Archiwa tagu: literatura

Wojciech Gunia – ”Miasto i Rzeka”

Wojciech Gunia - ''Miasto i Rzeka''Przyznaję się bez bicia: przy pierwszej lekturze tej książki – przegrałem z nią. Nie, nie odłożyłem jej na półkę: przeczytałem ją w zasadzie jednym tchem, i… zachłysnąłem się nią. Nie zwróciłem uwagi na pewne drogowskazy, zbłądziłem na manowce niewłaściwej interpretacji, nie zdołałem dojrzeć wielu niuansów i drugiego dna. Nawet teraz czuję pewną nieśmiałość w spisywaniu swoich wrażeń; zabieram przecież głos jako jeden z pierwszych.

Trzecia książka Wojciecha Guni zawiera dwie objętościowo zbliżone nowele utrzymane w konwencji weird fiction. Nie ukrywam, że po dwóch poprzednich, wybitnie dobrych książkach autora moje oczekiwania wobec tejże były wysokie, tym bardziej, że i te teksty dojrzewały do wydania długimi latami.

Bohaterem utworu Miasto i Rzeka jest płatny zabójca. Przybywa on do niewielkiego, trudno położonego miasteczka w celu wykonania przysłowiowej mokrej roboty. Podjęcie się tego zadania wpędziło go w konflikt z organizacją, dla której pracował; jest on na tyle poważny, że może skończyć się dla niego tragicznie. Szybko okazuje się, że to nie pieniądze są wabikiem, który skłania go do zaryzykowania własnym życiem…

Elementy sensacyjne na pierwszy rzut oka wyglądają niezbyt przekonująco: organizacja, której sprzeniewierzył się główny bohater, wysyła celem jego zlikwidowania pospolitych bandziorów, zamiast, jak można by tego oczekiwać, profesjonalnych kilerów. Bohater (który, swoją drogą, jak na kabałę w którą się wplątał, zachowuje się bardzo nieostrożnie) rozprawia się z nimi w mgnieniu oka, w sposób zresztą niezbyt wyrafinowany. Można by pomyśleć, że Autor poszedł na skróty, nie miał cierpliwości na jego rozbudowę motywu – wszak gdyby pociągnąć wątek subtelniej i dalej, można by wnieść w ten sposób do noweli powiew lodowatego, zatęchłego powietrza: zaszczucia i paranoi (wyśmienicie zbudował Gunia taką atmosferę w utworze Spisek ze zbioru Powrót). Właściwa interpretacja tekstu czyni jednak wyżej wymienione mankamenty pozornymi.

Pewne elementy Autor rzeczywiście jednak zaniedbał. Postać żony głównego bohatera (i zarazem matki ich dziecka) potraktowany został nie tyle nawet po macoszemu, co zaledwie liźnięty. Jest to niekonsekwencja ogromna – tym większa, z uwagi na emocjonalną wymowę utworu. To zaś, że o samym bohaterze niewiele wiadomo poza tym, jak doszło do tego, że stał się wyrachowanym ”cynglem”, że jego życie sprzed nieszczęścia, które go dotknęło, spowija aura tajemnicy, nie jest jednak mankamentem – paradoksalnie jego postać nabiera dzięki temu głębi, którą niekoniecznie dałoby się uzyskać nawet poprzez obrazowe odmalowanie jego przeszłości. Bohater jest więc bardzo ludzki, chociaż to wciąż swego rodzaju człowiek-zagadka.

Udział poetyki w konstrukcji nastrojowych opisów jest znacznie mniejszy, niż w przypadku genialnego Powrotu; w Miasto i Rzeka konstrukcyjnymi cegiełkami zobrazowań są przede wszystkim dosadne przymiotniki. Trik ten został w moim odczuciu dość mocno wyeksploatowany już w Powrocie, i powinien zostać ograniczony na rzecz impresji poetyckich właśnie (a te Guni udają się znakomicie). Poeta, którym Gunia jawił się w swoim debiucie, tutaj przeistoczył się w zręcznego żonglera ciężkimi jak kamienie słowami.

Wątek paranormalny jest skonstruowany rewelacyjnie. Od samego początku do czynienia mamy z makabryczną tajemnicą systemu funkcjonowania miasteczka, enigmatyczną, żyjąca początkowo tylko w myślach bohatera i jego rozmowach z tubylcami postacią Doktora, oraz nieodgadnioną potwornością żyjącą w otchłani ujścia tytułowej rzeki. Atmosfery tajemniczości dopełnia – odsłaniany powoli i umiejętnie – sekret motywacji głównego bohatera, jego trauma.

Gunia już w poprzednich swoich książkach dał się poznać jako Autor, który lubi obnażać przed czytelnikiem niewygodne prawdy o kwestiach dla człowieka fundamentalnych – czego bynajmniej nie czyni dlatego, że jest sadystą, tylko twórcą uczciwym. Tym razem wywrócił na nice sacrum miłości, ukazując jej nieeleganckie, ale niezniszczalne podwaliny. Jednocześnie opowiada o tym, jak tęsknota za najbliższym, choć śmiertelnie bolesna, staje się ostatnim bastionem człowieczeństwa, że nie ma potworności, której człowiek nie uczyniłby dla dobra tych, których kocha (jeśli kocha ich naprawdę) a także o tym, do czego taka miłość może człowieka zaprowadzić.

Miasto i Rzeka to utwór bardzo dobry: wciąga, porusza, niepokoi i daje do myślenia. Wielki plus stanowi również jego przewrotność – dostrzeżecie ją z pewnością, jeśli nie przeoczycie pewnego drogowskazu. Wypada też dodać, że to nowela bardzo filmowa: wręcz prosi się o ekranizację, i jestem pewien, że prędzej czy później jakiś zdolny reżyser przełoży ją na język filmu.

Droga Zjednoczenia opowiada o mężczyźnie usiłującym rozwikłać tajemnicę samobójczej śmierci swojego brata. By tego dokonać, bohater zmuszony jest powrócić do zdarzeń, które wyparł ze swojego życia, zanurzyć się głęboko w ich czeluści, oraz pokonać drogę, którą przeszedł jego ojciec i brat, zjednoczyć się z nimi – i z całym światem.

