Archiwa tagu: rodzina

VI

Zabrałem się w tym miesiącu za redagowanie swoich opowiadań. Opowiadań w lwiej części dość starych – bo napisanych w 2015 roku. Wtedy – o zgrozo, co za narcyzm! – wydały mi się warte wydania, teraz podczas ich lektury czuję wstyd i zażenowanie. Co za toporna narracja, co za pokraczne eksperymenty językowe, co za płytkie postaci, że o drętwych do bólu dialogach nie wspomnę. Na kilka z nich naniosłem tyle poprawek, że właściwie można by rzec, że napisałem je prawie od nowa. Tym samym zdołałem wprawdzie nadać im trochę powabu, jednak nadal nie nadają się do zaprezentowania komukolwiek. Cóż, przynajmniej w większości; kilka z nich uważam za całkiem niezłe nawet dziś.

Ale to dobrze. Bardzo dobrze. Wręcz wybornie. Bo skoro teraz, z perspektywy trzech dość twórczych lat jestem dobitnie świadom własnej niedawnej przecież jeszcze nieudolności, to znaczy, że ruszyłem z miejsca, że się rozwijam. Mam co prawda nadzieję, że za następne 3 lata spojrzę na tegoroczne utwory przychylniejszym okiem, niż spoglądam na nie w przypadku utworów wyżej wymienionych – choć z drugiej strony wiem też, że krytycyzm wobec starszych utworów jest miarą pisarskiego rozwoju.

Ponieważ większość czytelników zdecydowanie woli dłuższe formy prozatorskie (powieści) od tych krótszych (nowele, opowiadania), pisarz, który nie ma za sobą wydanych kilku niezłych powieści, będzie miał trudność ze znalezieniem wydawcy dla tomu opowiadań. Mimo to postanowiłem po napisaniu kolejnej powieści poświęcić pół roku właśnie krótkim formom. Przez minione dwa lata zebrałem ponad sto niezłych pomysłów na fabuły, i wspaniale byłoby zrealizować chociaż kilkanaście z nich. Kto wie – może kiedyś niektóre uda mi się wydać w zbiorze. Są zwane szanse.

Bo każdy pies – ma swój dzień. Można czekać na niego latami, snując się z miejsca na miejsce z podkulonym ogonem i żywiąc się resztkami z pańskiego stołu (ja na tym etapie, na szczęście, już od dawna nie jestem), ale taki dzień, jeśli okaże się życiu wystarczająco dużo cierpliwości, w końcu nadchodzi. Przekonał się o tym dzisiaj mój ojciec. Ale od początku.

Krótko po ślubie moi rodzice zamieszkali u dziadków od strony matki. W międzyczasie dziadkowie wyszli z inicjatywą przepisania na matkę działki budowlanej, na której – przy ich pomocy finansowej – rodzice mogliby wybudować własny dom. Ojciec zaparł się – stwierdził, że nie podejmie się przedsięwzięcia, jeśli ziemia nie będzie przepisana również na niego. Gdy dziadkowie postąpili po jego myśli, i kupili wszelkie niezbędne materiały budowlane, ojciec zmienił zdanie: stwierdził, że nie chce mieszkać na wsi, a działkę należy sprzedać, i za zarobione w ten sposób pieniądze kupić mieszkanie w mieście. Możemy tylko domyślać się, że planował taki podstęp od początku.

Małżeństwo rodziców nie układało się – ojciec rzucił pracę i zaczął pić. Po kilku następnych latach pożycia zdecydowali się na separację, potem – na rozwód. Sąd zasądził ojcu zapłatę alimentów na mnie i dwójkę mojego rodzeństwa. Początkowo pieniądze były potrącane z renty ZUS-owskiej, którą otrzymał po tym, jak po pijaku wpakował się na szosę i pod samochód (miał wielkie szczęście, że za kierownicą siedziała lekarka, która udzieliła mu bardzo fachowej pierwszej pomocy). Gdy matka wytoczyła mu sprawę o podniesienie alimentów, ubzdurał sobie, że chce ona tych pieniędzy dla samej siebie – a nie dla dzieci, które poczęli wspólnie, i za które oboje powinni ponosić odpowiedzialność. Kierowany tym urojeniem, zrzekł się renty, i odtąd państwo płaciło alimenty za niego. Przez kilkanaście lat uzbierało mu się kilkadziesiąt tysięcy złotych długu – tylko dlatego, że zabrakło mu zdrowego rozsądku.

