Archiwa tagu: grzyby

Klęska Posuchy

Ostatni tydzień lipca rozpieszczał mnie pojawem muchomorów czerwieniejących. Każdą półgodzinną wyprawę w ulubione krzaki kończyłem z całym wiaderkiem tych smacznych grzybów. Niestety, inne zwykle występujące tam gatunki okazały się albo nieobecne, albo obecne w ilości minimalnej; trafiłem tylko na dwa zdrowe prawdziwki i jednego podgrzybka złotoporego. Po koźlarzach (w poprzednich latach ich pojaw był ogromny) wszelki ślad zaginął. Cóż – być może jest to związane z przeprowadzoną tam wycinką drzew.

Pierwsze półtora tygodnia sierpnia było upalne (w Mazowieckim temperatura po południu rzadko schodziła poniżej 30 stopni) i bezdeszczowe, co przełożyło się na kompletną grzybowa posuchę. Spacery po ulubionych krzakach niezmiennie kończyły się powrotem do domu z pustym wiadrem; jakby mało było tego, że we własnej skórze było mi za gorąco, nie wspominając już o koszulce, przechodząc pomiędzy drzewami niechybnie przyodziałem się w dziesiątki pajęczyn (wraz z ich ośmionogimi lokatorami, rzecz jasna). Cóż było robić; pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na porządne opady deszczu.Klęska Posuchy (1)Lunęło dopiero 10 sierpnia. Nie tak mocno, jak się tego spodziewałem – i jak pozwalały mieć nadzieję prognozy pogody – ale dobre i to. Burze, o których trąbiono wszem i wobec we wszystkich mediach, ledwie zahaczyły nas basowymi pomrukami i ponurymi, ciemnymi chmurami. Dwa dni potem niebo było już nieskazitelnie błękitne; powróciło słońce i ciepło. Choć wiedziałem, że nim grzybnia zacznie owocować po tak intensywnej suszy minie dobry tydzień, pozwoliłem nogom ponieść się w krzaki.

Tak jak można się tego spodziewać, nie znalazłem ani jednego grzyba. Nic – nawet pojedynczego trujaka (już w lipcu powinny pojawić się toksyczne krowiaki podwinięte). Fajnie jednak było przejść się wreszcie po ulubionych miejscach nie wylewając z siebie hektolitrów potu. Szelest listowia, zapach drzew, szum chłodnego wiaterku w uszach, i widok suchej żółtawej polnej trawy składają się na kompozycję zmysłową znaną każdemu grzybiarzowi i przez każdego grzybiarza cenioną. Obcowanie z naturą, którego dostarczają nam grzybobrania, zwykle wydaje nam się uboczną ich przyjemnością, ale kto wie, może jest wręcz odwrotnie?

Ale nie wszystkim grzybiarzom wiedzie się tak podle, jak mi; zdjęcia zamieszczane na forach prezentują zbiory tak obfite, że można dostać od ich widoku zawrotów głowy. Tu jedna pani zamarynowała już 176 słoiczków kurek, tam pewien facet zebrał 200 sztuk borowików, jeszcze gdzieś ktoś donosi o ilości koźlarzy tak wielkiej, że nie był w stanie ich zebrać… Gatunków grzybów cała moc – borowik szlachetny, maślak zwyczajny, koźlarz (grabowy, topolowy, babka), muchomor czerwieniejący, podgrzybek zajączek, wodnicha późna, siedzuń sosnowy (dwa ostatnie gatunki u mnie niestety nie występują). O gatunkach bardziej egzotycznych (i niejadalnych, ale rzadkich) nawet nie wspominam. Gdybym nie znał już trochę grzybiarskiej społeczności, pomyślałbym, że to zdjęcia z ubiegłych lat. Można tylko pozazdrościć. O, Wielki Borowiku – pojaw się innym, a i o mnie nie zapomnij.

Zagajniki zagajnikami, ale co z lasem? Nie wiem, czy jest to reguła obowiązująca gdziekolwiek indziej, ale w moich okolicach, jeśli grzybów brak w zagajnikach, tym bardziej nie ma ich w lesie, toteż nawet tam nie zaglądam. Na szczęście wrzesień już tuż-tuż, a on nigdy mnie nie zawiódł. Z utęsknieniem czekam na coroczny, ogromny pojaw podgrzybka brunatnego.

