Archiwa tagu: literatura

VIII

Pamiętam dzień, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Moja dziewczyna wyjęła go z torby i powiedziała: Zobacz. Był elegancki i niewielki. A jaki cieniutki! Nacisnęła guzik, i ekran rozjaśnił się. Pojawiło się menu, i lista dostępnych pozycji. Kolejne stuknięcie opuszkiem palca w ikonkę książki, i na ekranie wyskoczył tekst.

I tak oto, po kilku latach zapierania się, że książka ma być wydrukowana na papierze i pachnieć, że musi mieć okładkę, a pojawienie się czytników to kolejna oznaka bezsensownego pędu społeczeństwa za nowoczesnością, zakupiłem czytnik e-booków.

Zrobiłem to z kilku powodów. Pierwszym i najważniejszym jest możliwość czytania książek w nocy – czytnik ma bowiem podświetlenie. Druga, to oszczędność miejsca – kolekcja książek do których zamierzam w przyszłości wracać wyczerpała moje miejsce na szafkach, a w pamięci gadżetu zmieści się ich kilkaset. Po trzecie – papier jest nie ekologiczny. Po czwarte, jest masa książek należąca do domeny publicznej, które mogę pobierać i czytać za darmo, a i kupując przez Internet książki w formie e-booka nie muszę dopłacać za koszty wysyłki. Po piąte – książka elektroniczna nie kurzy się, nie plami, itd. Uważam, że nośnik cyfrowy ma zdecydowaną i wieloaspektową przewagę nad fizycznym i że w ciągu kilku pokoleń stanie się dominującym (obecnie korzysta z niego ok. 10% czytelników).

Jak czytnik sprawdza się w praktyce? Czy czytanie na nim może równać się z czytaniem papierowej książki? Tak! – a nawet z uwagi na wyżej wspomniane zalety gadżetu, jest dużo przyjemniejsze! Niech za najlepszy dowód posłuży fakt, że dotychczas czytałem 1 książkę tygodniowo, a przez 2 tygodnie użytkowania czytnika przeczytałem ich aż 9.

Sprzedałem już m. in. swoją kolekcję dzieł zebranych Stanisława Lema, i sukcesywnie wykupuję poszczególne pozycje w wersji elektronicznej. Z czasem taki sam los podzielą inne moje książki – ze sprzedażą ich czekam do momentu, aż pojawią się w wersji na czytnik (np. cała moja kolekcja Nabokova ukazała się póki co tylko w wersji tradycyjnej). Nieliczne z nich pozostawię sobie w wersji papierowej, z uwagi na bardzo eleganckie wydanie (np. dzieła Brunona Schulza w edycji wydawnictwa MG).VIII (1)Rok zbliża się ku końcowi – najwyższy czas, żeby przeprowadzić małe jego podsumowanie. Robię to z radością, ponieważ należał do bardzo produktywnych i udanych, pomijając jego smutny początek (śmierć wujka w marcu). Od niezwykle słonecznego kwietnia do października pracowałem nad remontem mieszkanka dla siebie i swojej dziewczyny. Robiłem to dorywkami – gdy tylko udało mi się zaoszczędzić trochę kasy, inwestowałem ją w ten właśnie cel. Roboty i wydatków było co nie miara, ale mam już prąd, światło, plastykowe okna, kanalizację oraz tynki. Na następny rok planuje zrobić ogrzewanie, wyłożyć panelami podłogę i kupić meble – co pozwoli nam w końcu zamieszkać ze sobą. Mieszkanie jest malutkie – sypialnia, kuchnio-salon, oraz łazienka – ale w przyszłości możemy dobudować sobie pokój albo podnieść dach i wyszykować poddasze. Na razie wystarczy – tym bardziej, że uważam, że w zbyt dużym domu ludzie żyją obok siebie zamiast ze sobą, że mijają się nawzajem.

W czerwcu udało mi się spełnić swoje wielkie marzenie: podpisałem z Videografem kontrakt na wydanie swojej pierwszej książki – powieści pt. Jowita! Co prawda debiut pojawi się na rynku dopiero za pół roku, w maju 2019 – niemniej jestem z siebie dumny. Udało mi się uwierzyć w to, że ktoś może czytać moją prozę z zaciekawieniem, że drzemie we mnie jakiś potencjał. Dostałem skrzydeł.

