Archiwa tagu: literatura

Christie w Krótkiej Formie

Zakupiłem jakiś czas temu kilka tomów opowiadań Agaty Christie. Dlaczego nie powieści? Ano, po przeczytaniu kilku z nich, ciekaw byłem, jak kryminał sprawdza się w krótkiej formie; czy na zaledwie kilkudziesięciu stronach da się sprawnie sportretować postaci, zbudować napięcie, oraz skonstruować ciekawą intrygę. Poza tym – w przeciwieństwie do większości czytelników – mam szczególną słabość do dobrych opowiadań. Bywa przecież, że krótki tekst wzbudza więcej zachwytu od całych powieści, i poszukuję takich perełek z wielkim zaangażowaniem (i przyjemnością). Kto jak ognia unika krótkich form – niech sprawdzi koniecznie.

Agata Christie to – zaraz obok Stephena Kinga – najważniejsza autorka, której książki czytam dla czystej rozrywki. Nie wymagam od niej kunsztu stylistycznego, impresji poetyckich czy refleksji zdolnych wywrócić moje życie do góry nogami – gdy sięgam po jej prozę, chcę się po prostu oderwać od rzeczywistości, kompletnie zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Po tego typu prozę chwytam też często po przeczytaniu jakiegoś obszernego i wymagającego dzieła. Po prostu świetnie relaksuje.Christie w Krótkiej Formie (1)Na pierwszy ogień poszło Trzynaście zagadek. Kilka osób różnych profesji spotyka się, żeby powspominać znane im wydarzenia kryminalne. Potem każdy z obecnych przedstawia najbardziej prawdopodobne jego zdaniem rozwiązanie zagadki. Największe sukcesy na tym polu odnosi bohaterka kilku powieści Christie – niepozorna staruszka, panna Marple. Swój talent dedukcyjny okazuje się zawdzięczać nie tylko bystrości umysłu, ale i bacznym obserwacjom (czasami pozornie banalnym) małomiasteczkowego życia.

Potem sięgnąłem po Wczesne sprawy Poirota. Belgijski detektyw jest najlepiej mi znaną postacią prozy Christie. Uwielbiam go za jego narcyzm, maniery, intelekt, niezmordowanie i znajomość natury ludzkiej. Narratorem prawie wszystkich utworów jest kapitan Haskins, przyjaciel i towarzysz Poirota. Wspomina on sprawy, których rozwikłania belg podjął się na początku swej kariery.

Detektywi w służbie miłości to krótki (zaledwie 200 stron) zbiór opowiadań, których akcja oscyluje wokół zawirowań uczuciowych. W 8 historiach pojawiają się trzej popularni bohaterowie powieści Christie – Harley Quin, Herkules Poirot, oraz Parker Pyne (zabrakło tylko poczciwej panny Marple i duetu Tommy & Tuppence). Te utwory mają znacznie więcej kolorytu od wspomnianych wcześniej – być może z uwagi na wiodący wątek romantyczny.

Z tego, co się orientuję, Tajemniczy pan Quin jest ewenementem na tle reszty twórczości pisarki, ponieważ zawiera subtelne elementy paranormalne. Bohaterami wszystkich 12 opowieści jest dwoje mężczyzn – tytułowy pan Quin oraz pan Satterthwaite. Pojawienie się pierwszego z nich w życiu tego drugiego zawsze zwiastuje jakieś niezwykłe wydarzenie. Quin subtelnie naprowadza swojego przyjaciela na trop intrygi, a potem pomaga mu w rozwikłaniu jej. Wszystkie utwory stanowią rasowe kryminały, z tym, że dzięki osobie zagadkowego przybysza, spowija je niezwykła atmosfera. Gdybym miał wybrać najlepszą książkę spośród czterech wymienionych, postawiłbym właśnie na tą.

Tym, co bardzo mi się podoba w prozie Christie, to że nie stara się udawać niczego ponad to, czym jest – a więc literaturą rozrywkową. Jest w niej sporo nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i sytuacji absurdalnych oraz naiwnej ckliwości. Jeśli jednak czytelnik będzie potrafił (i chciał) przymknąć na to wszystko oko, czeka go wiele dobrej zabawy.

