Archiwa miesięczne: Maj 2017

Emocje Jak Na Grzybobraniu

Znam wiele osób, które chociaż przepadają za jedzeniem grzybów, to jednak nie lubią samego zbierania ich. Uważają chodzenie po lesie za wyczerpujące i nudne. ”Emocje, jak na grzybobraniu” – mawiają, chcąc obrazowo odmalować monotonię pewnych sytuacji. Że ludzie są różni – nie dziwi mnie. Dziwi mnie natomiast fakt, że ci, którzy za grzybobraniami nie przepadają, uknuli to powiedzenie przed zapalonymi grzybiarzami, nadając mu negatywny wydźwięk.

Grzybowy bakcyl jest u mnie tak silnie rozwinięty (przerośnięty?), że ledwie usłyszę, że ktoś w okolicy znalazł jadalny okaz grzyba, a już sam włóczę się po lesie. Te pierwsze wypady zwykle są bezowocne, a w dodatku okupione pobłażliwymi uśmiechami ze strony najbliższych, ale i tak powtarzam je w kilkudniowych odstępach aż do skutku. Czasami po prostu budzę się rankiem z myślą, że może grzyby urosły minionej nocy, i jeśli nie powlekę się z łóżka, ktoś zaraz zbierze je zamiast mnie. Obawa ta nie pozwala mi wyleżeć w łóżku; ubieram się, wypijam szklankę napoju, chwytam za wiaderko oraz nożyk, i ruszam w drogę.Emocje Jak na Grzybobraniu (2)Serce zamiera, kiedy idąc w swoje ulubione miejsca zadaję sobie pytanie, czy aby mnie ktoś nie uprzedził. Wyrzucam sobie, że mogłem wstać wcześniej, a wyobraźnia podsuwa obrazy urodzaju, który może ominął mnie przez lenistwo. Bywa, że ten czarny scenariusz rzeczywiście ziszcza się – że idąc tam, gdzie w sezonie zawsze znajduję grzyby, tym razem natrafiam tylko na ich zarobaczone ścinki.

A ile razy włóczyłem się po lesie 2 lub 3 godziny poszukując choćby trzech sztuk grzybów do uduszenia! Ile kilometrów zrobiłem, przez ile krzaków się przedarłem, ile potu przelałem, w ile pajęczyn chcąc nie chcąc się ubrałem! W wielkim upale, w deszczu, we mgle, w półmroku poranka! Ile razy zziajałem się przy tym tak, że ledwie kojarzyłem, która ręka jest lewa, a która prawa! Mimo wszystko, nie żałuję żadnego z wypadów, nawet tych kompletnie bezowocnych.

Radość wypełnia moje serce za każdym razem, gdy trafię na pojaw dziko rosnących grzybów. Kiedy, dajmy na to, wchodzę w brzozowy zagajnik, i dostrzegam w nim rodzinkę czerwoniaków – kilka dużych sztuk, kilka małych – i czuję dokładnie, że – jak mawia moja babka – siedzą tam i śmieją się do mnie barwami swych kapeluszy. Albo kiedy natrafiam na podgrzybki o kapeluszach wielkich i mięsistych, jak płaty wątroby wołowej. Albo na miniaturowe borowiki, wychylające się spod ściółki z figlarnością właściwą dzieciom, które nie chcąc wstać do szkoły, nakrywają się kołdrą po samą brodę. O, Panie i Panowie, siostry i bracia grzybiarze: na ich widok na chwilę zapominam się cały, jednoczę z absolutem natury. Zejście na ziemię odbywa się na dwa sposoby: albo schodzę na nią lekko jak puch dmuchawca na majowym wietrze (jeśli grzyby są zdrowe), albo spadam z hukiem (jeśli okazy zasiedlają wiadomi dzicy lokatorzy). Ale nie ma zmiłuj, trzeba iść dalej, grzyby wzywają; niemal słyszę, jak rosną, a poza tym, w duszy przygrywa cicha, ale wesoła nuta nadziei, że spotkam jakiś wyjątkowo rzadki rodzaj – na przykład niebieszczejącego po przecięciu piaskowca modrzaka.Emocje Jak na Grzybobraniu (1)W czasie, gdy jestem na grzybobraniu, zapominam o całym świecie. Świadomość, że poza lasem rozciąga się rzeczywistość, i toczy się w niej życie cywilizacji, jest dla mnie wtedy równie mglista, jak wspomnienie snu sprzed tygodnia. Wpływ na taki stan rzeczy ma nie tylko zaabsorbowanie szukaniem smakowitych kąsków, ale również las sam w sobie – spokój, którym tchnie, szeleszczący szum liści drzew, świergot ptaków, oraz powietrze przesycone zapachem żywicy. Wszystkie te bodźce zdają się oczyszczać umysł, oraz polerować myśli i uczucia.