Utwór posiada wspólny mianownik z opowiadaniem Ojciec ze zbioru Powrót. Jest nim właśnie postać ojca, zajmującego się na strychu domu rodzinnego nieodgadnionymi dla jego rodziny rzeczami, ojca tkwiącego w szponach ciemnych sił. Nie jest to w żadnym wypadku autoplagiat, a tylko wariacja tematyczna. Droga Zjednoczenia wypada w tym zestawieniu zresztą zdecydowanie lepiej.

Językowo Droga Zjednoczenia jest jednym z lżejszych utworów w dorobku Guni; stawiam ją w jednym rzędzie z takimi opowiadaniami, jak Zachwyt i Spisek z debiutanckiego Powrotu. Nie poczytuję tego bynajmniej jako wadę noweli – dzięki temu nie tyle nawet czyta się ją, co po prostu chłonie. Zresztą, wciąż nie jest to język rodem z przeciętnych opowiadań beletrystycznych – tu i ówdzie połyskują ostrokanciaste diamenty aforyzmu, gdzieniegdzie roztaczają swój nostalgiczny powab ponure bukiety kwiecistości. Język jest po prostu bardzo precyzyjnie wyważony w stosunku do historii, którą opowiada.

Zrozumienie metafizycznych sensów Drogi Zjednoczenia może nastręczać dużych trudności. Zjednoczenie, o którym mowa w noweli – zjednoczenie doskonałe i jednocześnie okrutne, bo pozbawione alternatywy – choć wyjaśnione jest dość wyczerpująco, do pełni zrozumienia wymaga od odbiorcy oczytania w pracach gnostyka Jerzego Prokopiuka. Konfrontacja z ciemnością i zjednoczenie się z nią jako z najgłębszą, fundamentalną warstwą rzeczywistości stanowi zresztą, zdaje się, wspólny mianownik obu utworów.

Nie ukrywam, że i ja sam nie należę do czytelników otrzaskanych z metafizyką; może dlatego też dla mnie prawdziwym bohaterem noweli jest przeszłość. Ta w utworze wciela się jakby w postać upiora, który tropi człowieka i zaszczuwa go, by w końcu – może jutro, może za dwadzieścia lat – przyprzeć go do muru ślepego zaułka i zmusić do spojrzenia mu głęboko w oczy. Czasami okazać może się, że nie ma tam nic, poza otchłanią, w której odbiciu człowiek może wreszcie dostrzec całe swe przerażenie – przerażenie stanowiące najlepszą być może miarę tego, jak bardzo jest żywy.

Nowela ta jest mniej niepokojąca od swojej poprzedniczki, spowija ją jednak równie gęsta atmosfera tajemnicy, i nieuchronności przemijania. Fragment, w których główny bohater przegląda na strychu stare rodzinne zdjęcia, opisany jest niezwykle sugestywnie. Czytając, niemal czuć pod palcami szorstkość kurzu, prawie czuje się zatęchły zapach dawnych dziejów. Momentów, które wywrą na czytelniku równe mocne wrażenie, jest zresztą więcej, żeby wymienić chociażby błyskotliwy monolog starego, schorowanego człowieka (toż to istna kaskada złotych myśli!), opowieść doktora Zauta o podupadłym zakładzie fotograficznym, czy (porażające!) zakończenie.

W obu nowelach sporo jest dialogów. Dialogów udanych, brzmiących naturalnie. Gunia bardzo rozwinął się pod tym względem od czasów Powrotu, w której to książce dialogów było jak na lekarstwo (że o dobrych dialogach nawet nie wspomnę).

Miasto i Rzeka to książka, którą przeczytać powinien każdy fan grozy. Nie jest to Gunia w najwyższej formie (przynajmniej dla mnie, bo bardzo cenię sobie jego mroczne poezjowanie, a tego w rzeczonych nowelach trochę jednak zabrakło), ale to wciąż świetne weird fiction. Teksty są niezwykle nastrojowe, i odczytywać można je na kilku płaszczyznach. Bardzo prawdopodobne, że w tym roku doczekamy się kolejnej powieści autora (Merkuriusz), oraz nowego zbioru opowiadań (Dom Wszystkich Snów). Pozostaje za to trzymać – poobgryzane ze strachu do krwi – kciuki.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: Dom Horroru

Książkę nabyć można na oficjalnej stronie Wydawnictwa – http://www.domhorroru.pl/

Reklamy

Paulo Coelho – ”Alchemik”

Paulo Coelho - ''Alchemik''Nim zabrałem się za Alchemika, naczytałem się o nim, naczytałem. Większość odbiorców gromiła tę najsłynniejszą powieść Coelho za jej banalność i pseudo-odkrywczość, niektórzy jednak – i było ich całkiem sporo, nawet wśród czytelników dość mocno w bojach czytelniczych już zaprawionych – chwaliło za mądrość życiową. O ile zwykle podchodzę sceptycznie do takich nagonek – zdarza się, że besztane z błotem są książki naprawdę oryginalne i dobre – tak tym razem spodziewałem się właśnie totalnej klapy. Cóż ukrywać: nie pomyliłem się.

Bohaterem powieści jest Santiago, pasterz owiec. Po tym, jak zrezygnował ze święceń kapłańskich, błąka się po Andaluzji nigdzie nie zagrzewając na dłużej miejsca. W nocy śni mu się kilkukrotnie skarb zakopany w Egipcie, wśród piramid. Gdy udaje się do wróżbitki z prośbą o wyjaśnienie znaczenia majaku, ta poleca mu udać się na poszukiwania fortuny. Wkrótce też spotyka na swojej drodze mędrca, który tytułuje się królem Salem i naprowadza go na jego właściwą życiową ścieżkę, polecając mu podążać nią. Santiago udaje się w podróż do Egiptu.

