Archiwa tagu: psychologia

Dla Wszystkich Starczy Szczęścia

Dla wszystkich starczy szczęścia – pomyślało mi się, ni stąd, ni zowąd, kiedy przechodziłem przez kuchnię. Ot, samo z siebie. Ten typ tak ma – maszyneria mózgu nieustannie pracuje nad tym lub owym, choćbym nawet nie czynił świadomych wysiłków ku pojęciu czegoś. Nie, żeby jakaś wielka filozofia – co to, to nie; takie tam, okruszyny mądrości. Ale raz na jakiś czas taka smaczna okruszyna z tej maszynerii niespodziewanie wylatuje. Dla wszystkich starczy szczęścia – niby nic wielkiego. Niby rzecz oczywista. A może jednak nie?

Bo skoro szczęście jest wszędzie – nic, tylko brać je i radować się – to czemu wokoło tak wielu ludzi nieszczęśliwych? Czyżby wszyscy stąpali po szczęściu – jak ostatni nędznicy po gigantycznej fortunie – nie dostrzegając go? Czy wszystko naprawdę może być tak proste?

Nauczyłem się, że szczęście to przede wszystkim sprawa postrzegania, perspektywy. Że w życiu trzeba umieć zająć odpowiedni punkt widzenia. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy cieszyć się ze wszystkiego – byłby to absurd. Szczęście – to umiejętność skupiania się na pozytywach w świecie nieustannie bombardującym nas, nieustannie rozpraszającym nas negatywami. Gdybym chciał narzekać – znalazłbym ku temu doprawdy nieskończoną ilość powodów. Ba – nie wiedziałbym nawet, od czego mam zacząć, i pewnie nie wiedziałbym, na czym mam skończyć. Ale mogę wybrać, w którym kierunku chcę patrzeć – więc wybieram dobrze. Wybieram dobrze, bo gdy dostrzegam pozytywy, mogę z nich czerpać.

Patrząc wstecz, dzielę swoje życie na kilka etapów. Z pewnością najtrudniejszym z nich był 7-letni okres pomiędzy 18 a 25 rokiem życia – otwierał go dzień, kiedy wyrzucono mnie ze szkoły (byłem wtedy niezłym ziółkiem), a zamyka ten, w którym udałem się na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Tych 7 lat – to czas bezpowrotnie zmarnowany, zaprzepaszczony. Jeden wielki ciągnący się niczym flaki z olejem depresyjny marazm, tak ubogi w treść, jak tylko można to sobie wyobrazić. A mógłbym, przynajmniej teoretycznie, przeżyć ten czas zupełnie inaczej, zyskać na nim. Dlaczego do tego nie doszło?

Mając zaburzony obraz własnego Ja i świata – nie sposób uczynić ze swoim życiem niczego prawdziwie konstruktywnego. Człowiekowi wydaje się, że próbuje się odnaleźć i że spożytkowuje ku temu wszystkie swoje siły – tymczasem zaledwie (choć ile tchu w płucach) drepcze w kółko jak pies goniący własny ogon. Dopiero pełna pokory otwartość na cudze obserwacje własnej osoby (na przykład w gabinecie psychologa, na spotkaniu w grupie terapeutycznej) pozwala mu uzupełnić swój obraz własnego Ja o szczegóły, których istnienia samodzielnie nie dostrzegał. Gdy obraz ten ulega wyklarowaniu, z oczu powoli opadają klapki, i człowiek pewnego dnia patrzy na świat i siebie tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu, jakby dopiero co się narodził – i dopiero wie, co powinien ze swoim życiem uczynić. Patrzy wstecz i dziwi się, jak mógł widzieć wszystko (a najbardziej samego siebie) na opak – jak w lustrzanym odbiciu krzywego, brudnego i spękanego zwierciadła.