Kiedy wracam do domu ze zbiorów, mijani po drodze ludzie zawsze zagadują mnie o urodzaj. Uwielbiam oznajmiać im radosną nowinę – że grzybów jest pełno, i nic, tylko brać koszyk i ruszać w drogę. Równie chętnie pokazuję im swe zbiory – chociaż na pytania o to, gdzie je znalazłem, odpowiadam zawsze wymijająco, z ustami rozciągniętymi w nieśmiałym uśmiechu: ”Tu i ówdzie”. Sam nigdy nie pytam grzybiarzy o ”ich miejsca” – przecież każdy z nich wie, że gdyby mi je zdradził, od jutra nie miałby co zbierać.

Bywa, że słysząc w lesie stukanie dzięcioła, zastanawiam się, czy to aby nie rodzina puka się w głowę, rozmawiając o mej leśnej włóczędze. Szkoda waszych czół i skroni, moi mili. Bo widzicie, jestem grzybnięty. Jedynym lekarstwem na to schorzenie są grzyby, ale przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia!

Na szczęście mam wyrozumiałą dziewczynę. Kiedy po udanej randce powiem jej, że zapewniła mi emocje jak na grzybobraniu, nie tylko nie obrazi się, ale i uśmiechnie. Stąd wiem, że to ta jedyna.

 

Reklamy

Maślakowy Raj

Każdy gatunek grzybów, poza specyficznym smakiem, posiada dla mnie także innego rodzaju, równie unikatowy walor: przesycony jest barwnymi wrażeniami z minionych zbiorów. Chociaż jest kilka rodzajów grzybów, które cenię w kuchni daleko bardziej od maślaka, to właśnie z nim związane są moje najlepsze wspomnienia z grzybobrań.

Kiedy miałem lat naście, wraz z bratem i dwójką najlepszych kumpli chodziliśmy na maślaki do pobliskiego sosnowego młodnika. Były tam połacie, gdzie niemal pod każdym z rosnących drzewek znaleźć można było okaz albo kilka. Wysyp bywał tak ogromny, że grzyby zbieraliśmy na klęczkach, i nie wstawaliśmy z nich nawet przez kilkanaście minut, bo zwyczajnie nie było takiej potrzeby. Patrzyliśmy na ziemię nie wierząc własnym oczom, bo gdzie sięgnąć wzrokiem, widzieliśmy grzyby. Śmialiśmy się przy tym, że trzeba będzie wrócić tu z kosą i osełką, bo porywać się z nożem na taki urodzaj, to jak iść z motyką na słońce. Jak wielką radość odczuwaliśmy odcinając maślaki ręka w rękę, z tą wspaniałą świadomością, że nie trzeba się spieszyć, i że starczy dla nas wszystkich, i jak radość ta umacniała łączącą nas więź!Maślakowy Raj (1)Ach, te ziarenka żółtego piasku, które przylepiały się do kolan!… Te źdźbła wyschniętej trawy łaskoczące łydki, i te palce pokryte wyschniętą, czarną mazią!… Śpiew ptaków, delikatne pieszczoty wiatru, i wrześniowe słońce!… I te powroty do domu przy akompaniamencie burczących z głodu brzuchów, i w zmęczeniu, które jednak nijak miało się do radości i dumy z udanych zbiorów! Od tamtego czasu byłem na masie świetnych grzybobrań (głównie samotnych), ale żadnych nie wspominam równie miło, jak tych z przyjaciółmi.

Dzisiaj młodnik z dawnych las rozrósł się, i dostęp do jego zasobów stał się mocno ograniczony. Można dobrać się do nich wyłącznie na czworaka; trzeba mieć przy tym cierpliwość do znoszenia smagających plecy iglastych gałęzi, oraz wszędobylskich pajęczyn. Mimo wszystko, tak jak w poprzednich latach, dla chcącego zbiór zawsze będzie obfity.