Gdy matka postanowiła sprzedać działkę, okazało się, że chociaż ojciec nie dołożył do niej złamanego grosza, będzie musiała podzielić się z nim pieniędzmi po połowie. On sam, jak przystało na parszywą kreaturę, wyciągał po nie ręce bez najmniejszych skrupułów. Pół biedy, gdyby chociaż dotrzymał słowa i przekazał uzyskaną w ten sposób forsę komornikowi, płacąc w końcu za swoją głupotę (jegomość i tak odwiedzi go za naszym wstawiennictwem w ciągu najbliższych kilku dni – choć niewykluczone, że nie uda mu się niczego odzyskać). On jednak postanowił zataić dochód i przeznaczyć go na prywatne wydatki. Jako nałogowy alkoholik obraca się w towarzystwie, które prawdopodobnie szybko ogołoci go do cna. Głupi tak już mają, że wszystko, nawet największe dary niebios, obracają na swoją niekorzyść – w przeciwnym razie nie byliby głupcami.VI (1)I teraz ten sam oszołom, który kiedyś, gdy byłem jeszcze niemowlęciem, zabrał mnie na spacer w wózku i przywlekł do domu całego pooblewanego piwskiem, którym usiłował poić mnie ze swoimi kumplami od butelki – ten sam, który z własnej zawziętości i głupoty narobił sobie długu sięgającego kilkudziesięciu tysięcy złotych – ta łachudra, gnida po prostu, bez krzty honoru biorąca pieniądze, z których nie należy jej się nawet złamany grosz, nie dając z nich swoim dzieciom ani złotówki – ma czelność prosić matkę o przekazanie mi, że bardzo mnie kocha, a mojej siostrze kupuje… drzewko szczęścia. Ciekawe, po co? Może po to, żeby powiesiła się na nim z radości, że ma takiego kochanego ojca?

Dopiero teraz, mając prawie 30 lat, doceniam wartość humoru w życiu człowieka. Wrażliwość, inteligencja i wyobraźnia są ważne w doświadczaniu go i radowaniu się nim, ale poczucie humoru jest po prostu nieodzowne. Bo jak inaczej przechodzić nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego – nie stracić głowy, nie popaść w marazm? Jak cieszyć się z małych rzeczy doświadczając sytuacji tak absurdalnych, że zakrawają na scenariusz komedii napisanej przez naćpanego dopalaczami szaleńca? Nie da się. Pozostaje albo lać rzewne łzy, albo przypatrzeć się dobrze sytuacji, i… być może dostrzec w niej coś zabawnego, a jeśli sztuka ta powiedzie się – to śmiać się, śmiać, ile wlezie, bo śmiech to zdrowie, a umrzeć ze śmiechu to już w ogóle najzdrowsza rzecz pod słońcem.

Dużo się śmieję, i raczej prawie wcale nie po to, żeby nie zapłakać. Dużo i głośno, z rozmaitych rzeczy – śmiejąc się z nich, ale nie wyśmiewając ich przy tym. Ale śmiać się do rozpuku – śmiać się tak, że nie mogę oddychać, a na drugi dzień niemiłosiernie bolą mnie mięśnie brzucha – zdarza mi się raz na jakieś 2 lata. Kiedyś, pamiętam to jak dziś – a miałem wtedy 16 lat – kolega w szkolnym internacie rozśmieszał mnie tak mocno, że dosłownie błagałem go, by przestał, bo naprawdę myślałem, że się uduszę.

Tak. Pisałem już kiedyś o tym, ale nigdy za wiele o tym mówić: życie to jedna wielka sytuacja Kafkowska, albo, jeśli wolicie, czeski film. Pół biedy, kiedy ten jest niezły.

Drzewko szczęścia! Dobre sobie!

