Archiwa tagu: ateizm

Majestat

Nocne, rozgwieżdżone niebo już od dziecka wprawiało mnie w stan niewymownego zachwytu i zdumienia – choć wtedy było dla mnie zaledwie dwuwymiarowym firmamentem, czarną płachtą przyozdobioną tysiącami świecidełek. Dziś, jako człowiek dorosły, wiedzący znacznie więcej i dostrzegający w nim głębię, jestem nim zafascynowany jeszcze bardziej.

Dzięki potężnym teleskopom kosmicznym człowiek może zajrzeć w bardzo głębokie zakamarki uniwersum, i ujrzeć niewyobrażalnie odległe galaktyki i ich gromady. Ponieważ światło potrzebowało gigantycznej ilości czasu by dotrzeć do nas od danego obiektu, widzimy go takim, jaki był w chwili, gdy zostało ono wyemitowane – co oznacza, że wiele z najdalszych z nich istnieje obecnie w formie znacznie zmienionej bądź nie istnieje wcale. A są obszary tak dalekie, że światło z nich nie przedarło się do nas od początku ich istnienia – a w przypadku niektórych nie zdoła zrobić tego nigdy, jako że Wszechświat wciąż się rozszerza, i robi to coraz szybciej, w każdym kierunku jednocześnie. Ale i tak jest na co popatrzeć: średnica widzialnego uniwersum wynosi 93 miliardy lat świetlnych (rok świetlny to odległość, jaką światło pokonuje w ciągu roku, czyli około 9,4 biliona kilometrów). Przestwór ten wypełnia 300 tryliardów gwiazd, wśród których krąży niezliczona ilość planet. Być może na niektórych z nich istnieje życie, również w formach inteligentnych.IDL TIFF fileSkąd jednak wzięło się to wszystko? Niektórzy naukowcy twierdzą, że z nicości: pozbawionego wymiarów bezczasu, który jednak posiadał twórczy potencjał. Według nich siła sprawcza jest bezosobowa, a pytanie o jej pochodzenie nie ma sensu, jako że stanowi ona immanentną właściwość samej natury. Ponieważ zaś Wszechświat posiada łączną energię równą 0 (gdyż dodatnia energia materii zostaje równoważona ujemną energią oddziaływań grawitacyjnych), stanowi on jakby formę nicości, jej spontaniczne i samoistne przekształcenie. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć – choć zapewne dlatego, że nie umiem przestawić się na czysto abstrakcyjne rozumowanie naukowców. Doświadczenie życia codziennego kształtuje w człowieku zupełnie inne, intuicyjne pojmowanie rzeczywistości, które jednak w odniesieniu do takich kwestii nie ma zastosowania.

Być może istnieje coś więcej niż jeden wszechświat. Jest hipoteza Wieloświata – zbioru nieskończonej liczby wszechświatów o rozmaitych wartościach oddziaływań fizycznych. Jest wiele wariantów tej hipotezy; do mojej wyobraźni najbardziej przemawia ta, jakoby poszczególne uniwersa powstawały w nicości, a więc istniały w zupełnej niezależności czasoprzestrzennej względem siebie i nie mogły w żaden sposób na siebie oddziaływać. Można by więc rzec, że wszechświaty takie same sobie istnieją zawsze i wszędzie, ale w stosunku do siebie nawzajem – nigdy i nigdzie. Hipoteza ta powstała jako próba wyjaśnienia niezwykłego dostrojenia stałych fizycznych obowiązujących w naszym wszechświecie do powstania życia – gdyby tylko nieznacznie zmienić którekolwiek z nich, życie powstać by nie mogło (przynajmniej w formie nam znanej i jedynej dla nas wyobrażalnej).

Czasami wydaje mi się, że odkrycia astronomiczne nie tyle odkrywają prawdę o kosmosie, co raczej uświadamiają nam jego nieodgadnioność. Każde kolejne odkrycie rodzi bowiem szereg nowych pytań, a odpowiedzi na nie – jeszcze kolejne. Dziś na przykład wiemy już, że widoczna gołym okiem materia barionowa (składająca się ze znanych nam pierwiastków) stanowi niecałe 5 procent bilansu energetycznego Wszechświata, a na resztę przypada tajemnicza ciemna materia (26,8%) i ciemna energia (68,3%). Czym są te dwie składowe i jaka jest ich natura – nie wie nikt. Można więc śmiało powiedzieć, że wiemy, iż prawie nic nie wiemy. I choć to prawie nic wystarcza nam do życia, to jednak nie zaspokaja naszej ciekawości.

