Archiwa tagu: ateizm

Rozmowy z Wierzącymi

Rozmowa o wierze pomiędzy ateistą a wierzącym zawsze jest bardzo niezręczna. Obie strony sądzą, że druga z nich jest w ogromnym błędzie, i obie starają się dać to sobie odczuć możliwie najłagodniej, ale jednocześnie możliwie najdosadniej. Z uwagi na delikatność tejże materii uważam, że co najmniej drobnych przykrości na tym tle uniknąć nie sposób.

Rozmowy z wierzącymi fascynowały mnie kiedyś, obecnie jednak nie interesują mnie w najmniejszym nawet stopniu. Są to dyskusje, na których w 99 procentach przypadków żadna ze stron nie jest w stanie nijak skorzystać. Od jakichś pięciu lat nie dowiedziałem się z nich niczego nowego. Schemat również zawsze jest ten sam: wierzący najpierw przytacza swoje argumenty, a potem, nie wytrzymując siły moich, stwierdza rozbrajająco, że ”Bóg jest nieogarniony a my jesteśmy tylko ludźmi”. Nietzsche pisał, że tego, w co ktoś uwierzył bez dowodów, dowodami obalić nie sposób (nawet dowodami z logiki), i bazując na swoich doświadczeniach zgadzam się z nim w tej kwestii całkowicie. Ja z kolei nigdy nie uwierzę w istnienie wszechmocnej, miłosiernej, samoświadomej siły, która posiada jakiś istotny powód, by nie komunikować się z istotami rzekomo stworzonymi przez nią na swoje podobieństwo.  Rozmowy z Wierzącymi (1)Uważam, że wiara w Boga jest urojeniem, które z uwagi na swoje rozpowszechnienie (uwarunkowane konstrukcją ludzkiej psychiki) jest tak powszechne, że stało się ogólnie przyjętą normą. Wikipedia definiuje urojenia jako zaburzenia treści myślenia polegające na fałszywych przekonaniach, błędnych sądach, odpornych na wszelką argumentację i podtrzymywane mimo obecności dowodów wskazujących na ich nieprawdziwość. Ponieważ nie ma żadnych dowodów na istnienie Boga, Biblia (i inne święte księgi) pełna jest jaskrawych sprzeczności, a miliardy ludzi wierzy w Stwórcę, definicja ta odpowiada ich wierze. Warto również przypomnieć, że istnieje nieskończona ilość rzeczy, których istnienia nie da się dowieść ani obalić, toteż dowodzenie ich istnienia jest obowiązkiem ludzi o ich istnieniu przekonanych. Jeśli spieram się z kimś na temat istnienia jednorożców, absurdem byłoby zwiedzanie z nim całego świata tylko po to, by udowodnić mu, że nigdzie ich nie ma. Jeśli ktoś twierdzi, że jednorożce istnieją, niech pokaże mi, gdzie. Nigdzie nie widziałem jednorożca, tak samo jak nigdzie nie widzę obecności Boga – a tylko obojętne na wszystko bezmyślne siły natury.

Nic na to nie poradzę – do takich wniosków prowadzi mnie logika. Nie uważam jednak, żeby wierzący byli przez swe wierzenia ludźmi w jakikolwiek sposób gorszymi. Szanuję ich wiarę, bo szanuję ich prawo do bycia w błędzie – i nie mówię tego w tonie aroganckim. Wierzący z kolei mają prawo myśleć to samo o mnie (choć oczywiście ja mam prawo z ich osądem się nie zgodzić – i nie zgadzam się, rzecz jasna). Nie jest to zresztą rzecz, o jaką warto by drzeć koty – myślę że zawsze łączy nas ze sobą o wiele więcej, niż dzieli (wyłączam z tego stwierdzenia bestie w ludzkiej skórze, z którymi łączy mnie tylko ludzka fizjonomia).

Na temat wiary i niewiary zamierzam jednak pisać – przede wszystkim dla osób stojących na rozstaju dróg: w miejscu, gdzie ich życiowa ścieżka rozwidla się i muszą wybrać, czy chcą podążać odnogą o nazwie Wiara, czy Ateizm (a nieraz jakąś inną – np. Agnostycyzm). Człowiek poszukujący jest człowiekiem o otwartym i chłonnym umyśle, i jeśli na przeczytaniu moich esejów mógłby cokolwiek skorzystać – czułbym się zaszczycony.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Przychodzi Jezus do Lekarza

Jak większość Polaków, wychowywałem się w katolickiej rodzinie i w czasach dzieciństwa niczym gąbka wodę wchłaniałem informacje o objawieniach, płaczących krwią figurkach matki Boskiej, opętaniach oraz, oczywiście, duchach. Istnienie świata nadprzyrodzonego i możliwość komunikacji z nim były dla mnie oczywistością; jednym z pośredników pomiędzy nim a ludzkością był facet, o którym dużo słyszałem na lekcjach religii – Jezus. Chodził po wodzie, zamieniał wodę w wino, wskrzeszał zmarłych i rozmawiał ze stworzycielem świata. To było coś!Przychodzi Jezus do Lekarza (1)Minęło sporo czasu, nim przestałem uważać Jezusa za Boga w ludzkiej skórze, i zrozumiałem, że miał wiele klasycznych objawów schizofrenii: słyszał głosy i rozmawiał z nimi, widział rzeczy których nie ma (halucynacje wzrokowe), uważał się za syna Bożego (urojenia wielkościowe), miał także silne przeświadczenie o zbliżającej się zagładzie świata (urojenia końca), itd. Był również nieprzystosowany społecznie, i wiódł życie niebieskiego ptaka (chorzy na schizofrenię często nie troszczą się o podstawowe potrzeby bytowe). Gdyby pojawił się w dzisiejszych czasach, w kraju cywilizowanym, z pewnością skończyłby w szpitalu psychiatrycznym na neuroleptykach.