Minione 12 miesięcy było dość twórcze. Napisałem Kilka opowiadań i trzy nowele utrzymane w konwencji grozy (gdy skończę czwartą, uderzę z nimi do Wydawnictwa). Popełniłem także powieść – spędziłem nad nią wiele czasu, ale uznałem ją w końcu za zbyt słabą, by pozwolić jej opuścić swój twardy dysk. Tworzenie jej – i konieczność zmierzenia się z jej fiaskiem – otworzyły mi jednak w głowie kilka klapek, pozwoliło osiągnąć kolejny poziom wtajemniczenia w sztukę pisarską, kolejny etap na drodze do stania się pisarzem. Wiele takich poziomów przede mną – i nie mam pojęcia, jak daleko uda mi się na nich zajść, choć wiem, że z pewnością skonam na którymś z nich, w drodze do celu.

Rozwinąłem skrzydła również blogowo – w chwili obecnej zamieściłem na Podwieczorku u Morfeusza 74 wpisy o łącznej objętości prawie 52 tysięcy słów (jest to więc rok rekordowy – w poprzednim było to niemal 49 tysięcy wyrazów). Prawie 23 tysiące wyświetleń bloga w ciągu minionego roku pozwala mi wysnuć wniosek, że moja stronka przeżyła katastrofę, jaką było usunięcie platformy Blog.pl. Co prawda planuję w przyszłym roku ograniczyć swoją aktywność w blogosferze mniej więcej o połowę – czas bowiem wziąć się solidnie za tworzenie prozy – niemniej z pewnością miejsce to będę rozwijał dalej.

Przeczytałem w tym roku 62 książki. Było wśród nich sporo takich, które Vladimir Nabokov określiłby mianem umysłowego odpowiednika gumy do żucia – sięgałem po nie w pełni świadomie, bo miałem na nie ochotę – ale czytałem również literaturę wysokich lotów. Najlepsze z nich to: Czarodziejska góra Thomasa Manna (arcydzieło), Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej (jeden z najbardziej niezwykłych eksperymentów językowych w prozie, jaki miałem okazję widzieć), Październikowa kraina Raya Bradbury’ego (pomysłowe i wybitnie nastrojowe opowiadania grozy), oraz W górach szaleństwa i inne opowieści H. P. Lovecrafta (horror do potęgi n-tej, za którym oglądałem się od czasów dziecięcej fascynacji filmami grozy). Kolosalne wrażenie wywarła na mnie trylogia reportaży Jeana Hatzfielda dotycząca ludobójstwa w Rwandzie (Nagość życia, Sezon maczet, Strategia antylop), oraz książki o Holokauście (kilka z nich zrecenzowałem na łamach bloga). Poza tym – kilka powieści Vladimira Nabokova, Stanisława Lema, oraz nieco wyśmienitej beletrystyki (głownie autorstwa Stephena Kinga).

Co poza tym? Ani razu nie zażyłem tabaki, od której byłem uzależniony przez 10 ostatnich lat; odzyskałem kontakt z wieloletnim kumplem, z którym moje drogi rozeszły się kilka lat temu; poznałem człowieka, z którym mogę porozmawiać dogłębnie na każdy temat. Są jednak sfery, w których nie mam żadnego powodu do zadowolenia – zamiast przejść na dietę (cholesterol!) folgowałem swojemu łakomstwu bez żadnego umiaru, nie zrzuciłem też brzuszka i nie pracowałem nad muskulaturą (czyli czymś, czego na chwilę obecną właściwie nie posiadam).

Postanowienia na następny rok? Skończyć remont mieszkania dla siebie i dziewczyny, i zamieszkać ze sobą; Podpisać kontrakt na wydanie kolejnej książki (zbioru 4 nowel); napisać jeszcze jeden zbiór nowel i dwa tomy opowiadań; przeczytać jak najwięcej świetnych książek (lista lektur jest gotowa), odbyć jak najwięcej ciekawych rozmów i bardziej niż dotychczas POZOSTAWAĆ W KONTAKCIE.

Reklamy

H. P. Lovecraft – ”W Górach Szaleństwa i Inne Opowieści”

H. P. Lovecraft - ''W Górach Szaleństwa i Inne opowieści''Moje pierwsze spotkanie z twórczością Lovecrafta nie należało do najprzyjemniejszych. Przeczytawszy krótki zbiór jego opowiadań stwierdziłem, że to monotonna i toporna proza przesycona niezamierzonym komizmem. Dopiero gdy zaznajomiłem się z biografią ojca kosmicznego horroru pióra S. T. Joshiego (H. P. Lovecraft. Biografia) postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę, i zakupiłem opasłe tomiszcze pt. W górach szaleństwa i inne opowieści.