Przesłanie Alchemika jest następujące: człowiek powinien podążać za swoimi marzeniami, gdyż tylko to pozwoli mu stać się najlepszą wersją samego siebie, co na dobre wyjdzie nie tylko jemu samemu, ale i całemu światu. Przekaz ten, równie szlachetny co banalny, ubrany jest niestety w tanie łachmany pseudofilozoficznego i pseudopoetyckiego bełkotu. To zresztą właśnie cały Coelho: najpierw przyodziewa oczywistości i niezbyt odkrywcze prawdy życiowe w określenia trącące metafizyką, a potem objaśnia je, nadając im pozory wzniosłości. Napomknięcia (jakże liczne, jakże liczne!) o Własnej Legendzie, o Duszy Wszechświata, Wojowniku Światła i co tam jeszcze, na początku irytują, potem już zwyczajnie śmieszą. Czytając Alchemika miewałem silne poczucie, że oto obcuję z wytworem niegroźnego szaleńca. Bo (wybaczcie określenie) system filozoficzny przedstawiony w powieści jest na swój sposób spójny – tyle, że jest głupi i nie ma żadnego pokrycia w rzeczywistości. Równie dobrze mógłby to być poradnik o tym, jak żyć na księżycu.

Weźmy chociażby przykład anglika podróżującego z Santiago do oazy. Poszukuje on Alchemika, by dowiedzieć się, w jaki sposób wyprodukować kamień filozoficzny. Odnaleziony mędrzec po prostu mówi mu, żeby spróbował to zrobić. I co się dzieje? Ów anglik, który mógł uczynić to dekadę wcześniej, robi to dopiero teraz, za jego przyzwoleniem. Nawet jeśli potraktować ten wątek w charakterze przypowieści objawiającej prawdę życiową (banalną do bólu: że wcale nie potrzeba czyjejś zgody do spełnienia swoich marzeń), jest on wprost idiotyczny.

Sporo w Alchemiku również nadzwyczajnych bzdur. Mowa o podniosłych stwierdzeniach, że Wszechświat działa na korzyść ludzi mających odwagę dążyć do ziszczania swoich marzeń (samorealizacji i szczęścia w miłości), że świat przepełniają znaki wskazujące właściwą drogę postępowania i można nauczyć się je czytać, itd. Zresztą bzdury te najlepiej chyba tłumaczą sukces komercyjny Alchemika: ludzie lubują się w wierze w tego typu słodkie i wygodne kłamstewka. Osobom poszukującym w życiu motywacji do pracy nad sobą i swoim życiem poleciłbym raczej książki z zakresu rozwoju osobistego.

Ocena, jaką przyznaję powieści nie jest niższa tylko dlatego, że, cokolwiek by nie mówić, napisana jest przynajmniej z poszanowaniem zasad gramatyki. Przypadło mi też do gustu jej całkiem przewrotne zakończenie. Dobry człowiek z tego Coelho, poczciwa z niego dusza, ale niestety marny pisarz i raczej słaby myśliciel. W Alchemiku nie ma ni rozrywki, ni napięcia, ni prawdziwej mądrości.

Ocena: 3/10 (słaba).

***

Okładka: Drzewo Babel

Stephen King – ”Carrie”

Stephen King - ''Carrie''Szesnastoletnia Carrie White nie ma łatwego życia. W szkole jest bezlitośnie wyśmiewana przez rówieśników, zaś w domu terroryzuje ją owładnięta religijnym fanatyzmem matka. Nastolatka, choć zahukana, posiada jednak pewien niezwykły, wrodzony dar: telekinezę, czyli umiejętność poruszania przedmiotami przy pomocy siły woli. Kiedy szkolny przystojniak Tommy zaprasza ją na wiosenny bal (co czyni na prośbę swojej dziewczyny, Sue, miotanej wyrzutami sumienia z powodu krzywdy, jaką wyrządziła Carrie), zgadza się ona na dotrzymanie mu towarzystwa. Niestety, noc, która miała być dla niej wyjątkowa, przeistoczy się w koszmar, który pochłonie kilkaset istnień ludzkich.

Budzi zdumienie konstrukcja utworu. Na przemian mamy do czynienia to z tradycyjną narracją trzecio-osobową (przy czym przedstawione są losy rozmaitych postaci), to z fragmentami fikcyjnych dzieł poświęconych przypadkowi Carrie (czasami artykułami, czasami paranaukowemu studium poświęconego fenomenowi telekinezy). Na szczęście, mimo bardzo nietypowej formy formy, czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem, co się dzieje.

”Carrie” jest powieścią niesamowicie frapującą. Czytelnik mimowolnie odczuwać będzie silne emocje względem wszystkich pojawiających się w niej postaci. Współczucie wobec bezbronnej i zahukanej Carrie, sympatię do egoistycznej, ale uczciwej Sue, wściekłość na przemądrzałą i zawziętą Chris oraz fanatyczną matkę głównej bohaterki. Jednocześnie wszystkie te postaci posiadają niezwykłą głębię – nie są do końca złe ani do końca dobre, posiadają wiarygodne, złożone motywacje. Osobiście zżyłem się z Carrie tak mocno, że w pewnym momencie, wiedząc o tym, że jej historia skończy się źle (bo to w powieści jasne jest od samego początku), nie potrafiłem przemóc się, by czytać dalej. Nie tylko zresztą za sprawą uczuć dręczonej nastolatki – jej żalu, zawodu, przygnębienia i złości – ale również pustej nienawiści jej bezlitosnych oprawców.

W przeciwieństwie do wielu innych powieści Kinga, tutaj wątek paranormalny wkomponowany jest idealnie i w żadnej mierze nie wydaje się groteskowy. Pomimo tego, bardzo dobrze stopniowanego napięcia, oraz druzgocącego i krwawego finału, ”Carrie” to przede wszystkim powieść psychologiczna, dopiero potem horror. Brak tutaj również Kingowego gadulstwa, historia uściślona jest aż do esencji.