Swoją drogą, obecnie Jezus jest jedną z postaci, za które najczęściej uważają się schizofrenicy cierpiący na urojenia wielkościowe. Swego czasu odbywałem hospitalizację w szpitalu psychiatrycznym, gdzie leczyłem się na depresję. Na jednej z sesji terapeutycznych psycholog opowiedziała nam niezwykle zabawne zdarzenie, które miało miejsce kilka lat wcześniej podczas prowadzonych przez nią zajęć. Na oddział trafił wtedy nowy pacjent, a zwyczaj nakazywał, żeby podczas terapii grupowej wstał i przedstawił się społeczności. Podniósł się z krzesła i oznajmił: – Nazywam się Jezus Chrystus! Natychmiast, jak rażony gromem, podniósł się inny pacjent, i powiedział wzburzonym głosem: – Nie! To ja jestem Jezus Chrystus, a ty masz schizofrenię paranoidalną! Po sali rozszedł się chichot (śmiali się również chorzy na schizofrenię, którzy na oddziale stanowili zdecydowaną większość). Powyższa historia – za jej autentyzm mogę ręczyć – najlepiej chyba obrazuje ”schizofreniczność” postaci samego Jezusa.

Istnieje w języku angielskim termin suicide by cop oznaczający w wolnym tłumaczeniu samobójstwo poprzez gliniarza. Chodzi o sytuację, w której człowiek chcący odebrać sobie życie prowokuje uzbrojonego stróża prawa do zastrzelenia go. Samobójca czyni to zazwyczaj, bo nie ma odwagi odebrać sobie życia samodzielnie (często czynią to również nakryci na gorącym uczynku przestępcy, wolący śmierć od osadzenia w areszcie). Można więc mówić o czymś, co zasługuje na miano samobójczej prowokacji, czy śmierci przez pełnomocnika.

Czegoś podobnego dokonał Chrystus – choć przyświecała mu kompletnie inna motywacja niż w przypadku wyżej wymienionych desperatów. Jezus był człowiekiem z poczuciem misji, wierzącym, że aby ją wykonać, ponieść będzie musiał męczeńską śmierć, umrzeć za sprawę, którą głosił. Wiara w to, że tak powinno być, warunkowała u niego zachowania, które do takiego właśnie końca jego życia miały doprowadzić. Jezus w pełni świadomie ignorował bowiem fakt, że głosząc się synem Bożym pozostaje w konflikcie z prawem, które doprowadzi do skazania i uśmiercenia go. Jest to zachowanie samobójcze; jeśli wejdę na autostradę, i będę szedł pod prąd rozpędzonych aut, wierząc, że pozwalając się rozjechać przyczynię się do zbawienia ludzkości, również będziemy mogli mówić o samobójstwie. Środki realizacji celu są różne, ale mechanizm pozostaje bez zmian.

Jestem przekonany, że wiara religijna znacznej części ludzkości oparta jest na urojeniach schizofrenika, który w tamtych czasach nie mógł liczyć na fachową pomoc psychiatryczną. Oczywiście, gdyby nie grupa cwaniaczków, którzy postanowili wykorzystać głoszone przez niego (bądź co bądź szlachetne) nauki do zdobycia władzy i dorobienia się, wiara w boskość Jezusa sczezła by w zarodku tak, jak multum innych wierzeń.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Z Prochu Powstałeś

Kilka dni temu zmarł mój wujek. Młodo – miał zaledwie 55 lat (podczas gdy jego matka, na chwilę obecną, przeżyła go o całe 30). Wykończył go rak płuc, spowodowany wieloletnim paleniem papierosów. Pocieszamy się tylko tym, że śmierć zabrała go, nim zaczął cierpieć na silne bóle, i że najbliższa rodzina – żona i dzieci – towarzyszyła mu zarówno w chorobie, jak i w chwili, gdy odchodził. A odszedł rankiem; minął się ze wstającym słońcem, ze wstającym dniem, do końca świadomy. W obliczu nieuchronnego pozostawał dzielny do samego końca.Z Prochu Powstałeś (1)Poszedłem na pogrzeb, jakżeby inaczej. Już dawno postanowiłem sobie, że mój ateizm nie stanie na przeszkodzie poważniejszym powinnościom rodzinnym (choć rodzinny z natury nie jestem niemal wcale, w szczególnych okolicznościach staję na wysokości zadania). Uczestniczyłem nawet czynnie w modlitwach – w myśl zasady, że kiedy wchodzi się między wrony, trzeba krakać, jak i one (tego nakazują zasady dobrego wychowania). Kiedyś i ja umrę, i niektórzy z tych ludzi, z którymi śpiewałem Dobry Jezu a Nasz Panie, zjawią się na moim pogrzebie – świeckim.

Byłem również w kaplicy. Gdy podszedłem do trumny i spojrzałem na ciało wujka, oblała mnie fala niesamowitości związana z tym, że człowiek, z którym jeszcze niedawno rozmawiałem, i którego wypełniało życie i psychika – świadomość, marzenia, wspomnienia – teraz jest pusty. Panującym zwyczajem dotknąłem nieboszczyka – najpierw objąłem dłonią jego twarz, potem oplecione różańcem ręce. Były zimne jak lód. Martwe ciało nie przeraża mnie, chociaż dotychczas miałem z nim bezpośredni kontakt tylko dwukrotnie; ono mnie tylko najbardziej w świecie zadziwia.