Nasz aktualny stan wiedzy na temat Wszechświata każe nam sądzić, że nie będzie wieczny, że i jego czeka kiedyś kres. Za niewyobrażalnie długi okres czasu wszystkie gwiazdy zgasną, a ogrom ten stanie się zimny i pusty. Nie będzie żadnej świadomości, która mogłaby go postrzegać, nie będzie myśli, która mogłaby nadawać sens jego istnieniu.

Ale jest coś równie niepojętego jak sposób w jaki Wszechświat funkcjonuje i jego tajemniczość: obojętność tego przestworu na los ludzki i nasza znikomość względem niego. Świadomość tych dwóch rzeczy sprawia, że kiedy patrzę w gwiaździste niebo, czuję się tak, jakbym obcował z absolutem – i choć absolut ten jest nieświadomy samego siebie, w niczym nie umniejsza to jego majestatu.

***

Zdjęcie zostało wykonane przez NASA przy pomocy teleskopu Hubble’a i nosi tytuł ”Ultragłębokie Pole Hubble’a”. Opublikowane zostało w 2004 roku. Na fotografii widnieje około 10 tysięcy galaktyk; światło z najstarszych z nich (czerwonych) zostało wysłane zaledwie 800 milionów lat po Wielkim Wybuchu, w którym narodził się Wszechświat.

Reklamy

Jezus Przewraca się w Grobie

Jezus Przewraca się w Grobie (1)Lubię Jezusa. Mniejsza o to, że Ewangelie spisywano wiele lat po jego śmierci, wkładając mu w usta słowa, których zapewne nigdy nie powiedział, i często przeinaczając te, które powiedział rzeczywiście. Mniejsza też o to, że miał kilka osiowych objawów schizofrenii (słyszenie głosów, halucynacje, urojenia wielkościowe, itd.). Lubię Jezusa jako postać, która choć w znacznej części z pewnością podkoloryzowana, była prostoduszna i oddana dobrej sprawie. A że znalazła się grupa cwaniaczków, która postanowiła zbić na jego osobie fortunę i dojść tym sposobem do władzy, to sprawa zupełnie inna.

Cenię na przykład Kazanie o Dobrach Trwałych, które wygłosił Jezus na Górze. Mówi tam: ”Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. Albo w innym miejscu: ”Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie”. Jezus to był naprawdę mądry gość. Kto nie wierzy, niech poczyta Biblię.

To było 2 tysiące lat temu. Stare dzieje. Od tamtej pory sporo się wydarzyło: kościół wymyślił czyściec, by co zamożniejszym naiwniakom sprzedawać odpusty wszystkich grzechów (niebo gwarantowane!), nawracał ogniem i mieczem innowierców (w myśl zasady: przechodzisz na chrześcijaństwo, albo zginiesz w męczarniach) przy okazji łupiąc ich majątki, tłamsił ludzi nauki o których wiedział, że ich odkrycia wstrząsną podstawami wiary, ograniczając tym samym jego wpływy, i stworzył sobie osobne luksusowe państwo, w którym rozkokosił się na dobre. Nieźle, co nie?

Dziś wizerunek Jezusa ma tyle samo wspólnego z prawdziwą wiarą, co komercyjny święty Mikołaj Coca-Coli z religijnym wymiarem świąt Bożego Narodzenia. Wiara stała się biznesem, produktem, który kościół sprzedaje hurtem uzależnionym od niej wyznawcom. Bo ludzie wiary potrzebują jak powietrza: dla poczucia, że ich cierpienia nie idą na marne, że ktoś dostrzega je i ceni ich wytrwałość; dla poczucia, że sens życia wykraczać może nieskończenie daleko poza doczesność, a śmierć nie jest końcem; dla poczucia, że ich zmarli bliscy bytują w innym, lepszym świecie, a od czasu do czasu nawet przebywają wśród nich (zaduszki). Kościół to supermarket z wiarą, z wierzeniami wyrafinowanymi aż do groteskowości, jak łakocie pojawiające się w sklepach na Halloween, które to słodkości swymi formami zaspokajają najdziwaczniejsze nawet potrzeby dziecięcej wyobraźni. Ale nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że za te pieniądze duchowni żyją w sposób niezgodny z Nowotestamentowymi ideałami, które tak żarliwie głoszą finansującej ich poczynania trzodzie.

