Archiwa tagu: Stanisław Lem

X

Posłałem dziś do Wydawnictwa swoją nową propozycję wydawniczą – zbiór 4 nowel, który zatytułowałem Dreszcze. Dreszcze – bo to opowieści z dreszczykiem właśnie. Dość, jak mi się wydaje, zróżnicowane. I chyba przyzwoicie napisane, chociaż co ja tam wiem (Autor jest zawsze najgorszym recenzentem własnej książki – no chyba, że uważa ją za gniota, wtedy prawie na pewno ma rację).

W ubiegłym roku napisałem powieść o śmierci i przemijaniu. Byłem z niej bardzo zadowolony, dopóki nie pokazałem jej swojej dziewczynie, która jest obecnie moim najżarliwszym krytykiem. Nie ceregieli się ze mną – jeśli coś jest do kitu, po prostu mówi mi o tym i wyjaśnia, czemu. Jest bystra, bezpardonowa i konstruktywna; mieć pod ręką taką osobę to dla pisarza wielka rzecz. Postąpiłem zgodnie z jej sugestiami i usunąłem 1/4 tego utworu, po czym (w wielkich bólach) napisałem ją od nowa. Niestety, wyszło źle, i rzecz została w skazania na dożywocie w czeluściach mojej szafy. Czasem tak bywa.

Te cztery nowele nie przeszły przez jej ręce – z uwagi na natłok obowiązków nie miała czasu się nimi zająć – ale zrobiłem co w mojej mocy, żeby wyszły jak najlepiej. Jest to czwarty projekt literacki, który dopinałem, i zarazem pierwszy, którym nie jestem śmiertelnie zmęczony – wszystkie trzy poprzednie w momencie skończenia darzyłem niemal nienawiścią (po kilkukrotnej krytycznej lekturze własnego tekstu i wprowadzaniu do niego kolejnych serii poprawek ma się go po prostu dosyć na kilka długich miesięcy). Oczywiście to świetnie, że mam już rzecz z głowy, i zająć będę mógł się teraz czymś innym: napisaniem powieści, kolejnego tomu nowel albo zbioru opowiadań – a może dwoma rzeczami naraz (trzy większe projekty to już za dużo). No to do roboty!

Jakiś miesiąc temu zawitała do naszego mieszkania kotka. Właściwie, to mamy ją od jakichś dwóch lat – biedaczka przybłąkała się do nas, po tym zapewne, jak opuścił ją poprzedni właściciel – ale do tej pory musiała zadowolić się podwórkiem. Jakieś piętnaście lat temu matka była świadkiem, jak jeden z naszych kotów zwymiotował na dywan pokaźnego tasiemca, i od tej pory nie sposób było przekonać jej do udomowienia jakiegokolwiek sierściucha.

Na szczęście czas zdołał zaleczyć nieco traumę. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nasza kicia jest zwierzakiem spokojnym i czystym – jeśli odczuwa parcie na pęcherz, staje pod drzwiami i miauczeniem prosi nas o to, by ją wypuścić. Większość dnia spędza na wylegiwaniu się (szczególnie upodobała sobie moje łóżko), i nie plącze się pod nogami. Zjednała sobie sympatię wszystkich domowników bez wyjątku. Uwielbiam ją nawet, kiedy gramoli się na moje zapiski, nie pozwalając mi pracować (zdjęciu, którym ozdobiłem tekst, niniejszym nadaję tytuł: ”Bez kota to nie robota”. Kiedyś strzelę kolejne o tytule: ”Napisałbym arcydzieło, ale kot na mnie leży”).X (1)To niesamowite, jak wiele radości do domu potrafi wnieść kot! Wystarczy spojrzeć, jak leży na łóżku, zwinięty w kłębek, i już na sercu robi się cieplej – nie mówiąc nawet o radości z głaskania i karmienia go. Czasem nawet kupuję jej wędzone szprotki lub tuńczyka w kawałkach, na których punkcie ma świra. Psy nigdy nie wzbudzały we mnie tyle sympatii, co koty – chyba dlatego, że mają w sobie za dużo energii, są głośne, nachalne i duże. Fakt, że można by je tłuc kijem, a one nadal wiernie trwałyby przy właścicielu, także nie wzbudza mojej sympatii – świadczy to jedynie o tym, że pozbawione są pewnego zdrowego odruchu. Z kolei koci charakter wzbudza we mnie szacunek – są to urodzeni indywidualiści, tajemniczy i chadzający własnymi drogami. To one decydują, kiedy przychodzą do człowieka, nie na odwrót.