W kaplicy doszło niestety do bardzo nieprzyjemnego i groteskowego wydarzenia. Babka próbowała pochylić się do czoła zmarłego syna, by złożyć nań pożegnalny pocałunek, ale brakowało jej do tego zaledwie dwóch centymetrów. Ponawiała próbę kilkukrotnie, za ostatnim razem posuwając się do przekręcania jego głowy to w lewo, to w prawo. Moja matka (a zarazem jej córka) przywołała ją do porządku, i obie powróciły na ławkę. Siedząc, babka poprosiła ją, by użyczyła jej swojej torebki – chciała bowiem stanąć na niej i wtedy raz jeszcze spróbować pocałować ciało. Matka, całe szczęście, zdusiła ten absurdalny pomysł w zarodku.

Na cmentarzu doszło zaś do sytuacji surrealistycznej: jeden z czterech pracowników zakładu pogrzebowego, którzy nieśli trumnę, a potem spuszczali ją na linach do grobu, był niemal bliźniaczo podobny do zmarłego. Te same rysy twarzy, ta sama postura, nawet wąsik pod nosem miał taki sam. Patrzyłem, jak ów mężczyzna kręci się przy plombowanej pieczarze, i ponosiło mnie złudzenie, że jestem na pogrzebie kogoś innego, że wujek nie spoczywa w trumnie, ale kręci się obok niej.

I ja uroniłem kilka łez podczas mowy pożegnalnej na cmentarzu. Wcześniej – przez dwa dni, które minęły od zgonu do pogrzebu – nie czułem takiej potrzeby. Wujka żałowałem już wtedy, ale dopiero tam, stojąc w pobliżu pieczary, słuchając, jak pracownicy zakładu pogrzebowego szpachlują cementem jej betonowe wieka, dotarło do mnie, że nigdy więcej nie zobaczę tego człowieka i uśmiechu na jego zmęczonej życiem twarzy. Nie byłem z nim związany bardzo intymną więzią, ale lubiłem go i szanowałem. Był dobrym wujkiem. Czasem nawet jeździliśmy razem na grzyby.

I tak oto kończy się ludzka wędrówka: nasza świadomość gaśnie, a atomy, z których składało się nasze ciało, wracają do obiegu w naturze. Rozpierzchną się po świecie, i któż może wiedzieć, gdzie dałoby się odnaleźć je za kilka lat?

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Dom do Góry Nogami

Przystępując do pisania tego tekstu, czuję się tak, jak zapewne czują się osoby rozprawiające się w sposób naukowy z teoriami płaskoziemców. Jestem z jednej strony dość zażenowany, ale z drugiej czuję powinność zabrania głosu. Nawet jeśli biorę poprawkę na to, co napisał kiedyś Fryderyk Nietzsche: W co bez dowodu uwierzyli, jakże można by dowodem obalić? Zabawmy się jednak w eksperyment myślowy: weźmy na poważnie Starotestamentową historię upadku człowieka – fundament wiary katolickiej – i przeanalizujmy jej sensowność.Hendrick Goltzius - The Fall of ManBóg stwarza człowieka na swoje podobieństwo i osadza go w raju. Człowiek popełnia grzech, za który zostaje z tego raju wydalony. Odtąd wszystkie pokolenia ludzkości czeka życie w świecie przepełnionym złem, a na końcu – śmierć. Historia tutaj przedstawiona jest dla wierzącego niezwykle istotna, ponieważ wyjaśniać ma obecność zła na świecie i to, czemu Bóg nie komunikuje się z człowiekiem w sposób bezpośredni. Ma tłumaczyć – ale nie tłumaczy, a tylko mydli oczy.

Wszechmocny Bóg mógł stworzyć człowieka doskonałego od razu. Stworzył go jednak grzesznego, i człowiek zgodnie z tak przydaną mu przez Boga naturą zgrzeszył, czym rzekomo zasłużył sobie na wygnanie z raju. Nie sposób jednak obarczać gotowego produktu winą za jego wadę fabryczną – wina ta spoczywa na twórcy tego wytworu. Jeśli kupię radio, i okaże się zepsute, nie będę winił za to radia, tylko jego producenta. Jeśli Bóg tworzy człowieka podatnym na pokusę, i oferuje mu życie wieczne w towarzystwie tej pokusy, jest rzeczą oczywistą, że człowiek prędzej czy później jej ulegnie. Powiem więcej: Bóg powiedział słynne Idźcie i rozmnażajcie się, zanim ludzie odkryli swoją seksualność. Oznacza to, że Adam i Ewa mogli zaludnić raj dowolną liczbą potomków, zwiększając tym samym szansę swojego upadku (szansa, że ktoś skusi się na zakazany owoc wzrasta tylokrotnie, ilu ludzi ma do niego dostęp). Biblijny człowiek był więc odgórnie skazany na upadek.

