Archiwa tagu: życie

VI

Zabrałem się w tym miesiącu za redagowanie swoich opowiadań. Opowiadań w lwiej części dość starych – bo napisanych w 2015 roku. Wtedy – o zgrozo, co za narcyzm! – wydały mi się warte wydania, teraz podczas ich lektury czuję wstyd i zażenowanie. Co za toporna narracja, co za pokraczne eksperymenty językowe, co za płytkie postaci, że o drętwych do bólu dialogach nie wspomnę. Na kilka z nich naniosłem tyle poprawek, że właściwie można by rzec, że napisałem je prawie od nowa. Tym samym zdołałem wprawdzie nadać im trochę powabu, jednak nadal nie nadają się do zaprezentowania komukolwiek. Cóż, przynajmniej w większości; kilka z nich uważam za całkiem niezłe nawet dziś.

Ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wręcz wybornie. Bo skoro teraz, z perspektywy trzech dość twórczych lat jestem dobitnie świadom własnej niedawnej przecież jeszcze nieudolności, to znaczy, że ruszyłem z miejsca, że się rozwijam. Mam co prawda nadzieję, że za następne 3 lata spojrzę na tegoroczne utwory przychylniejszym okiem, niż spoglądam na nie w przypadku utworów wyżej wymienionych – choć z drugiej strony wiem też, że krytycyzm wobec starszych utworów jest miarą pisarskiego rozwoju.

Ponieważ większość czytelników zdecydowanie woli dłuższe formy prozatorskie (powieści) od tych krótszych (nowele, opowiadania), pisarz, który nie ma za sobą wydanych kilku niezłych powieści, będzie miał trudność ze znalezieniem wydawcy dla tomu opowiadań. Mimo to postanowiłem po napisaniu kolejnej powieści poświęcić pół roku właśnie krótkim formom. Przez minione dwa lata zebrałem ponad sto niezłych pomysłów na fabuły, i wspaniale byłoby zrealizować chociaż kilkanaście z nich. Kto wie – może kiedyś niektóre uda mi się wydać w zbiorze. Są zwane szanse.

Bo każdy pies – ma swój dzień. Można czekać na niego latami, snując się z miejsca na miejsce z podkulonym ogonem i żywiąc się resztkami z pańskiego stołu (ja na tym etapie, na szczęście, już od dawna nie jestem), ale taki dzień, jeśli okaże się życiu wystarczająco dużo cierpliwości, w końcu nadchodzi. Przekonał się o tym dzisiaj mój ojciec. Ale od początku.

Krótko po ślubie moi rodzice zamieszkali u dziadków od strony matki. W międzyczasie dziadkowie wyszli z inicjatywą przepisania na matkę działki budowlanej, na której – przy ich pomocy finansowej – rodzice mogliby wybudować własny dom. Ojciec zaparł się – stwierdził, że nie podejmie się przedsięwzięcia, jeśli ziemia nie będzie przepisana również na niego. Gdy dziadkowie postąpili po jego myśli, i kupili wszelkie niezbędne materiały budowlane, ojciec zmienił zdanie: stwierdził, że nie chce mieszkać na wsi, a działkę należy sprzedać, i za zarobione w ten sposób pieniądze kupić mieszkanie w mieście. Możemy tylko domyślać się, że planował taki podstęp od początku.

