Archiwa tagu: sztuka

Henry Darger i Krainy Nierealnego

Różne są motywacje osób tworzących literaturę. Jednych kuszą sława i pieniądze, drudzy tworzą ją z potrzeb autoterapeutycznych, jeszcze inni dlatego, że literatura stanowi dla nich najdogodniejszy sposób porozumiewania się ze światem. Powodów dla których twórca wyraża się w słowie jest zresztą więcej, z reguły łączy je natomiast wspólny mianownik: twórczość domaga się odbiorcy. Znakomicie świadczy o tym chociażby popularność blogów (rzekomo malejąca, ale wciąż jeszcze przecież duża) i pojawiające się jak grzyby po deszczu oficyny typu vanity press, w których każdy za stosowną opłatą wydać może drukiem swój utwór. Są jednak ludzie, którzy swą twórczość skrzętnie przed światem skrywają; nie zależy im na rozgłosie, pieniądzach, ani komunikacji z ludzkością. Każdego dnia pomnażają swój skarb, by móc cieszyć się nim w samotności. Ilu z nich zabiera go ze sobą do grobu i ile traci na tym świat – nie wiadomo. O ich istnieniu świadczą tylko rzadkie przypadki pośmiertnych demaskacji. Jednym z najznamienitszych z nich – obok chociażby Emily Dickinson – jest Henry Darger.

Henry Darger i Krainy Nierealnego (2)Urodził się w Chicago, 12 kwietnia 1892 roku, jako syn Henrye’go Dargera seniora i Rosie Fullman. Jego matka zmarła, gdy miał zaledwie 4 lata, podczas porodu (dziecko, córeczka, została oddana do adopcji, i wszelki ślad po niej zaginął). Henry sr. zachorował w 1900 roku, i musiał udać się do domu opieki św. Augustyna, gdzie przebywał aż do swojej śmierci pięć lat później. Ośmioletni wówczas Henry jr. trafił do ośrodka The Lincoln Asylum sprawującego opiekę nad dziećmi słabymi umysłowo. Według akt jego niedyspozycja umysłowa objawiać miała się… notoryczną masturbacją, co było zapewne pretekstem, który pozwolił ojcu chłopca znaleźć mu cztery kąty. Chłopiec uciekł stamtąd w roku 1908, jako siedemnastolatek. W 1917 roku został wcielony do armii, skąd zwolniono go wkrótce z powodu problemów z oczami.

Życie Dargera było monotonne i samotnicze. Jedynym jego przyjacielem był niejaki William Schloeder, ale wyprowadził się z Chicago w roku 1930 (zmarł w 1959 roku; mężczyźni utrzymywali znajomość korespondencyjnie). Przez całe życie pracował w charakterze woźnego i zmywacza naczyń. Czasami dla zabawy symulował głośne rozmowy pomiędzy sobą a swoimi przełożonymi, posuwając się w nich do mówienia nieprzyzwoitych rzeczy, których w rzeczywistości wypowiedzieć nie mógł. Był bardzo religijny i regularnie uczęszczał na msze święte do kościoła katolickiego. Dwa razy dziennie chodził na spacery, podczas których wygrzebywał z koszów na śmieci gazety i zupełnie bezużyteczne przedmioty.

Z tego znali Dargera sąsiedzi. Człowiek ten prowadził jednak nieskończenie bardziej bogate życie wewnętrzne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Od 19 do 80 roku życia pracował w całkowitym sekrecie przed światem nad epicką powieścią fantasy. Nigdy nie starał się o opublikowanie jej w formie książkowej. Wszystko wskazuje na to, że tworzył ją wyłącznie dla samego siebie, że był to jego własny, prywatny, intymny świat, rodzaj literackiej bańki mydlanej, zapory przed rzeczywistością.