Zobaczymy, jak to dalej będzie. Prognozy pogody na najbliższy tydzień nie pozostawiają raczej większych nadziei na obfite zbiory w województwie Mazowieckim; wygląda zresztą na to, że cały sierpień będzie suchy i upalny.

Reklamy

Muchomorowo

Już od maja przynajmniej raz na dwa tygodnie odwiedzałem swoje ulubione zagajniki w poszukiwaniu grzybów. Pogoda – wysokie temperatury na przemian z ulewnymi deszczami – wydawała się sprzyjać ich pojawowi (tak, pisze się ”pojawowi” a nie ”wysypowi”), ale za każdym razem na miejscu witała mnie całkowita posucha. Całkowita; nie znalazłem przez ten czas nawet jednego okazu gatunku niejadalnego, trującego bądź takiego, którego nie zdążyłem jeszcze oznaczyć. Przyznam, że nie nastrajało mnie to optymizmem. Ale wiedziałem, że w niektórych rejonach kraju nad Wisłą grzybiarze mają powody do zadowolenia. Internetowe fora grzybowe zaczęły odżywać po okresie zimowym – zrobiło się na nich kolorowo od zdjęć żółciaka siarkowego, żagwi łuskowatej, a w czerwcu także koźlarzy i borowików. Oglądając zdjęcia zbiorów z trudem mogłem uwierzyć, że mieszkamy w jednym i tym samym Państwie.

W czerwcu spędziłem w lesie kilkaset godzin na zarobkowym zbieraniu jagód. I tam, pomimo, że przeszedłem solidny kawał lasu, nie natrafiłem na żadnego grzyba aż do końca miesiąca. Dopiero wtedy napotkałem 3 muchomory rdzawobrązowe (jadalne, ale bardzo kruche i zbierane przeze mnie rzadko), oraz czerwonej barwy gołąbka. Niestety, na tym koniec; z kolejnych (coraz częstszych) wypadów do zagajnika również wracałem z pustym wiaderkiem.Muchomorowo (1)Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lipca (bardzo późno, bo w ubiegłym roku począwszy od połowy czerwca, miejsce to prawie codziennie zapewniało mi śniadanie). To wtedy, tuż po trwających dobry tydzień ulewach znalazłem tam 2 koźlarze grabowe oraz kilka muchomorów czerwieniejących. Po przebraniu ilość okazała się wystarczająca na skromny posiłek, toteż wszystkie wylądowały na patelni. Apetyt, jak można się tego domyślać, zamiast zostać zaspokojonym, został zaostrzony.

Tydzień później odwiedziłem zagajnik ponownie. Tym razem zastałem w nim moc muchomorów czerwieniejących. Zbieram je dopiero od roku – wcześniej miałem je (podobnie jak większość grzybiarzy) za trujące i zostawiałem je w spokoju; żal myśleć, jak wiele smacznych posiłków z nich ominęło mnie przez wszystkie te lata z uwagi na niewiedzę. Niestety, amanita rubescens to gatunek bardzo podatny na zaczerwienie, i zazwyczaj rzadko który okaz okazuje się zdrowy. Z moich zbiorów (niemal całe 7 litrowe wiaderko) ostało się grzybków na zaledwie pół litra marynaty.Muchomorowo (2)Kolejne dni zaowocowały jeszcze obfitszymi zbiorami muchomora czerwieniejącego. Ostatniego dnia lipca, dzień po ulewnym deszczu, wybrałem się na godzinny spacer po chaszczach i zebrałem całe 10 litrowe wiaderko tych grzybów. Tym razem blisko połowa z nich okazała się, że tak powiem, zdrowa jak ryba; wszystkie wylądowały w marynacie octowej z cebulką, listkiem laurowym i gorczycą. Ten sposób obróbki kulinarnej muchomora czerwieniejącego jest moim ulubionym – świetnie nadaje się na dodatek do kanapek. Szczególnie smaczne są najmniejsze okazy, całe, zamknięte jeszcze kapelusze. Mają kruchą konsystencję, podczas gdy duże ”parasole” są nieco mięsiste. Wśród ich amatorów nie brakuje osób, które wolą je dusić w śmietanie z dodatkiem cebulki (mi w tej formie niezbyt przypadły do gustu).