Już słyszę, jak wierzący podnosi nowy argument: ale Bóg stwarzając człowieka obdarzył go najwspanialszą rzeczą na świecie – wolną wolą, a człowiek ten dar obrócił przeciwko sobie! Po pierwsze, jak już się rzekło, jeśli człowiek to zrobił, to działał w sposób odpowiadający danemu mu przez Stwórcę usposobieniu. Po drugie, argument wolnej woli nie ma najmniejszego sensu z uwagi na to, iż człowiek wierzy, że gdy umrze i trafi do raju, będzie tejże wolnej woli pozbawiony – przez całą wieczność (i to w nagrodę za bycie dobrym człowiekiem!). Nie będzie miał innego wyboru, jak tylko trwać we wiecznej szczęśliwości i harmonii z Bogiem oraz całym stworzeniem. A po co miałby chcieć robić w takich warunkach cokolwiek złego? – zapyta człowiek wierzący. A to czemu Bóg nie stworzył mu takich warunków od razu, z miejsca pozbawiając go owej wspaniałej cechy, bez której i tak przyjdzie mu spędzić wieczność? – odpowiem pytaniem. W tym samym miejscu wygasa też argument wierzących, że zło musi istnieć, by istniało dobro – wierzą bowiem, że w świecie pozagrobowym istnieje kraina wiecznej radości tegoż zła pozbawiona. Założenia, jakoby Bóg musiał poddać ludzi próbie życia na ziemskim padole, by sprawdzić, którzy z nich zasługują na życie wieczne w raju, wobec wyżej powiedzianego nie sposób traktować poważnie.

A jeśli traktować historię o stworzeniu w sposób symboliczny, jak zresztą czyni to wielu wierzących? Cóż: można i tak. Trzeba jednak pamiętać o podstawowej idei tej opowieści: na świecie istnieje zło i śmierć, a Bóg nie przechadza się wśród ludzi właśnie dlatego, że człowiek okazał się go niegodny – a okazał się go niegodnym, bo takim właśnie stworzył go sam Bóg! Na idei grzechu pierworodnego osadza się zresztą cały katolicyzm: Jezus został zesłany wśród ludzi właśnie po to, by odkupić grzechy człowieka, który upadł, i ustanowił sakrament chrztu, który ma moc zmazania grzechu Adama i Ewy. Dopiero ten, kto przeszedł chrzest, może mówić o sobie jako o katoliku. Dlatego właśnie nie można być katolikiem nie wyznając przy tym rzeczonej idei; idei absurdalnej, pełnej jaskrawych logicznych sprzeczności, wprost koślawej, bez której religia ta nie miałaby podstaw i racji bytu.

Katolicyzm przypomina dom zbudowany do góry nogami (bokami). Jest to budowla archaiczna i ze wszech miar karkołomna, wypełniona labiryntem kończących się ślepo korytarzy i oknami, w których ramach zamiast szyb z widokiem na prawdę o świecie znajduje się mur dogmatu. Jest tam jednak jednocześnie bardzo bezpiecznie i przytulnie, dlatego też nie brak ludzi, którzy zechcieli się w niej zadomowić; tym bardziej, że dla większości z nich stanowi ona swego rodzaju dom rodzinny.

***

Grafika przedstawia obraz Hendricka Goltziusa pt. ”Upadek Człowieka”.

Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada

Teologowie podnoszą czasami argument, jakoby sam fakt, że człowiek poszukuje istoty wyższej, świadczył o tym, że takowa istnieje; że człowiek ma zaszczepioną przez Stwórcę potrzebę poszukiwania i odnalezienia go. Mam na ten temat nieco inną teorię: wiara i jej poszukiwanie nie ma charakteru nadnaturalnego a jest psychologicznym mechanizmem, zaś człowiek wierzy w swoją religię najczęściej dlatego, że został w niej wychowany. Oczywiście, nie wszyscy wierzący zaliczają się do tego grona. Z moich obserwacji wynika jednak, że jest to lwia część.Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada (1)Niewiele wiadomo na temat religii prehistorycznych. Można tylko domyślać się, że człowiek tamtych epok potrzebował uniwersalnego wytłumaczenia niezrozumiałych dla niego zjawisk, że żywił ogromny lęk i podziw wobec sił natury, i spersonifikował je, by zyskać poczucie łączności z nimi oraz poczucie wpływu na ich działania. Bez trudu wyobrażam sobie, że zastraszonemu prymitywowi przyjemniej spędzało się czas w jaskini kiedy wierzył, że z szalejącą na zewnątrz burzą można się jakoś dogadać. Tym bardziej, kiedy jedyną alternatywą pozostawało słuchanie kropel skapujących ze stalaktytów do kałuży.

Ewoluując ludzie doszli do słusznego wniosku, że lepiej żyje się w stadzie niż osobno. Wierzenia religijne podzielane przez członków stada stały się spoiwem społecznym. Grupa ludzi, która wyznaje jeden zbiór zasad postępowania (nawet bardzo prymitywny), i która surowo karze odstępstwa od nich, ma wszak o wiele większe szanse na przetrwanie, niż ta, która takich zasad nie posiada. Oczywiście, zawsze znalazł się jakiś cwaniaczek, który w takiej grupie wysuwał się jako szaman. Była to najbardziej uprzywilejowana pozycja, i dla podtrzymania jej zmuszony był snuć wizje łączności z bóstwem, podtrzymując wierzenie i rozwijać je. Inna sprawa, że obrzędom szamańskim nierzadko towarzyszyło spożywanie halucynogennych grzybów, które wprawiały go w stan ekstazy. Wyobrażacie sobie budowanie religii na podstawie tripu kumpla, który naćpał się kwasem kupionym od podejrzanego dilera? No właśnie. Też wydaje mi się, że nie brzmi to najlepiej. Ale co zrobić, takie były czasy!

