Archiwa tagu: grzyby

Grzybowo

Ostatnimi czasy w moim życiu dzieje się tak wiele (dobrego), że trudno było mi znaleźć czas i siłę na wypad do lasu. Kiedy ostatni raz byłem na grzybach? Dwa tygodnie temu! Słabo, a nawet bardzo słabo, zważywszy na to, że poprzedniego roku w sezonie grzybowym odwiedzałem las niemal codziennie. Ale ten wypad sprzed 14 dni był naprawdę udany: uzbierałem masę podgrzybków i trochę opieniek. Wszystko poszło w marynatę. Niestety, już pierwszy tydzień rozkoszowania się grzybkami dzień w dzień, przy prawie każdym posiłku, uszczuplił moje zapasy niemal do cna. Cóż poradzić; łasuchy tak mają.

Na szczęście ostatnia sobota września okazała się pięknym, słonecznym dniem, a ja miałem już z głowy kilka bardzo absorbujących mnie ostatnio spraw. Od chwili przebudzenia wiedziałem, że pora ”wyskoczyć w krzaki”. Tym bardziej, że dwa z czterech ostatnich poranków zaskoczyły mnie przymrozkiem – co oznaczało, że to prawdopodobnie ostatni dzwonek na zbiór większej ilości podgrzybków. Miałem także nadzieję zebrać płachetkę kołpakowatą – ponoć bardzo smaczny grzyb, który zidentyfikowałem dopiero w ubiegłym roku. Gdy odwiedziłem jego stanowiska dwa tygodnie temu, były jeszcze puste. Żywiłem nadzieję, że nie uprzedzili mnie inni grzybiarze, ani łakome robaki.Grzybowo (1)Gdy wyściubiłem wścibskiego nosa poza drzwi domu, okazało się, że wcale nie jest tak ciepło, jak można by się tego spodziewać podziwiając bezchmurne niebo za oknem. Ubrałem kurtkę, wziąłem wiaderko (potężne, bo 14-litrowe) oraz nożyk-tępak, i ruszyłem w drogę. Autem – podrzucił mnie brat.

Grzybów w lesie – jak mrówek w mrowisku. Z tym, że większość z nich niejadalna – królują niejadalne mleczaje, krowiaki podwinięte, oraz gołąbki. Podgrzybków sporo, ale gros z nich nie pierwszej już i nie drugiej nawet świeżości, tak, że we wiaderku lądował mniej więcej co drugi okaz, a nawet wśród nich znajdowały się prawdziwe suszki. Gdybym zjawił się tam tydzień wcześniej, obłowiłbym się co nie miara. Szkoda.

Bardzo dobrze zbiera się grzyby we wrześniu, kiedy ściółka nie jest jeszcze upstrzona – bardzo swoją drogą urodziwą – kolorową mozaiką zwiędłych liści. Brunatne kapelusze wyróżniają się na tle zieleni mchu i oko wychwytuje je z łatwością. Jeszcze lepiej, kiedy połyskują w promieniach słońca, mokre od rosy lub deszczu. Tym jednak razem, z uwagi na porę, najbardziej rzucały się w oczy śnieżnobiałe kupki pleśni, które w poprzednim życiu były dorodnymi podgrzybkami.

Odwiedziny kołpakowych miejscówek skończyły się nielichym rozczarowaniem – niemal wszystkie okazy (dość już wyrosłe) były podziurawione jak sito od konsumujących je robaków, inne – zapleśniałe. Kilka małych sztuk – konkretnie pięć – udało mi się jednak upolować; ledwie wychylały swe łebki spod ziemi. Słyszałem, że to jeden z najlepszych grzybów do marynaty. Dla wielu osób z pewnością zabrzmi to obłędnie, ale ugotowałem je osobno i zamarynowałem w oddzielnym słoiczku. A co!

Nieco dalej, w innym jeszcze miejscu, utrafiłem kilka dorodnych koźlarzy (przez poprzednie lata był to w mojej okolicy najpospolitszy grzyb, w tym roku zebrałem ich mniej niż 20 sztuk), a nawet maślaka pstrego (dużego i zdrowego). Po borowikach, niestety, ani śladu – w tym roku zaszczyciły moje podniebienie tylko jeden raz.

Przed grzybiarzami jeszcze cały październik. Liczę na pojaw podgrzybka zajączka, maślaka pstrego, borowików, koźlarzy i, oczywiście, opieniek. Może uda mi się nawet dorwać boczniaka ostrygowatego w stadium rozwoju odpowiednim do konsumpcji – znam miejsce, gdzie rokrocznie pojawia się jego pokaźna kolonia, ale zawsze odwiedzam ją za późno, gdy grzyb jest już stary i łykowaty.

