Archiwa tagu: śmierć

Himalaje Głupoty

W mediach Internetowych (w telewizji pewnie zresztą też; nie wiem, bo nie oglądam) w kółko pojawia się temat tragicznej wyprawy na Nanga Parbat. Temat ten budzi w ludziach ogromne emocje; jedni bronią Mackiewicza, drudzy krytykują albo wręcz hejtują. Przyznam, że miałem nie zabierać głosu w tej sprawie; nie zależy mi ani trochę na dolewaniu oliwy do ognia. Potem zrozumiałem jednak, że temat nie dotyczy samego tragicznie zmarłego, że tak naprawdę chodzi o pewne bardzo istotne kwestie.Himalaje Głupoty (1)Niezwykle zaskoczyła mnie ilość osób, które w komentarzach pod artykułami o tej tragedii brały Mackiewicza w obronę. A już zupełnie nie dowierzałem, jak wiele osób przytaczało przy tym ”żelazny” w ich mniemaniu argument, że ”pasja to pasja, nie da się wytłumaczyć jej komuś, kto jej nie czuje”. Gdyby jeszcze pisali to młodzicy, byłbym zrozumiał, ale głosy takie pojawiały się także ze strony ludzi starszych ode mnie.

Na ryzyko utraty zdrowia lub śmierci pozwolić może sobie samotny wilk – ktoś, kto nie musi liczyć się z potrzebami żony i dzieci. Nie ma nic wzniosłego w decyzji odstawienia rodziny na bok na rzecz realizowania się w swej śmiertelnie niebezpiecznej pasji. Odpowiedzialny człowiek nie zostawia najbliższych, by bez ubezpieczenia i butli tlenowej włazić na ośmiotysięcznik. To kwestia priorytetów – czasami trzeba wybrać, czy chce się być ojcem i mężem, czy himalaistą; nie zawsze można pogodzić jedno z drugim.

W zdumienie wprawia mnie również fakt, że znaczna część Polaków śmierć Mackiewicza postrzega w sposób dość romantyczny. Przyznam, że jakaś część mnie również tak właśnie pojmuje to, co zaszło: oto mężczyzna, który do zdobycia góry podchodził siedmiokrotnie, wreszcie wspina się na jej szczyt, ale nawet nie dane jest mu go ujrzeć, gdyż ślepota śnieżna odbiera mu wzrok. Potem niedomaga, i musi pozostać tam, by skonać w samotności – sam na sam z miejscem, do którego w końcu udało mu się dotrzeć.

Ale to tylko złudny romantyzm. W ogóle nie wierzę w piękną śmierć. Śmierć to zawsze tragedia, ból, rozpacz. W rzeczywistości nie ma nic wzniosłego w ślepnięciu, w zamarzaniu żywcem, w załatwianiu się we własne gacie (podczas zgonu puszczają zwieracze). Tak samo nie ma nic wzniosłego w tym, że Mackiewicz nie zobaczy więcej swoich dzieci, a one – swojego ojca, ani w tym, że mógł żyć z nimi długo i szczęśliwie, ale nie będzie mu to dane.

Żal mi żony i dzieci Mackiewicza. Dobrze, że założono konto, na które chętni wpłacać mogą pieniądze, które zabezpieczą finansowo ich przyszłość. Szkoda jednak, że w podobny sposób nie organizuje się zbiórek dla każdego dziecka skrzywdzonego przez lekkomyślność rodzica (lub rodziców). Co z dziećmi osób, które przeszły na czerwonym świetle i zostały rozjechane przez samochód, albo tymi, których rodzice woleli przepijać pieniądze, niż kupować jedzenie? Dlaczego nie urządza się zbiórek by ratować ich przyszłość? Są mniej warte, bo ich rodzice wykańczają się w sposób mniej spektakularny?

Jakby się kto pytał: tak, łatwo mówić mi to wszystko z pozycji człowieka, który siedzi na wygodnym obrotowym fotelu przed komputerem, w ciepłym mieszkanku, a tuż obok ma pościelone, wygodne łóżko. A mam ten przywilej, że łatwo mi to mówić, bo nie zdurniałem na tyle, by ryzykować życiem dla tzw. samorealizacji. Mam dla kogo i dla czego żyć. I wiem, co jest w życiu naprawdę ważne: nie martwa, niegościnna skała, a uczucia żywych, bliskich mi ludzi.

***

Zdjęcie Nanga Parbat pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Reklamy

Stephen King – ”Cmętarz Zwieżąt”

Stephen King - ''Cmętarz Zwieżąt''Lekarz Louis Creed przeprowadza się wraz z żoną Rachel i dwójką dzieci (córką Ellie i synkiem Gagem) do domu stojącego na uboczu w miasteczku Ludlow. Mężczyzna zaprzyjaźnia się ze swoim najbliższym sąsiadem, rześkim staruszkiem Judem mieszkającym ze schorowaną żoną Normą. Kiedy na ruchliwej drodze obok ich domostwa ginie ukochany kot małej Ellie, Church, Jud wtajemnicza Louisa w istnienie indiańskiego cmentarza, w którym pochowane ciała powracają do życia. Mężczyzna grzebie tam pupila, co daje początek serii strasznych wydarzeń.

