Archiwa tagu: horror

H. P. Lovecraft – ”W Górach Szaleństwa i Inne Opowieści”

H. P. Lovecraft - ''W Górach Szaleństwa i Inne opowieści''Moje pierwsze spotkanie z twórczością Lovecrafta nie należało do najprzyjemniejszych. Przeczytawszy krótki zbiór jego opowiadań stwierdziłem, że to monotonna i toporna proza przesycona niezamierzonym komizmem. Dopiero gdy zaznajomiłem się z biografią ojca kosmicznego horroru pióra S. T. Joshiego (H. P. Lovecraft. Biografia) postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, i zakupiłem opasłe tomiszcze pt. W górach szaleństwa i inne opowieści.

W tomie zebrano 17 historii cieszących się największym uznaniem wśród miłośników prozy Lovecrafta. Są to jednocześnie utwory reprezentatywne jeśli chodzi o motywy które pisarz podejmował najczęściej, oraz najdłuższe w jego dorobku – dwie powieści oraz nowele i co obszerniejsze opowiadania. W sumie 750 stron w dużym formacie – a więc czytania jest co nie miara.

Najważniejszym motywem twórczości Samotnika z Providence jest konfrontacja człowieka z Nieznanym – z czymś, co przekracza swą obcością jego człowieczeństwo i wymyka się jego pojmowaniu. Świat z prozy Lovecrafta to świat prastarych cywilizacji, przybyłych z kosmosu krwiożerczych bóstw, zakazanych ksiąg i rytuałów (istoty te, ich historia oraz kulty tworzą system powszechnie określany jako Mitologia Cthulu), diabolicznych eksperymentów, mrożących krew w żyłach tajemnic oraz spraw, których dla dobra własnego i reszty ludzkości lepiej nie zgłębiać. Bohaterowie – inteligentni, żądni wiedzy i władzy ludzie – folgują jednak swej ciekawości, swemu pragnieniu poznania – i przypłacają to szaleństwem, wykluczającym ich z życia świata i skazującym na udrękę niezrozumienia i samotności. Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła – mogłaby powiedzieć większość z nich.

Tłem filozoficznym prozy Lovecrafta jest znikomość i nieistotność naszego (ludzkiego) istnienia wobec bezmiaru wszechrzeczy. W porównaniu z potworami z kosmosu człowiek jest tylko nudną i miałką formą istnienia, która swe przeżycie zawdzięcza wyłącznie temu, że jest zbyt nijaka, by siły wyższe zaprzątały sobie nią głowę. Lovecraft stwierdza także istnienie poziomu wiedzy nieprzekraczalnego dla człowieka z uwagi na kruchość jego psychiki. Nawet jeśli jego intelekt jest w stanie poradzić sobie z przyswojeniem złowieszczych informacji, emocjonalność nie jest w stanie ich udźwignąć.

Ale horror to nie tylko strach ufundowany na solidnym fundamencie filozofii – to również budząca odrazę i szok (oraz mroczną fascynację) makabra. Lovecraft jest jej mistrzem – czego najlepszy dowód czytelnik znajdzie między innymi w końcowych partiach Szepczącego w ciemności, Czegoś na progu oraz (przede wszystkim) groteskowym opowiadaniu Herbert West – Reanimator. Ostatni z wymienionych utworów to kwintesencja tego, za co pokochałem horror jeszcze jako dziecko: mamy tutaj zakazane eksperymenty, potwory, szaleństwo, obficie (zbyt obicie, by brać ją do końca na serio) lejącą się krew, rozkosznie przerysowaną diaboliczną postać, buzujące napięcie, a wszystko to doprawione szczyptą wzbudzającego uśmiech absurdu.

Poszczególne fabuły są bardzo pomysłowe. Wybierzemy się w naukową ekspedycję do niegościnnej i pełnej mrocznych tajemnic Antarktydy (W górach szaleństwa), odwiedzimy pradawną, widmową metropolię pogrzebaną żywcem przez pustynię (Zapomniane miasto), będziemy towarzyszyć dwójce studentów medycyny w pracy nad ożywaniem zwłok (Herbert West – Reanimator), zgłębimy mroczną pojemność przeszłości (Przypadek Charlesa Dextera Warda), odwiedzimy oszołomionych mrokiem artystycznych geniuszy (Muzyka Ericha Zanna, Model Pickmana), poznamy skutki pojawienia się na Ziemi materii z innego wymiaru (Kolor z przestworzy), zamieszkamy wśród kosmicznej cywilizacji (Cień spoza czasu) i wiele, wiele więcej.