W tomie zebrano 17 historii cieszących się największym uznaniem wśród miłośników prozy Lovecrafta. Są to jednocześnie utwory reprezentatywne jeśli chodzi o motywy które pisarz podejmował najczęściej, oraz najdłuższe w jego dorobku – dwie powieści oraz nowele i co obszerniejsze opowiadania. W sumie 750 stron w dużym formacie – a więc czytania jest co nie miara.

Najważniejszym motywem twórczości Samotnika z Providence jest konfrontacja człowieka z Nieznanym – z czymś, co przekracza swą obcością jego człowieczeństwo i wymyka się jego pojmowaniu. Świat z prozy Lovecrafta to świat prastarych cywilizacji, przybyłych z kosmosu krwiożerczych bóstw, zakazanych ksiąg i rytuałów (istoty te, ich historia oraz kulty tworzą system powszechnie określany jako Mitologia Cthulu), diabolicznych eksperymentów, mrożących krew w żyłach tajemnic oraz spraw, których dla dobra własnego i reszty ludzkości lepiej nie zgłębiać. Bohaterowie – inteligentni, żądni wiedzy i władzy ludzie – folgują jednak swej ciekawości, swemu pragnieniu poznania – i przypłacają to szaleństwem, wykluczającym ich z życia świata i skazującym na udrękę niezrozumienia i samotności. Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła – mogłaby powiedzieć większość z nich.

Tłem filozoficznym prozy Lovecrafta jest znikomość i nieistotność naszego (ludzkiego) istnienia wobec bezmiaru wszechrzeczy. W porównaniu z potworami z kosmosu człowiek jest tylko nudną i miałką formą istnienia, która swe przeżycie zawdzięcza wyłącznie temu, że jest zbyt nijaka, by siły wyższe zaprzątały sobie nią głowę. Lovecraft stwierdza także istnienie poziomu wiedzy nieprzekraczalnego dla człowieka z uwagi na kruchość jego psychiki. Nawet jeśli jego intelekt jest w stanie poradzić sobie z przyswojeniem złowieszczych informacji, emocjonalność nie jest w stanie ich udźwignąć.

Ale horror to nie tylko strach ufundowany na solidnym fundamencie filozofii – to również budząca odrazę i szok (oraz mroczną fascynację) makabra. Lovecraft jest jej mistrzem – czego najlepszy dowód czytelnik znajdzie między innymi w końcowych partiach Szepczącego w ciemności, Czegoś na progu oraz (przede wszystkim) groteskowym opowiadaniu Herbert West – Reanimator. Ostatni z wymienionych utworów to kwintesencja tego, za co pokochałem horror jeszcze jako dziecko: mamy tutaj zakazane eksperymenty, potwory, szaleństwo, obficie (zbyt obicie, by brać ją do końca na serio) lejącą się krew, rozkosznie przerysowaną diaboliczną postać, buzujące napięcie, a wszystko to doprawione szczyptą wzbudzającego uśmiech absurdu.

Poszczególne fabuły są bardzo pomysłowe. Wybierzemy się w naukową ekspedycję do niegościnnej i pełnej mrocznych tajemnic Antarktydy (W górach szaleństwa), odwiedzimy pradawną, widmową metropolię pogrzebaną żywcem przez pustynię (Zapomniane miasto), będziemy towarzyszyć dwójce studentów medycyny w pracy nad ożywaniem zwłok (Herbert West – Reanimator), zgłębimy mroczną pojemność przeszłości (Przypadek Charlesa Dextera Warda), odwiedzimy oszołomionych mrokiem artystycznych geniuszy (Muzyka Ericha Zanna, Model Pickmana), poznamy skutki pojawienia się na Ziemi materii z innego wymiaru (Kolor z przestworzy), zamieszkamy wśród kosmicznej cywilizacji (Cień spoza czasu) i wiele, wiele więcej.