Reklamy

Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego

Minęły prawie 2 lata, odkąd zakończyłem swoje niemal półroczne leczenie w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, gdzie leczyłem się na depresję. Z podsumowaniem tego okresu swojego życia nosiłem się od dawna, ale dopiero teraz nabrałem w stosunku do niego niezbędnego ku temu dystansu czasowego. Chcę to zrobić dla siebie oraz wszystkich tych, którzy ciekawi są specyfiki życia w szpitalu psychiatrycznym.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (1)Oddział ogólny, na który trafiłem standardowo zaraz po przyjęciu, był miejscem wręcz kipiącym od niemożliwego do wysłowienia cierpienia ludzkiego. Przebywali w nim przede wszystkim pacjenci w stanie psychoz, ostrego załamania nerwowego, oraz demencji, które to choroby często utrudniały im nawiązywanie kontaktów między sobą. Dni mijały im głównie na beznadziejnych spacerach z jednej strony korytarza na drugą, spaniu, oraz nerwowym kopceniu papierosów w palarni. Nieliczni byli w na tyle znośnym stanie, żeby praktykować twórcze metody spędzania czasu.

Chociaż ludzi na tym oddziale poznałem pobieżnie, wielu z nich nie zapomnę do końca życia, jak na przykład szczęśliwej i tryskającej energią A., która owładnięta była obsesją popełnienia samobójstwa. Dziarskiego staruszka znającego klasyków literatury, z którym zdarzyło mi się rozmawiać nocą przy herbacie. Pana A., bojącego się ognia tak panicznie, że gdy jeden z pacjentów bawił się zapalniczką, ten zaczął krzyczeć, żeby schował ją, bo podpali cały świat. Pewnej kobiety z paznokciami poobgryzanymi do żywego mięsa i krwi. Mężczyzny trzęsącego się z nerwów jak galareta, który opowiadał mi, jak zamierzał wbić sobie nóż w serce. B. wpadającego w szał po zatruciu dopalaczami. Młodego chłopaka śpiącego całymi dniami i nocami. Staruszki, którą przyprowadzałem na posiłki do stołówki, jedną ręką idąc z nią pod ramię, a w drugiej trzymając jej pojemnik z moczem odprowadzanym doń metodą cewnikowania. Ubogiego chłopaka chcącego dać mi swoją koszulkę za paczkę chrupek. R., który uparł się, żeby zrobić na oddziale dyskotekę, sporządził w tym celu petycję, i zbierał podpisy, wymuszając go nawet na stuletnim staruszku poruszającym się na wózku inwalidzkim. Choroba psychiczna tli się w mózgach ludzkich niczym węgielek z piekła rodem. Nie oszczędza pięknych ani brzydkich, młodych ani starych, kobiet ani mężczyzn. I jest bezlitosna.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (2)Na oddziale ogólnym spędziłem niewiele ponad tydzień, ponieważ dowiedziałem się od pewnej pacjentki o istnieniu znacznie lepiej funkcjonującego oddziału rehabilitacyjnego i udało mi się wystarać o pobyt tam. Gdyby do tego nie doszło, prawdopodobnie wróciłbym do domu ze szpitala w niewiele lepszym stanie, niż się tam pojawiłem.

Oddział rehabilitacyjny mieścił się w osobnym budynku będącym niegdyś pałacykiem. Warunki w nim panujące były o niebo lepsze niż na oddziale ogólnym i fantastycznie sprzyjały wyzdrowieniu. Poza przestronnymi, grupowymi pokojami dla pacjentów – osobnymi dla kobiet i mężczyzn – były tam szykowne sale terapeutyczne, przepiękna świetlica, korytarz z rzędem ławek po jednej stronie i rzędem szaf po drugiej (każdy pacjent miał swoją prywatną szafę zamykaną na kluczyk), sala ćwiczeń, pokój z wieżą stereo i książkami.

Sprzyjał również wyzdrowieniu fachowy i sympatyczny personel – lekarze, pielęgniarki, Panie terapeutki, pracownicy techniczni. Wszyscy oni znali granice zażyłości z pacjentami i nigdy nie spoufalali się z nimi, ale zawsze służyli pomocą, a jeśli nie mieli akurat nawału pracy, również zwyczajną rozmową.