Każdy dorosły człowiek (wyłączając oczywiście osoby, na które ogromne nieszczęścia spadły niezależnie od ich działań) ma takie życie, na jakie jest psychicznie – emocjonalnie i intelektualnie – gotów, bo każdy postrzega je zależnie od posiadanych wewnętrznych zasobów – i działa zgodnie z nimi. Jak już wspomniałem, te braki można – jeśli dysponuje się otwartym umysłem i pokorą – uzupełnić. A zazwyczaj człowiek jest w stanie to uczynić dopiero wtedy, kiedy uderza o dno, i nie ma innego wyjścia – choć w tym martwym punkcie, w tym punkcie krytycznym tkwić może latami, nim coś w jego świadomości zaskoczy. Niestety, w niektórych przypadkach dokonuje żywota nigdy więcej nie wydostając się poza jego obręb.

Co by nie mówić, prawdopodobnie wszyscy mamy więcej szczęścia niż rozumu – rozumu, który pozwala dostrzegać je i z niego czerpać. To stwierdzenie nie załatwia sprawy, ale może być dla nas jakimś pocieszeniem; smutnym uśmiechem na naprawdę dobry początek dnia.

Reklamy

Projekcja Astralna

Po raz pierwszy zetknąłem się z opowieścią o wychodzeniu duszą z ciała fizycznego (inaczej: projekcja astralna, eksterioryzacja) jako dziesięcioletnie dziecko. Przeczytałem o tym zjawisku we Wróżce – czasopiśmie traktującym o, jak wskazuje podtytuł, magicznej stronie rzeczywistości (magazyn ukazuje się do dziś, ale bardzo daleko mu do formy, jaką prezentował przed wielu laty). W rzeczonym artykule opisane zostały niezwykłe możliwości jakie daje przebywanie w tym stanie, oraz techniki pozwalające na sprowokowanie go. Pamiętam, że tej samej nocy zjadłem słony posiłek i spałem na podłodze (tak chyba zalecała publikacja), ale z ciała nie wyszedłem. Jedyną korzyść z mojego przedsięwzięcia odniosła moja matka – miała ze mnie kupę zdrowego śmiechu.

Potem na kilkanaście lat zapomniałem o istnieniu eksterioryzacji. Nie pamiętam już, w jaki sposób zetknąłem się z nią ponownie, ale chyba czytając w Internecie o doświadczeniu śmierci klinicznej, podczas której poczucie oddzielenia się świadomości od ciała fizycznego również czasami występuje. Zacząłem zgłębiać temat tego fenomenu, i zachęcony relacjami osób, które miały przyjemność go doświadczyć, postanowiłem spróbować po raz kolejny. Stosowałem rozmaite opisane w Internecie metody; po raz pierwszy udało mi się ”wyjść” po 20 dniach intensywnych, conocnych ćwiczeń koncentracji, relaksacji, itd. Doznanie było niezwykle silne – pamiętam je doskonale nawet teraz, choć od tamtej pory minęło już pięć lat (zresztą, wspomnienia wszystkich wyjść wciąż są dla mnie bardzo żywe, kolorowe).Projekcja Astralna (1)Realność świata po drugiej stronie jest absolutna, a uczucie wolności, którego się tam doświadcza, ekstatyczne i nie daje się porównać z żadnym doświadczeniem zaznawanym na jawie. Człowiek czuje się stworzony właśnie do bytowania w takiej formie i chciałby pozostać tam na zawsze. Możliwość swobodnego unoszenia się w powietrzu i odbywania w ten sposób podróży do najdalszych nawet miejsc i ludzi jest tak wspaniała, że – paradoksalnie – spędzać może sen z powiek. Niewiele też rzeczy równać może się niezwykłością z patrzeniem na własne, leżące na łóżku ciało. Zawsze po przebudzeniu się z takiego doświadczenia jestem naładowany pozytywną energią – choć odczuwam także nostalgię za pobytem poza ciałem.

