Archiwa miesięczne: Czerwiec 2018

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Reklamy

Przed Debiutem

Każdy pisarz, który ruszył kiedyś na podbój Wydawnictw, wie dobrze, jak chwila wysłania im swojego utworu wpływa na jego życie wewnętrzne. Rozpoczyna się wtedy proces ekscytującego oczekiwania, okres wzmożonych marzeń o debiucie i byciu czytanym, oraz strach przed jednoznacznym odrzuceniem. Odpowiedzi, jeśli w ogóle przychodzą, to po kilku miesiącach i (jeśli jest to pierwszy napisany utwór) prawie zawsze są odmowne. Pisarza, jako że to człowiek wrażliwy, nastraja to nieraz bardzo pesymistycznie; bywa, że ciężko podnieść się po pierwszej porażce, raz jeszcze uwierzyć we własne siły, i poświęcić się czemuś, co wymaga ogromu czasu i znowu może się nie powieść. W głębi serca wie on jednak, że innej drogi dla niego nie ma.Przed Debiutem (1)
Na odpowiedź od Wydawnictwa Videograf, któremu wysłałem swoją drugą powieść (pierwsza jest kiepska i jej maszynopis nigdy więcej nie opuści szafki oraz dysku twardego) czekałem przez pół roku. Czekałem, warto dodać, jak to ja: dość niecierpliwie, raz na jakiś czas dopytując o to, czy jest już jakaś decyzja odnośnie jej ewentualnego wydania. W odpowiedzi informowano mnie, że jeszcze nie, ale zapewniano również, że rzecz jest czytana przez wewnętrznych recenzentów. Informacja taka działała jak balsam dla mojej skołatanej duszy, uzyskiwałem bowiem potwierdzenie, że nie zapomniano o mnie, że tryby machiny wydawniczej obracają się również dla mnie.

Kiedy ujrzałem w skrzynce odbiorczej wiadomość od Videografu z pytaniem o mój numer telefonu, wiedziałem już, że coś się ruszyło. W chwilę potem odebrałem telefon od przesympatycznej Pani redaktor, która poinformowała mnie, że Wydawnictwo podejmie się wydania mojej powieści! Objęła mnie krystalicznie czysta euforia, która wprawiła moje ręce w drżenie. Wprost nie mogłem w to uwierzyć: moja praca i cierpliwość zostały docenione i wynagrodzone! Zaczęło wydawać mi się, że to sen, i kilkukrotnie wykonałem test rzeczywistości (poprzez uszczypnięcie się). Kto chce, może się śmiać, ale ja już wiem, że dla takich chwil warto żyć!

Wiem, że moja ewentualna kariera pisarska nie wybuchnie jak fajerwerki na Sylwestrowym niebie. Wiem, że z pisania wyżyć raczej się nie da. Wiem, że moja powieść nie wszystkim się spodoba, i wiem też, że jako pisarz jestem zaledwie rybką w oceanie. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że zrobiłem krok na przód, że jestem na drodze do spełnienia swojego marzenia, i że dobrze wiem, po co mi to wszystko, że robię swoje i jestem cudownie wręcz spokojny o całą resztę.

Zainteresowanych pragnę poinformować, że moja powieść – będzie nosiła tytuł Jowita – ukaże się dopiero na początku przyszłego roku, z uwagi na zapełniony na ten rok plan wydawniczy Videografu. Będzie to powieść psychologiczna z wiodącym wątkiem miłosnym, której bohaterem jest młody, niezrównoważony mężczyzna. Więcej o utworze napiszę w osobnym tekście, kiedy nadejdzie czas jego wydania (umowa z Wydawnictwem jest już podpisana).

A Wy wszyscy, którzy na co dzień walczycie z żywiołem słowa pisanego, Wy, którzy staracie się ujarzmić go – bądźcie wytrwali, jeśli naprawdę wiecie, po co piszecie, i jeśli naprawdę zależy Wam na tym, by zaistnieć. Na owoce Waszej pracy prawdopodobnie przyjdzie czekać Wam dłużej, niż wyobrażacie sobie teraz, że jesteście w stanie znieść, ale upragniony sukces nadejdzie. Wypiszecie masę długopisów, zdemolujecie palcami kilka klawiatur, i wylejecie morze tuszu, ale jeśli będziecie uparci, wydostaniecie się z tego mozołu z niezłą powieścią w zębach.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pexels.com z darmowymi grafikami.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Vladimir Nabokov – ”Pnin”