Niektórych rzeczy nie sposób jednak Christie wybaczyć. Im więcej przeczyta się jej opowiadań, tym bardziej rzuca się w oczy ich schematyczność. W prawie każdym z nich mamy trupa, kilkoro podejrzanych którzy pozostają ze sobą w skomplikowanych relacjach, oraz osobę obdarzoną ponadprzeciętnie rozwiniętą dedukcją. Można powiedzieć, że zmieniają się tylko konfiguracje postaci, ich motywacje i łączące ich zależności (powtarzają się nawet pewne okoliczności, jak np. nieoczekiwana śmierć podczas przyjęcia). Schemat byłby mniej napastliwy, gdyby autorka postarała się o odpowiednią dla niego oprawę. Mowa tutaj o opisach miejsc, które są nie tyle nawet oszczędne, co po prostu ubogie. Autorka skupia się na akcji i jej postaciach – u niej liczy się to, kto, gdzie, jak, kiedy i czemu; reszta – otoczenie – jest dla niej zazwyczaj nieistotne, i czasami ma się wrażenie, że awantura rozgrywa się na białym tle. Krótkie formy Christie sprawiają czasami wrażenie zbyt suchych, a bywa, że wręcz szkicowych.

Ile literackich perełek gatunku odsiałem podczas czytania tych kilkudziesięciu opowiadań? Każdy zbiór zawierał od 1 do 3 takich zapadających w pamięć utworków. To mało, ale w gruncie rzeczy – nie szkodzi. Opowiadania Christie są jak krótkie zjeżdżalnie: zdarzają się wśród nich zarówno prostsze, jak i bardziej zakręcone, ale wszystkie łączy to, że zapewniają szybką rozrywkę. Kryminał zdecydowanie sprawdza się lepiej w formie powieściowej, ale fani gatunku i w opowiadaniach znajdą wiele rozrywki. Ja sam wkrótce zamawiam kolejne kilka zbiorów.

Reklamy

”Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando”

''Wśród Koszmarnej Zbrodni. Notatki Więźniów Sonderkommando''Prawdopodobnie żadnemu z ludobójstw, które przetoczyły się przez świat, nie poświęcono tak dużej ilości książek, jak Holokaustowi. Choć w obliczu swej wojennej klęski naziści starali się jak mogli zatrzeć wszelkie ślady masowego mordu, ocalało wielu jego świadków. Ich niezwykle spójne relacje złożyły się na dobitne świadectwo koszmaru, którego – mimo całej jego nierealnej wręcz ohydy – podważać przy zdrowych zmysłach nie sposób.

Wiele z najbardziej szczegółowych relacji dotyczących nazistowskiego ludobójstwa pochodzi od członków Sonderkommando. Była to formacja zajmującą się m. in. opróżnianiem komór gazowych ze zwłok eksterminowanych ludzi oraz paleniem ich w krematoryjnych piecach i paleniskach. Jej członkami byli żydzi wyselekcjonowani przez SS-manów. Pracowali pod przymusem i ze świadomością, że jako naoczni świadkowie ludobójstwa prędzej czy później zostaną bezwzględnie zlikwidowani. Spisali swe doświadczenia i zakopali zapiski pod ziemią, z nadzieją, że w przyszłości zostaną odnalezione przez badaczy, i świat pozna prawdę o tragicznym losie milionów pomordowanych w imię obłąkanej ideologii nazistowskiej. Zbiór tych właśnie ocalałych notatek, przetłumaczonych (m. in. z języka Jidysz i języka francuskiego) na język polski, otrzymuje czytelnik.

