Archiwa tagu: uczucia

Wygrać z Depresją

Wygrać z Depresją (1)Można śmiało powiedzieć, że depresja jest chorobą równie pospolitą, co wstydliwą. Choruje na nią masa ludzi, ale większość z nich nie dopuszcza do siebie tej świadomości. Bo depresja kojarzy się ze słabością, z użalaniem się, z lenistwem, z wymówką, i z potrzebą atencji; z wymyślaniem sobie problemów z braku laku, dla rozrywki. W skrajnych przypadkach zaburzenie psychiczne postrzegane jest przez ludzi nawet jako forma upośledzenia umysłowego. To straszne, ale taki właśnie obraz tej choroby wciąż jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie (choć jego świadomość, na szczęście, nieustannie wzrasta).

Na depresję leczę się od czterech lat. Ile czasu chorowałem, zanim wybrałem się do specjalisty? Co najmniej siedem. Przez cały ten czas żyłem na krawędzi, biłem się z destrukcyjnymi myślami; przestałem być panem swojego życia, stałem się jego biernym obserwatorem. Tych siedem lat przeciekło przez moją świadomość tak, jak woda przecieka przez palce, ledwie pozostawiając po sobie ślad. Siedem lat, ponad 2500 dni młodości wyrwanych z życiorysu. A mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie przyzwyczaił się do tak fatalnego stanu rzeczy, gdybym nie uwierzył w to, że tak być musi – podobnie jak wielu ludzi, których poznałem.

Chciałbym tym tekstem przekonać wszystkich tych, którzy męczą się z fatalnym samopoczuciem i przez to funkcjonują znacznie poniżej swoich możliwości, do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Każdy z Was może być szczęśliwym człowiekiem i produktywnym członkiem społeczeństwa – choć droga ku temu bywa długa, wyboista i kręta.

Żeby dostać się do psychologa w ramach NFZ, trzeba poprosić lekarza pierwszego kontaktu o wypisanie stosownego skierowania. Potem należy umówić się (na przykład telefonicznie) na wizytę w wybranej poradni zdrowia psychicznego. Skierowania nie wymaga za to spotkanie z psychiatrą. Bardzo ważne jest, by jeszcze przed podjęciem leczenia poddać racjonalnej analizie swoje oczekiwania względem niego. W swoim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które oczekiwały natychmiastowych rezultatów, i szybko się zniechęcały. Niestety, tak to nie działa; ludzka psychika jest skomplikowana i praca z nią wymaga dużego nakładu pracy i czasu.

Nie ma jednego leku, który działałby równie skutecznie na wszystkich chorych. Dobranie odpowiednich medykamentów (czasami stosuje się kombinacje kilku) może nastręczać trudności nawet bardzo doświadczonemu psychiatrze. Trzeba więc wykazać się cierpliwością. I dużą odpornością psychiczną – gdyż przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nawet dobrze dobrany preparat przeciwdepresyjny może potęgować zły nastrój i myśli samobójcze. Warto też zaznaczyć, że zażywanie takich leków wymusza na chorym delikatną zmianę sposobu życia. Psychotropów nie można łączyć z alkoholem, a po niektórych z nich nie powinno się również prowadzić auta, gdyż opóźniają czas reakcji na bodźce. Prawdą jest także, że niektóre leki sprawiają, że człowiek staje się senny, że pogarsza mu się pamięć – ale w moim odczuciu jest to niska cena za poprawę samopoczucia.

Pomoc psychologa ma największe znaczenie w przypadku depresji o podłożu egzogennym – czyli takiej, która jest następstwem ciężkiej sytuacji życiowej, przygnębiających wydarzeń, itd. (wyróżnia się także depresję endogenną, uwarunkowaną biologicznie). Wiele osób odczuwa dyskomfort na samą myśl o zwierzaniu się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, ale moim zdaniem, niesłusznie (choć ja na przykład czuję się nieswojo rozmawiając z mężczyzną, dlatego na swojego psychologa wybrałem kobietę). Psycholog jest człowiekiem obiektywnym, bezstronnym w stosunku do swojego rozmówcy i osób mających kluczowy wpływ na jego życie. Rozmowa z nim jest w stanie wyrobić w chorym analityczne podejście do swoich problemów, pomaga mu zrozumieć samego siebie i mechanizmy które rządzą jego zachowaniem. Taki człowiek przestaje być bezbronny wobec samego siebie, nie musi już poruszać się po obrębie własnej świadomości jak po polu miniowym.