Reklamy

III

Chciałem zacząć stwierdzeniem, że człowiek to jednak świnia, ale w porę zorientowałem się, że: po pierwsze, nie należy uogólniać; po drugie, świnia morusa się w gnojówce nie dlatego, że lubi być brudna, ale dlatego, że nie poci się i w ten sposób reguluje temperaturę swego ciała. Wychodzi na to, że niektórzy ludzie po prostu są brudasami.

Lasy w moim miejscu zamieszkania z roku na rok są zaśmiecone coraz bardziej. Mimo, że tutejsi mieszkańcy płacą obowiązkowe składki za wywóz odpadów, a śmieciarka raz w miesiącu podjeżdża pod ich dom, niektórzy z nich zamiast oddać jej swój syf wolą samodzielnie załadować go na przyczepkę i wyrzucić w lesie. Gdzie tu logika? Dlaczego utrudniają sobie życie i brukają łono natury? Jedyne wytłumaczenie które przychodzi mi do głowy, jest właśnie takie, że niektórzy z nich po prostu uwielbiają robić bajzel, i cieszą się na myśl o tym, że zrobili coś perfidnego i nielegalnego; że syf – to ich żywioł. Gdyby było inaczej, to szukając w lesie pieprznika jadalnego (kurka), nie znajdowałbym niejadalnego pierdolnika.

Podczas II wojny światowej w okolicznych lasach chowali się partyzanci – pozostawili po sobie okopy (głównie niewielkie doły zdolne pomieścić jedną lub dwie osoby, ale zdarzają się i większe). Nawet w tych miejscach – w dołach, które dzielni walczący za ojczyznę żołnierze wykopywali z mozołem i trudem, ryjąc saperkami w przerośniętej korzeniami ziemi – nawet do nich flejtuchy wrzucają plastikowe worki wypełnione śmieciami. I co tu dodawać, jak widok mówi sam za siebie, i woła o pomstę do głuchego jak pień nieba, i jeszcze bardziej głuchych ludzi?

Na szczęście leśne drogi są pełne głębokich dołów i nieregularności, których nie sposób pokonać samochodem, toteż ludzie śmiecą zazwyczaj tuż przy wjeździe, na poboczach. Nie licząc pojedynczych śmieci – głównie puszek po piwie i plastikowych butelek po napojach – bezdroża są czyste; jak widać, nawet bałaganiarstwo ma swoje granice, i nikt nie jest na tyle perfidny, by taszczyć worki ze swoim brudem w głąb lasu.III (1)Choć zbieram grzyby od dobrych 15 lat, dopiero od 3 czy 4 namiętnie uczę się rozpoznawać poszczególne ich gatunki. Wcześniej skupiałem się tylko na walorach kulinarnych najpospolitszych z nich, nie doceniając ich niezwykłej różnorodności. Największą zasługę w mojej mykologicznej edukacji miał nie bezpośredni kontakt z bardziej doświadczonymi zbieraczami, nie atlasy, ale Internet.

Nie jestem wyjątkiem – grzybiarskie fora dyskusyjne (chociażby te na facebooku) są oblegane przez żądnych wiedzy zbieraczy. Wystarczy wstawić dobre jakościowo zdjęcie okazu (i czasami opisać drzewa, wśród których rósł) by grono wytrawnych zbieraczy (czasami trafi się wśród nich fachowy grzyboznawca) dokonali jego prawidłowego oznaczenia. Polacy poza kurkami, borowikami, koźlarzami i maślakami coraz chętniej zbierają więc gatunki wcześniej tak mało popularne, jak: muchomor czerwieniejący, żółciak siarkowy, czy płachetka kołpakowata. Z pewnością ci, którzy są zrzeszeni w tego typu wirtualnych społecznościach, łatwiej unikną ewentualnego zatrucia grzybami; kto wie, jak wiele żyć uratowała wiedza pomocnych forumowiczów?

Ale niedostateczna wiedza mykologiczna grzybiarza może zaszkodzić nie tylko jemu (i jego rodzinie), ale i samej naturze. W chwili, gdy piszę te słowa, na czerwonej liście roślin i grzybów Polski znajduje się aż 963 gatunków grzybów wielkoowocnikowych wymarłych, zaginionych, wymierających, zagrożonych wyginięciem, rzadkich i tych o niejasnym statusie zagrożenia. Gatunków na skraju wymarcia jest aż 425. Niektóre z tych grzybów są jadalne, i zapewne chętnie spożywane przez niedoinformowanych (albo nazbyt łakomych) grzybiarzy. Sam zbierałem kiedyś podgrzybka tęgoskórowego – rzadki smaczny grzyb pasożytujący na trującym tęgoskórze cytrynowym. Na szczęście wciąż pojawia się na swoim stanowisku równie licznie, co kiedyś – teraz pożeram go tylko pełnym podziwu wzrokiem.

