Archiwa miesięczne: Styczeń 2016

”Hostel” [2005]

Przyznam, że nie przepadam za horrorami nowej generacji. Za dużo w nich komputerowych efektów specjalnych (które nazywam w duchu ”defektami specjalnymi”), za dużo krwawej rzeźni osadzonej w nieciekawej fabule, na ogół nie niosą ze sobą żadnego przesłania, są przewidujące, itd. Od czasu do czasu trafiają się jednak zapadające w pamięć perełki, które czuje się w obowiązku polecić innym fanom filmów z dreszczykiem. Jednym z nich jest właśnie głośny ”Hostel” w reżyserii Eli’ego Roth’a.Hostel [2005] (1)Początek filmu przypomina nieco młodzieżowy ”American Pie”: jest porywający za sprawą perypetii trójki różniących się temperamentami bohaterów poszukujących dobrej zabawy. Urlopujący w podróży, młodzi mężczyźni korzystają z uroków Amsterdamu, który oferuje legalną możliwość zażywania marihuany czy zabawienia się z prostytutką, podrywają dziewczyny w klubie, wprost kipią młodzieńczą energią. W wirze zdarzeń poznają mężczyznę, który kusi ich obietnicą erotycznych przygód do odwiedzenia Bratysławskiej noclegowni, gdzie natychmiast się udają. Uroki miejsca okazują się na pierwszy rzut oka odpowiadać wybujałym opowieściom przypadkowego informatora – hostel jest elegancki i przestronny, a miejscowe dziewczyny chętne do imprezowania oraz niezobowiązującego seksu. Idylla okazuje się jednak złudzeniem rozwiewającym się wolno niczym poranna mgła.

Gra aktorska wszystkich ważniejszych postaci historii jest zaskakująco dobra – tym bardziej, jak na horror. Dodatkowo, wszyscy trzej bohaterowie mają widoczny rys psychologiczny i z lekka nakreśloną przeszłość, dzięki czemu zaangażowanie się w ich losy przychodzi z tym większą łatwością. Są to kolesie, których nie sposób nie lubić – wkraczający w dorosłe życie, pełni energii, towarzyscy, ale z osobistymi problemami. Dwie główne kobiece kreacje również zasługują na uwagę. Widz – tym bardziej męski – żywi całą gamę intrygujących uczuć wobec dziewcząt równie pięknych, co bezwzględnych, uświadamiając sobie z przerażeniem, z jaką łatwością sam dałby się im wciągnąć w tak dramatyczną intrygę. Wszystkie postaci czy to kobiece, czy męskie, odgrywające role o znaczeniu małym bądź wręcz marginalnym, kreowane są przez zdolnych aktorów przydających im wyrazistości, dzięki której chciałoby się koniecznie dowiedzieć o nich czegoś więcej, rozwinięcia ich wątku.

Opinie o rzekomo dużej ilości przemocy i krwi w filmie nie są przesadzone. Rzadko kiedy kamera w kulminacyjnym momencie robi odjazd, zostawiając popis wyobraźni – znacznie częściej wszystko pokazane jest dokładnie, jak na tacy. Będziemy świadkami – między innymi – kilku brutalnych scen tortur, ujrzymy zmasakrowane ciała, odbędziemy wraz z głównym bohaterem emocjonującą podróż wózkiem obładowanym odrąbanymi kończynami, przyjrzymy się z bliska miażdżeniu głowy kamieniem. Wisienką na czubku zakrwawionego tortu jest zaś totalnie chora scena z odcinaniem zdeformowanego palnikiem oka, która wręcz wypala czarną dziurę w mózgu. Poza brutalnością, ”Hostel” zawiera także dawkę bezwstydnej nagości i kilka scen erotycznych, oraz okraszone soczystym słownictwem, obfitujące w typowo męski humor dialogi. Chociaż sceny zaskoczenia, podczas których widz z pewnością podskoczy w fotelu dają się zliczyć na palcach jednej ręki, z uwagi na powyższe elementy filmu, zdecydowanie przeznaczony jest dla dorosłego odbiorcy, w dodatku mającego mocne nerwy.