Wielu pacjentów ma problem z otwarciem się na lekarza, ale ja sam odczuwałem palącą wręcz potrzebę bycia wysłuchanym, i do terapii indywidualnej zawsze podchodziłem z energią. Wreszcie miałem okazję powiedzieć komuś obiektywnemu wszystko to, co tłamsiłem w sobie od tak dawna, bądź z czego zwierzałem się, napotykając jedynie niezrozumienie, obojętność, lub subiektywizm. Pracy z własnymi emocjami uczyłem się jednak stopniowo. Na szczęście mój lekarz prowadzący – kobieta z ponad 25-letnim doświadczeniem – okazał się świetnym specjalistą i przeprowadził mnie przez kolejne etapy pozwalając mi uniknąć straty czasu i poważniejszych potknięć.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (3)Co najmniej równie wielką rolę w moim wyzdrowieniu, co terapia, miał kontakt z pacjentami. Prawie wszyscy z nich chorowali na najbardziej tajemniczą i niesamowitą z chorób – schizofrenię. Schorzenie to objawia się przede wszystkim urojeniami oraz halucynacjami. Zaburzenie poczucia rzeczywistości chorego jest na tyle sugestywne, że często nawet po wyciszeniu objawów lekami nie przyjmuje on do wiadomości tego, że jego niesamowite doświadczenia mają podłoże chorobowe, nie potrafi ich zanegować. Prawie wszyscy pacjenci oddziału rehabilitacyjnego mieli już fazę psychozy (ataku choroby) za sobą, i albo byli świadomi swojej choroby, ale pracowali nad powrotem do formy psychicznej, albo uczyli się krytycyzmu wobec niej przebywając tam niezgodnie z własną wolą.

Czub, psychol, świr, przygłup, wariat – tak często określa się osoby chore psychicznie. To, że powszechne mniemanie o nich jest tak negatywne, wynika z niewiedzy, i, niestety, często zwykłej bezmyślności. Wiele osób które poznałem na oddziale było ludźmi bardzo wykształconymi (kilka nawet po doktoracie), szczerymi, przyjaznymi, inteligentnymi (co najmniej cztery z nich były genialne), kreatywnymi, dowcipnymi, lojalnymi, a i nierzadko obdarzonymi niezwykłym urokiem osobistym. Spędziłem setki godzin na rozmowach z nimi – rozmowach pełnych refleksji, żartów, zwierzeń – i to one w dużej mierze ukształtowały mnie na nowo, nadały mi szlif, pozwoliły przewartościować swoje życie, odbudować zrujnowane poczucie własnej wartości, wytyczyć cele na przyszłość. Bycie świadkiem ich dramatów i tryumfów, poznanie ich historii i stanie się jej częścią było bezcennym i zaszczytnym doświadczeniem, z którego siły czerpię również dziś.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (4)
Ludzie spoza szpitala, którzy zobowiązali się mnie wspierać, i w których pokładałem nadzieję, opuścili mnie – w jednym przypadku oficjalnie i kategorycznie. Z czasem, już po wyjściu, powróciłem do relacji z niektórymi z nich, ale wyraźnie naznaczając granicę naszej zażyłości do zwyczajnego koleżeństwa. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, a oni zawiedli właśnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebowałem. Takich rzeczy się nie zapomina. Jedyną osobą z zewnątrz, która pozostała przy mnie w tym trudnym czasie, była Z. – wtedy przyjaciółka, obecnie moja dziewczyna. Specyficzne położenie życiowe w jakim się znalazłem, oraz jej trudna sytuacja rodzinna zbliżyły nas do siebie i pozwoliły dogłębnie poznać. Miłość ta wykwitła jak kwiat na kamieniu, co najlepiej świadczy o jej szlachetności.