Pomimo swoich intensywnych astralnych doświadczeń, nie wierzę w duszę i w to, że rzeczywiście oddziela się od ciała fizycznego. Zdecydowanie odrzucam również ezoteryczne i metafizyczne wywody, którymi okraszają swe pozacielesne przeżycia tacy ich entuzjaści, jak Robert Bruce czy Dariusz Sugier. Wszystko, co dzieje się po tzw. wyjściu z ciała, ma moim zdaniem miejsce nie w fizycznej rzeczywistości, a w głowie śniącego – na tzw. planie astralnym, w przestrzeni czysto imaginacyjnej, w całości utkanej z myślokształtów. Świat po wyjściu zawsze – choćby w drobnych detalach – różni się od świata realnego. W mojej sypialni panuje wtedy zazwyczaj stary, znany mi z dzieciństwa układ mebli, a łóżka są zaścielone i okryte narzutami, którymi nakrywała je moja babka po tym, jak wraz z rodzeństwem wychodziłem do szkoły. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie w ten sposób prezentują się dla mnie te niecodzienne senne realia, ale tak właśnie jest.

Istnieje wiele technik prowadzących do projekcji astralnej. Najefektywniejsze i zarazem najprostsze są dwie. Pierwsza, znana pod nazwą 4+1, polega na przebudzeniu się po czterech godzinach snu, godzinnym czuwaniu, a potem powrocie do łóżka i zaśnięciu z silną intencją przeżycia takiego właśnie doświadczenia. Druga przynosi w moim przypadku najlepsze rezultaty. Wykorzystuje fakt, że człowiek każdej nocy doświadcza kilku niezwykle drobnych ocknięć; jeśli uda mu się wbić sobie do głowy, że przebudziwszy się ma pamiętać o tym, by nie otwierać oczu i wyobrazić sobie swój pokój, ten niemal automatycznie zwizualizuje mu się w sposób całkowicie realny (z czasem zacznie się doświadczać ocknięć z imaginacją taką już gotową). W taki obraz należy wniknąć siłą woli; zazna się wtedy poczucia katapultowania świadomości z ciała fizycznego do realiów astralnych (nie zawsze się to udaje; czasami wizja rozwiewa się).

Eksploracja świata po drugiej stronie wymaga od podróżnika dużej dozy opanowania. Duch rwie się w przestworza niczym ptak wyfruwający z klatki, ale natychmiastowe pofolgowanie pragnieniu zaznania niczym nieskrępowanej wolności skończyć może się przemianą tego niezwykłego doświadczenia w zwyczajny sen. Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na dłużej w swojej sypialni – pozwoli to bowiem rzeczywistości na wyostrzenie i ustabilizowanie się, uczyni ją odporniejszą na przeciążenia, którym podda ją realizacja rozmaitych fantazji. Polecam przyjęcie siadu tureckiego i powolne lewitowanie w tej pozycji na boki oraz w górę i w dół, dotykanie przedmiotów, przenikanie dłonią przez ściany.

Kilka razy doświadczyłem (podobnie jak wiele innych osób) ”wyjścia” spontanicznie. Śpiąc, nagle czułem niebywałą błogą lekkość oraz subtelne wirowanie wokół własnej osi, i natychmiast pojmowałem, że lada moment ”opuszczę” swoją fizyczną powłokę. Kierowałem się wtedy siłą woli na podłogę, i zakotwiczałem w tej dziwnej rzeczywistości. Takie eskapady są zawsze niezwykle miłą niespodzianką.

Wielu ludzi ma opory przed inicjowaniem projekcji astralnej; boją się na przykład tego, że nie uda im się powrócić do ciała, albo że przebywając poza nim natkną się na złowrogie istoty duchowe, które wyrządzą im krzywdę. Ponieważ, jak już wspominałem, zjawisko to pomimo swojej intensywności nie ma dla mnie natury metafizycznej, osobiście nie widzę najmniejszych powodów do obaw. Znam jednak przypadki osób, które na wskutek swoich doświadczeń z eksterioryzacją przekonały się do istnienia świata duchowego i pozagrobowego życia. Jednym z nich jest nieżyjący już pionier badań nad tym zjawiskiem, Robert Monroe, biznesmen i człowiek niezwykle racjonalny. Napisał w ciągu swojego życia trzy książki, w których opisał dokładnie wiele swoich pozacielesnych podróży i wysunął na ich temat tyleż samo ciekawych refleksji.