Jestem tego pewien: Jezus przewraca się w grobie. Nie z powodu ateistów, muzułmanów, czy prymitywnych afrykańskich plemion wielbiących Boga Słońce, ale z powodu poczynań swoich własnych wyznawców, i to przede wszystkim tych tkwiących na wysokich stanowiskach. Przewraca się w grobie, kiedy papież odziany w drogocenne szaty wstaje ze swego inkrustowanego złotem tronu, i wznosi złoty krzyż, by modlić się za biednych i uciśnionych. Kiedy biskupi obracają gigantycznymi pieniędzmi, z którymi nie powinni mieć nic wspólnego, bo pieniądz zawsze kusi. Kiedy ich kroki rozlegają się i powracają zwielokrotnione echem w pełnych przepychu salach i gabinetach.

Szkoda mi Jezusa, naprawdę szkoda. Bo był to naprawdę porządny gość i chciał dobrze.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Bezbożne Boże Narodzenie

Bezbożne Boże Narodzenie (3)Jestem ateistą i obchodzę święta Bożego Narodzenia. Tak. Już czuję kamienie sypiące się we mnie ze strony wierzących i nie wierzących, już słyszę pogwizdywania i buczenie, joby nawet (od katolików przede wszystkim; bo nie dość, że bezbożnik, to jeszcze i hipokryta). Ale spokojnie. Już wyjaśniam.

Przez kilka lat swojego ateistycznego życia opuszczałem domowników na czas kolacji wigilijnej i wychodziłem w tym czasie na spacer. Z czasem stwierdziłem, że to głupie. No bo co? Inni sobie siedzą w ciepłym domu i pałaszują smakowitości, z dymiących talerzy unoszą się na cały dom zapachy, a ja mam w tym czasie robić coś innego tylko dlatego, że nie wierzę w boga?

Żaden z elementów Bożego Narodzenia, w których uczestniczę, nie posiada w sobie czysto chrześcijańskiego pierwiastka duchowego: te święta to misz-masz pogańskich zwyczajów. Najwięcej czerpie z Rzymskich Saturnaliów, obchodzonych od 17 do 24 grudnia w starożytnym Rzymie. Było to święto obchodzone na cześć boga rolnictwa i czasu, Saturna. To stąd pochodzi zwyczaj obdarowywania się prezentami, ucztowania oraz ubierania choinki (Rzymianie stroili drzewka iglaste, które z uwagi naBezbożne Boże Narodzenie (1) to, że były wiecznie zielone, stanowiły symbol siły Saturna). Data narodzin Jezusa jest zaś czysto symboliczna, i podejrzanie odpowiada dacie narodzin Mitry – bóstwa solarnego czczonego przez Persów na 2 tysiące lat przed jego narodzinami. 

Ale obchodzący Boże Narodzenie katolicy nie kłopoczą się tym. Tak samo i ja nie kłopoczę się historyjką dzieciątka urodzonego w stajence, i w ogóle wymiarem religijnym świąt. Spotykamy się z rodziną przy wigilijnym stole z różnych powodów: oni, bo wierzą, ja, bo cenię świąteczną aurę i lubię się nażreć, a i nie widzę sensownego powodu, żeby w tym czasie włóczyć się po dworze albo siedzieć w pokoju obok. Ot, i to wszystko.

Czy jestem hipokrytą? Nie. Sprzeniewierzyłbym się swoim ideałom i poglądom dopiero wtedy, gdybym poszedł do kościoła (co uczyniłbym dopiero z pistoletem przyłożonym do skroni). Ale nie chodzę tam, nie modlę się też przy stole (tego zwyczaju w mojej rodzinie nigdy zresztą nie było), zaś opłatek to tylko nijaki w smaku płatek chlebowy, nic poza tym (fakt ten konstatuję z wielką radością co roku).

Tak przy okazji: nie widzę nic złego w obchodzeniu Halloween przez katolików. To przecież tylko zabawa, a nie igranie z diabłem, jak chcieliby wmówić swojej trzodzie nawiedzeni pasterze. Przecież ani dzieci chodzące od domu do domu po cukierki, ani ludzie wystawiający przed dom lampiony z dyni, nie wierzą w historyjkę o złym Jack o’ Lanternie, którego nie chciano ani w raju, ani w piekle, i dlatego skazano go na wieczną wędrówkę po ziemskim padole. Na tej samej zasadzie ja obchodzę Boże Narodzenie. Chętnie obchodziłbym także Halloween.