Na szczęście najsmaczniejsze grzyby jadalne w szczycie sezonu występują bardzo powszechnie; zebrałem dzisiaj dwa wiadra grzybów: podgrzybka brunatnego i maślaka zwyczajnego. Wieczorem wszystkie wylądują w marynacie, a rano na talerzu.

Z szacunku dla planety i innych form życia powstrzymuję się nie tylko od jedzenia rzadkich grzybów, ale i zwierząt. Nie jestem jednak typowym, ani tym bardziej stereotypowym wegetarianinem. Po pierwsze, nie poddaję mięsożerców jakiejkolwiek formie eko-terroryzmu – nie staram się na siłę w żaden sposób uświadamiać ich o szkodliwości mięsnej diety. Wielu wegetarian powie, że jestem niekonsekwentny, ja jednak wychodzę z założenia, że każdemu wolno postępować zgodnie z jego sumieniem (w granicach prawa oczywiście), i jeśli ktoś woli parówkę zamiast soi, to nic mi do tego.

Po drugie, nienawidzę warzyw i owoców – po prostu nie cierpię ich konsystencji i smaku. W postaci nieprzetworzonej zjem tylko sałatę masłową. Pomidora jadłem ostatni raz w wieku pewnie 4 lat, rzodkiewki zapewne nigdy. Podstawę mojej diety stanowi nabiał – sery i jajka – reszta to właściwie same słone przekąski i słodycze. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to wysoce niehigieniczny sposób odżywiania się, ale nic na to nie poradzę – ten typ tak ma. Córka Warrena Buffeta, jednego z najbogatszych ludzi świata, twierdzi, że jego typowy zestaw śniadaniowy to słone orzeszki i cola, oraz że nigdy nie widziała go pijącego wodę. Cóż, gdybym i ja był biznesmenem (i to tej samej klasy oczywiście), z pewnością jadalibyśmy wspólne posiłki.

Mięsożercy są wobec mnie znacznie mniej tolerancyjni – choć muszę przyznać, że ich uszczypliwość przybiera czasami zabawne formy. Choć nie jem mięsa od 9 lat, prawie nie ma dnia, żeby brat (rasowy mięsożerca) nie zaproponował mi zjedzenia parówki. Jest to z jego strony oczywiście żart, i przyznam, że choć słyszałem go około 2 tysięcy razy, bawi również mnie. Uśmiech na mojej twarzy wywołuje również komiks, na którym kurczak idzie skumplować się z szefami MacDonaldsa i KFC bo uważa, że nawet to jest lepsze od zadawania się z popapranymi wegetarianami.

Dobrze się pośmiać, chociażby po to, żeby nie płakać. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że ludzkość pożera matkę Ziemię, że zjada na niej zęby, i że za kilkaset zostanie sam na sam ze swoją szczerbatością, i jałowym, ociekającym olejem palmowym ogryzkiem.

Liczba ludności wzrasta (już teraz jest nas 7 miliardów), wzrastają wiec również potrzeby żywieniowe. Obecnie na świecie hoduje się około 22 miliardów zwierząt, przeznaczając na ich utrzymanie 1/3 światowej produkcji zbóż. Poza tym, że zwierzęta te przebywają w koszmarnych warunkach, ich hodowla jest nie ekologiczna a ubój niehumanitarny, dla szybszego przybrania na wadze są szprycowane antybiotykami (Najwyższa Izba Kontroli przyznaje, że nie może zagwarantować, iż mięso takie jest bezpieczne dla zdrowia). Konsument otrzymuje więc produkt niskiej jakości i naszpikowany chemią. Nawet gdybym nie miał oporów moralnych przed jedzeniem mięsa, najzwyczajniej w świecie brzydziłbym się tego. Gdyby ktoś chciał czepiać się moich ukochanych chipsów – w większości z nich jest znacznie mniej wszelakich dodatków, a niektóre (np. marka Wiejskie Ziemniaczki) nie zawierają ich wcale.

Pal Karlsen – ”Biografia Prawdziwka”

Pal Karlsen - ''Biografia Prawdziwka''Założę się, że trudno znaleźć w Polsce grzybiarza, który ceniłby jakikolwiek jadalny gatunek grzyba wyżej, niż prawdziwka. Smaczne są kurki, podgrzybki, koźlarze, opieńki, oraz cała moc innych, nieco mniej popularnych na stołach gatunków, ale wyżej kapelusza prawdziwkowi nie podskoczą. Po prostu nie. W większości grzybolubnych krajów sytuacja przedstawia się podobnie. W czym tkwi fenomen prawdziwka? Dlaczego to właśnie on podbił serca grzybowych smakoszy? Jak wyglądała jego droga na kulinarny szczyt? Na te pytania – i wiele innych – stara się odpowiedzieć Pal Karslen, wieloletni bliski przyjaciel jego królewskiej mości i smakowitości – borowika!