Małżeństwo rodziców nie układało się – ojciec rzucił pracę i zaczął pić. Po kilku następnych latach pożycia zdecydowali się na separację, potem – na rozwód. Sąd zasądził ojcu zapłatę alimentów na mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Początkowo pieniądze były potrącane z renty ZUS-owskiej, którą otrzymał po tym, jak po pijaku wpakował się na szosę i pod samochód (miał wielkie szczęście, że za kierownicą siedziała lekarka, która udzieliła mu bardzo fachowej pierwszej pomocy). Gdy matka wytoczyła mu sprawę o podniesienie alimentów, ubzdurał sobie, że chce ona tych pieniędzy dla samej siebie – a nie dla dzieci, które poczęli wspólnie, i za które oboje powinni ponosić odpowiedzialność. Kierowany tym urojeniem, zrzekł się renty, i odtąd państwo płaciło alimenty za niego. Przez kilkanaście lat uzbierało mu się kilkadziesiąt tysięcy złotych długu – tylko dlatego, że zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Gdy matka postanowiła sprzedać działkę, okazało się, że chociaż ojciec nie dołożył do niej złamanego grosza, będzie musiała podzielić się z nim pieniędzmi po połowie. On sam, jak przystało na parszywą kreaturę, wyciągał po nie ręce bez najmniejszych skrupułów. Pół biedy, gdyby chociaż dotrzymał słowa i przekazał uzyskaną w ten sposób forsę komornikowi, płacąc w końcu za swoją głupotę (jegomość i tak odwiedzi go za naszym wstawiennictwem w ciągu najbliższych kilku dni – choć niewykluczone, że nie uda mu się niczego odzyskać). On jednak postanowił zataić dochód i przeznaczyć go na prywatne wydatki. Jako nałogowy alkoholik obraca się w towarzystwie, które prawdopodobnie szybko ogołoci go do cna. Głupi tak już mają, że wszystko, nawet największe dary niebios, obracają na swoją niekorzyść – w przeciwnym razie nie byliby głupcami.VI (1)I teraz ten sam oszołom, który kiedyś, gdy byłem jeszcze niemowlęciem, zabrał mnie na spacer w wózku i przywlekł do domu całego pooblewanego piwskiem, którym usiłował poić mnie ze swoimi kumplami od butelki – ten sam, który z własnej zawziętości i głupoty narobił sobie długu sięgającego kilkudziesięciu tysięcy złotych – ta łachudra, gnida po prostu, bez krzty honoru biorąca pieniądze, z których nie należy jej się nawet złamany grosz, nie dając z nich swoim dzieciom ani złotówki – ma czelność prosić matkę o przekazanie mi, że bardzo mnie kocha, a mojej siostrze kupuje… drzewko szczęścia. Ciekawe, po co? Może po to, żeby powiesiła się na nim z radości, że ma takiego kochanego ojca?

Dopiero teraz, mając prawie 30 lat, doceniam wartość humoru w życiu człowieka. Wrażliwość, inteligencja i wyobraźnia są ważne w doświadczaniu go i radowaniu się nim, ale poczucie humoru jest po prostu nieodzowne. Bo jak inaczej przechodzić nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego – nie stracić głowy, nie popaść w marazm? Jak cieszyć się z małych rzeczy doświadczając sytuacji tak absurdalnych, że zakrawają na scenariusz komedii napisanej przez naćpanego dopalaczami szaleńca? Nie da się. Pozostaje albo lać rzewne łzy, albo przypatrzeć się dobrze sytuacji, i… być może dostrzec w niej coś zabawnego, a jeśli sztuka ta powiedzie się – to śmiać się, śmiać, ile wlezie, bo śmiech to zdrowie, a umrzeć ze śmiechu to już w ogóle najzdrowsza rzecz pod słońcem.

Dużo się śmieję, i raczej prawie wcale nie po to, żeby nie zapłakać. Dużo i głośno, z rozmaitych rzeczy – śmiejąc się z nich, ale nie wyśmiewając ich przy tym. Ale śmiać się do rozpuku – śmiać się tak, że nie mogę oddychać, a na drugi dzień niemiłosiernie bolą mnie mięśnie brzucha – zdarza mi się raz na jakieś 2 lata. Kiedyś, pamiętam to jak dziś – a miałem wtedy 16 lat – kolega w szkolnym internacie rozśmieszał mnie tak mocno, że dosłownie błagałem go, by przestał, bo naprawdę myślałem, że się uduszę.

Tak. Pisałem już kiedyś o tym, ale nigdy za wiele o tym mówić: życie to jedna wielka sytuacja Kafkowska, albo, jeśli wolicie, czeski film. Pół biedy, kiedy ten jest niezły.

Drzewko szczęścia! Dobre sobie!

Reklamy

Sens Życia

Jako ateista, nie mam złudzeń co do tego, że śmierć jest nieodwracalnym kresem świadomości, postrzegania i doświadczenia; że skonawszy powrócę do nicości, w której ”znajdowałem się” przed swoimi narodzinami – a więc przez całych 14 miliardów lat istnienia Wszechświata.