Dzieło liczy sobie 15.145 obustronnie zapisanych kartek maszynopisu i nosi tytuł ”Historia Dziewcząt Vivian, znana również jako Krainy Nierealnego, czyli rzecz o glandeko-angeliniańskiej burzy wojennej, spowodowanej buntem zniewolonych dzieci”. Miejscem akcji jest ogromna planeta (Ziemia jest jej satelitą). Toczy się na niej wojna pomiędzy dwoma państwami: Glendalianami, którzy ukochali sobie mordowanie i zniewalanie dzieci, oraz chroniącą je przed tymże okrucieństwem Abbienią. Tytułowe dziewczęta Vivan to siedem księżniczek szlachetnego narodu, zdecydowanych prowadzić z agresorami zmilitaryzowaną walkę.Henry Darger i Krainy Nierealnego (1)”Krainy Nierealnego” to nie tylko maszynopis: trzy z piętnastu tomów składających się na to monumentalne dzieło zawierają wyłącznie ilustracje – Darger używał do ich tworzenia m. in. techniki kolażu (posługiwał się przy tym wycinkami z gazet wybieranych ze śmietników) i akwareli. Ponieważ dzieło nie zostało dotychczas wydane drukiem zwartym (i z uwagi na jego objętość wątpliwe jest, by kiedykolwiek do tego doszło), warto poświęcić im więcej uwagi – zapewne dają najlepsze wyobrażenie o tym, co dzieje się na kartach książki.

Większość z nich to sielskie, bajecznie kolorowe obrazki przedstawiające tłumy dziewczynek relaksujących się na świeżym powietrzu. Na niektórych z nich są przyodziane, na innych – nagie, przy czym zwraca uwagę fakt, że – nie wiedzieć czemu – posiadają męskie narządy genitalne. Największe wrażenie robią ilustracje przedstawiające wojenną pożogę – dziewczynki są na nich bestialsko torturowane i mordowane: przybijane do krzyży, patroszone, duszone, biczowane, wiązane, szlachtowane, wieszane w masowych egzekucjach. Dwoi się na nich i troi od wyprutych wnętrzności; jest to istna rzeź niewiniątek.

Małe, roznegliżowane dziewczynki z męskimi genitaliami oraz mordujący ich masowo, dorośli mężczyźni – to właśnie zaprzątało Dargerowi myśli przez całe jego życie. Co sprawia, że człowiek ucieka przed rzeczywistością w świat tak makabrycznych fantazji?

Wszystko wskazuje na to, że impulsem do napisania powieści była postać pięcioletniej Elsie Paroubek, której morderstwo stało się w tamtym czasie sensacją medialną (mordercy nigdy nie odnaleziono). Darger wyciął jej zdjęcie z gazety i przechowywał je razem z masą innych wycinków, zupełnie nie przywiązując do niego uwagi. Pewnego dnia zapragnął jednak ujrzeć je znowu, ale nie mógł go odnaleźć; doszedł do wniosku, że zostało mu skradzione wraz z wieloma innymi przedmiotami podczas włamania do jego osobistej szafki w miejscu pracy. To wtedy zaczął roztrząsać okrucieństwa, jakich doświadczają na tym świecie dzieci, poprzysięgając sobie, że ”pomści je do granic możliwości” (tak napisał w dzienniku).Henry Darger i Krainy Nierealnego (3)Narzuca się przypuszczenie, że Darger chciał pomścić nie tylko stracone dzieciństwo Elsie, ale i swoje własne. Ośrodek opieki, do którego trafił po chorobie ojca, miał fatalną reputację; niewykluczone, że dochodziło w nim do nadużyć seksualnych. Być może dziewczynki z męskim przyrodzeniem to rezultat scalenia jego męskiego pierwiastka z żeńskim pierwiastkiem Elsie. Można również sądzić, że Darger, nie utrzymując intymnych relacji z kobietami, mógł nawet nie wiedzieć, że różnią się one anatomicznie od mężczyzn. Niektórzy sądzą, że był potencjalnym pedofilem-sadystą, któremu sztuka pozwalała tłumić zboczone popędy. A może wytłumaczenie jest zupełnie inne.

Darger napisał także kontynuację powieści pt. ”Szalony Dom”, o objętości 10 tysięcy stron rękopisu. Jest to opowieść o nawiedzonym domu, w którym dochodzi do zaginięć i makabrycznych morderstw dzieci. Siedem sióstr Vivian, oraz ich brat Penrode zostają wysłani w to złowieszcze miejsce, by dokonać tam serii egzorcyzmów. Trzecim większym dziełem artysty jest ”Historia Mojego Życia”. Choć tytuł wskazuje na dzieło autobiograficzne, tylko 206 stron z prawie 5 tysięcy Darger poświęca kolejom swego losu; resztę stanowi (zapoczątkowana niepozornym wtrąceniem) fikcja literacka osnuta wokół klęski pogodowej (tornada). Przez dziesięć lat, od 31 grudnia 1957 roku do 31 grudnia 1967 roku, pisarz prowadził też… dzienniki pogody, a od roku 1968 do 1973 – klasyczne dzienniki.