Wiele miejsca Autor poświęca analizie sytuacji borowika na rynku – zarówno na światowym, jak i na rynkach małych, lokalnych. W Polsce, we Włoszech, w Chinach jak i w Ameryce (oraz zapewne w wielu innych krajach, jak świat długi i szeroki) znaleźć można ludzi, dla których zbiory borowika i handel nim stanowią cenne dodatkowe źródło dochodu. Stanowią oni pierwsze ogniwo w łańcuchu produkcji przemysłowej wyrobów z prawdziwka – suszu, mrożonek, marynat, itd. Czytelnik odwiedza wraz z Autorem także sortownie surowca, magazyny gdzie jest przechowywany, oraz przygląda się fascynującym statystykom związanym z jego zbiorem i obrotem handlowym.

Biografia prawdziwka nie jest suchą pracą naukową – to dzieło okraszone humorem i wigorem, po których od razu poznać można w Autorze prawdziwego zapaleńca. To właśnie ktoś, co do kogo można się założyć, że – gdy nikt nie patrzy – przystawia ucho do ziemi i nasłuchuje rosnących grzybów; ktoś, kto chodząc z kimś na grzybobrania gotów byłby zabierać ze sobą łuk, żeby upolować grzybka przed towarzyszem. Oczywiście przesadzam, ale wiecie, o co mi chodzi – to po prostu facet, który grzybobrania ma we krwi, i w którego książce czuć to w każdym jednym zdaniu.

Ale nie tylko w interesującej, dobrze przyprawionej dowcipem treści leży siła Biografii prawdziwka – książka zawiera masę kolorowych zdjęć oraz ilustracji (znajdują się niemal na każdej stronie). Czytelnik ma okazję ujrzeć na nich ów urodziwy, smakowity kąsek w wielu różnych formach i miejscach, w których okresowo staje się niemal pępkiem świata. Na mnie największe wrażenie wywarły fotografie przedstawiające hale produkcyjne zastawione masą worków z borowikowym suszem, chińskie targi, oraz, naturalnie, apetyczne potrawy z użyciem prawdziwka.

W Biografii prawdziwka nie brak również – a jakżeby inaczej! – polskich akcentów, które są zresztą bardzo liczne i kolorowe. Autor odwiedził nasz kraj, i uczestniczył na jego terenie w bardzo udanych grzybobraniach. Poznał też osobiście pana Wiesława Kamińskiego – założyciela strony internetowej NaGrzyby.pl, mykologicznego guru ogromnej rzeszy rodzimych grzybiarzy i organizatora turnusu Wielkie Wrześniowe Grzybobranie w Zawiatach (termin mykoturystyka pasuje tu jak ulał!). Gościł także na tradycyjnej polskiej wigilii, podczas której borowik piastował należne mu honorowe miejsce na stole. Autor był bardzo mile zaskoczony tym, jak mocno prawdziwek zakorzeniony jest w polskiej kulturze i tradycji kulinarnej.

Rzecz jasna, Pal Karlsen to nie tylko nałogowy zbieracz grzybów – to także ich wyrafinowany smakosz! Ostatnia część książki zawiera przepisy kulinarne z użyciem prawdziwka. Są tam zarówno receptury na dania tradycyjne dla kuchni polskiej, potrawy nieco orientalne, jak i deserowe osobliwości, takie jak… borowikowe lody albo cappuccino. Przyznam, że nie wszystkich z nich gotów byłbym spróbować, ale większa część aż prosi się o zastosowanie (czekam tylko na pojaw borowików).

Choć to właśnie borowik jest bohaterem książki, Karlsen poświęca nieco uwagi także innym gatunkom, jak i królestwu grzybów w ogóle. Opowiada o zawiłościach ich naukowej klasyfikacji, o tym, jak przez całe stulecia ich istnienie było lekceważone przez poważnych badaczy (znamienny jest pod tym względem przykład Linneusza), i jak niektóre społeczności konsekwentnie odmawiały im miejsca na stole. Tematów jest zresztą znacznie więcej, i z pewnością każdy czytelnik dowie się wielu zaskakujących rzeczy!

Wielu grzybiarzy ma bliskich, którzy kompletnie nie rozumieją ich grzybiarskiej pasji – emocji jakie wywołuje znalezienie grzyba, odprężenia płynącego z obcowania z naturą, a bywa, że nawet rozkoszy jedzenia grzybowych przysmaków (bo – trudno nam w to uwierzyć – grzyby nie wszyscy lubią; niektórym wydają się wręcz obrzydliwe już chociażby przez ich oślizgłość). Książka Pala Karlsena ma szansę otworzyć im oczy na piękno leśnych poszukiwań.