Vladimir Nabokov - ''Pnin''Pnin to rosyjski emigrant na amerykańskim uchodźstwie. Pracuje jako wykładowca języka rosyjskiego na uniwersytecie, a w czasie wolnym para się pisaniem dzieła naukowego. Jego życie poza pracą jest właściwie szczątkowe – nie posiada żadnej rodziny (z żoną rozstał się kilka lat wcześniej), a z ludźmi, których nazywa swoimi przyjaciółmi, łączą go raczej luźne stosunki. Przywykły do swojej egzystencji, żyje z dnia na dzień, zdając się nie śmieć wymagać od losu niczego ponad to.

Fabuła Pnina przedstawia się, jak widać, niezbyt obiecująco – tym bardziej dla czytelników zaznajomionych ze smykałką Nabokova do tworzenia emocjonujących intryg. Czytanie powieści z początku przypomina trochę obsesyjne tropienie człowieka zanurzonego po czubek głowy w szarości dnia powszedniego. Dopiero po pewnym czasie idzie zauważyć, że ten roztrzepany i naiwnie dobroduszny poczciwina porusza się w codzienności z nieporadnością tak osobliwą, że – paradoksalnie – zyskuje ona wymiar jedynej w swoim rodzaju gracji.

Pnin nie ma nic wspólnego z bohaterami najsłynniejszych powieści Nabokova – Vanie romansującym z własną siostrą (Ada albo Żar) , wyrafinowanym pedofilu Humbercie Humbercie (Lolita), obłąkanym Hermannie (Rozpacz); dość blisko jest mu za to do nieporadnego geniusza szachowego imieniem Łużyn (Obrona Łużyna). To postać, która wywołuje pozytywne emocje – wzruszenie, sympatię. Nawet w okolicznościach, w których Pnin wykazywał się porażającą wprost łatwowiernością (epizod z Wiktorem) nie miałem ochoty potrząsnąć nim, a jedynie dobrodusznie poklepać go po ramieniu.

Jest Pnin istotą wykorzenioną z jego środowiska naturalnego – Rosji – i przesadzonego na grunt Amerykański. Można czytać powieść jako utwór o problemie emigracji – o tym, jak to człowiek osiadły poza swą ojczyzną naraża się swą obcością i nieprzystosowaniem na śmieszność obywatelom kraju gościnnego. Interpretacja taka jest słuszna, ale błędem byłoby ograniczać się tylko do niej.

Znam już trochę Nabokova i wiem, czego mogę się po nim spodziewać; jak bardzo jest przebiegły, i jak ukochał sobie literaturę jako narzędzie kpiny z samej literatury właśnie. Po jego utworach poruszam się ostrożnie, starając się nie pozwolić mu uśpić swojej czujności i nie dać wpędzić w pułapkę. W ten sposób czytałem również Pnina. Przyznać muszę, że pod koniec lektury zwątpiłem w Mistrza; wydawało mi się, że tym razem nie stanął na wysokości zadania, i stworzył powieść bardzo co prawda sympatyczną i przyjemną, ale w żadnym wypadku wyjątkową. Choć spod pierwszej jej warstwy przebijała gdzieniegdzie ta druga, ukryta, to jednak nie dawała po sobie obiecywać zbyt wiele.

Drugie dno Pnina dojrzeć można przez narratora – początkowo pozornie bezosobowego, stopniowo eksponującego jednak swą odrębność. Pytania o to, kim jest ów człowiek podający się za przyjaciela głównego bohatera, skąd wie o nim wszystkie te rzeczy (w tym również subtelne szczegóły jego perypetii życiowych, których znać nie ma prawa), i dlaczego właściwie opisuje jego historię początkowo wydają się niezbyt istotne, by pod koniec powieści zwalić się na czytelnika ogromnym ciężarem, z którego samodzielnie wygrzebać zdołają się tylko najbystrzejsi (reszcie przychodzi w sukurs ze swym posłowiem niezawodny Nabokovista Leszek Engelking). Dość powiedzieć, że historia zostaje postawiona na głowie.

Choć Pnin nie zalicza się z pewnością do najwybitniejszych powieści Nabokova, warto poświęcić mu te trzy czy cztery wieczory – dla jego melancholijnego komizmu, subtelności, i, oczywiście, przewrotności.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Muza S.A.