Lovecraft pisze językiem kwiecistym, eleganckim, precyzyjnym i plastycznym. Opowieści obfitują w szczegółowe i poetyckie opisy mrocznych i tajemniczych miejsc – prastarych lasów, posępnej miejskiej architektury, odludnych osad i pojedynczych, stojących na uboczu domostw. Niestety, jedna z najbardziej rozpoznawalnych cech jego stylu jest zarazem jego największą wadą – mowa tu o nadużywaniu przymiotników. Pewnych określenia pisarz stosuje wręcz maniakalnie – są to takie wyrazy, jak na przykład: bluźnierczy, przerażający, prastary, itd. O ile początkowo takie przymiotnikowe słowotoki rzeczywiście zagęszczają klimat, o tyle potem zaczynają nużyć. Nadużywanie słów o dużej sile wyrazu początkowo osłabia ich moc, a potem – wręcz ośmiesza, w rezultacie czego to, co miało (i mogło) być straszne, staje się groteskowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu). Poza ”przymiotnikozą” drażni także przesada w opisywaniu mroczności pewnych fenomenów – nieustanne podkreślanie, że są poza wszelkim wyobrażeniem, że nie mieszczą się w głowie, itd. Te niefortunne elementy – te skazy na diamentowym stylu – są prawdopodobnie naleciałościami po lekturze pulpowych magazynów, w których pisarz zaczytywał się z wielką, masochistyczną przyjemnością.

Tłumaczenia tekstów zawarte w tomie są dość starej daty, i z tego, co wiem, znawcy tematu zarzucają im niezgrabność, wybierając raczej nowsze translacje autorstwa Macieja Płazy (dwa tomy wydawnictwa Vesper: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści oraz Przyszła na Sarnath zagłada). Nie miałem okazji porównywać ich między sobą (ani zestawiać ich z anglojęzycznymi oryginałami), ale osobiście czytało mi się je naprawdę dobrze (choć czasami raził mnie w oczy nieodpowiedni, burzący melodię tekstu szyk słów). Skoro jesteśmy przy sprawach technicznych, należy pochwalić wydawcę za wspaniałe wydanie (w tym twardą, świetnie ilustrowaną okładkę) i zganić go za brak posłowia, które mniej zorientowanym w życiu i twórczości Lovecrafta pozwoliłoby na lepsze odnalezienie się w jej zawiłych meandrach. Szkoda również, że w książce zabrakło ilustracji – tego typu proza aż prosi się o wzbogacenie jej nastrojowymi grafikami.

W żadnym wypadku nie jest to literatura, którą da się czytać podczas podróży pociągiem albo na szkolnym korytarzu, dla czystej rozrywki lub zabicia czasu (zresztą rozmiar tomu skutecznie i słusznie do tego zniechęca). Wymaga skupienia, i niejakiego przygotowania – obeznania z literaturą wyższych lotów. Przeciętnemu czytelnikowi beletrystyki delektowania się prozą Lovecrafta z pewnością nie ułatwi też fakt, że całkowicie brak w niej dialogów. Postaci czasami wypowiadają się, ale zawsze są to pozbawione odzewu monologi.

Nie będzie ani cienia przesady, jeśli powiem, że prozę Lovecrafta czytałem z dziecięcą wręcz fascynacją – fascynacją, z jaką w czasach dzieciństwa oglądałem filmy grozy, podczas najstraszniejszych scen chowając się pod kołdrę. Znów dane było mi poczuć odrazę mieszającą się z ciekawością, fascynację bezmiarem tajemnic, oraz niepokój. To horror najczystszej próby. Ze świecą szukać drugiej tak mrocznej prozy w czarnych jak smoła otchłaniach kosmosu.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Zysk i S-ka.