Kiedy zacząłem zbierać amanita rubescens w poprzednim roku, rodzina odwodziła mnie od jedzenia tego gatunku krzykiem. Tak jak się tego spodziewałem, po przekonaniu się, że nie zapłacę za jego jedzenie zdrowiem, ich opór opadł. Nadal jednak nie ma wśród nich chętnych na skosztowanie muchomora, i nadal patrzą się na mnie niepewnym wzrokiem, gdy zajadam się nim. Cóż; nie wiedzą, co tracą.

Poszedłbym na Grzyby

Nie ukrywam, że koniec poprzedniego sezonu grzybowego przyjąłem z pewną ulgą. Był niezwykle urodzajny (co oczywiście ogromnie mnie cieszy), ale świadomość, że las pełen jest grzybów, nie pozwalała mi odpocząć od zbierania ich, i gdyby nie to, że pojaw dobiegł końca, pewnie padłbym w głębi lasu ze zmęczenia, i dopiero w następnym sezonie jakiś poszukiwacz borowików znalazłby mój zamszony szkielet. Od jakiegoś miesiąca brak grzybobrań daje mi się jednak we znaki: brak mi obcowania z naturą, i emocji towarzyszących poszukiwaniu i znajdowaniu tychże smakołyków.Poszedłbym na Grzyby (1)Jeszcze w grudniu pobrzmiewały w Polsce doniesienia o pojawie… kurek. Był to jednak chwilowy kaprys Matki Natury – grzybki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, przegnane przez mróz. Grzybiarzom pozostało więc poszukiwanie grzybów zimnolubnych, jak chociażby płomiennica zimowa. Niestety, w mojej okolicy znaleźć jej nie sposób. Kiedyś widziałem bardzo pokaźną kolonię tego gatunku na pewnym drzewie, ale myślałem, że jest to trujak, i nie poświęciłem jej należytej uwagi. Gdy już udało mi się go prawidłowo oznaczyć, i wróciłem w to miejsce, okazało się, że bobry ścięły drzewo i o grzybkach mogę zapomnieć.

Prawie każdej nocy śni mi się, że jestem na grzybobraniu. W snach tych lasy są tak przepełnione grzybami, że wystarczy schylić się by zerwać całe ich naręcze. Kiedyś śniły mi się też prawdziwki wielkości drzew; to jednak jeszcze nic. Koronnym dowodem mojej ”grzybofilii” niech będzie fakt, że pewnej nocy miałem nawet majak o jedzeniu marynowanego muchomora zielonawego (sromotnikowego)!

W poprzednim sezonie rozwinąłem się nie tylko jako smakosz (spróbowałem po raz pierwszy w życiu m. in. muchomora czerwieniejącego oraz purchawki chropowatej): zacząłem również fotografować grzyby, by sporządzić atlas gatunków występujących w mojej okolicy. Wykonałem w tym celu ponad tysiąc zdjęć (oczywiście do swojego projektu wybrałem tylko kilkadziesiąt najlepszych). W tym roku zamierzam oddawać się fotografowaniu kapeluszowych ślicznotek z jeszcze większa pasją.

No, dobra: nie tylko sama pasja zbierania sprawia, że chciałbym ruszyć na łowy. Z zapasów marynowanych grzybów, które posiadałem kończąc sezon (było tego ze 40 słoiczków – dwa razy tyle zjadłem w raz z rodziną wcześniej) zostały mi tylko 3. Nie da się ukryć: łasuch ze mnie. Kiedy byłem o dekadę młodszy, potrafiłem zjadać słoiczek marynowanych podgrzybków na czczo i popijać je Coca-Colą; dziś niestety układ pokarmowy już nie ten, co przed laty, i na takie ekscesy pozwolić sobie nie mogę. Mimo to grzyby i tak mógłbym jeść codziennie.

