Archiwa tagu: rodzina

Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego

Minęły prawie 2 lata, odkąd zakończyłem swoje niemal półroczne leczenie w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, gdzie leczyłem się na depresję. Z podsumowaniem tego okresu swojego życia nosiłem się od dawna, ale dopiero teraz nabrałem w stosunku do niego niezbędnego ku temu dystansu czasowego. Chcę to zrobić dla siebie oraz wszystkich tych, którzy ciekawi są specyfiki życia w szpitalu psychiatrycznym.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (1)Oddział ogólny, na który trafiłem standardowo zaraz po przyjęciu, był miejscem wręcz kipiącym od niemożliwego do wysłowienia cierpienia ludzkiego. Przebywali w nim przede wszystkim pacjenci w stanie psychoz, ostrego załamania nerwowego, oraz demencji, które to choroby często utrudniały im nawiązywanie kontaktów między sobą. Dni mijały im głównie na beznadziejnych spacerach z jednej strony korytarza na drugą, spaniu, oraz nerwowym kopceniu papierosów w palarni. Nieliczni byli w na tyle znośnym stanie, żeby praktykować twórcze metody spędzania czasu.

Chociaż ludzi na tym oddziale poznałem pobieżnie, wielu z nich nie zapomnę do końca życia, jak na przykład szczęśliwej i tryskającej energią A., która owładnięta była obsesją popełnienia samobójstwa. Dziarskiego staruszka znającego klasyków literatury, z którym zdarzyło mi się rozmawiać nocą przy herbacie. Pana A., bojącego się ognia tak panicznie, że gdy jeden z pacjentów bawił się zapalniczką, ten zaczął krzyczeć, żeby schował ją, bo podpali cały świat. Pewnej kobiety z paznokciami poobgryzanymi do żywego mięsa i krwi. Mężczyzny trzęsącego się z nerwów jak galareta, który opowiadał mi, jak zamierzał wbić sobie nóż w serce. B. wpadającego w szał po zatruciu dopalaczami. Młodego chłopaka śpiącego całymi dniami i nocami. Staruszki, którą przyprowadzałem na posiłki do stołówki, jedną ręką idąc z nią pod ramię, a w drugiej trzymając jej pojemnik z moczem odprowadzanym doń metodą cewnikowania. Ubogiego chłopaka chcącego dać mi swoją koszulkę za paczkę chrupek. R., który uparł się, żeby zrobić na oddziale dyskotekę, sporządził w tym celu petycję, i zbierał podpisy, wymuszając go nawet na stuletnim staruszku poruszającym się na wózku inwalidzkim. Choroba psychiczna tli się w mózgach ludzkich niczym węgielek z piekła rodem. Nie oszczędza pięknych ani brzydkich, młodych ani starych, kobiet ani mężczyzn. I jest bezlitosna.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (2)Na oddziale ogólnym spędziłem niewiele ponad tydzień, ponieważ dowiedziałem się od pewnej pacjentki o istnieniu znacznie lepiej funkcjonującego oddziału rehabilitacyjnego i udało mi się wystarać o pobyt tam. Gdyby do tego nie doszło, prawdopodobnie wróciłbym do domu ze szpitala w niewiele lepszym stanie, niż się tam pojawiłem.

Oddział rehabilitacyjny mieścił się w osobnym budynku będącym niegdyś pałacykiem. Warunki w nim panujące były o niebo lepsze niż na oddziale ogólnym i fantastycznie sprzyjały wyzdrowieniu. Poza przestronnymi, grupowymi pokojami dla pacjentów – osobnymi dla kobiet i mężczyzn – były tam szykowne sale terapeutyczne, przepiękna świetlica, korytarz z rzędem ławek po jednej stronie i rzędem szaf po drugiej (każdy pacjent miał swoją prywatną szafę zamykaną na kluczyk), sala ćwiczeń, pokój z wieżą stereo i książkami.

Sprzyjał również wyzdrowieniu fachowy i sympatyczny personel – lekarze, pielęgniarki, Panie terapeutki, pracownicy techniczni. Wszyscy oni znali granice zażyłości z pacjentami i nigdy nie spoufalali się z nimi, ale zawsze służyli pomocą, a jeśli nie mieli akurat nawału pracy, również zwyczajną rozmową.

