Archiwa miesięczne: Luty 2017

Dojrzała Rzeczywistość

”Na czyj koszt żyją ludzie w cudzych wspomnieniach?” – Stanisław Jerzy Lec.

Dojrzała Rzeczywistość (1)Byliśmy młodzi. Mieliśmy po szesnaście, siedemnaście lat. Głowy pełne marzeń, serca pełne buntu, i głód życia nieporównywalny z żadną inną siłą. Na spędzenie każdej jednej chwili mieliśmy milion pomysłów, z których jeden lepszy od drugiego. Że będziemy się trzymali razem zawsze, że nic nie zatrze łączącej nas przyjaźni i wrażeń, które przyszło nam dzielić, byliśmy tak pewni, jak tego, że jutro też jest dzień. Bo nic nie łączy bardziej, niż wspólne młodzieńcze zachłyśnięcie się życiem, którego smak dopiero poznawaliśmy.

A był to smak ciepłej wódki pitej z plastykowego kubka w miejskim parku, zimą, przy butelce postawionej na koszu na śmieci, w powietrzu wibrującym od żarliwie wygłaszanych toastów i rozmów o dziewczynach, które nam się podobają. Smak słonego potu spływającego nam po czołach na usta w trakcie wagarowania w dni tak słoneczne, że stworzone właśnie dla takich wypadów, a nie dla przebywania w półmroku sal lekcyjnych. Wspólnych obiadów na stołówce – karpia w migdałach, kurczaka, kotleta schabowego z kapustą. A czasami i najtańszego wina pitego w krzakach, ale i ono teraz, po dekadzie od tamtego czasu, wydaje mi się ambrozją, napojem Bogów. Bo nie ważne, co się pije, ważne, z kim, i jaki toast się wznosi, oraz wiara, z jaką się to czyni.

Byliśmy młodzi, o tak. Obłędnie i zarazem genialnie młodzi. Ale to nas nie przerażało. Mieliśmy śmiałość śnić swoje sny na jawie, opowiadać sobie o nich. NaszaDojrzała Rzeczywistość (2) fascynacja labiryntem życia brała górę nad jego największymi pułapkami, zawiłościami, ślepymi uliczkami, dzięki czemu przeprawa przezeń była zabawą – chociaż była to zabawa w dorosłość, której nastaniem w końcu się zakończyła. Szliśmy ramię w ramię po drodze, która była celem samym w sobie. Dokądkolwiek i kiedykolwiek poszlibyśmy razem, zawsze znajdowaliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, właśnie dlatego, że mieliśmy obok siebie. Byliśmy akuratni w sensie niemal metafizycznym.

Gdy kładliśmy się spać do łóżek w szkolnym internacie, chociaż zmęczeni, nie mogliśmy zasnąć z nadmiaru wrażeń i niemożności doczekania się następnego dnia. Okalający budynek ogród tchnął nocną ciszą, ciszą niemal grobową, niby prosząc nas o ożywczy gwar rozmów. Chcieliśmy wrócić na ławki, które ledwie ostygły od ciepła naszych pośladków, do wonności kwiatów z wolna rozwiewającej się w chłodnej ciemności nocy i pomarańczowym świetle sodowych lamp.

Ale te dni minęły. Nasze drogi rozeszły się, rozwijaliśmy się w niezależności od siebie, dorośliśmy. Raz na kilka lat, na haju tęsknoty, odszukuję tych, z którymi łączą Dojrzała Rzeczywistość (3)mnie kolorowe reminiscencje młodości; nie znajduję w nich jednak ani tego wspólnego mianownika w postaci pieszczotliwej nostalgii za dawnymi czasami, ani ludzi, których niegdyś tak pokochałem. Są to podobne fizjonomie, te same imiona i nazwiska (chociaż nie zawsze, bo kilka dawnych przyjaciółek zmieniło już stan cywilny), ale to już nie te same osoby. Rozmowa na temat teraźniejszości nie klei się, a przeszłość nie zdaje się być dla nich tak ważna, jak dla mnie, przestała wywierać na nich wpływ. Ponownie zawieszam więc kontakt, i pozwalam im pozostać w moich wspomnieniach takimi, jakimi zapamiętałem ich z tamtych czasów – z szacunku dla przeszłości, siebie, i dla nich samych. I nie mam do nich pretensji, bo tak samo jak oni, ja również się zmieniłem. Na samego siebie sprzed lat patrzę w znacznej części jak na bliską mi, ale odrębną osobę, co jest swego rodzaju przywilejem mojego wieku.