Mało która osoba wierząca bierze pod uwagę fakt, że gdyby urodziła się w innej kulturze, w rodzinie o odmiennej tradycji religijnej, wyznawałaby wiarę inną, niż wyznaje obecnie. Konwersje na inną religię są niezwykłą rzadkością – niemal wszyscy wyznawcy tkwią w okowach wierzeń, które zaszczepili w nich rodzice. Jest to bardzo wygodne, gdyż często zwalnia wierzącego od brzemienia samodzielnego myślenia – człowiek taki wierzy bezrefleksyjnie, jest bowiem głęboko przekonany, że skoro tyle osób na świecie wierzy w to samo, co on, to nie mogą się oni mylić. Przecież większość musi mieć rację. Liczebność wyznawców potwierdza w jego oczach słuszność wyznania. Jeśli jest ich miliard – miliard razy. A że są miliardy osób wierzących w inną religię? No cóż, skoro aż tyle osób tkwi w błędzie, to musi to być błąd tysiąclecia!

Osoby, które przyszły na świat w rodzinie katolickiej, i wychowywały się w jej wierze, od dzieciństwa przesiąkały wiarą w istnienie piekła – stanu wiecznego potępienia, które czekać miałoby po śmierci na ludzi niewierzących i skrajnie niegodziwych. Strach przed tym przerażającym miejscem zakorzenia się w młodej, nieukształtowanej jeszcze psychice na tyle głęboko, że wyzwolenie się z niego przychodzi z trudem nawet osobom, które nauka skłania ku ateizmowi. Jestem głęboko przekonany o tym, że indoktrynacja religijna dzieci jest oczywistym praniem mózgu, że skrzywia myślenie człowieka nierzadko na całe życie i że powinna zostać zakazana prawnie. Wolność wyznania powinna pozostać, ale jego wyboru powinien dokonywać człowiek dorosły, wolny od zaszczepianych mu w dzieciństwie wierzeń.

Ze wszystkich lęków, jakie drzemią w człowieku, najsilniejszy jest jednak lęk przed śmiercią. Istota ludzka odczuwa ogromny dyskomfort na samą myśl o tym, że kiedyś będzie musiała zniknąć z tego świata, pozostawiając na nim wszystko to, czego się dorobiła, i wszystkich swoich bliskich. Wiara w wieczne życie pośmiertne, w raj, daje pewność, że wszelkie cierpienia zostaną człowiekowi wynagrodzone w sposób nieskończenie szczodry – co daje poczucie komfortu. No bo czymże jest niebiańska wieczność na tle jednego marnego żywota? Przecież nawet sto lat urlopu za jeden dzień pracy to (z matematycznego punktu widzenia) nic w porównaniu z tym. Wystarczy uwierzyć (to jeszcze nic nie kosztuje), a potem, dla podtrzymania tej wiary i swojego poczucia zaangażowania w jej sprawę, chodzić do kościoła i dawać na tace.

Równie wielką ulgę człowiek wierzący odczuwa na myśl o tym, że w każdej chwili może zwrócić się poprzez modlitwę do istoty, która skłonna jest wysłuchać go i zaopiekować się nim. Oczywiście, nawet jeśli modlitwa nie zostanie wysłuchana, wierzący zachowa spokój – w końcu na lekcjach religii poinformowano go, że Bóg często działa dla naszego dobra w sposób dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały. Wierzący chce ułatwić tak dobremu Bogu zadanie jak najbardziej, więc zawierza mu ślepo, w czym zresztą dopatruje się swej cnoty. Dla mnie Bóg który bezpośrednio nie komunikuje się z człowiekiem to wymyślony przyjaciel, Fiś.

Zdarzają się przypadki nawróceń. Oto, pewnego dnia, w Boga zaczyna wierzyć przestępca, alkoholik, prostytutka. Zwracają się oni do Stwórcy, i ponieważ polepsza się wskutek tego ich funkcjonowanie, wierzą, że stoi za tym jego ingerencja – więc wierzą jeszcze bardziej! Otóż, jest to błędne koło. Fakt, że modlitwa przynosi ulgę, nie potwierdza w żaden sposób istnienia domniemanego źródła tej ulgi. Dla mnie jest to psychologiczny efekt placebo; modlitwa niewiele różni się od łykania przez chorego witaminy C z przekonaniem, że to cudowny lek – co czasami rzeczywiście mu pomaga, ale co nie znaczy, że witamina C rzeczywiście okazała się niebiańskim medykamentem.

Niektórzy ludzie wierzący zastanawiają się, po co człowiek miałby być dobry, gdyby nie było Boga? To szokujące, ale wielu z nich nie widzi w tym pytaniu absolutnie niczego dziwnego! Zakładam optymistycznie, że żaden z nich nie rozpatruje w ten sposób zagadnienia, dlaczego w takim razie (skoro Bóg nie istnieje) miałby odmówić sobie gwałtu na ślicznym dziewczęciu, które widuje codziennie w autobusie jadąc do pracy; że to pytanie ogranicza się do kwestii drobnych nikczemności, takich jak ułatwianie sobie życia kłamstwem, kradzież paczki chrupek w markecie, porysowanie nielubianemu sąsiadowi lakieru na samochodzie tudzież zbluzganie kumpla za podrywanie dziewczyny. Dlaczego więc być dobrym, skoro Boga nie ma? Z szacunku do człowieka oczywiście. Z pragnienia, by na świecie po którym chodzą nasi bliscy, było jak najmniej chamstwa i patologii. By wszystkim żyło się lepiej, bezpiecznej. Bo każdy zły uczynek infekuje skrzywdzonego złem, i mści się na świecie ze zwielokrotnioną mocą.