Wielu pacjentów ma problem z otwarciem się na lekarza, ale ja sam odczuwałem palącą wręcz potrzebę bycia wysłuchanym, i do terapii indywidualnej zawsze podchodziłem z energią. Wreszcie miałem okazję powiedzieć komuś obiektywnemu wszystko to, co tłamsiłem w sobie od tak dawna, bądź z czego zwierzałem się, napotykając jedynie niezrozumienie, obojętność, lub subiektywizm. Pracy z własnymi emocjami uczyłem się jednak stopniowo. Na szczęście mój lekarz prowadzący – kobieta z ponad 25-letnim doświadczeniem – okazał się świetnym specjalistą i przeprowadził mnie przez kolejne etapy pozwalając mi uniknąć straty czasu i poważniejszych potknięć.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (3)Co najmniej równie wielką rolę w moim wyzdrowieniu, co terapia, miał kontakt z pacjentami. Prawie wszyscy z nich chorowali na najbardziej tajemniczą i niesamowitą z chorób – schizofrenię. Schorzenie to objawia się przede wszystkim urojeniami oraz halucynacjami. Zaburzenie poczucia rzeczywistości chorego jest na tyle sugestywne, że często nawet po wyciszeniu objawów lekami nie przyjmuje on do wiadomości tego, że jego niesamowite doświadczenia mają podłoże chorobowe, nie potrafi ich zanegować. Prawie wszyscy pacjenci oddziału rehabilitacyjnego mieli już fazę psychozy (ataku choroby) za sobą, i albo byli świadomi swojej choroby, ale pracowali nad powrotem do formy psychicznej, albo uczyli się krytycyzmu wobec niej przebywając tam niezgodnie z własną wolą.

Czub, psychol, świr, przygłup, wariat – tak często określa się osoby chore psychicznie. To, że powszechne mniemanie o nich jest tak negatywne, wynika z niewiedzy, i, niestety, często zwykłej bezmyślności. Wiele osób które poznałem na oddziale było ludźmi bardzo wykształconymi (kilka nawet po doktoracie), szczerymi, przyjaznymi, inteligentnymi (co najmniej cztery z nich były genialne), kreatywnymi, dowcipnymi, lojalnymi, a i nierzadko obdarzonymi niezwykłym urokiem osobistym. Spędziłem setki godzin na rozmowach z nimi – rozmowach pełnych refleksji, żartów, zwierzeń – i to one w dużej mierze ukształtowały mnie na nowo, nadały mi szlif, pozwoliły przewartościować swoje życie, odbudować zrujnowane poczucie własnej wartości, wytyczyć cele na przyszłość. Bycie świadkiem ich dramatów i tryumfów, poznanie ich historii i stanie się jej częścią było bezcennym i zaszczytnym doświadczeniem, z którego siły czerpię również dziś.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (4)
Ludzie spoza szpitala, którzy zobowiązali się mnie wspierać, i w których pokładałem nadzieję, opuścili mnie – w jednym przypadku oficjalnie i kategorycznie. Z czasem, już po wyjściu, powróciłem do relacji z niektórymi z nich, ale wyraźnie naznaczając granicę naszej zażyłości do zwyczajnego koleżeństwa. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a oni zawiedli właśnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałem. Takich rzeczy się nie zapomina. Jedyną osobą z zewnątrz, która pozostała przy mnie w tym trudnym czasie, była Z. – wtedy przyjaciółka, obecnie moja dziewczyna. Specyficzne położenie życiowe w jakim się znalazłem, oraz jej trudna sytuacja rodzinna zbliżyły nas do siebie i pozwoliły dogłębnie poznać. Miłość ta wykwitła jak kwiat na kamieniu, co najlepiej świadczy o jej szlachetności.

