Archiwa tagu: horror

Straszne Filmy

Już od czasów dzieciństwa rozbudzałem się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc. Matka również kładła się spać dosyć późno; zarwaliśmy wiele nocy oglądając razem telewizję. Ona lubiła dreszczowce i dramaty, ja zaś lubowałem się w horrorach. Często wymuszałem na niej dziecięcymi grymasami przełączenie odbiornika na upatrzony wcześniej w programie film grozy. Oglądałem je niemal nałogowo, choć podczas strasznych scen czasami chowałem się pod kołdrę.

Return of The Living Dead 3Od 8 do bodajże 11 roku życia prowadziłem – mniej lub bardziej regularnie – zeszyt, do którego wklejałem wycinki z gazet dotyczące horrorów. Były to głównie ramki składające się z ilustracji i opisu fabuły publikowane w tygodniku Tele Tydzień. Spisywałem w nim również wszystkie znane mi horrory i odhaczałem ptaszkiem te, które już obejrzałem. Czasami przynosiłem go do szkoły, i pokazywałem kolegom, którzy również uwielbiali straszne filmy. Na przerwach opowiadaliśmy sobie o najlepszych, jakie widzieliśmy, relacjonowaliśmy sceny, podawaliśmy tytuły, których koniecznie należy wypatrywać. Szkoda, że gdy trochę podrosłem, spaliłem ów zeszyt z masą innych swoich papierów.

Moi rodzice byli w tym czasie w separacji. Ojciec przyjeżdżał do nas w odwiedziny raz w tygodniu, w weekend, i prawie zawsze przywoził z wypożyczalni kaset VHS jakiś film. Pamiętam, jak kiedyś prosiłem go przez cały dzień, by wypożyczył bardzo głośny wtedy Krzyk, ale za nic w świecie nie chciał tego zrobić. Odpowiadał mi, że jest tak straszny, że kilkadziesiąt osób oglądając go dostało zawału serca i nie chce, by mnie spotkało to samo – co oczywiście potęgowało tylko moje pragnienie obejrzenia go! Teraz wiem, że ojciec robił to specjalnie, wtedy nie miałem o tym najmniejszego pojęcia.

Nie wiem, dlaczego, ale filmowe horrory o wampirach zawsze zanudzały mnie na śmierćCandyman (mam tak po dziś dzień), więc po pewnym czasie zacząłem omijać je wszystkie szerokim łukiem. Niespecjalnie kręciły mnie także slashery (to akurat z czasem uległo zmianie), uwielbiałem za to zombie movies – i to do tego stopnia, że nie przepuściłem żadnego z nich. Najbardziej podobały mi się wszystkie części Powrotu żywych trupów oraz Świt żywych trupów. Obrazy umarlaków otępiale snujących się w poszukiwaniu ludzkiego mięsa fascynowały mnie do tego stopnia, że pragnąłem, by zombie apokalipsa nastąpiła naprawdę. Być może wizja ta wydawała mi się tak atrakcyjna, bo po prostu chciałem móc postrzelać bezkarnie do jakichś stworzeń?

Poza zombie przerażały mnie również Kleszcze (pierwszy horror jaki w ogóle obejrzałem; miałem go na kasecie VHS), Laleczka Chucky oraz nawiedzone domy (przede wszystkim Amityville). Zdecydowanie najstraszniejszą postacią z horroru był jednak dla mnie w tym czasie (i jest teraz) Candyman. Potężny czarnoskóry mężczyzna z hakiem zamiast dłoni, który zjawiał się ni stąd, ni z owąd, by wybebeszać nim ludzi, przerażał mnie wręcz do szpiku kości. Przez jakiś czas po obejrzeniu tego niesamowicie ciężkiego filmu byłem całkowicie pewien, że jeśli stanę przed lustrem o północy i pięciokrotnie wypowiem słowo Candyman, upiór pojawi się, by dokonać na mnie masakry. Mimo to pewnej nocy odważyłem się to uczynić – kilka następnych przypłaciłem bezsennością i strachem.