Reklamy

VII

Wszystko, co ma jakiekolwiek zabarwienie polityczne, staram się omijać szerokim łukiem – chyba, że dotyczy to kwestii eutanazji, aborcji, in vitro, i kary śmierci, których jestem gorącym zwolennikiem. Wtedy przeczytam kilka artykułów, obejrzę jakąś debatę w telewizji, odchrząknę i zabiorę głos. Ale to ostateczność. Bo to nie na moje nerwy, ta cała polityka. Gdy zaczynam myśleć o tym, co się w niej dzieje, zaraz tracę głowę, trafia mnie szlag i przestaję być merytoryczny. Emocje biorą górę, ot co. Nie osiągnąłem jeszcze dojrzałości pozwalającej mi na babranie się w tych kwestiach, i wydaje mi się, że nie osiągnę jej nigdy. Niech zajmują się tym ci, którzy mają nerwy ze stali i łeb jak sklep.

Ale, powiedzmy sobie wprost – wpadliśmy jak śliwka w kompot. Naród sprzedał się PiS-owi za 500+, i będzie obstawał przy nim z obawy, że zwycięstwo innej partii pozbawi go tego świadczenia. Dopiero jeśli program pogrzebie sam PiS, ludzie odwrócą się od niego plecami i oddadzą swój głos na kogoś innego. Dopóki dopóty będziemy mieli 500+, będą nami rządzili spece od mieszania religii z polityką. Taka jest smutna prawda.

Niedawno odbyły się wybory samorządowe. Nie poszedłem. Raz, że byłem chory, a dwa… Chciałbym zauważyć, demokracja jest pod pewnymi względami bardzo zabawna. Bo – nie mając najmniejszego rozeznania w polityce – mogę oddać swój głos w wyborach, i będzie liczył się tak samo, jak głos samego prezydenta. Między innymi dlatego nie chodzę do urn – bo nie chcę uwłaczać swoją czynną niewiedzą obywatelom lepiej ode mnie zorientowanym w całym tym bałaganie.

Poza tym, gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi przeświadczenie, że każdy polityk – to szuja, a nawet jeśli jeszcze nią nie jest, to stanie się nią po dopchaniu do koryta – i wyjdzie na jedno, bo władza deprawuje; że nasza wolność, wolność przeciętnych Kowalskich i Nowaków, szarych obywateli, polega tylko na tym, że wolno wybrać nam tego, kto teraz będzie nas okradał. Na dodatek w ogóle nie mam poczucia, że to oni służą nam, a nie my – im; ba – ze zdumieniem odkryłem, że całe życie myślałem inaczej! Może gniecie mnie własna maluczkość i to tylko kretyńskie uprzedzenie… a może nie. Na wszelki wypadek wolę trzymać od polityki ręce z daleka.

A ręce, moje ręce – sam nie wiem, gdzie je włożyć. Bo życie jest takie krótkie, a możliwości spożytkowania swojego czasu jest tak wiele! Ogromny dyskomfort odczuwam chociażby na samą myśl o wszystkich tych książkach, których nigdy nie przeczytam, bo zamiast nich – wybiorę inne. Stwierdzenie, że życie to sztuka wyboru jest pustym frazesem kiedy ma się lat 20, ale już dekadę później staje się idealnym mottem życiowym.VII (1)Słoneczne dni mamy za sobą – za kilka dni nadejdzie ponury listopad. Świszczący za oknem wiatr i lejący jak z cebra deszcz sprzyjają siedzeniu w domu, i… sięgnięciu po książkowy horror. Ja sam postanowiłem przeprosić się z H. P. Lovecraftem, z którego twórczością zderzyłem się jakieś 3 lata temu (był to krótki zbiorek opowiadań), i muszę przyznać, nie było to spotkanie najmilsze – jego proza okazała się dla mnie nazbyt ciężka, toporna i dziwna (niektórzy czytelnicy zrzucają to na karb starych tłumaczeń). Jakiś czas później skusiłem się jednak na monumentalną biografię pisarza napisaną przez S. T. Joshiego, która poszerzyła moje zrozumienie jego twórczości i zaostrzyła mi na niego apetyt. Nosiłem się z nim wprawdzie dość długo – ale oto stanęły na mojej półce dwa opasłe tomiszcza wydawnictwa Zysk i S-ka: W górach szaleństwa i inne opowieści oraz Bestia w jaskini i inne opowiadania – w sumie prawie 1500 stron, obejmujących, z tego, co się orientuję, prawie wszystkie utwory prozą Samotnika z Providence.