Chociaż utwór nie zawiera wyłożonych jak na tacy moralitetów na temat znęcania się nad słabszymi, to jednak refleksja w tej materii nasuwa się sama, nie można więc odmówić ”Carrie” pewnej wartości dydaktycznej. Czytający tą powieść ma szansę przekonania się o tym, co dzieje się w sercu szykanowanej ofiary i jak wpływa to na jej funkcjonowanie. Wierzę, że nie może to pozostać bez minimalizującego wpływu na jego potencjalne, tyrańskie zapędy.

Kingowi bardzo powiodło się oddanie gęstej atmosfery Ameryki lat 80. Tętniąca młodzieżowym życiem szkolna dżungla, pub gdzie można wynająć pokój na tak zwany szybki numerek, samochody z duszą, małe miasteczko ze swoimi pilnie strzeżonymi tajemnicami, położona na odludziu farma – każde z tych miejsc posiada głębię, nawet jeśli czasami naszkicowaną pospiesznie, to w taki sposób, że wyobraźnia czytającego bez trudu wykonuje resztę pracy za autora.

Ta krótka powieść (liczy sobie niecałych 200 stron) nie bez powodu zapewniła Kingowi stateczność finansową: ”Carrie” wciąga i porusza. W przeciwieństwie do większości książek Autora nie ma w niej nic zabawnego (chyba że ktoś za zabawne uznaje znęcanie się nad słabszymi), ale nijak nie wpływa to ujemnie na satysfakcję z lektury. Warto wspomnieć, iż niewiele brakowało, żeby powieść nigdy się nie ukazała – pisarz nie był z niej zadowolony i wyrzucił maszynopis do śmieci; dopiero jego żona wyciągnęła go stamtąd, przeczytała, i namówiła go do kontynuowania pracy nad nim. Jak dobrze, że chociaż ten jeden raz ktoś odważył się stanąć w obronie Carrie White.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Prószyński i S-ka.

Rozważania o Końcu Człowieka

Skończyłem właśnie czytać Wybór Opowiadań Tadeusza Borowskiego. Podczas lektury nie raz łapałem się na tym, że nogi mam wyprostowane, a mięśnie łydek zaciśnięte do bólu; że otwieram z niedowierzania usta, że włosek po włosku wyrywam sobie zarost. Cokolwiek napiszą kiedykolwiek najmroczniejsi pisarze tego świata, nic nie będzie mogło równać się z tym, co zaszło w samej rzeczywistości, z czego zdali nam relacje chociażby Stanisław Grzesiuk, Aleksander Sołżenicyn, czy właśnie Tadeusz Borowski. Kto nie wierzy – niech sprawdzi sam.

Opowiadania te – to oszronione i zakurzone okna na tamten okres, na te miejsca i sytuacje. A ja przez te okna przypatrywałem im się ze swojego ciepłego, wygodnego, i bezpiecznego lokum, syty, i z lodówką pełną smakowitości, o których wtedy ludziom nawet się nie śniło. Patrzyłem, jak esesmani zamęczają na śmierć niewinnych, słuchałem tęsknych rozmów o najzwyklejszej w świecie pajdce chleba, czułem fetor rozkładających się ciał, i nie mogłem ich niedoli zaradzić. A nawet gdybym mógł, gdybym tkwił tam fizycznie, prawdopodobnie bałbym się narażać na takie niebezpieczeństwo. Prawdopodobnie, bo na sto procent pewien nie jestem. Nie znam siebie do końca. Mogę mieć tylko nikłą nadzieję, że odważyłbym się, i że choć może sam bym przy tym zginął, to jednak człowiek we mnie – ocalałby. Ale co ja będę fantazjował, ćwiczył kaligrafię palcem na wodzie.Rozważania o Końcu Człowieka (1)Kiedy czyta się o tym, jak całe tysiące, prowadzone przez garstkę uzbrojonych w automaty ludzi, szły do komór gazowych, potulnie, jak owce na rzeź, nie jest się już wcale takim pewnym tego, czy rzeczywiście dobrze, że w kosmosie zaistniał ten przebłysk świadomości zwany ludzkością. I powiem więcej: boję się, że we Wszechświecie istnieć może masa cywilizacji, które prędzej czy później, na drodze swego rozwoju, zabrną w ślepy zaułek eksterminacji i globalnych wojen. Że gdzieś ciągle giną miliony, że rzeź trwa dzień i noc, i nie skończy się, póki nie zgasną ostatnie gwiazdy.

I my, tutaj, na Ziemi, też nie jesteśmy bezpieczni. W świecie, w którym coś tak potwornego w swym okrucieństwie i bezsensie wydarzyło się raz, może zdarzyć się po raz kolejny. Wkrótce może nadejść dzień, kiedy zapędzi się nas w bydlęce wagony, wywiezie na odludzie, i będzie mordować na skalę przemysłową. Tylko, że przy dzisiejszej technologii wydajność fabryk śmierci przewyższyłaby nazistowskie o tysiąc procent. I tak się stanie, jeśli będzie to w interesie tego 1 procenta ludzi, których fortuna przewyższa majątek całej reszty ludzkości (a zaledwie 8 najbogatszych osób zamożniejszych jest od 3,6 miliarda najbiedniejszych – raport OXFAM z 2016 roku). W razie potrzeby zniszczy się nas tak, jak Stany Zjednoczone zniszczyły Irak dla ropy. Będzie tak, bo to pieniądz rządzi światem, i nie ma żadnej siły, która mogłaby mu się przeciwstawić, a władza deprawuje bardziej, niż cokolwiek innego.Rozważania o Końcu Człowieka (2)Kruchy jest pokój pomiędzy narodami. W nic nie inwestuje się więcej pieniędzy, niż w coraz doskonalsze narzędzia zagłady. Wyścig zbrojeń trwa, i nie ustanie nigdy, gdyż po pierwsze, każda ze stron chce być najpotężniejsza, a po drugie, dla względnego bezpieczeństwa zachowana musi być równowaga sił. W 2015 roku na świecie znajdowało się prawie 16 tysięcy głowic jądrowych (stosunkowo niewiele, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że jeszcze w roku 1985 było ich ponad 65 tysięcy). Bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę miała moc 16 kiloton trotylu i zabiła ponad 70 tysięcy osób – ale to jest, proszę Państwa, stosunkowo niewiele jeśli chodzi o siłę rażenia. Car Bomba zdetonowana przez Związek Radziecki w 1961 roku miała moc około 58 megaton trotylu, więc była cztery tysiące razy potężniejsza (siła eksplozji mogła osiągnąć moc 150 megaton, ale została ograniczona ze względów bezpieczeństwa). Jest to więc broń apokaliptyczna.