Z wielką frajdą oglądałem także serial Opowieści z krypty. W każdym odcinku przedstawiane były dwie makabryczne historie. W poszczególne opowieści wprowadzał widza zzieleniały truposz obdarzony osobliwym poczuciem humoru. Serial ten, co ciekawe, oglądała ze mną czasami moja matka, która horrory uważała z reguły uważała za głupoty.

Child's PlaySen z powiek spędzał mi również serial fantastyczny z elementami grozy pt. Po tamtej stronie (Outer Limits) emitowany późną nocą na TVP1. Każdy odcinek opowiadał inną historię, zawsze prowadząc widza do samych granic wyobraźni. Charakterystycznym i niezmiennym elementem serialu był lektor otwierający i zamykający swym przemówieniem odcinki, oraz niezwykłe wprowadzenie. Do dziś czuję się niesamowicie, kiedy przypominam sobie głos mówiący: Twój telewizor działa prawidłowo. Nie próbuj go regulować. Teraz my sterujemy transmisją. Kontrolujemy obraz w poziomie, i w pionie. Możemy cię zarzucić tysiącem kanałów, albo doprowadzić jeden obraz do kryształowej przejrzystości.

Jako dorosły człowiek obejrzałem całą masę horrorów, ale nigdy nie bawiłem się podczas seansów tak dobrze, jak w dzieciństwie. Wyrosłem już bowiem z całej masy lęków, utraciłem wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, i zaznajomiłem się ze schematami, które obowiązują w znacznej części filmów grozy. Powiedziałbym więc, że tego rodzaju filmy dla dorosłych są tak naprawdę dla… dzieci.

Reklamy

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.

Stephen King – ”Bastion”

Stephen King - ''Bastion''Z tajnego laboratorium wydostaje się na świat wirus super grypy, który media nazwą Kapitanem Tripsem. Choroba nim wywołana niemal z dnia na dzień zabija 99 procent ludzkości. Ci, którym wrodzona odporność genetyczna pozwoliła na przeżycie, zaczynają doświadczać niezwykłych snów. Nieznane, potężne siły oferują im możliwość opowiedzenia się po jednej z dwóch przeciwstawnych stron odradzającego się świata i wskazują kierunek, w którym powinni podążać.

Jak można się tego spodziewać po rozmiarach książki (1160 stron), przedstawia losy całej masy postaci i jest wielowątkowa. Zaczyna się od rozdziałów których bohaterami są pojedyncze osoby bądź ich pary, które z czasem łączą się w większe grupy, a w końcu – społeczności. Śledzenie, jak świat podnosi się małymi krokami z gruzów, z grobu właściwie, i organizuje się na nowo, jest fascynujące. Mimo wszystko, King nie do końca podołał powziętemu rozmachowi, monumentalność powieści trochę go przygniotła. Kilka wątków, które rozwijały się przez dłuższy czas i wydawały się istotne dla fabuły, zostało zakończone w sposób krzywdząco banalny. A tym, co zawiodło zupełnie, jest zakończenie historii – poza tym, że tak gigantyczna powieść najzwyczajniej w świecie zasługuje na bardziej wyrafinowane rozwiązanie, jest ono zupełnie nieprawdopodobne. Nie sposób wyrazić słowami niesmaku, który po sobie pozostawiło. W swoim czytelniczym życiu nie zetknąłem się dotychczas z czymś tak fatalnym.

Zupełnie nie przypadł mi do gustu pomysł splecenia losów dwóch bardzo specyficznych postaci – głuchoniemego Nicka oraz opóźnionego w rozwoju Jamesa. Rozdziały, na których ci dwaj usiłowali porozumieć się ze sobą, wlekły się niemiłosiernie, zaś ich perypetie komunikacyjne były dla mnie bardzo uciążliwe. Nie polubiłem zresztą żadnej z pozytywnych postaci w tej historii – od samego początku irytowały mnie i wprost nie mogłem doczekać się, aż przydarzy im się coś złego (choć w żadnym wypadku nie mogę odmówić im psychologicznej głębi, doceniam również klasę, z jaką King przedstawił ich wewnętrzne przemiany). Moją sympatię wzbudziły za to czarne charaktery – zakompleksiony i toczony zazdrością Harold, schizofrenik-piroman Śmieciarz, oraz zuchwały Dzieciak.