Z przykrością muszę stwierdzić, że ten, któremu taka argumentacja wydaje się niewystarczająca, jest człowiekiem obłudnym. Dobro praktykowane z chęci zdobycia wiecznej nagrody od Boga warte jest tyle, ile pomaganie świeżo zatrudnionemu pracownikowi, by podlizać się szefowi i zyskać awans: skutkuje wprawdzie dobrem firmy, ale nie daje instruującemu żółtodzioba podstawy do myślenia o sobie we wzniosłych kategoriach, chodziło wszak o zwyczajne (a w przypadku tła religijnego o metafizyczne) lizodupstwo. A co z unikaniem czynienia zła z obawy przed wiecznym potępieniem, zapytacie? Odpowiem pytaniem: czy pedofil, który nie zgwałcił dziecka dlatego tylko, że bał się piekła, staje się przez to człowiekiem szlachetnym? No chyba nie… Choć oczywiście dobrze, jeśli to go powstrzymało. Nie zrozumcie mnie źle, każdy powód jest jednakowo dobry, by czynić dobro, ale jeśli czyni się je ze strachu przed wieczystym potępieniem w jeziorze ognia i siarki, raczej nie powinno dawać mu to powodu do zdrowej dumy. A kim staje się człowiek bez niej? Oczywiście, można być człowiekiem wierzącym i pomagać bliźnim bezinteresownie, co jest już chwalebne.

To, co dzieje się na świecie, wprawia w przerażenie. Klęski żywiołowe, wojny, ludobójstwa, epidemie, terroryzm, itd. Człowiek stojący naprzeciwko bezbrzeżnego cierpienia ludzkości usilnie stara się znaleźć jakieś jego racjonalne wyjaśnienie, by być w stanie w takiej rzeczywistości funkcjonować. I tutaj znowu w sukurs przychodzi Bóg, który jest miłością, działa dla naszego dobra w sposób niepojęty, i nie ma takiego zła, którego z czasem nie obróciłby na korzyść naszej duszy. Wystarczy wziąć parę szybkich i głębokich oddechów, a potem zawierzyć mu. Zawierzyć ślepo – bo przecież nawet Biblia w żaden sensowny sposób nie tłumaczy tego, dlaczego taki hipotetyczny Bóg dopuszcza istnienie zła na świecie (pomińmy historię Hioba i bajeczkę o Adamie i Ewie, które to historyjki najzwyczajniej w świecie obrażają ludzką inteligencję). Pocieszająca jest perspektywa, że wszelkie niegodziwości tego świata zostaną sprawiedliwie osądzone, i że nie trzeba samemu brudzić sobie rąk, wyrównywać rachunków. Że bycie uciskanym w gruncie rzeczy nie jest takie złe, skoro można obrócić je na swoją korzyść poprzez zawierzenie Bogu.

Także pytanie o to, jak powstał wszechświat w którym żyjemy, skłania większość ludzi do wiary w inteligentną siłę sprawczą. Naukowcy mają swoje teorie i hipotezy tłumaczące sposób, w jaki kosmos mógł wyłonić się z nicości, ale prezentują one poziom abstrakcji, który uniemożliwia przeciętnemu człowiekowi zrozumienie ich i – co za tym idzie – ich ewentualną akceptację. Nawet ci z nas, który ni w ząb nie rozumieją paplaniny fizyków wiedzą jednak, że u zarania wszystkiego stał jakiś twórczy potencjał, i mogą na własną rękę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bardziej prawdopodobne wydaje im się, że ten potencjał posiadał świadomość, czy też że był bezosobowy. Niektórym taka odpowiedź, oparta na intuicji, siłą rzeczy musi wystarczyć. Że większość ludzi wybierze wiarę w inteligentną siłę sprawczą – nie dziwi mnie ani trochę; człowiek truchleje na samą myśl o tym, że jest wypadkową ewolucji, i stanowi twór nieskończenie mały w stosunku do kosmosu, a jedynym lekarstwem na pozbycie się tej niewygodnej perspektywy jest właśnie wiara w to, że powołał nas do życia miłościwy Demiurg, a nie obojętne na wszystko, bezrozumne siły natury.

Wiele osób opiera swoją wiarę na bardzo subtelnych i subiektywnych odczuciach, które określają mianem religijnych. Może to być poczucie, że ktoś ze zmarłych bliskich w jakiś sposób niesie im pomoc lub komunikuje się z nimi poprzez sny. Czasami do wiary skłania także szczęśliwy zbieg okoliczności, na wskutek którego dany człowiek unika nieszczęścia, w czym upatruje działania opatrzności (co jest o tyle niefortunne, że choćby los milionów żydów gazowanych w komorach obozów zagłady stanowi istnienia tej samej opatrzności jaskrawe zaprzeczenie). Może to być też doświadczenie ekstremalne, np. śmierci klinicznej albo cokolwiek innego, w czym doświadczający w jakiś sposób dostrzega metafizyczną głębię. Zazwyczaj są to wrażenia tak sugestywne, że zdają się doznającemu ich przebłyskiem jedności z Bogiem. Ludzie tacy zazwyczaj twierdzą również, że skoro doświadczenie wiary pozwoliło im godnie przejść przez życie, że skoro okazało się one wystarczające, skrojone jakby na miarę tego życia – to wiara ta była słuszna. Jak polemizować z tymi doświadczeniami? Cóż: to, co ludzie wierzący nazywają religijną metafizyką, ja nazywam po prostu psychologią.