Nie ma już również wielu miejsc, z którymi łączy mnie sentyment; miejsc magnesujących mnie do siebie w melancholijnych snach, do odwiedzenia których przez wiele lat nie mogłem się zdobyć na odwagę, i które teraz przepadły dla mnie na zawsze. Teren szkolnego ogrodu został w znacznej części sprzedany pod budowę bloków mieszkalnych, zaś sam budynek szkoły i internatu został poddany gruntownej renowacji, unowocześnieniu, i stracił swój staroświecki, romantyczny urok.

I chociaż dla moich dawnych znajomych zwierzenie to byłoby zapewne kwintesencją naiwnej tęsknoty za wyidealizowaną młodością, ja jestem pewien, że rzeczywistość dojrzewa we wspomnieniach do przeżywania jej.

Reklamy

Oszczędzanie w Śwince Skarbonce

Każdy z nas zna ten moment, kiedy rozpoczynają się wakacje, i serce rwie się ku urlopowemu wyjazdowi, ale portfel złośliwie świeci pustkami. Na taką chwilę warto się zawczasu przygotować, sprawiając sobie… skarbonkę.

Wierzcie lub nie, ale w powiedzeniu, że ”od ziarnka do ziarnka uzbiera się miarka”, tkwi znacznie więcej niż ziarnko prawdy. Sumienne i długotrwałe odkładanie drobnych zawsze zaowocuje jakąś konkretną sumką – nawet jeśli nie wystarczającą na wakacyjny wyjazd, to z pewnością przyjemną kwotą startową, do której być może uda się coś dołożyć. Kiedy zacząć oszczędzać na wakacje? Najlepiej natychmiast po zakończeniu poprzednich. Jeśli jednak nie zrobiłeś tego wtedy – zacznij teraz. Wciąż masz przed sobą kilka miesięcy.Oszczędzanie w Śwince Skarbonce (1)Na rynku dostępna jest cała masa różnorodnych skarbonek: metalowe puszki, porcelanowe świnki, słoiczki, drewniane szkatułki, oraz wiele innych – każdy ciułacz znajdzie więc wyrób odpowiadający jego potrzebom i poczuciu estetyki. Wybierając skarbonkę należy zwrócić jednak koniecznie uwagę na to, żeby nie miała otworku do wyjmowania pieniędzy, który umożliwiałby nam okradanie samych siebie (nie łudźcie się, że dacie radę się przed tym powstrzymać). Jeśli myślicie poważnie o oszczędzaniu – nawet tak stosunkowo niewielkim – musicie być konsekwentni.

A teraz kilka słów o systemie oszczędzania. Najpopularniejszą i najefektywniejszą metodą jest umieszczanie w skarbonce wszystkich monet jednego konkretnego nominału, jakie tylko wpadną nam w ręce. W zależności od naszych finansowych możliwości i planów wakacyjnych, wrzucajmy więc do zbiorniczka na przykład same monety pięciozłotowe, dwuzłotowe, złotowe, pięćdziesięciogroszowe. Inną efektywną opcją jest ”karmienie” świnki samym groszowym bilonem – 50 gr, 20 gr, 10 gr, 5 gr, 2 gr, 1 gr. W ten ostatni sposób osoba samodzielnie gospodarująca może przez rok zbierania uciułać około 250 złotych, co wprawdzie fortuną nie jest, ale stanowi kwotę, do której dołożywszy kilka stówek można pozwolić sobie na fajny wyjazd.Oszczędzanie w Śwince Skarbonce (2)Chwili otwarcia skarbonki zawsze towarzyszy pełna ekscytacji ciekawość co do uzbieranej sumy, i smutek związany z koniecznością uszkodzenia czegoś, co tak wiernie nam służyło, ale co na zagładę było skazane od samego początku. Szczególnie przykre jest rozbijanie młotkiem poczciwej porcelanowej świnki skarbonki. Nawet widok monet błyszczących pośród fajansowej stłuczki nie jest w stanie całkowicie zrekompensować strat moralnych wynikłych z konieczności dokonania świniobicia.