Samym grzybiarzom lektura sprawi zaś tyle radości, ile kosz pełen pierwszej jakości prawdziwków. Czytałem ją z wypiekami na twarzy i jestem niezwykle rad, że po całych dekadach nieoficjalnego, pełnego kaprysów królowania prawdziwka w lasach i na stołach, nareszcie doczekał się on należytego ukoronowania. Tylko niechby się wreszcie pojawił – korona z kapelusza może mu nie spadnie!

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Znak

Klęska Posuchy

Ostatni tydzień lipca rozpieszczał mnie pojawem muchomorów czerwieniejących. Każdą półgodzinną wyprawę w ulubione krzaki kończyłem z całym wiaderkiem tych smacznych grzybów. Niestety, inne zwykle występujące tam gatunki okazały się albo nieobecne, albo obecne w ilości minimalnej; trafiłem tylko na dwa zdrowe prawdziwki i jednego podgrzybka złotoporego. Po koźlarzach (w poprzednich latach ich pojaw był ogromny) wszelki ślad zaginął. Cóż – być może jest to związane z przeprowadzoną tam wycinką drzew.

Pierwsze półtora tygodnia sierpnia było upalne (w Mazowieckim temperatura po południu rzadko schodziła poniżej 30 stopni) i bezdeszczowe, co przełożyło się na kompletną grzybowa posuchę. Spacery po ulubionych krzakach niezmiennie kończyły się powrotem do domu z pustym wiadrem; jakby mało było tego, że we własnej skórze było mi za gorąco, nie wspominając już o koszulce, przechodząc pomiędzy drzewami niechybnie przyodziałem się w dziesiątki pajęczyn (wraz z ich ośmionogimi lokatorami, rzecz jasna). Cóż było robić; pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na porządne opady deszczu.Klęska Posuchy (1)Lunęło dopiero 10 sierpnia. Nie tak mocno, jak się tego spodziewałem – i jak pozwalały mieć nadzieję prognozy pogody – ale dobre i to. Burze, o których trąbiono wszem i wobec we wszystkich mediach, ledwie zahaczyły nas basowymi pomrukami i ponurymi, ciemnymi chmurami. Dwa dni potem niebo było już nieskazitelnie błękitne; powróciło słońce i ciepło. Choć wiedziałem, że nim grzybnia zacznie owocować po tak intensywnej suszy minie dobry tydzień, pozwoliłem nogom ponieść się w krzaki.

Tak jak można się tego spodziewać, nie znalazłem ani jednego grzyba. Nic – nawet pojedynczego trujaka (już w lipcu powinny pojawić się toksyczne krowiaki podwinięte). Fajnie jednak było przejść się wreszcie po ulubionych miejscach nie wylewając z siebie hektolitrów potu. Szelest listowia, zapach drzew, szum chłodnego wiaterku w uszach, i widok suchej żółtawej polnej trawy składają się na kompozycję zmysłową znaną każdemu grzybiarzowi i przez każdego grzybiarza cenioną. Obcowanie z naturą, którego dostarczają nam grzybobrania, zwykle wydaje nam się uboczną ich przyjemnością, ale kto wie, może jest wręcz odwrotnie?

Ale nie wszystkim grzybiarzom wiedzie się tak podle, jak mi; zdjęcia zamieszczane na forach prezentują zbiory tak obfite, że można dostać od ich widoku zawrotów głowy. Tu jedna pani zamarynowała już 176 słoiczków kurek, tam pewien facet zebrał 200 sztuk borowików, jeszcze gdzieś ktoś donosi o ilości koźlarzy tak wielkiej, że nie był w stanie ich zebrać… Gatunków grzybów cała moc – borowik szlachetny, maślak zwyczajny, koźlarz (grabowy, topolowy, babka), muchomor czerwieniejący, podgrzybek zajączek, wodnicha późna, siedzuń sosnowy (dwa ostatnie gatunki u mnie niestety nie występują). O gatunkach bardziej egzotycznych (i niejadalnych, ale rzadkich) nawet nie wspominam. Gdybym nie znał już trochę grzybiarskiej społeczności, pomyślałbym, że to zdjęcia z ubiegłych lat. Można tylko pozazdrościć. O, Wielki Borowiku – pojaw się innym, a i o mnie nie zapomnij.

Zagajniki zagajnikami, ale co z lasem? Nie wiem, czy jest to reguła obowiązująca gdziekolwiek indziej, ale w moich okolicach, jeśli grzybów brak w zagajnikach, tym bardziej nie ma ich w lesie, toteż nawet tam nie zaglądam. Na szczęście wrzesień już tuż-tuż, a on nigdy mnie nie zawiódł. Z utęsknieniem czekam na coroczny, ogromny pojaw podgrzybka brunatnego.