Dzień na oddziale rozpoczynał się o 7 rano, od śniadania, po czym wszyscy pacjenci udawali się na zebranie do świetlicy. Było ono prowadzone przez wybieranego co tydzień głosami społeczności przewodniczącego oraz zespół lekarzy. W trakcie ustalano dyżury przy sprzątaniu (za każdy wypełniony otrzymywano banknot szpitalny na zakupy w sklepiku), zgłaszano wnioski, problemy, itd. Potem były zajęcia terapeutyczne, takie jak psychoedukacja (nauka wiedzy o chorobach psychicznych), psychorysunek (każdy tworzył bohomaz zainspirowany hasłem narzuconym przez terapeutę, po czym dochodziło do grupowej jego interpretacji), psychoterapia (wszyscy chętni pacjenci opowiadali reszcie społeczności i lekarzom o swoim samopoczuciu oraz refleksjach), psychozabawa (zabawy psychoruchowe pozwalające się odstresować i zintegrować). Po nich następował spacer po terenie szpitala z terapeutkami dla wszystkich chętnych pacjentów.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (5)Bliscy pacjentów oddziału rehabilitacyjnego mogli odwiedzać ich w czasie wolnym od zajęć i posiłków. Czas spędzać mogli wtedy na korytarzu-stołówce, na terenie szpitala, bądź poza nim, w przypadku wcześniejszego ustalenia z lekarzem prowadzącym tzw. wyjściówki. Pacjenci, którzy mieli rodziny i znajomych mieszkających w pobliżu, odwiedzani byli nawet kilka razy w tygodniu. Żeby lepiej rozumieli oni położenie chorego, naturę problemu, z jakim się zmaga, raz na miesiąc organizowane były spotkania, na których lekarze dzielili się z nimi swoją wiedzą psychologiczną. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem i z tego, co zaobserwowałem, spełniały swoją rolę. Wsparcie ze strony osób z zewnątrz, w szczególności rodziny, było bardzo ważne dla chorych. Niektórzy z nich całymi dniami żyli w oczekiwaniu na pojawienie się rodziców czy dzieci.

Drewnica to kompleks szpitalny, na który składa się wiele osobnych budynków z rozmaitymi oddziałami. Wszystkie one znajdują się na terenie ogromnego parku – bajecznie pięknego i tchnącego spokojem. Nieopodal jest również las i olbrzymie pole. Całe to połacie pokryte jest siatką szlaków spacerowych, ścieżek, chodników, ulic, którymi podróżując można rozpłynąć się w błogości obcowania z naturą. Pacjenci oddziału rehabilitacyjnego, znajdujący się w lepszej formie psychicznej, dostawali zezwolenie na wyjścia na teren szpitala w każdej porze przed godziną 20, z wyjątkiem czasu posiłków i odbywania zajęć terapeutycznych. Spacery – zarówno samotne, jak i towarzyskie – były bardzo popularną formą spędzania czasu, i sam zrobiłem masę kilometrów praktykując je. Pacjenci mogli również starać się o nawet kilkugodzinną wyjściówkę poza teren szpitala, oraz weekendowe przepustki do domu.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (6)Raz w tygodniu organizowane były wycieczki dla wszystkich pacjentów (z wyjątkiem tych, którzy czuli się źle). Obrotne terapeutki wysyłały różnym organizacjom pisma z prośbą o darmową wejściówkę dla pacjentów oddziału na ich teren, a te na ogół reflektowały, dzięki czemu ponosiliśmy jedynie koszty biletów komunikacji miejskiej. I tak to przebywając w szpitalu poszedłem do kina na ”Spidermana” w 3D, na basen, kręgle, byłem w ZOO, i zwiedziłem chyba wszystkie ciekawsze muzea w Warszawie, wszędzie bawiąc się wyśmienicie – tym lepiej, że byłem tam z bliskimi mi duchem ludźmi.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (7)Złe w szpitalu było tylko jedzenie. Nie dość, że jego jakość była fatalna, to i porcje okazywały się zbyt małe, by zaspokoić czyjkolwiek apetyt. Ja sam, jako wegetarianin, niezłomnie rezygnowałem z mięsa, obdarzając nim swoich kolegów i koleżanki, przez co ciągle chodziłem głodny. Na szczęście w kuchni była lodówka, gdzie pacjenci mogli przechowywać swoje prywatne zapasy, oraz kuchenka gazowa i mikrofalowa, gdzie można było upichcić sobie coś do jedzenia. Jeśli ktoś oczywiście nie miał dwóch lewych rąk do kucharzenia. A ja mam.