Przed obróbką kulinarną maślaka trzeba obedrzeć ze skórki. Jest to łatwe, kiedy zbiera się go suchą porą, ale trudne w okresy deszczowe, kiedy skórka jest pokryta śliskim, lepkim śluzem. Grzyby wymykają się przy tym z rąk niemal jak żywe ryby. Ponadto, poza zręcznością, przy przebieraniu maślaków nieodzowny jest dobry wzrok – są to bowiem grzyby bardzo podatne na zarobaczenie. Przez wiele lat przebieraniem maślaków zajmowały się u mnie matka i babka. Nie znosiły tego zajęcia, i kiedy wracałem do domu z udanymi ich zbiorami, były tyleż samo rade, co złe. Potem, gdy pogorszył im się wzrok, chcąc nie chcąc, sam przejąłem pałeczkę.

Ale ile uciechy daje zimą taki marynowany grzybek, jak wzbogaca smak zwyczajnej kanapki! Radość jest tym większa, kiedy popatrzy się na ceny przetworów z maślaka w sklepach, a te wahają się od 7 do 10 złotych za średniej objętości słoiczek.

Pozostałe po przebieraniu maślaków, niezdatne do spożycia resztki warto rozrzucić po ogródku, najlepiej w pobliżu drzewek sosnowych, jeśli posiadamy takowe. Istnieje szansa, że zarodniki rozsieją się, i doczekamy się własnej, przydomowej hodowli. Sam od niedawna posiadam takową – póki co rocznie wyrasta mi zaledwie kilka sztuk, ale i tak cieszą oko, serce, i – chociaż trochę – podniebienie!

 

Vladimir Nabokov – ”Lolita”

Vladimir Nabokov - ''Lolita''Nie należę do – jakże licznego – grona czytelników, którzy twierdzą, że nawet w literaturze obowiązują pewne tematy tabu. Wręcz przeciwnie – uważam, że literatura jako jedyna ma moc, a zatem i przywilej (a zaryzykowałbym nieraz nawet stwierdzeniem, że wręcz obowiązek) mówienia o wszystkim. Oczywiście tematy delikatne, lub wręcz uważane przez ogół społeczeństwa za zakazane, jeśli chcieć je poruszyć na łamach prozy, wymagają genialnego pióra; potraktowanie ich w sposób niedelikatny zakończyć może się – dla samej historii, dla czytelnika, i wreszcie dla autora – wielopoziomową katastrofą. Każda taka próba literacka jest więc tyleż odważna, co brawurowa. Tak niebywałą śmiałością wykazał się Vladimir Nabokov pisząc ”Lolitę”.

Powieść stanowi pamiętnik czterdziestoletniego mężczyzny ukrywającego się pod fikcyjnymi personaliami Humbert Humbert. Autor spisał go we więzieniu, oczekując na proces za uwiedzenie nieletniej i zabójstwo jej kochanka; pobieżnie odtworzył w nim swój życiorys, oraz szczegółowo nakreślił zdarzenia, które doprowadziły do jego uwięzienia. Jak dowiadujemy się z przedmowy autorstwa doktora filozofii Johna Raya, Humbert zmarł na atak serca nie stanąwszy przed obliczem Temidy, a pamiętnik, zgodnie z jego przedśmiertną wolą, trafił do druku już po śmierci uprowadzonej niegdyś przez niego Lolity.

Humbert jest pedofilem zafascynowanym dziewczynkami w wieku pokwitania – przede wszystkim tymi, które sprawiają na nim wrażenie przedwcześnie dojrzałych seksualnie, określanych przez niego mianem nimfetek. Mimo, iż dewiacja ta stanowi jego główny motor napędowy, nigdy nie pozwala sobie na zupełne pofolgowanie chuciom, i przez całe życie udaje mu się zachować je w sekrecie. Gdy zakończywszy nieudane, zawarte dla kamuflażu małżeństwo wyjeżdża z Francji do USA, zatrzymuje się w mieszkaniu wdowy imieniem Charlotta, mieszkającej z krnąbrną dwunastoletnią córką, Dolores. Humbert z miejsca popada w fascynację dziewczynką (którą będzie nazywał Lolitą), i po niedługim czasie, celem zyskania łatwiejszego dostępu do niej, żeni się z jej matką. Wkrótce kobieta ginie w nieszczęśliwym wypadku, i Humbert zostaje jedynym prawowitym opiekunem jej córki. By wyizolować dziewczynkę ze środowiska i uczynić łatwiejszą ofiarą, rusza z nią w roczną podróż po całej Ameryce.

