Archiwa tagu: samobójstwo

R.I.P. Chester Bennington

R.I.P. Chester Bennington (1)Każde pokolenie ma swoich muzycznych idoli. Są to zdolne i charyzmatyczne jednostki, których twórczość łączy młodych ludzi niczym religia. Niestety, niektóre z tych ikon odchodzą przedwcześnie, niemal osieracając swych – wychowujących się na ich muzyce – odbiorców. Przedwcześnie zmarli Elvis Presley, Kurt Cobain, Jimi Hendrix, Jim Morrison, 2Pac, Janis Joplin i wielu, wielu innych. Niestety, niedawno do tego grona dołączył wokalista zespołu Linkin Park, Chester Bennington. Muzyk powiesił się w urodziny swego przyjaciela, Chrisa Cornella, który odebrał sobie życie dwa miesiące wcześniej. Chester miał zaledwie 41 lat.

Nie będę owijał w bawełnę: Linkin Park skończył się dla mnie na albumie ”Minutes To Midnight” z 2007 roku. Wszystko, co Linkini wydali po tej płycie – a były to aż cztery studyjne krążki – jest dla mnie szajsem. Nie rozumiem, dlaczego zespół, który nagrał tak świetne płyty utrzymane w nu-metalowej stylistyce i osiągnął w niej tak olbrzymi sukces, poszedł w zupełnie innym kierunku, i nie rozumiem, jak ktokolwiek może tego słuchać – nawet z potrzeby czysto masochistycznej; nie zmienia to jednak faktu, że ich dwie pierwsze płyty – ”Hybrid Theory” (2000) i ”Meteora” (2003) od grubo ponad dekady znajdują się w moim top 5 rockowych płyt, i że band ma u mnie za nie dożywotni szacunek. A także, że gdzieś w głębi serca miałem nadzieję na to, że Linkin Park zatoczą koło, i wrócą do korzeni, serwując swoim starszym fanom muzykę, za którą ci ich pokochali.

Jak można było się tego spodziewać, pod artykułami o tragicznej śmierci wokalisty dwoi się i troi od komentarzy jak zawsze wszechwiedzących Internautów; ignorantów przekonanych, że pozjadali wszystkie rozumy, i że w małym palcu mają wiedzę o tym, czym jest depresja, tylko dlatego, że gdzieś coś o niej czytali; sędziów, którzy już wydali wyrok na Chesterze, przypinając mu (na swą jadowitą ślinę) etykietkę egoisty, potwora, ćpuna i śmiecia. Już nie szarpię sobie nerw przemawianiem im do rozsądku, jak czyniłem to jeszcze dekadę temu polemizując z hejterami Piotra ”Magika” Łuszcza. Nauczyłem się, że z głupotą nijak nie da się walczyć.

Dla fanów zespołu nie jest żadną tajemnicą, że Chester od lat zmagał się z wieloma silnymi demonami – wspomnieniem molestowania seksualnego z czasów dzieciństwa, uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Jego samobójstwo nie było rezultatem chwilowego widzimisię, kaprysu nastroju, a końcem długiej i żmudnej walki o siebie i swoje życie. Chester nie uciekł z pola walki – skonał na nim, i to czyni z niego wojownika, któremu należy się szacunek.

Mogę założyć z niemal całkowitą pewnością, że nikt z czytających te słowa (w tym naturalnie ja sam) nigdy nie dowie się, jak to jest mieć miliony fanów, masę pieniędzy, i utrzymywać się z robienia tego, co zawsze się kochało, jednocześnie nie mogąc zaznać z tego powodu najmniejszej choćby radości; jak to jest nie mieć siły ani ochoty, by zwlec się z łóżka, żeby uzewnętrznić się muzycznie przed wielotysięczną publicznością i zainkasować za to sowite wynagrodzenie. Sam, pomimo swoich straszliwych depresyjnych przejść nie jestem w stanie wczuć się w położenie człowieka, któremu spowszedniało życie na samym szczycie – życie, które daje dostęp do rzeczy, o których przeciętny zjadacz chleba może tylko pomarzyć.

A jednak, ja sam, chociaż kasy mam tyle, co kot napłakał, sławy tyle, co na blogu, kocham swoje małe życie i potrafię się nim cieszyć. Swoim bytowaniem zdaje się również (na swój sposób) radować nawet miejscowy menel, Maniek. Maniek ma ponad 50 lat, i odkąd pamiętam jest podręcznikowym przykładem żula nie widzącego świata poza butelką, ale przeżył Michaela Jacksona, Amy Winehouse, Whitney Houston, Chrisa Cornella, i zapewne przeżyje wiele innych bogatych sław. Bo widzicie: Maniek, pomimo tego, że sypia na przystanku autobusowym, że szcza w gacie i jest zawszawiony, a obie jego gałki oczne skierowane są na przeciwstawne strony świata, nie ma depresji.