Depresja staje murem pomiędzy chorym, a innymi ludźmi. Im częściej osoba widząca świat w czarnych barwach spotyka się ze znajomymi, tym bardziej czuje się wyobcowana, nierozumiana. Spotkania te skutkują więc pogorszeniem nastroju i potrzebą izolacji. Mimo wszystko trzeba forsować ten mur, przebijać go własną głową, wydrapywać o niego paznokcie. Wprawdzie wsparcie psychiczne ze strony ludzi, choćby najszlachetniejsze, nie jest w stanie wykurować chorego, uzdrowić go, ale jest bezcennym uzupełnieniem terapii farmakologicznej i psychologicznej. Oczywiście, nie należy zbytnio przytłaczać bliskich rozmowami o swoich problemach i swymi złymi nastrojami, gdyż osoby bez fachowego przygotowania do walki z depresją siłą rzeczy będą się czuły wobec niej bezradne. Przebywając w gronie znajomych znacznie lepiej jest skupiać się na ich obecności, niż na swoich problemach. Nie jest to łatwe, ale można wyrobić w sobie taki nawyk.

Zdarza się niestety, że otoczenie chorego podchodzi do jego leczenia w sposób lekkomyślny, a nawet kpiący. Taki stosunek wykazuje szczególnie starsze pokolenie, w którymi depresja nie była diagnozowana i leczona. Ludzie ci wychodzą z założenia, że choroba ta jest nowoczesnym wymysłem, że dawniej ludzie nie znając takiego terminu żyli bez niej. Jest to oczywiście myślenie mylne i bardzo krzywdzące; trzeba jednak mieć wzgląd na to, że osoby wykazujące taki tok rozumowania są dziećmi swoich czasów, czasów diametralnie innych niż obecne, i że myślą w ten sposób, bo brakuje im wiedzy w tej materii. Tylko w ten sposób można oprzeć się ich poglądom (forsowanym zazwyczaj z dużym impetem) i skupić się na polepszeniu swojego funkcjonowania.

A przychodzi dzień, gdy leczenie zaczyna przynosić rezultaty; że zaczyna dostrzegać się nie tylko czerń i biel, ale cały koloryt życia, że odzyskuje się swobodę w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Jest to wiosna życia – najwspanialszy stan umysłu, jaki można sobie wyobrazić.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Reklamy

Sens Życia

Jako ateista, nie mam złudzeń co do tego, że śmierć jest nieodwracalnym kresem świadomości, postrzegania i doświadczenia; że skonawszy powrócę do nicości, w której ”znajdowałem się” przed swoimi narodzinami – a więc przez całych 14 miliardów lat istnienia Wszechświata.

Pojęcie niebytu, nicości, stanowi oczywiście krystalicznie czystą abstrakcję. Nie sposób jej sobie wyobrazić. A jednak doświadczam jej co noc – śpiąc. Zasypiam, i budzę się po kilku godzinach, ze wspomnieniem kilkunastu minut sennych majaków oraz ze świadomością, że większość przespanego czasu niezauważenie umknęła mojemu postrzeganiu. Może to zabrzmieć dziwnie, gdyż gdyż taka nicość stanowi stan funkcjonującego umysłu, ale myśląc o tym, każdego dnia po trosze oswajam się z niebytem, przygotowuję się na to, co prędzej czy później nastąpić musi. Wprawdzie nie istniejąc, nie będę w stanie skonstatować końca mojego życia, zaznać metafizycznej rozpaczy nad jego utratą, ale świadomość nieuchronnego ma wpływ na życie, domaga się uwagi i akceptacji. A wciąż jeszcze nie jestem pewien, czy nie wolałbym, by po zgonie, zamiast nicości, czekało na mnie jej totalne przeciwieństwo, ciągle waham się pomiędzy jednym a drugim, przychylając się jednak z reguły właśnie ku wiecznemu życiu (choć z ostrożnością, wszak jego wizja przekracza granice mojej wyobraźni). Odstawmy jednak marzenia na bok, i zajmijmy się rzeczywistością (wciąż oczywiście subiektywnie postrzeganą).Sens Życia (1)Przychodzę więc znikąd, i zmierzam w nicość. Większość ludzi nie jest w stanie przyjąć takiego poglądu na życie choćby ze strachu, że jego konsekwencją byłoby popadnięcie w jałowy nihilizm egzystencjalny. Otóż, chociaż postrzegam człowieka jako zwierzę, które na drodze spontanicznej ewolucji rozwinęło się na tyle, by zadać sobie pytanie o sens swojej egzystencji (w czym tkwi jego największe błogosławieństwo i przekleństwo), nie przyszłoby mi do głowy, by uznać go za istotę, której życie pozbawione jest wartości. Według mnie życie jest sensem samo w sobie; każde przyjemne doświadczenie jest tym wspanialsze, że możliwe tylko w nieskończenie krótkim przedziale czasowym w stosunku do okresu nieistnienia indywidualnej świadomości ludzkiej. Najbłahsze nawet czynności zyskują wzruszający wymiar dzięki wiedzy, że możność wykonywania ich jest przejściowa; jeszcze większej głębi nabierają tym samym kontakty z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi.

