mimo wszystko trzeba forsować ten mur, przebijać go własną głową, wydrapywać o niego paznokcie. Wprawdzie wsparcie psychiczne ze strony ludzi, choćby najszlachetniejsze, nie jest w stanie wykurować chorego, uzdrowić go, ale jest bezcennym uzupełnieniem terapii farmakologicznej i psychologicznej. Oczywiście, nie należy zbytnio przytłaczać bliskich rozmowami o swoich problemach i swymi złymi nastrojami, gdyż osoby bez fachowego przygotowania do walki z depresją siłą rzeczy będą się czuły wobec niej bezradne. Przebywając w gronie znajomych znacznie lepiej jest skupiać się na ich obecności, niż na swoich problemach. Nie jest to łatwe, ale można wyrobić w sobie taki nawyk.

Zdarza się niestety, że otoczenie chorego podchodzi do jego leczenia w sposób lekkomyślny, a nawet kpiący. Taki stosunek wykazuje szczególnie starsze pokolenie, w którymi depresja nie była diagnozowana i leczona. Ludzie ci wychodzą z założenia, że choroba ta jest nowoczesnym wymysłem, że dawniej ludzie nie znając takiego terminu żyli bez niej. Jest to oczywiście myślenie mylne i bardzo krzywdzące; trzeba jednak mieć wzgląd na to, że osoby wykazujące taki tok rozumowania są dziećmi swoich czasów, czasów diametralnie innych niż obecne, i że myślą w ten sposób, bo brakuje im wiedzy w tej materii. Tylko w ten sposób można oprzeć się ich poglądom (forsowanym zazwyczaj z dużym impetem) i skupić się na polepszeniu swojego funkcjonowania.

A przychodzi dzień, gdy leczenie zaczyna przynosić rezultaty; że zaczyna dostrzegać się nie tylko czerń i biel, ale cały koloryt życia, że odzyskuje się swobodę w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Jest to wiosna życia – najwspanialszy stan umysłu, jaki można sobie wyobrazić.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Reklamy

E.

E. (1)Poznałem ją w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym. Poznałem – jak to dziwnie brzmi. Dziwnie, bo nieadekwatnie; nieadekwatnie, bo przez pół roku zamieniłem z nią zaledwie kilka słów, i nie dowiedziałem się o niej niemal niczego. Ale przez cały ten czas majaczyła na horyzoncie rzeczywistości, migotała mgliście, a ja miałem na nią oko. Ot, pozornie nic niezwykłego; przesiadywałem na świetlicy, przy jednym ze stolików, i pisałem dziennik, a ona spacerowała korytarzem w jedną i w drugą stronę, przez dwie, trzy godziny dziennie. Od czasu do czasu zastygałem nad rękopisem, by pozbierać myśli, i patrzyłem to w okno, to na nią.

Z początku wzbudziła moje zainteresowanie dlatego tylko, że była ładna, i to w pewien szczególny, zupełnie pozbawiony wulgarności sposób, a jednocześnie tą urodą w ogóle się nie przejmowała, w ogóle o nią nie dbała: nie czesała włosów, nie stroiła się, nie malowała. Minęły dwa czy trzy tygodnie, nim zorientowałem się, że nie chodzi na żadne zajęcia terapeutyczne, i z nikim nie rozmawia, że jest absolutnie wyłączona ze szpitalnego życia. Odkrycie to zaintrygowało mnie. Im dłużej obserwowałem ją i myślałem o niej, tym bardziej zastanawiało mnie, o czym myśli, i jaka jest jej historia?

Postanowiłem spróbować jakoś się do niej zbliżyć. Zagadnięta odpowiadała w sposób spokojny i życzliwy, ale i wskazujący jednoznacznie, że rozmowa jakakolwiek i z kimkolwiek – nie interesuje jej. Potem było częstowanie kanapkami z Nutellą, paluszkami i chipsami; jadła mi z ręki, ale zaraz potem oddalała się, powracała do swoich myśli, przepadała. Ach, jakże chciałem wejść do jej świata, zwiedzić go! Snułem wyobrażenia o tym, co też mógłbym tam zastać: rajski pejzaż, czy też krajobraz księżycowy? Jakież dziwotwory myślowe snuły się po nim? Bo że za jej alienacją stała choroba, byłem całkowicie pewien.