Czy człowiek, który całe życie spędza w czterech ścianach, na budowaniu swego fikcyjnego świata, jest normalny? Klinicyści, którzy usiłowali zdiagnozować Dargera pośmiertnie, stawiali hipotezę schizofrenii lub syndromu Aspergera. Rzeczywiście, kiedy myślę o Dargerze, przypomina mi się to, co Antoni Kępiński pisał w swojej klasycznej już ”Schizofrenii” o tzw. urojeniach wynalazczych i twórczościowych. Otóż zdarza się, że chory, w sekrecie przed całym światem, poświęca się całkowicie tworzeniu dzieła w zamierzeniu genialnego, które jednak z reguły (choć nie zawsze) okazuje się mieć niskie walory naukowe bądź artystyczne. Kiedy indziej chorzy tworzą z czystej potrzeby wyrażenia swoich zagmatwanych stanów wewnętrznych. Choć należy podchodzić sceptycznie do stawiania pośmiertnych diagnoz, z całą pewnością stwierdzić można, że Darger chorował na chroniczne zbieractwo. ”Jego pokój był zagracony po sam sufit. Wyglądało na to, że żaden z przedmiotów, które przyniósł tam w ciągu czterdziestu lat mieszkania w nim, nigdy go nie opuścił. Ledwo można było się przemieszczać” – wspomina Kiyoko Lerner, żona Nathana Lernera, właściciel mieszkania, dodając, że śmieci wypełniające pokój pomieściły dopiero dwa kontenery.Henry Darger i Krainy Nierealnego (4)Kiedy Darger zaniemógł, poprosił właściciela mieszkania, wspomnianego wyżej Nathana Lernera, o pomoc w zorganizowaniu mu pobytu w domu opieki. Trafił w to samo miejsce, gdzie jego ojciec. Tam też zmarł, 13 kwietnia 1973 roku, dzień po swoich 81 urodzinach. Dzieło, któremu poświęcił całe swoje życie, odkryte zostało na krótko przed jego śmiercią. Jako pierwszy miał zaszczyt zapoznać się z nim właśnie Nathan Lerner. Pewnego dnia wszedł do pokoju wciąż jeszcze żyjącego pisarza by uprzątnąć go na potrzeby przebudowy i nowego wynajmu. Był zaszokowany odkryciem manuskryptów i ilustracji. Na szczęście człowiek ten sam był artystyczną duszą, i poznał się na wartości dzieła. Kiedy jego pomocnik odwiedził autora w domu starości, i zagadnął go o to, co ma uczynić ze znaleziskiem, Darger odparł po chwili namysłu: ”Jest już za późno”. Lernerowie zaopiekowali się jednak spuścizną i zrobili jednak, co mogli, by zaprezentować ją światu. Ich wysiłki nie poszły na marne; dziś w USA o Dargerze pisze się książki i wydaje albumy z jego ilustracjami. Jego sława dotarła także do Polski. W 2005 roku, w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim można było zobaczyć wystawę jego prac w ramach ekspozycji pt. ”Okropności Wojny”.

Twórczość plastyczna Dargera została zakwalifikowana do nurtu art brut. Wikipedia definiuje go jako ”Wszelkie formy sztuki tworzonej nieprofesjonalnie i spontanicznie przede wszystkim przez osoby dotknięte chorobą psychiczną (artyści chorzy psychicznie, schizofrenicy) oraz szeroko rozumianych prymitywistów jako twórców bez wykształcenia artystycznego, często w ogóle niewykształconych, wizjonerów z tzw. marginesu społecznego. Zgodnie z pierwszą definicją twórcy art brut – podejmując jakikolwiek temat, używając określonych materiałów, w określony sposób – „czerpią” sami z siebie, z własnego wnętrza, a nie z zapożyczonych szablonów i wzorców sztuki klasycznej czy współczesnej”. Czy można wyobrazić sobie sztukę czystszą niż taka właśnie – niezależnie od jej poziomu?

