Archiwa miesięczne: Sierpień 2018

Pal Karlsen – ”Biografia Prawdziwka”

Pal Karlsen - ''Biografia Prawdziwka''Założę się, że trudno znaleźć w Polsce grzybiarza, który ceniłby jakikolwiek jadalny gatunek grzyba wyżej, niż prawdziwka. Smaczne są kurki, podgrzybki, koźlarze, opieńki, oraz cała moc innych, nieco mniej popularnych na stołach gatunków, ale wyżej kapelusza prawdziwkowi nie podskoczą. Po prostu nie. W większości grzybolubnych krajów sytuacja przedstawia się podobnie. W czym tkwi fenomen prawdziwka? Dlaczego to właśnie on podbił serca grzybowych smakoszy? Jak wyglądała jego droga na kulinarny szczyt? Na te pytania – i wiele innych – stara się odpowiedzieć Pal Karslen, wieloletni bliski przyjaciel jego królewskiej mości i smakowitości – borowika!

Wiele miejsca Autor poświęca analizie sytuacji borowika na rynku – zarówno na światowym, jak i na rynkach małych, lokalnych. W Polsce, we Włoszech, w Chinach jak i w Ameryce (oraz zapewne w wielu innych krajach, jak świat długi i szeroki) znaleźć można ludzi, dla których zbiory borowika i handel nim stanowią cenne dodatkowe źródło dochodu. Stanowią oni pierwsze ogniwo w łańcuchu produkcji przemysłowej wyrobów z prawdziwka – suszu, mrożonek, marynat, itd. Czytelnik odwiedza wraz z Autorem także sortownie surowca, magazyny gdzie jest przechowywany, oraz przygląda się fascynującym statystykom związanym z jego zbiorem i obrotem handlowym.

Biografia prawdziwka nie jest suchą pracą naukową – to dzieło okraszone humorem i wigorem, po których od razu poznać można w Autorze prawdziwego zapaleńca. To właśnie ktoś, co do kogo można się założyć, że – gdy nikt nie patrzy – przystawia ucho do ziemi i nasłuchuje rosnących grzybów; ktoś, kto chodząc z kimś na grzybobrania gotów byłby zabierać ze sobą łuk, żeby upolować grzybka przed towarzyszem. Oczywiście przesadzam, ale wiecie, o co mi chodzi – to po prostu facet, który grzybobrania ma we krwi, i w którego książce czuć to w każdym jednym zdaniu.

Ale nie tylko w interesującej, dobrze przyprawionej dowcipem treści leży siła Biografii prawdziwka – książka zawiera masę kolorowych zdjęć oraz ilustracji (znajdują się niemal na każdej stronie). Czytelnik ma okazję ujrzeć na nich ów urodziwy, smakowity kąsek w wielu różnych formach i miejscach, w których okresowo staje się niemal pępkiem świata. Na mnie największe wrażenie wywarły fotografie przedstawiające hale produkcyjne zastawione masą worków z borowikowym suszem, chińskie targi, oraz, naturalnie, apetyczne potrawy z użyciem prawdziwka.

W Biografii prawdziwka nie brak również – a jakżeby inaczej! – polskich akcentów, które są zresztą bardzo liczne i kolorowe. Autor odwiedził nasz kraj, i uczestniczył na jego terenie w bardzo udanych grzybobraniach. Poznał też osobiście pana Wiesława Kamińskiego – założyciela strony internetowej NaGrzyby.pl, mykologicznego guru ogromnej rzeszy rodzimych grzybiarzy i organizatora turnusu Wielkie Wrześniowe Grzybobranie w Zawiatach (termin mykoturystyka pasuje tu jak ulał!). Gościł także na tradycyjnej polskiej wigilii, podczas której borowik piastował należne mu honorowe miejsce na stole. Autor był bardzo mile zaskoczony tym, jak mocno prawdziwek zakorzeniony jest w polskiej kulturze i tradycji kulinarnej.