Psychologiczna potrzeba wiary jest tak silna, że zwycięża nawet umysły osób, które w każdej innej sferze życia wykazują się krystalicznym racjonalizmem. Zdarza się nawet, że choć wierzący postrzega swą wiarę jako stojącą w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, to jednak uważa, że rozbieżność ta świadczy właśnie na korzyść wiary – bo przecież skoro mimo wszystko wierzy, to musi być to łaska Boża, a nie jakaś tam naiwność wypływająca z ludzkiej ułomności! Taki tok rozumowania wykazują na przykład naukowcy wśród duchowieństwa.

Rodzi się pytanie: skoro wiara jest taka dobra, taka wygodna, skoro sprawia, że człowiekowi żyje i umiera się łatwiej, to dlaczego ateiści tak ją krytykują? Odpowiedź jest banalnie prosta: według nas wiara religijna przedstawia zafałszowany obraz rzeczywistości, oferuje życie w słodkim kłamstwie i angażuje wyznawcę w finansowanie kościelnej mafii rozrastających się w obrębie tejże wiary. Wiara jest jak sztuczny miód, ateizm zaś jak gorzka czekolada. Nie będę nikomu mówił, co ma pić, ale chętnie poczęstuję każdego swoim przysmakiem.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Majestat

Nocne, rozgwieżdżone niebo już od dziecka wprawiało mnie w stan niewymownego zachwytu i zdumienia – choć wtedy było dla mnie zaledwie dwuwymiarowym firmamentem, czarną płachtą przyozdobioną tysiącami świecidełek. Dziś, jako człowiek dorosły, wiedzący znacznie więcej i dostrzegający w nim głębię, jestem nim zafascynowany jeszcze bardziej.

Dzięki potężnym teleskopom kosmicznym człowiek może zajrzeć w bardzo głębokie zakamarki uniwersum, i ujrzeć niewyobrażalnie odległe galaktyki i ich gromady. Ponieważ światło potrzebowało gigantycznej ilości czasu by dotrzeć do nas od danego obiektu, widzimy go takim, jaki był w chwili, gdy zostało ono wyemitowane – co oznacza, że wiele z najdalszych z nich istnieje obecnie w formie znacznie zmienionej bądź nie istnieje wcale. A są obszary tak dalekie, że światło z nich nie przedarło się do nas od początku ich istnienia – a w przypadku niektórych nie zdoła zrobić tego nigdy, jako że Wszechświat wciąż się rozszerza, i robi to coraz szybciej, w każdym kierunku jednocześnie. Ale i tak jest na co popatrzeć: średnica widzialnego uniwersum wynosi 93 miliardy lat świetlnych (rok świetlny to odległość, jaką światło pokonuje w ciągu roku, czyli około 9,4 biliona kilometrów). Przestwór ten wypełnia 300 tryliardów gwiazd, wśród których krąży niezliczona ilość planet. Być może na niektórych z nich istnieje życie, również w formach inteligentnych.IDL TIFF fileSkąd jednak wzięło się to wszystko? Niektórzy naukowcy twierdzą, że z nicości: pozbawionego wymiarów bezczasu, który jednak posiadał twórczy potencjał. Według nich siła sprawcza jest bezosobowa, a pytanie o jej pochodzenie nie ma sensu, jako że stanowi ona immanentną właściwość samej natury. Ponieważ zaś Wszechświat posiada łączną energię równą 0 (gdyż dodatnia energia materii zostaje równoważona ujemną energią oddziaływań grawitacyjnych), stanowi on jakby formę nicości, jej spontaniczne i samoistne przekształcenie. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć – choć zapewne dlatego, że nie umiem przestawić się na czysto abstrakcyjne rozumowanie naukowców. Doświadczenie życia codziennego kształtuje w człowieku zupełnie inne, intuicyjne pojmowanie rzeczywistości, które jednak w odniesieniu do takich kwestii nie ma zastosowania.

Być może istnieje coś więcej niż jeden wszechświat. Jest hipoteza Wieloświata – zbioru nieskończonej liczby wszechświatów o rozmaitych wartościach oddziaływań fizycznych. Jest wiele wariantów tej hipotezy; do mojej wyobraźni najbardziej przemawia ta, jakoby poszczególne uniwersa powstawały w nicości, a więc istniały w zupełnej niezależności czasoprzestrzennej względem siebie i nie mogły w żaden sposób na siebie oddziaływać. Można by więc rzec, że wszechświaty takie same sobie istnieją zawsze i wszędzie, ale w stosunku do siebie nawzajem – nigdy i nigdzie. Hipoteza ta powstała jako próba wyjaśnienia niezwykłego dostrojenia stałych fizycznych obowiązujących w naszym wszechświecie do powstania życia – gdyby tylko nieznacznie zmienić którekolwiek z nich, życie powstać by nie mogło (przynajmniej w formie nam znanej i jedynej dla nas wyobrażalnej).

Czasami wydaje mi się, że odkrycia astronomiczne nie tyle odkrywają prawdę o kosmosie, co raczej uświadamiają nam jego nieodgadnioność. Każde kolejne odkrycie rodzi bowiem szereg nowych pytań, a odpowiedzi na nie – jeszcze kolejne. Dziś na przykład wiemy już, że widoczna gołym okiem materia barionowa (składająca się ze znanych nam pierwiastków) stanowi niecałe 5 procent bilansu energetycznego Wszechświata, a na resztę przypada tajemnicza ciemna materia (26,8%) i ciemna energia (68,3%). Czym są te dwie składowe i jaka jest ich natura – nie wie nikt. Można więc śmiało powiedzieć, że wiemy, iż prawie nic nie wiemy. I choć to prawie nic wystarcza nam do życia, to jednak nie zaspokaja naszej ciekawości.