A grzybowe cymesy w sklepach kosztują, kosztują. W przypadku podgrzybków marynowanych ceny zaczynają się od 11 złotych (grzybki II klasy) i kończą na około 20 (I klasa). Borowiki marynowane pierwszej klasy (marynowane w całości maleństwa, można by rzec: grzybowe noworodki) kosztują aż 39 złotych za słoiczek 350 ml; tańsze (klasa II) kupić można za ok. 13 złotych. Producenci grzybów suszonych również każą sobie za nie słono płacić. Grzyby jak widać są niemal na wagę złota.

Bardzo ciekawi mnie, jaki będzie nadchodzący sezon. Poprzedni był bodajże najlepszym w całym moim życiu, i z tego, co czytałem, rozpieszczał grzybiarzy w całej Polsce. Tak ogromny pojaw grzybów następuje raz na kilka lat, dzięki korelacji kilku bardzo sprzyjających ich pojawianiu się czynników; tym razem można więc spodziewać się znacznie skromniejszych zbiorów. Na wszelki wypadek lepiej więc wstrzymać się trochę z pałaszowaniem zapasów.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Robert Hofrichter – ”Tajemnicze Życie Grzybów”

Robert Hofrichter - ''Tajemnicze Życie Grzybów''Przyznam, że chociaż zbieram i jem grzyby od dobrych piętnastu lat, przez większość tego czasu niespecjalnie interesowałem się nimi od strony naukowej. Liczyły się dla mnie głównie ich walory kulinarne i wizualne, oraz, naturalnie, radość obcowania z przyrodą podczas grzybobrań. Uległo to zmianie dopiero wówczas, gdy – chcąc nauczyć się oznaczać więcej gatunków – zaangażowałem się w Internetowe grupy zrzeszające grzybiarzy. Doświadczenie udzielających się na nich wytrawnych znawców uświadomiło mi, jak niezwykłe i warte uwagi jest królestwo fungi. W końcu, w tym roku, głód grzybów zrównoważył się z głodem mikologicznej wiedzy. Szczęśliwie, właśnie ukazała się na rynku książka austriackiego biologa Roberta Hofrichtera pt. ”Tajemnicze Życie Grzybów”.

Autor opisuje grzyby jadalne, lecznicze, trujące, żyjące w warunkach ekstremalnych, halucynogenne, cenne rarytasy, gatunki które niegdyś uznawane były za jadalne a z czasem okazały się toksyczne, a nawet… gatunki drapieżne. Przytacza przykłady stosowania grzybów przez dawne (również prymitywne) kultury, objaśnia historie ich klasyfikacji, sposoby ich funkcjonowania oraz gigantyczną rolę jaką pełnią w ekosystemie, a nawet wybiega w przyszłość, snując intrygujące wizje na temat tego, jak wielką rolę mogą jeszcze odegrać chociażby w medycynie czy ekologii. Nie ogranicza się przy tym oczywiście do grzybów wielkoowocnikowych; bierze pod lupę (dosłownie i w przenośni) także gatunki mikroskopijne, oraz porosty. Brak zastosowania kulinarnego tychże uczynił je niewiele mniej ciekawymi od sąsiadujących z nimi łakomych kąsków.

Na kartach książki profesjonalizm naukowca miesza się z czułością przyrodnika oraz ikrą smakosza. Autor jest grzybami wprost urzeczony; fascynuje go ich tajemniczość, cicha wszechobecność, złożoność, związki w jakie wchodzą z roślinami, a także rozmaite osobliwości. Przez poszczególne rozdziały przewijają się również refleksje na temat piękna samej natury i więzi łączącej ją z człowiekiem – więzi, od której człowiek XXI wieku coraz bardziej ucieka w świat miasta i przestrzeni wirtualnej.