Doświadczenie szpitala psychiatrycznego poza tym, że było sprawą życia i śmierci, stanowiło dla mnie również wspaniałą przygodę. Stale przebywałem wśród ludzi, z którymi mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, rozwijałem się emocjonalnie i intelektualnie, byłem świadkiem niezwykłych wydarzeń. Wszystko było tam inne niż poza murami, świeże. Stale byłem pobudzony pragnieniem usłyszenia i zobaczenia jak najwięcej. Każda minuta przynosiła nowe, szlachetne inspiracje, wręcz opływałem w natchnienie, i tworzyłem stosownie do jego ilości i jakości. Obszerne i wyczerpujące zapiski tam prowadzone staną się kiedyś kanwą dla mojej powieści prozą poetyczną.Pocztówka ze Szpitala Psychiatrycznego (8)Z perspektywy czasu sądzę, że podczas swojego pobytu w szpitalu psychiatrycznym osiągnąłem niemal wszystko, co mogłem. Coś jeszcze być może byłbym w stanie zrobić tam dla swojego dobra – jakieś 10 procent więcej – ale i tak opuszczając to miejsce rozpocząłem nowy etap swej egzystencji dostatecznie na nią przygotowany. Uniknąłem także pułapki uczynienia ze swojej terapii stylu życia. Wpadają w nią czasami ludzie nie potrzebujący już leczenia, ale zbyt leniwi, by ruszyć swoje życie do przodu; ludzie chcący zapewnić sobie w oczach swoich oraz bliskich pozory działania właśnie dzięki spotkaniom z terapeutą. Są jak biegacze wiecznie ćwiczący sprint, ale nigdy nie kwapiący się do udziału w maratonie życia. Wiele innych osób oczywiście naprawdę potrzebuje kontynuacji leczenia psychologicznego, i chętnie przekłada nabyte podczas niego doświadczenie na życie codzienne. Ja sam póki co nie odczuwam potrzeby kontynuowania leczenia w poradni, ale jeśli ulegnie to zmianie, z całą pewnością zapiszę się do niej. Na razie regularnie łykam przepisany mi przez psychiatrę lek, i czuję się na ogół dobrze albo bardzo dobrze. Stany obniżenia nastroju towarzyszą mi nieco tylko może częściej, niż przeciętnemu człowiekowi. Zdarza mi się tęsknić wtedy za szpitalem, za tamtymi ludźmi, cieszyć możliwością powrotu do niego w przypadku konieczności. Ale przecież radzę sobie, a moje życie zdaje się wreszcie układać zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Źle Ogrzane Piekło

Są ludzie, którzy gotowi są wywrócić nasze życia do góry nogami i uczynić je wygodnymi samym sobie, sprawić, że będą czuli się w nich dobrze – najczęściej lepiej nawet, niż my sami. Jest to coś tak absurdalnego, jakby przyjść do kogoś w gościnę i popijając herbatkę z filiżanki zastanawiać się, jakie zmiany należy wprowadzić, żeby czuć się tam bardziej swojsko, bardziej jak u siebie. Są to ludzie najgorszego możliwego sortu z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia – wszelacy kuzyni, ciocie, i wujkowie-dobra-rada przekonani o tym, że pozjadali wszelkie rozumy, zaś wszyscy poza nimi są zagubieni i powinni wysłuchiwać ich rad z nabożną wręcz czcią. Ludzie Ci – o zapaskudzonych często życiorysach i skrywanych nieudolnie tajemnicach – żeby zapomnieć o swej niedoskonałości, z którą poradzić sobie psychicznie nie byli w stanie, wmówili sobie potencjał architektów cudzych żyć, projektantów szczęścia.