Bezbożne Boże Narodzenie (2)Jest jeszcze jedna rzecz, za którą kocham święta: wspaniale zachlewa się wtedy ryja. Najlepiej. Nie ma to jak walić domowej roboty cytrynówkę w półmroku pokoju rozjaśnionego tylko kolorowymi światełkami choinki. No nie róbmy z tego tajemnicy: Polacy naprawdę lubią się ubzdryngolić. Poza tym, światełek nigdy dość, a po procentach podwajają swoją ilość. No i to żarcie: kapusta wigilijna, krokiety i pierogi z kapustą i grzybami, łazanki, a kto je mięso, to i ryby. O, tak.

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Czarna Mafia

Czarna Mafia (1)Nie mam zaufania do przedstawicieli wielu zawodów – do polityków, majstrów, dentystów ”na NFZ” – ale najmniejszym zaufaniem darzę facetów w czarnych kieckach.

Kiedy byłem uczniem gimnazjum, religii nauczał mnie ksiądz. Klecha był zwolennikiem starej szkoły wychowania; kiedy ktoś przeszkadzał na lekcji, chwytał go za baczki i mocno za nie pociągał. Sam kilkukrotnie miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć takiej przemocy. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że poczciwy księdzunio może być zwyrolem, który po powrocie na plebanie będzie wspominał ten incydent trzepiąc kapucyna. Prawdę mówiąc, nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby tak właśnie było.

Inny przykład. Znam pewną dziewczynę, którą jako dziecko – przy pełnym aprobaty chichocie rodziców – ksiądz na kolędzie przełożył przez kolano. No, dobra: nie uderzał jej w pośladki mocno, a tylko ”na niby”, ale jednak jego parszywe łapska dotykały jej dziecięcej pupy. W tym przypadku prawie nie mam już wątpliwości, że kapłan był wynaturzonym zwyrodnialcem. Na miejscu jej ojca otworzyłbym mu drzwi i kazał wypierdalać. Na kopach.

Zastanawiam się, skąd do diabła bierze się u księży taka słabość do dzieci? Czy to przez życie w celibacie? Czy hamowany latami popęd seksualny doprowadza ich seksualność do zwyrodnienia? A może pedofile zostawali księżmi celowo, wiedząc, że ta funkcja społeczna cieszy się dużym szacunkiem i zaufaniem, co pozwoliłoby im na łatwiejszy dostęp do dziatwy?

Swego czasu znałem kolesia, który włamał się na plebanię i okradł proboszcza. Liczył na forsę, bo parę dni wcześniej klecha obłowił się w kilka grubych kopert, ale! Jego łupem padło co innego: dobrych dwadzieścia butelek trunków – i nie żadnych tam sikaczy czy berbeluchy, nie. Księżunio znał się na rzeczy: pił whiskey Johnnie Walker, brandy Napoleon, wódkę Finlandię. Ów kumpel zabrał księdzu także portfel, w którym znajdowało się zdjęcie podobnego do niego jak dwie krople wody nastolatka (sam widziałem). Kolega za swój wybryk (i kilka innych) poszedł siedzieć (nie, nie maczałem w tym palców), ale wcześniej pił aż do wyrzygu ambrozję proboszcza.

Media coraz częściej donoszą, że duchowni potrafią się bawić (i to nie tylko z dziećmi). Jeszcze w tym roku włoska prasa opisywała przypadek jednego z najbliższych współpracowników papieża, który organizował w Watykańskim budynku Kongregacji Doktryny Wiary gejowskie imprezki. U rzeczonego jegomościa znaleziono kokainę, którą ponoć zaprawiał się w swoich zabawach. Za karę przeniesiono go do klasztoru na Monte Cassino, którego opat Pietro Vittorelli kilka miesięcy wcześniej został aresztowany za zdefraudowanie 500 tysięcy euro pochodzących z dotacji państwowych i przeznaczonych na cele dobroczynne. Szmal trwonił na podróżach i gejowskich ekscesach.

Oczywiście, nie wszyscy księża to cwaniacy hulający za forsę swej naiwnej trzody. Ale i tak ich nie lubię. Cóż, problem leży we mnie – mam bowiem trudność w zaufaniu facetowi, który wierzy w to, że niepokalanie poczęta czternastolatka została zapłodniona przez ducha, urodziła Boga, dożyła kresu swoich dni jako dziewica a na koniec została zabrana żywcem do nieba. A co do spódnicy – nie miałbym z nią żadnego problemu, gdyby tylko nie była zawsze czarna. A tak, wyglądają w nich jak Buka z Doliny Muminków. Brr!