Wszystkie zapiski sporządzane były w żydowskich gettach bądź ludobójczym molochu Auschwitz-Birkenau. Niektóre z nich w momencie odnalezienia były znacznie uszkodzone przez wilgoć, toteż niemożliwe było odczytanie ich w całości. Obszerne partie tekstu są wręcz poszatkowane przez (oznaczające luki) nawiasy kwadratowe, i pełne zrozumienie ich jest niemożliwe. Na szczęście edytorzy zbioru postarali się, jak mogli, by rzucić światło na te białe plamy – każdy z opublikowanych zapisków został opatrzony naukowym komentarzem wyjaśniającym okoliczności jego powstania, oraz licznymi przypisami.

Poszczególne teksty opisują bodaj wszystkie najważniejsze etapy gehenny, której poddani byli przeznaczeni do eksterminacji ludzie: od pobytu w getcie, przez wysiedlenie, transport bydlęcymi wagonami, selekcję, pobyt w obozie zagłady, pracę w Sonderkommando, aż po śmierć w komorach gazowych i spalenie. Właściwie wszystkie z nich stanowią nieustający opis fizycznej i psychicznej udręki – poniżenia, tortur, mordów, absurdalnej wręcz bezsilności wobec siły wroga, rozpaczy rodzin skazanych na rozbicie, strachu przed każdą nadchodzącą godziną, głodu, bestialskiej przemocy.

Jak można się tego domyślać, notatki zawarte w książce, z uwagi na dramatyczne okoliczności w których powstawały, pozbawione są większych walorów literackich. W zasadzie tylko u dwójki autorów wyjątkowo bystrych i wrażliwych – Załmena Gradowskiego, oraz Lejba [Langfusa] – dostrzec można wyraźne skłonności do artystycznego stylizowania tekstu (przy czym zabiegi stosowane przez drugiego z autorów są czasami dość nieporadne). Nie oznacza to jednak, że zapiski te pozbawione są siły oddziaływania – nie są to bowiem treści zdane na łaskę i niełaskę formy, a w pełni niezależne od nich, toteż nawet tak prosty tekst, jak pamiętnik Załmena Lawentala, wywołuje u czytelnika wstrząs.

Cennym uzupełnieniem treści książki są skany rękopisów oraz dokumentów obozowych, czarno-białe zdjęcia ukazujące m. in. palenie zwłok na stosach, piece krematoryjne, komory gazowe czy proces selekcji, oraz rozkładana mapa obozu Auschwitz. Poza tym, że dodatki te stanowią interesujące materiały faktograficzne, doskonale wprowadzają czytelnika w ponury nastrój zapisków.

Nie wiadomo, jak wiele notatek opisujących piekło na Ziemi spoczywa ukrytych pod jej powierzchnią do tej pory, wciąż czekając na odkrywcę, a ile z nich zmurszało w niej na zawsze. Opierając się na przesłankach zawartych w ocalałych zapiskach, można wysnuć graniczące z pewnością przypuszczenie, że niniejszy zbiór stanowi zaledwie skromną część dużo większej całości.

Lektura Wśród koszmarnej zbrodni… jest tak nieprzyjemna i przytłaczająca, jak tylko można to sobie wyobrazić, niemniej jednak warto ją przecierpieć – dla ostrzegawczej świadomości, jak nisko może upaść człowiek, dla zaspokojenia poczucia solidarności z tymi, którzy padli ofiarą gigantycznego ucisku, wreszcie: dla zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, każącej uszanować głos rozpaczy ledwo, ledwo przebijający się spod powierzchni masowego grobu. Prawda o tym, co spotkało ofiary Holokaustu, jest wszak jedyną sprawiedliwością, na którą mogą jeszcze liczyć.

***

Okładka: Państwowe Muzeum w Oświęcimiu

Stanisław Lem – ”Głos Pana”

Stanisław Lem - ''Głos Pana''Bohaterem powieści jest podstarzały, wybitny matematyk nazwiskiem Hogarth. Spisuje on swe wspomnienia z uczestnictwa w tajnym, rządowym projekcie o kryptonimie Master’s Voice – dekodowaniu kosmicznego, neutrinowego sygnału, który najprawdopodobniej pochodził od obcej cywilizacji. W zadanie to zaangażowanych było wiele z najtęższych umysłów świata, ale po tym, jak dwa lata intensywnych badań nie przyniosły rezultatów – Rząd odmówił dalszego finansowania prac i zamknął projekt. Sygnał pozostał jednak kijem wetkniętym w ziemskie mrowisko.