Czasami – rzadko, ale jednak – poznaje się ludzi, którzy pomagają nam zmienić nasze życia zgodnie z naszymi własnymi, często podświadomymi oczekiwaniami; ludzi, którzy wiedzą dobrze, czego nam potrzeba, uświadamiają nam to i z niebywałą lekkością, jakby wręcz od niechcenia, pomagają wprowadzać zmiany. Ich ingerencja sprawia nam zarówno przyjemność, jak i ból. Pierwszym odruchem wobec ich działań jest bunt wynikający ze świadomości, że wprawdzie żyło się dotychczas w nieładzie, ale był to nieład wypracowywany latami, nieład, do którego ma się sentyment, i który się zna jak własną kieszeń; bałagan będący azylem przed uporządkowanym światem, w którego ładzie jednak idzie się zgubić. Z drugiej jednak strony świadomość niewystarczalności własnych zasobów do samodzielnego wprowadzenia zmian skłania do pragnienia bycia wziętym w obroty przez kogoś, kto wie dobrze, czego tak naprawdę mu trzeba, by zacząć funkcjonować z pożytkiem dla siebie i świata jako stuprocentowy ja. Kogoś, kto pokazałby mu, co powinien osiągnąć, zainspirował do działania, pomógł uświadomić sobie siebie, wyciągnąć na wierzch, pokazać, co, jak i czemu należy wyrzucić z domu żeby stworzyć w nim życiodajną przestrzeń i miejsce dla czegoś nowego, świeżego i wartościowego. Zawsze w końcu nadchodzi taki moment, że potrzeba zmian. I kogoś, kto pomoże przeprowadzić je bez zbędnego guzdrania, a potem będzie podawał chusteczki na otarcie łez, wiedząc, że bez względu na osiągnięty efekt proces wprowadzania ich zawsze boli. Człowiek prawdziwie inteligentny i czuły wie, że czasami pomóc może drugiej osobie tylko poprzez towarzyszenie jej w próbach uświadomienia sobie tego, co przyniesie jej szczęście. Dopiero człowiekowi rozumiejącemu swoje potrzeby można pomóc w ich realizacji, uwzględniając jednak tempo, które będzie w stanie znosić na tyle dobrze, by owej pomocy nie odrzucić.

Dotychczas miałem przyjemność poznać tylko jedną osobę będącą wulkanem niespożytej energii, która w dodatku miała niezwykłe podejście do ludzi – dar zjednywania sobie ich i umiejętność pomagania im w odnalezieniu samych siebie. Pomogła bezinteresownie wielu osobom, w tym – w jakimś stopniu, bo z pewnych przyczyn zabrakło jej czasu i sposobności – również mnie. Wprawdzie z uwagi na krótki czas jaki mogłem pozostawać z nią w kontakcie, efekt jej wsparcia nie był trwały, ale przynajmniej przekonałem się na własnej skórze, że tacy ludzie istnieją, co sprawia, że żyje się dużo, dużo łatwiej – bo z nadzieją na poznanie takowej.

Skorzystanie z pomocy ludzi, którzy nie tylko chcą naszego dobra, ale również mają znane nam samym, właściwe pojęcie na temat tego, jak owo dobro powinno wyglądać, utrudnia słabość charakteru. Przyznam, że jako introwertyczny melancholik boję się ludzi temperamentnych, żywiołowych, działających – nawet z dużą skutecznością – niemal tak samo szybko, jak myślących. Boję się ich, bo ja to takie stworzonko, co to lubi ukryć się pod miotłą, przy okazji najlepiej w cieniu, a nie zaszkodzi, że i w skorupie. Unikam takich ludzi, bo czuję się przy nich malutki, wątły, ślamazarny, bo nie nadążam za nimi i tokiem ich rozumowania, bo przeraża mnie ich zapał i radość. Przeraża, bo uświadamia mi, że sam posiadam to wszystko w niewielkich, śladowych wręcz ilościach. Przeraża mnie na tyle, że zamiast cieszyć się możliwością zaczerpnięcia pierwiastka ich życiowego geniuszu, czasami wolę schować się pod kołdrą i wyobrażać sobie, że jestem kotem zagrzebanym w sianie podczas szalejącej na zewnątrz wichury.

Ów świat ludzi uszczęśliwionych na siłę przez osoby nie mające pojęcia o tym, czego naprawdę potrzeba im do szczęścia, przypomina przysłowiowe ”Źle ogrzane piekło”. Wole od niego – jeśli nie raj – to chociażby piekło totalne spowodowane moimi własnymi, błędnymi decyzjami.