Rzecz jasna, Pal Karlsen to nie tylko nałogowy zbieracz grzybów – to także ich wyrafinowany smakosz! Ostatnia część książki zawiera przepisy kulinarne z użyciem prawdziwka. Są tam zarówno receptury na dania tradycyjne dla kuchni polskiej, potrawy nieco orientalne, jak i deserowe osobliwości, takie jak… borowikowe lody albo cappuccino. Przyznam, że nie wszystkich z nich gotów byłbym spróbować, ale większa część aż prosi się o zastosowanie (czekam tylko na pojaw borowików).

Choć to właśnie borowik jest bohaterem książki, Karlsen poświęca nieco uwagi także innym gatunkom, jak i królestwu grzybów w ogóle. Opowiada o zawiłościach ich naukowej klasyfikacji, o tym, jak przez całe stulecia ich istnienie było lekceważone przez poważnych badaczy (znamienny jest pod tym względem przykład Linneusza), i jak niektóre społeczności konsekwentnie odmawiały im miejsca na stole. Tematów jest zresztą znacznie więcej, i z pewnością każdy czytelnik dowie się wielu zaskakujących rzeczy!

Wielu grzybiarzy ma bliskich, którzy kompletnie nie rozumieją ich grzybiarskiej pasji – emocji jakie wywołuje znalezienie grzyba, odprężenia płynącego z obcowania z naturą, a bywa, że nawet rozkoszy jedzenia grzybowych przysmaków (bo – trudno nam w to uwierzyć – grzyby nie wszyscy lubią; niektórym wydają się wręcz obrzydliwe już chociażby przez ich oślizgłość). Książka Pala Karlsena ma szansę otworzyć im oczy na piękno leśnych poszukiwań.

Samym grzybiarzom lektura sprawi zaś tyle radości, ile kosz pełen pierwszej jakości prawdziwków. Czytałem ją z wypiekami na twarzy i jestem niezwykle rad, że po całych dekadach nieoficjalnego, pełnego kaprysów królowania prawdziwka w lasach i na stołach, nareszcie doczekał się on należytego ukoronowania. Tylko niechby się wreszcie pojawił – korona z kapelusza może mu nie spadnie!

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Znak

Reklamy

Klęska Posuchy

Ostatni tydzień lipca rozpieszczał mnie pojawem muchomorów czerwieniejących. Każdą półgodzinną wyprawę w ulubione krzaki kończyłem z całym wiaderkiem tych smacznych grzybów. Niestety, inne zwykle występujące tam gatunki okazały się albo nieobecne, albo obecne w ilości minimalnej; trafiłem tylko na dwa zdrowe prawdziwki i jednego podgrzybka złotoporego. Po koźlarzach (w poprzednich latach ich pojaw był ogromny) wszelki ślad zaginął. Cóż – być może jest to związane z przeprowadzoną tam wycinką drzew.

Pierwsze półtora tygodnia sierpnia było upalne (w Mazowieckim temperatura po południu rzadko schodziła poniżej 30 stopni) i bezdeszczowe, co przełożyło się na kompletną grzybowa posuchę. Spacery po ulubionych krzakach niezmiennie kończyły się powrotem do domu z pustym wiadrem; jakby mało było tego, że we własnej skórze było mi za gorąco, nie wspominając już o koszulce, przechodząc pomiędzy drzewami niechybnie przyodziałem się w dziesiątki pajęczyn (wraz z ich ośmionogimi lokatorami, rzecz jasna). Cóż było robić; pozostało mi tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na porządne opady deszczu.Klęska Posuchy (1)Lunęło dopiero 10 sierpnia. Nie tak mocno, jak się tego spodziewałem – i jak pozwalały mieć nadzieję prognozy pogody – ale dobre i to. Burze, o których trąbiono wszem i wobec we wszystkich mediach, ledwie zahaczyły nas basowymi pomrukami i ponurymi, ciemnymi chmurami. Dwa dni potem niebo było już nieskazitelnie błękitne; powróciło słońce i ciepło. Choć wiedziałem, że nim grzybnia zacznie owocować po tak intensywnej suszy minie dobry tydzień, pozwoliłem nogom ponieść się w krzaki.