Lovecraft to postać o niezwykłej osobowości i życiorysie. Przez całe życie trzymał się z dala od pracy fizycznej, zarabiając przysłowiowe grosze na poprawianiu prac innych pisarzy oraz sporadycznym publikowaniu swoich opowiadań w magazynach grozy. Choć przez wielu nazywany jest królem horroru, prozę traktował nieco po macoszemu – czego najlepszym dowodem jest jego aktywność korespondencyjna. Badacze jego życiorysu i twórczości szacują, że w ciągu swojego życia napisał około 87 tysięcy listów. Ostało się z nich tylko 20 tysięcy, z których 930 ukazało się za granicą w formie książkowej w pięciu tomach edycji wydawnictwa Arkham House (pod tytułem Selected Letters I-V). Poza tym pisarz pozostawił po sobie mnóstwo wierszy oraz esejów. Warto dodać, że za życia Lovecrafta jego opowieści nie ukazały się drukiem zwartym, i że gdyby nie wysiłki popularyzatorskie jego przyjaciela Augusta Derletha (założyciela wspomnianego wcześniej Arkham House) być może nikt nie pamiętałby dzisiaj o ojcu kosmicznego horroru. Świadomość tego, jak łatwo jest przepaść dla świata bez wieści, jest straszniejsza od wszystkich opowiadań grozy na świecie. Kto wie, ilu takich Lovecraftów, Grabińskich i poetów wyklętych pochłonęły mroki historii? Ile ton wspaniałej, bezcennej literatury przepadło na zawsze, bo jej twórcom zabrakło odrobiny szczęścia lub pomocnej dłoni?

A propos grozy – za kilka dni czeka nas Halloween. Rodzimi faceci w czarnych spódnicach tępią je jak tylko mogą, nie rozumiejąc, że przebieranie się w makabryczne kreacje i bieganie po domach z hasłem cukierek albo psikus nie ma nic wspólnego z celebrowaniem pogańskiego święta – że to tylko zabawa. Chłopaki najwyraźniej nie potrafią się wyluzować. W sumie nic dziwnego, zważywszy na to, że ostatnio pali im się pod sutannami (czyżby trzymali tam dziewczynki z zapałkami?).

Mieszkam w małej miejscowości, do której Halloween jeszcze (niestety) nie dotarło. Nie znaczy to, że nie obchodzę tej nocki – choć robię to raczej skromnie: oglądam nowy odcinek The Simpsons z serii Treehouse of Horror (specjalny halloweenowy show), czytam poezję Edgara Allana Poe (poemat Ullalume jest nieodłączną częścią tej nocy), i kładę się spać. Oczywiście, tym razem Poego zastąpię Lovecraftem. O wrażeniach z lektury poinformuję w stosownym czasie w recenzjach.

Ale w następnym roku – kiedy już zamieszkam ze swoją dziewczyną – zrobimy sobie porządne Halloween. Kupimy, wydrążymy, i rozświetlimy dynie; przyozdobimy domek sztucznymi pajęczynami; założymy maski rozmaitych szkaradztw; kupimy jakieś makabryczne rekwizyty – odrąbane palce, wydłubane oczy, wyrwane języki i powybijane zęby, a potem usiądziemy przed telewizorem z kratą zimnego piwa oraz dwiema gorącymi pizzami w rozmiarze XXL, i łykniemy trzy horrory jeden po drugim. Pierwszy będzie straszny i pozwalający na wczucie się (ghost story), drugi tak krwawy jak to tylko możliwe (gore; możliwe, że jakiś slasher, chociaż ja gustuję przede wszystkim w zombie movies), a trzeci… TV Trwam.

Stephen King – ”Buick 8”

Stephen King - ''Buick 8''Stephen King ma w swoim bogatym dorobku literackim kilka powieści świetnych, ale z jakiegoś powodu niezbyt znanych; książek pozostających w cieniu klasyków, po które czytelnicy sięgają zazwyczaj dopiero po ich (nieraz dwukrotnym) przeczytaniu. Jednym z takich utworów jest właśnie Buick 8. Niewiele brakowało, żebym i ja sam zignorował tę powieść – znam aż nazbyt dobrze Kingowski pociąg do autoplagiatu, toteż kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę książki, pomyślałem sobie: Kolejna po Christine wariacja na temat samochodu-zabójcy. Na szczęście byłem w wielkim błędzie.

