Archiwa tagu: związek

Jesteś

Tak mało piszę tutaj o Tobie, która ocaliłaś moje życie, podałaś mi rękę w chwili, gdy wisiałem nad przepaścią. Czasami narzekasz na to; martwisz się, że kiedy zostaję sam, nie myślę o Tobie tak często i gorąco, jak dawniej, że wszystko inne zajmuje mnie silniej. Kiedy przeglądam swoje eseje, stwierdzam, że Twoje pretensje są w pewnej mierze uzasadnione, jakkolwiek – nie jest to prawda; życie nauczyło mnie, że ci, którzy najbardziej afiszują się swoją miłością przed światem, tak naprawdę nie są jej pewni i potrzebują cudzej atencji i aprobaty, by uczucie to mogło trwać. Ogień, który między nami goreje, radzi sobie bez tego i należy tylko do Nas.

Dzisiaj jednak przemówię głośno. Po raz pierwszy od tak dawna, na drodze wyjątku. Opowiem o sobie i o Tobie, o Nas, tak szczerze, jakbym pisał to własną krwią, tu i ówdzie rozcieńczaną łzami. Kto ma uszy, niechaj słucha.Jesteś (1)Był czas, kiedy przesiadywałem z kolegami na poboczach piaszczystych ścieżek, i zapijałem smutki oraz samotność. Czas, kiedy byłem niczym więcej, niż tylko ucieleśnieniem druzgocącej pewności, że zawsze już będę sam, że miłość ominie mnie szerokim łukiem. Siedzieliśmy tam, i przeklinaliśmy życie, na czym świat stoi, a młodość przeciekała nam przez palce. Babraliśmy się w niej tak, jak niektórzy lubią babrać się w mokrej glinie, nie mając jednak pomysłu na to, co z niej uformować – dla samej płynącej z tego bezmyślnej, dziecięcej przyjemności. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych dni – kiedy muskam tamtego młodego człowieka, którym byłem, swoją myślą – wydaje mi się, że zdarzyło się to w innym życiu.

Jak mam wysłowić to, co działo się we mnie na widok dziewcząt – atrakcyjnych, roześmianych, cieszących się życiem? Mijałem je, czując całym sobą, że są mi równie niedostępne jak księżyc, i jedynym, na co mogę sobie wobec nich pozwolić, jest cichy podziw. Motyle tłukły się w moim podbrzuszu, jak ćmy tłuką się sierpniowymi wieczorami o klosz frontowy domu, a żal ściskał gardło twardą ręką. Chciałem całować ich usta, patrzeć w ich oczy, obejmować ich talie, i chciałem poświęcać się ich dobru, pielęgnować w nich to, co najpiękniejsze, a fochy ich przyjmować z namaszczeniem. Nie chciały mnie! Nawet nie raczyły omieść mnie spojrzeniem swoich perfekcyjnie pomalowanych oczu, gdy mijaliśmy się na ulicy. Byłem dla nich przeźroczysty jak powietrze.

Były w moim życiu dwie dziewczyny, i coś pomiędzy mną a nimi. Miłość? Tak, ale obustronnie niedojrzała, a z mojej strony również skrzywiona przez samotność. Uczucie jednocześnie kruche i niszczycielskie – jak młotek, który sam rozpada się na części w momencie uderzenia w filigranową porcelanę. Nie chcę tego roztrząsać; zanudziłbym się na śmierć, toż to flaki z olejem, opera mydlana, a zresztą: nie ma o czym mówić. Było, minęło, i teraz, wspominając te relacje, nie mam dla nich niczego, poza obojętnym wzruszeniem ramion.

Ale wtedy miały na mnie kluczowy wpływ. Postradałem rozum. Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Widziałem tam ludzi, których choroba duszy łamała jak zapałki, i widziałem, jak miłość (i fachowe leczenie rzecz jasna) pozwalała im podźwignąć się ze swego nieszczęścia, powstać z popiołów. I gdybym te trzy miesiące wcześniej nie poznał Ciebie – nie wiem, czy udałoby mi się poskładać jakoś do kupy, czy zrobiłbym to dla samego siebie. Myślę, że nie, i że już dawno nie byłoby mnie na tym świecie.

Dzieli nas różnica wieku. Dzieli? Nie powiedziałbym. Łączy. Twoje pojawienie się w moim życiu stanowiło dla mnie punkt zwrotny, moment zejścia ze ścieżki, na którą Ty w tym samym momencie z racji swojego wieku dopiero wkraczałaś. Znam ją jak własną kieszeń; znam na niej każdy kamień, każdą koleinę, każdy wybój. Jestem Twoim przewodnikiem, i nie pozwolę Ci zginąć, a jeśli potkniesz się, podam Ci rękę. Będę brał Cię na barana, na głowę, i na ręce, i niósł pod górkę. Będę dbał o Ciebie, pielęgnował w Tobie to, co najlepsze, byś rozkwitła pełnią siebie roztaczając swe piękno na cały świat.