Lovecraft pisze językiem kwiecistym, eleganckim, precyzyjnym i plastycznym. Opowieści obfitują w szczegółowe i poetyckie opisy mrocznych i tajemniczych miejsc – prastarych lasów, posępnej miejskiej architektury, odludnych osad i pojedynczych, stojących na uboczu domostw. Niestety, jedna z najbardziej rozpoznawalnych cech jego stylu jest zarazem jego największą wadą – mowa tu o nadużywaniu przymiotników. Pewnych określenia pisarz stosuje wręcz maniakalnie – są to takie wyrazy, jak na przykład: bluźnierczy, przerażający, prastary, itd. O ile początkowo takie przymiotnikowe słowotoki rzeczywiście zagęszczają klimat, o tyle potem zaczynają nużyć. Nadużywanie słów o dużej sile wyrazu początkowo osłabia ich moc, a potem – wręcz ośmiesza, w rezultacie czego to, co miało (i mogło) być straszne, staje się groteskowe (w negatywnym tego słowa znaczeniu). Poza ”przymiotnikozą” drażni także przesada w opisywaniu mroczności pewnych fenomenów – nieustanne podkreślanie, że są poza wszelkim wyobrażeniem, że nie mieszczą się w głowie, itd. Te niefortunne elementy – te skazy na diamentowym stylu – są prawdopodobnie naleciałościami po lekturze pulpowych magazynów, w których pisarz zaczytywał się z wielką, masochistyczną przyjemnością.

Tłumaczenia tekstów zawarte w tomie są dość starej daty, i z tego, co wiem, znawcy tematu zarzucają im niezgrabność, wybierając raczej nowsze translacje autorstwa Macieja Płazy (dwa tomy wydawnictwa Vesper: Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści oraz Przyszła na Sarnath zagłada). Nie miałem okazji porównywać ich między sobą (ani zestawiać ich z anglojęzycznymi oryginałami), ale osobiście czytało mi się je naprawdę dobrze (choć czasami raził mnie w oczy nieodpowiedni, burzący melodię tekstu szyk słów). Skoro jesteśmy przy sprawach technicznych, należy pochwalić wydawcę za wspaniałe wydanie (w tym twardą, świetnie ilustrowaną okładkę) i zganić go za brak posłowia, które mniej zorientowanym w życiu i twórczości Lovecrafta pozwoliłoby na lepsze odnalezienie się w jej zawiłych meandrach. Szkoda również, że w książce zabrakło ilustracji – tego typu proza aż prosi się o wzbogacenie jej nastrojowymi grafikami.

W żadnym wypadku nie jest to literatura, którą da się czytać podczas podróży pociągiem albo na szkolnym korytarzu, dla czystej rozrywki lub zabicia czasu (zresztą rozmiar tomu skutecznie i słusznie do tego zniechęca). Wymaga skupienia, i niejakiego przygotowania – obeznania z literaturą wyższych lotów. Przeciętnemu czytelnikowi beletrystyki delektowania się prozą Lovecrafta z pewnością nie ułatwi też fakt, że całkowicie brak w niej dialogów. Postaci czasami wypowiadają się, ale zawsze są to pozbawione odzewu monologi.

Nie będzie ani cienia przesady, jeśli powiem, że prozę Lovecrafta czytałem z dziecięcą wręcz fascynacją – fascynacją, z jaką w czasach dzieciństwa oglądałem filmy grozy, podczas najstraszniejszych scen chowając się pod kołdrę. Znów dane było mi poczuć odrazę mieszającą się z ciekawością, fascynację bezmiarem tajemnic, oraz niepokój. To horror najczystszej próby. Ze świecą szukać drugiej tak mrocznej prozy w czarnych jak smoła otchłaniach kosmosu.

Ocena: 9/10 (wybitna)

***

Okładka: Zysk i S-ka.

VII

Wszystko, co ma jakiekolwiek zabarwienie polityczne, staram się omijać szerokim łukiem – chyba, że dotyczy to kwestii eutanazji, aborcji, in vitro, i kary śmierci, których jestem gorącym zwolennikiem. Wtedy przeczytam kilka artykułów, obejrzę jakąś debatę w telewizji, odchrząknę i zabiorę głos. Ale to ostateczność. Bo to nie na moje nerwy, ta cała polityka. Gdy zaczynam myśleć o tym, co się w niej dzieje, zaraz tracę głowę, trafia mnie szlag i przestaję być merytoryczny. Emocje biorą górę, ot co. Nie osiągnąłem jeszcze dojrzałości pozwalającej mi na babranie się w tych kwestiach, i wydaje mi się, że nie osiągnę jej nigdy. Niech zajmują się tym ci, którzy mają nerwy ze stali i łeb jak sklep.

Ale, powiedzmy sobie wprost – wpadliśmy jak śliwka w kompot. Naród sprzedał się PiS-owi za 500+, i będzie obstawał przy nim z obawy, że zwycięstwo innej partii pozbawi go tego świadczenia. Dopiero jeśli program pogrzebie sam PiS, ludzie odwrócą się od niego plecami i oddadzą swój głos na kogoś innego. Dopóki dopóty będziemy mieli 500+, będą nami rządzili spece od mieszania religii z polityką. Taka jest smutna prawda.