Pojęcie niebytu, nicości, stanowi oczywiście krystalicznie czystą abstrakcję. Nie sposób jej sobie wyobrazić. A jednak doświadczam jej co noc – śpiąc. Zasypiam, i budzę się po kilku godzinach, ze wspomnieniem kilkunastu minut sennych majaków oraz ze świadomością, że większość przespanego czasu niezauważenie umknęła mojemu postrzeganiu. Może to zabrzmieć dziwnie, gdyż gdyż taka nicość stanowi stan funkcjonującego umysłu, ale myśląc o tym, każdego dnia po trosze oswajam się z niebytem, przygotowuję się na to, co prędzej czy później nastąpić musi. Wprawdzie nie istniejąc, nie będę w stanie skonstatować końca mojego życia, zaznać metafizycznej rozpaczy nad jego utratą, ale świadomość nieuchronnego ma wpływ na życie, domaga się uwagi i akceptacji. A wciąż jeszcze nie jestem pewien, czy nie wolałbym, by po zgonie, zamiast nicości, czekało na mnie jej totalne przeciwieństwo, ciągle waham się pomiędzy jednym a drugim, przychylając się jednak z reguły właśnie ku wiecznemu życiu (choć z ostrożnością, wszak jego wizja przekracza granice mojej wyobraźni). Odstawmy jednak marzenia na bok, i zajmijmy się rzeczywistością (wciąż oczywiście subiektywnie postrzeganą).Sens Życia (1)Przychodzę więc znikąd, i zmierzam w nicość. Większość ludzi nie jest w stanie przyjąć takiego poglądu na życie choćby ze strachu, że jego konsekwencją byłoby popadnięcie w jałowy nihilizm egzystencjalny. Otóż, chociaż postrzegam człowieka jako zwierzę, które na drodze spontanicznej ewolucji rozwinęło się na tyle, by zadać sobie pytanie o sens swojej egzystencji (w czym tkwi jego największe błogosławieństwo i przekleństwo), nie przyszłoby mi do głowy, by uznać go za istotę, której życie pozbawione jest wartości. Według mnie życie jest sensem samo w sobie; każde przyjemne doświadczenie jest tym wspanialsze, że możliwe tylko w nieskończenie krótkim przedziale czasowym w stosunku do okresu nieistnienia indywidualnej świadomości ludzkiej. Najbłahsze nawet czynności zyskują wzruszający wymiar dzięki wiedzy, że możność wykonywania ich jest przejściowa; jeszcze większej głębi nabierają tym samym kontakty z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi.

Takie postrzeganie życia możliwe jest dla mnie wtedy, gdy jest lub bywa ono przyjemne, bądź chociażby znośne; kiedy można cieszyć się nim, a cierpienia doświadczać w natężeniu, które nie doprowadza psychiki i ciała do ruiny, ale daje się ukoić, i wzmaga (na zasadzie kontrastu, że im było gorzej, tym może być lepiej) pozytywne doświadczenia. Niestety, przyroda jest bezwzględna w swojej obojętności na los ludzki; nie wszystkim dane było urodzić się w okolicznościach, w których mogliby wieść dostatnie, satysfakcjonujące życie, żeby wymienić choćby mieszkańców obszarów dotkniętych klęską suszy i nieurodzaju, lub dzieci chore na śmiertelne choroby genetyczne. Pytanie o sens ich cierpienia ciśnie mi się na usta i umiera na nich, cicho, niepostrzeżenie, niewypowiedziane.

Istnieje wreszcie szersza perspektywa, w jakiej umiejscawiam i uzasadniam swoje istnienie. Tą perspektywą jest wytwór zbiorowej świadomości – kultura przekazywana w spadku kolejnym pokoleniom. Przed każdym z nas stoi ogromna odpowiedzialność dziejowa; chociaż nigdy nie uda się zaprowadzić na świecie ładu absolutnego (próby dokonania tego kończą się zresztą zawsze piekłem na Ziemi), z pewnością można dążyć do uczynienia go lepszym, niż jest obecnie. Oczywiście, z czasem życie na Ziemi dobiegnie definitywnego końca, ale nie widzę sensu w przejmowaniu się tym, gdyż nim do tego dojdzie, będzie komu skorzystać z tego, co udało nam się się po sobie pozostawić. A cóż może być cenniejszego niż niepowtarzalne życie ludzkie, i dobro człowieka, który zdolny jest do cierpienia większego niż wszystkie znane nam istoty?