A manuskrypty? Czy ktokolwiek zdołał przeczytać dzieło życia Dargera w całości? Prawdopodobnie nie, choćby z uwagi na fakt, że znajdują się obecnie w Amerykańskim Muzeum Sztuki Ludowej i ma do niego dostęp bardzo ograniczona liczba osób. Kevin Miller opiekujący się spuścizną po artyście twierdzi, że nie zdołał przeczytać wszystkiego, ale to, co przeczytał, jest całkiem niezłe. Mimo intensywnych poszukiwań w Internecie nie udało mi się znaleźć żadnych obszerniejszych fragmentów tej prozy, trafiają się tylko pojedyncze passusy. Być może jednak kiedyś świat dostanie szansę wejścia do Krainy Nierealnego.

***

Zdjęcia:
1. – Zdjęcie Henry’ego Dargera pochodzi ze strony Wikimedia commons z wolnymi mediami.
2. – Wszystkie manuskrypty Dargera. Fotografia pochodzi z oficjalnej strony American Folk Art Museum – https://folkartmuseum.org
3. – Oba skany ilustracji wykonanych przez Dargera pochodzą z oficjalnej strony MoMA – https://www.moma.org/

Reklamy

Zaproszenie do Podświadomości

Zaproszenie do Podświadomości (4)Czuję się dość bezbronny wobec sztuki malarskiej. Nie, żebym pozbawiony był wrażliwości, która pozwalałaby mi jej doświadczać, co to, to nie; po prostu gdzieś tam głęboko we mnie tkwi przeświadczenie (mogę mieć tylko nadzieję, że złudne), iż laik o obrazach wypowiadać się nie powinien, że trzeba do tego studiów, znajomości technik i nurtów, że to sztuka dla dość elitarnej grupy odbiorców. Chciałbym jednak spróbować opowiedzieć o twórczości, która ostatnimi czasy dość mocno mnie zafrapowała. Mowa o obrazach Rene Magritte.

Kiedy pierwszy raz ujrzałem obrazy Magritte’a, wzbudziły moją ciekawość, ale nicZaproszenie do Podświadomości (3) więcej. Zapomniałem o nich na kilka kolejnych dni, po których zaczęły jakby same dopraszać się o uwagę. Najtrafniej byłoby powiedzieć, że kręciło mnie od nich w umyśle, jak od pewnych zapachów kręci w nosie, ale do kichnięcia długo nie dochodzi. O coś więc mi chodziło, i to bardzo, ale o co – tego nie wiedziałem. Aż zrozumiałem.

A zrozumiałem, co następuje. Otóż, być może zabrzmi to naiwnie, ale wierzę, że w każdym człowieku istnieje rzeczywistość rodem z obrazów Magritte’a; że jest to jakby zaplecze tego, z czego zdajemy sobie sprawę, nieskończona pakamera podświadomości, i że w chwili, kiedy pijemy herbatę, spacerujemy, czy wykonujemy jakąkolwiek inną czynność, pewna część naszej jaźni snuje się po niej, omamiona tajemniczością i poetyką. Do świata tego przeniknąć świadomie możemy rzadko i tylko na chwilę – w Zaproszenie do Podświadomości (1)snach i chwilach zamyślenia, zazwyczaj też nie potrafimy należycie sportretować ich i opisać. Magritte swą sztuką pośredniczy pomiędzy nim a nami, oprowadza nas po nim, a nawet na swój zawiły, graniczący z gmatwaniem sposób objaśnia go. Chyba dlatego też odbiorca chce doświadczać dziwności sztuki belgijskiego malarza, chce obcować z nią, łakomie pożera ją wzrokiem.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest naruszanie logiki świata, przejawiające się na przykład w dziwacznym zestawieniu elementów, ich dysproporcjach, etc. KiedyZaproszenie do Podświadomości (2) indziej logika ulega nie tyle nadwątleniu, co brutalnemu wydrwieniu – jak chociażby w obrazie przedstawiającym deszcz ludzki czy dwóch mężczyzn spacerujących po pogodnym niebie. Niezwykłe wrażenie sprawia również pustka świata przedstawionego; w dziwaczny sposób zagęszcza jego dziwność, staje się dla wyobraźni wyzwaniem nie mniejszym, niż bogactwo form występujące chociażby na obrazach surrealistki Leonory Carrington. Z dużą ilością przestrzeni w ciekawy sposób koresponduje zaś dobór kolorów – są to barwy delikatne, spokojne. Mimo wszystko, jest w tych obrazach pewien niejasny niepokój. Chyba dlatego, że zdają się emanować błogim obłędem, kusić zaproszeniem do zapomnienia się, odcięcia od świata realnego – przy czym odcięcie to może być krótkie, i pozostawia po sobie kłopotliwy apetyt na więcej. Na pewno ma też na to wpływ emanująca z tych obrazów cisza. Ta zdaje się unosić w nich jak niemy Zaproszenie do Podświadomości (5)zakaz hałasowania.