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Sens Życia

Sens Życia (1)Jako ateista, nie mam złudzeń co do tego, że śmierć jest nieodwracalnym kresem świadomości, postrzegania i doświadczenia; że skonawszy powrócę do nicości, w której ”znajdowałem się” przed swoimi narodzinami – a więc przez całych 14 miliardów lat istnienia Wszechświata.

Pojęcie niebytu, nicości, stanowi oczywiście krystalicznie czystą abstrakcję. Nie sposób jej sobie wyobrazić. A jednak doświadczam jej co noc – śpiąc. Zasypiam, i budzę się po kilku godzinach, ze wspomnieniem kilkunastu minut sennych majaków oraz ze świadomością, że większość przespanego czasu niezauważenie umknęła mojemu postrzeganiu. Może to zabrzmieć dziwnie, gdyż gdyż taka nicość stanowi stan funkcjonującego umysłu, ale myśląc o tym, każdego dnia po trosze oswajam się z niebytem, przygotowuję się na to, co prędzej czy później nastąpić musi. Wprawdzie nie istniejąc, nie będę w stanie skonstatować końca mojego życia, zaznać metafizycznej rozpaczy nad jego utratą, ale świadomość nieuchronnego ma wpływ na życie, domaga się uwagi i akceptacji. A wciąż jeszcze nie jestem pewien, czy nie wolałbym, by po zgonie, zamiast nicości, czekało na mnie jej totalne przeciwieństwo, ciągle waham się pomiędzy jednym a drugim, przychylając się jednak z reguły właśnie ku wiecznemu życiu (choć z ostrożnością, wszak jego wizja przekracza granice mojej wyobraźni). Odstawmy jednak marzenia na bok, i zajmijmy się rzeczywistością (wciąż oczywiście subiektywnie postrzeganą).

Przychodzę więc znikąd, i zmierzam w nicość. Większość ludzi nie jest w stanie przyjąć takiego poglądu na życie choćby ze strachu, że jego konsekwencją byłoby popadnięcie w jałowy nihilizm egzystencjalny. Otóż, chociaż postrzegam człowieka jako zwierzę, które na drodze spontanicznej ewolucji rozwinęło się na tyle, by zadać sobie pytanie o sens swojej egzystencji (w czym tkwi jego największe błogosławieństwo i przekleństwo), nie przyszłoby mi do głowy, by uznać go za istotę, której życie pozbawione jest wartości. Według mnie życie jest sensem samo w sobie; każde przyjemne doświadczenie jest tym wspanialsze, że możliwe tylko w nieskończenie krótkim przedziale czasowym w stosunku do okresu nieistnienia indywidualnej świadomości ludzkiej. Najbłahsze nawet czynności zyskują wzruszający wymiar dzięki wiedzy, że możność wykonywania ich jest przejściowa; jeszcze większej głębi nabierają tym samym kontakty z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi.

Takie postrzeganie życia możliwe jest dla mnie wtedy, gdy jest lub bywa ono przyjemne, bądź chociażby znośne; kiedy można cieszyć się nim, a cierpienia doświadczać w natężeniu, które nie doprowadza psychiki i ciała do ruiny, ale daje się ukoić, i wzmaga (na zasadzie kontrastu, że im było gorzej, tym może być lepiej) pozytywne doświadczenia. Niestety, przyroda jest bezwzględna w swojej obojętności na los ludzki; nie wszystkim dane było urodzić się w okolicznościach, w których mogliby wieść dostatnie, satysfakcjonujące życie, żeby wymienić choćby mieszkańców obszarów dotkniętych klęską suszy i nieurodzaju, lub dzieci chore na śmiertelne choroby genetyczne. Pytanie o sens ich cierpienia ciśnie mi się na usta i umiera na nich, cicho, niepostrzeżenie, niewypowiedziane.