Ze swojej strony polecam projekcję astralną wszystkim bez wyjątku. Jest to doświadczenie niezwykłe, i może zmienić Wasze postrzeganie życia. A nawet jeśli nie – to nie ma to, jak dobrze się wyspać, a piękny sen (bo doświadczenie przebywania poza ciałem to według mnie właśnie wyrafinowany rodzaj snu) jest najlepszym możliwym początkiem dnia.

***

Mimo długich poszukiwań, nie udało mi się ustalić pierwotnego źródła zdjęcia ani jego autora.

Ciemna Noc Duszy

”W prawdziwie ciemnej nocy duszy jest zawsze trzecia nad ranem” – Francis Scott Fitzgerald.

Ostatnio rzadziej się uśmiechasz, a jeśli nawet, to przeważnie po to, by nie zwracać zbytnio uwagi innych, i uniknąć pytań, na które nie znasz odpowiedzi. Zresztą, nie ma nawet o czym mówić – każdemu trafiają się przecież gorsze dni. By rzec humorystycznie: nie jesteś w nastroju do rozmów o swoim złym nastroju. Może gdybyś znalazł sobie wreszcie odpowiednie miejsce, ale wciąż nie możesz tego dokonać. Wszędzie, gdzie tylko się pojawiasz, już po chwili jest ci w jakiś sposób niewygodnie. Minie kilka kolejnych dni, nim dojdziesz do wniosku, że wadzi ci ciasny kostium własnej, żywej skóry.Ciemna Noc Duszy (1)

Twoi dobrzy znajomi zapraszają cię na spotkanie towarzyskie, ale nie masz ochoty na nie iść. Wolałbyś spędzić trochę czasu w samotności – może poczytać książkę, pooglądać telewizję, posłuchać muzyki, posurfować w Internecie. W końcu jednak dajesz się namówić. Na imprezie nie bawisz się jednak tak dobrze, jak zawsze. Śmiech ludzi wydaje ci się pusty, tematy ich rozmów błahe – zupełnie tak, jakby pękła łącząca was nić porozumienia. Przez godzinę czy dwie ukrywasz swoją irytację i usiłujesz jakoś wejść w klimat spotkania, ale w końcu wykręcasz się zmęczeniem oraz sennością, i wychodzisz wcześniej. Gdy zamykasz za sobą drzwi sypialni i padasz na łóżko, myślisz: ”Nareszcie jestem sam”.

Mijają dni, a twój humor nie poprawia się. Znajomi ciągną cię tu i ówdzie, lecz ty coraz częściej stosujesz wykręty, by móc posiedzieć w samotności. Nie działają już jednak na nich ani one, ani maska uśmiechu – przyjaciele dostrzegają, że coś jest nie tak, są zaniepokojeni i proszą cię o jakieś wyjaśnienie. Mówisz im o swoim braku energii, optymizmu, humoru, o zmęczeniu, poczuciu beznadziei i szpetoty życia. W odpowiedzi przekonują cię, że szczęście jest wszędzie dookoła, że wystarczy tylko wytężyć wzrok, żeby je zobaczyć. Próbujesz, i próbujesz, zmieniasz perspektywy, stajesz na rękach, głowie, rzęsach, ale mimo to – nie dostrzegasz go. Jesteś nawet skłonny uwierzyć im, że szczęście rzeczywiście istnieje, ale nie dostrzegając go, nie potrafisz się nim radować – tak, jak nie widząc kolorów, ale ufając innym, że istnieją, miałbyś cieszyć się błękitem nieba, zielenią trawy, różowym rumieńcem na policzkach swojej dziewczyny.