Takie postrzeganie życia możliwe jest dla mnie wtedy, gdy jest lub bywa ono przyjemne, bądź chociażby znośne; kiedy można cieszyć się nim, a cierpienia doświadczać w natężeniu, które nie doprowadza psychiki i ciała do ruiny, ale daje się ukoić, i wzmaga (na zasadzie kontrastu, że im było gorzej, tym może być lepiej) pozytywne doświadczenia. Niestety, przyroda jest bezwzględna w swojej obojętności na los ludzki; nie wszystkim dane było urodzić się w okolicznościach, w których mogliby wieść dostatnie, satysfakcjonujące życie, żeby wymienić choćby mieszkańców obszarów dotkniętych klęską suszy i nieurodzaju, lub dzieci chore na śmiertelne choroby genetyczne. Pytanie o sens ich cierpienia ciśnie mi się na usta i umiera na nich, cicho, niepostrzeżenie, niewypowiedziane.

Istnieje wreszcie szersza perspektywa, w jakiej umiejscawiam i uzasadniam swoje istnienie. Tą perspektywą jest wytwór zbiorowej świadomości – kultura przekazywana w spadku kolejnym pokoleniom. Przed każdym z nas stoi ogromna odpowiedzialność dziejowa; chociaż nigdy nie uda się zaprowadzić na świecie ładu absolutnego (próby dokonania tego kończą się zresztą zawsze piekłem na Ziemi), z pewnością można dążyć do uczynienia go lepszym, niż jest obecnie. Oczywiście, z czasem życie na Ziemi dobiegnie definitywnego końca, ale nie widzę sensu w przejmowaniu się tym, gdyż nim do tego dojdzie, będzie komu skorzystać z tego, co udało nam się się po sobie pozostawić. A cóż może być cenniejszego niż niepowtarzalne życie ludzkie, i dobro człowieka, który zdolny jest do cierpienia większego niż wszystkie znane nam istoty?

Oczywiście, pragnę możliwie najdłuższego i jak najlepszego jakościowo życia. Odczuwam też strach przed śmiercią: czysto organiczny, który, jak mniemam, towarzyszyć mi będzie aż po koniec mych dni, oraz strach przed śmiercią przedwczesną, która mogłaby położyć kres moim ambicjom, mojemu potencjałowi, i doświadczeniom, których łaknę. Mam nadzieję umrzeć jako człowiek, który nie pozostawi śmierci niczego do zabrania; sprowadzić kostuchę do pozycji złodzieja, który przyszedł okraść sejf, i z zaskoczeniem stwierdził, że ten jest otwarty i pusty, gdyż jego właściciel nie żałował sobie dobrego życia. Zamierzam wystrychnąć ją na dudka, zakpić z niej, i odejść z uśmiechem na twarzy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Wierzę, że dokonam tej sztuki.

A jeśli mi się nie powiedzie? Pozostanie mi tylko brzemię bezpowrotnie minionych lat, paląca tęsknota za tymi z najbliższych mi ludzi, którzy do tej pory już odejdą, starcza bezsilność wobec szybkiego tempa życia i przemijania, choroby, ból fizyczny i zmęczenie. Śmierć stanie się pożądana jako wybawienie, i tak też ją przyjmę.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

E.

