Archiwa tagu: śmierć

Śmierć w HD

W reportażach telewizyjnych każdego dnia informuje się nas o morderstwach, gwałtach, korupcji, wypadkach i katastrofach komunikacyjnych, wojnach, samobójstwach, kataklizmach naturalnych, narkotykach, terroryzmie, epidemiach. Oglądając wiadomości można dojść do wniosku, że właściwie na świecie nie ma nic poza tym. Jest to oczywiście błąd – dzieją się również rzeczy dobre i warte uwagi; najwyraźniej szefowie stacji telewizyjnych wychodzą z założenia, iż człowiek nie ma na nie czasu, bo woli dla własnego bezpieczeństwa wiedzieć, co ludzkości wymyka się spod kontroli. Kiedy już zaś się tego dowie, umiera z przerażenia i stwierdza, że zamiast włączać telewizor, lepiej było obejrzeć kilka minut filmików ze śmiesznymi kotami na YouTube.Śmierć w HDPusta, makabryczna fascynacja śmiercią, paląca potrzeba konfrontacji z przeciwieństwem życia, ciekawość tego, jak umiera człowiek i jak śmierć odmienia ciało – wszystkie te czynniki sprawiają, że człowiekowi, mimo przerażenia śmiercią i brutalnością świata, ciężko jest się oprzeć przed przyjrzeniem się im; że przechodząc obok miejsca śmiertelnego wypadku obrzuca się trupa choć jednym ukradkowym spojrzeniem – spojrzeniem wystraszonego dziecka oglądającego horror przez szpary pomiędzy palcami przyciśniętej do oczu dłoni. Czy powinniśmy się tego wstydzić?

Gdy miałem jakieś dwadzieścia lat, ciekawość śmierci dwukrotnie zaprowadziła mnie na miejsce śmiertelnego wypadku. Raz był to mężczyzna który wpadł pod TIR-a, drugi raz – drobny pijaczyna potrącony przez auto osobowe. W drugim przypadku znalazłem się jakieś cztery metry od nakrytego czarnym foliowym workiem trupa; pamiętam, jak wpatrywałem się w niego usiłując pojąć jakoś to, co się wydarzyło, ale czułem tylko pustkę. Było zupełnie tak, jakbym patrzył w jakąś czeluść usiłując dostrzec czającego się w niej potwora, ale widział tylko nieprzeniknioną, sprawiającą wrażenie dwuwymiarowej czerń. Wstyd przyznać, ale spodziewałem się niezdrowej ekscytacji, i byłem z tego powodu zawiedziony.

W latach 90, pod redakcją Małgorzaty Daniszewskiej, żony Jerzego Urbana, wychodził w Polsce miesięcznik Zły (Bez przebaczenia). Było to czasopismo ukazujące w sposób bezkompromisowy prawdę o najczarniejszych stronach życia. Publikowano w nim drastyczne zdjęcia m. in. z miejsc zabójstw, wypadków i morderstw (materiały te były zdobywane nielegalnie, np. na wskutek kradzieży z policyjnych kartotek), oraz artykuły opisujące ludzkie tragedie. Mimo popularności tytułu, na wskutek nagonki społecznej i nacisków politycznych, główny dystrybutor magazynu zerwał umowę z jego Wydawcą, i projekt zakończył swe ponure życie na 26 numerze. Swego czasu wszedłem w posiadanie 25 z nich i przeczytałem je (z dużym zainteresowaniem oraz zachwytem nad poziomem publikacji) od deski do deski.

Śmierć w HD (2)Dziś nie ma już potrzeby istnienia na rynku pisma takiego jak właśnie Zły – rolę medium pozbawionego wszelkiej cenzury pełni bowiem Internet. Istnieje wiele cieszących się dużą popularnością witryn, na których obejrzeć można zupełnie za darmo zdjęcia i filmy (najczęściej wykonane telefonami komórkowymi przez przypadkowych gapiów) przedstawiające wszystkie możliwe tragedie ludzkie. Są tam samobójcy skaczący z okien na bruk, ludzie starci przez koła ciężarówek na przecier, pourywane kończyny, ciągnące się całymi metrami jelita, różowe mózgi wyrzucone w całości z pękniętych czaszek, ludzie ćwiartowani żywcem za pomocą maczet. Największym zainteresowaniem cieszą się jednak filmy z egzekucji przeprowadzanych przez ISIS. Są to filmiki w jakości HD, w dodatku zmontowane w sposób bardzo profesjonalny. Ludzie są na nich paleni żywcem, topieni w klatkach, rozstrzeliwani jak sito, dekapitowani przy użyciu noża lub miecza, wysadzani w powietrze. Oglądając takie materiały można odnieść wrażenie, że śmierć w świecie rzeczywistym jest nie tylko przerażająca; wizualnie bywa też bardziej groteskowa, niż makabra rodem z horrorów klasy C.