Dzień na oddziale rozpoczynał się o 7 rano, od śniadania, po czym wszyscy pacjenci udawali się na zebranie do świetlicy. Było ono prowadzone przez wybieranego co tydzień głosami społeczności przewodniczącego oraz zespół lekarzy. W trakcie ustalano dyżury przy sprzątaniu (za każdy wypełniony otrzymywano banknot szpitalny na zakupy w sklepiku), zgłaszano wnioski, problemy, itd. Potem były zajęcia terapeutyczne, takie jak psychoedukacja (nauka wiedzy o chorobach psychicznych), psychorysunek (każdy tworzył bohomaz zainspirowany hasłem narzuconym przez terapeutę, po czym dochodziło do grupowej jego interpretacji), psychoterapia (wszyscy chętni pacjenci opowiadali reszcie społeczności i lekarzom o swoim samopoczuciu oraz refleksjach), psychozabawa (zabawy psychoruchowe pozwalające się odstresować i zintegrować). Po nich następował spacer po terenie szpitala z terapeutkami dla wszystkich chętnych pacjentów.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (5)Bliscy pacjentów oddziału rehabilitacyjnego mogli odwiedzać ich w czasie wolnym od zajęć i posiłków. Czas spędzać mogli wtedy na korytarzu-stołówce, na terenie szpitala, bądź poza nim, w przypadku wcześniejszego ustalenia z lekarzem prowadzącym tzw. wyjściówki. Pacjenci, którzy mieli rodziny i znajomych mieszkających w pobliżu, odwiedzani byli nawet kilka razy w tygodniu. Żeby lepiej rozumieli oni położenie chorego, naturę problemu, z jakim się zmaga, raz na miesiąc organizowane były spotkania, na których lekarze dzielili się z nimi swoją wiedzą psychologiczną. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem i z tego, co zaobserwowałem, spełniały swoją rolę. Wsparcie ze strony osób z zewnątrz, w szczególności rodziny, było bardzo ważne dla chorych. Niektórzy z nich całymi dniami żyli w oczekiwaniu na pojawienie się rodziców czy dzieci.

Drewnica to kompleks szpitalny, na który składa się wiele osobnych budynków z rozmaitymi oddziałami. Wszystkie one znajdują się na terenie ogromnego parku – bajecznie pięknego i tchnącego spokojem. Nieopodal jest również las i olbrzymie pole. Całe to połacie pokryte jest siatką szlaków spacerowych, ścieżek, chodników, ulic, którymi podróżując można rozpłynąć się w błogości obcowania z naturą. Pacjenci oddziału rehabilitacyjnego, znajdujący się w lepszej formie psychicznej, dostawali zezwolenie na wyjścia na teren szpitala w każdej porze przed godziną 20, z wyjątkiem czasu posiłków i odbywania zajęć terapeutycznych. Spacery – zarówno samotne, jak i towarzyskie – były bardzo popularną formą spędzania czasu, i sam zrobiłem masę kilometrów praktykując je. Pacjenci mogli również starać się o nawet kilkugodzinną wyjściówkę poza teren szpitala, oraz weekendowe przepustki do domu.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (6)Raz w tygodniu organizowane były wycieczki dla wszystkich pacjentów (z wyjątkiem tych, którzy czuli się źle). Obrotne terapeutki wysyłały różnym organizacjom pisma z prośbą o darmową wejściówkę dla pacjentów oddziału na ich teren, a te na ogół reflektowały, dzięki czemu ponosiliśmy jedynie koszty biletów komunikacji miejskiej. I tak to przebywając w szpitalu poszedłem do kina na ”Spidermana” w 3D, na basen, kręgle, byłem w ZOO, i zwiedziłem chyba wszystkie ciekawsze muzea w Warszawie, wszędzie bawiąc się wyśmienicie – tym lepiej, że byłem tam z bliskimi mi duchem ludźmi.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (7)Złe w szpitalu było tylko jedzenie. Nie dość, że jego jakość była fatalna, to i porcje okazywały się zbyt małe, by zaspokoić czyjkolwiek apetyt. Ja sam, jako wegetarianin, niezłomnie rezygnowałem z mięsa, obdarzając nim swoich kolegów i koleżanki, przez co ciągle chodziłem głodny. Na szczęście w kuchni była lodówka, gdzie pacjenci mogli przechowywać swoje prywatne zapasy, oraz kuchenka gazowa i mikrofalowa, gdzie można było upichcić sobie coś do jedzenia. Jeśli ktoś oczywiście nie miał dwóch lewych rąk do kucharzenia. A ja mam.