W ciągu swojego życia miałem dziesiątki kotów. Gdzie się podziały? Większość prędzej czy później wpadała pod samochód (życie nauczyło mnie, że czeka to przynajmniej raz każdego kota, a ten, który wyjdzie z tego cało, więcej takiego błędu nie popełni), kilka zaginęło, jedna tylko kotka skonała ze starości (w wieku kilkunastu lat). Ta była niezwykle cwana i łowna – pewnego dnia przyniosła na podwórko małego zajączka! Było mi go żal, ale z zasady nie wtrącam się w sprawy przyrody – jeśli kot coś upolował, to niech to zje.

27 marca mija trzynasta rocznica śmierci Stanisława Lema – najczęściej tłumaczonego za granicą polskiego pisarza, filozofa i futurologa, klasyka literatury SF. Lema odkryłem dosyć późno, bo dopiero w wieku 26 lat. Kupiłem wtedy trzydziestotomową kolekcję dzieł XX wieku Gazety Wyborczej, w której znalazła się powieść Solaris. Przeczytałem ją z zapartym tchem, ale zanim sięgnąłem po kolejne jego książki, minęły niemal dwa lata. Długo, ale byłem wtedy na etapie intensywnych czytelniczych poszukiwań i nie chciałem zatrzymywać się na dłużej przy żadnym autorze. Wyszło mi to tylko na dobre, ponieważ poznałem wielu świetnych pisarzy, którzy w przeciwnym razie przez dłuższy czas mogliby mi umykać.

W miejscowej bibliotece publicznej wypożyczyłem na chybił trafił Bajki robotów, Cyberiadę, Pamiętnik znaleziony w wannie, Eden oraz Dialogi. Czytałem jedną książkę po drugiej, ledwo dowierzając, że wszystko to zdołał napisać jeden człowiek. Kiedy nieco później nabyłem kolekcję dzieł zebranych Lema w edycji wydawnictwa Agora, achom i ochom nie było końca. Ani trochę nie dziwię się, że Philip Dick napisał do FBI list, w którym przekonywał, że Lem to nie pojedynczy pisarz, a powołany przez komunistów sztab, którego celem jest owładnięcie mentalnością amerykanów. Bo Lem to rzeczywiście literacki One Man Army: człowiek uzbrojony po zęby – w głowę nie od parady!

Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że dzieła Lema towarzyszyć będą mi przez całe życie. Im bardziej poszerzam swoje horyzonty umysłowe, tym więcej odkrywam w nich walorów. Już teraz, czytając swoje recenzje jego książek, widzę jak na dłoni, że na wiele z nich byłem najzwyczajniej w świecie ślepy. Dlatego też chwilowo nie porywam się na kolejne jego pozycje – poza tym, świadomość, że ciągle mam je przed sobą, jest mile łechcąca.

Jakże brakuje mi Lema w dzisiejszym świecie – jego superintelektu (iloraz inteligencji 180 punktów – umysł jeden na miliony), cudownego rozeznania w sprawach świata i chyba wszystkich dziedzinach wiedzy, słusznej goryczy, wizjonerstwa (często idącego w parze z czarnowidztwem). Przecież ten człowiek był naszym żywym skarbem narodowym! Jak dobrze byłoby wiedzieć, co myśli o bieżących problemach kraju i świata! Na szczęście pozostawił po sobie ogromną literacką spuściznę (w tym kilka arcydzieł), oraz tak zwane (wyjątkowo inspirujące) dobre wrażenie.