Moniaki trzeba oczywiście wymienić na grubsze pieniądze. W Internecie można tanio nabyć papierowe tubusy (gilzy) do bilonu, w które będziemy mogli wygodnie zapakować go, formując dropsy zawierające po 50 monet. Monety o nominałach 50, 20, i 10 groszy (oraz wyższych) są chętnie przyjmowane w sklepach; z ”żółciakami” będziemy zmuszeni pofatygować się raczej do banku.Oszczędzanie w Śwince Skarbonce (3)Na koniec mała ciekawostka: czy wiecie, dlaczego tradycyjna skarbonka jest świnką? Kryje się za tym dość zabawna historia. Dawniej, przed nastaniem ery banków, ludzie przechowywali swoje oszczędności w domach, najczęściej w glinianych słojach. Jeden z gatunków gliny z których je wyrabiano nosił nazwę pygg. Słowo to i jego wymowa ewoluowały na przestrzeni dziejów, zyskując w końcu podobieństwo brzmieniowe do słowa piggy (świnka). Z czasem ktoś pozwolił sobie na kreatywny figiel w postaci wyrobienia skarbonki o kształcie świnki z gliny. Dodam, że taka forma wydaje mi się idealna również z uwagi na fakt, że rolnicy zajmowali się tuczeniem trzody chlewnej i sprzedawaniem jej z zyskiem.

Brian Greene – ”Ukryta Rzeczywistość. W Poszukiwaniu Wszechświatów Równoległych”

Brian Greene - ''Ukryta Rzeczywistość''Jeszcze w roku 1923 ludzkość myślała (i miała ku temu wszelkie powody) że cały kosmos ogranicza się do galaktyki, w której żyjemy. Dopiero obserwacje astronomiczne Edwina Hubble’a dowiodły, że Drogę Mleczną otacza nie bezgraniczna pustka i nieprzenikniony mrok, a całe miriady galaktyk, zaś wszechświat nie jest statyczny i odwieczny, a rozszerza się i miał swój początek. Odkrycie to i jego implikacje wywróciło do góry nogami nasze pojmowanie świata i siebie samych w nim – okazało się bowiem, że żyjemy otoczeni 350 miliardami dużych galaktyk (i bilionami mniejszych), które łącznie zawierają do nawet 300 tryliardów gwiazd. Brzmi niesamowicie? A co powiecie na to, że istnieją naukowe przesłanki wskazujące na to, że rzeczywistość w jakiej żyjemy jest jedną z nieskończenie wielu? Ten fascynujący temat omawia fizyk teoretyczny Brian Green w swojej książce ”Ukryta Rzeczywistość. W Poszukiwaniu Wszechświatów Równoległych”.

Co zdumiewa jeszcze bardziej, autor w poszczególnych rozdziałach omawia nie jeden, a kilka typów teoretycznie mogących istnieć wszechświatów równoległych. Od wszechświatów powstające spontanicznie w próżni oraz wewnątrz innych (wieczna inflacja), przez rzeczywistość rozgałęziającą się w każdej chwili na inne, w których realizują się jednocześnie wszystkie możliwości zdarzeń (wieloświatowa interpretacja mechaniki kwantowej), aż po wieloświat ostateczny. Każda z tych teorii zakłada istnienie nieskończoności oraz wieczności, a zatem implikuje wniosek, że wszystko to, co fizycznie może się wydarzyć – z uwzględnieniem najdrobniejszych możliwych detali, których nawet nie potrafimy sobie wyobrazić – zdarzało się od zawsze i zawsze będzie się zdarzać. A Green opisuje jeszcze więcej rodzajów alternatywnych rzeczywistości – jak chociażby wszechświat symulowany czy wieloświat krajobrazu.