Wszyscy fani wiedzy w pigułce będą zachwyceni ”Tajemniczym Życiem Grzybów”, w książce bowiem roi się aż od grzybowych ciekawostek. Dowiemy się z nich m. in. ile waży największa znana kolonia opieńki (600 ton, a przy tym zajmuje powierzchnię ponad 800 hektarów!), jak wiele zarodników wysyła w ciągu sekundy borowik szlachetny (ponad 30 tysięcy!), że od grzybów niemal w mgnieniu oka może zaroić się nawet na pustyni, jeśli tylko spadną nań intensywne deszcze. A co powiecie na grzyba, który inny organizm czyni poddanym mu zombie? Dokonuje tego tropikalny gatunek ophiocordyceps. Zarodnik grzyba najpierw opanowuje mózg mrówki, i zmusza ją do wgryzienia się w liść, po czym zatruwa ją i rozrasta się, karmiąc jej ciałem. W końcu z główki owada wyrasta owocnik ”infekujący” zarodnikami kolejne osobniki. Horror!

Bardzo atrakcyjna jest również sama forma książki. Poszczególne rozdziały podzielone są na krótkie, opatrzone tytułami podrozdziały, co wpływa pozytywnie na przejrzystość zawartych w nich informacji, czyniąc lekturę jeszcze przyjemniejszą.

Tym, czego w książce zdecydowanie zabrakło, są ilustracje. Owszem, czytelnik znajdzie w niej kilka kolorowych stron z fotografiami grzybów, ale jest to ilość zbyt mała w stosunku do ilości tak interesującego materiału. Poza tym, wiele z opisywanych gatunków to gatunki egzotyczne, wizualnie nieznane przeciętnemu grzybiarzowi; konieczność odszukiwania w Internecie fotografii co ciekawszych z nich (a jest ich naprawdę wiele) najzwyczajniej w świecie frustruje.

”Tajemnicze Życie Grzybów” to książka zaskakująca i napisana z niezłym polotem. Z pewnością zainteresuje wszystkich grzybiarzy (zarówno początkujących, jak i tych bardziej zaawansowanych) oraz miłośników natury. A świadomość tego, jak niezwykły cud natury stanowią grzyby, uczyni je jeszcze smaczniejszymi – gwarantuje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Jak Zbierać Muchomora Czerwieniejącego?