Domyślam się, że większość ludzi science fiction kojarzy się z tandetą: pistoletami laserowymi, kiczowatymi obcymi, pustą widowiskowością. Właściwie, to jestem tego pewien, ponieważ i ja sam, powodowany uprzedzeniami, przez większość swojego życia wystrzegałem się tego nurtu (zarówno w literaturze, jak i w filmie) jak ognia. Byłoby wielką stratą, gdyby z powodu tych uprzedzeń zanikł zwyczaj czytania Lema. Był on przede wszystkim filozofem, który obrał za swój gatunek SF, ponieważ to w jego ramach mógł zbeletryzować interesujące go zagadnienia. Tego, co miał do powiedzenia o człowieku i jego miejscu we Wszechświecie, nie dałoby się przecież wyrazić w żadnym innym rodzaju prozy.

Reklamy

Stanisław Lem – ”Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987”

Stanisław Lem - ''Sława i Fortuna. Listy do Michaela Kandla 1972-1987''Uwielbiam czytać listy i dzienniki pisarzy; zaglądać do ich umysłów i życiorysów, poznawać ich od strony bardziej ludzkiej. Szczególną rozkosz sprawia mi lektura korespondencji tuzów literatury – postaci, których wielkość i wkład w kulturę jest nie do podważenia. Jak ci wielcy ludzie funkcjonowali na co dzień? Jak podchodzili do kwestii kariery i pieniędzy? Czy talent pisarski wystarczy, by je osiągnąć?

Michael Kandel jest tłumaczem literatury polskiej na język angielski. Przyczynkiem do jego korespondencji z Lemem stał się esej, który napisał na temat jego twórczości. Lem był tak urzeczony wnikliwością jego pracy, że zaproponował mu dokonanie translacji swojej twórczości na potrzeby amerykańskiego wydawnictwa Herder and Herder, z którym w tamtym momencie łączyła go umowa na wydanie 10 książek. Kandel przyjął ofertę.

Motywem przewodnim korespondencji są – czasami traktowane z przymrużeniem oka – tytułowe sława i fortuna, a ściślej: starania obu uczestników epistolarnego dialogu do osiągnięcia ich. Oczywiście, pięćdziesięcioletni Lem miał już na koncie wydanie wielu ze swoich największych dzieł – w tym Cyberiady, Solaris, Głosu pana, Pamiętnika znalezionego w wannie – i był pisarzem dość zamożnym, docenianym w Polsce i radośnie odkrywanym za granicą.

Nie było jednak tak, że – jak mógłby z góry założyć świeżo upieczony czytelnik – pisarzowi o tak genialnym umyśle i talencie podbicie obcych rynków wydawniczych poszło jak po maśle. Listy pokazują dobitnie, że było wręcz odwrotnie, że nawet najwartościowsza literatura nie obroni się sama. Na tym etapie swojej pisarskiej kariery Lem nie mógł pozwolić sobie na to, żeby po prostu usiąść i pisać – znaczną część czasu i energii spożytkowywać musiał na opracowywanie strategii podbicia rynku, przebijanie się ze swoją twórczością do potencjalnych odbiorców, poprawianie translacji i kwestie stricte biznesowe. Co i rusz uskarża się na koszmarnie słabe tłumaczenia swoich książek, nierzetelność wydawców, słabą promocję, błędny odbiór, wolno skraplające się profity. Niebywały sukces, który osiągnął, został okupiony niezłomnym uporem, tytaniczną pracą i benedyktyńską cierpliwością.

Bodaj najtrudniejszym rynkiem okazały się właśnie Stany Zjednoczone. Wydawana tam SF schlebiała swym poziomem niewyrobionym czytelniczo gustom osób poszukujących w literaturze niskich lotów eskapistycznej rozrywki. Triumfy święciły tam np. pulpowe magazyny. Wytrawniejsi czytelnicy z kolei trafnie kojarzyli SF z tandetą i unikali jej jak ognia. Lem, którego twórczość nie miała nic wspólnego ze ”śmieciowym” SF, był więc na starcie spalony dla jednych i drugich. Z tych właśnie przyczyn przekłady Kandla, choć bliskie doskonałości, nie przynosiły mu należytej gratyfikacji finansowej. Lem nie pozostawiał tłumaczowi złudzeń co do tego, że pracę którą wkłada w translację jego książek powinien traktować jako inwestycję długoterminową i dodatkowe źródło dochodu, że fame & fortune nie przychodzą z dnia na dzień.