E. (1)Poznałem ją w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym. Poznałem – jak to dziwnie brzmi. Dziwnie, bo nieadekwatnie; nieadekwatnie, bo przez pół roku zamieniłem z nią zaledwie kilka słów, i nie dowiedziałem się o niej niemal niczego. Ale przez cały ten czas majaczyła na horyzoncie rzeczywistości, migotała mgliście, a ja miałem na nią oko. Ot, pozornie nic niezwykłego; przesiadywałem na świetlicy, przy jednym ze stolików, i pisałem dziennik, a ona spacerowała korytarzem w jedną i w drugą stronę, przez dwie, trzy godziny dziennie. Od czasu do czasu zastygałem nad rękopisem, by pozbierać myśli, i patrzyłem to w okno, to na nią.

Z początku wzbudziła moje zainteresowanie dlatego tylko, że była ładna, i to w pewien szczególny, zupełnie pozbawiony wulgarności sposób, a jednocześnie tą urodą w ogóle się nie przejmowała, w ogóle o nią nie dbała: nie czesała włosów, nie stroiła się, nie malowała. Minęły dwa czy trzy tygodnie, nim zorientowałem się, że nie chodzi na żadne zajęcia terapeutyczne, i z nikim nie rozmawia, że jest absolutnie wyłączona ze szpitalnego życia. Odkrycie to zaintrygowało mnie. Im dłużej obserwowałem ją i myślałem o niej, tym bardziej zastanawiało mnie, o czym myśli, i jaka jest jej historia?

Postanowiłem spróbować jakoś się do niej zbliżyć. Zagadnięta odpowiadała w sposób spokojny i życzliwy, ale i wskazujący jednoznacznie, że rozmowa jakakolwiek i z kimkolwiek – nie interesuje jej. Potem było częstowanie kanapkami z Nutellą, paluszkami i chipsami; jadła mi z ręki, ale zaraz potem oddalała się, powracała do swoich myśli, przepadała. Ach, jakże chciałem wejść do jej świata, zwiedzić go! Snułem wyobrażenia o tym, co też mógłbym tam zastać: rajski pejzaż, czy też krajobraz księżycowy? Jakież dziwotwory myślowe snuły się po nim? Bo że za jej alienacją stała choroba, byłem całkowicie pewien.

Zacząłem siadać naprzeciwko niej podczas posiłków. Ponieważ jestem wegetarianinem, oddawałem jej swoje porcje mięsa. Przyjmowała je tak samo, jak wcześniej przekąski: chętnie, ale milcząco. Zaczynałem być na nią o to zły, chwilami nawet czułem wściekłość, ale powtarzałem sobie jak mantrę, że kropla żłobi skałę, i uparcie, dzień w dzień, ponawiałem swoje dziecinne – bo i cóż innego mi pozostawało? – próby. Wyglądała niesamowicie, kiedy jadła; mrużyła oczy i ogniskowała spojrzenie na talerzu, a na jej twarzy malowało się skupienie laboranta. Pewien jestem, że nie istniało dla niej wtedy nic poza nim, że nie słyszała wtedy brzdęku sztućców uderzających o porcelanę ani gwaru rozmów. Gdy na talerzu pozostawały tylko drobinki – ostatnie, pojedyncze ziarenka ryżu, kaszy czy groszku – ścigała je widelcem z oczami pełnymi radosnej pasji, uśmiechając się tajemniczo pod nosem. Było w tym coś perwersyjnego i dałbym wiele, żeby dowiedzieć się, o czym wtedy myślała!

Specyficznym atrybutem E. był porcelanowy kubek z żabką. Już w chwili, kiedy trafiłem na oddział, wyglądał na niemyty od kilku tygodni, a z tego, co zaobserwowałem w ciągu następnych czterech miesięcy, miało to miejsce tylko jednokrotnie, na wskutek reprymendy pielęgniarki. Kubek ten budził we mnie nawet nie obrzydzenie, a swego rodzaju fascynację; jego wnętrze było bowiem czarne jak smoła od wszelakich osadów i fakt, że ktoś siedzi naprzeciwko mnie i pije z niego jakby nigdy nic, był wręcz surrealistyczny.