Curtis Wilcox, policjant, ginie na służbie w wypadku samochodowym. Jego syn Ned, chcąc załagodzić bolesną tęsknotę, zatrudnia się w miejscu, gdzie ów pracował – w jednostce D. Zmarły policjant wciąż żyje w pamięci swoich współpracowników; jego syn syci się ich reminiscencjami i atmosferą miejsca, w którym pełnił swoje obowiązki, stopniowo samemu stając się jego częścią. Kiedy policjanci uznają Neda za jednego ze swoich, postanawiają wtajemniczyć go w historię tytułowego Buicka 8 – tajemniczego auta od wielu lat stojącego w jednym z baraków.

Akcja rozwija się powoli, ton powieści jest wybitnie gawędziarski, tętni wręcz życiem. Nic dziwnego – jest to przecież jakby opowieść w opowieści. Poszczególne postaci (narracja płynnie przechodzi z jednej na drugą) nie bez sentymentu i emocji wspominają wydarzenia związane z tytułowym autem i towarzyszące im okoliczności. Czytając czułem się tak, jakbym naprawdę siedział z grupką policjantów, przysłuchując się ich dyskusji i czekając, aż będę mógł wtrącić swoje pytania. A tych ciągle miałem mnóstwo.

Zagadka Buicka od samego początku budzi silną ciekawość czytelnika. Samochód okazuje się czymś w rodzaju portalu do innej rzeczywistości – bramy, przez którą (poprzez jego bagażnik) do znanego nam świata przedostają się dziwaczne stworzenia i przedmioty. Każdy z tych żywych i martwych artefaktów przekazuje czytelnikowi strzępek informacji o tym, jak wygląda świat po drugiej stronie, dostarczając przy okazji paliwa jego rozbuchanej wyobraźni. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i mnożą się pytania: Skąd auto wzięło się na Ziemi? Kim są jego konstruktorzy? Do jakiej rzeczywistości prowadzi, i co czeka ludzi, którzy zdecydowali się ją zwiedzić? Co istnienie samochodu mówi o rzeczywistości w ogóle? Nie wszystkie z tych pytań doczekają się odpowiedzi, co mnie osobiście bardzo satysfakcjonuje.

Powieść opowiada również o tym, jak człowiek uczy się żyć z czymś, dla czego nie znajduje żadnego racjonalnego wyjaśnienia; że to, czego logika siłą rzeczy się nie ima, zostaje zepchnięte na drugi plan, na margines spraw zrozumiałych i prozaicznych. Bo i cóż można uczynić z murem, który pojawia się ni stąd, ni zowąd pewnego dnia, i trwa sobie a muzom, niewzruszenie urągając całej naszej z takim trudem zdobytej wiedzy o świecie? Przeciętnemu człowiekowi łatwiej i bezpieczniej jest obejść go, niż dokonać na potrzeby jego istnienia rewizji całego swojego światopoglądu. Jest to niezwykły wykład z ludzkiej natury, której King jest wytrawnym znawcą.

Niestety, w Buick 8 zabrakło naprawdę niepokojących epizodów, które idealnie przystawałyby do całokształtu powieści. Motywy obiektów przybywających z innego świata są wprawdzie nieco upiorne, ale wnoszą przede wszystkim ładunek tajemnicy i makabry. Buick 8 nazwać można raczej książką fantastyczną niż horrorem.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Straszne Filmy

Już od czasów dzieciństwa rozbudzałem się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc. Matka również kładła się spać dosyć późno; zarwaliśmy wiele nocy oglądając razem telewizję. Ona lubiła dreszczowce i dramaty, ja zaś lubowałem się w horrorach. Często wymuszałem na niej dziecięcymi grymasami przełączenie odbiornika na upatrzony wcześniej w programie film grozy. Oglądałem je niemal nałogowo, choć podczas strasznych scen czasami chowałem się pod kołdrę.

Return of The Living Dead 3Od 8 do bodajże 11 roku życia prowadziłem – mniej lub bardziej regularnie – zeszyt, do którego wklejałem wycinki z gazet dotyczące horrorów. Były to głównie ramki składające się z ilustracji i opisu fabuły publikowane w tygodniku Tele Tydzień. Spisywałem w nim również wszystkie znane mi horrory i odhaczałem ptaszkiem te, które już obejrzałem. Czasami przynosiłem go do szkoły, i pokazywałem kolegom, którzy również uwielbiali straszne filmy. Na przerwach opowiadaliśmy sobie o najlepszych, jakie widzieliśmy, relacjonowaliśmy sceny, podawaliśmy tytuły, których koniecznie należy wypatrywać. Szkoda, że gdy trochę podrosłem, spaliłem ów zeszyt z masą innych swoich papierów.