”Cmętarz Zwieżąt” jest powieścią przesyconą śmiercią. Stale czuć jej cichą i cierpliwą obecność, jej nieuchronność i (za sprawą kota Churcha) jej odór. Poszczególne postaci ścierają się z jej fenomenem nieustannie i radzą sobie z nim (bądź nie radzą) na rozmaite sposoby. Louis jako lekarz początkowo podchodzi do niej w sposób naukowy, uważając ją za kres indywidualnego postrzegania i coś zupełnie naturalnego, ale też nie poświęcając jej więcej czasu, niż to konieczne. Rachel, obarczona traumą po śmierci swojej starszej siostry Zeldy, wypiera ze swej świadomości jej istnienie, i unika tego tematu jak ognia. Mała Ellie na wieść o konieczności przemijania buntuje się wobec hipotetycznego Stwórcy, a stary Jud jest z nią niemal pogodzony. Z obserwacji ich losów można wysnuć wniosek, że choć pogląd na śmierć nie jest w stanie definitywnie odroczyć jej nadejścia, ma kluczowy wpływ na jakość samego życia.

Wielkie wrażenie wywiera na czytelniku opowieść Rachel o Zeldzie, jej powolnej i bolesnej agonii, oraz tym, jak cierpienie i umieranie przeistoczyło ją w istotę dokuczliwą, nienawistną i zazdroszczącą rodzinie życia w zdrowiu – a jej najbliższych zmieniło w ludzi już za życia spychających ją ze swej świadomości w odmęty niepamięci niczym w otchłań grobowca. Historia ta, choć krótka, mocno przemawia do wyobraźni i silnie oddziałuje na psychikę.

Najniezwyklejszym jednak motywem jest tytułowy cmętarz zwieżąt (błąd w pisowni jest celowy, odpowiada napisowi na tabliczce wejściowej do niego) – miejsce, w którym dzieci grzebią swoje martwe zwierzątka, a więc zarazem grunt, na którym po raz pierwszy w życiu spotykają się ze śmiercią. Opowieść Juda o tym, jak pielęgnują je, robią krzyże, słowem: ujmują w kolorowe ramki najgorszy koszmar ludzkości częściowo przynajmniej niwelując jego grozę (lub stwarzając wygodne złudzenie jej niwelacji), budzi smutną refleksję: wszystko, co człowiek jest w stanie zrobić w obliczu śmierci bliskiej sobie istoty, to udekorować miejsce jej spoczynku, przyozdobić je, by odwrócić swoją uwagę od faktu, że tuż pod bukietem kolorowych, woniejących kwiatów tkwi gnijące, jedzone przez robaki ciało.

Istotny w powieści jest wątek szaleństwa, któremu ulega pogrążony w żałobie główny bohater. Osobista tragedia zaburza jego dotychczas racjonalny i chłodny umysł, i stopniowo przeistacza go w istotę zdolną uczynić wszystko dla najmniejszej choćby szansy odzyskania bliskiej osoby. Jest to więc również opowieść o potędze i bezsilności miłości w obliczu najgorszego, a także o tym, jak miłość do jednego człowieka jest w stanie uczynić z kochającej go osoby potwora wobec innych.

Ale nie tylko filozoficzne i psychologiczne niepokoje mącą spokój czytelnika powieści – jest w niej również sporo soczystej makabry i starej, dobrej, nadnaturalnej grozy. King wziął na warsztat motyw zombie, wzbogacając go o złowieszczy pierwiastek duchowy. W moim odczuciu wyszło mu to świetnie. A motyw ponurego kota Churcha, który co i rusz przewija się na kartach powieści, niczym czteronożna klątwa, to istny majstersztyk.

Jak niemal zawsze, większą część powieści King poświęcił budowaniu realiów świata – tkaniu atmosfery, szkicowaniu osobowości głównych postaci oraz ich osobistych historii, opisom miejsc. Sztuka ta powiodła mu się świetnie – w chwili, gdy dochodzi do kulminacji napięcia oraz zagęszczenia akcji, ów fundament nie kruszeje pod ich ciężarem.

Powieść ma kilka wad, ale objawiają się one raczej nie przez to, co w niej nie wyszło, a przez to, czego w niej zabrakło: małomiasteczkowego klimatu, trochę większego rozmachu (uwikłania w akcję większej ilości postaci), większej ilości wątków pobocznych. Są to rzeczy, które osobiście bardzo cenię w powieściach Kinga.