Podczas czytania nieustannie spotykać się będziemy z terminami tak egzotycznymi, jak stała kosmologiczna, inflacja, grawitacja odpychająca, osobliwość, zasada nieoznaczoności, czy ciemna materia i ciemna energia. Autor wielokrotnie odwołuje się jednak do prostych metafor, które upraszczają te skomplikowane zagadnienia, czyniąc je zdecydowanie bardziej zrozumiałymi dla przeciętnego czytelnika obdarzonego umysłem ścisłym. Dodatkowym ułatwieniem są grafiki obrazujące to, z czego wyobrażeniem sobie można mieć problem. Dla czytelników bardziej dociekliwych autor przygotował liczne przypisy oraz listę dodatkowych lektur, które z pewnością zaspokoją ich ciekawość. Humaniści, mimo wszystko – i mówię to na własnym przykładzie – mogą mieć ogromny problem ze zrozumieniem treści książki.

Warto zaznaczyć, że w książce nie znajdziemy żadnych twardych dowodów na istnienie jakiegokolwiek typu wszechświatów równoległych. Chociaż bowiem nauka poważnie sugeruje ich istnienie, nie potwierdza go bezpośrednio, a szanse na to, że kiedyś do takiego potwierdzenia dojdzie, stoją według samego autora pod znakiem zapytania. Mimo to warto oddać się z Green’em fascynującym rozważaniom teoretycznym, oraz zapoznać się ze sposobem, w jaki działają siły natury, oraz masą niewiadomych. Książka dotyka zagadnień bardzo abstrakcyjnych, ale tylko analiza ich może tchnąć w nas świadomość tego, jak piękny w swej złożoności i tajemniczości jest wszechświat.

”Ukryta Rzeczywistość” stanowi bardzo wyczerpujące książkowe omówienie tego, czym mogą być tajemnicze, niedostępne dla nas realności, oraz dlaczego niektóre najtęższe umysły świata nauki uważają ich istnienie za bardzo prawdopodobne. Jednocześnie lektura pobudza do finezyjnych refleksji odnośnie istoty samego życia, i naszego – ludzi – miejsca we wszechświecie, a może nawet w Wieloświecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Ernest Hemingway – ”49 Opowiadań”

Ernest Hemingway - ''49 Opowiadań''Muszę przyznać – i wiem, że jestem wyjątkiem – że mam szczególne względy dla krótkiej formy prozatorskiej, jaką są opowiadania. Uwielbiam dobre powieści – również te określane ze względu na objętość mianem cegieł, a nawet monumentalne cykle powieściowe – ale z wyjątkowym upodobaniem rzucam się w króciutkie (choć nie zawsze niezobowiązujące – bynajmniej!) literackie romanse. Nie ukrywam, że na lekturę kompletnego zbioru opowiadań Hemingwaya – pisarza, którego dotychczas nie znałem, ale o którym słyszałem wiele dobrego – rzuciłem się z nadzieją przeżycia nielichej przygody.

Znaczną część książki – aż 70 stron – zajmują trzy opowiadania, które autor napisał jako ostatnie, ale które zostały zamieszczone w zbiorze jako pierwsze. Myślę, że są to najlepsze utwory w tomie, i że najgodniej reprezentują walory, które nadawał swojej prozie pisarz, kiedy akurat był w formie. Chwytliwe pomysły, intrygujące (często enigmatyczne) dialogi, porywające wątki przygodowe, a wreszcie – pochwała dla męstwa witalności i żądzy wrażeń, które biją niemal z każdego akapitu. W tym, co piszę Hemingway, kiedy pisze na poziomie, czuć silny charakter oraz życie, z którego czerpał inspiracje. Warto zaznaczyć, że chociaż te trzy utwory początkowo nie budzą większych nadziei, potrafią nieźle zaskoczyć.