Czytając biografie słynnych muzyków doszedłem do wniosku, że wielu z nich sięgało po narkotyki nie tylko po to, by uciec w haj przed problemami, ale także by wznieść się na wyżyny swojej kreatywności. Niezależnie od tego, po co artysta sięga po substancje psychoaktywne, w swoim czasie będzie musiał zapłacić za ich pomoc najwyższą cenę. Zażycie np. kokainy wyzwala w organizmie ilość dopaminy i serotoniny nieporównywalnie większą, niż jest to w stanie uczynić jakikolwiek zdrowy bodziec, toteż człowiekowi, który raz sięgnął po tego typu narkotyk, wszystko wydawać się będzie nudne i przykre – wszystko, poza wyniszczającą narkotykową euforią. Zażycie twardego narkotyku jest więc niemal równoznaczne zaprzedaniem duszy diabłu. Gdy do tego dojdzie, nie ma negocjacji, i nie ma odwrotu.

Żal człowieka i artysty, jego bliskich oraz fanów. Nigdy nie dowiemy się, czy można było uniknąć tej tragedii, czy też od dawna było na to za późno. Spoczywaj w pokoju, Chester. I dzięki – muzyka Twojego zespołu towarzyszyła mi w jednym z najbardziej kolorowych okresów mojego życia, i gdy słucham jej teraz, przenosi mnie w niego duchowo jak magiczne zaklęcie.

***

Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia z wolnymi mediami.

Reklamy

Ciemna Noc Duszy

”W prawdziwie ciemnej nocy duszy jest zawsze trzecia nad ranem” – Francis Scott Fitzgerald.

Ostatnio rzadziej się uśmiechasz, a jeśli nawet, to przeważnie po to, by nie zwracać zbytnio uwagi innych, i uniknąć pytań, na które nie znasz odpowiedzi. Zresztą, nie ma nawet o czym mówić – każdemu trafiają się przecież gorsze dni. By rzec humorystycznie: nie jesteś w nastroju do rozmów o swoim złym nastroju. Może gdybyś znalazł sobie wreszcie odpowiednie miejsce, ale wciąż nie możesz tego dokonać. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiasz, już po chwili jest ci w jakiś sposób niewygodnie. Minie kilka kolejnych dni, nim dojdziesz do wniosku, że wadzi ci ciasny kostium własnej, żywej skóry.Ciemna Noc Duszy (1)

Twoi dobrzy znajomi zapraszają cię na spotkanie towarzyskie, ale nie masz ochoty na nie iść. Wolałbyś spędzić trochę czasu w samotności – może poczytać książkę, pooglądać telewizję, posłuchać muzyki, posurfować w Internecie. W końcu jednak dajesz się namówić. Na imprezie nie bawisz się jednak tak dobrze, jak zawsze. Śmiech ludzi wydaje ci się pusty, tematy ich rozmów błahe – zupełnie tak, jakby pękła łącząca was nić porozumienia. Przez godzinę czy dwie ukrywasz swoją irytację i usiłujesz jakoś wejść w klimat spotkania, ale w końcu wykręcasz się zmęczeniem oraz sennością, i wychodzisz wcześniej. Gdy zamykasz za sobą drzwi sypialni i padasz na łóżko, myślisz: ”Nareszcie jestem sam”.

Mijają dni, a twój humor nie poprawia się. Znajomi ciągną cię tu i ówdzie, lecz ty coraz częściej stosujesz wykręty, by móc posiedzieć w samotności. Nie działają już jednak na nich ani one, ani maska uśmiechu – przyjaciele dostrzegają, że coś jest nie tak, są zaniepokojeni i proszą cię o jakieś wyjaśnienie. Mówisz im o swoim braku energii, optymizmu, humoru, o zmęczeniu, poczuciu beznadziei i szpetoty życia. W odpowiedzi przekonują cię, że szczęście jest wszędzie dookoła, że wystarczy tylko wytężyć wzrok, żeby je zobaczyć. Próbujesz, i próbujesz, zmieniasz perspektywy, stajesz na rękach, głowie, rzęsach, ale mimo to – nie dostrzegasz go. Jesteś nawet skłonny uwierzyć im, że szczęście rzeczywiście istnieje, ale nie dostrzegając go, nie potrafisz się nim radować – tak, jak nie widząc kolorów, ale ufając innym, że istnieją, miałbyś cieszyć się błękitem nieba, zielenią trawy, różowym rumieńcem na policzkach swojej dziewczyny.

W kolejnych dniach podobne rozmowy między wami powtarzają się jeszcze wielokrotnie, aż dochodzicie do śmiertelnego znużenia nimi. W dodatku niektórzy z przyjaciół stwierdzają, że wymyślasz sobie problemy bądź wyolbrzymiasz te już istniejące, że jesteś przewrażliwiony, że usiłujesz zwrócić na siebie ich uwagę by rozpieszczali cię. Uważasz, że kilku kolejnych dobrych znajomych myśli to samo, tylko nie ma odwagi tego powiedzieć. Nieporozumienie między wami rośnie, aż w końcu utrwala się na poziomie uniemożliwiającym sensowną komunikację. Zdajecie się nadawać jakby zupełnie na innych falach. Zaczynasz rozumieć, że pomimo fizycznej obecności ludzi w swoim życiu jesteś samotny tak bardzo, że równie dobrze mogliby znajdować się oni gdzieś na drugim krańcu wszechświata.