Tak. Wszyscy siedzimy na bombie wodorowej; bombą wodorową świat stoi, bomba wodorowa to jego fundament: bezpieczeństwo i prawdopodobnie przyszła zguba. Tulmy ją więc z całą czułością, z jaką kochamy swoje małe życia. Tulmy ją i kochajmy, póki jeszcze możemy.

***

Fotografie:
1. – Ofiary eksterminacji przeprowadzanej przez nazistów w niemieckim obozie koncentracyjnym Buchenwald. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.
2. – Wybuch bomby atomowej testowanej przez USA na atolu Bikini w ramach Operacji Crossroads 25 lipca 1946 roku. Zdjęcie pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Stanisław Lem – ”Sknocony Kryminał”

Stanisław Lem - ''Sknocony Kryminał''Nowy Jork. Cavish, prywatny detektyw, dostaje od mężczyzny nazwiskiem Washer zlecenie zbadania podejrzanych okoliczności śmierci jego przyjaciela, Cyryla Maystersa. Kiedy detektyw przybywa na spotkanie ze zleceniodawcą, okazuje się, że ten wyzionął ducha w aucie oczekując na jego pojawienie się. Cavish kradnie z jego portfela 500 dolarów, po czym, wiedziony wyrzutami sumienia, podąża tropem ku rozwiązaniu zagadki. Pomaga mu w tym córka Washera, Zuzanna. Tak przedstawia się fabuła ”Sknoconego Kryminału” – niedokończonej powieści Stanisława Lema, znalezionej w jego archiwum już po śmierci Autora.

W powieści niemal wcale nie czuć potężnej osobowości pisarza i jego super-intelektu. Lem jawi się w niej nie jako wielki myśliciel i wizjoner, a po prostu bardzo zręczny beletrysta, który wszystkie sztuczki pisarskie ma w czubku małego palca. Doskonale wie, jak zaciekawić czytelnika, jak wodzić go za nos, zbić go z tropu i budować napięcie, jak nadać głębię głównemu bohaterowi i tchnąć życie w jego relacje z innymi postaciami.

O ile ”Śledztwo” oraz ”Katar” przełamywały schemat gatunku, o tyle niniejsza powieść to kryminał pełną gębą (jeśli nie liczyć tego, że utwór urywa się pod sam koniec, pozostawiając czytelnika zdanego na własne domysły, co z tradycją kryminału stoi w jaskrawej sprzeczności, ale co też nie było celowym zabiegiem ze strony autora). Zawiera wszystkie klasyczne dla tego gatunku elementy: samotnego i steranego życiem detektywa, bezowocną znajomość z piękną kobietą, pieniądze, wiele dialogów, mnożące się tajemnice, ścielącego się gęsto trupa i wartką akcję. Powieść nie posiada też żadnego głębszego tła filozoficznego, brakuje w niej też górnolotnych opisów przyrody, itd. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to jedyna powieść Lema w pełni kwalifikująca się do kanonu literatury czysto rozrywkowej.

”Sknocony Kryminał” jest wielce interesujący z jednego jeszcze powodu: daje wgląd w proces twórczy Lema. W druku uwzględniono kursywą alternatywne wersje wydarzeń, a nawet sporządzone na gorąco, ledwo zrozumiałe notatki dotyczące dalszego rozwoju akcji. Dla osób interesujących się warsztatem pisarskim Lema, który wszystkie swoje brudnopisy spalił przed śmiercią, jest to niuans bezcenny.

W tomie znalazły się również dyktanda Stanisława Lema, którymi uczył swego siostrzeńca Michasia zasad ortografii. Nie są to nudne jak flaki z olejem teksty, którymi po dziś dzień katuje się uczniów szkół podstawowych, a porywające, i utrzymane głównie w makabrycznym tonie humoreski. Pojawiają się w nich asocjacje, gierki słowne, zdumiewające absurdy, zawijasy językowe (dzięki temu wielką przyjemność sprawia czytanie ich na głos), ciekawe wyrazy, itd. Każdy z tych kilkudziesięciu utworków stanowi więc małe dziełko sztuki.

Humorystyczny wydźwięk ma również krótka sztuka bezlitośnie ośmieszająca socjalizm i jego piewców. Podczas jej czytania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Podobno sam Lem od czasu do czasu odczytywał ją głośno, modulując głos, by ulżyć swej frustracji (utwór trzymał schowany właśnie w maszynopisie ”Sknoconego Kryminału”).

Jeśli przepadacie za kryminałami, i jesteście ciekawi, jak to jest, gdy akcja dobrego utworu urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając was zdanymi na własne domysły i wyobraźnię – ”Sknocony Kryminał” jest powieścią dla was. Nie jest to w żadnym wypadku literatura wielka (nie była zresztą nawet w założeniach być tworem ambitnym), ale czytadło z niej bardzo przyzwoite. Warto również nabyć tom z uwagi na kunsztowne ”Dyktanda…” – kto wie, czy wasze dzieci nie będą potrzebowały wyrafinowanych lekcji zasad ortografii?

Ocena: 7/10 (bardzo dobra).

***

Okładka: Agora S.A.