Swego czasu przechodziłem silną fascynację takimi makabrycznymi treściami. Raz na jakiś czas potrzebowałem poczuć, że za słowami ”dwadzieścia osób nie żyje, a sto zostało rannych” stoi coś więcej niż kilka miligram tuszu na białym jak śnieg papierze: że jest tam ludzka mozaika rozsypana na brudnym bruku. Wydawało mi się (i wydaje mi się tak nadal), że jest coś nieludzkiego w sprowadzaniu tylu a tylu nieszczęsnych istnień ludzkich do abstrakcyjnych liczb – że w ten sposób odczłowiecza się je, odbiera im się godność. Chciałem też wiedzieć, jak naprawdę wygląda świat, na którym przyszło mi żyć, jak dokładnie wyglądają zło i śmierć, które przecież są tak wszechobecne i nieuniknione.

Nie chciałbym jednak usprawiedliwiać się bardziej, niż wypada. Istnieją również pobudki dużo mniej szlachetne, dla których raz na jakiś czas nurzałem się w cudzej krwi: była we mnie mroczna fascynacja tkwiącym w człowieku złem – tym, skąd się bierze, jak działa, co je potęguje. Sen z powiek spędzało mi pytanie o to, jak to możliwe, że ktoś ogłusza i gwałci kobietę, a potem zostawia ją na mrozie na pewną śmierć dla odrobiny lubieżnej przyjemności; co dzieje się w psychice osoby, która decyduje się zamordować drugiego człowieka tylko dla sprawdzenia, jak to jest (o tym przecież traktuje piosenka Myslovitz pt. To nie był film!), albo dla dwudziestu złotych, które ledwo starczą na piwo i karton papierosów. Wstyd też przyznać, ale konfrontacja z cudzą tragedią sprawiała, że bardziej doceniałem swoje zdrowie i życie.

Świat jest przerażającym miejscem. Przyglądanie mu się z bliska może człowieka zdeprawować, doprowadzić go do załamania nerwowego, zobojętnić na zło i cierpienie, albo wręcz przeciwnie: uwrażliwić go na nie. Dziś wiem, że moment śmierci jest dla każdego człowieka najintymniejszą chwilą w jego życiu, a robienie z tego widowiska jest pogwałceniem jego prywatności możliwie największym. Jedną z ostatnich rzeczy, jakie bym sobie życzył, byłoby, by do sieci trafił film na którym konam ja bądź ktoś z bliskich mi osób. Ta świadomość wystarczy mi w pełni, by nie uznawać już żadnego powodu za usprawiedliwiający oglądanie nagrań przedstawiających śmierć człowieka.

***

Zdjęcia:
1. – Fotografia została wykonana przez Richarda Drewa i nosi tytuł The Falling Man. Przedstawia mężczyznę, który podczas ataku terrorystycznego na WTC z 11 września 2001 roku zdecydował się na skok z okna. Zdjęcie ukazało się po raz pierwszy dzień później na łamach New York Timesa, budząc skrajne reakcje czytelników.
2. – Zdjęcie przedstawia 23 letnią kobietę, Evelyn McHale, w cztery minuty po samobójczym skoku z 86 piętra Empire State Buliding. Samobójczyni wygląda na niej niezwykle spokojnie, jakby zapadła w drzemkę. Fotografia ukazała się na okładce magazynu Life, i z czasem zyskała status ikony. Jej autorem jest Robert Wiles.

Reklamy

Śmierć Stephena Hawkinga

Zmarł Stephen Hawking – fizyk teoretyczny, i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci świata nauki zaraz obok samego Einsteina. Hawking miał 21 lat, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego nieuleczalną chorobę neurodegeneracyjną – stwardnienie zanikowe boczne – i dali mu najwyżej 3 lata życia. Przeżył jeszcze ponad pół wieku; nie złamał go ani towarzyszący mu przez ostatnie trzy dekady paraliż niemal całego ciała, ani niemożność mówienia spowodowana uszkodzeniem strun głosowych na wskutek tracheotomii. Ze światem komunikował się za pomocą komputerowego syntezatora mowy; kontynuował również swoją pracę naukową.Śmierć Stephena Hawkinga (1)Z wypiekami na twarzy czytałem zarówno jego bestsellerową Krótką historię czasu, jak i wydany później z Leonardem Mlodinowem Wielki projekt. Popularnonaukowe prace Hawkinga (choć nie tak dobre, jak kilka innych pióra innych autorów, które przeczytałem później) stały się dla mnie początkiem nowej fascynacji – fascynacji strukturą rzeczywistości, fizyką kwantową, dylatacją czasu, czarnymi dziurami, Wielkim Wybuchem, multiwersum i osobliwościami. Pasja ta miała ogromny wpływ na formowanie się mojego ateistycznego światopoglądu.