Zacząłem siadać naprzeciwko niej podczas posiłków. Ponieważ jestem wegetarianinem, oddawałem jej swoje porcje mięsa. Przyjmowała je tak samo, jak wcześniej przekąski: chętnie, ale milcząco. Zaczynałem być na nią o to zły, chwilami nawet czułem wściekłość, ale powtarzałem sobie jak mantrę, że kropla żłobi skałę, i uparcie, dzień w dzień, ponawiałem swoje dziecinne – bo i cóż innego mi pozostawało? – próby. Wyglądała niesamowicie, kiedy jadła; mrużyła oczy i ogniskowała spojrzenie na talerzu, a na jej twarzy malowało się skupienie laboranta. Pewien jestem, że nie istniało dla niej wtedy nic poza nim, że nie słyszała wtedy brzdęku sztućców uderzających o porcelanę ani gwaru rozmów. Gdy na talerzu pozostawały tylko drobinki – ostatnie, pojedyncze ziarenka ryżu, kaszy czy groszku – ścigała je widelcem z oczami pełnymi radosnej pasji, uśmiechając się tajemniczo pod nosem. Było w tym coś perwersyjnego i dałbym wiele, żeby dowiedzieć się, o czym wtedy myślała!

Specyficznym atrybutem E. był porcelanowy kubek z żabką. Już w chwili, kiedy trafiłem na oddział, wyglądał na niemyty od kilku tygodni, a z tego, co zaobserwowałem w ciągu następnych czterech miesięcy, miało to miejsce tylko jednokrotnie, na wskutek reprymendy pielęgniarki. Kubek ten budził we mnie nawet nie obrzydzenie, a swego rodzaju fascynację; jego wnętrze było bowiem czarne jak smoła od wszelakich osadów i fakt, że ktoś siedzi naprzeciwko mnie i pije z niego jakby nigdy nic, był wręcz surrealistyczny.

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałem, że poza mną i personelem E. nie interesuje właściwie nikogo – zupełnie tak, jakby stanowiła wytwór mojej wyobraźni, była przezroczysta jak powietrze, lub równie nieciekawa, co sufit czy podłoga. Nikt nie zagadywał jej, i nikt nie rozmawiał ze mną o niej. Na palcach obu rąk zliczę razy, kiedy ktoś z pacjentów na moich oczach zwrócił uwagę na jej istnienie. Nie rozumiałem tej bierności, i w pewien dziwaczny sposób czułem, że dotyka mnie osobiście, że mnie obraża, choć dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czemu.

Raz na dwa tygodnie przyjeżdżały po nią matka z siostrą, i zabierały ją na czterodniową przepustkę do domu. W pewien sposób odczuwałem jej nieobecność, może nawet w jakimś stopniu tęskniłem za nią. Tak, chyba tak; prawdopodobnie w jakiś sposób postrzegałem ją jako duszę tego miejsca.

Więcej o E. dowiedziałem się na grupowych zajęciach psychoterapii. Nie wiem, co sprawiło, że zjawiła się na nich tamtego dnia, ale prawdopodobnie została zwerbowana przez personel. Z jej rozmowy z psycholog wyłonił się obraz 32-letniej księgowej chorej na schizofrenię paranoidalną. Po raz pierwszy choroba uderzyła w nią, kiedy jechała autobusem; usłyszała wtedy dziwaczne komunikaty wygłaszane z tylko jej widocznych pluskiew. Potem, po powrocie do domu, kontaktowało się z nią CBŚ, była również podsłuchiwana. Na stwierdzenie psycholog, że wszystko to stanowi zespół urojeń i omamów charakterystycznych dla schizofrenii, okazała delikatny, ale stanowczy sprzeciw. Jej zdaniem padła ofiarą jakiegoś spisku, w który zaangażowani są wszyscy: jej rodzina, znajomi, lekarze i pacjenci. Czemu wszyscy mieliby się tak na nią uwziąć – nie wie. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego jest tak niedostępna, i że za nic w świecie nie zdołam do niej dotrzeć.

Szpital opuściła na krótko przede mną. Leczenie farmakologiczne sprawiło, że jej stan ustabilizował się, objawy choroby zostały wyciszone, ale wciąż nie przyjmowała do siebie faktu, że choruje. Podczas pożegnania orzekła, że natychmiast po powrocie do domu zaprzestanie brania leków. Mimo takiej deklaracji lekarze uznali, że dalszy jej pobyt w szpitalu nie ma sensu. E. spędziła w nim 2 lata, podczas których zrobili dla niej wszystko, co tylko mogli. Reszta zależeć miała od niej samej i jej najbliższych.

Czasami zastanawiam się nad tym, jak potoczyły się dalsze losy E. Że po zaprzestaniu brania leków powróciła do szpitala, jest dla mnie rzeczą pewną; tak zawsze kończy się igranie ze schizofrenią.  Czy jednak przyjęła do wiadomości fakt, że choruje? Czy ułożyła sobie życie? Bywa, że nawiedza mnie w niespokojnych snach; milczy w nich tak samo, jak milczała w życiu rzeczywistym, i tylko domyślać się mogę, co za tą zasłoną milczenia skrywa.