Stopniowo świat zewnętrzny i praktyczna strona życia zaczynają nudzić cię, stają ci się coraz bardziej obojętne. Stopniowo przestajesz kontaktować i spotykać się ze znajomymi, stajesz się coraz mniej wydajny w pracy lub w szkole, twoje dotychczasowe pasje tracą na znaczeniu. Jednocześnie coraz bardziej zwracasz się ku swojemu wnętrzu, a twoje podejście do rzeczywistości staje się refleksyjne. Spędzasz wiele czasu na myśleniu o tym, co czujesz i dlaczego akurat to, a także drobiazgowo analizujesz życie poszukując w nim sensu.

Łóżko zdaje się przyciągać cię do siebie niemal magnetyczną siłą; początkowo starasz się jej opierać, ale w końcu ulegasz, i od razu zdajesz sobie sprawę z tego, że był to wybór najwłaściwszy z możliwych, bo tylko tam, na wygodnym materacu, pod ciepłą kołdrą, czujesz się bezpiecznie. Zaczynasz nawet mieć nadzieję, że w sumie to dobrze, że może po prostu wystarczy odespać ten stan, i wszystko samoistnie wróci do normy. Kilkanaście najbliższych marzeń sennych rozwiewa jednak te nadzieje – zostajesz w nich bowiem wydany na pastwę swoich najgorszych lęków. Zaczynasz rozumieć, że to jak podróż z deszczu pod rynnę i że przed tym, co ci doskwiera, nie ma ucieczki.

Pewnego dnia przypominasz sobie o samobójczej śmierci jakiegoś wybitnego człowieka – muzyka, pisarza, poety. Wertujesz Internet w poszukiwaniu informacji o nim oraz jego twórczości, i okazuje się ona lustrzanym odbiciem twoich myśli i uczuć. Identyfikujesz się z tym artystą, i zaczynasz uważać go za autorytet w sprawach życia i śmierci. Zaczynasz też sądzić, że świat po prostu nie jest miejscem dla pewnego rodzaju ludzi. Po prostu? Tak, po prostu.

Przychodzi ci do głowy pomysł, żeby uciec przed bólem psychicznym w cierpienie fizyczne. Sięgasz po żyletkę, i nacinasz swoją skórę. Widok krwi i ból sprawiają ci ulgę – po raz pierwszy od dawna myślisz o czymś innym, niż poczucie beznadziei. W przyszłości powtarzasz tą czynność wielokrotnie – na przedramionach, na udach – aż pewnego dnia po prostu wchodzi ci to w krew, i staje się czymś tak powszednim, jak jedzenie, spanie i wydalanie. Jednocześnie autoagresja traci swoją moc, przestaje być wystarczająca do rozładowania kumulującego się w tobie napięcia.

Uświadamiasz sobie, że od dnia, kiedy nazwałeś to, co cię trapi, zwyczajnym gorszym okresem, i postanowiłeś dać sobie czas, minęło już wiele miesięcy, a nic nie uległo zmianie. Dochodzisz do wniosku, że chyba najwyższa już pora spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać całokształt twojego stanu psychicznego Depresją.

W końcu mimochodem dzielisz się swoim przypuszczeniem z najbliższymi – matką, ojcem, mężem, żoną. Słyszysz, że masz za dużo czasu na myślenie, i dlatego głupoty przychodzą ci do głowy. ”Zobacz, my pracujemy i jesteśmy z siebie zadowoleni, chociaż nie mamy czasu, a ty masz go najwięcej, a tylko leżysz w łóżku i marniejesz. A tak w ogóle, to inni mają gorzej. Nie wymyślaj sobie chorób, to nie w porządku wobec naprawdę skrzywdzonych przez los”. Starsi od ciebie dodają, że w czasach ich młodości nie chorowano na depresję, i że jest to nazwa wymyślona przez obiboków na potrzebę luksusowego usprawiedliwienia ich lenistwa. Nawet nie tłumaczysz im, że depresja, jeśli już jest lenistwem, to tak silnym, że wcale nie chce się żyć, lenistwem wymagającym leczenia. Po prostu wracasz do łóżka i kładziesz się spać. Nie od razu zasypiasz – ostatnio męczy cię bezsenność – i rozważasz słowa najbliższych, i sam już nie wiesz, czy rzeczywiście jest tak jak mówią, czy nie, przez co czujesz się jeszcze gorzej.