Faktem jest, że masa naukowców przysłużyła się światu nauki bardziej, niż Stephen Hawking – także w sferze fizyki teoretycznej, którą eksplorował; że stał się symbolem geniuszu nie do końca słusznie – zważywszy na fakt, że wielu uczonych o ważniejszym dorobku naukowym jest przeciętnym zjadaczom chleba nieznanym tylko dlatego, że nie prowadzili spektakularnej potyczki z bezlitosną chorobą. Nie umniejsza to jednak wspaniałości jego osoby. Bo Hawking był kimś znacznie więcej, niż tylko wybitnym umysłem.

Hawkinga podziwiałem przede wszystkim za niesamowitą wolę walki z chorobą i szacunek wobec życia, który żywił na przekór swoim gigantycznym ograniczeniom. Człowiek ten przeżył swoje życie jako żywa legenda, i stał się dla mnie – wiem, że zabrzmi to patetycznie i nieco paradoksalnie, ale to prawda – ucieleśnieniem triumfu ducha nad materią. Sparaliżowany i zdany na pomoc innych, w swoim genialnym umyśle pozostawał bezgranicznie wolny, i badał tajemnice rzeczywistości w sposób niedostępny zwyczajnym śmiertelnikom. Stał się nie tylko ważną osobistością świata nauki, ale również inspiracją dla milionów ludzi na całym świecie. Chyba nikt nie udowodnił równie dobitnie, że każdy z nas odnaleźć może w sobie siłę do pokonania największych nawet życiowych problemów. Jeśli Hawking dał radę – wszyscy możemy. Wierzę, że gdyby nie jego niezwykła wola życia, ciekawość świata i oddanie nauce, nie przeżył by tak wielu lat.

Hawking poza tym, że był naukowcem i popularyzatorem nauki, był także wizjonerem; twierdził, że ludzkość chcąc przeżyć, musiała będzie dokonać eksploracji kosmosu, wskazywał również na zagrożenia, które przyniesie postęp technologiczny (przede wszystkim sztuczna inteligencja) i możliwość kontaktu z obcą kosmiczną cywilizacją. Jego autorytet był ogromny, i świat wysłuchiwał go z należytą powagą. Ci, którzy w jego słowach doszukują się paranoi, są, moim zdaniem, ogromnymi optymistami. Choćby Stanisław Lem był w swoich prognozach przyszłości znacznie dosadniejszy niż Hawking – i, uwierzcie mi, zapoznając się z jego argumentacją nie sposób mu się dziwić.

Słynny uczony przyszedł na świat w dzień urodzin Galileusza, zmarł zaś w międzynarodowy dzień liczby Pi i jednocześnie dzień urodzin Alberta Einsteina. Zważywszy na zagadnienia, którymi się zajmował, jest to koincydencja niezwykła.

***

Obrazek pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Z Prochu Powstałeś

Kilka dni temu zmarł mój wujek. Młodo – miał zaledwie 55 lat (podczas gdy jego matka, na chwilę obecną, przeżyła go o całe 30). Wykończył go rak płuc, spowodowany wieloletnim paleniem papierosów. Pocieszamy się tylko tym, że śmierć zabrała go, nim zaczął cierpieć na silne bóle, i że najbliższa rodzina – żona i dzieci – towarzyszyła mu zarówno w chorobie, jak i w chwili, gdy odchodził. A odszedł rankiem; minął się ze wstającym słońcem, ze wstającym dniem, do końca świadomy. W obliczu nieuchronnego pozostawał dzielny do samego końca.Z Prochu Powstałeś (1)Poszedłem na pogrzeb, jakżeby inaczej. Już dawno postanowiłem sobie, że mój ateizm nie stanie na przeszkodzie poważniejszym powinnościom rodzinnym (choć rodzinny z natury nie jestem niemal wcale, w szczególnych okolicznościach staję na wysokości zadania). Uczestniczyłem nawet czynnie w modlitwach – w myśl zasady, że kiedy wchodzi się między wrony, trzeba krakać, jak i one (tego nakazują zasady dobrego wychowania). Kiedyś i ja umrę, i niektórzy z tych ludzi, z którymi śpiewałem Dobry Jezu a Nasz Panie, zjawią się na moim pogrzebie – świeckim.