Niedawno odbyły się wybory samorządowe. Nie poszedłem. Raz, że byłem chory, a dwa… Chciałbym zauważyć, demokracja jest pod pewnymi względami bardzo zabawna. Bo – nie mając najmniejszego rozeznania w polityce – mogę oddać swój głos w wyborach, i będzie liczył się tak samo, jak głos samego prezydenta. Między innymi dlatego nie chodzę do urn – bo nie chcę uwłaczać swoją czynną niewiedzą obywatelom lepiej ode mnie zorientowanym w całym tym bałaganie.

Poza tym, gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi przeświadczenie, że każdy polityk – to szuja, a nawet jeśli jeszcze nią nie jest, to stanie się nią po dopchaniu do koryta – i wyjdzie na jedno, bo władza deprawuje; że nasza wolność, wolność przeciętnych Kowalskich i Nowaków, szarych obywateli, polega tylko na tym, że wolno wybrać nam tego, kto teraz będzie nas okradał. Na dodatek w ogóle nie mam poczucia, że to oni służą nam, a nie my – im; ba – ze zdumieniem odkryłem, że całe życie myślałem inaczej! Może gniecie mnie własna maluczkość i to tylko kretyńskie uprzedzenie… a może nie. Na wszelki wypadek wolę trzymać od polityki ręce z daleka.

A ręce, moje ręce – sam nie wiem, gdzie je włożyć. Bo życie jest takie krótkie, a możliwości spożytkowania swojego czasu jest tak wiele! Ogromny dyskomfort odczuwam chociażby na samą myśl o wszystkich tych książkach, których nigdy nie przeczytam, bo zamiast nich – wybiorę inne. Stwierdzenie, że życie to sztuka wyboru jest pustym frazesem kiedy ma się lat 20, ale już dekadę później staje się idealnym mottem życiowym.VII (1)Słoneczne dni mamy za sobą – za kilka dni nadejdzie ponury listopad. Świszczący za oknem wiatr i lejący jak z cebra deszcz sprzyjają siedzeniu w domu, i… sięgnięciu po książkowy horror. Ja sam postanowiłem przeprosić się z H. P. Lovecraftem, z którego twórczością zderzyłem się jakieś 3 lata temu (był to krótki zbiorek opowiadań), i muszę przyznać, nie było to spotkanie najmilsze – jego proza okazała się dla mnie nazbyt ciężka, toporna i dziwna (niektórzy czytelnicy zrzucają to na karb starych tłumaczeń). Jakiś czas później skusiłem się jednak na monumentalną biografię pisarza napisaną przez S. T. Joshiego, która poszerzyła moje zrozumienie jego twórczości i zaostrzyła mi na niego apetyt. Nosiłem się z nim wprawdzie dość długo – ale oto stanęły na mojej półce dwa opasłe tomiszcza wydawnictwa Zysk i S-ka: W górach szaleństwa i inne opowieści oraz Bestia w jaskini i inne opowiadania – w sumie prawie 1500 stron, obejmujących, z tego, co się orientuję, prawie wszystkie utwory prozą Samotnika z Providence.

Lovecraft to postać o niezwykłej osobowości i życiorysie. Przez całe życie trzymał się z dala od pracy fizycznej, zarabiając przysłowiowe grosze na poprawianiu prac innych pisarzy oraz sporadycznym publikowaniu swoich opowiadań w magazynach grozy. Choć przez wielu nazywany jest królem horroru, prozę traktował nieco po macoszemu – czego najlepszym dowodem jest jego aktywność korespondencyjna. Badacze jego życiorysu i twórczości szacują, że w ciągu swojego życia napisał około 87 tysięcy listów. Ostało się z nich tylko 20 tysięcy, z których 930 ukazało się za granicą w formie książkowej w pięciu tomach edycji wydawnictwa Arkham House (pod tytułem Selected Letters I-V). Poza tym pisarz pozostawił po sobie mnóstwo wierszy oraz esejów. Warto dodać, że za życia Lovecrafta jego opowieści nie ukazały się drukiem zwartym, i że gdyby nie wysiłki popularyzatorskie jego przyjaciela Augusta Derletha (założyciela wspomnianego wcześniej Arkham House) być może nikt nie pamiętałby dzisiaj o ojcu kosmicznego horroru. Świadomość tego, jak łatwo jest przepaść dla świata bez wieści, jest straszniejsza od wszystkich opowiadań grozy na świecie. Kto wie, ilu takich Lovecraftów, Grabińskich i poetów wyklętych pochłonęły mroki historii? Ile ton wspaniałej, bezcennej literatury przepadło na zawsze, bo jej twórcom zabrakło odrobiny szczęścia lub pomocnej dłoni?