”Cmętarz Zwieżąt” to jedna z najosobliwszych powieści w dorobku króla grozy. Jest niezwykle mroczna i wciągająca; na długo pozostawi w waszych ustach posmak wilgotnej ziemi. Nie wierzycie? Sami spróbujcie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Sens Życia

Sens Życia (1)Jako ateista, nie mam złudzeń co do tego, że śmierć jest nieodwracalnym kresem świadomości, postrzegania i doświadczenia; że skonawszy powrócę do nicości, w której ”znajdowałem się” przed swoimi narodzinami – a więc przez całych 14 miliardów lat istnienia Wszechświata.

Pojęcie niebytu, nicości, stanowi oczywiście krystalicznie czystą abstrakcję. Nie sposób jej sobie wyobrazić. A jednak doświadczam jej co noc – śpiąc. Zasypiam, i budzę się po kilku godzinach, ze wspomnieniem kilkunastu minut sennych majaków oraz ze świadomością, że większość przespanego czasu niezauważenie umknęła mojemu postrzeganiu. Może to zabrzmieć dziwnie, gdyż gdyż taka nicość stanowi stan funkcjonującego umysłu, ale myśląc o tym, każdego dnia po trosze oswajam się z niebytem, przygotowuję się na to, co prędzej czy później nastąpić musi. Wprawdzie nie istniejąc, nie będę w stanie skonstatować końca mojego życia, zaznać metafizycznej rozpaczy nad jego utratą, ale świadomość nieuchronnego ma wpływ na życie, domaga się uwagi i akceptacji. A wciąż jeszcze nie jestem pewien, czy nie wolałbym, by po zgonie, zamiast nicości, czekało na mnie jej totalne przeciwieństwo, ciągle waham się pomiędzy jednym a drugim, przychylając się jednak z reguły właśnie ku wiecznemu życiu (choć z ostrożnością, wszak jego wizja przekracza granice mojej wyobraźni). Odstawmy jednak marzenia na bok, i zajmijmy się rzeczywistością (wciąż oczywiście subiektywnie postrzeganą).

Przychodzę więc znikąd, i zmierzam w nicość. Większość ludzi nie jest w stanie przyjąć takiego poglądu na życie choćby ze strachu, że jego konsekwencją byłoby popadnięcie w jałowy nihilizm egzystencjalny. Otóż, chociaż postrzegam człowieka jako zwierzę, które na drodze spontanicznej ewolucji rozwinęło się na tyle, by zadać sobie pytanie o sens swojej egzystencji (w czym tkwi jego największe błogosławieństwo i przekleństwo), nie przyszłoby mi do głowy, by uznać go za istotę, której życie pozbawione jest wartości. Według mnie życie jest sensem samo w sobie; każde przyjemne doświadczenie jest tym wspanialsze, że możliwe tylko w nieskończenie krótkim przedziale czasowym w stosunku do okresu nieistnienia indywidualnej świadomości ludzkiej. Najbłahsze nawet czynności zyskują wzruszający wymiar dzięki wiedzy, że możność wykonywania ich jest przejściowa; jeszcze większej głębi nabierają tym samym kontakty z ludźmi, szczególnie z tymi najbliższymi.

Takie postrzeganie życia możliwe jest dla mnie wtedy, gdy jest lub bywa ono przyjemne, bądź chociażby znośne; kiedy można cieszyć się nim, a cierpienia doświadczać w natężeniu, które nie doprowadza psychiki i ciała do ruiny, ale daje się ukoić, i wzmaga (na zasadzie kontrastu, że im było gorzej, tym może być lepiej) pozytywne doświadczenia. Niestety, przyroda jest bezwzględna w swojej obojętności na los ludzki; nie wszystkim dane było urodzić się w okolicznościach, w których mogliby wieść dostatnie, satysfakcjonujące życie, żeby wymienić choćby mieszkańców obszarów dotkniętych klęską suszy i nieurodzaju, lub dzieci chore na śmiertelne choroby genetyczne. Pytanie o sens ich cierpienia ciśnie mi się na usta i umiera na nich, cicho, niepostrzeżenie, niewypowiedziane.

Istnieje wreszcie szersza perspektywa, w jakiej umiejscawiam i uzasadniam swoje istnienie. Tą perspektywą jest wytwór zbiorowej świadomości – kultura przekazywana w spadku kolejnym pokoleniom. Przed każdym z nas stoi ogromna odpowiedzialność dziejowa; chociaż nigdy nie uda się zaprowadzić na świecie ładu absolutnego (próby dokonania tego kończą się zresztą zawsze piekłem na Ziemi), z pewnością można dążyć do uczynienia go lepszym, niż jest obecnie. Oczywiście, z czasem życie na Ziemi dobiegnie definitywnego końca, ale nie widzę sensu w przejmowaniu się tym, gdyż nim do tego dojdzie, będzie komu skorzystać z tego, co udało nam się się po sobie pozostawić. A cóż może być cenniejszego niż niepowtarzalne życie ludzkie, i dobro człowieka, który zdolny jest do cierpienia większego niż wszystkie znane nam istoty?