Istnieje wreszcie szersza perspektywa, w jakiej umiejscawiam i uzasadniam swoje istnienie. Tą perspektywą jest wytwór zbiorowej świadomości – kultura przekazywana w spadku kolejnym pokoleniom. Przed każdym z nas stoi ogromna odpowiedzialność dziejowa; chociaż nigdy nie uda się zaprowadzić na świecie ładu absolutnego (próby dokonania tego kończą się zresztą zawsze piekłem na Ziemi), z pewnością można dążyć do uczynienia go lepszym, niż jest obecnie. Oczywiście, z czasem życie na Ziemi dobiegnie definitywnego końca, ale nie widzę sensu w przejmowaniu się tym, gdyż nim do tego dojdzie, będzie komu skorzystać z tego, co udało nam się się po sobie pozostawić. A cóż może być cenniejszego niż niepowtarzalne życie ludzkie, i dobro człowieka, który zdolny jest do cierpienia większego niż wszystkie znane nam istoty?

Oczywiście, pragnę możliwie najdłuższego i jak najlepszego jakościowo życia. Odczuwam też strach przed śmiercią: czysto organiczny, który, jak mniemam, towarzyszyć mi będzie aż po koniec mych dni, oraz strach przed śmiercią przedwczesną, która mogłaby położyć kres moim ambicjom, mojemu potencjałowi, i doświadczeniom, których łaknę. Mam nadzieję umrzeć jako człowiek, który nie pozostawi śmierci niczego do zabrania; sprowadzić kostuchę do pozycji złodzieja, który przyszedł okraść sejf, i z zaskoczeniem stwierdził, że ten jest otwarty i pusty, gdyż jego właściciel nie żałował sobie dobrego życia. Zamierzam wystrychnąć ją na dudka, zakpić z niej, i odejść z uśmiechem na twarzy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Wierzę, że dokonam tej sztuki.

A jeśli mi się nie powiedzie? Pozostanie mi tylko brzemię bezpowrotnie minionych lat, paląca tęsknota za tymi z najbliższych mi ludzi, którzy do tej pory już odejdą, starcza bezsilność wobec szybkiego tempa życia i przemijania, choroby, ból fizyczny i zmęczenie. Śmierć stanie się pożądana jako wybawienie, i tak też ją przyjmę.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Ateizm w Obliczu Śmierci

”Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem. Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie – Wyspy Zielonego Przylądka. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu.” – Zbigniew Religa.

Nie ma chyba człowieka, który od czasu do czasu nie poddawałby się rozmyślaniom na temat fenomenu śmierci. Nawet młodym ludziom w sile wieku i w szczytowych momentach życia zdarza się uprzytomnić sobie, że kiedyś przyjdzie czas, w którym trzeba będzie odejść ze świata raz na zawsze, pozostawiając na nim wszystko, co osiągnęli, i co kochali. Świadomość nieuchronności śmierci skłania ku refleksji na temat sensu doczesnego życia – nie tylko cierpień, które chcąc nie chcąc zmuszeni jesteśmy ponosić, i istnienia samego w sobie, ale bywa, że nawet sensu szczęścia. Efemeryczność napawa nas goryczą i smutkiem, a bywa, że również przerażeniem.

Dla wielu osób, które świeżo utraciły wiarę w Boga, świadomość, że po śmierci nie ma nic, a pamięć o nich samych zatrze czas, stanowi grunt, na którym nie są w stanie rozkwitnąć pełnią człowieczeństwa, szczęścia i życia. Wiedzą, że nawet jeśli ich osiągnięcia zapiszą się w historii cywilizacji na stałe, a ich osoba zostanie upamiętniona przez monumentalne pomniki, co w pewnym sensie stanowi przedłużenie ich istnienia, kiedyś w końcu nastąpi również kres samej ludzkości, i nie zostanie po nich nawet najmniejszy ślad. Wszystko to, wraz z bezowocnymi poszukiwaniami sensu życia sprawia czasami, że wszelkie konstruktywne wysiłki wydają im się na dłuższą metę bezcelowe, a oni sami popadają w marazm egzystencjalny i niezdolność działania oraz funkcjonowania. Nie rozumieją, że już samo poszukiwanie sensu życia jest sensem życia samym w sobie.