Byłem również w kaplicy. Gdy podszedłem do trumny i spojrzałem na ciało wujka, oblała mnie fala niesamowitości związana z tym, że człowiek, z którym jeszcze niedawno rozmawiałem, i którego wypełniało życie i psychika – świadomość, marzenia, wspomnienia – teraz jest pusty. Panującym zwyczajem dotknąłem nieboszczyka – najpierw objąłem dłonią jego twarz, potem oplecione różańcem ręce. Były zimne jak lód. Martwe ciało nie przeraża mnie, chociaż dotychczas miałem z nim bezpośredni kontakt tylko dwukrotnie; ono mnie tylko najbardziej w świecie zadziwia.

W kaplicy doszło niestety do bardzo nieprzyjemnego i groteskowego wydarzenia. Babka próbowała pochylić się do czoła zmarłego syna, by złożyć nań pożegnalny pocałunek, ale brakowało jej do tego zaledwie dwóch centymetrów. Ponawiała próbę kilkukrotnie, za ostatnim razem posuwając się do przekręcania jego głowy to w lewo, to w prawo. Moja matka (a zarazem jej córka) przywołała ją do porządku, i obie powróciły na ławkę. Siedząc, babka poprosiła ją, by użyczyła jej swojej torebki – chciała bowiem stanąć na niej i wtedy raz jeszcze spróbować pocałować ciało. Matka, całe szczęście, zdusiła ten absurdalny pomysł w zarodku.

Na cmentarzu doszło zaś do sytuacji surrealistycznej: jeden z czterech pracowników zakładu pogrzebowego, którzy nieśli trumnę, a potem spuszczali ją na linach do grobu, był niemal bliźniaczo podobny do zmarłego. Te same rysy twarzy, ta sama postura, nawet wąsik pod nosem miał taki sam. Patrzyłem, jak ów mężczyzna kręci się przy plombowanej pieczarze, i ponosiło mnie złudzenie, że jestem na pogrzebie kogoś innego, że wujek nie spoczywa w trumnie, ale kręci się obok niej.

I ja uroniłem kilka łez podczas mowy pożegnalnej na cmentarzu. Wcześniej – przez dwa dni, które minęły od zgonu do pogrzebu – nie czułem takiej potrzeby. Wujka żałowałem już wtedy, ale dopiero tam, stojąc w pobliżu pieczary, słuchając, jak pracownicy zakładu pogrzebowego szpachlują cementem jej betonowe wieka, dotarło do mnie, że nigdy więcej nie zobaczę tego człowieka i uśmiechu na jego zmęczonej życiem twarzy. Nie byłem z nim związany bardzo intymną więzią, ale lubiłem go i szanowałem. Był dobrym wujkiem. Czasem nawet jeździliśmy razem na grzyby.

I tak oto kończy się ludzka wędrówka: nasza świadomość gaśnie, a atomy, z których składało się nasze ciało, wracają do obiegu w naturze. Rozpierzchną się po świecie, i któż może wiedzieć, gdzie dałoby się odnaleźć je za kilka lat?

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Himalaje Głupoty

W mediach Internetowych (w telewizji pewnie zresztą też; nie wiem, bo nie oglądam) w kółko pojawia się temat tragicznej wyprawy na Nanga Parbat. Temat ten budzi w ludziach ogromne emocje; jedni bronią Mackiewicza, drudzy krytykują albo wręcz hejtują. Przyznam, że miałem nie zabierać głosu w tej sprawie; nie zależy mi ani trochę na dolewaniu oliwy do ognia. Potem zrozumiałem jednak, że temat nie dotyczy samego tragicznie zmarłego, że tak naprawdę chodzi o pewne bardzo istotne kwestie.Himalaje Głupoty (1)Niezwykle zaskoczyła mnie ilość osób, które w komentarzach pod artykułami o tej tragedii brały Mackiewicza w obronę. A już zupełnie nie dowierzałem, jak wiele osób przytaczało przy tym ”żelazny” w ich mniemaniu argument, że ”pasja to pasja, nie da się wytłumaczyć jej komuś, kto jej nie czuje”. Gdyby jeszcze pisali to młodzicy, byłbym zrozumiał, ale głosy takie pojawiały się także ze strony ludzi starszych ode mnie.

Na ryzyko utraty zdrowia lub śmierci pozwolić może sobie samotny wilk – ktoś, kto nie musi liczyć się z potrzebami żony i dzieci. Nie ma nic wzniosłego w decyzji odstawienia rodziny na bok na rzecz realizowania się w swej śmiertelnie niebezpiecznej pasji. Odpowiedzialny człowiek nie zostawia najbliższych, by bez ubezpieczenia i butli tlenowej włazić na ośmiotysięcznik. To kwestia priorytetów – czasami trzeba wybrać, czy chce się być ojcem i mężem, czy himalaistą; nie zawsze można pogodzić jedno z drugim.