Relacja Lema i Kandla, początkowo oparta stosunku autor-czytelnik i autor-tłumacz, ulega z czasem ewolucji. Panowie zaczynają określać ją (jak miało się później okazać, być może zbyt szumnie) mianem przyjaźni, a kiedy Kandel wyjawia Lemowi, że pracuje nad pierwszą powieścią SF, staje się bogatsza o płaszczyznę mistrz-uczeń. Warto dodać, że pisarz przez długi czas bezskutecznie namawiał tłumacza do pokazania mu maszynopisu, a gdy już go otrzymał, poddał go dogłębnej i miażdżącej (choć wciąż życzliwej) krytyce. Niestety, ich znajomość nie wytrzymała jej ciężaru – stosunki korespondentów uległy oziębieniu, a w końcu wygasły całkowicie. Sam Kandel zadeklarował zaś, że nie napisze już żadnej powieści. Na szczęście z czasem zdołał się otrząsnąć – wydał ich 4 (ostatnią w 1996 roku).

Listy dają czytelnikowi bezcenną możliwość styczności z Lemem-człowiekiem – osobą przenikliwą, stanowczą, dosadną (czasami być może zbyt dosadną), życzliwą i potrafiącą doskonale dbać o swoje interesy. Nie jest jednak Lem niewzruszonym nadludzkim monolitem – często uskarża się na znużenie życiem i poczucie wypalenia twórczego. Wydaje się, że fundament tych dolegliwości stanowiło zwątpienie w sens pisarskiej misji. Lem doskonale zdawał sobie sprawę z dydaktycznej wartości wielu swoich dzieł (walory niektórych kwestionował), ale wiedział też, że z przyczyn pozaliterackich nie są w stanie należycie rezonować w odbiorcach.

Warto dodać, że nie ma chyba tematu, na który Lem nie miałby do powiedzenia czegoś ciekawego, a na dodatek zazwyczaj czyni to w wielkim stylu. Korespondencja cechuje się więc wysokimi walorami literackimi i sprawi wielką przyjemność nawet osobom słabo zorientowanym w jego twórczym dorobku. Stali czytelnicy będą zachwyceni fragmentami, w których Lem dokonuje autointerpretacji swoich książek. Największą frajdę sprawiają refleksje na temat Pamiętnika znalezionego w wannie – bodaj najmroczniejszej i najbardziej tajemniczej ze wszystkich jego powieści. Pisarz uchyla także rąbka tajemnicy na temat swoich inspiracji oraz warsztatu pisarskiego (przyznaje, że Szpital przemienienia pisał tak, ”jak ptaszek śpiewa, bezwiednie”, ale już np. dla napisania 30 stron wykładu Golema XIV zużył 500 arkuszy papieru!).

Wydawca zdecydował się nie umieszczać w tomie listów Kandla, motywując tą decyzję faktem, iż był on o wiele mniej zaangażowany w dyskurs. Osobiście jestem tym trochę zawiedziony – ich obecność nie tylko rozjaśniłaby kontekst pewnych wypowiedzi Lema, ale i pozwoliła na zagłębienie się od kuchni w niuanse i meandry sztuki translatorskiej, która w tym przypadku musiała być iście wirtuozerska (translacja Lemianizmów była wyższą szkołą jazdy dla tłumaczy na całym świecie).

700 stron listów Lema do Kandla to nie tylko nie lada gratka dla wielbicieli jego twórczości, ale i książka najzwyczajniej w świecie świetna sama w sobie. Po prostu trzeba przeczytać!

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Wydawnictwo Literackie

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Pokój na Ziemi”

Stanisław Lem - ''Pokój na Ziemi''Niedaleka przyszłość. Członkowie wyścigu zbrojeń zabrnęli w ślepy zaułek – nowoczesne inwestycje militarne stały się tak drogie, że przekraczać zaczęły nawet możliwości finansowe supermocarstw. Celem zakończenia zimnej wojny i zaprowadzenia pokoju na Ziemi podpisano traktat zobowiązujący państwa do wysłania wszystkich swoich zasobów wojskowych na księżyc. Broń jest już na tyle nowoczesna, że zdolna do samodzielnej modyfikacji i produkcji. Pieczę nad ta operacją sprawuje niezależna Lunar Agency – bez jej wiedzy żaden kraj nie może zaczerpnąć ze swoich zasobów ani sprawdzić, w jakim stanie się znajdują. Niestety, opinia publiczna zaniepokojona jest możliwością inwazji robotów z księżyca. Ponieważ żadna z wysłanych tam ziemskich maszyn zwiadowczych nie powróciła ze swej misji, Lunar Agency wysyła tam niezawodnego Ijona Tichego.