Henry Darger i Krainy Nierealnego

Różne są motywacje osób tworzących literaturę. Jednych kuszą sława i pieniądze, drudzy tworzą ją z potrzeb autoterapeutycznych, jeszcze inni dlatego, że literatura stanowi dla nich najdogodniejszy sposób porozumiewania się ze światem. Powodów dla których twórca wyraża się w słowie jest zresztą więcej, z reguły łączy je natomiast wspólny mianownik: twórczość domaga się odbiorcy. Znakomicie świadczy o tym chociażby popularność blogów (rzekomo malejąca, ale wciąż jeszcze przecież duża) i pojawiające się jak grzyby po deszczu oficyny typu vanity press, w których każdy za stosowną opłatą wydać może drukiem swój utwór. Są jednak ludzie, którzy swą twórczość skrzętnie przed światem skrywają; nie zależy im na rozgłosie, pieniądzach, ani komunikacji z ludzkością. Każdego dnia pomnażają swój skarb, by móc cieszyć się nim w samotności. Ilu z nich zabiera go ze sobą do grobu i ile traci na tym świat – nie wiadomo. O ich istnieniu świadczą tylko rzadkie przypadki pośmiertnych demaskacji. Jednym z najznamienitszych z nich – obok chociażby Emily Dickinson – jest Henry Darger.

Henry Darger i Krainy Nierealnego (2)Urodził się w Chicago, 12 kwietnia 1892 roku, jako syn Henrye’go Dargera seniora i Rosie Fullman. Jego matka zmarła, gdy miał zaledwie 4 lata, podczas porodu (dziecko, córeczka, została oddana do adopcji, i wszelki ślad po niej zaginął). Henry sr. zachorował w 1900 roku, i musiał udać się do domu opieki św. Augustyna, gdzie przebywał aż do swojej śmierci pięć lat później. Ośmioletni wówczas Henry jr. trafił do ośrodka The Lincoln Asylum sprawującego opiekę nad dziećmi słabymi umysłowo. Według akt jego niedyspozycja umysłowa objawiać miała się… notoryczną masturbacją, co było zapewne pretekstem, który pozwolił ojcu chłopca znaleźć mu cztery kąty. Chłopiec uciekł stamtąd w roku 1908, jako siedemnastolatek. W 1917 roku został wcielony do armii, skąd zwolniono go wkrótce z powodu problemów z oczami.

Życie Dargera było monotonne i samotnicze. Jedynym jego przyjacielem był niejaki William Schloeder, ale wyprowadził się z Chicago w roku 1930 (zmarł w 1959 roku; mężczyźni utrzymywali znajomość korespondencyjnie). Przez całe życie pracował w charakterze woźnego i zmywacza naczyń. Czasami dla zabawy symulował głośne rozmowy pomiędzy sobą a swoimi przełożonymi, posuwając się w nich do mówienia nieprzyzwoitych rzeczy, których w rzeczywistości wypowiedzieć nie mógł. Był bardzo religijny i regularnie uczęszczał na msze święte do kościoła katolickiego. Dwa razy dziennie chodził na spacery, podczas których wygrzebywał z koszów na śmieci gazety i zupełnie bezużyteczne przedmioty.

Z tego znali Dargera sąsiedzi. Człowiek ten prowadził jednak nieskończenie bardziej bogate życie wewnętrzne, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Od 19 do 80 roku życia pracował w całkowitym sekrecie przed światem nad epicką powieścią fantasy. Nigdy nie starał się o opublikowanie jej w formie książkowej. Wszystko wskazuje na to, że tworzył ją wyłącznie dla samego siebie, że był to jego własny, prywatny, intymny świat, rodzaj literackiej bańki mydlanej, zapory przed rzeczywistością.

Dzieło liczy sobie 15.145 obustronnie zapisanych kartek maszynopisu i nosi tytuł ”Historia Dziewcząt Vivian, znana również jako Krainy Nierealnego, czyli rzecz o glandeko-angeliniańskiej burzy wojennej, spowodowanej buntem zniewolonych dzieci”. Miejscem akcji jest ogromna planeta (Ziemia jest jej satelitą). Toczy się na niej wojna pomiędzy dwoma państwami: Glendalianami, którzy ukochali sobie mordowanie i zniewalanie dzieci, oraz chroniącą je przed tymże okrucieństwem Abbienią. Tytułowe dziewczęta Vivan to siedem księżniczek szlachetnego narodu, zdecydowanych prowadzić z agresorami zmilitaryzowaną walkę.Henry Darger i Krainy Nierealnego (1)”Krainy Nierealnego” to nie tylko maszynopis: trzy z piętnastu tomów składających się na to monumentalne dzieło zawierają wyłącznie ilustracje – Darger używał do ich tworzenia m. in. techniki kolażu (posługiwał się przy tym wycinkami z gazet wybieranych ze śmietników) i akwareli. Ponieważ dzieło nie zostało dotychczas wydane drukiem zwartym (i z uwagi na jego objętość wątpliwe jest, by kiedykolwiek do tego doszło), warto poświęcić im więcej uwagi – zapewne dają najlepsze wyobrażenie o tym, co dzieje się na kartach książki.

Większość z nich to sielskie, bajecznie kolorowe obrazki przedstawiające tłumy dziewczynek relaksujących się na świeżym powietrzu. Na niektórych z nich są przyodziane, na innych – nagie, przy czym zwraca uwagę fakt, że – nie wiedzieć czemu – posiadają męskie narządy genitalne. Największe wrażenie robią ilustracje przedstawiające wojenną pożogę – dziewczynki są na nich bestialsko torturowane i mordowane: przybijane do krzyży, patroszone, duszone, biczowane, wiązane, szlachtowane, wieszane w masowych egzekucjach. Dwoi się na nich i troi od wyprutych wnętrzności; jest to istna rzeź niewiniątek.

Małe, roznegliżowane dziewczynki z męskimi genitaliami oraz mordujący ich masowo, dorośli mężczyźni – to właśnie zaprzątało Dargerowi myśli przez całe jego życie. Co sprawia, że człowiek ucieka przed rzeczywistością w świat tak makabrycznych fantazji?