Moi rodzice byli w tym czasie w separacji. Ojciec przyjeżdżał do nas w odwiedziny raz w tygodniu, w weekend, i prawie zawsze przywoził z wypożyczalni kaset VHS jakiś film. Pamiętam, jak kiedyś prosiłem go przez cały dzień, by wypożyczył bardzo głośny wtedy Krzyk, ale za nic w świecie nie chciał tego zrobić. Odpowiadał mi, że jest tak straszny, że kilkadziesiąt osób oglądając go dostało zawału serca i nie chce, by mnie spotkało to samo – co oczywiście potęgowało tylko moje pragnienie obejrzenia go! Teraz wiem, że ojciec robił to specjalnie, wtedy nie miałem o tym najmniejszego pojęcia.

Nie wiem, dlaczego, ale filmowe horrory o wampirach zawsze zanudzały mnie na śmierćCandyman (mam tak po dziś dzień), więc po pewnym czasie zacząłem omijać je wszystkie szerokim łukiem. Niespecjalnie kręciły mnie także slashery (to akurat z czasem uległo zmianie), uwielbiałem za to zombie movies – i to do tego stopnia, że nie przepuściłem żadnego z nich. Najbardziej podobały mi się wszystkie części Powrotu żywych trupów oraz Świt żywych trupów. Obrazy umarlaków otępiale snujących się w poszukiwaniu ludzkiego mięsa fascynowały mnie do tego stopnia, że pragnąłem, by zombie apokalipsa nastąpiła naprawdę. Być może wizja ta wydawała mi się tak atrakcyjna, bo po prostu chciałem móc postrzelać bezkarnie do jakichś stworzeń?

Poza zombie przerażały mnie również Kleszcze (pierwszy horror jaki w ogóle obejrzałem; miałem go na kasecie VHS), Laleczka Chucky oraz nawiedzone domy (przede wszystkim Amityville). Zdecydowanie najstraszniejszą postacią z horroru był jednak dla mnie w tym czasie (i jest teraz) Candyman. Potężny czarnoskóry mężczyzna z hakiem zamiast dłoni, który zjawiał się ni stąd, ni z owąd, by wybebeszać nim ludzi, przerażał mnie wręcz do szpiku kości. Przez jakiś czas po obejrzeniu tego niesamowicie ciężkiego filmu byłem całkowicie pewien, że jeśli stanę przed lustrem o północy i pięciokrotnie wypowiem słowo Candyman, upiór pojawi się, by dokonać na mnie masakry. Mimo to pewnej nocy odważyłem się to uczynić – kilka następnych przypłaciłem bezsennością i strachem.

Z wielką frajdą oglądałem także serial Opowieści z krypty. W każdym odcinku przedstawiane były dwie makabryczne historie. W poszczególne opowieści wprowadzał widza zzieleniały truposz obdarzony osobliwym poczuciem humoru. Serial ten, co ciekawe, oglądała ze mną czasami moja matka, która horrory uważała z reguły uważała za głupoty.

Child's PlaySen z powiek spędzał mi również serial fantastyczny z elementami grozy pt. Po tamtej stronie (Outer Limits) emitowany późną nocą na TVP1. Każdy odcinek opowiadał inną historię, zawsze prowadząc widza do samych granic wyobraźni. Charakterystycznym i niezmiennym elementem serialu był lektor otwierający i zamykający swym przemówieniem odcinki, oraz niezwykłe wprowadzenie. Do dziś czuję się niesamowicie, kiedy przypominam sobie głos mówiący: Twój telewizor działa prawidłowo. Nie próbuj go regulować. Teraz my sterujemy transmisją. Kontrolujemy obraz w poziomie, i w pionie. Możemy cię zarzucić tysiącem kanałów, albo doprowadzić jeden obraz do kryształowej przejrzystości.

Jako dorosły człowiek obejrzałem całą masę horrorów, ale nigdy nie bawiłem się podczas seansów tak dobrze, jak w dzieciństwie. Wyrosłem już bowiem z całej masy lęków, utraciłem wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, i zaznajomiłem się ze schematami, które obowiązują w znacznej części filmów grozy. Powiedziałbym więc, że tego rodzaju filmy dla dorosłych są tak naprawdę dla… dzieci.

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.