Ale to działa w obie strony. Trzymasz mnie w pionie. Wierzysz we mnie. Potrafisz mną potrząsnąć, kiedy trzeba, a kiedy potrzebuję, żeby roztkliwiać się nade mną – robisz i to. Mogę liczyć na Twoją mądrość, kiedy dostaję głupawki, a kiedy jakiś problem przytłacza mnie swoim ciężarem – obracasz go w drogocenny żart, jak ołów w złoto, przy pomocy kamienia filozoficznego błyskotliwego poczucia humoru. Tylko przy Tobie stać się mogę najlepszą wersją samego siebie – dla Ciebie, dla siebie, i dla świata.

Kiedy idziemy razem przez miasto, trzymając się za ręce, i dociera do mnie własna przynależność do zbioru wszystkich tych par, czuję się, jakbym dostał skrzydeł, i frunął na nich, niesiony podmuchem wydanego w tej samej chwili boskiego tchnienia. Czasami przypominam sobie wtedy o tym zapijającym samotność chłopaku, którym byłem, i uśmiecham się do niego. Gdyby ten koleś tylko wiedział, co go czeka w przyszłości, nie lałby łez, tylko uzbroił się w cierpliwość!

Jesteś piękna, a ja… Cóż: takie dziewczyny jak Ty zazwyczaj nie spotykają się z takimi facetami: wizualnie przeciętnymi artystycznymi duszami bez wykształcenia i perspektyw zarobkowych. Kiedy patrzę sennym wzrokiem, jak wychodzisz z łóżka i ubierasz bieliznę, czuję całym sobą, że w życiu, pomimo wszystkiego, co przeszedłem, i tak mam więcej szczęścia niż rozumu.

Ale bywam też łajdakiem, a Ty – zimną suką. Czasami tracimy nad sobą kontrolę, i wypowiadamy słowa, których potem gorzko żałujemy. Bywa też, że ranimy się tylko po to, by sprawdzić, czy nasza miłość wytrzyma ból, czy jest prawdziwa. To głupie, ale oboje rozumiemy, że czasami tak po prostu musi być, i jesteśmy skłonni płacić tą cenę, przez całe życie, w ratach, wiedząc, że jest to niby kredyt, na którym żyjemy.

Tych kilka lat temu, kiedy się poznawaliśmy, nie wiedziałem, czy i jak długo będziesz ze mną nadal. Miałem za sobą ćwierćwiecze życia, i wiedziałem już, że ludzie raz są, a raz ich nie ma; że blakną hartowane przejściami sympatie, które trwać miały po kres dni, i że wystarczy na kilka miesięcy stracić bliską osobę z oczu, by ta zmieniła się nie do poznania. Ale od tego czasu przeszliśmy razem tyle kilometrów, gryźliśmy glebę tyle razy, tak wiele razy upadaliśmy i podnosiliśmy się – zawsze ramię w ramię! – że dziś już nie mam wątpliwości, że będziesz zawsze, skoro do tej pory jesteś.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Dziecko

Skarbek. Bobo. Maleństwo. Dziecko. – u większości ludzi słowa te – usłyszane, czy przeczytane – budzą czułość i rozrzewnienie. U mnie – najwyżej obojętność, a najczęściej – stres.

Nigdy dotychczas nie chciałem mieć dzieci, nie chcę ich mieć teraz, i jestem pewien, że nie zmieni się to do końca mojego życia. Nie tylko nie widzę się w roli ojca (może to skutek wychowywania się bez niego?), ale też najzwyczajniej w świecie nie lubię dzieci. Denerwuje mnie ich ryk, bezsensowna paplanina, nadmiar energii, wszędobylskość. Gdziekolwiek zjawia się mały dzieciak  – od razu jest gwarno, od razu jest bałagan, od razu coś jest rozlane, coś przewrócone, i tak dalej. Oczywiście, dzieciak kiedyś wydorośleje, obierze jakiś kierunek w swoim życiu, być może zostanie ”kimś”… Na myśl o tym nie czuję jednak żadnych emocji. Żadnych.

Ktoś powie, że gdyby wszyscy myśleli w ten sposób, nie byłoby ani mnie, ani inspirujących mnie i bliskich mi ludzi; sęk w tym, że nie widzę najmniejszej potrzeby, by w ten sposób rozumowali wszyscy. Ba, byłoby to myślenie katastrofalne – ale równie beznadziejne byłoby twierdzenie, że wszyscy, nawet Ci, którzy nie czują potrzeby posiadania dzieci (i instynktu rodzicielskiego), powinni je mieć.