Oczywiście, pragnę możliwie najdłuższego i jak najlepszego jakościowo życia. Odczuwam też strach przed śmiercią: czysto organiczny, który, jak mniemam, towarzyszyć mi będzie aż po koniec mych dni, oraz strach przed śmiercią przedwczesną, która mogłaby położyć kres moim ambicjom, mojemu potencjałowi, i doświadczeniom, których łaknę. Mam nadzieję umrzeć jako człowiek, który nie pozostawi śmierci niczego do zabrania; sprowadzić kostuchę do pozycji złodzieja, który przyszedł okraść sejf, i z zaskoczeniem stwierdził, że ten jest otwarty i pusty, gdyż jego właściciel nie żałował sobie dobrego życia. Zamierzam wystrychnąć ją na dudka, zakpić z niej, i odejść z uśmiechem na twarzy, w dodatku w doborowym towarzystwie. Wierzę, że dokonam tej sztuki.

A jeśli mi się nie powiedzie? Pozostanie mi tylko brzemię bezpowrotnie minionych lat, paląca tęsknota za tymi z najbliższych mi ludzi, którzy do tej pory już odejdą, starcza bezsilność wobec szybkiego tempa życia i przemijania, choroby, ból fizyczny i zmęczenie. Śmierć stanie się pożądana jako wybawienie, i tak też ją przyjmę.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Bardzo Źle Pojmowany Humanitaryzm

Mariusz Trynkiewicz bestialsko zamordował i zgwałcił czerech chłopców (w tym trzech jednocześnie). Piotr T. – zabił dwóch (obu zamierzał zgwałcić, ale za każdym razem ochota na to przeszła mu, kiedy zabrał się do dzieła). Radosław W. zamordował (na tle rabunkowym) swoją matkę, ojczyma, oraz jego syna. Samuel N. zarąbał siekierą – w biały dzień – dziesięcioletnią dziewczynkę, bo, jak sam tłumaczył, chciał odegrać się w ten sposób na społeczeństwie. Nastoletni Zuzanna i Kamil z Rakowic zamordowali we śnie rodziców chłopaka, gdyż ci byli przeciwni ich związkowi. Wszyscy oni otrzymali wyroki albo 25 lat pozbawienia wolności, albo dożywocia. Wydawać by się mogło, że kary takie są sprawiedliwe: zwyrodnialcy ci zgniją we więzieniu, nierzadko pomiatani przez współosadzonych. Czy nie dałoby się jednak rozprawić z nimi w inny sposób – z lepszym pożytkiem dla społeczeństwa?

Rozpatrzmy problem pod kątem czysto matematycznym (finansowym). Utrzymanie więźnia w Polsce kosztuje około 2 tysiące złotych miesięcznie. Rocznie daje to 24 tysiące złotych, w ciągu 25 lat – 600 tysięcy. Wszystkie te wydatki pokrywane są z kieszeni praworządnych, ciężko pracujących ludzi, z których wielu liczy każdy grosz od wypłaty do wypłaty. Czy nie lepiej niż utrzymywać przy życiu ścierwo najgorszego autoramentu, byłoby skasować je przy pomocy 4 metrów sznura (koszt – około 30 zł) i gałęzi, a forsę przeznaczyć na przykład na zakup aparatury medycznej dla chorych dzieci lub na schroniska dla zwierząt?

Kolejną rzeczą nie mieszczącą mi się w głowie, jest wyciąganie jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej wobec człowieka, który napadnięty we własnym domu bronił się przed napastnikiem. Jeśli ktoś nastaje na mój majątek, zdrowie i życie moje i moich najbliższych, powinien liczyć się z tym, że prawo automatycznie przestaje chronić go w jakikolwiek sposób. Niestety, bandyci doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak surowe wyroki zapadają na napadanych przez nich ludziach za tzw. przekroczenie granic obrony koniecznej, i wiedzą, że ci często prędzej pozwolą zgwałcić się i obrabować, niż zaryzykują obronę i spędzenie reszty życia za kratkami. Polskie prawo jest chore, gdyż zbytnio skupia się na interesach agresorów. W chwili, kiedy ci występują przeciwko prawu, powinni być spod niego wyłączeni.

Nie mniej humanitarnie traktuje się wszelakiej maści ścierwo w innych krajach Europejskich (karę śmierci wykonuje się jeszcze tylko na Białorusi!). Anders Brevik, który kierowany ideologicznymi pobudkami w 2011 roku zamordował w Norwegii 77 osób, został skazany na 21 lat pozbawienia wolności z możliwością bezterminowego przedłużania odsiadki, w przypadku podejrzenia, że nadal stanowi zagrożenie dla społeczeństwa. Chociaż w praktyce oznacza to, że nigdy nie opuści murów więzienia, wyrok odsiaduje w trzypokojowej celi, w której do dyspozycji ma chociażby konsolę do gier, lodówkę, oraz telewizor. Josef Fritzl, który przez 24 lata więził w piwnicy swego domu własną córkę i troje z szóstki spłodzonych z nią dzieci (pozostałą trójkę adoptował wraz z żoną), otrzymał zaledwie dożywocie.