Zobaczymy, jak to dalej będzie. Prognozy pogody na najbliższy tydzień nie pozostawiają raczej większych nadziei na obfite zbiory w województwie Mazowieckim; wygląda zresztą na to, że cały sierpień będzie suchy i upalny.

Muchomorowo

Już od maja przynajmniej raz na dwa tygodnie odwiedzałem swoje ulubione zagajniki w poszukiwaniu grzybów. Pogoda – wysokie temperatury na przemian z ulewnymi deszczami – wydawała się sprzyjać ich pojawowi (tak, pisze się ”pojawowi” a nie ”wysypowi”), ale za każdym razem na miejscu witała mnie całkowita posucha. Całkowita; nie znalazłem przez ten czas nawet jednego okazu gatunku niejadalnego, trującego bądź takiego, którego nie zdążyłem jeszcze oznaczyć. Przyznam, że nie nastrajało mnie to optymizmem. Ale wiedziałem, że w niektórych rejonach kraju nad Wisłą grzybiarze mają powody do zadowolenia. Internetowe fora grzybowe zaczęły odżywać po okresie zimowym – zrobiło się na nich kolorowo od zdjęć żółciaka siarkowego, żagwi łuskowatej, a w czerwcu także koźlarzy i borowików. Oglądając zdjęcia zbiorów z trudem mogłem uwierzyć, że mieszkamy w jednym i tym samym Państwie.

W czerwcu spędziłem w lesie kilkaset godzin na zarobkowym zbieraniu jagód. I tam, pomimo, że przeszedłem solidny kawał lasu, nie natrafiłem na żadnego grzyba aż do końca miesiąca. Dopiero wtedy napotkałem 3 muchomory rdzawobrązowe (jadalne, ale bardzo kruche i zbierane przeze mnie rzadko), oraz czerwonej barwy gołąbka. Niestety, na tym koniec; z kolejnych (coraz częstszych) wypadów do zagajnika również wracałem z pustym wiaderkiem.Muchomorowo (1)Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lipca (bardzo późno, bo w ubiegłym roku począwszy od połowy czerwca, miejsce to prawie codziennie zapewniało mi śniadanie). To wtedy, tuż po trwających dobry tydzień ulewach znalazłem tam 2 koźlarze grabowe oraz kilka muchomorów czerwieniejących. Po przebraniu ilość okazała się wystarczająca na skromny posiłek, toteż wszystkie wylądowały na patelni. Apetyt, jak można się tego domyślać, zamiast zostać zaspokojonym, został zaostrzony.

Tydzień później odwiedziłem zagajnik ponownie. Tym razem zastałem w nim moc muchomorów czerwieniejących. Zbieram je dopiero od roku – wcześniej miałem je (podobnie jak większość grzybiarzy) za trujące i zostawiałem je w spokoju; żal myśleć, jak wiele smacznych posiłków z nich ominęło mnie przez wszystkie te lata z uwagi na niewiedzę. Niestety, amanita rubescens to gatunek bardzo podatny na zaczerwienie, i zazwyczaj rzadko który okaz okazuje się zdrowy. Z moich zbiorów (niemal całe 7 litrowe wiaderko) ostało się grzybków na zaledwie pół litra marynaty.Muchomorowo (2)Kolejne dni zaowocowały jeszcze obfitszymi zbiorami muchomora czerwieniejącego. Ostatniego dnia lipca, dzień po ulewnym deszczu, wybrałem się na godzinny spacer po chaszczach i zebrałem całe 10 litrowe wiaderko tych grzybów. Tym razem blisko połowa z nich okazała się, że tak powiem, zdrowa jak ryba; wszystkie wylądowały w marynacie octowej z cebulką, listkiem laurowym i gorczycą. Ten sposób obróbki kulinarnej muchomora czerwieniejącego jest moim ulubionym – świetnie nadaje się na dodatek do kanapek. Szczególnie smaczne są najmniejsze okazy, całe, zamknięte jeszcze kapelusze. Mają kruchą konsystencję, podczas gdy duże ”parasole” są nieco mięsiste. Wśród ich amatorów nie brakuje osób, które wolą je dusić w śmietanie z dodatkiem cebulki (mi w tej formie niezbyt przypadły do gustu).

Kiedy zacząłem zbierać amanita rubescens w poprzednim roku, rodzina odwodziła mnie od jedzenia tego gatunku krzykiem. Tak jak się tego spodziewałem, po przekonaniu się, że nie zapłacę za jego jedzenie zdrowiem, ich opór opadł. Nadal jednak nie ma wśród nich chętnych na skosztowanie muchomora, i nadal patrzą się na mnie niepewnym wzrokiem, gdy zajadam się nim. Cóż; nie wiedzą, co tracą.