W kolejnych dniach podobne rozmowy między wami powtarzają się jeszcze wielokrotnie, aż dochodzicie do śmiertelnego znużenia nimi. W dodatku niektórzy z przyjaciół stwierdzają, że wymyślasz sobie problemy bądź wyolbrzymiasz te już istniejące, że jesteś przewrażliwiony, że usiłujesz zwrócić na siebie ich uwagę by rozpieszczali cię. Uważasz, że kilku kolejnych dobrych znajomych myśli to samo, tylko nie ma odwagi tego powiedzieć. Nieporozumienie między wami rośnie, aż w końcu utrwala się na poziomie uniemożliwiającym sensowną komunikację. Zdajecie się nadawać jakby zupełnie na innych falach. Zaczynasz rozumieć, że pomimo fizycznej obecności ludzi w swoim życiu jesteś samotny tak bardzo, że równie dobrze mogliby znajdować się oni gdzieś na drugim krańcu wszechświata.

Stopniowo świat zewnętrzny i praktyczna strona życia zaczynają nudzić cię, stają ci się coraz bardziej obojętne. Stopniowo przestajesz kontaktować i spotykać się ze znajomymi, stajesz się coraz mniej wydajny w pracy lub w szkole, twoje dotychczasowe pasje tracą na znaczeniu. Jednocześnie coraz bardziej zwracasz się ku swojemu wnętrzu, a twoje podejście do rzeczywistości staje się refleksyjne. Spędzasz wiele czasu na myśleniu o tym, co czujesz i dlaczego akurat to, a także drobiazgowo analizujesz życie poszukując w nim sensu.

Łóżko zdaje się przyciągać cię do siebie niemal magnetyczną siłą; początkowo starasz się jej opierać, ale w końcu ulegasz, i od razu zdajesz sobie sprawę z tego, że był to wybór najwłaściwszy z możliwych, bo tylko tam, na wygodnym materacu, pod ciepłą kołdrą, czujesz się bezpiecznie. Zaczynasz nawet mieć nadzieję, że w sumie to dobrze, że może po prostu wystarczy odespać ten stan, i wszystko samoistnie wróci do normy. Kilkanaście najbliższych marzeń sennych rozwiewa jednak te nadzieje – zostajesz w nich bowiem wydany na pastwę swoich najgorszych lęków. Zaczynasz rozumieć, że to jak podróż z deszczu pod rynnę i że przed tym, co ci doskwiera, nie ma ucieczki.

Pewnego dnia przypominasz sobie o samobójczej śmierci jakiegoś wybitnego człowieka – muzyka, pisarza, poety. Wertujesz Internet w poszukiwaniu informacji o nim oraz jego twórczości, i okazuje się ona lustrzanym odbiciem twoich myśli i uczuć. Identyfikujesz się z tym artystą, i zaczynasz uważać go za autorytet w sprawach życia i śmierci. Zaczynasz też sądzić, że świat po prostu nie jest miejscem dla pewnego rodzaju ludzi. Po prostu? Tak, po prostu.

Przychodzi ci do głowy pomysł, żeby uciec przed bólem psychicznym w cierpienie fizyczne. Sięgasz po żyletkę, i nacinasz swoją skórę. Widok krwi i ból sprawiają ci ulgę – po raz pierwszy od dawna myślisz o czymś innym, niż poczucie beznadziei. W przyszłości powtarzasz tą czynność wielokrotnie – na przedramionach, na udach – aż pewnego dnia po prostu wchodzi ci to w krew, i staje się czymś tak powszednim, jak jedzenie, spanie i wydalanie. Jednocześnie autoagresja traci swoją moc, przestaje być wystarczająca do rozładowania kumulującego się w tobie napięcia.