Najmocniejszym punktem ”Bastionu” jest oczywiście apokaliptyczny klimat. Przedstawienie świata, który z dnia na dzień, z tętniącego życiem przeistoczył się w przytłaczającą wyludnieniem i ciszą nekropolię, jest niezwykle sugestywne. Ukazana wszechobecność śmierci, bezużyteczność pieniądza, ogólnodostępność i darmowość wszelkich dóbr materialnych, a także ludzka samotność i dążenie do odbudowy cywilizacji przekłada się na obraz unikatowy w świecie literatury popularnej.

”Bastion” nie jest rasowym horrorem. Poza motywami grozy posiada również liczne wątki sensacyjne, romantyczne, fantastyczne, a nawet obyczajowe. Przyznam, że w moim odczuciu powieść obyłaby się znakomicie bez motywów paranormalnych, a nawet, że na lepsze wyszłoby jej, gdyby była ich pozbawiona całkiem. Ludzka natura posiada strony mroczniejsze niż wszystko, co jest w stanie wyśnić ludzka wyobraźnia – a w sytuacjach kryzysowych strony te ujawniają się najmocniej. Postać Harolda jest na to dowodem najlepszym, gdyż przeraża dużo bardziej niż diaboliczny Randall Flagg.

Przez wielu fanów Stephena Kinga ”Bastion” uchodzi za jego najlepszą powieść. Ośmielę się z tym nie zgodzić. Z pewnością jest to jeden z jego najbardziej charakterystycznych utworów, i nie sposób przejść wobec niego obojętnie. Posiada wiele dużych wad, ale i wiele ogromnych zalet. Kończąc lekturę powieści, zostałem sam na sam z myślami o morderczych wirusach hodowanych w tajnych laboratoriach, i rozbudzoną straszliwą świadomością tego, jak krucha jest nasza cywilizacja i jak niewiele potrzeba, by obrócić ją w proch. A także tego, czy ludzkość potrafiłaby skorzystać z danej jej drugiej szansy, oraz czy rzeczywiście trzeba jej totalnej zagłady, by przywrócić do życia zagubione w materialnej wygodzie wartości.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Albatros.

Stephen King – ”Cmętarz Zwieżąt”

Stephen King - ''Cmętarz Zwieżąt''Lekarz Louis Creed przeprowadza się wraz z żoną Rachel i dwójką dzieci (córką Ellie i synkiem Gagem) do domu stojącego na uboczu w miasteczku Ludlow. Mężczyzna zaprzyjaźnia się ze swoim najbliższym sąsiadem, rześkim staruszkiem Judem mieszkającym ze schorowaną żoną Normą. Kiedy na ruchliwej drodze obok ich domostwa ginie ukochany kot małej Ellie, Church, Jud wtajemnicza Louisa w istnienie indiańskiego cmentarza, w którym pochowane ciała powracają do życia. Mężczyzna grzebie tam pupila, co daje początek serii strasznych wydarzeń.

”Cmętarz Zwieżąt” jest powieścią przesyconą śmiercią. Stale czuć jej cichą i cierpliwą obecność, jej nieuchronność i (za sprawą kota Churcha) jej odór. Poszczególne postaci ścierają się z jej fenomenem nieustannie i radzą sobie z nim (bądź nie radzą) na rozmaite sposoby. Louis jako lekarz początkowo podchodzi do niej w sposób naukowy, uważając ją za kres indywidualnego postrzegania i coś zupełnie naturalnego, ale też nie poświęcając jej więcej czasu, niż to konieczne. Rachel, obarczona traumą po śmierci swojej starszej siostry Zeldy, wypiera ze swej świadomości jej istnienie, i unika tego tematu jak ognia. Mała Ellie na wieść o konieczności przemijania buntuje się wobec hipotetycznego Stwórcy, a stary Jud jest z nią niemal pogodzony. Z obserwacji ich losów można wysnuć wniosek, że choć pogląd na śmierć nie jest w stanie definitywnie odroczyć jej nadejścia, ma kluczowy wpływ na jakość samego życia.