Na podstawie streszczenia fabuły powieści potencjalny czytelnik mógłby wysnuć przypuszczenie, że oto ma do czynienia z wyuzdaną i zboczoną pornografią; nic bardziej mylnego. ”Lolita” owszem, przesycona jest erotyką, i epatuje perwersją, ale niemal wyłącznie w wymiarze psychologicznym. Nie ma w niej bezpośrednich i obrazowych opisów seksu przemawiających do najniższych instynktów ludzkich. To subtelna, wielowątkowa i wielowarstwowa powieść psychologiczna, schlebiająca finezyjnym gustom czytelniczym osób, które nie pozwoliły splątać swoich umysłów konwencją tabu.

Największym atutem ”Lolity” jest jej język – kwiecistość narracji, wyrafinowane słownictwo, rubaszne igraszki słowne, błyskotliwe metafory. Gracja, z jaką pedofil opiewa w pamiętniku swe chuci względem Lolity, nadaje im zwodniczy pozór szlachetności i romantyzmu. Czytelnik omotany przez tego czarodzieja słów doświadczyć może iluzji, że zdolny jest on wobec Dolores do uczuć wyższych, lub nawet, że sama estetyka ich opisu w jakimś stopniu usprawiedliwia czyny, których targany nimi się dopuszcza. Ponieważ Humbert ślepo wierzy w to, że naprawdę kocha, ciężko czytelnikowi nie doświadczyć względem niego przebłysków empatii, kiedy Lolita – dziecko trudne, wulgarne, wyrachowane, okrutne, i marudne – sadystycznie gromi jego płomienne wyznania, sprawiając mu ból. Oczywiście zaraz potem moralność czytelnika bierze górę nad poczuciem literackiego piękna; pojmuje on, że wiara Humberta w szlachetność własnych uczuć najprawdopodobniej jest rezultatem świadomej ich racjonalizacji, że diabolicznie skonstruował on dla spokoju swego sumienia luksusowe, choć na dłuższą metę katastrofalne kłamstwo, iż pożądanie tożsame jest z miłością, cierpi zaś prawdziwie tylko z powodu niemożności realizacji swoich zboczonych fantazji; czar pryska, i zostajemy sam na sam z gorzkim przeświadczeniem, że oto daliśmy się zwieść autorowi, że po raz kolejny przesunął on granicę naszych doznań w najmniej spodziewanym kierunku, czego zahipnotyzowani słowami nie mieliśmy szansy dostrzec. Tragedia Humberta Humberta – jeśli w ogóle uznawać ją za tragedię – jest tragedią pająka, który nie może nasycić się swoją motylą ofiarą. Wszelakie działania Lolity – niezależnie od tego, jak bardzo wulgarne i prowokujące – są trzepotem kolorowych skrzydeł zaplątanych w lepką, pajęczą sieć.

Fakt, że w postaci Humberta wielu czytelników widzi tubę, przez jaką sam autor przedstawia swoje poglądy, że postrzega się Nabokova jako piewcę pedofilii, jest nie tylko gargantuicznym nieporozumieniem, ale równie wielkim dowodem na to, jak sugestywne są sporządzone przez niego opisy stanów wewnętrznych pedofila – a zatem nieporozumienia te paradoksalnie świadczą o wielkości uprawianej przez niego sztuki. ”Lolita” jest tak naprawdę opowieścią o obsesji seksualnej na punkcie dziecka relacjonowanej z punktu ogarniętego nią fikcyjnego mężczyzny – inteligentnego romantyka i zboczeńca w jednym.

Ale nie wszystko w ”Lolicie” jest równie oczywiste jak fakt, że pedofilia jest złem, a dziecko niezależnie od tego, jak bardzo byłoby zdemoralizowane, zawsze stanowi jej ofiarę. Humbert, jako narrator zaburzony, pozbawiony jest wiarygodności – czasami rzeczywistość odbija się w jego świadomości niczym w krzywym zwierciadle, a jego interpretacja wydarzeń bywa wykoślawiona. Nie wiadomo, kiedy w swoim pamiętniku jest szczery, a kiedy usiłuje wyprowadzić w pole czytelnika (i mających go czytać sędziów), bądź też okłamać samego siebie. Pytanie, na ile jego pamiętnik jest spowiedzią, a na ile próbą ocalenia własnej skóry, i czy Humbertowi udaje się przed śmiercią osiągnąć wewnętrzne oczyszczenie, katharsis – oraz wiele innych fascynujących kwestii – pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

Na osobny akapit zasługuje nastrojowość powieści. W pierwszej jej części dominuje senny, przyprawiony szczyptą oniryzmu klimat małego Amerykańskiego miasteczka, w drugiej – nastrój podróży w nieznane i przydrożnych, obskurnych moteli nieudolnie kolorowanych światłem neonów. Klimat zagęszcza napięcie związane z uczuciami i czynami Humberta oraz wysiłkami, które wkłada w uniknięcie demaskacji.