Hoghart już na samym początku oznajmia, że czytelnik nie ma co spodziewać się po jego opowieści wyjaśnienia pochodzenia sygnału i jego przesłania. Zarówno źródło, z którego bił, jak i treść, którą ze sobą niósł (o ile w ogóle ją posiadał) pozostały niedocieczone, choć obrosły w masę fascynujących hipotez, pozwalających na wysunięcie refleksji dotyczących kultury, szansy na uzyskanie porozumienia z kompletnie obcą cywilizacją, człowieczej natury, przyszłości ludzkości i znaczenia nauki. Głos Pana ma wręcz formę fabularyzowanego traktatu filozoficznego – i tak też powinno podejść się do odczytania go, jeśli chce się móc z pełni delektować jego wyrafinowaniem intelektualnym; w przeciwnym bowiem razie zamiast rozsmakować się nim, można się udławić. Nie jest to jednak utwór o fabule szczątkowej. Akcja, choć zawężona do prób złamania domniemanego szyfru ”listu z gwiazd” i perypetii naukowców z ich mocodawcami, jest bardzo interesująca, ba, posiada nawet pewien niezwykle emocjonujący zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

Jest to też utwór wielce niepokojący. Przeraża fakt, że losy całego świata ważyć mogą się nie na polach wielkich bitew, przy akompaniamencie słyszalnych z daleka salw z armat, ale w sterylnych pomieszczeniach, w rękach garstki najinteligentniejszych i najbardziej wpływowych jej przedstawicieli – naukowców w białych kitlach – w dodatku w tajemnicy przed szarymi obywatelami. Z drugiej strony, Głos Pana to także głęboko smutna opowieść o nauce zniewolonej polityczną i finansową potęgą, bez których wsparcia nijak nie może się rozwijać. Naukowcy musieli zmagać się nie tylko z przedmiotem swoich badań, ale i naciskami ze strony zwierzchnictwa, mającego nadzieję znaleźć w sygnale przepis na skonstruowanie ultymatywnej broni, a nie, jak można by tego dobrodusznie oczekiwać, recepty na uszczęśliwienie ludzkości.

To, że ludzkości, jej najwybitniejszym przedstawicielom, nie udaje się rozłamać sygnału, odkryć jego znaczenia, to jedno. Osobną sprawą jest, że sposób, w jaki podeszli do interakcji z kosmicznym fenomenem, pozwala im lepiej poznać samych siebie. Uczeni mają bowiem swoje – oparte na osobistych nadziejach bądź lękach – wizje rozwiązania jego zagadki. Nawet sam narrator ulega naiwnemu może przekonaniu, że sygnał rzeczywiście pochodził od istot inteligentnych, ale został sporządzony w taki sposób, by rozszyfrować mógł go wyłącznie odbiorca potrafiący wykorzystać go dla dobra ogółu.

Wymagająca jest nie tylko treść książki, ale również język, jakim Lem ją serwuje – pojawiają się w niej bowiem liczne, wielokrotne złożone galimatiasy. Lektura wymaga skupienia; nie ma nawet mowy o czytaniu jej w pokoju z trzeszczącym telewizorem.

Głos Pana jest bez dwóch zdań jedną z najlepszych powieści Lema, choć – trzeba to zaznaczyć – stawia czytelnikowi spore wymagania, i na pewno nie nadaje się do polecenia osobom dopiero zaczynającym przygodę z jego twórczością. Jest to również książka, która raczej nie ma sobie podobnych, zarówno jeśli chodzi o przesłanie, jak i strukturę. Wprost nie sposób uwierzyć, że napisanie jej zajęło Autorowi zaledwie pół roku.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 2”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 2''W drugim tomie Fantastyki i Futurologii (obszerniejszym, bo aż 500-stronicowym) Lem przegląda motywy sztampowe dla literatury Science Fiction i jej pola problemowe (utopię, sztuczną inteligencję, seks, itd.), oraz techniki narracji. Analizuje przy tym potencjał tkwiący w tym nurcie literackim, oraz stopień, w jakim ten jest eksploatowany przez jego twórców (niestety, najczęściej zwyczajnych wyrobników).