Wielkie wrażenie wywiera na czytelniku opowieść Rachel o Zeldzie, jej powolnej i bolesnej agonii, oraz tym, jak cierpienie i umieranie przeistoczyło ją w istotę dokuczliwą, nienawistną i zazdroszczącą rodzinie życia w zdrowiu – a jej najbliższych zmieniło w ludzi już za życia spychających ją ze swej świadomości w odmęty niepamięci niczym w otchłań grobowca. Historia ta, choć krótka, mocno przemawia do wyobraźni i silnie oddziałuje na psychikę.

Najniezwyklejszym jednak motywem jest tytułowy cmętarz zwieżąt (błąd w pisowni jest celowy, odpowiada napisowi na tabliczce wejściowej do niego) – miejsce, w którym dzieci grzebią swoje martwe zwierzątka, a więc zarazem grunt, na którym po raz pierwszy w życiu spotykają się ze śmiercią. Opowieść Juda o tym, jak pielęgnują je, robią krzyże, słowem: ujmują w kolorowe ramki najgorszy koszmar ludzkości częściowo przynajmniej niwelując jego grozę (lub stwarzając wygodne złudzenie jej niwelacji), budzi smutną refleksję: wszystko, co człowiek jest w stanie zrobić w obliczu śmierci bliskiej sobie istoty, to udekorować miejsce jej spoczynku, przyozdobić je, by odwrócić swoją uwagę od faktu, że tuż pod bukietem kolorowych, woniejących kwiatów tkwi gnijące, jedzone przez robaki ciało.

Istotny w powieści jest wątek szaleństwa, któremu ulega pogrążony w żałobie główny bohater. Osobista tragedia zaburza jego dotychczas racjonalny i chłodny umysł, i stopniowo przeistacza go w istotę zdolną uczynić wszystko dla najmniejszej choćby szansy odzyskania bliskiej osoby. Jest to więc również opowieść o potędze i bezsilności miłości w obliczu najgorszego, a także o tym, jak miłość do jednego człowieka jest w stanie uczynić z kochającej go osoby potwora wobec innych.

Ale nie tylko filozoficzne i psychologiczne niepokoje mącą spokój czytelnika powieści – jest w niej również sporo soczystej makabry i starej, dobrej, nadnaturalnej grozy. King wziął na warsztat motyw zombie, wzbogacając go o złowieszczy pierwiastek duchowy. W moim odczuciu wyszło mu to świetnie. A motyw ponurego kota Churcha, który co i rusz przewija się na kartach powieści, niczym czteronożna klątwa, to istny majstersztyk.

Jak niemal zawsze, większą część powieści King poświęcił budowaniu realiów świata – tkaniu atmosfery, szkicowaniu osobowości głównych postaci oraz ich osobistych historii, opisom miejsc. Sztuka ta powiodła mu się świetnie – w chwili, gdy dochodzi do kulminacji napięcia oraz zagęszczenia akcji, ów fundament nie kruszeje pod ich ciężarem.

Powieść ma kilka wad, ale objawiają się one raczej nie przez to, co w niej nie wyszło, a przez to, czego w niej zabrakło: małomiasteczkowego klimatu, trochę większego rozmachu (uwikłania w akcję większej ilości postaci), większej ilości wątków pobocznych. Są to rzeczy, które osobiście bardzo cenię w powieściach Kinga.

”Cmętarz Zwieżąt” to jedna z najosobliwszych powieści w dorobku króla grozy. Jest niezwykle mroczna i wciągająca; na długo pozostawi w waszych ustach posmak wilgotnej ziemi. Nie wierzycie? Sami spróbujcie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Wojciech Gunia – ”Nie Ma Wędrowca”

Wojciech Gunia - ''Nie Ma Wędrowca''Młody mężczyzna zatrudnia się jako stróż nocny w położonym na uboczu tartaku zwanym Bazą. Szybko odkrywa, że miejsce to kryje w sobie intrygującą tajemnicę. Usiłuje ją rozwikłać; doskonałym punktem zaczepienia okazuje się osoba poprzedniego dozorcy, zmarłego kilka lat wcześniej Roszczuka, który wciąż żyje we wspomnieniach pracowników tartaku i swojego przyjaciela, miejscowego księdza.