W filmie pojawia się również kilka mniejszych motywów, nie tylko interesujących i niepokojących samych w sobie, ale i budujących przekonujące, sugestywne tło dla wiodącej historii. Mi szczególnie przypadł do gustu wątek dziecięcego gangu wyłudzającego od dorosłych słodycze lub drobne, i filozofia mężczyzny jedzącego rękoma z szacunku dla życia istot, którymi się karmi. Atmosfera obcości świata względem głównych bohaterów historii przytłacza z kwadransa na kwadrans, potęgowana przez kontrast pomiędzy malowniczymi widokami Słowacji i wnętrzami rozbuchanych światłami klubów, a jej obskurnymi uliczkami, oraz podziemiami, gdzie sadyści znęcają się nad swoimi ofiarami. W drugiej połowie filmu ów klimat zaszczucia udanie potęguje wielki, garbaty rzeźnik, przerażający swoim umięśnieniem chamowaci ochroniarze, zamożni psychole.

Jedyną wadą filmu jest – występująca w jego drugiej połowie – absurdalnie duża ilość zbiegów okoliczności sprzyjających powodzeniu głównego bohatera. Akcja nabiera błyskawicznego tempa, ale nie radzi sobie z udźwignięciem sugestywności i realizmu. Osobiście wolałbym podtrzymanie początkowej aury tajemnicy aż do samego końca, co zapewne udałoby się osiągnąć poprzez wydłużenie filmu i zmianę zakończenia na bardziej pesymistyczne, ale konsekwentne w stosunku do ostatnich 30-40 minut wydarzeń.

”Hostel” to horror ze wszech miar udany; film, który posiada wszystko to, czego potrzeba, żeby wstrząsnąć widzem. Począwszy od niewinnego początku dzięki któremu oglądający zżywa się z bohaterami, przez pełne napięcia, stopniowe odkrywanie tajemnicy, aż po solidną dawkę obrzydliwej, wstrząsającej makabry w finale. Nie można również nie dodać, że o ile niektóre z horrorów oparte są na pomysłach absurdalnych, i przez to nie wywołują mimo wszelkich środków dźwiękowych i wizualnych dreszczu grozy, o tyle historia zawarta w ”Hostelu” mrozi krew w żyłach również możliwością zaistnienia jej w rzeczywistości. W świecie tak zdominowanym przez pieniądz zawsze znajdą się ludzie wpływowi i zamożni oraz zepsuci na tyle, by wyceniać wartość życia człowieka w walucie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjny).