Szczęśliwie moja dziewczyna również nie lubi dzieci, i także nie widzi siebie w roli matki. Jest jeszcze młoda, i sam wiem, że istnieje ryzyko, że z czasem zmieni zdanie; mimo wszystko, podczas niezliczonych rozmów z nią na ten temat, ustaliłem je na bardzo niewielkie – możliwie najmniejsze. Wierzę, że dane nam będzie przeżyć życie we dwoje szczęśliwie, bez poczucia pustki spowodowanej brakiem dziecka.

Ktoś powie, że to egoistyczne w stosunku do mojego potencjalnego potomka. Cóż, nie poczuwam się w jakikolwiek sposób wobec istoty, której nie ma, która najzwyczajniej w świecie nie istnieje – jak różowe słonie, jednorożce, czy elfy. Nie ma jej i nie jestem jej nic winien, a jakiekolwiek moje zachowanie nijak ma się do czegoś, co pozostaje abstrakcją, zaledwie skreśloną grubą, czarną krechą myślą. Gdybyśmy w międzyczasie wpadli z dziewczyną – usunęlibyśmy płód, legalnie czy nielegalnie. Są na to sposoby. Zrobilibyśmy to z zimną krwią, w trosce o własne szczęście. Dla mnie embrion jest w takim samym stopniu człowiekiem, w jakim stopniu jajko jest kurą, albo szyszka jest sosną, czyli w żadnym. Na szczęście żyjemy w czasach, które oferują sposób na zmniejszenie szansy na niechciane potomstwo do zera.

Zapewne prędzej czy później przeczyta ten esej ktoś, kto bardzo chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu nie może go mieć; możliwe też, że osoba taka poczuje palącą w palce potrzebę poinformowania mnie w komentarzu, jaki jestem niewdzięczny, bo niektórzy chcą mieć potomstwo, a są bezpłodni, podczas kiedy ja, najwyraźniej niegodny bycia ojcem, świadomie rezygnuje z tacierzyństwa. Otóż, drogi potencjalny czytelniku, bo do Ciebie adresuje te słowa – życzę Ci, żebyś został/a ojcem/matką, jeśli czujesz, że jest Ci to potrzebne do szczęścia i czujesz się na siłach ku rodzicielstwu, oraz by Twoje dziecko wyrosło na mądrego, zdrowego, oraz pięknego fizycznie człowieka. Ciebie proszę tylko o to, byś wrzucił na luz – nie wszystko, co jest dobre dla Ciebie, jest dobre również dla mnie i dla mojej dziewczyny.

Bohomazy

Bohomazy (1) Poza tym, że przez całe swoje świadome życie uprawiałem amatorską twórczość pisarską, na pewnym jego etapie zająłem się także rysowaniem. Rysunków jest wiele, są bardzo specyficzne, powstawały w niecodziennych okolicznościach i kryje się za nimi interesująca historia.

Wszystkie bohomazy wykonałem podczas mojego sześciomiesięcznego pobytu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych, na oddziale rehabilitacyjnym, przede wszystkim dla osób chorych na schizofrenię. Ja sam leczyłem się tam na depresję. Depresyjne usposobienie  miałem odkąd pamiętam. Punktem kulminacyjnym choroby, po którym pozostało mi tylko albo popełnić samobójstwo, albo rozpocząć hospitalizację, było zerwanie zBohomazy (7) dziewczyną, z którą łączyła mnie obustronna, toksyczna relacja. W tamtym czasie nie byłem w stanie obiektywnie spojrzeć na całość tej znajomości. Zrozumienie błędów, jakie popełniałem, wykraczało poza moje możliwości z uwagi na słaby stan psychiczny. Za degradację i rozpad naszego związku w całości obwiniałem ją, po części dlatego, że tak było mi łatwiej, po części dlatego, że gorycz, rozpacz i wściekłość odbierały mi trzeźwość myślenia.

Zanim zacząłem rysować w szpitalu, nie miałem w tym właściwie żadnego doświadczenia. Nie licząc prymitywnych bohomazów tworzonych na nudnych lekcjach w szkole z tyłu zeszytu, oraz kilku Bohomazy (6)beznamiętnych, pozbawionych treści szkiców zrobionych później, nigdy nie tworzyłem plastycznie. Nie czułem po prostu takiej potrzeby – jak wspominałem, od zawsze wiele pisałem (rzeczy rozmaite pod względem formy) i to w zupełności wystarczało mi do wyrażenia siebie, swoich uczuć i myśli, nadania kształtu przeżyciom. W okolicznościach, jakich się znalazłem, słowo przestało być jednak wystarczającym środkiem wyrazu. Uczucia, jakie mną targały, były zbyt burzliwe, żebym był w stanie okiełznać je pisząc. Po zajęciach terapeutycznych pisałem mnóstwo – stworzyłem 153 wierszyki, prowadziłem dziennik w którym opisywałem dzień po dniu swój pobyt (155 kartek formatu A5, obustronnie zapisanych drobnym maczkiem), sporządziłem też multum kreatywnych notatek do swojej powieści o pobycie tam… Okazało się, że to jednak wciąż za mało, żeby dojść do ładu ze swoimi emocjami.Bohomazy (2)