Poszedłbym na Grzyby

Nie ukrywam, że koniec poprzedniego sezonu grzybowego przyjąłem z pewną ulgą. Był niezwykle urodzajny (co oczywiście ogromnie mnie cieszy), ale świadomość, że las pełen jest grzybów, nie pozwalała mi odpocząć od zbierania ich, i gdyby nie to, że pojaw dobiegł końca, pewnie padłbym w głębi lasu ze zmęczenia, i dopiero w następnym sezonie jakiś poszukiwacz borowików znalazłby mój zamszony szkielet. Od jakiegoś miesiąca brak grzybobrań daje mi się jednak we znaki: brak mi obcowania z naturą, i emocji towarzyszących poszukiwaniu i znajdowaniu tychże smakołyków.Poszedłbym na Grzyby (1)Jeszcze w grudniu pobrzmiewały w Polsce doniesienia o pojawie… kurek. Był to jednak chwilowy kaprys Matki Natury – grzybki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, przegnane przez mróz. Grzybiarzom pozostało więc poszukiwanie grzybów zimnolubnych, jak chociażby płomiennica zimowa. Niestety, w mojej okolicy znaleźć jej nie sposób. Kiedyś widziałem bardzo pokaźną kolonię tego gatunku na pewnym drzewie, ale myślałem, że jest to trujak, i nie poświęciłem jej należytej uwagi. Gdy już udało mi się go prawidłowo oznaczyć, i wróciłem w to miejsce, okazało się, że bobry ścięły drzewo i o grzybkach mogę zapomnieć.

Prawie każdej nocy śni mi się, że jestem na grzybobraniu. W snach tych lasy są tak przepełnione grzybami, że wystarczy schylić się by zerwać całe ich naręcze. Kiedyś śniły mi się też prawdziwki wielkości drzew; to jednak jeszcze nic. Koronnym dowodem mojej ”grzybofilii” niech będzie fakt, że pewnej nocy miałem nawet majak o jedzeniu marynowanego muchomora zielonawego (sromotnikowego)!

W poprzednim sezonie rozwinąłem się nie tylko jako smakosz (spróbowałem po raz pierwszy w życiu m. in. muchomora czerwieniejącego oraz purchawki chropowatej): zacząłem również fotografować grzyby, by sporządzić atlas gatunków występujących w mojej okolicy. Wykonałem w tym celu ponad tysiąc zdjęć (oczywiście do swojego projektu wybrałem tylko kilkadziesiąt najlepszych). W tym roku zamierzam oddawać się fotografowaniu kapeluszowych ślicznotek z jeszcze większa pasją.

No, dobra: nie tylko sama pasja zbierania sprawia, że chciałbym ruszyć na łowy. Z zapasów marynowanych grzybów, które posiadałem kończąc sezon (było tego ze 40 słoiczków – dwa razy tyle zjadłem w raz z rodziną wcześniej) zostały mi tylko 3. Nie da się ukryć: łasuch ze mnie. Kiedy byłem o dekadę młodszy, potrafiłem zjadać słoiczek marynowanych podgrzybków na czczo i popijać je Coca-Colą; dziś niestety układ pokarmowy już nie ten, co przed laty, i na takie ekscesy pozwolić sobie nie mogę. Mimo to grzyby i tak mógłbym jeść codziennie.

A grzybowe cymesy w sklepach kosztują, kosztują. W przypadku podgrzybków marynowanych ceny zaczynają się od 11 złotych (grzybki II klasy) i kończą na około 20 (I klasa). Borowiki marynowane pierwszej klasy (marynowane w całości maleństwa, można by rzec: grzybowe noworodki) kosztują aż 39 złotych za słoiczek 350 ml; tańsze (klasa II) kupić można za ok. 13 złotych. Producenci grzybów suszonych również każą sobie za nie słono płacić. Grzyby jak widać są niemal na wagę złota.