Reklamy

Zima Dorosłego Człowieka

Nie da się ukryć, że zima rzeczywiście cieszy najbardziej dzieci. Ziąb, ciemność i mokrość niezbyt sprzyjają polepszeniu nastroju u zawalonych obowiązkami dorosłych, a i walka z nimi kosztuje wiele wysiłku i pieniędzy. Każdy dorosły – w mniejszym bądź większym stopniu – posiada jednak w sobie dziecko, i czasami taki wewnętrzny maluch niesfornie przejmuje kontrolę nad sztywnością i zmęczeniem życiem. Zechciejcie posłuchać paru ciepłych słów pod adresem zimy, na którą z racji swojej specyficznej natury Piotrusia Pana patrzę nie tylko chłodnym okiem.Zima Dorosłego Człowieka (1)Można śmiało stwierdzić, że wizualne piękno zimy mierzy się przede wszystkim obfitością śniegu. Z dzieciństwa zapamiętałem zimy białe jak futro kreta albinosa, śnieżne, więc przynoszące frajdę wynikającą z możliwości przeprowadzenia bitwy na śnieżki, jazdy na sankach czy ulepienia bałwana, i do takiego właśnie jej obrazu teraz, jako dorosły człowiek, mam sentyment. Niestety, klimat się zmienia, i obecnie taka utęskniona pora roku trafia się raz na kilka lat. Na wsi prezentuje się wtedy nieskończenie piękniej niż w mieście. Za dnia wszechobecna, puszysta biel lśniąca w promieniach bystrego słońca kontrastuje z równie nieskazitelnym błękitem nieba w sposób orzeźwiający duszę, zaś noce, podczas których temperatura spada do minus dwudziestu stopni, a śnieg skrzy się jak brokat w świetle księżyca w pełni i gwiazd, dopełniają dzieła. A szadź osadzająca się rankami na ogrodzeniach z siatki i źdźbłach długiej, wyschniętej trawy? A tajemnicze nie mniej niż legendarny kwiat paproci kwiaty mrozu wyrastające nocą na szybach okiennych? A słońce odbijające się w kroplach drgających na czubkach sopli zwisających z dachów? Doprawdy, żadna z pór roku nie sprawia wrażenie równie pięknej w najdrobniejszych szczegółach, co zima w pełni. A kiedy tego wszystkiego braknie, cóż zostaje? Pozbawiona uroku surowość ziemi zmarzniętej na kamień, śpioch natury winny pozostawać niczym sacrum pod kolorem niewinności, a wystawiony jakby dla profanacji na widok publiczny. Dyskomfort spowodowany brakiem śniegu osiąga naturalnie apogeum w święta Bożego Narodzenia oraz sylwestra.Zima Dorosłego Człowieka (2)Oczywiście nie wszystkie okoliczności sprzyjają wzruszeniom wywoływanym przez widok przyrody drzemiącej niczym noworodek pod grubą pierzyną białego puchu. Każdy, kto posiada przydomowe podwórko, zna aż za dobrze uczucie towarzyszące wstaniu rankiem i ujrzeniu go zaśnieżonego w stopniu uniemożliwiającym przejazd autem. Walka z opadem przy pomocy łopaty bywa czasochłonna i ciężka, zaś piękno zimy wydaje się w takich chwilach bardziej okrutne, niż brzydota najsurowszych jesiennych nocy. Inne wrażenia towarzyszą z reguły odśnieżaniu wieczorami, podczas gdy śnieg pada obficie grubymi płatami, fantastycznie widocznymi w świetle latarni. Czasami staję pod jedną z nich, wyciągam w górę ręce, i macham nimi niczym pływak, dając się ponieść złudzeniu, że pikuję tym sposobem w górę, w niebo, pod prąd zimnych drobinek. Moim cichym marzeniem jest stanąć tak kiedyś z bliską osobą, i wtuliwszy się piersią w jej plecy nauczyć ją umiejętności poniesienia się tej nastrojowej chwili.Zima Dorosłego Człowieka (6)Problemy sprawia również długo utrzymująca się bardzo niska temperatura, sprawiająca, że co i raz zamarznie a to woda w hydroforze czy rurach, a to kanalizacja, bez których ani rusz. Prosimy wtedy o pomoc wujka, który jest istną złotą rączką i nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, a przy tym cechuje go niezrównana, bezwarunkowa życzliwość. Mimo, że wszelkie awarie doprowadzają nas – mnie i domowników – do szewskiej pasji, zawsze okazuje się, ze nawet w takich okolicznościach – a może przede wszystkim w nich? – jest miejsce na humor.Zima Dorosłego Człowieka (3)Zima daje oczywiście okazję nie tylko do siedzenia w domu, ale i do sportowej aktywności. Nigdy – nad czym bardzo ubolewam – nie bylem w górach i nie miałem okazji nauczyć się jeździć na nartach czy desce snowboardowej, zaś do jazdy na łyżwach nie miałem odwagi, brak mi bowiem wyczucia równowagi. Nie należę jednak do tych, którzy w zimę barykadują się w domu aż do wiosny. Tym, na czym spędzam najwięcej czasu poza domem w owej białej porze roku, są ślizgawki. Na polach, po przejściowych roztopach tworzą się, a potem zamarzają, wielkie kałuże, po których można z dobrego rozpędu sunąć i kilkanaście metrów, bawiąc się po drodze w walkę o utrzymanie równowagi bądź zwrot do tyłu. Wielu wrażeń dostarcza również spacer po zamarzniętym korycie tutejszej, niedużej rzeki. Łazikując natrafia się na rozmaite pod względem koloru i faktury rodzaje lodu, obserwuje przepływającą pod spodem wodę i uwięzione w zmarzlinie duże pęcherze powietrza. Czasami obciążony spacerowiczami lód trzaska złowieszczo, co natychmiastowo podnosi poziom adrenaliny we krwi. Jeśli zaś śnieg lepi się jak trzeba, i jest go dużo, wychodzę na podwórku, i lepię igloo lub bałwana. 3 lata temu udało mu się stworzyć samodzielnie wielkoluda wysokości ponad 3 metrów, przy czym musiałem wspomagać się rozkładaną drabiną. Dzieło było imponujące, ale na wskutek odwilży jeszcze tego samego dnia zaczęło chylić się ku upadkowi, który w końcu zaliczyło. Z całej tej pracy została kupa śniegu, która topniała jeszcze długo po tym, jak wszędzie cały puch dawno zmienił się w wodę, co, jakby nie było, stanowiło jednak jakieś wyróżnienie.Zima Dorosłego Człowieka (4)Można pomyśleć, że podczas marcowych roztopów, kiedy całe piękno zimy rozpływa się niczym makijaż na twarzy pięknej matki natury, nie ma już niczego, na czym można by zawiesić z radością ucho i oko. Wtedy to jednak, znad rzek i rzeczek niesie się kojące grzechotanie trących o siebie kier lodu. Usiąść na pniu wyciętego drzewa i posłuchać tego dorocznego koncertu natury będącego zimowym odpowiednikiem letnich popisów muzycznych żab czy świerszczy, to wielka rzecz, której wspomnienie koi chłodem do snu podczas polegiwania latem w wygrzanym łóżku.Zima Dorosłego Człowieka (5)Jakiś czas temu doszedłem do wniosku, że – paradoksalnie – każdy płatek śniegu jest wyjątkowo piękny, ale każda zima jest identycznie brzydka, tymczasem posiada surową, ale delikatną urodę, tym ciekawszą, że nie sposób jej docenić na wyretuszowanych komputerowo zdjęciach, podczas siedzenia w ciepłym domu. Żeby dać się jej uwieść, trzeba tylko z własnej woli wyjść jej naprzeciw – najlepiej zezwalając wcześniej ukrytemu w nas dziecku na trochę swobody.