”Lolita” dostarczy nie lada gratki czytelnikom lubującym się w poszukiwaniu tzw. jaj wielkanocnych – aluzji literackich, zagadek słownych, i innego rodzaju smaczków. Są to osobliwości najwyższej próby jakościowej, a do tego występują w przyzwoitej ilości i pokaźnej rozmaitości form. Wiele razy uśmiechałem się z rozkoszą odnajdując tego typu niuanse – na przykład odkrywając, że oczarowany nimfetkami Humbert nazywa swój wewnętrzny świat pedofilskich rojeń Humberlandem w nawiązaniu do Krainy Czarów z bajkowej książki o przygodach Alicji autorstwa Lewisa Carrolla (w anglojęzycznym oryginale miejsce to nazywa się Wonderland); kojarząc imię pierwszej miłości Humberta – Annabel Leigh – z bohaterką poematu Edgara Allana Poe pt. ”Annabel Lee”; znajdując subtelne zapowiedzi przyszłych wydarzeń w pozornych błahostkach.

”Lolita” to w moim odczuciu szczytowe osiągnięcie Nabokova. Powieść pozostawia czytelnika bezlitośnie sponiewieranego, z nerwami w strzępkach, ale i z błogim uśmiechem estetycznych, rajskich rozkoszy na zmęczonej twarzy. Niespokojne duchy Dolores Haze i Humberta Humberta niejednokrotnie będą nawiedzały tego, kto poznał ich historię – choć raczej nie będą pojawiać się razem; ten, kto nie czuje się na siłach do ich odwiedzin, nie powinien sięgać po ”Lolitę”.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Ada albo Żar. Kronika Rodzinna”

Vladimir Nabokov - ''Ada albo Żar. Kronika Rodzinna''Czternastoletni Van wyjeżdża na wakacje do swego wujostwa. Poznaje tam wujka Daniela, ciotkę Marinę, oraz ich córki – ośmioletnią Lucette i dwunastoletnią Adę, z którą – mimo świadomości, że są kuzynostwem – wdaje się w potajemny, płomienny romans. Młodzieńcy szybko dowiadują się, że tak naprawdę są biologicznym rodzeństwem, ale fakt ten nijak nie skłania ich do rozstania. Van zmuszony jest jednak wyjechać wkrótce na cztery lata, by kontynuować naukę; przez cały ten czas rodzeństwo kontaktuje się ze sobą pisząc zaszyfrowane, miłosne listy. Gdy spotykają się ponownie, odkrywają, że ich miłość stanowi nie tylko przywilej, ale równie wielkie wyzwanie. Usiłują mu sprostać. Czy rzeczywiście jednak angażują w to wszystkie swe siły, jak przystało na zakochanych?

Po raz kolejny w przypadku powieści Nabokova mamy do czynienia z utworem stylizowanym na dzieło pióra fikcyjnej postaci – w tym wypadku jest to kronika rodzinna Vana Veene’a, wzbogacona o noty samej Ady, oraz przypisy (także fikcyjnej) Vivian Darkbloom. Forma ”Ady…” jest w moim odczuciu bardzo atrakcyjna i sugestywna – czytając chwilami naprawdę ma się wrażenie obcowania z historią opartą na faktach. Chociaż jednak tytuł powieści sugeruje, że będzie ona zaludniona przez wiele spokrewnionych ze sobą postaci, prawdziwe znaczenie dla fabuły mają zaledwie trzy z nich  – Van i Ada, oraz ich przyrodnia siostra, Lucette. Tworzą oni miłosne trio, w którym splatają się – podniesione do bolesnej i rozkosznej potęgi – wszystkie ludzkie uczucia. Większość innych postaci (poza ojcem Vana i Ady, Demonem) pojawia się migawkowo i ma znaczenie marginalne.