Niemal wszystkie pozostałe opowiadania są naprawdę skromne objętościowo – w większości zajmują zaledwie po kilka stron, a zdarzają się wśród nich nawet dwu- i trzy stronicowe. Taka ich długość nie byłaby dla mnie wadą, gdyby były to utwory dobre; w większości są niestety zwyczajnie przeciętne bądź po prostu słabe. Niektóre z nich to historie ciekawe same w sobie, ale pozbawione morału bądź pointy; inne są najzwyczajniej w świecie nużące, a wiele z nich obfituje w – o zgrozo! – jałowe dialogi rodem z telewizyjnych oper mydlanych. Niektóre z opowiadań zdają się wręcz tak słabe, że sprawiają wrażenie popełnionych tylko dla rozruszania stawu nadgarstka przed napisaniem czegoś naprawdę porywającego.

Trafiają się w tym literackim mule oczywiście również perełki, jak chociażby męskie ”Pięćdziesiąt Kawałków” opowiadające o losach boksera u schyłku kariery, przyjemnie oniryczne ”Gdy Będziemy Zasypiali”, dwuczęściowa ”Rzeka Dwóch Serc” emanująca nastrojem przygody i obfitująca w malownicze opisy przyrody, poetyckie ”Jasne, Dobrze Oświetlone Miejsce”, makabryczna i groteskowa ”Historia Naturalna Umarłych”. Nawet one pozostawiają jednak po sobie niewiele więcej poza niedosytem.

Bardzo specyficzny jest język którym operuje Hemingway. W przypadku najlepszych opowiadań widać, że autor szanuje i waży każde słowo, że przyświeca mu cel opowiedzenia historii możliwie najdokładniej przy użyciu jak najmniejszej liczby wyrazów, a nawet, że wychodzi z założenia, iż lepiej powiedzieć kilka słów za mało, niż choćby jedno za dużo. Język w nich określiłbym mianem oszczędnego i rzeczowego. Nadal nie jest wymagający – czytając tę prozę prawie na pewno nie natkniecie się na żadne słowo, którego znaczenia byście nie znali – ale nie jest również w żadnym wypadku prostacki. Niestety, w wielu opowiadaniach rzuca się w oczy coś, co określiłbym jako werbalną rozrzutność – skłonność do lekkomyślnego szastania słowem.

Hemingway jako autor opowiadań spisuje się przeciętnie. Spodziewałem się więcej po tak utalentowanym reporterze (bardzo dobry wybór artykułów jego pióra pt. ”Sygnowano: Ernest Hemingway”), oraz laureacie literackiej nagrody Nobla. O swoim czytelniczym romansie z wieloma z opowiadań w tomie zapomniałem już po odłożeniu go na półkę; o wielu innych zapewne zapomnę z czasem, ale do kilku z nich bardzo chętnie będę wracał pamięcią. Mimo wszystko, warto zapoznać się ze zbiorem – można nie lubić tego podobno najbardziej amerykańskiego spośród wszystkich pisarzy, ale nie znać go – z pewnością nie wypada.

Ocena: 5/10 (przeciętna).

***

Okładka: Państwowy Instytut Wydawniczy.

Paulo Coelho – ”Być Jak Płynąca Rzeka. Myśli i Impresje 1998-2005.”

Paulo Coelho - ''Być Jak Płynąca Rzeka''Paulo Coelho to jeden z nielicznych pisarzy, o których słyszałem mnóstwo, ale których żadnej książki nie przeczytałem od deski do deski. Owszem, co i raz w Internecie natykałem się na jakiś cytat z jego twórczości (przeważnie żenujący), zdarzyło mi się z ciekawością przeczytać recenzję jego książki nie znając jej, i rzucić okiem na artykuł poświęcony jego osobie oraz dokonaniom, ale… Mimo wszystko z Coelho było mi dotychczas jakoś nie po drodze. W końcu postanowiłem przełamać się i znaleźć czas również na literackie spotkanie z jego osobą. Tak przeczytałem ”Być Jak Płynąca Rzeka” – książkę, z którą miałem niewielką styczność przed dekadą.