Zaczynasz rozważać samobójstwo. Godzinami myślisz o tym, która z metod byłaby dla ciebie najodpowiedniejsza, jak wyglądałoby Twoje ciało po śmierci, ile osób przyszłoby na Twój pogrzeb, jak długo Twoi bliscy pogrążeni byliby w rozpaczy po Twojej stracie. Imaginujesz sobie moment, w którym znajdują Twoje martwe ciało, odtwarzasz go w wyobraźni raz za razem i sprawia ci to przyjemność. Jeszcze nie wiesz, jak bardzo tym samym igrasz z ogniem, że wyobrażenia te wkrótce zawładną Tobą doszczętnie.

Za pośrednictwem Internetu poznajesz kogoś, kto doświadcza podobnych stanów, co Ty. Rozmowy z tą osobą są tak absorbujące i tak szczere, jakbyście w jakiś niezwykły sposób znali się od zawsze i od zawsze tęsknili za sobą. Wspieracie się o każdej porze dnia i nocy, dyskutujecie godzinami o wzbierającym w was napięciu. To, co was łączy, szybko przeradza się w przyjaźń, w bezpieczną oazę, którą otacza bezmiar jałowego pustkowia życia.

Z czasem w ogóle zapominasz o tym, że można żyć inaczej. Że dni mogą być kolorowe i pełne wrażeń, że ludzie są interesujący, że świat jest piękny, że mimo wszystko jest się z czego śmiać, a życie, chociaż krótkie i ulotne  – ma sens, że stanowi sens sam w sobie. Jeśli jednak pewnego dnia ockniesz się wewnętrznie, i stwierdzisz, że najwyższy czas nazwać to, co Ci dolega Depresją, a potem udać się po pomoc do lekarza specjalisty – zyskasz szansę na szczęście.

Uśmiech Klauna

Znamy ich wszyscy. Z ekranów telewizora, z występów na żywo, z taśm magnetofonowych. Przed publicznością zawsze pogodni, tryskający energią i humorem, niczym magicy wyczarowują na naszych zmęczonych twarzach uśmiech. Patrząc na ich energiczne poczynania nie przychodzi nam do głowy, że często należą do bezdennych otchłani osobistych tragedii, że pozornie beztrosko uśmiechając się do nas i dowcipkując  – czynią to z ich ponurych czeluści. Zapraszam do zapoznania się z historiami dwóch z moich ulubionych komików, satyryków i komediantów, których losy naznaczone są piętnem straszliwych dramatów.Uśmiech Klauna (1)Bohdana Smolenia znają wszyscy Polacy – począwszy od starszej generacji odbiorców, bawiących się przy występach kabaretu ”Tey” współtworzonego z Zenonem Laskowikiem, po młodzież kojarzącą go głównie z rolą listonosza Edzia w serialu komediowym ”Świat Według Kiepskich”. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że ten satyryk i aktor, na którego charyzmie i dowcipie wychowały się tysiące ludzi, ma za sobą druzgocące przejścia. W 1988 roku jeden z trzech synów Smolenia, 15 letni Piotrek, popełnił samobójstwo w tajemniczych, do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach. Chłopiec pożyczył swoim kolegom bez wiedzy ojca należące do niego taśmy magnetofonowe, na których zarejestrowane były występy kabaretu ”Tey”. Feralnego dnia, pod silną presją satyryka pojechał do znajomych w celu odzyskania ich. Nazajutrz znaleziono jego ciało – powiesił się na płocie przy pomocy paska, około 300 metrów od domu. Smoleń nie ukrywa, że nie wierzy w to, aby syn samodzielnie targnął się na życie. W wywiadzie udzielonym dla portalu Wysokie Obcasy powiedział: ”Jestem przekonany, że był ktoś drugi z nim. Ktoś mu to zrobił albo kazał mu to zrobić (…). To nie był taki grzeczny chłopiec, zawsze miał swoje zdanie, swoje pomysły. Myślę, że mogło być tak: spróbuj się powiesić, a my cię odetniemy albo sam się odetniesz. Miał pasek i nóż nie swój.”. Niespełna rok później pogrążona w rozpaczy po stracie syna żona satyryka, Teresa, również popełniła samobójstwo. Do tragedii doszło w domu Smoleniów, podczas późnej kolacji z udziałem kilkorga gości. Kobieta w pewnym momencie opuściła towarzystwo twierdząc, że jest zmęczona, po czym udała się do sypialni na górnym piętrze. Gdy jakiś czas później Smoleń poszedł do niej, zastał ją powieszoną na biustonoszu. Zmarła na jego rękach nie odzyskawszy przytomności.