W zdumienie wprawia mnie również fakt, że znaczna część Polaków śmierć Mackiewicza postrzega w sposób dość romantyczny. Przyznam, że jakaś część mnie również tak właśnie pojmuje to, co zaszło: oto mężczyzna, który do zdobycia góry podchodził siedmiokrotnie, wreszcie wspina się na jej szczyt, ale nawet nie dane jest mu go ujrzeć, gdyż ślepota śnieżna odbiera mu wzrok. Potem niedomaga, i musi pozostać tam, by skonać w samotności – sam na sam z miejscem, do którego w końcu udało mu się dotrzeć.

Ale to tylko złudny romantyzm. W ogóle nie wierzę w piękną śmierć. Śmierć to zawsze tragedia, ból, rozpacz. W rzeczywistości nie ma nic wzniosłego w ślepnięciu, w zamarzaniu żywcem, w załatwianiu się we własne gacie (podczas zgonu puszczają zwieracze). Tak samo nie ma nic wzniosłego w tym, że Mackiewicz nie zobaczy więcej swoich dzieci, a one – swojego ojca, ani w tym, że mógł żyć z nimi długo i szczęśliwie, ale nie będzie mu to dane.

Żal mi żony i dzieci Mackiewicza. Dobrze, że założono konto, na które chętni wpłacać mogą pieniądze, które zabezpieczą finansowo ich przyszłość. Szkoda jednak, że w podobny sposób nie organizuje się zbiórek dla każdego dziecka skrzywdzonego przez lekkomyślność rodzica (lub rodziców). Co z dziećmi osób, które przeszły na czerwonym świetle i zostały rozjechane przez samochód, albo tymi, których rodzice woleli przepijać pieniądze, niż kupować jedzenie? Dlaczego nie urządza się zbiórek by ratować ich przyszłość? Są mniej warte, bo ich rodzice wykańczają się w sposób mniej spektakularny?

Jakby się kto pytał: tak, łatwo mówić mi to wszystko z pozycji człowieka, który siedzi na wygodnym obrotowym fotelu przed komputerem, w ciepłym mieszkanku, a tuż obok ma pościelone, wygodne łóżko. A mam ten przywilej, że łatwo mi to mówić, bo nie zdurniałem na tyle, by ryzykować życiem dla tzw. samorealizacji. Mam dla kogo i dla czego żyć. I wiem, co jest w życiu naprawdę ważne: nie martwa, niegościnna skała, a uczucia żywych, bliskich mi ludzi.

***

Zdjęcie Nanga Parbat pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Stephen King – ”Cmętarz Zwieżąt”

Stephen King - ''Cmętarz Zwieżąt''Lekarz Louis Creed przeprowadza się wraz z żoną Rachel i dwójką dzieci (córką Ellie i synkiem Gagem) do domu stojącego na uboczu w miasteczku Ludlow. Mężczyzna zaprzyjaźnia się ze swoim najbliższym sąsiadem, rześkim staruszkiem Judem mieszkającym ze schorowaną żoną Normą. Kiedy na ruchliwej drodze obok ich domostwa ginie ukochany kot małej Ellie, Church, Jud wtajemnicza Louisa w istnienie indiańskiego cmentarza, w którym pochowane ciała powracają do życia. Mężczyzna grzebie tam pupila, co daje początek serii strasznych wydarzeń.

”Cmętarz Zwieżąt” jest powieścią przesyconą śmiercią. Stale czuć jej cichą i cierpliwą obecność, jej nieuchronność i (za sprawą kota Churcha) jej odór. Poszczególne postaci ścierają się z jej fenomenem nieustannie i radzą sobie z nim (bądź nie radzą) na rozmaite sposoby. Louis jako lekarz początkowo podchodzi do niej w sposób naukowy, uważając ją za kres indywidualnego postrzegania i coś zupełnie naturalnego, ale też nie poświęcając jej więcej czasu, niż to konieczne. Rachel, obarczona traumą po śmierci swojej starszej siostry Zeldy, wypiera ze swej świadomości jej istnienie, i unika tego tematu jak ognia. Mała Ellie na wieść o konieczności przemijania buntuje się wobec hipotetycznego Stwórcy, a stary Jud jest z nią niemal pogodzony. Z obserwacji ich losów można wysnuć wniosek, że choć pogląd na śmierć nie jest w stanie definitywnie odroczyć jej nadejścia, ma kluczowy wpływ na jakość samego życia.

Wielkie wrażenie wywiera na czytelniku opowieść Rachel o Zeldzie, jej powolnej i bolesnej agonii, oraz tym, jak cierpienie i umieranie przeistoczyło ją w istotę dokuczliwą, nienawistną i zazdroszczącą rodzinie życia w zdrowiu – a jej najbliższych zmieniło w ludzi już za życia spychających ją ze swej świadomości w odmęty niepamięci niczym w otchłań grobowca. Historia ta, choć krótka, mocno przemawia do wyobraźni i silnie oddziałuje na psychikę.