Tak jak można się tego spodziewać, nie znalazłem ani jednego grzyba. Nic – nawet pojedynczego trujaka (już w lipcu powinny pojawić się toksyczne krowiaki podwinięte). Fajnie jednak było przejść się wreszcie po ulubionych miejscach nie wylewając z siebie hektolitrów potu. Szelest listowia, zapach drzew, szum chłodnego wiaterku w uszach, i widok suchej żółtawej polnej trawy składają się na kompozycję zmysłową znaną każdemu grzybiarzowi i przez każdego grzybiarza cenioną. Obcowanie z naturą, którego dostarczają nam grzybobrania, zwykle wydaje nam się uboczną ich przyjemnością, ale kto wie, może jest wręcz odwrotnie?

Ale nie wszystkim grzybiarzom wiedzie się tak podle, jak mi; zdjęcia zamieszczane na forach prezentują zbiory tak obfite, że można dostać od ich widoku zawrotów głowy. Tu jedna pani zamarynowała już 176 słoiczków kurek, tam pewien facet zebrał 200 sztuk borowików, jeszcze gdzieś ktoś donosi o ilości koźlarzy tak wielkiej, że nie był w stanie ich zebrać… Gatunków grzybów cała moc – borowik szlachetny, maślak zwyczajny, koźlarz (grabowy, topolowy, babka), muchomor czerwieniejący, podgrzybek zajączek, wodnicha późna, siedzuń sosnowy (dwa ostatnie gatunki u mnie niestety nie występują). O gatunkach bardziej egzotycznych (i niejadalnych, ale rzadkich) nawet nie wspominam. Gdybym nie znał już trochę grzybiarskiej społeczności, pomyślałbym, że to zdjęcia z ubiegłych lat. Można tylko pozazdrościć. O, Wielki Borowiku – pojaw się innym, a i o mnie nie zapomnij.

Zagajniki zagajnikami, ale co z lasem? Nie wiem, czy jest to reguła obowiązująca gdziekolwiek indziej, ale w moich okolicach, jeśli grzybów brak w zagajnikach, tym bardziej nie ma ich w lesie, toteż nawet tam nie zaglądam. Na szczęście wrzesień już tuż-tuż, a on nigdy mnie nie zawiódł. Z utęsknieniem czekam na coroczny, ogromny pojaw podgrzybka brunatnego.

Zobaczymy, jak to dalej będzie. Prognozy pogody na najbliższy tydzień nie pozostawiają raczej większych nadziei na obfite zbiory w województwie Mazowieckim; wygląda zresztą na to, że cały sierpień będzie suchy i upalny.

Stephen King – ”Wielki Marsz”

Stephen King - ''Wielki Marsz''Kiedy dowiedziałem się, o czym traktuje fabuła Wielkiego marszu, od razu powiedziałem sobie: To nie może się udać. Po prostu nie. Nie innego zdania byłem po kilku usilnych próbach wyobrażenia sobie, jak też taka powieść mogłaby wyglądać – moja (trzeba przyznać, że dość bujna) wyobraźnia po prostu nie była w stanie udźwignąć Kingowskiego konceptu. Okazało się na szczęście, że byłem w ogromnym błędzie.

Grupa stu chłopców ochotników staje do marszu przez Amerykę. Będą wędrować bez wytchnienia, a gdy któryś z nich zaniemoże, zostanie zastrzelony. Tylko ten, który zostanie ostatni na placu boju, ujdzie z życiem i zdobędzie upragnioną nagrodę: Rząd spełni jedno jego życzenie.

Mimo tak okrutnych zasad rozgrywki, między niektórymi z oponentów zawiązują się przyjaźnie – jakby nie było, przyjaźnie po sam grób. Chłopcy z jednej strony sukcesywnie prą do przodu i żaden z nich nie zamierza dać innym fory, z drugiej – dopingują się nawzajem i toczą rozmowy na intymne tematy (dialogi stanowią większą część książki). King zawsze był świetny w opisywaniu relacji pomiędzy chłopcami w wieku dorastania (nowela Ciało, powieść To) i nie inaczej jest tym razem.