W USA skazani na karę śmierci nierzadko czekają na wykonanie jej całymi latami (średnia oczekiwania to aż 10 lat!). W stanie Arkansas wykonuje się egzekucje wyłącznie poprzez podanie uśmiercającego zastrzyku; ponieważ 30 kwietnia tego roku upływała ważność Midazolamu, środka znieczulającego wstępnie aplikowanego skazanym, a produkująca go firma farmaceutyczna nie zgodziła się wytworzyć nowej partii, przyspieszono uśmiercanie skazanych. Czyż nie jest to jeden wielki ponury żart? Wprawdzie prawo USA zabrania stosowania kar wymyślnych i bolesnych, ale do takich nie należy chyba egzekucja przez powieszenie, podczas której śmierć następuje w sekundę na skutek pęknięcia kręgosłupa skazańca w odcinku szyjnym – przy czym ta metoda uśmiercania jest chyba w oczywisty sposób mniej wymyślna od rozstrzelania, uśmiercającego zastrzyku, a już na pewno krzesła elektrycznego czy komory gazowej?

Ateizm w Obliczu Śmierci

”Dla mnie śmierć jest niczym, śmierć jest snem. Tłumaczę to sobie jeszcze tak: miałem ukochane miejsce w świecie – Wyspy Zielonego Przylądka. Ukochane było dawno temu, kiedy nie było tam tych wszystkich hoteli, tłumu turystów, hucznych imprez, a ja mogłem łowić ryby. Ale mnie na tych Wyspach nie ma. Nie żyję tam, nie żyję i już. To samo dotyczy innych miejsc na świecie. I naturalną koleją rzeczy kiedyś nie będzie mnie też tu.” – Zbigniew Religa.

Nie ma chyba człowieka, który od czasu do czasu nie poddawałby się rozmyślaniom na temat fenomenu śmierci. Nawet młodym ludziom w sile wieku i w szczytowych momentach życia zdarza się uprzytomnić sobie, że kiedyś przyjdzie czas, w którym trzeba będzie odejść ze świata raz na zawsze, pozostawiając na nim wszystko, co osiągnęli, i co kochali. Świadomość nieuchronności śmierci skłania ku refleksji na temat sensu doczesnego życia – nie tylko cierpień, które chcąc nie chcąc zmuszeni jesteśmy ponosić, i istnienia samego w sobie, ale bywa, że nawet sensu szczęścia. Efemeryczność napawa nas goryczą i smutkiem, a bywa, że również przerażeniem.

Dla wielu osób, które świeżo utraciły wiarę w Boga, świadomość, że po śmierci nie ma nic, a pamięć o nich samych zatrze czas, stanowi grunt, na którym nie są w stanie rozkwitnąć pełnią człowieczeństwa, szczęścia i życia. Wiedzą, że nawet jeśli ich osiągnięcia zapiszą się w historii cywilizacji na stałe, a ich osoba zostanie upamiętniona przez monumentalne pomniki, co w pewnym sensie stanowi przedłużenie ich istnienia, kiedyś w końcu nastąpi również kres samej ludzkości, i nie zostanie po nich nawet najmniejszy ślad. Wszystko to, wraz z bezowocnymi poszukiwaniami sensu życia sprawia czasami, że wszelkie konstruktywne wysiłki wydają im się na dłuższą metę bezcelowe, a oni sami popadają w marazm egzystencjalny i niezdolność działania oraz funkcjonowania. Nie rozumieją, że już samo poszukiwanie sensu życia jest sensem życia samym w sobie.

Tym, co nadaje sens mojemu ateistycznemu życiu, jest osobiste doczesne szczęście, oraz starania, żeby wdrożyć w rozwój cywilizacji wkład własny, z którego ludzkość w jakiś sposób mogłaby korzystać dla swojego dobra możliwie najdłużej po moim odejściu. Chciałbym stworzyć coś, co byłoby użyteczne dla innych, coś, co sprzyjałoby osiągnięciu przez nich szczęścia opartego na pięknie tkwiącym w prawdzie, której wartość niezależna jest od tego, czy jest okrutna, czy pobłażliwa. To, że ludzka świadomość istnieje przez tak krótki czas, nie umniejsza w żadnej mierze w moich oczach jej wyjątkowości i znaczenia. Nie uważam również, by życie ludzi, których osoba i praca ulegnie z czasem zapomnieniu, było w jakimkolwiek stopniu bezsensowne. Wszyscy ci, którzy ponieśli trud i dołożyli swoją cegiełkę do budowy świata, czyniąc go miejscem szczęśliwszym dla siebie oraz innych, zasługują na pełne uznanie.