Oczywiście, pragnę możliwie najdłuższego i jak najlepszego jakościowo życia. Odczuwam też strach przed śmiercią: czysto organiczny, który, jak mniemam, towarzyszyć mi będzie aż po koniec mych dni, oraz strach przed śmiercią przedwczesną, która mogłaby położyć kres moim ambicjom, mojemu potencjałowi, i doświadczeniom, których łaknę. Mam nadzieję umrzeć jako człowiek, który nie pozostawi śmierci niczego do zabrania; sprowadzić kostuchę do pozycji złodzieja, który przyszedł okraść sejf, i z zaskoczeniem stwierdził, że ten jest otwarty i pusty, gdyż jego właściciel nie żałował sobie dobrego życia. Zamierzam wystrychnąć ją na dudka, zakpić z niej, i odejść z uśmiechem na twarzy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Wierzę, że dokonam tej sztuki.

A jeśli mi się nie powiedzie? Pozostanie mi tylko brzemię bezpowrotnie minionych lat, paląca tęsknota za tymi z najbliższych mi ludzi, którzy do tej pory już odejdą, starcza bezsilność wobec szybkiego tempa życia i przemijania, choroby, ból fizyczny i zmęczenie. Śmierć stanie się pożądana jako wybawienie, i tak też ją przyjmę.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Ateizm w Obliczu Śmierci

”Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem. Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie – Wyspy Zielonego Przylądka. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu.” – Zbigniew Religa.

Nie ma chyba człowieka, który od czasu do czasu nie poddawałby się rozmyślaniom na temat fenomenu śmierci. Nawet młodym ludziom w sile wieku i w szczytowych momentach życia zdarza się uprzytomnić sobie, że kiedyś przyjdzie czas, w którym trzeba będzie odejść ze świata raz na zawsze, pozostawiając na nim wszystko, co osiągnęli, i co kochali. Świadomość nieuchronności śmierci skłania ku refleksji na temat sensu doczesnego życia – nie tylko cierpień, które chcąc nie chcąc zmuszeni jesteśmy ponosić, i istnienia samego w sobie, ale bywa, że nawet sensu szczęścia. Efemeryczność napawa nas goryczą i smutkiem, a bywa, że również przerażeniem.

Dla wielu osób, które świeżo utraciły wiarę w Boga, świadomość, że po śmierci nie ma nic, a pamięć o nich samych zatrze czas, stanowi grunt, na którym nie są w stanie rozkwitnąć pełnią człowieczeństwa, szczęścia i życia. Wiedzą, że nawet jeśli ich osiągnięcia zapiszą się w historii cywilizacji na stałe, a ich osoba zostanie upamiętniona przez monumentalne pomniki, co w pewnym sensie stanowi przedłużenie ich istnienia, kiedyś w końcu nastąpi również kres samej ludzkości, i nie zostanie po nich nawet najmniejszy ślad. Wszystko to, wraz z bezowocnymi poszukiwaniami sensu życia sprawia czasami, że wszelkie konstruktywne wysiłki wydają im się na dłuższą metę bezcelowe, a oni sami popadają w marazm egzystencjalny i niezdolność działania oraz funkcjonowania. Nie rozumieją, że już samo poszukiwanie sensu życia jest sensem życia samym w sobie.

Tym, co nadaje sens mojemu ateistycznemu życiu, jest osobiste doczesne szczęście, oraz starania, żeby wdrożyć w rozwój cywilizacji wkład własny, z którego ludzkość w jakiś sposób mogłaby korzystać dla swojego dobra możliwie najdłużej po moim odejściu. Chciałbym stworzyć coś, co byłoby użyteczne dla innych, coś, co sprzyjałoby osiągnięciu przez nich szczęścia opartego na pięknie tkwiącym w prawdzie, której wartość niezależna jest od tego, czy jest okrutna, czy pobłażliwa. To, że ludzka świadomość istnieje przez tak krótki czas, nie umniejsza w żadnej mierze w moich oczach jej wyjątkowości i znaczenia. Nie uważam również, by życie ludzi, których osoba i praca ulegnie z czasem zapomnieniu, było w jakimkolwiek stopniu bezsensowne. Wszyscy ci, którzy ponieśli trud i dołożyli swoją cegiełkę do budowy świata, czyniąc go miejscem szczęśliwszym dla siebie oraz innych, zasługują na pełne uznanie.