Książka stanowi zbiór krótkich esejów oraz fragmentów luźnej prozy, którą Coelho opublikował w przeciągu siedmiu lat w rozmaitych czasopismach oraz Internecie. Tekstów jest kilkadziesiąt, i wszystkie dotyczą praktycznych zagadnień życia duchowego i codziennego. Znajdziemy wiec eseje na temat wiary, sensu życia, samorealizacji, znaczenia nieuchronności śmierci, poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, ale też dotyczące kwestii bardziej prozaicznych, na przykład tego, jak podróżować po obcym mieście, żeby doświadczyć jego uroku możliwie najmocniej.

Nie ukrywam, że w żadnej mierze nie podzielam religijnego światopoglądu Paulo Coelho, i stąd w jego duchowych wycieczkach siłą rzeczy jestem mu w stanie towarzyszyć tylko częściowo. Myślę jednak również, iż może mieć z tym problem wielu ludzi wierzących, ponieważ pisarz wykazuje denerwującą tendencję do interpretacji zdarzeń w sposób zadziwiająco naciągany i infantylny, zupełnie nie przystający dorosłemu człowiekowi. Z uwagi właśnie na ogromną skłonność do myślenia magicznego sam Coelho szybko zyskał w moich oczach miano najłagodniejszego wariata pod słońcem, i z takim też wrażeniem skończyłem książkę.

Co by nie mówić, Coelho jest człowiekiem o usposobieniu refleksyjnym i swego rodzaju myślicielem. Jakaś byle bagatela potrafi natchnąć go do interesującego przemyślenia, ale też potrafi podczas snucia refleksji popaść w banał obrażający inteligencję czytelnika. Nie raz i nie dwa natrafiałem na zdanie, które było niczym splunięcie mi w umysł. Nawet pomimo tego, że Coelho czasami chcąc nauczać – ogłupia, sądzę, iż ogólnie książka ta inspiruje do myślenia, wyrabia w czytelniku refleksyjne usposobienie, co jest jej dużą zaletą.

Poszczególne teksty zawierają jednak nie tylko przemyślenia samego autora, ale również wiele aforystycznych anegdotek przekazywanych z pokolenia na pokolenie w rozmaitych kulturach. Fragmenty te – w przeciwieństwie do przemyśleń samego Coelho – rzeczywiście zawierają wiele ponadczasowej mądrości i stanowią w moim odczuciu najlepszą część książki. Jako że jednak nie są jego własnym wytworem, nie stanowią oczywiście o jego własnym kunszcie literackim.

Wydaje mi się, że już na podstawie tej książki można zrozumieć fenomen Coelho – filozofia życiowa którą proponuje stanowi w przeważającej części duchowy ekwiwalent hamburgera – nie wymaga wyrafinowanego wyczucia smaku i jest bardzo łatwa do przełknięcia. To taka popowa filozofia dla znudzonych mas szukających rozrywki w duchowości, oraz nie wyrobionych jeszcze literacko młodych ludzi, którzy poszukują życiowych drogowskazów.

”Być Jak Płynąca Rzeka” to książka i naiwna i mądra, i żenująca i błyskotliwa, i śmieciowa i wartościowa. Niektóre spostrzeżenia autora podczas czytania skwitowałem mimowolnie pobłażliwym uśmiechem zażenowania, ale jest i wiele takich, które skrzętnie zagarnąłem do skarbca pamięci, wiedząc, że mogą mi się przysłużyć w przyszłości. Mimo wszystkich jej wad czytałem ją z  zaciekawieniem (chociaż, nie ukrywam, również zaciekawieniem tego, jaki też jeszcze banał palnie autor).