Doświadczenie szpitala psychiatrycznego poza tym, że było sprawą życia i śmierci, stanowiło dla mnie również wspaniałą przygodę. Stale przebywałem wśród ludzi, z którymi mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, rozwijałem się emocjonalnie i intelektualnie, byłem świadkiem niezwykłych wydarzeń. Wszystko było tam inne niż poza murami, świeże. Stale byłem pobudzony pragnieniem usłyszenia i zobaczenia jak najwięcej. Każda minuta przynosiła nowe, szlachetne inspiracje, wręcz opływałem w natchnienie, i tworzyłem stosownie do jego ilości i jakości. Obszerne i wyczerpujące zapiski tam prowadzone staną się kiedyś kanwą dla mojej powieści prozą poetyczną.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (8)Z perspektywy czasu sądzę, że podczas swojego pobytu w szpitalu psychiatrycznym osiągnąłem niemal wszystko, co mogłem. Coś jeszcze być może byłbym w stanie zrobić tam dla swojego dobra – jakieś 10 procent więcej – ale i tak opuszczając to miejsce rozpocząłem nowy etap swej egzystencji dostatecznie na nią przygotowany. Uniknąłem także pułapki uczynienia ze swojej terapii stylu życia. Wpadają w nią czasami ludzie nie potrzebujący już leczenia, ale zbyt leniwi, by ruszyć swoje życie do przodu; ludzie chcący zapewnić sobie w oczach swoich oraz bliskich pozory działania właśnie dzięki spotkaniom z terapeutą. Są jak biegacze wiecznie ćwiczący sprint, ale nigdy nie kwapiący się do udziału w maratonie życia. Wiele innych osób oczywiście naprawdę potrzebuje kontynuacji leczenia psychologicznego, i chętnie przekłada nabyte podczas niego doświadczenie na życie codzienne. Ja sam póki co nie odczuwam potrzeby kontynuowania leczenia w poradni, ale jeśli ulegnie to zmianie, z całą pewnością zapiszę się do niej. Na razie regularnie łykam przepisany mi przez psychiatrę lek, i czuję się na ogół dobrze albo bardzo dobrze. Stany obniżenia nastroju towarzyszą mi nieco tylko może częściej, niż przeciętnemu człowiekowi. Zdarza mi się tęsknić wtedy za szpitalem, za tamtymi ludźmi, cieszyć możliwością powrotu do niego w przypadku konieczności. Ale przecież radzę sobie, a moje życie zdaje się wreszcie układać zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Reklamy

Nie Ma Miejsca Jak Dom?

Tak szybko dobiegło końca tych kilka dni poza domem. Kilka dni spędzonych na randkowaniu, seksie, rozmowach, podziwianiu wielkiego i pięknego miasta Wrocław, wreszcie samotnym kontemplowaniu wrażeń w zaciszu hostelowego pokoju. Dni stanowiących rzadkie diamenty w jałowym mule ostatniej dekady mojego życia.

Jeszcze w połowie wyjazdu, kiedy mierzyłem się z gorzką świadomością przymusu powrotu do domu, odczułem nadzieję, że gdy do tego już dojdzie, wszystko będzie inne; że ta szara monotonia zabarwiona będzie kolorowymi emocjami z podróży i impulsami do przemyśleń. Nadzieję, że wspomnienia z pobytu u Z. pozwolą mi jakoś uporać się z przytłaczającym poczuciem powrotu do szarej rzeczywistości. Niestety, tylko potęgują one poczucie tęsknoty, pragnienie wyrwania się stąd w jej objęcia. Wyjazd w stopniu większym niż wszystko inne uświadomił mi wstrząsającą prawdę o moim położeniu życiowym. Jestem jak drzewo, które wyssało już wszystkie życiodajne soki z gleby, i nie może się w niej dalej rozwijać, kwitnąć, owocować. Drzewo, które jest na szczęście jeszcze na tyle młode, że można je przesadzić w żyzne miejsce, nie uśmiercając go przy tym.