Uświadamiasz sobie, że od dnia, kiedy nazwałeś to, co cię trapi, zwyczajnym gorszym okresem, i postanowiłeś dać sobie czas, minęło już wiele miesięcy, a nic nie uległo zmianie. Dochodzisz do wniosku, że chyba najwyższa już pora spojrzeć prawdzie w oczy i nazwać całokształt twojego stanu psychicznego Depresją.

W końcu mimochodem dzielisz się swoim przypuszczeniem z najbliższymi – matką, ojcem, mężem, żoną. Słyszysz, że masz za dużo czasu na myślenie, i dlatego głupoty przychodzą ci do głowy. ”Zobacz, my pracujemy i jesteśmy z siebie zadowoleni, chociaż nie mamy czasu, a ty masz go najwięcej, a tylko leżysz w łóżku i marniejesz. A tak w ogóle, to inni mają gorzej. Nie wymyślaj sobie chorób, to nie w porządku wobec naprawdę skrzywdzonych przez los”. Starsi od ciebie dodają, że w czasach ich młodości nie chorowano na depresję, i że jest to nazwa wymyślona przez obiboków na potrzebę luksusowego usprawiedliwienia ich lenistwa. Nawet nie tłumaczysz im, że depresja, jeśli już jest lenistwem, to tak silnym, że wcale nie chce się żyć, lenistwem wymagającym leczenia. Po prostu wracasz do łóżka i kładziesz się spać. Nie od razu zasypiasz – ostatnio męczy cię bezsenność – i rozważasz słowa najbliższych, i sam już nie wiesz, czy rzeczywiście jest tak jak mówią, czy nie, przez co czujesz się jeszcze gorzej.

Zaczynasz rozważać samobójstwo. Godzinami myślisz o tym, która z metod byłaby dla ciebie najodpowiedniejsza, jak wyglądałoby Twoje ciało po śmierci, ile osób przyszłoby na Twój pogrzeb, jak długo Twoi bliscy pogrążeni byliby w rozpaczy po Twojej stracie. Imaginujesz sobie moment, w którym znajdują Twoje martwe ciało, odtwarzasz go w wyobraźni raz za razem i sprawia ci to przyjemność. Jeszcze nie wiesz, jak bardzo tym samym igrasz z ogniem, że wyobrażenia te wkrótce zawładną Tobą doszczętnie.

Za pośrednictwem Internetu poznajesz kogoś, kto doświadcza podobnych stanów, co Ty. Rozmowy z tą osobą są tak absorbujące i tak szczere, jakbyście w jakiś niezwykły sposób znali się od zawsze i od zawsze tęsknili za sobą. Wspieracie się o każdej porze dnia i nocy, dyskutujecie godzinami o wzbierającym w was napięciu. To, co was łączy, szybko przeradza się w przyjaźń, w bezpieczną oazę, którą otacza bezmiar jałowego pustkowia życia.

Z czasem w ogóle zapominasz o tym, że można żyć inaczej. Że dni mogą być kolorowe i pełne wrażeń, że ludzie są interesujący, że świat jest piękny, że mimo wszystko jest się z czego śmiać, a życie, chociaż krótkie i ulotne  – ma sens, że stanowi sens sam w sobie. Jeśli jednak pewnego dnia ockniesz się wewnętrznie, i stwierdzisz, że najwyższy czas nazwać to, co Ci dolega Depresją, a potem udać się po pomoc do lekarza specjalisty – zyskasz szansę na szczęście.

Granica Pomocy

Nierzadko spotyka się osoby, które wprawdzie chętnie rozmawiają o swoich problemach, które niby szukają ich rozwiązania, ale szybko okazuje się, że tak naprawdę nie chcą korzystać ze wsparcia w działaniu, że nie wcielają w życie rad, że wszystkie te zwierzenia to wyłącznie pretekst do zyskania zainteresowania ze strony innych ludzi. Są to osoby, które nie dojrzały jeszcze do realnego przyjęcia pomocy, i które z tego powodu – choćby nawet stoczyły się na samo dno – nie będą potrafiły z niej skorzystać.