Wielki marsz nie ma jednak w sobie nic z obyczajowej sielankowości dwóch wyżej wymienionych tytułów. Żadnego słowotokowego wodolejstwa, żadnych nadmiernie rozbudowanych wątków pobocznych – zamiast tego nieustanna akcja, buzujące napięcie, i ścielący się gęsto (na dodatek w obfitych rozbryzgach krwi i mózgu) młody trup. Ponure widmo śmierci nie odstępuje uczestników marszu nawet na krok, znacząco wpływając na ich zachowanie (chociażby zwiększając otwartość wobec innych uczestników bądź zaostrzając ich złośliwość).

Ale Wielki marsz to powieść wielowarstwowa, mająca czytelnikowi do zaoferowania znacznie więcej niż trzymający w napięciu, krwawy spektakl. Nie wiem, czy dobrze główkuję, ale dostrzegam w niej metaforyczną opowieść o kapitalistycznym wyścigu szczurów. Życie w ustroju ekonomicznym, w którym wzbogacić można się tylko czyimś kosztem, porównać można przecież właśnie do marszu po trupach do celu. Zwycięstwo zostaje milcząco poddane w wątpliwość – wydaje się bowiem, że triumfator jest w tym wyścigu największym przegranym, jako że dla wygranej pozbyć musiał się własnego człowieczeństwa. Udział w tym przedsięwzięciu przypomina więc pakt z szatanem.

Powieść demaskuje także fenomen popularności programów typu reality show. Tytułowy Wielki marsz jest wydarzeniem transmitowanym na terenie całej Ameryki i wzbudza skrajne emocje widzów. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to odpowiednik dawnych walk gladiatorów, że widowisko to zaspokaja najniższe ludzkie żądze i najlepiej świadczy o tym, że postęp technologiczny nie idzie niestety w parze z pozytywnymi zamianami w ludzkiej naturze. King zdaje się stawiać światu pewną (moim zdaniem przerażająco trafną) diagnozę: widz szybko przyzwyczaja się do serwowanej mu rozrywki, nudzi się nią, i zawsze żądać będzie czegoś więcej. Transmitowanie spektakularnej, morderczej rozgrywki pomiędzy grupą dobrowolnych uczestników wydaje się nieuchronną konsekwencją ewolucji programów telewizyjnych, podporządkowanej niskim ludzkim instynktom. Pokraczne widowiska, które obserwujemy na co dzień na małym ekranie, stanowią jej zapowiedź. Jakie zmiany nastąpią w mentalności społeczeństwa, kiedy dotrze ono do tego ślepego zaułka – powieść pokazuje aż nazbyt dokładnie.

Trudno uwierzyć, że wszystko to zawiera się w zaledwie 200 stronicowej powieści. A jednak: King wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Wielki marsz z pewnością nie zawiedzie osób szukających szybkiej, konkretnej porcji literackiej rozrywki z drugim, a nawet trzecim dnem.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okladka: Prószyński i S-ka

Stephen King & Peter Straub – ”Czarny Dom”

Stephen King & Peter Straub - ''Czarny Dom''Wśród czytelników opowieści z dreszczykiem panuje przekonanie, że nie ma nic nudniejszego od powieści o seryjnym mordercy. Cóż, początkowo można by się z tym twierdzeniem zgodzić – temat ten był eksploatowany od dawien dawna na wszelkie rozmaite sposoby, i ciężko jest podejść do niego oryginalnie. No chyba, że jest się samym Stephenem Kingiem.

W niewielkim, sennym miasteczku w Wisconsin dochodzi do serii niezwykle brutalnych morderstw dzieci. W poszukiwania zwyrodnialca zaangażowany zostaje Jack Sawyer – były członek wydziału zabójstw z Los Angeles, który z tylko sobie znanych przyczyn postanowił wycofać się z pracy w policji i wieść spokojne życie przeciętnego obywatela. W trakcie śledztwa okaże się, że Sawyer z uwagi na swą przeszłość jest jedyną osobą, która doprowadzić może do schwytania mordercy.