Potworne tragedie, które dotknęły Smolenia, sprawiły, że artysta popadł w depresję i na kilka lat wycofał się z działalności artystycznej. Od samego początku zdawał sobie jednak sprawę z tego, że ma jeszcze dwójkę synów, których musi wychować i wyżywić. Jak sam przyznaje, to poczucie odpowiedzialności za nich zmusiło go do otrząśnięcia się i wzięcia życie w swoje ręce. Na scenę powrócił w roku 1992 z nowym programem kabaretowym ”Nowy Rząd – Stara Bida”, współtworzonym przez trzech kolegów. W latach dziewięćdziesiątych, na fali popularności muzyki disco-polo nagrał 3 zabawne albumy muzyczne utrzymane w jej konwencji, ponownie przebijając się do świadomości szerokiego grona odbiorców. Od 1999 roku zaczął pojawiać się epizodycznie w sitcomie ”Świat Według Kiepskich”. Smoleń, mimo iż podstarzały, schorowany, i okrutnie poturbowany przez los bawił ludzi do ostatku sił, których pozbawił go w ubiegłym roku trzeci wylew, paraliżując go i odbierając mu mowę. Obecnie satyryk dochodzi do siebie po czwartym już wylewie w Bydgoskim ośrodku rehabilitacyjnym dla osób po udarach.

Uśmiech Klauna (2)Robin Williams, aktor światowego formatu, w swojej karierze odegrał wyśmienicie wiele różnorakich ról – psychoanalityka (”Buntownik z Wyboru”), zimnokrwistego psychopaty (”Bezsenność”), charyzmatycznego nauczyciela (”Stowarzyszenie Umarłych Poetów”), czy obłąkanego bezdomnego (”Fisher King”) – ale publiczność najbardziej pokochała go za fenomenalne kreacje komediowe (”Pani Doubtfire”, ”Klatka Dla Ptaków”). Wprost trudno uwierzyć, ale ten bawiący ludzi do łez człowiek przez wiele lat zmagał się z uzależnieniem od alkoholu oraz narkotyków, a także ciężką depresją. Miał także masę innych problemów w życiu osobistym. Dwa rozwody (z trzecią żoną, Susan Schneider, był w związku małżeńskim do śmierci) kosztowały go ponad 30 milionów dolarów; żeby nadrobić straty finansowe, w ciągu ostatniego roku harował na planie aż sześciu filmów (cztery z nich nie doczekały się finalizacji).

11 sierpnia 2014 roku asystentka Williamsa odwiedziła jego dom, znajdując go martwego. Aktor powiesił się w pozycji półsiedzącej, na pasku wciśniętym pomiędzy drzwi a framugę; wcześniej próbował podciąć sobie za pomocą scyzoryka żyły na nadgarstkach. Opinia publiczna przez długi czas łączyła samobójstwo aktora bezpośrednio z jego depresją i wycieńczającą walką z uzależnieniami, ale prawda okazała się bardziej skomplikowana. Nowe światło na dramatyczną decyzję aktora rzuciła wdowa po nim, Susan Wiliams, zdradzając  w udzielonych rok później wywiadach prasowych, że u jej męża zdiagnozowano – dopiero po autopsji – tzw. Otępienie z Ciałami Lewy’ego – chorobę neurodegeneracyjną, prowadzącą między innymi do otępienia, demencji, silnych halucynacji wzrokowych, paranoi, i stanów lękowych. Objawy te dawały się gwiazdorowi we znaki już od roku, i za jego życia zostały błędnie rozpoznane jako rezultat choroby Parkinsona. Na tydzień przed popełnieniem samobójstwa Williams odebrał wyniki badań, wskazujące na to, że pozostały mu zaledwie trzy lata życia. Kwestia tego, czy aktor kończąc ze sobą był w jasnym stanie świadomości, czy też bezpośrednio przyczyniły się do tego halucynacje bądź urojenia, pozostanie tajemnicą już na zawsze, ponieważ nie pozostawił po sobie żadnego listu pożegnalnego.

Uśmiech i dowcip komedianta może kosztować stacje telewizyjne i widzów wiele pieniędzy, ale bywa, że dużo większą cenę za niego płaci on sam. Ceną tą jest wysiłek, jaki musi włożyć w zduszenie łez i napięcie tych kilku mięśni twarzy, na których mógłby udźwignąć swój smutek.

***

Zdjęcia pochodzą ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

W Depresji

W Depresji (1)Umieram na stracony czas. Umieram na wszystkie bezpowrotnie zaprzepaszczone sekundy, minuty, godziny, dni, lata. I, na dodatek, mam kolejny z tych okresów – czasami dłużących się w nieskończoność – kiedy czasu, choćby nawet miało się na to siły – nie da się w żaden sensowny sposób spożytkować, bo trzeba czekać, aż zdarzy się coś, co to umożliwi, a na co samemu nie ma się wpływu. Patrzę więc mętnym wzrokiem na mijające dni, tak podobne do siebie, że zlewające się w jedną całość; dni jałowe, wtórne. Można dać ponieść się złudzeniu, że czas się zatrzymał, że to wciąż jeden i ten sam dzień kończy się i powtarza. I tak od 10 lat ciągnie się za mną to, co lekarze psychiatrzy określają mianem załamania linii życiowej. Ugrzęzłem w miejscu, w którym się urodziłem. Ugrzęzłem niemalże we własnej kołysce, w piaskownicy, gdzie bawiłem się jako dziecko. Piotruś Pan – tak ludzie mnie określają, zupełnie niezależnie od siebie, więc musi to być prawda. Jestem umysłowym nastolatkiem w ciele dorosłego faceta.