Najniezwyklejszym jednak motywem jest tytułowy cmętarz zwieżąt (błąd w pisowni jest celowy, odpowiada napisowi na tabliczce wejściowej do niego) – miejsce, w którym dzieci grzebią swoje martwe zwierzątka, a więc zarazem grunt, na którym po raz pierwszy w życiu spotykają się ze śmiercią. Opowieść Juda o tym, jak pielęgnują je, robią krzyże, słowem: ujmują w kolorowe ramki najgorszy koszmar ludzkości częściowo przynajmniej niwelując jego grozę (lub stwarzając wygodne złudzenie jej niwelacji), budzi smutną refleksję: wszystko, co człowiek jest w stanie zrobić w obliczu śmierci bliskiej sobie istoty, to udekorować miejsce jej spoczynku, przyozdobić je, by odwrócić swoją uwagę od faktu, że tuż pod bukietem kolorowych, woniejących kwiatów tkwi gnijące, jedzone przez robaki ciało.

Istotny w powieści jest wątek szaleństwa, któremu ulega pogrążony w żałobie główny bohater. Osobista tragedia zaburza jego dotychczas racjonalny i chłodny umysł, i stopniowo przeistacza go w istotę zdolną uczynić wszystko dla najmniejszej choćby szansy odzyskania bliskiej osoby. Jest to więc również opowieść o potędze i bezsilności miłości w obliczu najgorszego, a także o tym, jak miłość do jednego człowieka jest w stanie uczynić z kochającej go osoby potwora wobec innych.

Ale nie tylko filozoficzne i psychologiczne niepokoje mącą spokój czytelnika powieści – jest w niej również sporo soczystej makabry i starej, dobrej, nadnaturalnej grozy. King wziął na warsztat motyw zombie, wzbogacając go o złowieszczy pierwiastek duchowy. W moim odczuciu wyszło mu to świetnie. A motyw ponurego kota Churcha, który co i rusz przewija się na kartach powieści, niczym czteronożna klątwa, to istny majstersztyk.

Jak niemal zawsze, większą część powieści King poświęcił budowaniu realiów świata – tkaniu atmosfery, szkicowaniu osobowości głównych postaci oraz ich osobistych historii, opisom miejsc. Sztuka ta powiodła mu się świetnie – w chwili, gdy dochodzi do kulminacji napięcia oraz zagęszczenia akcji, ów fundament nie kruszeje pod ich ciężarem.

Powieść ma kilka wad, ale objawiają się one raczej nie przez to, co w niej nie wyszło, a przez to, czego w niej zabrakło: małomiasteczkowego klimatu, trochę większego rozmachu (uwikłania w akcję większej ilości postaci), większej ilości wątków pobocznych. Są to rzeczy, które osobiście bardzo cenię w powieściach Kinga.

”Cmętarz Zwieżąt” to jedna z najosobliwszych powieści w dorobku króla grozy. Jest niezwykle mroczna i wciągająca; na długo pozostawi w waszych ustach posmak wilgotnej ziemi. Nie wierzycie? Sami spróbujcie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Sens Życia

Jako ateista, nie mam złudzeń co do tego, że śmierć jest nieodwracalnym kresem świadomości, postrzegania i doświadczenia; że skonawszy powrócę do nicości, w której ”znajdowałem się” przed swoimi narodzinami – a więc przez całych 14 miliardów lat istnienia Wszechświata.