Wszystko wskazuje na to, że impulsem do napisania powieści była postać pięcioletniej Elsie Paroubek, której morderstwo stało się w tamtym czasie sensacją medialną (mordercy nigdy nie odnaleziono). Darger wyciął jej zdjęcie z gazety i przechowywał je razem z masą innych wycinków, zupełnie nie przywiązując do niego uwagi. Pewnego dnia zapragnął jednak ujrzeć je znowu, ale nie mógł go odnaleźć; doszedł do wniosku, że zostało mu skradzione wraz z wieloma innymi przedmiotami podczas włamania do jego osobistej szafki w miejscu pracy. To wtedy zaczął roztrząsać okrucieństwa, jakich doświadczają na tym świecie dzieci, poprzysięgając sobie, że ”pomści je do granic możliwości” (tak napisał w dzienniku).Henry Darger i Krainy Nierealnego (3)Narzuca się przypuszczenie, że Darger chciał pomścić nie tylko stracone dzieciństwo Elsie, ale i swoje własne. Ośrodek opieki, do którego trafił po chorobie ojca, miał fatalną reputację; niewykluczone, że dochodziło w nim do nadużyć seksualnych. Być może dziewczynki z męskim przyrodzeniem to rezultat scalenia jego męskiego pierwiastka z żeńskim pierwiastkiem Elsie. Można również sądzić, że Darger, nie utrzymując intymnych relacji z kobietami, mógł nawet nie wiedzieć, że różnią się one anatomicznie od mężczyzn. Niektórzy sądzą, że był potencjalnym pedofilem-sadystą, któremu sztuka pozwalała tłumić zboczone popędy. A może wytłumaczenie jest zupełnie inne.

Darger napisał także kontynuację powieści pt. ”Szalony Dom”, o objętości 10 tysięcy stron rękopisu. Jest to opowieść o nawiedzonym domu, w którym dochodzi do zaginięć i makabrycznych morderstw dzieci. Siedem sióstr Vivian, oraz ich brat Penrode zostają wysłani w to złowieszcze miejsce, by dokonać tam serii egzorcyzmów. Trzecim większym dziełem artysty jest ”Historia Mojego Życia”. Choć tytuł wskazuje na dzieło autobiograficzne, tylko 206 stron z prawie 5 tysięcy Darger poświęca kolejom swego losu; resztę stanowi (zapoczątkowana niepozornym wtrąceniem) fikcja literacka osnuta wokół klęski pogodowej (tornada). Przez dziesięć lat, od 31 grudnia 1957 roku do 31 grudnia 1967 roku, pisarz prowadził też… dzienniki pogody, a od roku 1968 do 1973 – klasyczne dzienniki.

Czy człowiek, który całe życie spędza w czterech ścianach, na budowaniu swego fikcyjnego świata, jest normalny? Klinicyści, którzy usiłowali zdiagnozować Dargera pośmiertnie, stawiali hipotezę schizofrenii lub syndromu Aspergera. Rzeczywiście, kiedy myślę o Dargerze, przypomina mi się to, co Antoni Kępiński pisał w swojej klasycznej już ”Schizofrenii” o tzw. urojeniach wynalazczych i twórczościowych. Otóż zdarza się, że chory, w sekrecie przed całym światem, poświęca się całkowicie tworzeniu dzieła w zamierzeniu genialnego, które jednak z reguły (choć nie zawsze) okazuje się mieć niskie walory naukowe bądź artystyczne. Kiedy indziej chorzy tworzą z czystej potrzeby wyrażenia swoich zagmatwanych stanów wewnętrznych. Choć należy podchodzić sceptycznie do stawiania pośmiertnych diagnoz, z całą pewnością stwierdzić można, że Darger chorował na chroniczne zbieractwo. ”Jego pokój był zagracony po sam sufit. Wyglądało na to, że żaden z przedmiotów, które przyniósł tam w ciągu czterdziestu lat mieszkania w nim, nigdy go nie opuścił. Ledwo można było się przemieszczać” – wspomina Kiyoko Lerner, żona Nathana Lernera, właściciel mieszkania, dodając, że śmieci wypełniające pokój pomieściły dopiero dwa kontenery.Henry Darger i Krainy Nierealnego (4)Kiedy Darger zaniemógł, poprosił właściciela mieszkania, wspomnianego wyżej Nathana Lernera, o pomoc w zorganizowaniu mu pobytu w domu opieki. Trafił w to samo miejsce, gdzie jego ojciec. Tam też zmarł, 13 kwietnia 1973 roku, dzień po swoich 81 urodzinach. Dzieło, któremu poświęcił całe swoje życie, odkryte zostało na krótko przed jego śmiercią. Jako pierwszy miał zaszczyt zapoznać się z nim właśnie Nathan Lerner. Pewnego dnia wszedł do pokoju wciąż jeszcze żyjącego pisarza by uprzątnąć go na potrzeby przebudowy i nowego wynajmu. Był zaszokowany odkryciem manuskryptów i ilustracji. Na szczęście człowiek ten sam był artystyczną duszą, i poznał się na wartości dzieła. Kiedy jego pomocnik odwiedził autora w domu starości, i zagadnął go o to, co ma uczynić ze znaleziskiem, Darger odparł po chwili namysłu: ”Jest już za późno”. Lernerowie zaopiekowali się jednak spuścizną i zrobili jednak, co mogli, by zaprezentować ją światu. Ich wysiłki nie poszły na marne; dziś w USA o Dargerze pisze się książki i wydaje albumy z jego ilustracjami. Jego sława dotarła także do Polski. W 2005 roku, w Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim można było zobaczyć wystawę jego prac w ramach ekspozycji pt. ”Okropności Wojny”.