A propos grozy – za kilka dni czeka nas Halloween. Rodzimi faceci w czarnych spódnicach tępią je jak tylko mogą, nie rozumiejąc, że przebieranie się w makabryczne kreacje i bieganie po domach z hasłem cukierek albo psikus nie ma nic wspólnego z celebrowaniem pogańskiego święta – że to tylko zabawa. Chłopaki najwyraźniej nie potrafią się wyluzować. W sumie nic dziwnego, zważywszy na to, że ostatnio pali im się pod sutannami (czyżby trzymali tam dziewczynki z zapałkami?).

Mieszkam w małej miejscowości, do której Halloween jeszcze (niestety) nie dotarło. Nie znaczy to, że nie obchodzę tej nocki – choć robię to raczej skromnie: oglądam nowy odcinek The Simpsons z serii Treehouse of Horror (specjalny halloweenowy show), czytam poezję Edgara Allana Poe (poemat Ullalume jest nieodłączną częścią tej nocy), i kładę się spać. Oczywiście, tym razem Poego zastąpię Lovecraftem. O wrażeniach z lektury poinformuję w stosownym czasie w recenzjach.

Ale w następnym roku – kiedy już zamieszkam ze swoją dziewczyną – zrobimy sobie porządne Halloween. Kupimy, wydrążymy, i rozświetlimy dynie; przyozdobimy domek sztucznymi pajęczynami; założymy maski rozmaitych szkaradztw; kupimy jakieś makabryczne rekwizyty – odrąbane palce, wydłubane oczy, wyrwane języki i powybijane zęby, a potem usiądziemy przed telewizorem z kratą zimnego piwa oraz dwiema gorącymi pizzami w rozmiarze XXL, i łykniemy trzy horrory jeden po drugim. Pierwszy będzie straszny i pozwalający na wczucie się (ghost story), drugi tak krwawy jak to tylko możliwe (gore; możliwe, że jakiś slasher, chociaż ja gustuję przede wszystkim w zombie movies), a trzeci… TV Trwam.

Christie w Krótkiej Formie

Zakupiłem jakiś czas temu kilka tomów opowiadań Agaty Christie. Dlaczego nie powieści? Ano, po przeczytaniu kilku z nich, ciekaw byłem, jak kryminał sprawdza się w krótkiej formie; czy na zaledwie kilkudziesięciu stronach da się sprawnie sportretować postaci, zbudować napięcie, oraz skonstruować ciekawą intrygę. Poza tym – w przeciwieństwie do większości czytelników – mam szczególną słabość do dobrych opowiadań. Bywa przecież, że krótki tekst wzbudza więcej zachwytu od całych powieści, i poszukuję takich perełek z wielkim zaangażowaniem (i przyjemnością). Kto jak ognia unika krótkich form – niech sprawdzi koniecznie.

Agata Christie to – zaraz obok Stephena Kinga – najważniejsza autorka, której książki czytam dla czystej rozrywki. Nie wymagam od niej kunsztu stylistycznego, impresji poetyckich czy refleksji zdolnych wywrócić moje życie do góry nogami – gdy sięgam po jej prozę, chcę się po prostu oderwać od rzeczywistości, kompletnie zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Po tego typu prozę chwytam też często po przeczytaniu jakiegoś obszernego i wymagającego dzieła. Po prostu świetnie relaksuje.Christie w Krótkiej Formie (1)Na pierwszy ogień poszło Trzynaście zagadek. Kilka osób różnych profesji spotyka się, żeby powspominać znane im wydarzenia kryminalne. Potem każdy z obecnych przedstawia najbardziej prawdopodobne jego zdaniem rozwiązanie zagadki. Największe sukcesy na tym polu odnosi bohaterka kilku powieści Christie – niepozorna staruszka, panna Marple. Swój talent dedukcyjny okazuje się zawdzięczać nie tylko bystrości umysłu, ale i bacznym obserwacjom (czasami pozornie banalnym) małomiasteczkowego życia.

Potem sięgnąłem po Wczesne sprawy Poirota. Belgijski detektyw jest najlepiej mi znaną postacią prozy Christie. Uwielbiam go za jego narcyzm, maniery, intelekt, niezmordowanie i znajomość natury ludzkiej. Narratorem prawie wszystkich utworów jest kapitan Haskins, przyjaciel i towarzysz Poirota. Wspomina on sprawy, których rozwikłania belg podjął się na początku swej kariery.