Faktem jest, że wiara religijna przynosi większości ludzkości ukojenie, że ludzie czują się lepiej dzięki przekonaniu, że ich naznaczone cierpieniem życie nawet, jeśli zostanie zapomniane już po kilku latach tu, na Ziemi, w oczach Boga jest tak samo ważne, jak życie największych geniuszy, których odkrycia zrewolucjonizowały świat. W porównaniu ze sprawiedliwą wiecznością, która według osoby wierzącej nastąpić ma po nieskończenie krótkim w stosunku do niej ziemskim życiu, życie to wydaje się zaledwie świadomym snem, a śmierć – przebudzeniem. Nie przeczę, że jest to pocieszająca perspektywa, ale fakt, że zapewnia ona komfort psychiczny, w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że jest realna. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która miałaby coś przeciwko temu, żeby naprawdę istniał wszechmiłosierny Bóg oraz życie wieczne u jego boku, a zatem sens w wymiarze ponadczasowym i ponadwymiarowym. Dlaczego miałbym mieć, nawet pomimo tego, że wizja takiego życia przekracza możliwości mojej wyobraźni? Przekonanie, że Bóg nie istnieje, nie sprawia mi ani radości, ani smutku. Przyjmuje to za prawdę, i nauczyłem się żyć w zgodzie z nią, i to czyni moje życie szczęśliwym.

Wieloletnie rozważania, liczne rozmowy światopoglądowe z osobami o rozmaitym podejściu do kwestii wiary, oraz literatura (w tym lektura samej Biblii) utwierdziły mnie w przekonaniu, że wiara w Boga jest tylko fenomenem psychologicznym. Człowiek z natury obdarzony jest konstrukcją psychiczną warunkującą religijność. Religie po prostu musiały pojawić się wśród istot rozumnych, które poszukiwały odpowiedzi na pytania o to, skąd wziął się otaczający ich świat, stanowią również spoiwo społeczne zrzeszające jednostki w grupy, które to grupy ułatwiają przetrwanie.

Jestem w stanie bez trudu uszanować czyjeś religijne wierzenia, o ile nie wypaczają one w sposób jaskrawy moralności. Szacunek ten wynika bezpośrednio z szacunku do człowieka jako istoty wolnej, a przy tym omylnej oraz słabej na tyle, by poszukiwać oparcia w iluzji. Mówiąc oględniej: szanuję wiarę, bo istota ludzka ma prawo do pozostawania w nawet tak dużym błędzie jak wiara w Boga, i do naturalnej, ewolucyjnej słabości, która moim zdaniem ją do tego skłania. Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to dość arogancko, ale na tej samej zasadzie każda osoba wierząca ma prawo traktować mój ateizm, z czym nie mam jednak najmniejszego problemu. Dla mnie Bóg pozostaje wymyślonym przyjacielem na dobre i złe, Fisiem, a religia bajką dla dorosłych, którzy uciekają w nią przed pozornym bezsensem życia, lękiem przed śmiercią, dojmującą psychologiczną pustką, a czasem i przed niezrozumieniem naukowych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania rzeczywistości, oraz tymczasowej niewiedzy odnośnie wielu jej aspektów.

Kiedyś moja świadomość zgaśnie, rozpłynie się w nicości wraz z całą miłością, którą żywiłem i której zaznałem. Nigdy więcej nie poczuję motylków w brzuchu na widok dziewczyny, którą kocham, i nie musnę się wspomnieniem o miejsca, z którymi wiąże mnie nostalgia. Nie istniejąc, nie będę nawet w stanie dostrzec tej straty, i poczuć jej dotkliwości. Brzmi to okrutnie, ale nie mam na to wpływu, toteż nie pozwalam, żeby świadomość ta spędzała mi sen z powiek. Wciąż jest zbyt wiele do zrobienia. I zawsze będzie.