Ocena: 5/10 (przeciętna).

***

Okładka: Świat Książki.

Bo w Życiu Chodzi o Pizzę

No dobrze. Nie zawsze. Ale głodny człowiek, to zły człowiek, źli ludzie – to problemy, a pizza, jako jedno z najciekawszych dań świata (w iluż smakowitych wariantach można ją przyrządzić!), łagodzi obyczaje jak znalazł. Jako że nie jest daniem wymagającym, jej domowa wersja jest o połowę tańsza od tej zamawianej w pizzeriach, a przy odrobinie starań może być równie smaczna, warto nauczyć się przyrządzania jej samodzielnie. Jest idealna na posiłek w gronie przyjaciół!Bo w Życiu Chodzi o Pizzę (1)Zanim przejdę do właściwego przepisu, muszę nadmienić, że najważniejszym składnikiem, jakiego potrzebujemy do przyrządzenia wyśmienitej pizzy, jest odpowiedni ser. Nie każdy ser dobrze znosi obróbkę termiczną w piekarniku – wiele z nich zamiast topić się, zamienia się w twardą i nieapetyczną skorupę bądź przypala. Niektóre pizzerie (i, oczywiście, domowi amatorzy pizzy) stosują rozmaite mieszanki serów, ale zdecydowany prym wiedzie mozzarella, której jako jedynej bez wyjątku używam także ja sam. W dyskontach znajdziemy mozzarellę w rozmaitej postaci – od kuleczek w zalewie, przez bloczki, aż po gotowe starte wiórki. Osobiście polecam ten drugi wariant – świeżo starty ser smakuje i pachnie najlepiej, podczas gdy kuleczki przed użyciem trzeba dobrze odsączyć. Jeśli nie mamy dostępu do odpowiedniego sera – w ogóle odpuszczamy pichcenie pizzy, bo za nic w świecie nie wyjdzie tak dobra, jak wyjść powinna.

Przepis na ciasto jest banalnie prosty. Oto składniki na jedną średniej wielkości pizzę na cienkim cieście. Sporządzamy najpierw zaczyn z letniej wody (150-200 ml), drożdży (25 gram), łyżki mąki i szczypty cukru, a potem odstawiamy go, i dajemy mu kilkanaście (10-15) minut na sfermentowanie. Następnie, odmierzamy 400 gram mąki pszennej, i wsypujemy ją do miski, po czym podlewając gotowym zaczynem ręcznie wyrabiamy ciasto. Gotowa masa nie powinna być ani zbyt klejąca, ani zbyt twarda – jeśli wystąpi taka potrzeba, podczas ugniatania dolewamy do niej nieco letniej wody lub dosypujemy mąki. Gdy osiągnie oczekiwaną konsystencję, należy umieścić ją w misce, przykryć ściereczką, i odstawić do wyrośnięcia na około 20 minut.

Żeby nie tracić czasu, można przyrządzić teraz sos do smarowania placka. Zawodowi kucharze gotowi będą mnie zlinczować, ale sam robię go z koncentratu pomidorowego z dodatkiem oliwy i suszonej bazylii. Jest to bardzo szybka wersja, a na dodatek – gęsta i smaczna. Wypada mi się również przyznać, że sam przyrządzam czasami pizzę bez dodatku żadnego sosu, i bardzo mi smakuje.Bo w Życiu Chodzi o Pizzę (2)

Wyrośnięte ciasto kładziemy na oprószonym mąką, równym podłożu, i rozwałkowujemy wałkiem. Co kilka przeciągnięć posypujemy placek mąką, odwracamy, i znów wałkujemy. Powtarzamy proces do momentu, kiedy placek osiągnie grubość pomiędzy 5 mm a 10 mm – nie więcej! Dzięki temu ciasto na pewno zdąży urosnąć zanim ser na nim zacznie się przypalać.