Tym, co nadaje sens mojemu ateistycznemu życiu, jest osobiste doczesne szczęście, oraz starania, żeby wdrożyć w rozwój cywilizacji wkład własny, z którego ludzkość w jakiś sposób mogłaby korzystać dla swojego dobra możliwie najdłużej po moim odejściu. Chciałbym stworzyć coś, co byłoby użyteczne dla innych, coś, co sprzyjałoby osiągnięciu przez nich szczęścia opartego na pięknie tkwiącym w prawdzie, której wartość niezależna jest od tego, czy jest okrutna, czy pobłażliwa. To, że ludzka świadomość istnieje przez tak krótki czas, nie umniejsza w żadnej mierze w moich oczach jej wyjątkowości i znaczenia. Nie uważam również, by życie ludzi, których osoba i praca ulegnie z czasem zapomnieniu, było w jakimkolwiek stopniu bezsensowne. Wszyscy ci, którzy ponieśli trud i dołożyli swoją cegiełkę do budowy świata, czyniąc go miejscem szczęśliwszym dla siebie oraz innych, zasługują na pełne uznanie.

Faktem jest, że wiara religijna przynosi większości ludzkości ukojenie, że ludzie czują się lepiej dzięki przekonaniu, że ich naznaczone cierpieniem życie nawet, jeśli zostanie zapomniane już po kilku latach tu, na Ziemi, w oczach Boga jest tak samo ważne, jak życie największych geniuszy, których odkrycia zrewolucjonizowały świat. W porównaniu ze sprawiedliwą wiecznością, która według osoby wierzącej nastąpić ma po nieskończenie krótkim w stosunku do niej ziemskim życiu, życie to wydaje się zaledwie świadomym snem, a śmierć – przebudzeniem. Nie przeczę, że jest to pocieszająca perspektywa, ale fakt, że zapewnia ona komfort psychiczny, w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że jest realna. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która miałaby coś przeciwko temu, żeby naprawdę istniał wszechmiłosierny Bóg oraz życie wieczne u jego boku, a zatem sens w wymiarze ponadczasowym i ponadwymiarowym. Dlaczego miałbym mieć, nawet pomimo tego, że wizja takiego życia przekracza możliwości mojej wyobraźni? Przekonanie, że Bóg nie istnieje, nie sprawia mi ani radości, ani smutku. Przyjmuje to za prawdę, i nauczyłem się żyć w zgodzie z nią, i to czyni moje życie szczęśliwym.

Wieloletnie rozważania, liczne rozmowy światopoglądowe z osobami o rozmaitym podejściu do kwestii wiary, oraz literatura (w tym lektura samej Biblii) utwierdziły mnie w przekonaniu, że wiara w Boga jest tylko fenomenem psychologicznym. Człowiek z natury obdarzony jest konstrukcją psychiczną warunkującą religijność. Religie po prostu musiały pojawić się wśród istot rozumnych, które poszukiwały odpowiedzi na pytania o to, skąd wziął się otaczający ich świat, stanowią również spoiwo społeczne zrzeszające jednostki w grupy, które to grupy ułatwiają przetrwanie.

Jestem w stanie bez trudu uszanować czyjeś religijne wierzenia, o ile nie wypaczają one w sposób jaskrawy moralności. Szacunek ten wynika bezpośrednio z szacunku do człowieka jako istoty wolnej, a przy tym omylnej oraz słabej na tyle, by poszukiwać oparcia w iluzji. Mówiąc oględniej: szanuję wiarę, bo istota ludzka ma prawo do pozostawania w nawet tak dużym błędzie jak wiara w Boga, i do naturalnej, ewolucyjnej słabości, która moim zdaniem ją do tego skłania. Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to dość arogancko, ale na tej samej zasadzie każda osoba wierząca ma prawo traktować mój ateizm, z czym nie mam jednak najmniejszego problemu. Dla mnie Bóg pozostaje wymyślonym przyjacielem na dobre i złe, Fisiem, a religia bajką dla dorosłych, którzy uciekają w nią przed pozornym bezsensem życia, lękiem przed śmiercią, dojmującą psychologiczną pustką, a czasem i przed niezrozumieniem naukowych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania rzeczywistości, oraz tymczasowej niewiedzy odnośnie wielu jej aspektów.

Kiedyś moja świadomość zgaśnie, rozpłynie się w nicości wraz z całą miłością, którą żywiłem i której zaznałem. Nigdy więcej nie poczuję motylków w brzuchu na widok dziewczyny, którą kocham, i nie musnę się wspomnieniem o miejsca, z którymi wiąże mnie nostalgia. Nie istniejąc, nie będę nawet w stanie dostrzec tej straty, i poczuć jej dotkliwości. Brzmi to okrutnie, ale nie mam na to wpływu, toteż nie pozwalam, żeby świadomość ta spędzała mi sen z powiek. Wciąż jest zbyt wiele do zrobienia. I zawsze będzie.