Pojęcie niebytu, nicości, stanowi oczywiście krystalicznie czystą abstrakcję. Nie sposób jej sobie wyobrazić. A jednak doświadczam jej co noc – śpiąc. Zasypiam, i budzę się po kilku godzinach, ze wspomnieniem kilkunastu minut sennych majaków oraz ze świadomością, że większość przespanego czasu niezauważenie umknęła mojemu postrzeganiu. Może to zabrzmieć dziwnie, gdyż gdyż taka nicość stanowi stan funkcjonującego umysłu, ale myśląc o tym, każdego dnia po trosze oswajam się z niebytem, przygotowuję się na to, co prędzej czy później nastąpić musi. Wprawdzie nie istniejąc, nie będę w stanie skonstatować końca mojego życia, zaznać metafizycznej rozpaczy nad jego utratą, ale świadomość nieuchronnego ma wpływ na życie, domaga się uwagi i akceptacji. A wciąż jeszcze nie jestem pewien, czy nie wolałbym, by po zgonie, zamiast nicości, czekało na mnie jej totalne przeciwieństwo, ciągle waham się pomiędzy jednym a drugim, przychylając się jednak z reguły właśnie ku wiecznemu życiu (choć z ostrożnością, wszak jego wizja przekracza granice mojej wyobraźni). Odstawmy jednak marzenia na bok, i zajmijmy się rzeczywistością (wciąż oczywiście subiektywnie postrzeganą).Sens Życia (1)Przychodzę więc znikąd, i zmierzam w nicość. Większość ludzi nie jest w stanie przyjąć takiego poglądu na życie choćby ze strachu, że jego konsekwencją byłoby popadnięcie w jałowy nihilizm egzystencjalny. Otóż, chociaż postrzegam człowieka jako zwierzę, które na drodze spontanicznej ewolucji rozwinęło się na tyle, by zadać sobie pytanie o sens swojej egzystencji (w czym tkwi jego największe błogosławieństwo i przekleństwo), nie przyszłoby mi do głowy, by uznać go za istotę, której życie pozbawione jest wartości. Według mnie życie jest sensem samo w sobie; każde przyjemne doświadczenie jest tym wspanialsze, że możliwe tylko w nieskończenie krótkim przedziale czasowym w stosunku do okresu nieistnienia indywidualnej świadomości ludzkiej. Najbłahsze nawet czynności zyskują wzruszający wymiar dzięki wiedzy, że możność wykonywania ich jest przejściowa; jeszcze większej głębi nabierają tym samym kontakty z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi.

Takie postrzeganie życia możliwe jest dla mnie wtedy, gdy jest lub bywa ono przyjemne, bądź chociażby znośne; kiedy można cieszyć się nim, a cierpienia doświadczać w natężeniu, które nie doprowadza psychiki i ciała do ruiny, ale daje się ukoić, i wzmaga (na zasadzie kontrastu, że im było gorzej, tym może być lepiej) pozytywne doświadczenia. Niestety, przyroda jest bezwzględna w swojej obojętności na los ludzki; nie wszystkim dane było urodzić się w okolicznościach, w których mogliby wieść dostatnie, satysfakcjonujące życie, żeby wymienić choćby mieszkańców obszarów dotkniętych klęską suszy i nieurodzaju, lub dzieci chore na śmiertelne choroby genetyczne. Pytanie o sens ich cierpienia ciśnie mi się na usta i umiera na nich, cicho, niepostrzeżenie, niewypowiedziane.

Istnieje wreszcie szersza perspektywa, w jakiej umiejscawiam i uzasadniam swoje istnienie. Tą perspektywą jest wytwór zbiorowej świadomości – kultura przekazywana w spadku kolejnym pokoleniom. Przed każdym z nas stoi ogromna odpowiedzialność dziejowa; chociaż nigdy nie uda się zaprowadzić na świecie ładu absolutnego (próby dokonania tego kończą się zresztą zawsze piekłem na Ziemi), z pewnością można dążyć do uczynienia go lepszym, niż jest obecnie. Oczywiście, z czasem życie na Ziemi dobiegnie definitywnego końca, ale nie widzę sensu w przejmowaniu się tym, gdyż nim do tego dojdzie, będzie komu skorzystać z tego, co udało nam się się po sobie pozostawić. A cóż może być cenniejszego niż niepowtarzalne życie ludzkie, i dobro człowieka, który zdolny jest do cierpienia większego niż wszystkie znane nam istoty?

Oczywiście, pragnę możliwie najdłuższego i jak najlepszego jakościowo życia. Odczuwam też strach przed śmiercią: czysto organiczny, który, jak mniemam, towarzyszyć mi będzie aż po koniec mych dni, oraz strach przed śmiercią przedwczesną, która mogłaby położyć kres moim ambicjom, mojemu potencjałowi, i doświadczeniom, których łaknę. Mam nadzieję umrzeć jako człowiek, który nie pozostawi śmierci niczego do zabrania; sprowadzić kostuchę do pozycji złodzieja, który przyszedł okraść sejf, i z zaskoczeniem stwierdził, że ten jest otwarty i pusty, gdyż jego właściciel nie żałował sobie dobrego życia. Zamierzam wystrychnąć ją na dudka, zakpić z niej, i odejść z uśmiechem na twarzy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Wierzę, że dokonam tej sztuki.