Pierwsza Porażka

Od chwili, kiedy rozesłałem po wydawnictwach swoją pierwszą powieść, minęły już prawie 4 miesiące. Ponieważ przez ten czas żadne z nich nie okazało zainteresowania wydaniem książki, mogę powiedzieć z całkowitą niemal pewnością, iż rzecz nie ujrzy światła dziennego. Zaliczyłem więc swoją pierwszą pisarską porażkę. Ale jeszcze nie klęskę.Pierwsza Porażka (1)Z około 30 wydawnictw, które otrzymały mój utwór na skrzynki mailowe, bezpośredniej odmowy udzieliło mi tylko 6. Żadne z nich nie wdawało się w szczegóły swej decyzji – czemu zresztą z uwagi na ogromny zalew propozycji nie ma co się dziwić. Reszta wydawców zwyczajnie przemilczała moją powieść, na co też byłem przygotowany; większość z nich zamieściła na swojej stronie Internetowej informacje, że kontaktują się z autorem tylko w przypadku zainteresowania jego utworem.

Czy wynika z tego niezbicie, że pierwsza moja powieść bardziej niż do czytania nadaje się do tego, by napalić nią w piecu? Tak. Zdarzało się oczywiście, że wszyscy wydawcy całymi latami odrzucali, jak jeden mąż, naprawdę dobre książki, ale nie mam ochoty mydlić sobie oczu naiwnymi marzeniami, że moja pierwsza powieść jest utworem tego typu.

Pierwsze bezpośrednie odmowy stanowiły dla mnie dość bolesne przeżycie. Nie, żeby były pełne miażdżącej krytyki – jak już pisałem, były to maile z suchą informacją; po prostu ciężko człowiekowi przejść do porządku dziennego nad faktem, że jego praca nie spotkała się z uznaniem. Najtrudniej przełknąłem odmowę od 2 wydawnictw, których profil sprzyjał wydaniu mojego utworu; wraz z nimi naszły mnie chwile zwątpienia w sens tego, co robię. Mój stosunek do odmów znacznie złagodniał już miesiąc później, kiedy ”puściłem w ruch” drugą powieść. Wiedziałem bowiem, iż jest znacznie lepsza, i to z nią wiązać zacząłem nadzieje na sukces. Na pierwszej, w zasadzie, położyłem już krzyżyk.

Praca nad rzeczoną powieścią zajęła mi około pół roku. Nie jest to szmat czasu, ale też nie jest to chwilka. Mimo wszystko, w żadnym wypadku nie uważam tego czasu za stracony – przedsięwzięcie to stało się dla mnie źródłem bezcennych życiowych lekcji, i jego porażkę traktuję jako coś w rodzaju chrztu bojowego. Zresztą, nie ma co się przejmować także z innego powodu: powieść już w założeniu nie miała być niczym więcej, niż po prostu dobrym czytadłem.

Jedno z wydawnictw, do których wysłałem swoją pierwszą powieść, okazało się być oficyną wydającą książki przy współfinansowaniu ze strony autora (tzw. Vanity Press). Otrzymałem z jego strony taką propozycję (wraz z kilkoma pochlebnymi słowami na temat utworu), ale podziękowałem. Moim zdaniem jeśli książka nie jest na tyle dobra, by któryś wydawca zechciał uwierzyć w nią i zainwestować – nie jest dobra. Poza tym wydawnictwa typu Vanity Press słyną ze złej jakości redakcji i korekty, toteż oddać im swe literackie dziecko na wychowanie mógłby tylko twórca bardzo niekompetentny (takich zresztą nie brakuje).

Podsumowując: nie jestem ani specjalnie zaskoczony, ani zbytnio zawiedziony obrotem, jaki przybrała sprawa mojej pierwszej powieści. W pewnym sensie nawet smakuje mi ta porażka – chociaż może dlatego, że wciąż jeszcze traktuję ją zaledwie jako przystawkę przed głównym daniem, którym widzę sukces. Oczywiście, może być i tak, że jestem zbytnim optymistą, i nigdy nie dorobię się czytelników poza blogosferą. Czas, jak zawsze, pokaże, co i jak.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Wstyd

Wstyd. Na tyle palący, że odczuwając go, odruchowo zamykam oczy i kręcę głową w rozpaczliwym geście zaprzeczenia. Tak mi wstyd za siebie z dawnych lat, za moją bezmyślność, za moje okrucieństwo. Ale muszę to z siebie wyrzucić. Nie dla nadziei uzyskania rozgrzeszenia od innych ludzi, nie dla dumy, że potrafię przyznać się do błędów sam przed sobą i przed innymi. Nie dla pozbycia się go, bo to sprawiedliwy ból. Potrzebuję nadać formę temu uczuciu, tak nieokiełznanemu w swojej amorficzności.