Z pewnym zaskoczeniem skonstatowałem, że poza mną i personelem E. nie interesuje właściwie nikogo – zupełnie tak, jakby stanowiła wytwór mojej wyobraźni, była przezroczysta jak powietrze, lub równie nieciekawa, co sufit czy podłoga. Nikt nie zagadywał jej, i nikt nie rozmawiał ze mną o niej. Na palcach obu rąk zliczę razy, kiedy ktoś z pacjentów na moich oczach zwrócił uwagę na jej istnienie. Nie rozumiałem tej bierności, i w pewien dziwaczny sposób czułem, że dotyka mnie osobiście, że mnie obraża, choć dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czemu.

Raz na dwa tygodnie przyjeżdżały po nią matka z siostrą, i zabierały ją na czterodniową przepustkę do domu. W pewien sposób odczuwałem jej nieobecność, może nawet w jakimś stopniu tęskniłem za nią. Tak, chyba tak; prawdopodobnie w jakiś sposób postrzegałem ją jako duszę tego miejsca.

Więcej o E. dowiedziałem się na grupowych zajęciach psychoterapii. Nie wiem, co sprawiło, że zjawiła się na nich tamtego dnia, ale prawdopodobnie została zwerbowana przez personel. Z jej rozmowy z psycholog wyłonił się obraz 32-letniej księgowej chorej na schizofrenię paranoidalną. Po raz pierwszy choroba uderzyła w nią, kiedy jechała autobusem; usłyszała wtedy dziwaczne komunikaty wygłaszane z tylko jej widocznych pluskiew. Potem, po powrocie do domu, kontaktowało się z nią CBŚ, była również podsłuchiwana. Na stwierdzenie psycholog, że wszystko to stanowi zespół urojeń i omamów charakterystycznych dla schizofrenii, okazała delikatny, ale stanowczy sprzeciw. Jej zdaniem padła ofiarą jakiegoś spisku, w który zaangażowani są wszyscy: jej rodzina, znajomi, lekarze i pacjenci. Czemu wszyscy mieliby się tak na nią uwziąć – nie wie. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego jest tak niedostępna, i że za nic w świecie nie zdołam do niej dotrzeć.

Szpital opuściła na krótko przede mną. Leczenie farmakologiczne sprawiło, że jej stan ustabilizował się, objawy choroby zostały wyciszone, ale wciąż nie przyjmowała do siebie faktu, że choruje. Podczas pożegnania orzekła, że natychmiast po powrocie do domu zaprzestanie brania leków. Mimo takiej deklaracji lekarze uznali, że dalszy jej pobyt w szpitalu nie ma sensu. E. spędziła w nim 2 lata, podczas których zrobili dla niej wszystko, co tylko mogli. Reszta zależeć miała od niej samej i jej najbliższych.

Czasami zastanawiam się nad tym, jak potoczyły się dalsze losy E. Że po zaprzestaniu brania leków powróciła do szpitala, jest dla mnie rzeczą pewną; tak zawsze kończy się igranie ze schizofrenią.  Czy jednak przyjęła do wiadomości fakt, że choruje? Czy ułożyła sobie życie? Bywa, że nawiedza mnie w niespokojnych snach; milczy w nich tak samo, jak milczała w życiu rzeczywistym, i tylko domyślać się mogę, co za tą zasłoną milczenia skrywa.

Dojrzała Rzeczywistość

”Na czyj koszt żyją ludzie w cudzych wspomnieniach?” – Stanisław Jerzy Lec.

Dojrzała Rzeczywistość (1)Byliśmy młodzi. Mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat. Głowy pełne marzeń, serca pełne buntu, i głód życia nieporównywalny z żadną inną siłą. Na spędzenie każdej jednej chwili mieliśmy milion pomysłów, z których jeden lepszy od drugiego. Że będziemy się trzymali razem zawsze, że nic nie zatrze łączącej nas przyjaźni i wrażeń, które przyszło nam dzielić, byliśmy tak pewni, jak tego, że jutro też jest dzień. Bo nic nie łączy bardziej, niż wspólne młodzieńcze zachłyśnięcie się życiem, którego smak dopiero poznawaliśmy.