Sny, będące zaledwie majakami, wyładowaniami nerwowymi, wnoszą w moje życie więcej kolorów i rozrywki, niż sama rzeczywistość. Uciekam więc w nie od szarości, zażywając lekarstwo usypiające. Najczęściej trafiam z deszczu pod rynnę, doświadczając straszliwych, rozregulowujących mnie psychicznie koszmarów, jednak czasami doznaję po tej drugiej stronie czegoś przyjemnego. Niegdyś umiałem zdawać sobie podczas śnienia sprawę z tego, że śnię, przejmować kontrolę nad swoimi snami; bywało nawet, że uzyskiwałem wrażenie opuszczenia fizycznego ciała przez świadomość, co zawsze napełniało mnie natchnieniem do życia i ożywczym wspomnieniem bezgranicznej wolności. Niestety, zaniedbałem te umiejętności, i muszę dorobić się ich od nowa żmudnymi treningami siły woli.

Czuję się więźniem wypracowanego przez niezliczoną ilość mężczyzn przekonania, że głównym wyznacznikiem szczęścia jest satysfakcja z życia seksualnego. Świadomość tego, jak wielu prostaków zalicza hurtem puste panienki nie obciąża mnie w żaden sposób. Uważam, że to prymitywne, niegodne cywilizowanego człowieka, i że nie ma czego im zazdrościć. Zazdroszczę natomiast mężczyznom pozostającym w głębokich związkach, którzy mają możliwość częstego spotykania się ze swoimi partnerkami, kochania się z nimi. W łóżku z dziewczyną byłem zaledwie kilkanaście razy, ale zawsze była to osoba mi najbliższa i rzeczywiście nigdy nie czułem się lepiej, niż przylegając do niej swoim ciałem, niż całując ją, niż czując na sobie jej zaciśnięte kurczowo nogi dające mi wyobrażenie o tym, jak bardzo pragnie mnie i mojej bliskości. Świadomość tego, jak daleko znajduje się ode mnie obecnie moja ukochana, i że taki stan rzeczy utrzymywał się będzie jeszcze jakiś czas, oraz tęsknota za nią, wyniszczają mnie. Moja miłość do Niej bez najmniejszych problemów wytrzymuje próbę czasu i trosk; nie wytrzymuje jej jednak ja sam.

Przeżywanie życia poprzez ujmowanie go w słowa wymaga siły. Dzisiejszej nocy czyniąc to wyzułem się z niej do cna, i znowu stoję bezbronny wobec emocji i myśli. Coś się dzieje w moim umyśle, coś dużego i chaotycznego, ale ja nie potrafię tego ogarnąć, nie potrafię dojść do istoty rzeczy. To jest uczucie podobne do tego, kiedy jest się w rzece, i nie ma się już siły w płynąć pod jej nawet najsłabszy prąd ku malutkiej wysepce, na której brzegu można by położyć się na plecach i odpocząć, patrząc w niebo. I chociaż czasami wydaje mi się, że kijem mógłbym zawrócić bieg rzeki, teraz wycieńcza mnie nawet bezwładne płynięcie z jej prądem ku zgubie.

Jeśli depresja zniekształca obraz rzeczywistości w moich oczach, dając mi złudzenie, że jest gorzej, niż jest naprawdę, zażywanie leków sprawia, że przeglądam na oczy, że mogę zobaczyć, iż sprawy mają się naprawdę lepiej, niż myślę pod wpływem choroby. Jeśli jednak naprawdę jest tak źle, jak depresja każe mi myśleć – a więc jeśli depresja jest logicznym następstwem sytuacji, w jakiej tkwię – to leki zaledwie wprawiają mnie w życiodajną iluzję, że jest lepiej, niż jest naprawdę. Owa ułuda nie jest do końca zła, gdyż może dawać siłę do wprowadzenia zmian które sprawią, że rzeczywiście będzie dobrze. To zadziwiające, ale wszystko wskazuje na to, że można samookłamywać się, że jest dobrze, żeby mieć siłę doprowadzić swoje życie do ładu i kiedyś móc powiedzieć o nim to samo – tym razem zgodnie z prawdą.