Skądinąd wiem, że w malarstwie funkcjonuje podział na sztukę niską i wysoką, a także na taką, w której przeplatają się elementy charakterystyczne dla ich obu. Jako amator umiejscowiłbym twórczość Magritte’a właśnie pośrodku, choć przyznam, że kierują mną pobudki czysto intuicyjne (choć dowcip Magritte’a bywa banalny, co czasami trochę mnie drażni).

Wszystko to, co napisałem, brzmi na pewno nieporadnie, ale też nie mogłem odmówić sobie zająknięcia się na temat twórczości belga. Jeśli ktoś uzna słowa te za bełkot – niech przynajmniej uzna je za bełkot spowodowany wielkością tej sztuki. Może tak nawet byłoby lepiej. Może to właśnie najlepszy komplement.

***

Obrazy Rene Magritte:
1. – Personal Values
2. – Not to be Reproduced
3. – Forbidden Literature (The Use of the Word)
4. – Natural Encounters
5. – Time Transfixed

Bohomazy

Bohomazy (1) Poza tym, że przez całe swoje świadome życie uprawiałem amatorską twórczość pisarską, na pewnym jego etapie zająłem się także rysowaniem. Rysunków jest wiele, są bardzo specyficzne, powstawały w niecodziennych okolicznościach i kryje się za nimi interesująca historia.

Wszystkie bohomazy wykonałem podczas mojego sześciomiesięcznego pobytu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym, przede wszystkim dla osób chorych na schizofrenię. Ja sam leczyłem się tam na depresję. Depresyjne usposobienie  miałem odkąd pamiętam. Punktem kulminacyjnym choroby, po którym pozostało mi tylko albo popełnić samobójstwo, albo rozpocząć hospitalizację, było zerwanie zBohomazy (7) dziewczyną, z którą łączyła mnie obustronna, toksyczna relacja. W tamtym czasie nie byłem w stanie obiektywnie spojrzeć na całość tej znajomości. Zrozumienie błędów, jakie popełniałem, wykraczało poza moje możliwości z uwagi na słaby stan psychiczny. Za degradację i rozpad naszego związku w całości obwiniałem ją, po części dlatego, że tak było mi łatwiej, po części dlatego, że gorycz, rozpacz i wściekłość odbierały mi trzeźwość myślenia.

Zanim zacząłem rysować w szpitalu, nie miałem w tym właściwie żadnego doświadczenia. Nie licząc prymitywnych bohomazów tworzonych na nudnych lekcjach w szkole z tyłu zeszytu, oraz kilku Bohomazy (6)beznamiętnych, pozbawionych treści szkiców zrobionych później, nigdy nie tworzyłem plastycznie. Nie czułem po prostu takiej potrzeby – jak wspominałem, od zawsze wiele pisałem (rzeczy rozmaite pod względem formy) i to w zupełności wystarczało mi do wyrażenia siebie, swoich uczuć i myśli, nadania kształtu przeżyciom. W okolicznościach, jakich się znalazłem, słowo przestało być jednak wystarczającym środkiem wyrazu. Uczucia, jakie mną targały, były zbyt burzliwe, żebym był w stanie okiełznać je pisząc. Po zajęciach terapeutycznych pisałem mnóstwo – stworzyłem 153 wierszyki, prowadziłem dziennik w którym opisywałem dzień po dniu swój pobyt (155 kartek formatu A5, obustronnie zapisanych drobnym maczkiem), sporządziłem też multum kreatywnych notatek do swojej powieści o pobycie tam… Okazało się, że to jednak wciąż za mało, żeby dojść do ładu ze swoimi emocjami.Bohomazy (2)