Wśród amatorów grzybobrań panuje dość powszechne przeświadczenie, że każdy muchomor jest grzybem trującym. Chociaż prawdą jest, że to wśród muchomorowatych znajdziemy najbardziej zabójcze ze wszystkich gatunków grzybów (muchomor zielonawy, wiosenny, oraz jadowity), do rodziny tej należą również gatunki jadalne i smaczne. W Polsce bodajże najwartościowszym z nich jest muchomor czerwieniejący (Amanita rubescens).Jak Zbierać Muchomora Czerwieniejącego (1)
Gatunek ten pojawia się w Polsce już w czerwcu, najczęściej w zagajnikach brzozowych oraz sosnowych, i jest bardzo pospolity. Prezentuje się dość odmiennie w zależności od tego, czy występuje w porze suchej, czy deszczowej, ale posiada kilka niezmiennych, wyróżniających go na tle innych muchomorów cech (o czym dalej). Dlaczego warto pokusić się o zbieranie muchomora czerwieniejącego? Występuje obficie nawet wtedy, kiedy brak innych gatunków, większość grzybiarzy nie jest świadoma jego właściwości i omija go szerokim łukiem, wreszcie – jest najzwyczajniej w świecie smaczny. Duszony w śmietanie z dodatkiem cebulki nie podbił wprawdzie mojego serca (chociaż zdaniem wielu jego smakoszy w takim wydaniu smakuje wspaniale), ale marynowany w occie okazał się świetnym dodatkiem do kanapek.Jak Zbierać Muchomora Czerwieniejącego (3)
Wieloletni i dociekliwy grzybiarz nie powinien mieć większych trudności z odróżnieniem muchomora czerwieniejącego od innych, trujących gatunków. Najbardziej zbliżony do niego wygląd posiadają zaledwie dwa muchomory: jadalny, ale nijaki w smaku twardawy (Amanita spissa) oraz plamisty (Amanita pantherina), który zawiera te same substancje trujące, co muchomor czerwony, tylko w większej ilości. Jego spożycie wywołuje wymioty, halucynacje, zaburzenia widzenia, omdlenia, a w ostateczności – śmierć. Jak widać, zbieranie muchomora czerwieniejącego rzeczywiście obarczone jest więc sporym ryzykiem i wymaga ogromnej dozy rozsądku.Jak Zbierać Muchomora Czerwieniejącego (2)Jak już wspomniałem, Amanita rubescens jest grzybem pod pewnymi względami bardzo charakterystycznym. Pierwszą cechą, która odróżnia go od wszystkich innych muchomorów, są czerwone przebarwienia powstające w jego miąższu na wskutek uszkodzeń. Proces ten jest jednak bardzo powolny – trwa nawet kilka godzin, a każdy grzybiarz wolałby uniknąć zabierania ze sobą do domu większych ilości grzybów, które okazać mogłyby się trujące. W tym przypadku pomocą służą nam… czerwie (robaki), które upodobały sobie muchomory czerwieniejące chyba najbardziej ze wszystkich znanych mi grzybów. Czerwonawy kolor kanalików czerwi wewnątrz trzonu lub kapelusza muchomora na 99,99 procent świadczy o tym, że mamy do czynienia z Amanita rubescens. Dla całkowitej pewności należy sprawdzić jeszcze otaczający trzon pierścień (powinien być pionowo prążkowany, podczas gdy muchomor plamisty posiada pierścień gładki), oraz korzeń (w przypadku muchomora czerwieniejącego jest bulwiasty i zwykle ma różowawy lub czerwonawy koloryt; muchomor plamisty wyrasta z czegoś, co wygląda jak podwinięta skarpeta).Jak Zbierać Muchomora Czerwieniejącego (4)
Jak widać, w teorii identyfikacja muchomora czerwieniejącego jest bardzo prosta. Ponieważ jednak praktyka pokazuje, że i na tym polu dochodzi do tragicznych w skutkach pomyłek, na pierwsze zbiory tego gatunku koniecznie powinno pójść się z kimś, kto zbiera go od lat, i będzie mógł porównać go na naszych oczach z plamistym, dobitnie wyłuszczając dzielące je różnice. W zbieraniu i jedzeniu grzybów nie ma najmniejszego miejsca na brawurę, eksperymenty, niepewność, czy zgrywanie fachowca dla podbudowania swego ego. Należy spożywać wyłącznie gatunki, co do których ma się 100 procent pewności, że są jadalne. Błąd kosztować może nas zdrowie lub nawet życie. Odradzam również spożywanie muchomora czerwieniejącego osobom nerwowym, które już sama niepewność co do jadalności tego gatunku przyprawić może o (symulujące zatrucie) rewelacje żołądkowe.

Grzybowe Szaleństwo

Są tylko dwa miesiące, na które czekam szczególnie mocno. Pierwszym z nich jest kwiecień, gdyż rozpoczyna wiosnę. Drugim – wrzesień, bowiem przypada na niego pełnia sezonu grzybowego. Jeśli pogoda jest deszczowa, każdego dnia można udać się na grzybobranie do lasu i po godzinie wyjść z niego ze zbiorem wystarczającym na obiad dla całej rodziny. A jeszcze częściej – z dobrymi kilkunastoma kilogramami.Grzybowe Szaleństwo (1)Najbardziej cieszy mnie pojaw podgrzybka brunatnego – chociaż w stosunku do niektórych miejsc można swobodnie mówić wręcz o zatrzęsieniu. Serce rośnie, kiedy wchodzi się do lasu, i zewsząd, prosząc się o zebranie, lśnią niczym precjoza gromady mokrych, brunatnych kapeluszy. Radość wzrasta jeszcze, kiedy okazują się zdrowe; wtedy nawet wieczorny ból w plecach od schylania się po nie sprawia masochistyczną przyjemność. Żeby dać wyobrażenie o urodzaju wspomnę, że zaledwie cztery grzybobrania (dzień po dniu) zaowocowały aż 38 słoikami marynowanego podgrzybka!