Od 2 tygodni nie myję zębów, włosów, nie biorę prysznica, nie golę się, odzież zaś zmieniam raz na kilka dni. Nie tylko nie widzę sensu w robieniu tego, ale nawet nie mam do tego siły, brak mi witalności, energii życiowej. Nie widuję się z nikim poza domownikami, nie robię niczego, poza realizacją podstawowych potrzeb fizjologicznych oraz pisaniem i czytaniem. Co zmieni to, że będę ładniej pachniał, że koszula na moim ciele będzie tchnęła świeżością, że włosy nie będą lepiły się od tłuszczu? Czuję się bezdomny we własnym ciele, bezdomny we własnym domu, a mój wygląd odzwierciedla to. Nie jem też niczego poza śmieciowym pokarmem takim jak słone przekąski czy zupki chińskie, chociaż moja nadkwasota żołądka dobija mi się do przełyku jak może.

Są chwile, że tylko myśl o powrocie do szpitala psychiatrycznego daje mi nadzieję ponownego poczucia, że żyję. Byłem w nim szczęśliwy, bo przebywałem nieustannie wśród wrażliwych i inteligentnych ludzi rozumiejących moje troski i radości. Odcięty od nich – czuję się samotny. Ludziom z mojego otoczenia obce są niepokoje egzystencjalne, ciekawość świata i rozpaczliwa pogoń za samoświadomością. Nie uważam ich za gorszych ani lepszych od siebie, a po prostu za innych. Jest między nami przepaść nie do zasypania, nie do przeoczenia, nie do zapomnienia. Wszystko, co do siebie mówimy, jest filtrowane przez rozpiętość i głębokość dzielącej nas czeluści, tak, że nawet nie tyle jest pośredniczką pomiędzy nami, ale wręcz rozmawiamy bardziej z nią niż ze sobą. Jest jak wspólny znajomy, poprzez którego usiłujemy przekazywać sobie informacje, ale ten znajomy jest przeciwny naszym kontaktom.

Zawsze w końcu przychodzi taki moment, kiedy zaczynam czuć się zupełnie wyzuty z sił, wyciśnięty do cna, wyeksploatowany. Moment, kiedy myśląc o sobie mam przed oczami wydrążoną z miąższu na wyciskarce do cytrusów połówkę pomarańczy, teraz już właściwie samą skórkę, w dodatku wysuszoną. W tym punkcie nadal się cierpi, ale nie czuje się tego cierpienia, bo jest się nim zbyt zdeformowanym wewnętrznie, by w ogóle czuć się sobą. To może być punkt zwrotny, jeśli pojawi się iskra z zewnątrz. A wtedy może jeszcze raz powstanę z popiołów jak Feniks, podźwignę się, uniosę ciężar samego siebie jak mocarz, i zdumienie własną siłą pozwoli mi przez jakiś czas żyć tak, jak na to zasługuję. Może.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Archiwalny List Pożegnalny

Przez wiele lat zmagałem się z nieleczoną depresją, której apogeum przypadło na okres mojego zawodu miłosnego. Z tego też okresu – a dokładnie z dnia 3 sierpnia 2013 roku – pochodzi ten list pożegnalny do byłej ukochanej, który napisałem zawczasu, wiedząc, że w każdej chwili mogę zdecydować się popełnić samobójstwo. Dziś, po tych dwóch latach od jego napisania, ten nigdy nie wysłany list jest już nieaktualny, ale jego lektura uświadomiła mi wiele błędów w moim toku rozumowania: skłonność do demonizacji samego siebie przy jednoczesnej idealizacji bliskiej osoby, zgubny romantyzm. Pisałem go w fazie krańcowego wyczerpania psychicznego i fizycznego z silnym postanowieniem odebrania sobie życia. Bez względu na to, jak naiwnie, pretensjonalnie, a nawet żałośnie brzmi, jest śmiertelnie szczery.

***

Cześć L. Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że nie ma mnie już wśród żywych, że odnalazłem w końcu upragniony spokój i nie będę nigdy więcej już cierpiał, tęsknił, bał się, zamartwiał… Chciałem napisać dla Ciebie tych kilka słów, bo jesteś najważniejszym człowiekiem w moim życiu i nie powinienem chyba odchodzić na zawsze bez pożegnania z Tobą.

Z perspektywy czasu dostrzegam całą masę popełnionych przeze mnie w naszej relacji błędów, które zniszczyły Ciebie i miłość jaką mnie darzyłaś, przeistaczając Cię w wyrachowaną bestię nie chcącą mnie w ogóle w swoim życiu. Obdarłem Cię z człowieczeństwa oraz kobiecości, i odczuwam gigantyczne, nie pozwalające mi zaznać wytchnienia wyrzuty sumienia z tego powodu. Słowa nie są w stanie oddać bólu jakiego mi przysparzają, są w tym przypadku zaledwie półśrodkami. Jak niczego innego chciałbym móc cofnąć czas i przeżyć naszą znajomość raz jeszcze, tym razem szanując Cię, wspierając, pomagając Ci w realizacji Twoich marzeń, nie wzbudzając w Tobie strachu, porzucając na zawsze pisanie, udowadniając Ci na każdym kroku moją miłość do Ciebie. Jest to niestety niemożliwe, a kolejnej szansy na odbudowanie naszego związku wiem już, że mi nie podarujesz.