Siadałem więc przy jednym z wielu stolików na długim korytarzu oddziału, i tworzyłem. Swoje bohomazy wykonywałem zawsze czarnym długopisem na białych kartkach formatu A5. Nie zamierzałem tworzyć pełnowartościowej sztuki – u podstaw każdej pracy leżały przerastające mnie brutalne emocje, które chciałem na tyle, na ile to możliwe, okiełznać. I nic poza tym. Rysowanie pełniło więc dla mnie przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Bywały dni, kiedy wykonywałem nawet po dziesięć prac, jedna za drugą. Kończyłem dopiero wtedy, kiedy czułem się czysty, wyprany z negatywnych uczuć. Gdy po tak spędzonym dniu polegiwałem przed snem w łóżku, niemalże Bohomazy (3)słyszałem krzyki wszystkich tych poniewieranych w moich pracach dziewcząt. To była moja kołysanka. W takie noce zasypiałem z uśmiechem na twarzy. Brzmi to ”psychopatycznie”, nieprawdaż?

Na prawie wszystkich 268 szkicach przewijają się obsesyjnie te same motywy: dziewczyna, agresja, przemoc, okaleczenie, śmierć, strach, cierpienie, sadyzm, nagość, otchłań, zniewolenie, seks, rozpacz. Niemal każdy z nich jest makabryczny i pornograficzny. Z uwagi na powtarzalność tych tematów rysunki z jednej strony mogą wydawać się monotonne (i pewnie takie są), ale z drugiej strony przytłaczają ich ogromem. Tworząc je prawie zawsze myślałem o swojej byłej, o nienawiści która mnie względem niej przepełnia, o potrzebie ukarania jej za wyrządzone mi krzywdy (te realne, iBohomazy (5) urojone). Dziewczęta na rysunkach wyglądają różnie, czasami nawet występuje ich kilka jednocześnie, ale jeśli szkice są w jakiś sposób brutalne, to zawsze jest jedna i ta sama osoba przedstawiona na różne sposoby. Z czasem zacząłem też rysować moją przyjaciółkę (obecnie dziewczynę). Te prace (również powstało ich wiele) charakteryzuje brak przemocy, ale są zdecydowanie bardziej niepokojące i psychodeliczne.

Reakcje znajomych w szpitalu na moją radosną twórczość były rozmaite. Od fascynacji i pełnego troski przerażenia, przez rozbawienie moim brakiem umiejętności plastycznych i oślim uporem, z jakim wykonywałem kolejne obrazki. Niektórzy nazywali mnie bardzo przyjemnym psychopatą (mam życzliwe usposobienie). Mój lekarz prowadzący – Pani Bohomazy (4)psycholog z ponad dwudziestoletnim stażem – powiedziała, że w swojej karierze nigdy nie spotkała się u pacjenta z pracami tak agresywnymi. Od razu pomyślałem (i myślę tak po dziś dzień), że był to największy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem w odniesieniu swoich do bohomazów.

Kiedy wstawałem swoje prace na stronę Klubu Chujowych Artystów nie spodziewałem się większego entuzjazmu ze strony tej społeczności. Nazwa tej grupy jest bowiem bardzo myląca – masa prac, jakie są tam zamieszczane, trzyma naprawdę wysoki poziom wykonania, od jakiego odbiegam o całe lata świetlne. Ilość pozytywnych komentarzy bardzo mnie zaskoczyła. Czuję się bardzo przyjemnie z myślą, że pomimo braku walorów technicznych, estetycznych i artystycznych moich prac, reprezentują sobą w oczach innych coś unikalnego, że poruszają. Prowadzi mnie to do konkluzji, że równie ważny jak poziom techniczny rysunku jest ładunek emocjonalny, jaki niesie. Sztuka nie ma bowiem tylko ładnie wyglądać – ma przede wszystkim poruszać i skłaniać do przemyśleń. Myślę, że mogę na swoim przykładzie powiedzieć, że jeśli emocje, które wkłada się tworząc, są prawdziwe, z pewnością znajdzie to oddźwięk w innych ludziach. Nawet, jeśli tworzy się tylko tzw. sztukę naiwną, jak ja.