A jeśli mi się nie powiedzie? Pozostanie mi tylko brzemię bezpowrotnie minionych lat, paląca tęsknota za tymi z najbliższych mi ludzi, którzy do tej pory już odejdą, starcza bezsilność wobec szybkiego tempa życia i przemijania, choroby, ból fizyczny i zmęczenie. Śmierć stanie się pożądana jako wybawienie, i tak też ją przyjmę.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Bardzo Źle Pojmowany Humanitaryzm

Mariusz Trynkiewicz bestialsko zamordował i zgwałcił czerech chłopców (w tym trzech jednocześnie). Piotr T. – zabił dwóch (obu zamierzał zgwałcić, ale za każdym razem ochota na to przeszła mu, kiedy zabrał się do dzieła). Radosław W. zamordował (na tle rabunkowym) swoją matkę, ojczyma, oraz jego syna. Samuel N. zarąbał siekierą – w biały dzień – dziesięcioletnią dziewczynkę, bo, jak sam tłumaczył, chciał odegrać się w ten sposób na społeczeństwie. Nastoletni Zuzanna i Kamil z Rakowic zamordowali we śnie rodziców chłopaka, gdyż ci byli przeciwni ich związkowi. Wszyscy oni otrzymali wyroki albo 25 lat pozbawienia wolności, albo dożywocia. Wydawać by się mogło, że kary takie są sprawiedliwe: zwyrodnialcy ci zgniją we więzieniu, nierzadko pomiatani przez współosadzonych. Czy nie dałoby się jednak rozprawić z nimi w inny sposób – z lepszym pożytkiem dla społeczeństwa?

Rozpatrzmy problem pod kątem czysto matematycznym (finansowym). Utrzymanie więźnia w Polsce kosztuje około 2 tysiące złotych miesięcznie. Rocznie daje to 24 tysiące złotych, w ciągu 25 lat – 600 tysięcy. Wszystkie te wydatki pokrywane są z kieszeni praworządnych, ciężko pracujących ludzi, z których wielu liczy każdy grosz od wypłaty do wypłaty. Czy nie lepiej niż utrzymywać przy życiu ścierwo najgorszego autoramentu, byłoby skasować je przy pomocy 4 metrów sznura (koszt – około 30 zł) i gałęzi, a forsę przeznaczyć na przykład na zakup aparatury medycznej dla chorych dzieci lub na schroniska dla zwierząt?

Kolejną rzeczą nie mieszczącą mi się w głowie, jest wyciąganie jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej wobec człowieka, który napadnięty we własnym domu bronił się przed napastnikiem. Jeśli ktoś nastaje na mój majątek, zdrowie i życie moje i moich najbliższych, powinien liczyć się z tym, że prawo automatycznie przestaje chronić go w jakikolwiek sposób. Niestety, bandyci doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak surowe wyroki zapadają na napadanych przez nich ludziach za tzw. przekroczenie granic obrony koniecznej, i wiedzą, że ci często prędzej pozwolą zgwałcić się i obrabować, niż zaryzykują obronę i spędzenie reszty życia za kratkami. Polskie prawo jest chore, gdyż zbytnio skupia się na interesach agresorów. W chwili, kiedy ci występują przeciwko prawu, powinni być spod niego wyłączeni.

Nie mniej humanitarnie traktuje się wszelakiej maści ścierwo w innych krajach Europejskich (karę śmierci wykonuje się jeszcze tylko na Białorusi!). Anders Brevik, który kierowany ideologicznymi pobudkami w 2011 roku zamordował w Norwegii 77 osób, został skazany na 21 lat pozbawienia wolności z możliwością bezterminowego przedłużania odsiadki, w przypadku podejrzenia, że nadal stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Chociaż w praktyce oznacza to, że nigdy nie opuści murów więzienia, wyrok odsiaduje w trzypokojowej celi, w której do dyspozycji ma chociażby konsolę do gier, lodówkę, oraz telewizor. Josef Fritzl, który przez 24 lata więził w piwnicy swego domu własną córkę i troje z szóstki spłodzonych z nią dzieci (pozostałą trójkę adoptował wraz z żoną), otrzymał zaledwie dożywocie.

W USA skazani na karę śmierci nierzadko czekają na wykonanie jej całymi latami (średnia oczekiwania to aż 10 lat!). W stanie Arkansas wykonuje się egzekucje wyłącznie poprzez podanie uśmiercającego zastrzyku; ponieważ 30 kwietnia tego roku upływała ważność Midazolamu, środka znieczulającego wstępnie aplikowanego skazanym, a produkująca go firma farmaceutyczna nie zgodziła się wytworzyć nowej partii, przyspieszono uśmiercanie skazanych. Czyż nie jest to jeden wielki ponury żart? Wprawdzie prawo USA zabrania stosowania kar wymyślnych i bolesnych, ale do takich nie należy chyba egzekucja przez powieszenie, podczas której śmierć następuje w sekundę na skutek pęknięcia kręgosłupa skazańca w odcinku szyjnym – przy czym ta metoda uśmiercania jest chyba w oczywisty sposób mniej wymyślna od rozstrzelania, uśmiercającego zastrzyku, a już na pewno krzesła elektrycznego czy komory gazowej?