Placek ląduje na naoliwionej blasze – teraz należy podwinąć jego krawędzie, posmarować sosem, oraz posypać serem (należy zadbać, żeby ciasto było posypane równą warstwą po same brzegi). Teraz włączamy piekarnik na piętnaście minut, żeby się rozgrzał, na temperaturę 180 stopni Celsjusza, i już możemy przystąpić do mojej ulubionej części kucharzenia – doboru składników.

Co można dodać do pizzy? Mięsożercy z pewnością zadowolą się plastrami szynki, salami, kiełbasy, czy boczku; wegetarianie – oliwkami (używam zielnych oliwek w saszetkach z osoloną wodą), pieczarkami, papryką, pokrojoną w piórka cebulą (polecam czerwoną odmianę z uwagi na jej atrakcyjny wygląd). Zachęcam do inspirowania się kompozycjami dostępnymi w menu pizzerii, jak  i eksperymentowania na własną rękę.

Warto przytoczyć kilka przydatnych wskazówek odnośnie obchodzenia się ze składnikami. Ponieważ bardzo kurczą się na wskutek działania wysokiej temperatury, należy swobodnie wypełnić nimi całą powierzchnię placka (podkreślam: całą!). Ułożonych składników nie oprószamy już serem. Nie tylko nie ma takiej potrzeby (ślicznie wtopią się w warstwę sera pod nimi), ale jest to nawet niewskazane, gdyż drobne wiórki łatwo mogą się przypalić i zepsuć smak dania. Pieczarki kroimy na cienkie plasterki, i kładziemy na placek surowe, nie przesmażając ich wcześniej na patelni. Nie dodajemy ich jednak w bardzo dużej ilości – podczas pieczenia wytracają wodę, i na powierzchni placka może wtedy dojść wtedy do niewielkiego, ale nieapetycznego potopu. Jeśli dodajecie do pizzy paprykę, ale zamiast chrupiącej i pół surowej wolicie miękką i dobrze wypieczoną, wstawcie ją do piekarnika na czas, kiedy będzie się rozgrzewał – z pewnością zmięknie. Jeśli jak ja korzystacie z oliwek w słonej zalewie, po pokrojeniu ich na plasterki odsączcie je z nadmiaru zalewy dociskając je do talerza za pomocą papierowego ręcznika – w przeciwnym razie mogą okazać się zbyt słone.

Skomponowany placek wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza na około piętnaście minut (bardzo pożądany jest termo obieg lub, jeszcze lepiej, funkcja ”pizza”). Po upływie dziesięciu minut należy raz na 3 minuty wysuwać blachę, i widelcem sprawdzać konsystencję sera – powinien rozpuścić się i ciągnąć. Powstające na powierzchni ”bąbelkowe” wybrzuszenia sera w żadnym wypadku nie powinny nas martwić – opadną same. Należy zwracać uwagę tylko i wyłącznie na to, żeby nie doszło do przypalenia go. Drobne brązowe plamki powstające na serze w odległości do 3-4 centymetrów od brzegu placka są akceptowalne, i stanowią sygnał, że należy zakończyć pieczenie. Nie należy przejmować się tym, że ciasto nie będzie zbytnio zarumienione – mi zawsze wychodzi blade, ale przepyszne i miękkie!

Po wyjęciu pizzy z piekarnika kroimy ją na osiem trójkątnych kawałków, i natychmiast jemy, a raczej – pałaszujemy! Nie muszę chyba dodawać, że nieodzownym elementem takiego posiłku jest dobrze schłodzony gazowany napój?

Na koniec pozostaje jeszcze słynna Kwestia Wczorajszej Pizzy – jak podgrzać ją, żeby była możliwie najbardziej apetyczna? Odpowiedź jest prosta: piekarnik. 15 minut w temperaturze 180 stopni powinno wystarczyć do prawidłowego roztopienia się sera. Odgrzana nazajutrz pizza nigdy nie jest tak fantastyczna, jak poprzedniego dnia – przeze wszystkim staje się twardsza – ale wciąż jest smaczna.

Rozwijajcie w sobie pasję gotowania, i niech pizza będzie z Wami!