Szkoda, że musiałem Ciebie stracić, żeby wreszcie zrozumieć, że do szczęścia potrzebna była mi nie samorealizacja i uznanie społeczeństwa, a wiedzenie zwyczajnego życia u Twojego boku – zamieszkanie z Tobą, założenie rodziny, chodzenie do pracy przez pięć dni w tygodniu.

Jestem świadom tego, że Kochałaś mnie z całego serca, i nie było na świecie rzeczy, której nie zrobiłabyś, żeby mnie uszczęśliwić. Obdarzyłaś mnie możliwie najczystszą Miłością, dziecięco szczerą a przy tym silniejszą od życia i śmierci razem wziętych. Bycie Kochanym przez tak niesamowitą kobietę jak Ty to zaszczyt, którego ponad wszystko cieszę się, że mogłem dostąpić.

Dużo czasu spędzam na wspominaniu naszego pobytu na B., wspólnych spacerów, rozmów, czułości. Było mi tam z Tobą tak dobrze, że utwierdziłem się ostatecznie w przekonaniu, że moje miejsce jest przy Tobie. Wiem, iż Ty byłaś podczas tamtych kilku dni nie mniej szczęśliwa ze mną… To właśnie tam, cieleśnie i duchowo zarazem, oddałem Ci się raz na zawsze doświadczając pierwszego w swoim życiu pocałunku, na który czekałem całe 23 samotne lata, i była to najpiękniejsza chwila mojego życia. Potem wydarzyło się całe mnóstwo innych cudownych rzeczy – karmiłaś mnie moimi ulubionymi marynowanymi borowikami, a potem dawałaś buziaki, spacerowaliśmy trzymając się za ręce, podczas czego promieniałem dumą, że taka wspaniała istota wybrała właśnie mnie na swojego życiowego partnera, kochaliśmy się namiętnie ustanawiając cielesną i duchową jedność, w której zatracaliśmy się totalnie zapominając o Bożym świecie, rozmawialiśmy godzinami patrząc sobie nawzajem w uradowane oczy… Przez te kilka dni przeżytych z Tobą żyłem pełnią życia i chciałem żyć jak nigdy wcześniej. I nigdy później.

Wiele czasu spędzałem też na marzeniu o Tobie jako o matce dla moich dzieci. Chciałbym patrzeć, jak karmisz piersią nasze wspólne dziecię z uśmiechem spełnienia na ustach, jak uczysz je chodzić, kupować razem z Tobą zabawki dla maluszka, wyposażać go do szkoły, uczyć mówić… Nie potrafię z ufnością patrzeć w przyszłość będąc świadomym, że wszystko to ominie mnie.

Dla mnie miłość nie byłaby miłością, gdyby można było nad nią zapanować – to ona jest czymś, w czego władaniu pozostaje człowiek. Wierzę też, że miłość zdarza się raz na całe życie i że ja miałem przyjemność i ból jej doświadczyć. Dostałem niepowtarzalną szansę od losu na kochanie i bycie kochanym, i sądzę, że nie powinienem oczekiwać więcej od niego, bo to tylko moja wina że nie potrafiłem jej wykorzystać. Wdzięczny jestem przypadkowi albo przeznaczeniu, że zetknął nas on ze sobą, że mogłem zaznać dzięki temu czegoś, czego nie zaznałbym z żadnym człowiekiem, w żadnym innym miejscu i czasie; że kiedy będę umierał to nie będę myślał o tym, czego nie dostałem od życia, tylko o tym, czym mnie obdarzyło, nawet pomimo iż to niemożność dalszego doświadczania tego spowodowała, że tylko w śmierci widzę utęskniony spokój ducha.

L., wdzięczny jestem Ci niesamowicie mocno za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Wybaczam Ci wszystkie – naprawdę nieliczne – krzywdy jakich się dopuściłaś względem mojej osoby, i przepraszam z całego serca za cały ogrom bólu jaki Ci sprawiłem. Zawiodłem Ciebie, i równie mocno siebie samego. Chciałbym, byś kiedyś przebaczyła mi wszystkie niegodziwości jakimi Cię zraniłem, i to, co nie pozwala mi żyć dalej bez Ciebie: moją Miłość, której tak bardzo już nie chcesz.

To Ty jesteś tą, na którą tak mocno od zawsze czekałem, ta jedyną. Zawsze byłem tylko Twoim chłopcem i pozostanę nim wiernie do ostatniego tchu.

Próbowałem sobie poradzić bez Ciebie, ale nie potrafię. Bardzo źle się czuję i każdy dzień może być dla mnie tym ostatnim.

Oddałbym całe swoje życie, żeby tylko móc Cię jeszcze raz usłyszeć, zobaczyć i dotknąć.

Życzę Ci, żebyś była najszczęśliwszą kobietą na świecie, L. Kocham Cię!

Tylko Twój.