Faktem jest, że wiara religijna przynosi większości ludzkości ukojenie, że ludzie czują się lepiej dzięki przekonaniu, że ich naznaczone cierpieniem życie nawet, jeśli zostanie zapomniane już po kilku latach tu, na Ziemi, w oczach Boga jest tak samo ważne, jak życie największych geniuszy, których odkrycia zrewolucjonizowały świat. W porównaniu ze sprawiedliwą wiecznością, która według osoby wierzącej nastąpić ma po nieskończenie krótkim w stosunku do niej ziemskim życiu, życie to wydaje się zaledwie świadomym snem, a śmierć – przebudzeniem. Nie przeczę, że jest to pocieszająca perspektywa, ale fakt, że zapewnia ona komfort psychiczny, w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że jest realna. Pragnę zaznaczyć, że nie jestem osobą, która miałaby coś przeciwko temu, żeby naprawdę istniał wszechmiłosierny Bóg oraz życie wieczne u jego boku, a zatem sens w wymiarze ponadczasowym i ponadwymiarowym. Dlaczego miałbym mieć, nawet pomimo tego, że wizja takiego życia przekracza możliwości mojej wyobraźni? Przekonanie, że Bóg nie istnieje, nie sprawia mi ani radości, ani smutku. Przyjmuje to za prawdę, i nauczyłem się żyć w zgodzie z nią, i to czyni moje życie szczęśliwym.

Wieloletnie rozważania, liczne rozmowy światopoglądowe z osobami o rozmaitym podejściu do kwestii wiary, oraz literatura (w tym lektura samej Biblii) utwierdziły mnie w przekonaniu, że wiara w Boga jest tylko fenomenem psychologicznym. Człowiek z natury obdarzony jest konstrukcją psychiczną warunkującą religijność. Religie po prostu musiały pojawić się wśród istot rozumnych, które poszukiwały odpowiedzi na pytania o to, skąd wziął się otaczający ich świat, stanowią również spoiwo społeczne zrzeszające jednostki w grupy, które to grupy ułatwiają przetrwanie.

Jestem w stanie bez trudu uszanować czyjeś religijne wierzenia, o ile nie wypaczają one w sposób jaskrawy moralności. Szacunek ten wynika bezpośrednio z szacunku do człowieka jako istoty wolnej, a przy tym omylnej oraz słabej na tyle, by poszukiwać oparcia w iluzji. Mówiąc oględniej: szanuję wiarę, bo istota ludzka ma prawo do pozostawania w nawet tak dużym błędzie jak wiara w Boga, i do naturalnej, ewolucyjnej słabości, która moim zdaniem ją do tego skłania. Zdaje sobie sprawę z tego, że brzmi to dość arogancko, ale na tej samej zasadzie każda osoba wierząca ma prawo traktować mój ateizm, z czym nie mam jednak najmniejszego problemu. Dla mnie Bóg pozostaje wymyślonym przyjacielem na dobre i złe, Fisiem, a religia bajką dla dorosłych, którzy uciekają w nią przed pozornym bezsensem życia, lękiem przed śmiercią, dojmującą psychologiczną pustką, a czasem i przed niezrozumieniem naukowych wyjaśnień dotyczących funkcjonowania rzeczywistości, oraz tymczasowej niewiedzy odnośnie wielu jej aspektów.

Kiedyś moja świadomość zgaśnie, rozpłynie się w nicości wraz z całą miłością, którą żywiłem i której zaznałem. Nigdy więcej nie poczuję motylków w brzuchu na widok dziewczyny, którą kocham, i nie musnę się wspomnieniem o miejsca, z którymi wiąże mnie nostalgia. Nie istniejąc, nie będę nawet w stanie dostrzec tej straty, i poczuć jej dotkliwości. Brzmi to okrutnie, ale nie mam na to wpływu, toteż nie pozwalam, żeby świadomość ta spędzała mi sen z powiek. Wciąż jest zbyt wiele do zrobienia. I zawsze będzie.

Śmierć Kobieciarza

Świat obiegła dzisiaj smutna wiadomość o śmierci Leonarda Cohena – wybitnego poety, pieśniarza, i pisarza. Człowieka i twórcy ważnego dla mnie i milionów innych ludzi na całym świecie. Chciałbym podzielić się z Wami refleksją na jego temat.

Miłością do Cohena zaraził mnie ojciec, który jest jego wielkim fanem. Przygoda z twórczością Barda zaczęła się dla mnie od się płyty ”Ten New Songs” wydanej w 2001 roku, i hitowego utworu ”In My Secret Life”. Gdy usłyszałem ten materiał, miałem zaledwie kilkanaście lat, i byłem zbyt młody, żeby w pełni docenić jego walory. Cohen był jednak stale obecny w moim życiu dzięki sympatii jaką darzył go ojciec, a ja sam dojrzewałem, i z czasem rozumiałem i lubiłem jego muzykę coraz bardziej, toteż odgrywała w moim życiu coraz większą rolę. Prawdziwa fascynacja Nim rozpoczęła się dla mnie w 2012 roku, wraz z ukazaniem się albumu ”Old Ideas”, który urzekł mnie w całości.