Detektywi w służbie miłości to krótki (zaledwie 200 stron) zbiór opowiadań, których akcja oscyluje wokół zawirowań uczuciowych. W 8 historiach pojawiają się trzej popularni bohaterowie powieści Christie – Harley Quin, Herkules Poirot, oraz Parker Pyne (zabrakło tylko poczciwej panny Marple i duetu Tommy & Tuppence). Te utwory mają znacznie więcej kolorytu od wspomnianych wcześniej – być może z uwagi na wiodący wątek romantyczny.

Z tego, co się orientuję, Tajemniczy pan Quin jest ewenementem na tle reszty twórczości pisarki, ponieważ zawiera subtelne elementy paranormalne. Bohaterami wszystkich 12 opowieści jest dwoje mężczyzn – tytułowy pan Quin oraz pan Satterthwaite. Pojawienie się pierwszego z nich w życiu tego drugiego zawsze zwiastuje jakieś niezwykłe wydarzenie. Quin subtelnie naprowadza swojego przyjaciela na trop intrygi, a potem pomaga mu w rozwikłaniu jej. Wszystkie utwory stanowią rasowe kryminały, z tym, że dzięki osobie zagadkowego przybysza, spowija je niezwykła atmosfera. Gdybym miał wybrać najlepszą książkę spośród czterech wymienionych, postawiłbym właśnie na tą.

Tym, co bardzo mi się podoba w prozie Christie, to że nie stara się udawać niczego ponad to, czym jest – a więc literaturą rozrywkową. Jest w niej sporo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i sytuacji absurdalnych oraz naiwnej ckliwości. Jeśli jednak czytelnik będzie potrafił (i chciał) przymknąć na to wszystko oko, czeka go wiele dobrej zabawy.

Niektórych rzeczy nie sposób jednak Christie wybaczyć. Im więcej przeczyta się jej opowiadań, tym bardziej rzuca się w oczy ich schematyczność. W prawie każdym z nich mamy trupa, kilkoro podejrzanych którzy pozostają ze sobą w skomplikowanych relacjach, oraz osobę obdarzoną ponadprzeciętnie rozwiniętą dedukcją. Można powiedzieć, że zmieniają się tylko konfiguracje postaci, ich motywacje i łączące ich zależności (powtarzają się nawet pewne okoliczności, jak np. nieoczekiwana śmierć podczas przyjęcia). Schemat byłby mniej napastliwy, gdyby autorka postarała się o odpowiednią dla niego oprawę. Mowa tutaj o opisach miejsc, które są nie tyle nawet oszczędne, co po prostu ubogie. Autorka skupia się na akcji i jej postaciach – u niej liczy się to, kto, gdzie, jak, kiedy i czemu; reszta – otoczenie – jest dla niej zazwyczaj nieistotne, i czasami ma się wrażenie, że awantura rozgrywa się na białym tle. Krótkie formy Christie sprawiają czasami wrażenie zbyt suchych, a bywa, że wręcz szkicowych.

Ile literackich perełek gatunku odsiałem podczas czytania tych kilkudziesięciu opowiadań? Każdy zbiór zawierał od 1 do 3 takich zapadających w pamięć utworków. To mało, ale w gruncie rzeczy – nie szkodzi. Opowiadania Christie są jak krótkie zjeżdżalnie: zdarzają się wśród nich zarówno prostsze, jak i bardziej zakręcone, ale wszystkie łączy to, że zapewniają szybką rozrywkę. Kryminał zdecydowanie sprawdza się lepiej w formie powieściowej, ale fani gatunku i w opowiadaniach znajdą wiele rozrywki. Ja sam wkrótce zamawiam kolejne kilka zbiorów.

”Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando”

''Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando''Prawdopodobnie żadnemu z ludobójstw, które przetoczyły się przez świat, nie poświęcono tak dużej ilości książek, jak Holokaustowi. Choć w obliczu swej wojennej klęski naziści starali się jak mogli zatrzeć wszelkie ślady masowego mordu, ocalało wielu jego świadków. Ich niezwykle spójne relacje złożyły się na dobitne świadectwo koszmaru, którego – mimo całej jego nierealnej wręcz ohydy – podważać przy zdrowych zmysłach nie sposób.