Van na kartach swej powieści przedstawia zarówno Adę, jak i siebie samego, jako ludzi o wybitnej inteligencji, utalentowanych, i z uwagi na ich zalety oraz łączące ich uczucie, stojących ponad zwyczajną ludzką moralnością i obyczajnością. Chociaż nie polubiłem ani Ady, ani Vana, i nie kibicowałem ich poczynaniom, muszę przyznać, że postaci te zostały odmalowane w słowach tak umiejętnie, że bez trudu uwierzyłem w ich autentyczność i śledziłem ich losy z wielkim zainteresowaniem. Wiodący wątek kazirodczego romansu może bulwersować co wrażliwszych czytelników – tym bardziej, że ”Ada…” to powieść dość mocno erotyczna (znacznie bardziej, niż skandalizująca ”Lolita”), nie jest jednak pozbawiony drugiego dna, toteż potępianie książki z uwagi na niego byłoby lekkomyślnością.

Jeden z najbardziej niezwykłych motywów powieści stanowi miejsce jej akcji. Narrator utrzymuje, że nie jest nim planeta Ziemia, a fikcyjna Antyterra. Jest ona bliźniaczo podobna do realnej Ziemi, ale występuje w stosunku do niej szereg intrygujących różnic. Elektryczność – nie tylko używanie jej, ale nawet wspominanie o niej – jest zakazane prawnie i obyczajowo, Bóg nazywany jest Logiem, istnieją na niej latające dywany, a miejsca istniejące na rzeczywistej Ziemi na fikcyjnej Antyterze posiadają swe odpowiedniki o lekko zmodyfikowanych nazwach (np. Stan Maine – Stan Mayne). Na kartach kroniki znajdziemy przesłanki skłaniające do podejrzeń, że Antyterra stanowi Ziemską wariację rozchwianego umysłu jej autora, że nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością uciekł się do niegroźnego w gruncie rzeczy szaleństwa.

Lubujący się w szpikowaniu swych tekstów literackimi smaczkami – kalamburami, anagramami, aluzjami, itd. – Nabokov zawarł w ”Adzie…” całą ich masę; dość powiedzieć, że objaśniające je przypisy autorstwa tłumacza Leszka Engelkinga zajmują niemal 100 stron. Osobiście jestem fanem takich osobliwości, o ile autor nie przesadził z ich ilością – zwykłem je bowiem traktować jako swego rodzaju przyprawę do głównego dania, w najlepszym wypadku jego nadzienie, ale nigdy jako je samo. W przypadku ”Ady…” nagromadzenie ich sprawia, że przyjemność z lektury rośnie wprost proporcjonalnie do oczytania czytelnika – a lektura ta wymaga oczytania wprost kolosalnego. Nie oznacza to oczywiście, że osoby nie znające klasyków światowej literatury zmuszone są darować sobie ”Adę…” – powieść wciąż dostarczyć im może wiele przyjemności, wątpliwe jednak, że zaznają oni aż rozkoszy.

Niestety, trudność w odbiorze ”Ady…” nie wynika tylko z tego, że jest to lektura ambitna, ale również z faktu, że nie pod każdym względem napisana jest umiejętnie. Wielokrotnie drażniły mnie nadmiernie rozbudowane zdania, częste nawiasy, i niewiele wnoszące dialogi. Francuskojęzyczne wtręty pojawiające się na niemal każdej stronie i konieczność zaglądania na bieżąco do wyjaśniających je przypisów Vivian Darkbloom doprowadzały mnie zaś wręcz do szewskiej pasji.

”Ada…” to powieść przejmująca; angażuje intelekt i emocjonalność czytelnika na tyle, że pozwala mu lepiej poznać samego siebie, jednocześnie jednak stawia przed nim wysokie wymagania. Osoby dobrze zaznajomione z klasyką literatury powinny sięgnąć po nią koniecznie – jest to książka wręcz stworzona dla nich; jestem skłonny polecić ją również wyczynowcom spragnionym czytelniczych wyzwań (trudno o równie ambitną i długą powieść), oraz wszystkim tym, których cechuje granicząca z masochizmem cierpliwość.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.