Siadałem więc przy jednym z wielu stolików na długim korytarzu oddziału, i tworzyłem. Swoje bohomazy wykonywałem zawsze czarnym długopisem na białych kartkach formatu A5. Nie zamierzałem tworzyć pełnowartościowej sztuki – u podstaw każdej pracy leżały przerastające mnie brutalne emocje, które chciałem na tyle, na ile to możliwe, okiełznać. I nic poza tym. Rysowanie pełniło więc dla mnie przede wszystkim funkcję terapeutyczną. Bywały dni, kiedy wykonywałem nawet po dziesięć prac, jedna za drugą. Kończyłem dopiero wtedy, kiedy czułem się czysty, wyprany z negatywnych uczuć. Gdy po tak spędzonym dniu polegiwałem przed snem w łóżku, niemalże Bohomazy (3)słyszałem krzyki wszystkich tych poniewieranych w moich pracach dziewcząt. To była moja kołysanka. W takie noce zasypiałem z uśmiechem na twarzy. Brzmi to ”psychopatycznie”, nieprawdaż?

Na prawie wszystkich 268 szkicach przewijają się obsesyjnie te same motywy: dziewczyna, agresja, przemoc, okaleczenie, śmierć, strach, cierpienie, sadyzm, nagość, otchłań, zniewolenie, seks, rozpacz. Niemal każdy z nich jest makabryczny i pornograficzny. Z uwagi na powtarzalność tych tematów rysunki z jednej strony mogą wydawać się monotonne (i pewnie takie są), ale z drugiej strony przytłaczają ich ogromem. Tworząc je prawie zawsze myślałem o swojej byłej, o nienawiści która mnie względem niej przepełnia, o potrzebie ukarania jej za wyrządzone mi krzywdy (te realne, iBohomazy (5) urojone). Dziewczęta na rysunkach wyglądają różnie, czasami nawet występuje ich kilka jednocześnie, ale jeśli szkice są w jakiś sposób brutalne, to zawsze jest jedna i ta sama osoba przedstawiona na różne sposoby. Z czasem zacząłem też rysować moją przyjaciółkę (obecnie dziewczynę). Te prace (również powstało ich wiele) charakteryzuje brak przemocy, ale są zdecydowanie bardziej niepokojące i psychodeliczne.

Reakcje znajomych w szpitalu na moją radosną twórczość były rozmaite. Od fascynacji i pełnego troski przerażenia, przez rozbawienie moim brakiem umiejętności plastycznych i oślim uporem, z jakim wykonywałem kolejne obrazki. Niektórzy nazywali mnie bardzo przyjemnym psychopatą (mam życzliwe usposobienie). Mój lekarz prowadzący – Pani Bohomazy (4)psycholog z ponad dwudziestoletnim stażem – powiedziała, że w swojej karierze nigdy nie spotkała się u pacjenta z pracami tak agresywnymi. Od razu pomyślałem (i myślę tak po dziś dzień), że był to największy komplement, jaki kiedykolwiek otrzymałem w odniesieniu swoich do bohomazów.

Kiedy wstawałem swoje prace na stronę Klubu Chujowych Artystów nie spodziewałem się większego entuzjazmu ze strony tej społeczności. Nazwa tej grupy jest bowiem bardzo myląca – masa prac, jakie są tam zamieszczane, trzyma naprawdę wysoki poziom wykonania, od jakiego odbiegam o całe lata świetlne. Ilość pozytywnych komentarzy bardzo mnie zaskoczyła. Czuję się bardzo przyjemnie z myślą, że pomimo braku walorów technicznych, estetycznych i artystycznych moich prac, reprezentują sobą w oczach innych coś unikalnego, że poruszają. Prowadzi mnie to do konkluzji, że równie ważny jak poziom techniczny rysunku jest ładunek emocjonalny, jaki niesie. Sztuka nie ma bowiem tylko ładnie wyglądać – ma przede wszystkim poruszać i skłaniać do przemyśleń. Myślę, że mogę na swoim przykładzie powiedzieć, że jeśli emocje, które wkłada się tworząc, są prawdziwe, z pewnością znajdzie to oddźwięk w innych ludziach. Nawet, jeśli tworzy się tylko tzw. sztukę naiwną, jak ja.