A był to smak ciepłej wódki pitej z plastykowego kubka w miejskim parku, zimą, przy butelce postawionej na koszu na śmieci, w powietrzu wibrującym od żarliwie wygłaszanych toastów i rozmów o dziewczynach, które nam się podobają. Smak słonego potu spływającego nam po czołach na usta w trakcie wagarowania w dni tak słoneczne, że stworzone właśnie dla takich wypadów, a nie dla przebywania w półmroku sal lekcyjnych. Wspólnych obiadów na stołówce – karpia w migdałach, kurczaka, kotleta schabowego z kapustą. A czasami i najtańszego wina pitego w krzakach, ale i ono teraz, po dekadzie od tamtego czasu, wydaje mi się ambrozją, napojem Bogów. Bo nie ważne, co się pije, ważne, z kim, i jaki toast się wznosi, oraz wiara, z jaką się to czyni.

Byliśmy młodzi, o tak. Obłędnie i zarazem genialnie młodzi. Ale to nas nie przerażało. Mieliśmy śmiałość śnić swoje sny na jawie, opowiadać sobie o nich. NaszaDojrzała Rzeczywistość (2) fascynacja labiryntem życia brała górę nad jego największymi pułapkami, zawiłościami, ślepymi uliczkami, dzięki czemu przeprawa przezeń była zabawą – chociaż była to zabawa w dorosłość, której nastaniem w końcu się zakończyła. Szliśmy ramię w ramię po drodze, która była celem samym w sobie. Dokądkolwiek i kiedykolwiek poszlibyśmy razem, zawsze znajdowaliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, właśnie dlatego, że mieliśmy obok siebie. Byliśmy akuratni w sensie niemal metafizycznym.

Gdy kładliśmy się spać do łóżek w szkolnym internacie, chociaż zmęczeni, nie mogliśmy zasnąć z nadmiaru wrażeń i niemożności doczekania się następnego dnia. Okalający budynek ogród tchnął nocną ciszą, ciszą niemal grobową, niby prosząc nas o ożywczy gwar rozmów. Chcieliśmy wrócić na ławki, które ledwie ostygły od ciepła naszych pośladków, do wonności kwiatów z wolna rozwiewającej się w chłodnej ciemności nocy i pomarańczowym świetle sodowych lamp.

Ale te dni minęły. Nasze drogi rozeszły się, rozwijaliśmy się w niezależności od siebie, dorośliśmy. Raz na kilka lat, na haju tęsknoty, odszukuję tych, z którymi łączą Dojrzała Rzeczywistość (3)mnie kolorowe reminiscencje młodości; nie znajduję w nich jednak ani tego wspólnego mianownika w postaci pieszczotliwej nostalgii za dawnymi czasami, ani ludzi, których niegdyś tak pokochałem. Są to podobne fizjonomie, te same imiona i nazwiska (chociaż nie zawsze, bo kilka dawnych przyjaciółek zmieniło już stan cywilny), ale to już nie te same osoby. Rozmowa na temat teraźniejszości nie klei się, a przeszłość nie zdaje się być dla nich tak ważna, jak dla mnie, przestała wywierać na nich wpływ. Ponownie zawieszam więc kontakt, i pozwalam im pozostać w moich wspomnieniach takimi, jakimi zapamiętałem ich z tamtych czasów – z szacunku dla przeszłości, siebie, i dla nich samych. I nie mam do nich pretensji, bo tak samo jak oni, ja również się zmieniłem. Na samego siebie sprzed lat patrzę w znacznej części jak na bliską mi, ale odrębną osobę, co jest swego rodzaju przywilejem mojego wieku.

Nie ma już również wielu miejsc, z którymi łączy mnie sentyment; miejsc magnesujących mnie do siebie w melancholijnych snach, do odwiedzenia których przez wiele lat nie mogłem się zdobyć na odwagę, i które teraz przepadły dla mnie na zawsze. Teren szkolnego ogrodu został w znacznej części sprzedany pod budowę bloków mieszkalnych, zaś sam budynek szkoły i internatu został poddany gruntownej renowacji, unowocześnieniu, i stracił swój staroświecki, romantyczny urok.

I chociaż dla moich dawnych znajomych zwierzenie to byłoby zapewne kwintesencją naiwnej tęsknoty za wyidealizowaną młodością, ja jestem pewien, że rzeczywistość dojrzewa we wspomnieniach do przeżywania jej.