Nasz aktualny stan wiedzy na temat Wszechświata każe nam sądzić, że nie będzie wieczny, że i jego czeka kiedyś kres. Za niewyobrażalnie długi okres czasu wszystkie gwiazdy zgasną, a ogrom ten stanie się zimny i pusty. Nie będzie żadnej świadomości, która mogłaby go postrzegać, nie będzie myśli, która mogłaby nadawać sens jego istnieniu.

Ale jest coś równie niepojętego jak sposób w jaki Wszechświat funkcjonuje i jego tajemniczość: obojętność tego przestworu na los ludzki i nasza znikomość względem niego. Świadomość tych dwóch rzeczy sprawia, że kiedy patrzę w gwiaździste niebo, czuję się tak, jakbym obcował z absolutem – i choć absolut ten jest nieświadomy samego siebie, w niczym nie umniejsza to jego majestatu.

***

Zdjęcie zostało wykonane przez NASA przy pomocy teleskopu Hubble’a i nosi tytuł ”Ultragłębokie Pole Hubble’a”. Opublikowane zostało w 2004 roku. Na fotografii widnieje około 10 tysięcy galaktyk; światło z najstarszych z nich (czerwonych) zostało wysłane zaledwie 800 milionów lat po Wielkim Wybuchu, w którym narodził się Wszechświat.

Jezus Przewraca się w Grobie

Jezus Przewraca się w Grobie (1)Lubię Jezusa. Mniejsza o to, że Ewangelie spisywano wiele lat po jego śmierci, wkładając mu w usta słowa, których zapewne nigdy nie powiedział, i często przeinaczając te, które powiedział rzeczywiście. Mniejsza też o to, że miał kilka osiowych objawów schizofrenii (słyszenie głosów, halucynacje, urojenia wielkościowe, itd.). Lubię Jezusa jako postać, która choć w znacznej części z pewnością podkoloryzowana, była prostoduszna i oddana dobrej sprawie. A że znalazła się grupa cwaniaczków, która postanowiła zbić na jego osobie fortunę i dojść tym sposobem do władzy, to sprawa zupełnie inna.

Cenię na przykład Kazanie o Dobrach Trwałych, które wygłosił Jezus na Górze. Mówi tam: ”Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. Albo w innym miejscu: ”Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Jezus to był naprawdę mądry gość. Kto nie wierzy, niech poczyta Biblię.

To było 2 tysiące lat temu. Stare dzieje. Od tamtej pory sporo się wydarzyło: kościół wymyślił czyściec, by co zamożniejszym naiwniakom sprzedawać odpusty wszystkich grzechów (niebo gwarantowane!), nawracał ogniem i mieczem innowierców (w myśl zasady: przechodzisz na chrześcijaństwo, albo zginiesz w męczarniach) przy okazji łupiąc ich majątki, tłamsił ludzi nauki o których wiedział, że ich odkrycia wstrząsną podstawami wiary, ograniczając tym samym jego wpływy, i stworzył sobie osobne luksusowe państwo, w którym rozkokosił się na dobre. Nieźle, co nie?

Dziś wizerunek Jezusa ma tyle samo wspólnego z prawdziwą wiarą, co komercyjny święty Mikołaj Coca-Coli z religijnym wymiarem świąt Bożego Narodzenia. Wiara stała się biznesem, produktem, który kościół sprzedaje hurtem uzależnionym od niej wyznawcom. Bo ludzie wiary potrzebują jak powietrza: dla poczucia, że ich cierpienia nie idą na marne, że ktoś dostrzega je i ceni ich wytrwałość; dla poczucia, że sens życia wykraczać może nieskończenie daleko poza doczesność, a śmierć nie jest końcem; dla poczucia, że ich zmarli bliscy bytują w innym, lepszym świecie, a od czasu do czasu nawet przebywają wśród nich (zaduszki). Kościół to supermarket z wiarą, z wierzeniami wyrafinowanymi aż do groteskowości, jak łakocie pojawiające się w sklepach na Halloween, które to słodkości swymi formami zaspokajają najdziwaczniejsze nawet potrzeby dziecięcej wyobraźni. Ale nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że za te pieniądze duchowni żyją w sposób niezgodny z Nowotestamentowymi ideałami, które tak żarliwie głoszą finansującej ich poczynania trzodzie.

Jestem tego pewien: Jezus przewraca się w grobie. Nie z powodu ateistów, muzułmanów, czy prymitywnych afrykańskich plemion wielbiących Boga Słońce, ale z powodu poczynań swoich własnych wyznawców, i to przede wszystkim tych tkwiących na wysokich stanowiskach. Przewraca się w grobie, kiedy papież odziany w drogocenne szaty wstaje ze swego inkrustowanego złotem tronu, i wznosi złoty krzyż, by modlić się za biednych i uciśnionych. Kiedy biskupi obracają gigantycznymi pieniędzmi, z którymi nie powinni mieć nic wspólnego, bo pieniądz zawsze kusi. Kiedy ich kroki rozlegają się i powracają zwielokrotnione echem w pełnych przepychu salach i gabinetach.

Szkoda mi Jezusa, naprawdę szkoda. Bo był to naprawdę porządny gość i chciał dobrze.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.