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Tajemnica Głównej Wygranej

Tak, jak każdy, ja również chciałbym być człowiekiem sukcesu. Osiągnąć w określonej dziedzinie wyniki, które wzbudzałyby podziw jakiejś grupy ludzi, i przyniosły mi zysk, pozwalając żyć na poziomie. Czy mogłoby być coś piękniejszego, niż utrzymywanie się z tego, co kocha się robić – połączenie przyjemnego z pożytecznym? Czy sytuacja, w której robię coś dla samej frajdy płynącej z robienia tego, a potem jeszcze inkasuję za to pieniądze, jest w ogóle możliwa? Oczywiście. Czemu w takim razie, jak zapewne 99 procent ludzi, z których wszyscy mają swoje marzenia, ale zamiast samorealizować się zawodowo, pracuję w nudnych miejscach pozbawionych możliwości rozwoju i robię to, co kocham, w skrytości?

Z ręką na sercu powiedzieć mogę, że nie znam osobiście niemal nikogo, kto poniósłby porażkę w życiu dlatego, że los absolutnie poskąpił mu możliwości osiągnięcia sukcesu. W prawie każdym przypadku człowiek albo nie wierzył we własne siły, albo wstydził potrzeby bycia ważnym dla innych, albo był zwyczajnie leniwy; czasami też w grę wchodziły wszystkie trzy elementy. Są na pewno i prawdziwe ofiary nieszczęść od nich niezależnych – ludzie, którzy urodzili się chorzy w sposób absolutnie wykluczający ich z życia, zginęli w wpadkach komunikacyjnych z nie swojej winy, itd. – ale oni są rzadkością, przynajmniej w naszym kraju, dających wbrew opiniom malkontentów pewne możliwości rozwoju. Czasami tym, czego potrzeba nam najbardziej, jest samodzielne kopnięcie się w tyłek piętą. Lepsze to, niż późniejsze plucie sobie w brodę…

Przyjrzyjmy się życiorysom wielkich ludzi. Marcel Proust nie musiał zamykać się na kilkanaście ostatnich lat życia w sypialni wytłumionej korkiem i pisać arcydzieła literatury światowej – cyklu ”W Poszukiwaniu Straconego Czasu”. Stephen Hawking, od ponad 30 lat całkowicie sparaliżowany na wskutek stwardnienia zanikowego bocznego, mógł poddać się od razu po usłyszeniu diagnozy lub kiedykolwiek w trakcie walki z chorobą, zamiast zgłębiać tajemnice rzeczywistości. Albert Einstein mógł uwierzyć swoim nauczycielom twierdzącym, że niczego w życiu nie osiągnie, i nigdy nie zrewolucjonizować pojęcia ludzkości o siłach natury. David Rockefeller, urodzony w biedzie, zamiast pogodzić się z losem, miał odwagę zamarzyć o gigantycznej fortunie, którą zdobył dzięki swoim szlifowanym z trudem przez całe życie umiejętnościom biznesowym – w chwili śmierci był najbogatszym człowiekiem na świecie, a jego ówczesny majątek szacuje się na dzisiejsze kilkaset miliardów dolarów. Oni nie musieli tego robić. Nie byli skazani na sukces. Zanim doszli do niego, musieli pokonać całą masę przeszkód i zmobilizować wszystkie swoje zasoby wewnętrzne – wrażliwość, intelekt, wyobraźnię, humor. Ta prawidłowość powtarza się w masie biografii wybitnych osobowości: ludzie ci byli zdeterminowani, by wykorzystać wszelkie trudności życiowe jako okazję do stania się wielkimi, do przejścia samych siebie.