Bardzo ciekawi mnie, jaki będzie nadchodzący sezon. Poprzedni był bodajże najlepszym w całym moim życiu, i z tego, co czytałem, rozpieszczał grzybiarzy w całej Polsce. Tak ogromny pojaw grzybów następuje raz na kilka lat, dzięki korelacji kilku bardzo sprzyjających ich pojawianiu się czynników; tym razem można więc spodziewać się znacznie skromniejszych zbiorów. Na wszelki wypadek lepiej więc wstrzymać się trochę z pałaszowaniem zapasów.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Robert Hofrichter – ”Tajemnicze Życie Grzybów”

Robert Hofrichter - ''Tajemnicze Życie Grzybów''Przyznam, że chociaż zbieram i jem grzyby od dobrych piętnastu lat, przez większość tego czasu niespecjalnie interesowałem się nimi od strony naukowej. Liczyły się dla mnie głównie ich walory kulinarne i wizualne, oraz, naturalnie, radość obcowania z przyrodą podczas grzybobrań. Uległo to zmianie dopiero wówczas, gdy – chcąc nauczyć się oznaczać więcej gatunków – zaangażowałem się w Internetowe grupy zrzeszające grzybiarzy. Doświadczenie udzielających się na nich wytrawnych znawców uświadomiło mi, jak niezwykłe i warte uwagi jest królestwo fungi. W końcu, w tym roku, głód grzybów zrównoważył się z głodem mikologicznej wiedzy. Szczęśliwie, właśnie ukazała się na rynku książka austriackiego biologa Roberta Hofrichtera pt. ”Tajemnicze Życie Grzybów”.

Autor opisuje grzyby jadalne, lecznicze, trujące, żyjące w warunkach ekstremalnych, halucynogenne, cenne rarytasy, gatunki które niegdyś uznawane były za jadalne a z czasem okazały się toksyczne, a nawet… gatunki drapieżne. Przytacza przykłady stosowania grzybów przez dawne (również prymitywne) kultury, objaśnia historie ich klasyfikacji, sposoby ich funkcjonowania oraz gigantyczną rolę jaką pełnią w ekosystemie, a nawet wybiega w przyszłość, snując intrygujące wizje na temat tego, jak wielką rolę mogą jeszcze odegrać chociażby w medycynie czy ekologii. Nie ogranicza się przy tym oczywiście do grzybów wielkoowocnikowych; bierze pod lupę (dosłownie i w przenośni) także gatunki mikroskopijne, oraz porosty. Brak zastosowania kulinarnego tychże uczynił je niewiele mniej ciekawymi od sąsiadujących z nimi łakomych kąsków.

Na kartach książki profesjonalizm naukowca miesza się z czułością przyrodnika oraz ikrą smakosza. Autor jest grzybami wprost urzeczony; fascynuje go ich tajemniczość, cicha wszechobecność, złożoność, związki w jakie wchodzą z roślinami, a także rozmaite osobliwości. Przez poszczególne rozdziały przewijają się również refleksje na temat piękna samej natury i więzi łączącej ją z człowiekiem – więzi, od której człowiek XXI wieku coraz bardziej ucieka w świat miasta i przestrzeni wirtualnej.

Wszyscy fani wiedzy w pigułce będą zachwyceni ”Tajemniczym Życiem Grzybów”, w książce bowiem roi się aż od grzybowych ciekawostek. Dowiemy się z nich m. in. ile waży największa znana kolonia opieńki (600 ton, a przy tym zajmuje powierzchnię ponad 800 hektarów!), jak wiele zarodników wysyła w ciągu sekundy borowik szlachetny (ponad 30 tysięcy!), że od grzybów niemal w mgnieniu oka może zaroić się nawet na pustyni, jeśli tylko spadną nań intensywne deszcze. A co powiecie na grzyba, który inny organizm czyni poddanym mu zombie? Dokonuje tego tropikalny gatunek ophiocordyceps. Zarodnik grzyba najpierw opanowuje mózg mrówki, i zmusza ją do wgryzienia się w liść, po czym zatruwa ją i rozrasta się, karmiąc jej ciałem. W końcu z główki owada wyrasta owocnik ”infekujący” zarodnikami kolejne osobniki. Horror!

Bardzo atrakcyjna jest również sama forma książki. Poszczególne rozdziały podzielone są na krótkie, opatrzone tytułami podrozdziały, co wpływa pozytywnie na przejrzystość zawartych w nich informacji, czyniąc lekturę jeszcze przyjemniejszą.

Tym, czego w książce zdecydowanie zabrakło, są ilustracje. Owszem, czytelnik znajdzie w niej kilka kolorowych stron z fotografiami grzybów, ale jest to ilość zbyt mała w stosunku do ilości tak interesującego materiału. Poza tym, wiele z opisywanych gatunków to gatunki egzotyczne, wizualnie nieznane przeciętnemu grzybiarzowi; konieczność odszukiwania w Internecie fotografii co ciekawszych z nich (a jest ich naprawdę wiele) najzwyczajniej w świecie frustruje.

”Tajemnicze Życie Grzybów” to książka zaskakująca i napisana z niezłym polotem. Z pewnością zainteresuje wszystkich grzybiarzy (zarówno początkujących, jak i tych bardziej zaawansowanych) oraz miłośników natury. A świadomość tego, jak niezwykły cud natury stanowią grzyby, uczyni je jeszcze smaczniejszymi – gwarantuje.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.