Wiele z najbardziej szczegółowych relacji dotyczących nazistowskiego ludobójstwa pochodzi od członków Sonderkommando. Była to formacja zajmującą się m. in. opróżnianiem komór gazowych ze zwłok eksterminowanych ludzi oraz paleniem ich w krematoryjnych piecach i paleniskach. Jej członkami byli żydzi wyselekcjonowani przez SS-manów. Pracowali pod przymusem i ze świadomością, że jako naoczni świadkowie ludobójstwa prędzej czy później zostaną bezwzględnie zlikwidowani. Spisali swe doświadczenia i zakopali zapiski pod ziemią, z nadzieją, że w przyszłości zostaną odnalezione przez badaczy, i świat pozna prawdę o tragicznym losie milionów pomordowanych w imię obłąkanej ideologii nazistowskiej. Zbiór tych właśnie ocalałych notatek, przetłumaczonych (m. in. z języka Jidysz i języka francuskiego) na język polski, otrzymuje czytelnik.

Wszystkie zapiski sporządzane były w żydowskich gettach bądź ludobójczym molochu Auschwitz-Birkenau. Niektóre z nich w momencie odnalezienia były znacznie uszkodzone przez wilgoć, toteż niemożliwe było odczytanie ich w całości. Obszerne partie tekstu są wręcz poszatkowane przez (oznaczające luki) nawiasy kwadratowe, i pełne zrozumienie ich jest niemożliwe. Na szczęście edytorzy zbioru postarali się, jak mogli, by rzucić światło na te białe plamy – każdy z opublikowanych zapisków został opatrzony naukowym komentarzem wyjaśniającym okoliczności jego powstania, oraz licznymi przypisami.

Poszczególne teksty opisują bodaj wszystkie najważniejsze etapy gehenny, której poddani byli przeznaczeni do eksterminacji ludzie: od pobytu w getcie, przez wysiedlenie, transport bydlęcymi wagonami, selekcję, pobyt w obozie zagłady, pracę w Sonderkommando, aż po śmierć w komorach gazowych i spalenie. Właściwie wszystkie z nich stanowią nieustający opis fizycznej i psychicznej udręki – poniżenia, tortur, mordów, absurdalnej wręcz bezsilności wobec siły wroga, rozpaczy rodzin skazanych na rozbicie, strachu przed każdą nadchodzącą godziną, głodu, bestialskiej przemocy.

Jak można się tego domyślać, notatki zawarte w książce, z uwagi na dramatyczne okoliczności w których powstawały, pozbawione są większych walorów literackich. W zasadzie tylko u dwójki autorów wyjątkowo bystrych i wrażliwych – Załmena Gradowskiego, oraz Lejba [Langfusa] – dostrzec można wyraźne skłonności do artystycznego stylizowania tekstu (przy czym zabiegi stosowane przez drugiego z autorów są czasami dość nieporadne). Nie oznacza to jednak, że zapiski te pozbawione są siły oddziaływania – nie są to bowiem treści zdane na łaskę i niełaskę formy, a w pełni niezależne od nich, toteż nawet tak prosty tekst, jak pamiętnik Załmena Lawentala, wywołuje u czytelnika wstrząs.

Cennym uzupełnieniem treści książki są skany rękopisów oraz dokumentów obozowych, czarno-białe zdjęcia ukazujące m. in. palenie zwłok na stosach, piece krematoryjne, komory gazowe czy proces selekcji, oraz rozkładana mapa obozu Auschwitz. Poza tym, że dodatki te stanowią interesujące materiały faktograficzne, doskonale wprowadzają czytelnika w ponury nastrój zapisków.

Nie wiadomo, jak wiele notatek opisujących piekło na Ziemi spoczywa ukrytych pod jej powierzchnią do tej pory, wciąż czekając na odkrywcę, a ile z nich zmurszało w niej na zawsze. Opierając się na przesłankach zawartych w ocalałych zapiskach, można wysnuć graniczące z pewnością przypuszczenie, że niniejszy zbiór stanowi zaledwie skromną część dużo większej całości.

Lektura Wśród koszmarnej zbrodni… jest tak nieprzyjemna i przytłaczająca, jak tylko można to sobie wyobrazić, niemniej jednak warto ją przecierpieć – dla ostrzegawczej świadomości, jak nisko może upaść człowiek, dla zaspokojenia poczucia solidarności z tymi, którzy padli ofiarą gigantycznego ucisku, wreszcie: dla zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, każącej uszanować głos rozpaczy ledwo, ledwo przebijający się spod powierzchni masowego grobu. Prawda o tym, co spotkało ofiary Holokaustu, jest wszak jedyną sprawiedliwością, na którą mogą jeszcze liczyć.

***

Okładka: Państwowe Muzeum w Oświęcimiu

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.