Archiwa tagu: Wojciech Gunia

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Reklamy

Wojciech Gunia – ”Nie Ma Wędrowca”

Wojciech Gunia - ''Nie Ma Wędrowca''Młody mężczyzna zatrudnia się jako stróż nocny w położonym na uboczu tartaku zwanym Bazą. Szybko odkrywa, że miejsce to kryje w sobie intrygującą tajemnicę. Usiłuje ją rozwikłać; doskonałym punktem zaczepienia okazuje się osoba poprzedniego dozorcy, zmarłego kilka lat wcześniej Roszczuka, który wciąż żyje we wspomnieniach pracowników tartaku i swojego przyjaciela, miejscowego księdza.

Surowy klimaty odludzia trawionego przez srogą zimę zniewala już od pierwszych stron. Potem jest już tylko lepiej: w powieści roi się od malowniczych i nastrojowych opisów miejsc i pogody (śnieżyce i roztopy, mrozy). Niemal czuć ziąb ciągnący spomiędzy kartek jak od nieszczelnego okna zimą. Atmosferę zagęszcza dodatkowo odosobnienie głównego bohatera i jego dziwaczna anonimowość.

Bolączką debiutu Guni były niekiedy drętwe rozmowy bohaterów jego opowiadań. W ”Nie Ma Wędrowca” dialogów jest dużo, i wszystkie brzmią naturalnie. Naturalnie do bólu, można by powiedzieć, gdyż język prostych ludzi pracy okraszony jest tak typowym dla nich wulgarnym słownictwem. Rozmowy te uwiarygadniają realia Bazy w równym stopniu, co wspomniane wcześniej opisy przyrody.

Fabuła podszyta jest solidną warstwą filozoficzną. Pojawiają się w niej pytania (a także próby odpowiedzi) o sens cierpienia, istotę bytu i tożsamości, istnienie Boga, itd. Zagadnienia są więc równie ważkie, co ciężkie, a ich roztrząsania zajmują sporą część powieści, toteż osoby oczekujące od niej łatwej rozrywki mogą od razu odpuścić sobie lekturę. Przyczynkiem do wszystkich tych rozważań jest zło w wymiarze ekstremalnym – zbrodnia ludobójstwa, która wydarzyła się przed laty w miejscu akcji powieści.

Głównym bohater przez prawie całą powieść pozostaje dla czytelnika nieprzeniknioną tajemnicą. Nie wiadomo prawie nic o jego przeszłości, o motywach, z jakich obsiadł w tak niegościnnym miejscu. Wydaje się nieskalany wspomnieniami, czysty, jakby przed dniem w którym osiadł w Bazie nie wydarzyło się w jego życiu nic istotnego i wartego zapamiętania. Jego jałowość, z początku dziwna, z czasem staje się coraz bardziej podejrzana i niepokojąca: coraz bardziej jasne staje się, że samotność jest dla niego czyś w rodzaju znieczulenia dla duszy. Można zresztą odnieść wrażenie, że prawdziwym bohaterem powieści jest poprzedni dozorca Bazy – wielki nieobecny Roszczuk. Jego duch tkwi w centrum wszystkich istotnych wydarzeń, jest w nie wpisany, wryty jego cierpieniem. Czy na zawsze?

Groza w powieści jest wszechobecna. Począwszy od straszliwej historii Bazy i jej okolicy, poprzez niepokoje egzystencjalne, na zdarzeniach paranormalnych kończąc. Mimo to nie określałbym utworu mianem rasowego horroru; jego ciężar opiera się bowiem właśnie na przerażeniu człowieczeństwem i na demaskacji wstrząsającej absurdalności życia.

O ile w ”Powrocie” zdarzało się Guni przeładować pewne partie tekstu określeniami o mrocznym wydźwięku, o tyle powieść jest bardziej stonowana. Język, choć mniej radykalny, wciąż jest bardzo plastyczny, a co bardziej poetyckie fragmenty posiadają niezwykłą melodię i aż chce się czytać je na głos. Wydaje się, że to właśnie w ”Nie Ma Wędrowca” autor obrał idealny kierunek dla wyrażenia swoich myśli i uczuć – choć podejrzewam też, że w przyszłości może czytelnika jeszcze nielicho zaskoczyć.

”Nie Ma Wędrowca” to prawdziwa gratka dla refleksyjnie usposobionych sympatyków grozy i fanów głębokiej literatury w ogóle. Choć powieść jest krótka, to ciekawie skonstruowana, ze wszech miar dopracowana i zawiera w sobie ogrom treści. Nie ma w niej żadnych dłużyzn, pustego gawędziarstwa, zbędnych wątków pobocznych, itd. Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za rok 2016, którą zdobyła, jest w pełni zasłużona. Prawdopodobnie nie znajdziecie lepszej książki do czytania w zimowe wieczory, spędzane w ciepłym łóżku, przy akompaniamencie świszczącego za oknem, niosącego biały puch wiatru.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.

Wojciech Gunia – ”Powrót”

Wojciech Gunia - ''Powrót''To dość makabryczne, ale książki twórców wciąż żywych czytam rzadko. Na co dzień bowiem z wyśmienitym skutkiem polegam na klasyce literatury – dziełach wytrawnych i ponadczasowych, stojących wysoko ponad tym, co okazać się może zaledwie przelotną czytelniczą modą. Ale kropla drąży skałę; jeśli na forach poświęconych książkom nazwisko autora przewija się co i raz, w aurze chwały, ciekawość w końcu skusi mnie do sięgnięcia po jego dzieło. Tak było w przypadku Wojciecha Guni, i jego zbioru opowiadań grozy pt. ”Powrót” – przypadku, który potwierdza powiedzenie, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. W tym wypadku takiego, w którym chce się zagrzać miejsca na dłużej.