Surowy klimaty odludzia trawionego przez srogą zimę zniewala już od pierwszych stron. Potem jest już tylko lepiej: w powieści roi się od malowniczych i nastrojowych opisów miejsc i pogody (śnieżyce i roztopy, mrozy). Niemal czuć ziąb ciągnący spomiędzy kartek jak od nieszczelnego okna zimą. Atmosferę zagęszcza dodatkowo odosobnienie głównego bohatera i jego dziwaczna anonimowość.

Bolączką debiutu Guni były niekiedy drętwe rozmowy bohaterów jego opowiadań. W ”Nie Ma Wędrowca” dialogów jest dużo, i wszystkie brzmią naturalnie. Naturalnie do bólu, można by powiedzieć, gdyż język prostych ludzi pracy okraszony jest tak typowym dla nich wulgarnym słownictwem. Rozmowy te uwiarygadniają realia Bazy w równym stopniu, co wspomniane wcześniej opisy przyrody.

Fabuła podszyta jest solidną warstwą filozoficzną. Pojawiają się w niej pytania (a także próby odpowiedzi) o sens cierpienia, istotę bytu i tożsamości, istnienie Boga, itd. Zagadnienia są więc równie ważkie, co ciężkie, a ich roztrząsania zajmują sporą część powieści, toteż osoby oczekujące od niej łatwej rozrywki mogą od razu odpuścić sobie lekturę. Przyczynkiem do wszystkich tych rozważań jest zło w wymiarze ekstremalnym – zbrodnia ludobójstwa, która wydarzyła się przed laty w miejscu akcji powieści.

Głównym bohater przez prawie całą powieść pozostaje dla czytelnika nieprzeniknioną tajemnicą. Nie wiadomo prawie nic o jego przeszłości, o motywach, z jakich obsiadł w tak niegościnnym miejscu. Wydaje się nieskalany wspomnieniami, czysty, jakby przed dniem w którym osiadł w Bazie nie wydarzyło się w jego życiu nic istotnego i wartego zapamiętania. Jego jałowość, z początku dziwna, z czasem staje się coraz bardziej podejrzana i niepokojąca: coraz bardziej jasne staje się, że samotność jest dla niego czyś w rodzaju znieczulenia dla duszy. Można zresztą odnieść wrażenie, że prawdziwym bohaterem powieści jest poprzedni dozorca Bazy – wielki nieobecny Roszczuk. Jego duch tkwi w centrum wszystkich istotnych wydarzeń, jest w nie wpisany, wryty jego cierpieniem. Czy na zawsze?

Groza w powieści jest wszechobecna. Począwszy od straszliwej historii Bazy i jej okolicy, poprzez niepokoje egzystencjalne, na zdarzeniach paranormalnych kończąc. Mimo to nie określałbym utworu mianem rasowego horroru; jego ciężar opiera się bowiem właśnie na przerażeniu człowieczeństwem i na demaskacji wstrząsającej absurdalności życia.

O ile w ”Powrocie” zdarzało się Guni przeładować pewne partie tekstu określeniami o mrocznym wydźwięku, o tyle powieść jest bardziej stonowana. Język, choć mniej radykalny, wciąż jest bardzo plastyczny, a co bardziej poetyckie fragmenty posiadają niezwykłą melodię i aż chce się czytać je na głos. Wydaje się, że to właśnie w ”Nie Ma Wędrowca” autor obrał idealny kierunek dla wyrażenia swoich myśli i uczuć – choć podejrzewam też, że w przyszłości może czytelnika jeszcze nielicho zaskoczyć.

”Nie Ma Wędrowca” to prawdziwa gratka dla refleksyjnie usposobionych sympatyków grozy i fanów głębokiej literatury w ogóle. Choć powieść jest krótka, to ciekawie skonstruowana, ze wszech miar dopracowana i zawiera w sobie ogrom treści. Nie ma w niej żadnych dłużyzn, pustego gawędziarstwa, zbędnych wątków pobocznych, itd. Nagroda Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za rok 2016, którą zdobyła, jest w pełni zasłużona. Prawdopodobnie nie znajdziecie lepszej książki do czytania w zimowe wieczory, spędzane w ciepłym łóżku, przy akompaniamencie świszczącego za oknem, niosącego biały puch wiatru.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: C&T.