Pierwszych sto stron powieści czyta się dość ciężko, z uwagi na mnogość długich opisów natury, tajemniczych wątków oraz postaci. Przede wszystkim jednak jest to wina kulejącej momentami narracji – narrator bardzo często zwraca się bowiem bezpośrednio do czytelnika używając czasu teraźniejszego (”A teraz unosimy się w kierunku…”, itd.). Zazwyczaj nie lubię, kiedy autor przypomina mi, że książka jest tylko książką – burzy bowiem w ten sposób realizm świata przedstawionego. W pierwszej części powieści zdarza się to bardzo często, potem, na szczęście – coraz rzadziej. Chociaż nie znam żadnego utworu autorstwa Petera Strauba, znam bardzo dobrze twórczość Stephena Kinga, i pozwolę sobie na przypuszczenie, że za mankamenty narracyjne odpowiada właśnie ten pierwszy.

W powieści pojawia się cała plejada niezwykle różnorodnych i wyrazistych postaci: piątka łebskich Harleyowców, bezduszny dziennikarz-karierowicz, charyzmatyczny prezenter radiowy, dokuczliwy staruszek, sadystyczny pracownik domu spokojnej starości. Paradoksalnie, ze wszystkich postaci najmniej przypadł mi do gustu główny bohater powieści. Jest bowiem przedstawiany jako postać o niemal nieskazitelnym charakterze i prezentuje się cukierkowo i niezbyt wiarygodnie (tym bardziej na tle innych postaci, które nawet jeśli pozytywne, zmagają się ze swoimi demonami).

Książka staje się naprawdę wciągająca dopiero w mniej więcej 1/5 objętości. Dopiero wtedy z pozornie chaotycznej mozaiki wydarzeń i postaci powoli wyłaniać zaczyna się przemyślana w najdrobniejszych szczegółach, budząca zachwyt literacka kompozycja. Kompozycja, dodajmy to, zawierająca nie tylko motywy horrorowe i fantastyczne, ale także obyczajowe, sensacyjne, i kryminalne.

Jedną z najważniejszych pisarskich umiejętności Stephena Kinga jest talent do portretowania życia małych miasteczek – przedstawiania pozornie sielskich miejsc, pod których idyllicznym czarem pulsuje nierówny rytm skomplikowanych lokalnych stosunków oraz wrogie, nadnaturalne siły. Również Czarny dom przenosi czytelnika w tego typu miejsce. Osobiście nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że French Landing bardziej przypomina klimatem serialowe miasteczko Twin Peaks, niż chociażby Derry czy Castle Rock.

Niezależnie od tego, jak mocno Czarny dom będzie odrzucać was od siebie swą objętością (ponad 700 stron) albo bardzo ciężkim początkiem – zaciśnijcie zęby i dajcie tej powieści szansę. Zaręczam wam, że jest tego warta. Zapewni wam wiele różnorakich emocji – od niepokoju, przez radość, obrzydzenie, na smutku skończywszy – i sprawi, że zapomnicie o otaczającej was rzeczywistości. Na koniec wypada dodać, że ci, którzy nie czytali pierwszej części cyklu – powieści Talizman również napisanej w duecie King & Straub – mogą sięgać po Czarny dom bez wahania, bowiem wszystkie istotne dla drugiej części historii wątki zostały należycie wyjaśnione.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”Outsider”

Stephen King - ''Outsider''W miasteczku Flint City dochodzi do brutalnego morderstwa małego chłopca imieniem Frank. Miejscowa policja szybko znajduje nie budzące wątpliwości dowody na to, że sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej szanowanych obywateli społeczności – niespełna czterdziestoletni Terry Maitland. Podczas jego przesłuchania okazuje się jednak, że oskarżony mężczyzna ma niezbite alibi na czas, w którym doszło do tragedii. Czy to możliwe, że za maską tego przykładnego obywatela skrywa się cyniczny psychopata, zdecydowany prowadzić z policją wyrafinowaną grę? A może ktoś wrabia go w zbrodnię? Rozwiązanie zagadki wymagać będzie od śledczych wiary w zjawiska wykraczające poza ich ludzkie pojmowanie…