Przez minione cztery lata Bard ten był najważniejszym muzykiem w moim życiu. Przewodnikiem po samotności, miłości, kobietach, i cierpieniu. Autorytetem w tych podstawowych sprawach. Jego głęboka wiedza służyła mi w praktyce, najdosłowniej ratując skórę. Jego dokonania artystyczne inspirowały mnie, stymulowały twórczo. Czuję się bezpieczniej wiedząc, że wciąż mam do nich dostęp. Nie mogę nie wspomnieć, że znaczna część jego twórczości – w tym masa wierszy, proza i wczesne płyty – pozostaje mi jeszcze niemal całkowicie nieznana. Właściwie nie ma dnia, żebym nie myślał o nich z ekscytacją, czekając na odpowiedni moment, by je zgłębić. To naprawdę pocieszające, że cokolwiek by się nie działo, zawsze jest Cohen, prawda?

Ponieważ pośmiertne wydawanie twórczości artystów jest nieomal tradycją, prawdopodobnie również sympatycy Cohena zyskają kiedyś dostęp do niepublikowanych wcześniej owoców jego pracy. W biografii artysty pióra Sylvie Simmons pt. ‘’Leonard Cohen. Jestem Twoim Mężczyzną’’ wspominał On, że ma w swoim archiwum setki niedokończonych piosenek, i gdy myśli o ich szkicowym stanie, odczuwa straszny dyskomfort. Nie wykluczone, że z czasem niektóre z nich doczekają się publikacji w postaci wierszy. Wiedząc dobrze o pracowitości Cohena, byłbym zresztą bardzo zdziwiony, gdyby nie pracował po cichu nad kolejnym tomem poezji (ostatni, ”Księgę Tęsknoty”, pisał przez 20 lat; od czasu ukazania się tego zbioru minęła już dekada).

Miałem możliwość bycia na koncercie Cohena w Warszawie w 2008 roku. Ojciec kupił dwa bilety (kosztowały masę forsy), i gorąco namawiał mnie na pójście z nim, ale ponieważ byliśmy akurat poważnie skłóceni, odmówiłem. I wtedy, i później żałowałem tego wiele razy, ale teraz żałuję szczególnie mocno. Szansa przepadła, i nigdy nie będzie kolejnej. Cieszę się, że chociaż ojciec spełnił jedno ze swoich największych marzeń. Z tego, co wiem, miał naprawdę dobre miejsce!

Na ostatnim albumie Cohen mówił wiele o gotowości do spotkania się z Panem. W wywiadzie udzielonym po premierze płyty żartował zaś, że zamierza żyć 120 lat. Trudno uwierzyć, że było to zaledwie trzy tygodnie temu. Cohen odszedł, ale wcześniej przeżył swoje długie życie do cna, i pozostawił po sobie przeżycia wyrażone w mistrzowski sposób za pomocą piosenek i innego rodzaju twórczości. Esencja tego niezwykłego człowieka pozostała z nami.

Uśmiech Klauna

Znamy ich wszyscy. Z ekranów telewizora, z występów na żywo, z taśm magnetofonowych. Przed publicznością zawsze pogodni, tryskający energią i humorem, niczym magicy wyczarowują na naszych zmęczonych twarzach uśmiech. Patrząc na ich energiczne poczynania nie przychodzi nam do głowy, że często należą do bezdennych otchłani osobistych tragedii, że pozornie beztrosko uśmiechając się do nas i dowcipkując  – czynią to z ich ponurych czeluści. Zapraszam do zapoznania się z historiami dwóch z moich ulubionych komików, satyryków i komediantów, których losy naznaczone są piętnem straszliwych dramatów.Uśmiech Klauna (1)Bohdana Smolenia znają wszyscy Polacy – począwszy od starszej generacji odbiorców, bawiących się przy występach kabaretu ”Tey” współtworzonego z Zenonem Laskowikiem, po młodzież kojarzącą go głównie z rolą listonosza Edzia w serialu komediowym ”Świat Według Kiepskich”. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że ten satyryk i aktor, na którego charyzmie i dowcipie wychowały się tysiące ludzi, ma za sobą druzgocące przejścia. W 1988 roku jeden z trzech synów Smolenia, 15 letni Piotrek, popełnił samobójstwo w tajemniczych, do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach. Chłopiec pożyczył swoim kolegom bez wiedzy ojca należące do niego taśmy magnetofonowe, na których zarejestrowane były występy kabaretu ”Tey”. Feralnego dnia, pod silną presją satyryka pojechał do znajomych w celu odzyskania ich. Nazajutrz znaleziono jego ciało – powiesił się na płocie przy pomocy paska, około 300 metrów od domu. Smoleń nie ukrywa, że nie wierzy w to, aby syn samodzielnie targnął się na życie. W wywiadzie udzielonym dla portalu Wysokie Obcasy powiedział: ”Jestem przekonany, że był ktoś drugi z nim. Ktoś mu to zrobił albo kazał mu to zrobić (…). To nie był taki grzeczny chłopiec, zawsze miał swoje zdanie, swoje pomysły. Myślę, że mogło być tak: spróbuj się powiesić, a my cię odetniemy albo sam się odetniesz. Miał pasek i nóż nie swój.”. Niespełna rok później pogrążona w rozpaczy po stracie syna żona satyryka, Teresa, również popełniła samobójstwo. Do tragedii doszło w domu Smoleniów, podczas późnej kolacji z udziałem kilkorga gości. Kobieta w pewnym momencie opuściła towarzystwo twierdząc, że jest zmęczona, po czym udała się do sypialni na górnym piętrze. Gdy jakiś czas później Smoleń poszedł do niej, zastał ją powieszoną na biustonoszu. Zmarła na jego rękach nie odzyskawszy przytomności.