Nastąpił również pojaw maślaka sitarza. Młode, malutkie okazy tego grzyba porastają całymi dziesiątkami (a bywa, że i setkami) leśne ścieżki oraz dołki – nic, tylko padać przed nimi na kolana, i zbierać. Chociaż z mojego doświadczenia wynika, że gatunek ten jest diabelnie wprost podatny na zarobaczenie, to tym razem na palcach obu rąk zliczyć mogę okazy, które zmuszony byłem odrzucić podczas segregacji.Grzybowe Szaleństwo (2)Innym jadalnym grzybem, którego w tym czasie spotykam co i rusz (nierzadko rosnącego gromadnie), jest muchomor rdzawo brązowy. Niestety, okazy o w pełni rozwiniętym kapeluszu prawie zawsze są zarobaczone. Ponieważ jednak nie jest to wybitnie smaczny grzyb, a pojaw tych szlachetniejszych jest oszałamiający, nie ma co lać nad nim łez – prawdopodobnie i tak nie chciałoby mi się po niego schylać.

W lesie nie zawsze trzymam się miejsc dobrze mi znanych i sprawdzonych; czasami lubię zawieruszyć się trochę i odkrywać nowe. Pilnuję tylko, żeby być na tyle blisko szosy, by słychać było przejeżdżające nią auta, dzięki czemu zawsze znajdę wyjście. Ostatnio dotarłem w ten sposób do swego rodzaju grzybowego cmentarzyska – miejsca porośniętego olbrzymimi, ale rozkładającymi się już borowikami szlachetnymi. Były to największe okazy, jakie kiedykolwiek widziałem na własne oczy. Żal, że nie udało mi się dotrzeć do nich wcześniej, kiedy były jeszcze zdrowe (chociaż z pewnością także znacznie mniejsze).Grzybowe Szaleństwo (3)Poza grzybami jadalnymi i dobrze mi znanymi, w lesie obrodziło również w gatunki, których nazwy i właściwości pozostają dla mnie tajemnicą. Tym razem skorzystałem z okazji i skrupulatnie obfotografowałem je wszystkie, by wstawić zdjęcia na fora Internetowe i móc dowiedzieć się o nich czegoś więcej od wytrawnych grzybiarzy. Powoli myślę nawet o stworzeniu facebookowego atlasu grzybów występujących w moim miejscu zamieszkania.

W jadalne grzyby obrodziły również brzozowe zagajniki. Pełno w nich muchomorów czerwieniejących, koźlarzy, oraz borowików szlachetnych. Chcąc jednak zebrać w nich to i owo, trzeba wstać rankiem – konkurencja bowiem czuwa.

Obróbka kulinarna tak obfitych zbiorów jest oczywiście bardzo praco- i czasochłonna. Gdyby nie moje ograniczone moce przerobowe, mógłbym włóczyć się po lesie nawet pół dnia, zapewne podwajając urobek. Rodzina jednak, chociaż sama przepada za grzybami, zaczyna już kręcić nosem, że ciągle zajmuję kuchnię gazową, brudzę gary, i ogólnie robię zamieszanie. Ponieważ jednak jestem grzybnięty do potęgi, nie ma na mnie siły. Nie powstrzymają mnie ani oni, ani deszcz, ani nawet dziury w gumiakach.

Muchomor Czerwony

To dość zaskakujące, ale chociaż jestem smakoszem grzybów od wielu lat, zazwyczaj pierwszym skojarzeniem, które wywołuje u mnie słowo grzyb, jest nie smakowity borowik czy podgrzybek, ale trujący muchomor czerwony (Amanita muscaria). Dzieje się tak zapewne dlatego, iż jest to gatunek wyjątkowej urody, i (właśnie z uwagi na swą intensywną kolorystykę) jako jedyny wzbudzał moje zainteresowanie już w okresie dzieciństwa. Jak okazało się już w dorosłym życiu – słusznie.