Outsidera podzielić można od siekiery na dwie mniej więcej równe części. Pierwsza to niemal czysty kryminał – opisuje przebieg śledztwa w sprawie morderstwa Franka, perypetie Terry’ego i jego bliskich z funkcjonariuszami prawa oraz żmudny proces dawania wiary zjawiskom nadprzyrodzonym. Druga przedstawia walkę ludzkiego, naturalnego dobra z nadnaturalnym złem. O ile pierwszą cechuje gęsta aura tajemnicy i umiejętnie stopniowane napięcie, o tyle w drugiej akcja toczy się nieco zbyt szybko i sztucznie oraz… przewidywalnie. Szkoda, że King nie zdołał utrzymać całości książki w tonacji jej pierwszej połowy.

Powieść pozbawiona jest elementów, za które prozę Kinga kocham najbardziej – gawędziarstwa, małomiasteczkowej (pozornej) sielankowości, masy wątków pobocznych. Akcja od samego początku skoncentrowana jest na przewodnim motywie fabularnym i garstce wiodących postaci. Niestety, tym razem pisarzowi nie udało się sprawić, by zależało mi na losie którejkolwiek z nich – były one w większości niezbyt wyraziste, i chętnie poświęciłbym każdą z nich dla sutej porcji makabry, której mogłaby przysporzyć mi ich śmierć. Sytuację ratuje nieco pojawienie się z odsieczą Holly Gibney – pani detektyw znanej czytelnikom z trylogii o Panu Mercedesie. Choć od samego początku nie pałałem do niej sympatią – irytowała mnie za sprawą swoich natręctw – nie mogę odmówić jej niezwykłego autentyzmu, tutaj jeszcze pogłębionego za sprawą jej pozytywnej przemiany wewnętrznej.

No dobrze, a czy Outsider straszy? Cóż, przyznać muszę, że zaniepokoić jest mnie ciężko – na palcach obu rąk policzyć mogę książki, którym powiodła się ta sztuka – i muszę udzielić negatywnej odpowiedzi na to pytanie. Lekkiego dreszczyku dostarczył mi tylko pojawiający się w końcowych partiach książki wątek jaskini. Cóż, nie bez powodu trzy ostatnie powieści Króla utrzymane są w tonacji kryminalnej – czuć, że konwencja horroru (którą eksploatował przecież płodnie przez dobrych 50 lat i w której dokonał rzeczy niebywałych) nieco nuży go i krępuje.

Wszyscy miłośnicy Kinga wiedzą, że choć jest on mistrzem w budowaniu historii, nastroju i napięcia, bardzo często wykłada się plackiem na samym finiszu. Niestety, zakończenie Outsidera jest jak zgniła wisienka na szczycie całkiem udanego tortu. Po przeczytaniu go nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak facet sprzedający tyle książek mógł pozwolić sobie na wcielenie w życie tak słabego rozwiązania prawie 650 stronicowej powieści. Cóż, Królowi wszystko wolno.

Choć Outsider z całą pewnością nie zalicza się do najlepszych książek Kinga, wciąż jest to powieść warta przeczytania. Raczej nie przestraszy Was i nie zapadnie w pamięć na dłużej, ale zapewni kilka godzin niezłej rozrywki – a to czasami wystarczający powód, by sięgnąć po książkę. Czytelnicy obeznani z większością dorobku literackiego pisarza będą zawiedzeni, że jednak nie napisał czegoś innego – w końcu wiedzą najlepiej, że stać go na coś więcej.