Tak w skrócie, prezentuje się fabuła przedostatniej powieści Stanisława Lema. W dużym skrócie, warto podkreślić, ponieważ akcja, jak na zaledwie 200 stron, jest bardzo intensywna i równie zagmatwana. Pojawia się w niej sporo postaci o bardzo niejasnych motywacjach, futurystyczne urządzenia i skomplikowane terminy.

Choć nie sposób traktować serio pomysłu wywózki całego arsenału świata na księżyc, nie ulega wątpliwości, że Pokój na Ziemi zawiera w sobie pewne niezwykle istotne proroctwo: jedyną alternatywą dla samozagłady w nieustannym, wciąż przyspieszającym wyścigu zbrojeń zdaje się być dla ludzkości sytuacja globalnego, militarnego pata, stanu kruchej równowagi sił pomiędzy głowami państw trzymających się wzajemnie na celowniku apokaliptycznych bomb, co stanowi nie formę pokoju, a zaledwie jego karykaturę. Taki stan rzeczy jest nieuchronnym następstwem rozwoju technologicznego.

Wątek militarny nie jest jedynym w powieści. Dość duże znaczenie ma zabieg kallotomii (rozcięcia łączącego półkule mózgu spoidła), którego w tajemniczy sposób zaznał Tichy na księżycu. Perypetie, których na tle tego nieszczęścia doświadcza, stają się punktem wyjścia dla rozważań nad istotą świadomości, i tego, w jaki sposób ulokowana jest w mózgu. Czy można rozważać istnienie duszy, kiedy wie się, że przeprowadzenie określonego zabiegu na mózgu skutkuje zmianą osobowości, lub nawet jej rozszczepieniem?

Powieść ta, jak chyba każdy utwór opowiadający o przygodach Ijona Tichy’ego, posiada wiele akcentów humorystycznych. Nie są one tak wyraziste jak chociażby w przypadku Kongresu Futurologicznego, i może nie przyjdzie wam zrywać ze śmiechu boków podczas lektury, ale na uśmiechu z pewnością złapiecie się nie raz. Mgiełka dowcipu unosi się zresztą na kartach powieści niemal cały czas, rozmaita jest tylko jej gęstość.

Bardzo udanie wyszło Lemowi przeniesienie znacznej części akcji na księżyc. Lunarne pustkowie otoczone czarną jak smoła otchłanią kosmosu zostało odmalowane w sposób bardzo sugestywny – jego opisy są oszczędne, ale precyzyjne. Bez najmniejszego problemu idzie się wczuć w nastrój oddalenia od macierzystej Ziemi, w atmosferę kosmicznej przygody i czającego się w mrokach satelity nieokreślonego zagrożenia.

W Pokoju na Ziemi Lem po raz drugi (pierwszy raz zrobił to w powieści Niezwyciężony) wziął na warsztat niezwykły motyw nekrosfery. Choć jest to swego rodzaju delikatny autoplagiat, można Autorowi wybaczyć go z pocałowaniem ręki – o ile bowiem Niezwyciężony był dreszczowcem SF, i motyw ten służył w nim głównie budowaniu napięcia i niepokoju, o tyle Pokój na Ziemi to powieść z zacięciem filozoficznym, i nekrosfera odgrywa w niej rolę zgoła inną.