Twórczość plastyczna Dargera została zakwalifikowana do nurtu art brut. Wikipedia definiuje go jako ”Wszelkie formy sztuki tworzonej nieprofesjonalnie i spontanicznie przede wszystkim przez osoby dotknięte chorobą psychiczną (artyści chorzy psychicznie, schizofrenicy) oraz szeroko rozumianych prymitywistów jako twórców bez wykształcenia artystycznego, często w ogóle niewykształconych, wizjonerów z tzw. marginesu społecznego. Zgodnie z pierwszą definicją twórcy art brut – podejmując jakikolwiek temat, używając określonych materiałów, w określony sposób – „czerpią” sami z siebie, z własnego wnętrza, a nie z zapożyczonych szablonów i wzorców sztuki klasycznej czy współczesnej”. Czy można wyobrazić sobie sztukę czystszą niż taka właśnie – niezależnie od jej poziomu?

A manuskrypty? Czy ktokolwiek zdołał przeczytać dzieło życia Dargera w całości? Prawdopodobnie nie, choćby z uwagi na fakt, że znajdują się obecnie w Amerykańskim Muzeum Sztuki Ludowej i ma do niego dostęp bardzo ograniczona liczba osób. Kevin Miller opiekujący się spuścizną po artyście twierdzi, że nie zdołał przeczytać wszystkiego, ale to, co przeczytał, jest całkiem niezłe. Mimo intensywnych poszukiwań w Internecie nie udało mi się znaleźć żadnych obszerniejszych fragmentów tej prozy, trafiają się tylko pojedyncze passusy. Być może jednak kiedyś świat dostanie szansę wejścia do Krainy Nierealnego.

***

Zdjęcia:
1. – Zdjęcie Henry’ego Dargera pochodzi ze strony Wikimedia commons z wolnymi mediami.
2. – Wszystkie manuskrypty Dargera. Fotografia pochodzi z oficjalnej strony American Folk Art Museum – https://folkartmuseum.org
3. – Oba skany ilustracji wykonanych przez Dargera pochodzą z oficjalnej strony MoMA – https://www.moma.org/

Stephen King – ”TO”

Stephen King - ''TO''Amerykańskim miasteczkiem Derry wstrząsa seria brutalnych morderstw. Organy ścigania są wobec nich bezradne. I nic dziwnego – tylko grupa ludzi, których lata temu łączyła przyjaźń, wie, że za zbrodniami stoi pradawne, nadnaturalne Zło. Ponieważ w czasach dzieciństwa pokonali je i dali sobie słowo, że jeśli znów zaatakuje, powrócą, by je unicestwić – spotykają się po raz kolejny.

Z głównymi bohaterami spotykamy się w dwóch przedziałach czasowych: w jednym z nich są jeszcze dziećmi, w drugim już dorosłymi ludźmi. Chociaż obydwa realia nieustannie przeplatają się ze sobą, przejścia pomiędzy nimi są płynne i w żadnym wypadku nie wywołują u czytelnika skonfundowania. Pod względem formy powieść stanowi wręcz majstersztyk.

Spotkałem się z opiniami, jakoby ”TO” było książką przegadaną. Nie zgodzę się z tym; sielankowe opisy małomiasteczkowego życia oraz liczne rozmowy, które prowadzą ze sobą bohaterowie, służą przecież konstruowaniu fikcyjnej rzeczywistości, uwiarygodnianiu jej. Im dłużej i umiejętniej budowany jest realizm świata i napięcie, tym łatwiej czytelnikowi przyjąć punkt kulminacyjny w postaci zdarzeń stojących w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem – a zatem przestraszyć go. A ”TO” straszy, i to najbardziej wydarzeniami rozgrywającymi się w biały dzień (mój ulubiony epizod to spacer Bena nad zamarzniętą rzekę w mroźne, ale słoneczne popołudnie).

King nigdy wcześniej (ani nigdy później) nie stworzył w swej powieści małomiasteczkowej aury w sposób tak perfekcyjny. Derry posiada kilkusetletnią, niesamowitą historię, swe demony i miejsca, którym dla własnego bezpieczeństwa lepiej nie przyglądać się z bliska. Wszystko to skrywa pod przykrywką codzienności, pod osadem miliona drobnych spraw, którymi żyją zwyczajni ludzie. Muszę zresztą powiedzieć, że choć powieść znakomicie sprawdza się jako horror, jest to dla mnie przede wszystkim przygodowa historia o przyjaźni i dorastaniu – a więc powolnym opuszczaniu błogiej krainy dzieciństwa ramię w ramię z tymi, na których można polegać i nie polec. Czytelnik, któremu podobała się nowela pt. ”Ciało” ze zbioru ”Cztery Pory Roku”, powinien być nią zachwycony.

Zachwyca plejada postaci powieści – ich różnorodność, głębia psychologiczna, ich autentyzm. Od samego początku do samego końca zależało mi na nich, trzymałem kciuki za ich zmagania ze złem i zepsutymi do szpiku kości rówieśnikami. Muszę również dodać, że silnie utożsamiałem się z nimi – zarówno z ich wersjami nastoletnimi, jak i dorosłymi.

”TO” jest w moim odczuciu książką właściwie pozbawioną wad. Jeśli jednak miałbym się do czegoś przyczepić, to jest w niej jeden wątek, który wydał mi się nie tyle nawet niesmaczny (choć to również), co po prostu absolutnie zbędny i zupełnie dziwny. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jeśli dotrzecie do końca książki, z pewnością będziecie wiedzieli, o czym mówię. Mimo wszystko, nie widzę najmniejszego powodu, dla którego miałby on rzutować w jakikolwiek sposób na ocenie końcowej książki.

King w pełni udźwignął gigantyczny koncept powieści: ”TO” jest arcydziełem rozrywkowej prozy fabularnej i najlepszą powieścią amerykańskiego pisarza w ogóle (a także jedną z najdłuższych – liczy sobie ponad tysiąc sto stron). Czytając ją czułem się tak, jakbym naprawdę był w fikcyjnym Derry, a po skończeniu jej przez tydzień nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości. Tęskniłem za tym miejscem zupełnie tak, jak tęskni się za krainą dzieciństwa pełnego przygód i czasu, który zdawał się upływać w niemej obietnicy, że nigdy nie popędzi lata naprzód.

Ocena: 10/10 (arcydzieło).

***

Okładka: Wydawnictwo Albatros.