Jeśli nie jest się w stanie odnieść sukcesu – prawdopodobnie nie jest się jeszcze emocjonalnie na niego gotowym, gotowym na jego blaski i cienie, na przywileje i odpowiedzialność z nim związaną. Bo żadnego sukcesu nie osiąga się raz na zawsze. O swoją pozycję trzeba nieustannie walczyć – zawsze jest jakaś ilość ludzi idąca uparcie do przodu, depczących ci po piętach, kiedy ty odpuszczasz i siadasz na poboczu, by odpocząć. Siedzisz, i nasłuchujesz ich kroków, dudnią ci w uszach, aż albo głuchniesz od nich i przestajesz je słyszeć, albo wstajesz i idziesz czym prędzej naprzód, rozkoszując się ich cichnięciem. Swoja postawę wobec rzeczywistości trzeba nieustannie doskonalić, jak sportowcy doskonalą formę, która niezależnie od tego, jak byłaby wspaniała, zaniedbywana po prostu spada.

W drogę do rozwoju trzeba ruszyć z odwagą do popełniania błędów i zapałem do jak najszybszego uczenia się na nich. Nie wszystkie problemy da się przewidzieć wcześniej, i z góry rozwiązać dzięki samej znajomości teorii i wyobraźni. Nie jest też wstydem zajęcie ostatniego miejsca w wyścigu. Wstydem jest nie wzięcie w nim udziału. Można całe życie stać na linii startu i nie wziąć udziału w biegu ze strachu przed porażką lub kontuzją. Można to robić niemal wyczynowo. Można. Są tacy, którzy mają w sobie raczej duszę kibica niż sportowca – bojąc się samemu wziąć udział w rywalizacji, starają się być najlepsi w dopingowaniu innych. Mimo całej szlachetności takiej postawy, myślę jednak, że lepiej być ostatnim na mecie, niż najgłośniejszym kibicem.

Wszystko to brzmi bardzo optymistycznie. Rzeczywiście, zbyt optymistycznie. Jest w tym pewien haczyk: wierzę, że żyję w świecie, gdzie każdy może samorealizować się w tym, co kocha robić, i zarabiać na tym pieniądze, ale jednocześnie jest to świat, w którym uda się to tylko nielicznym, ponieważ tylko nieliczni będą na tyle wytrwali. Umiejętności to jedno, a ambicje – drugie. Jest oczywiste, że nawet słabo uzdolniony człowiek dzięki swemu uporowi i ciężkiej pracy zajdzie dalej niż całkowity leń o licznych i dużych talentach. Świat pełen jest też ludzi o dużych zasobach, którzy mogliby przysłużyć się nimi znacznie zarówno sobie, jak i społeczeństwu, ale którzy nie są na tyle emocjonalnie stabilni, żeby z nich skorzystać. Ludzie tacy wymagają bardzo delikatnego podejścia, wyjątkowo subtelnej zachęty. Myślę, że każdy z nas zna przynajmniej jedno takie indywiduum – a może sam nim jest? Moje obserwacje ludzi wskazują na to, że niczego nie brakuje im tak bardzo, jak cudzej wiary w ich siły, zdolności, możliwości. A czasami naprawdę jest w kogo i w co wierzyć! Nawet największy ponurak promienieje, kiedy poruszyć temat jego pasji. Ten, kto nauczy się krzesać z człowieka iskry, zdobędzie klucz do jego serca. O ile piękniejszy byłby świat, gdyby chociaż połowa z nas potrafiła tego dokonać!

Każdy z nas może robić zawodowo coś, co lubi robić, i robić to na tyle dobrze, by być z siebie dumnym, zyskać uznanie i pieniądze, oraz nieść tym natchnienie innym ludziom. Wierzę w to niezłomnie. Jest to jeden z kamieni węgielnych mojej egzystencji. I wierzę w jeszcze coś. Każdy z nas ma w swoim życiu swoje pięć minut – chwilę, często spontaniczną, kiedy będzie mógł wykazać się swym szlifowanym w pocie czoła talentem zmieniając bieg swojego życia. Grunt, żeby do tej chwili świadomie się przygotowywać; w przeciwnym bowiem razie punktualny zawsze czas zastanie nas bezsilnych i pobiegnie dalej, ku komuś zdolnemu pochwycić moment.