W swoim domu rodzinnym – nie licząc okresowych, kilkumiesięcznych pobytów poza nim – spędziłem właściwie całe życie, doświadczając tu wszystkiego, czego mogłem doświadczyć. Od kilku długich lat wszystko to powtarza się beznamiętnie, jak programy telewizyjne w sezonie wakacyjnym, przynosząc coraz mniej wrażeń, coraz bardziej nudząc. Brak podniet intelektualnych i emocjonalnych uwstecznia duchowo, a duchowe uwstecznianie odczłowiecza. Każdego dnia czuję, jak toczy się we mnie ten proces, to mentalne gnicie żywcem. Już dawno temu wybiła godzina, kiedy dla dobra swojego rozwoju powinienem wynieść się stąd i rozpocząć kolejny etap mojej egzystencji, który zwie się dorosłym, samodzielnym życiem. Etap ten zaczniemy wspólnie z moją dziewczyną już za 2 lata, w którym to czasie poddam gruntownemu remontowi jeden z budynków gospodarczych na swoim podwórku, zamieniając go w mieszkanie. Będzie niewielkie, ale przytulne, i tylko nasze. Ona będzie w nim Panią domu, a ja Panem domu. I pobierzemy się. Jeśli oczywiście nasza relacja wytrzyma próbę czasu, w co wierzę, i to nie tylko dlatego, że już dawno doszedłem do wniosku, że w życiu jest sens być wyłącznie optymistą.

Ale, póki co, wciąż jestem tutaj. Szukam w wiecznie przeładowanej lodówce jednego z dwóch tylko moich produktów w niej umieszczonych, słucham wrzasków sklerotycznej babki przeświadczonej o tym, że wszyscy domownicy nie mają życia poza sprawami związanymi z podwórkiem, użeram z zamulającym Internetem, czekam, aż prawie ciągle zajęta łazienka będzie wreszcie wolna, wdycham smród papierosów palonych jeden za drugim przez matkę. Jestem tu, i tylko z książek, twórczych introspekcji, bloga i rozmów z Z. czerpię siły potrzebne mi do życia, a wszystko inne albo wysysa je, albo pozostaje w obojętnym do nich stosunku.

Mam wiele straconego czasu do nadrobienia, ale i teoretycznie drugie tyle przed sobą. I wielki głód wrażeń. I wiarę w to, że jeśli zacznę nowy etap egzystencji, będę mógł żyć za dwóch, pełną piersią. Że jest źle zwyczajnie dlatego, że zaniedbałem swoje życie pozwalając mu stać w miejscu, i że wystarczy ruszyć je do przodu w odpowiednim kierunku, by osiągnąć szczęście. Dwie nogi, dwie ręce, głowę na karku. Miłość i pasje. Czy dam radę? Dam!

Źle Ogrzane Piekło

Są ludzie, którzy gotowi są wywrócić nasze życia do góry nogami i uczynić je wygodnymi samym sobie, sprawić, że będą czuli się w nich dobrze – najczęściej lepiej nawet, niż my sami. Jest to coś tak absurdalnego, jakby przyjść do kogoś w gościnę i popijając herbatkę z filiżanki zastanawiać się, jakie zmiany należy wprowadzić, żeby czuć się tam bardziej swojsko, bardziej jak u siebie. Są to ludzie najgorszego możliwego sortu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia – wszelacy kuzyni, ciocie, i wujkowie-dobra-rada przekonani o tym, że pozjadali wszelkie rozumy, zaś wszyscy poza nimi są zagubieni i powinni wysłuchiwać ich rad z nabożną wręcz czcią. Ludzie Ci – o zapaskudzonych często życiorysach i skrywanych nieudolnie tajemnicach – żeby zapomnieć o swej niedoskonałości, z którą poradzić sobie psychicznie nie byli w stanie, wmówili sobie potencjał architektów cudzych żyć, projektantów szczęścia.