Ocena: 6/10 (dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Muchomorowo

Już od maja przynajmniej raz na dwa tygodnie odwiedzałem swoje ulubione zagajniki w poszukiwaniu grzybów. Pogoda – wysokie temperatury na przemian z ulewnymi deszczami – wydawała się sprzyjać ich pojawowi (tak, pisze się ”pojawowi” a nie ”wysypowi”), ale za każdym razem na miejscu witała mnie całkowita posucha. Całkowita; nie znalazłem przez ten czas nawet jednego okazu gatunku niejadalnego, trującego bądź takiego, którego nie zdążyłem jeszcze oznaczyć. Przyznam, że nie nastrajało mnie to optymizmem. Ale wiedziałem, że w niektórych rejonach kraju nad Wisłą grzybiarze mają powody do zadowolenia. Internetowe fora grzybowe zaczęły odżywać po okresie zimowym – zrobiło się na nich kolorowo od zdjęć żółciaka siarkowego, żagwi łuskowatej, a w czerwcu także koźlarzy i borowików. Oglądając zdjęcia zbiorów z trudem mogłem uwierzyć, że mieszkamy w jednym i tym samym Państwie.

W czerwcu spędziłem w lesie kilkaset godzin na zarobkowym zbieraniu jagód. I tam, pomimo, że przeszedłem solidny kawał lasu, nie natrafiłem na żadnego grzyba aż do końca miesiąca. Dopiero wtedy napotkałem 3 muchomory rdzawobrązowe (jadalne, ale bardzo kruche i zbierane przeze mnie rzadko), oraz czerwonej barwy gołąbka. Niestety, na tym koniec; z kolejnych (coraz częstszych) wypadów do zagajnika również wracałem z pustym wiaderkiem.Muchomorowo (1)Sytuacja zmieniła się dopiero w połowie lipca (bardzo późno, bo w ubiegłym roku począwszy od połowy czerwca, miejsce to prawie codziennie zapewniało mi śniadanie). To wtedy, tuż po trwających dobry tydzień ulewach znalazłem tam 2 koźlarze grabowe oraz kilka muchomorów czerwieniejących. Po przebraniu ilość okazała się wystarczająca na skromny posiłek, toteż wszystkie wylądowały na patelni. Apetyt, jak można się tego domyślać, zamiast zostać zaspokojonym, został zaostrzony.

Tydzień później odwiedziłem zagajnik ponownie. Tym razem zastałem w nim moc muchomorów czerwieniejących. Zbieram je dopiero od roku – wcześniej miałem je (podobnie jak większość grzybiarzy) za trujące i zostawiałem je w spokoju; żal myśleć, jak wiele smacznych posiłków z nich ominęło mnie przez wszystkie te lata z uwagi na niewiedzę. Niestety, amanita rubescens to gatunek bardzo podatny na zaczerwienie, i zazwyczaj rzadko który okaz okazuje się zdrowy. Z moich zbiorów (niemal całe 7 litrowe wiaderko) ostało się grzybków na zaledwie pół litra marynaty.Muchomorowo (2)Kolejne dni zaowocowały jeszcze obfitszymi zbiorami muchomora czerwieniejącego. Ostatniego dnia lipca, dzień po ulewnym deszczu, wybrałem się na godzinny spacer po chaszczach i zebrałem całe 10 litrowe wiaderko tych grzybów. Tym razem blisko połowa z nich okazała się, że tak powiem, zdrowa jak ryba; wszystkie wylądowały w marynacie octowej z cebulką, listkiem laurowym i gorczycą. Ten sposób obróbki kulinarnej muchomora czerwieniejącego jest moim ulubionym – świetnie nadaje się na dodatek do kanapek. Szczególnie smaczne są najmniejsze okazy, całe, zamknięte jeszcze kapelusze. Mają kruchą konsystencję, podczas gdy duże ”parasole” są nieco mięsiste. Wśród ich amatorów nie brakuje osób, które wolą je dusić w śmietanie z dodatkiem cebulki (mi w tej formie niezbyt przypadły do gustu).

Kiedy zacząłem zbierać amanita rubescens w poprzednim roku, rodzina odwodziła mnie od jedzenia tego gatunku krzykiem. Tak jak się tego spodziewałem, po przekonaniu się, że nie zapłacę za jego jedzenie zdrowiem, ich opór opadł. Nadal jednak nie ma wśród nich chętnych na skosztowanie muchomora, i nadal patrzą się na mnie niepewnym wzrokiem, gdy zajadam się nim. Cóż; nie wiedzą, co tracą.