W szkole, w której chodziłem do podstawówki, mieściło się również gimnazjum, i niejako naturalną konsekwencją tego było, że wszyscy kończący szóstą klasę kontynuowali naukę właśnie w nim. Tak również w przypadku mojej klasy, w której miałem świetnego kolegę, A. Ponieważ pochodził z typowo rolniczej rodziny i po szkole miał masę obowiązków, moja znajomość z nim ograniczała się do rozmów na przerwach lekcyjnych i samych lekcjach, ale zawsze sprawiała nam obojgu wiele radości. W drugiej klasie gimnazjalnej zacząłem zadawać się z klasowymi łobuzami, którzy podczas jednego ze spacerów po okolicznych miejscowościach w ramach lekcji wychowania fizycznego zaczęli mnie podpuszczać na A. ”Ty, A. mówił, że jesteś frajer i ciota”, ”A. cię obgaduje, coś mu w tobie nie pasuje” – mówili. Wiedziałem, że to nie prawda, i wiedziałem, że to podpucha, ale wtedy odbierałem to jako wystawienie na próbę przez tych chłopaków mojej i ich znajomości. Wiedziałem, że raz na jakiś czas będę musiał zapłacić cenę za przystawanie z silniejszymi, że będę musiał udowadniać im, że jestem podobny do nich, i byłem gotowy to zrobić. Podbiegłem do tego Bogu ducha winnego chłopaka i zacząłem szarpać go, bić i wyzywać, a na koniec oplułem siarczyście tył jego kurtki i odszedłem, zadowolony ze sprawionej kumplom uciechy i ich wiwatów. Pamiętam, jak rok później, pod sam koniec gimnazjum, oboje z A. byliśmy zwolnieni z WF-u w celu uczenia się do jakiejś poprawy, i znaleźliśmy się sami w klasie. Chłopak zaczął zagadywać do mnie jakby nigdy nic złego się pomiędzy nami wydarzyło, a ja z ulgą, że mi wybaczył, wdałem się w rozmowę z nim. Brakowało mi go przez cały rok, przez który nasza relacja wisiała w próżni, ale byłem zbyt głupi, żeby go przeprosić za wyrządzoną mu krzywdę.

Po ukończeniu gimnazjum poszedłem do zasadniczej szkoły zawodowej i zamieszkałem w internacie. Trafiłem do pokoju z dwoma rówieśnikami – S. i K. Podczas gdy K. stanowił typ błazna i cwaniaczka, S. był jego zupełnym przeciwieństwem. Chłopak ten sprawiał wrażenie wyraźnie opóźnionego w rozwoju, miał za sobą naprawdę ciężkie przejścia życiowe i urojenia (na przykład wierzył w to, że posiada nadnaturalne moce – w tym czytanie ludziom w myślach, przepowiadanie przyszłości, oraz że dzieli ciało z demonem o imieniu Damien). Wszystko to dawało K. podstawę do wyśmiewania go, kompromitowania w oczach znajomych (szczególności dziewczyn). S. jako podręcznikowa ofiara losu po prostu stanowił dla K idealny materiał do żartów, dzięki którym zyskiwał sobie uznanie i sympatię ogółu – jak przystało na wiek niezbyt dojrzałego emocjonalnie. Jaka była moja rola w tym wszystkim? Stanowiłem jednoosobową publiczność dla komedianckich aktów pogardy ze strony K. w stosunku do S. Śmiałem się, kiedy mu ubliżał, czasami nawet do łez, co tylko napędzało go jeszcze bardziej. Gehenna S. trwała kilka długich miesięcy, aż chłopak załamał się nerwowo i trafił do szpitala psychiatrycznego. Powrócił z niego do tego samego środowiska i jego sytuacja tylko początkowo uległa zmianie, po czym sprawy przybrały znany obrót. Pomimo wszystkich krzywd, które wyrządziłem S. udzielając K. nie tylko aprobaty ale i zachęty do krzywdzenia go – wybaczył mi. Do dzisiaj jest jedyną osobą dzielącą ze mną wspomnienia tamtych czasów, z którą utrzymuję kontakt.