Rozwiejmy od razu pewien mit: muchomor czerwony nie jest tak toksyczny, jak powszechnie się mniema. Dawka śmiertelna dla dorosłego człowieka wynosi około 15 średnich rozmiarów kapeluszy, podczas gdy w przypadku muchomora zielonawego (sromotnikowego) wystarczy spożycie zaledwie jednego takiego okazu. Muchomor czerwony jest również łatwo rozpoznawalny, muchomor zielonawy bywa zaś mylony choćby z gąską zielonką czy pieczarką. Na miano zabójcy grzybiarzy w pełni zasługuje więc tylko ten drugi (i równie trujące, ale rzadkie: muchomor wiosenny oraz muchomor jadowity).Muchomor Czerwony (1)Muchomor czerwony zawiera trzy substancje toksyczne. Pierwsza z nich, muskaryna, występuje w ilości zbyt małej (stanowi około 0,0002% masy grzyba), by spowodować zatrucie. Druga to kwas ibotenowy, którego amanita muscaria zawiera znacznie więcej, bo już powyżej 0,03%; to właśnie ta substancja odpowiada za ostre zatrucia układu pokarmowego. Obróbka termiczna (suszenie) sprawia jednak, że kwas ibotenowy ulega przekształceniu w muscymol – substancje psychoaktywną.

Niektóre prymitywne grupy etniczne spożywały muchomora czerwonego w celu wywołania transu oraz wzmocnienia doświadczeń religijnych. Jedne z najstarszych przekazów odnoszących się do rytualnego stosowania tego grzyba znaleźć można na Syberii. Są to datowane na około 1000 lat p.n.e. rysunki skalne przedstawiające humanoidalne postaci z umieszczonymi nad głowami grzybami. Niektórzy badacze są jednak zdania, że muchomory czerwone używane były w celach religijnych już na 8 tysięcy lat przed naszą erą.Muchomor Czerwony (2)Niestety, są wśród nas żądni wrażeń śmiałkowie, którzy spożywają muchomory czerwone w celu wywołania odurzenia narkotycznego. Z relacji, które tacy eksperymentatorzy zamieszczają w Internecie płynie jednoznaczny wniosek, iż ryzykować nie warto. Najczęstszymi objawami takiego zatrucia są bowiem nie tylko halucynacje wzrokowe (w tym wyostrzenie kolorów), ale i utrata poczucia rzeczywistości oraz tożsamości, zawroty głowy, uderzenia gorąca i paniczne przerażenie. Dużo rzadziej pojawiają się omamy słuchowe, zaburzenia orientacji w przestrzeni, oraz synestezja (pomieszanie zmysłów). Między bajki należy więc włożyć opinie, jakoby zażywanie tego grzyba (oraz innych grzybów halucynogennych) mogło pomagać w rozwijaniu świadomości. Jest wręcz przeciwnie – zażywanie substancji psychoaktywnych często prowadzi do rozwoju psychoz, skąd droga wiedzie nie ku oświeceniu i poznaniu istoty rzeczy, a prosto do zakładu psychiatrycznego. Albo – co jednak ma miejsce dość rzadko – na cmentarz.

Ciekawa jest również geneza polskiej nazwy muchomora. W dawnych czasach był on używany do trucia much (much-umór – muchomor); sporządzano miksturę z mleka, cukru i poszatkowanego grzyba, a owady zażywały go i popadały w stan odrętwienia, po czym były zbierane i utylizowane. Nazwa łacińska – Amanita muscaria – powstała zaś w czasie, kiedy błędnie uważano muskarynę za główną substancje toksyczną w tym gatunku. Skoro jesteśmy przy ciekawostkach, warto również wyjaśnić ”łaciatość” muchomora. Otóż, w początkowej fazie rozwoju owocnik grzyba otacza biała osłonka, która w trakcie jego rozrostu ulega rozerwaniu. Białe kropeczki na powierzchni kapelusza to właśnie jej szczątki.Muchomor Czerwony (3)Jak widać, najlepiej ograniczyć się do czerpania radości z walorów wizualnych muchomora czerwonego. Stanowi bowiem najpiękniejszą naturalną ozdobę naszych lasów. Ponieważ okazy wyrastają gromadnie, i na tle leśnego poszycia prezentują się jak namalowane, spacer wśród nich zawsze jest doświadczeniem nieco surrealistycznym. A znam miejsce – pewien zagajnik – gdzie rosną setkami.