Zacznijmy od najważniejszego: ”Powrót” nie jest page turnerem, który łyknąć można w dwa wieczory, przy okazji jedząc kopytka i oglądając telewizję. To proza dotykająca kwestii poważnych (nierzadko jątrzących się ran i skamieniałych strupów) w sposób krańcowo zaangażowany. Autorowi udało się stworzyć poetycki, gęsty i mroczny język, w którym dominują zdania wielokrotnie złożone. Czytanie poszczególnych opowiadań wymaga wyciszenia i (nierzadko) pewnej dozy samozaparcia.

Nie twierdzę bynajmniej, jakoby Gunia z miejsca i całkowicie opanował językowy żywioł, który powołał do życia; czasami wymyka mu się spod kontroli, co przejawia się na przykład w przeładowaniu narracji wyrazami o ciężkiej wymowie i powtarzaniu tych samych określeń. Dużą bolączką opowiadań bywają też dialogi. Postaci czasami wysławiają się w sposób nienaturalny: kwiecisty i złożony, nazbyt oficjalny, pozbawiony potoczności (”Wezwanie”, ”Ojciec”). Czasami co prawda wzmaga to groteskowość i dziwaczność sytuacji, ale z reguły nadwątla tą warstwę realizmu, która dla dobra utworu powinna pozostać nietknięta.

I tutaj dochodzimy do creme de la creme: kwestii grozy utworów Guni. Przede wszystkim przesiąknięte są ciężką atmosferą ospałości, niedopowiedzeń, tajemnic, ludzkiej nijakości, wszechobecnego osaczenia i dziwności. Pojawiają się w nich też motywy rodem z rasowego horroru, takie jak potwory czy pełnokrwista makabra (”Wezwanie”, ”Powrót”), ale tym, co przeraża mnie najbardziej, jest ukazanie człowieka beznadziejnie uwikłanego w pajęczynę kultury, przypadku, i biologii. W moim odczuciu motywy monstrów nie tyle dopełniają grozę świata rzeczywistego, co potęgują ją. Egzystencja człowieka w prozie Guni jest bowiem tak przytłaczająca sama w sobie, że żadne nadprzyrodzone potworności nie są w stanie uczynić jej cięższą – co właśnie najlepiej obnaża jej prawdziwy wymiar.

Poszczególne fabuły (bardzo swoją drogą błyskotliwe) wysuwają wyjątkowo pesymistyczną propozycję światopoglądową (jej kwintesencję czytelnik znajdzie w opowiadaniu tytułowym). Życie ludzkie jawi się w nich jako czas oczekiwania na śmierć, który to czas człowiek spędza usiłując go w miarę znośnie zabić (z różnym skutkiem). Świat jest zimny jak trup i równie obojętny na los żywych. Za ubóstwem materialnych form kryje się – nieporadnie, wręcz groteskowo, jak gigant kucający za zwiędłym drzewkiem bonsai – bezsens. Bóg – to tylko puste słowo, które gdyby je wymówić brzmiałoby jak kopnięcie w ogromny, pusty bęben. Człowiek – przeciętny do bólu, stłamszony przez władzę i zobojętniony monotonią egzystencji – zaznaje w tych realiach czegoś, co wprawdzie wyrywa go z szarości, ale barwą, jakiej przydaje to jego życiu, okazuje się być tylko czerń. Bunt jest równie daremny i absurdalny, co walka z własnym cieniem, a jedyne osiągalne zwycięstwo stanowi przyjęcie w ciszy ostatecznej klęski.

Pesymistycznej wymowy utworów dopełniają ilustracje autorstwa Kai Kasprowicz: mroczne, surowe, agresywne. Szkoda, że nie znalazło się ich więcej. Warto również podkreślić, że chociaż mawia się, by nie oceniać książki po okładce, w przypadku ”Powrotu” powiedzenie to nadaje się na śmietnik: okładka zbioru oddaje jego ducha idealnie i można zaufać jej w ciemno.

Wiele pisze się o inspiracjach Guni: Kafce, Schulzu, Ligottim. Znam tylko twórczość dwóch pierwszych, i przyznać muszę, że ich wpływy na młodego autora są dość wyraźne. Równie dobrze widać jego mroczne zauroczenie powieścią pt. ”Po Tamtej Stronie” Alfreda Kubina, opowiadaniami Poego, oraz – choć może tylko mi się wydaje – co bardziej niepokojącymi książkami Stanisława Lema (”Solaris”, ”Pamiętnik Znaleziony w Wannie”, ”Śledztwo”). Komuś, kto nie czytał ”Powrotu”, mogłoby wydawać się, że to wiele, a nawet zbyt wiele, by móc określić prozę Guni jako samodzielną, ale byłoby to ogromnym i krzywdzącym błędem. Na podstawie lektury wywiadów z panem Wojciechem oraz swojej znajomości dzieł wyżej wymienionych, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że w prozie Guni zdecydowanie najwięcej jest właśnie Guni.

”Powrót” z pewnością zaspokoi gusta czytelnicze osób spragnionych literatury przemyślanej i głębokiej. Jeśli lubicie takową, a do tego jesteście fanami konwencji grozy, po prostu musicie sięgnąć po ten tom. I jakby się kto pytał, pamiętajcie: Gunia naprawdę jest tak dobry, jak mówią.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agharta.