Potworne tragedie, które dotknęły Smolenia, sprawiły, że artysta popadł w depresję i na kilka lat wycofał się z działalności artystycznej. Od samego początku zdawał sobie jednak sprawę z tego, że ma jeszcze dwójkę synów, których musi wychować i wyżywić. Jak sam przyznaje, to poczucie odpowiedzialności za nich zmusiło go do otrząśnięcia się i wzięcia życie w swoje ręce. Na scenę powrócił w roku 1992 z nowym programem kabaretowym ”Nowy Rząd – Stara Bida”, współtworzonym przez trzech kolegów. W latach dziewięćdziesiątych, na fali popularności muzyki disco-polo nagrał 3 zabawne albumy muzyczne utrzymane w jej konwencji, ponownie przebijając się do świadomości szerokiego grona odbiorców. Od 1999 roku zaczął pojawiać się epizodycznie w sitcomie ”Świat Według Kiepskich”. Smoleń, mimo iż podstarzały, schorowany, i okrutnie poturbowany przez los bawił ludzi do ostatku sił, których pozbawił go w ubiegłym roku trzeci wylew, paraliżując go i odbierając mu mowę. Obecnie satyryk dochodzi do siebie po czwartym już wylewie w Bydgoskim ośrodku rehabilitacyjnym dla osób po udarach.

Uśmiech Klauna (2)Robin Williams, aktor światowego formatu, w swojej karierze odegrał wyśmienicie wiele różnorakich ról – psychoanalityka (”Buntownik z Wyboru”), zimnokrwistego psychopaty (”Bezsenność”), charyzmatycznego nauczyciela (”Stowarzyszenie Umarłych Poetów”), czy obłąkanego bezdomnego (”Fisher King”) – ale publiczność najbardziej pokochała go za fenomenalne kreacje komediowe (”Pani Doubtfire”, ”Klatka Dla Ptaków”). Wprost trudno uwierzyć, ale ten bawiący ludzi do łez człowiek przez wiele lat zmagał się z uzależnieniem od alkoholu oraz narkotyków, a także ciężką depresją. Miał także masę innych problemów w życiu osobistym. Dwa rozwody (z trzecią żoną, Susan Schneider, był w związku małżeńskim do śmierci) kosztowały go ponad 30 milionów dolarów; żeby nadrobić straty finansowe, w ciągu ostatniego roku harował na planie aż sześciu filmów (cztery z nich nie doczekały się finalizacji).

11 sierpnia 2014 roku asystentka Williamsa odwiedziła jego dom, znajdując go martwego. Aktor powiesił się w pozycji półsiedzącej, na pasku wciśniętym pomiędzy drzwi a framugę; wcześniej próbował podciąć sobie za pomocą scyzoryka żyły na nadgarstkach. Opinia publiczna przez długi czas łączyła samobójstwo aktora bezpośrednio z jego depresją i wycieńczającą walką z uzależnieniami, ale prawda okazała się bardziej skomplikowana. Nowe światło na dramatyczną decyzję aktora rzuciła wdowa po nim, Susan Wiliams, zdradzając  w udzielonych rok później wywiadach prasowych, że u jej męża zdiagnozowano – dopiero po autopsji – tzw. Otępienie z Ciałami Lewy’ego – chorobę neurodegeneracyjną, prowadzącą między innymi do otępienia, demencji, silnych halucynacji wzrokowych, paranoi, i stanów lękowych. Objawy te dawały się gwiazdorowi we znaki już od roku, i za jego życia zostały błędnie rozpoznane jako rezultat choroby Parkinsona. Na tydzień przed popełnieniem samobójstwa Williams odebrał wyniki badań, wskazujące na to, że pozostały mu zaledwie trzy lata życia. Kwestia tego, czy aktor kończąc ze sobą był w jasnym stanie świadomości, czy też bezpośrednio przyczyniły się do tego halucynacje bądź urojenia, pozostanie tajemnicą już na zawsze, ponieważ nie pozostawił po sobie żadnego listu pożegnalnego.

Uśmiech i dowcip komedianta może kosztować stacje telewizyjne i widzów wiele pieniędzy, ale bywa, że dużo większą cenę za niego płaci on sam. Ceną tą jest wysiłek, jaki musi włożyć w zduszenie łez i napięcie tych kilku mięśni twarzy, na których mógłby udźwignąć swój smutek.

***

Zdjęcia pochodzą ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.