Czasami – rzadko, ale jednak – poznaje się ludzi, którzy pomagają nam zmienić nasze życia zgodnie z naszymi własnymi, często podświadomymi oczekiwaniami; ludzi, którzy wiedzą dobrze, czego nam potrzeba, uświadamiają nam to i z niebywałą lekkością, jakby wręcz od niechcenia, pomagają wprowadzać zmiany. Ich ingerencja sprawia nam zarówno przyjemność, jak i ból. Pierwszym odruchem wobec ich działań jest bunt wynikający ze świadomości, że wprawdzie żyło się dotychczas w nieładzie, ale był to nieład wypracowywany latami, nieład, do którego ma się sentyment, i który się zna jak własną kieszeń; bałagan będący azylem przed uporządkowanym światem, w którego ładzie jednak idzie się zgubić. Z drugiej jednak strony świadomość niewystarczalności własnych zasobów do samodzielnego wprowadzenia zmian skłania do pragnienia bycia wziętym w obroty przez kogoś, kto wie dobrze, czego tak naprawdę mu trzeba, by zacząć funkcjonować z pożytkiem dla siebie i świata jako stuprocentowy ja. Kogoś, kto pokazałby mu, co powinien osiągnąć, zainspirował do działania, pomógł uświadomić sobie siebie, wyciągnąć na wierzch, pokazać, co, jak i czemu należy wyrzucić z domu żeby stworzyć w nim życiodajną przestrzeń i miejsce dla czegoś nowego, świeżego i wartościowego. Zawsze w końcu nadchodzi taki moment, że potrzeba zmian. I kogoś, kto pomoże przeprowadzić je bez zbędnego guzdrania, a potem będzie podawał chusteczki na otarcie łez, wiedząc, że bez względu na osiągnięty efekt proces wprowadzania ich zawsze boli. Człowiek prawdziwie inteligentny i czuły wie, że czasami pomóc może drugiej osobie tylko poprzez towarzyszenie jej w próbach uświadomienia sobie tego, co przyniesie jej szczęście. Dopiero człowiekowi rozumiejącemu swoje potrzeby można pomóc w ich realizacji, uwzględniając jednak tempo, które będzie w stanie znosić na tyle dobrze, by owej pomocy nie odrzucić.

Dotychczas miałem przyjemność poznać tylko jedną osobę będącą wulkanem niespożytej energii, która w dodatku miała niezwykłe podejście do ludzi – dar zjednywania sobie ich i umiejętność pomagania im w odnalezieniu samych siebie. Pomogła bezinteresownie wielu osobom, w tym – w jakimś stopniu, bo z pewnych przyczyn zabrakło jej czasu i sposobności – również mnie. Wprawdzie z uwagi na krótki czas jaki mogłem pozostawać z nią w kontakcie, efekt jej wsparcia nie był trwały, ale przynajmniej przekonałem się na własnej skórze, że tacy ludzie istnieją, co sprawia, że żyje się dużo, dużo łatwiej – bo z nadzieją na poznanie takowej.

Skorzystanie z pomocy ludzi, którzy nie tylko chcą naszego dobra, ale również mają znane nam samym, właściwe pojęcie na temat tego, jak owo dobro powinno wyglądać, utrudnia słabość charakteru. Przyznam, że jako introwertyczny melancholik boję się ludzi temperamentnych, żywiołowych, działających – nawet z dużą skutecznością – niemal tak samo szybko, jak myślących. Boję się ich, bo ja to takie stworzonko, co to lubi ukryć się pod miotłą, przy okazji najlepiej w cieniu, a nie zaszkodzi, że i w skorupie. Unikam takich ludzi, bo czuję się przy nich malutki, wątły, ślamazarny, bo nie nadążam za nimi i tokiem ich rozumowania, bo przeraża mnie ich zapał i radość. Przeraża, bo uświadamia mi, że sam posiadam to wszystko w niewielkich, śladowych wręcz ilościach. Przeraża mnie na tyle, że zamiast cieszyć się możliwością zaczerpnięcia pierwiastka ich życiowego geniuszu, czasami wolę schować się pod kołdrą i wyobrażać sobie, że jestem kotem zagrzebanym w sianie podczas szalejącej na zewnątrz wichury.

Ów świat ludzi uszczęśliwionych na siłę przez osoby nie mające pojęcia o tym, czego naprawdę potrzeba im do szczęścia, przypomina przysłowiowe ”Źle ogrzane piekło”. Wole od niego – jeśli nie raj – to chociażby piekło totalne spowodowane moimi własnymi, błędnymi decyzjami.