Pokój na Ziemi to prawdziwie wizjonerska powieść akcji; z pewnością zaspokoi gusta czytelnicze zarówno tych osób, które w literaturze szukają rozrywki, jak i tych poszukujących pożywki intelektualnej.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Sknocony Kryminał”

Stanisław Lem - ''Sknocony Kryminał''Nowy Jork. Cavish, prywatny detektyw, dostaje od mężczyzny nazwiskiem Washer zlecenie zbadania podejrzanych okoliczności śmierci jego przyjaciela, Cyryla Maystersa. Kiedy detektyw przybywa na spotkanie ze zleceniodawcą, okazuje się, że ten wyzionął ducha w aucie oczekując na jego pojawienie się. Cavish kradnie z jego portfela 500 dolarów, po czym, wiedziony wyrzutami sumienia, podąża tropem ku rozwiązaniu zagadki. Pomaga mu w tym córka Washera, Zuzanna. Tak przedstawia się fabuła ”Sknoconego Kryminału” – niedokończonej powieści Stanisława Lema, znalezionej w jego archiwum już po śmierci Autora.

W powieści niemal wcale nie czuć potężnej osobowości pisarza i jego super-intelektu. Lem jawi się w niej nie jako wielki myśliciel i wizjoner, a po prostu bardzo zręczny beletrysta, który wszystkie sztuczki pisarskie ma w czubku małego palca. Doskonale wie, jak zaciekawić czytelnika, jak wodzić go za nos, zbić go z tropu i budować napięcie, jak nadać głębię głównemu bohaterowi i tchnąć życie w jego relacje z innymi postaciami.

O ile ”Śledztwo” oraz ”Katar” przełamywały schemat gatunku, o tyle niniejsza powieść to kryminał pełną gębą (jeśli nie liczyć tego, że utwór urywa się pod sam koniec, pozostawiając czytelnika zdanego na własne domysły, co z tradycją kryminału stoi w jaskrawej sprzeczności, ale co też nie było celowym zabiegiem ze strony autora). Zawiera wszystkie klasyczne dla tego gatunku elementy: samotnego i steranego życiem detektywa, bezowocną znajomość z piękną kobietą, pieniądze, wiele dialogów, mnożące się tajemnice, ścielącego się gęsto trupa i wartką akcję. Powieść nie posiada też żadnego głębszego tła filozoficznego, brakuje w niej też górnolotnych opisów przyrody, itd. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to jedyna powieść Lema w pełni kwalifikująca się do kanonu literatury czysto rozrywkowej.

”Sknocony Kryminał” jest wielce interesujący z jednego jeszcze powodu: daje wgląd w proces twórczy Lema. W druku uwzględniono kursywą alternatywne wersje wydarzeń, a nawet sporządzone na gorąco, ledwo zrozumiałe notatki dotyczące dalszego rozwoju akcji. Dla osób interesujących się warsztatem pisarskim Lema, który wszystkie swoje brudnopisy spalił przed śmiercią, jest to niuans bezcenny.

W tomie znalazły się również dyktanda Stanisława Lema, którymi uczył swego siostrzeńca Michasia zasad ortografii. Nie są to nudne jak flaki z olejem teksty, którymi po dziś dzień katuje się uczniów szkół podstawowych, a porywające, i utrzymane głównie w makabrycznym tonie humoreski. Pojawiają się w nich asocjacje, gierki słowne, zdumiewające absurdy, zawijasy językowe (dzięki temu wielką przyjemność sprawia czytanie ich na głos), ciekawe wyrazy, itd. Każdy z tych kilkudziesięciu utworków stanowi więc małe dziełko sztuki.

Humorystyczny wydźwięk ma również krótka sztuka bezlitośnie ośmieszająca socjalizm i jego piewców. Podczas jej czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Podobno sam Lem od czasu do czasu odczytywał ją głośno, modulując głos, by ulżyć swej frustracji (utwór trzymał schowany właśnie w maszynopisie ”Sknoconego Kryminału”).

Jeśli przepadacie za kryminałami, i jesteście ciekawi, jak to jest, gdy akcja dobrego utworu urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając was zdanymi na własne domysły i wyobraźnię – ”Sknocony Kryminał” jest powieścią dla was. Nie jest to w żadnym wypadku literatura wielka (nie była zresztą nawet w założeniach być tworem ambitnym), ale czytadło z niej bardzo przyzwoite. Warto również nabyć tom z uwagi na kunsztowne ”Dyktanda…” – kto wie, czy wasze dzieci nie będą potrzebowały wyrafinowanych lekcji zasad ortografii?

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.