Ten typ ludzi nazywa się często Wampirami Energetycznymi. Są to osoby, które nie odkryły swojego wewnętrznego piękna i żyją w poczuciu niższości tym spowodowanym. Pokrętna droga, jaką dążą do bycia ważnymi, wynika z niemożności uwierzenia przez nich w posiadane wewnętrzne zasoby, które mogłyby wykorzystać do zjednania sobie ludzi w sposób zdrowy i prosty. W moim odczuciu są to ludzie nieskończenie biedni, bowiem nie odkryli samych siebie. Ich ubóstwo podobne zaś jest nie ubóstwu prawdziwego nędzarza, ale kogoś, kto mając majątek, nie zdaje sobie sprawy z jego posiadania i dlatego żyje jak nędzarz, naciągając innych na sponsorowanie swego żywota.

Wiele takich osób żyje w poczuciu krzywdy doznanej od świata. Najczęściej w znacznej części jest to krzywda urojona, pielęgnowana przez nich samych dla własnej wygody. Dzięki przekonaniu, że zostało się podeptanym przez wszystkich ludzi, i nigdy nie doświadczyło się od nich zadośćuczynienia, można sobie pozwolić na wrogość, usprawiedliwianie wszystkich swoich słabości, obwinianie innych o swoje niepowodzenia. Umiejscawianie się w świecie w pozycji jego ofiary – a więc niejako w jego centrum – daje podstawę do roszczeniowej postawy wobec niego, do wysuwania żądań, którym nigdy nie będzie końca. Te żądania, nawet spełniane, tracą jednak po jakimś czasie smak, tak jak nie ma smaku posiłek, na którego samemu się nie zarobiło i nie przygotowało się go samodzielnie; powodują pustkę, poczucie beznadziei. Szczególnie ciężko patrzeć, jak ktoś nam bliski okłamuje sam siebie, pogrąża się w niebezpiecznym przede wszystkim dla siebie urojeniu. I ciężko wyperswadować mu bolesną prawdę, wiedząc, że samo podjęcie takiej próby obudziłoby w niej wrogość i dystans. Niezależnie od wszystkiego, można mieć się jednak na baczności: można nie dać sobie wmówić przez kogoś, że ów ktoś jest ofiarą losu, i powinno się poczuwać do bycia dlań żywym odszkodowaniem.

Miłość daje siłę do przyjmowania na siebie ciosów jakie najbliższa osoba czasami musi zadać, żeby wyładować się, sprawia, że przez długi czas jest się w stanie znosić największy nawet ból bez słowa skargi. Takie obchodzenie się z kimś jak z jajkiem często sprawia, że ów ktoś zamiast docenić naszą pomoc, zaczyna nas wykorzystywać. Brzmi to strasznie, ale każdy z nas zdolny jest do bezlitosnej eksploatacji nawet najbliższej osoby, jeśli zaistnieją ku temu odpowiednie warunki, tj. jeśli zacznie się traktować jego egoizm jako cnotę, co bardzo ułatwia ciche, ”dobrotliwe” przyzwolenie innych. Od pozwolenia sobie wejść na głowę egoiście, do zapomnienia, że ma się prawo do uczuć, do smutku, do słabości, do pomocy – jest już tylko krok.

Jest granica w pomaganiu innym ludziom – granica własnego dobra. Można ją przekroczyć, ale tylko lekko – jedną nogą – i na krótki czas. Nie dajcie sobie wmówić – nawet przez najbliższą osobę – że macie być niezniszczalni, nie do zdarcia, że na tym polega miłość. Owszem, macie być silni, i macie się starać, ale niezniszczalność – również psychiczna – nie leży w naturze i możliwościach człowieka. Nie pozwólcie innym wymagać od was niemożliwego, bo następstwa będą katastrofalne.