Vladimir Nabokov – ”Obrona Łużyna”

Vladimir Nabokov - ''Obrona Łużyna''Już kiedy po raz pierwszy w życiu ujrzałem szachy, dostrzegłem kłębiącą się wokół nich aurę graniczących z magią elegancji, majestatu, oraz tajemnicy. Bezpośredni kontakt z tą grą tylko spotęgował te wrażenia – szachy rzeczywiście okazały się być zaczarowane, być może jako jedyna rzecz na świecie. Jako zwyczajny ich amator czasami zastanawiałem się nad tym, jak postrzegają świat arcymistrzowie, i czy w realnym życiu radzą sobie tak dobrze, jak na sześćdziesięciu czterech czarno-białych polach szachownicy? Tą intrygującą kwestię wziął na warsztat Nabokov w ”Obronie Łużyna”.

Tytułowego głównego bohatera poznajemy w czasie, gdy jest jeszcze dzieckiem – specyficznym, trudnym, i nieświadomym drzemiącego w nim talentu szachowego. Współczujemy mu samotności i alienacji. Radujemy się, kiedy odkrywa swój dar i wprawia nim w osłupienie dorosłych, a potem osiąga sukces. Nawet dorosły Łużyn – niemal kompletnie zatracony w świecie szachowych problemów i kombinacji, Łużyn gapowaty, gburowaty, chmurny, i nieokrzesany, z którym tak ciężko się utożsamiać – wywołuje podszytą współczuciem sympatię i swego rodzaju fascynację.

O ”Obronie Łużyna” zwykło mówić się, iż jest to powieść o szachach. W moim odczuciu to bardzo krzywdzące uproszczenie. Wiodącym wątkiem tej historii zdaje się bowiem być ucieczka wrażliwego umysłu przed rzeczywistością materialną w rzeczywistość duchową. Łużyn, na tyle, na ile pozwalały mu na to jego możliwości intelektualne, umknął z zepsutego świata realnego i jego problemów w jego zdaniem wyższy i czystszy świat szachowej abstrakcji. Azyl okazał się jednak na dłuższą metę wyniszczający, a na horyzoncie majaczyć zaczęła konieczność ewakuacji.

Mniej więcej w tym czasie los splata ze sobą życie Łużyna i pewnej bezimiennej kobiety. Jest ona dobroduszna, litościwa, majętna, i skłonna do poświęceń. Nic innego, jak tylko nieporadność życiowa Łużyna skłania ją do przyjęcia jego – dziwacznych i bardzo szybkich – oświadczyn. W krytycznym momencie życia męża – po tym, jak przepracowany doświadcza załamania nerwowego – stara się ona wszelkimi metodami odwieść go od powrotu do gry w szachy. Relacja pomiędzy Łużynem a jego żoną przypomina więc relacje panującą na szachownicy pomiędzy figurami Króla i Królowej. Chociaż bowiem Królowa (zwana również Hetmanem) posiada znacznie większe możliwości działania, jej rola ogranicza się do obrony nieporadnego Króla – nawet za cenę samej siebie. Jest to wspaniały zabieg, idealnie korespondujący z szachową pasją (a na tym etapie już właściwie obsesją) Łużyna.

Szaleństwo Łużyna polega na tym, że życie zaczyna jawić mu się jako rozgrywka szachowa; zarówno jego początek, rozwój jak i apogeum opisane zostało bardzo sugestywnie. Intryguje, gdy znajduje się w powijakach, przeraża, kiedy doszczętnie przejmuje kontrole nad życiem bohatera, i trzyma w napięciu podczas remisji. Bardzo przekonująco opisane zostały także postaci powieści, oraz poszczególne miejsca. Język którym napisana została książka w ogóle prezentuje wysoki poziom, chociaż pomny stylistycznych możliwości Nabokova, spodziewałem się więcej poetyki i zabawy słowem.

Jak zwykle ma to miejsce w prozie Nabokova, ”Obrona Łużyna” nie jest powieścią tak oczywistą, jak może się to z początku wydawać. Posiada swoje – w przeważającej części mroczne – sekrety, zakończenie zaś (co podkreśla sam Nabokov we wstępie książki) podejmuje szachowy motyw tzw. samomatu, dzięki czemu nie można jednoznacznie rozsądzić, czy Łużyn swą ostateczną rozgrywkę przegrał, wygrał, czy też zakończyła się ona remisem.

Powieść jest interesująca, wywołuje masę emocji, skłania do refleksji i zapada w pamięć. Myślę, że mogę śmiało uznać ją – mimo jej niezaprzeczalnej głębi – za jedną z najprzystępniejszych w dorobku pisarskim Nabokova, i tym samym godną polecenia osobom, które dopiero zaczynają swoją znajomość z nim.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna).

***

Okładka: Wydawnictwo Muza S.A.