Kiedy teraz, jako o wiele bardziej samoświadomy człowiek myślę o udzielonym mi przez moje ofiary przebaczeniu, odczuwam jego miażdżący ciężar. Myślenie o tym, że ktoś, kogo skrzywdziłem tak bezmyślnie, puścił w niepamięć moje okrutne uczynki, sprawia mi szlachetny ból, bo nie wiem, czy mnie samego byłoby stać na taki gest.

Nie Ma Miejsca Jak Dom?

Tak szybko dobiegło końca tych kilka dni poza domem. Kilka dni spędzonych na randkowaniu, seksie, rozmowach, podziwianiu wielkiego i pięknego miasta Wrocław, wreszcie samotnym kontemplowaniu wrażeń w zaciszu hostelowego pokoju. Dni stanowiących rzadkie diamenty w jałowym mule ostatniej dekady mojego życia.

Jeszcze w połowie wyjazdu, kiedy mierzyłem się z gorzką świadomością przymusu powrotu do domu, odczułem nadzieję, że gdy do tego już dojdzie, wszystko będzie inne; że ta szara monotonia zabarwiona będzie kolorowymi emocjami z podróży i impulsami do przemyśleń. Nadzieję, że wspomnienia z pobytu u Z. pozwolą mi jakoś uporać się z przytłaczającym poczuciem powrotu do szarej rzeczywistości. Niestety, tylko potęgują one poczucie tęsknoty, pragnienie wyrwania się stąd w jej objęcia. Wyjazd w stopniu większym niż wszystko inne uświadomił mi wstrząsającą prawdę o moim położeniu życiowym. Jestem jak drzewo, które wyssało już wszystkie życiodajne soki z gleby, i nie może się w niej dalej rozwijać, kwitnąć, owocować. Drzewo, które jest na szczęście jeszcze na tyle młode, że można je przesadzić w żyzne miejsce, nie uśmiercając go przy tym.

W swoim domu rodzinnym – nie licząc okresowych, kilkumiesięcznych pobytów poza nim – spędziłem właściwie całe życie, doświadczając tu wszystkiego, czego mogłem doświadczyć. Od kilku długich lat wszystko to powtarza się beznamiętnie, jak programy telewizyjne w sezonie wakacyjnym, przynosząc coraz mniej wrażeń, coraz bardziej nudząc. Brak podniet intelektualnych i emocjonalnych uwstecznia duchowo, a duchowe uwstecznianie odczłowiecza. Każdego dnia czuję, jak toczy się we mnie ten proces, to mentalne gnicie żywcem. Już dawno temu wybiła godzina, kiedy dla dobra swojego rozwoju powinienem wynieść się stąd i rozpocząć kolejny etap mojej egzystencji, który zwie się dorosłym, samodzielnym życiem. Etap ten zaczniemy wspólnie z moją dziewczyną już za 2 lata, w którym to czasie poddam gruntownemu remontowi jeden z budynków gospodarczych na swoim podwórku, zamieniając go w mieszkanie. Będzie niewielkie, ale przytulne, i tylko nasze. Ona będzie w nim Panią domu, a ja Panem domu. I pobierzemy się. Jeśli oczywiście nasza relacja wytrzyma próbę czasu, w co wierzę, i to nie tylko dlatego, że już dawno doszedłem do wniosku, że w życiu jest sens być wyłącznie optymistą.

Ale, póki co, wciąż jestem tutaj. Szukam w wiecznie przeładowanej lodówce jednego z dwóch tylko moich produktów w niej umieszczonych, słucham wrzasków sklerotycznej babki przeświadczonej o tym, że wszyscy domownicy nie mają życia poza sprawami związanymi z podwórkiem, użeram z zamulającym Internetem, czekam, aż prawie ciągle zajęta łazienka będzie wreszcie wolna, wdycham smród papierosów palonych jeden za drugim przez matkę. Jestem tu, i tylko z książek, twórczych introspekcji, bloga i rozmów z Z. czerpię siły potrzebne mi do życia, a wszystko inne albo wysysa je, albo pozostaje w obojętnym do nich stosunku.

Mam wiele straconego czasu do nadrobienia, ale i teoretycznie drugie tyle przed sobą. I wielki głód wrażeń. I wiarę w to, że jeśli zacznę nowy etap egzystencji, będę mógł żyć za dwóch, pełną piersią. Że jest źle zwyczajnie dlatego, że zaniedbałem swoje życie pozwalając mu stać w miejscu, i że wystarczy ruszyć je do przodu w odpowiednim kierunku, by osiągnąć szczęście. Dwie nogi, dwie ręce, głowę na karku. Miłość i pasje. Czy dam radę? Dam!