W celu omówienia wszystkich tych zagadnień Lem analizuje masę utworów SF. Są wśród nich zarówno opowiadania pojawiające się hurtem w pulpowych (i nieraz bardzo niskonakładowych) magazynach, jak i powieści autorów już za życia uchodzących za klasyków gatunku (jak chociażby Ray Bradbury). Omówienia te są z reguły niezwykle drobiazgowe; pisarz rozkłada opowiastki na czynniki pierwsze, i zawsze potrafi celnie wypunktować ich zalety i mankamenty (w tym również takie, których przeciętny czytelnik raczej nie dostrzegłby wcale, bądź zapewne nie potrafiłby ująć ich w karby słów).

Wielką frajdę sprawiają nie tylko same wywody Lema, ale również fabuły, które bierze pod lupę. Czasami są zabawne, czasami makabryczne, ale zawsze – zaskakujące. Pomysłowość autorów nie zna po prostu granic. Co ciekawe, Lem zahacza w swoich wywodach o własne utwory. Czyni to wprawdzie rzadko, i nie poświęca im zbyt wiele uwagi, ale jednak. Wtręty te są bardzo interesujące dla tych fanów pisarza, których ciekawił jego warsztat pisarski i jego stosunek do twórczości własnej z perspektywy czasu. Szkoda, że nie pojawiło się ich więcej.

Co jest najważniejszym przesłaniem Fantastyki i Futurologii? To, że science fiction jest polem niezwykle żyznym, które to pole zasiewają jednak pisarze (nawet zdolni) – byle czym, więc też byle czym karmią się ich czytelnicy; że zamiast skłonić odbiorcę do refleksji – nastawiają się na możliwie jak największe zaszokowanie go przy możliwie najmniejszym nakładzie sił, podczas gdy wystarczyłoby odrobinę dobrej woli, by ten stan rzeczy zmienić na dużo lepszy. Głupim byłby ten, kto po przeczytaniu niniejszego dzieła odmówiłby Lemowi racji. Ta stoi po jego stronie i wyzywająco śmieje się w twarz.

Podobnie jak w innych dyskursywnych książkach Lema, tak i w tej pisarz zapuszcza się w rozważania bardzo abstrakcyjne i wymagające od czytelnika znajomości tak skomplikowanej aparatury pojęciowej, że jeśli nie jest się profesorem literatury, zrozumienie ich graniczyć musi z cudem. Nie poczytuję tego za wadę książki – spraw, o których w tym momencie mówię, wyłożyć prościej raczej nie sposób (zresztą Lem robi, co tylko może dla ułatwienia zrozumienia tych zawiłości, np. posługuje się często i gęsto wyśmienitymi metaforami).

Za wadę książki poczytywać można to, że Lemowi zdarza się popadać w dygresje. Są to sytuacje wcale nierzadkie, a jeśli już pisarz zapędzi się, to bardzo daleko, i to w zagadnienia o naprawdę dużym stopniu skomplikowania. Są wartościowe, ale znacznie lepiej sprawdzałyby się w formie przypisów.

Muszę przyznać, że choć moja znajomość literatury SF ogranicza się do twórczości samego Lema i jednej książki Raya Bradbury’ego, Fantastykę i Futurologię czytałem z wypiekami na twarzy. Jest to bowiem niezwykle rzetelnie napisana książka o sile literatury, jej powinnościach i ograniczeniach. Dzieło to tym ważniejsze, że z tego, co się orientuję, na rodzimym rynku wydawniczym na próżno szukać podobnego. Zresztą: to przecież Lem – człowiek, który przysłużył się literaturze SF jak chyba nikt na świecie.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Stanisław Lem – ”Fantastyka i Futurologia T. 1”

Stanisław Lem - ''Fantastyka i Futurologia T. 1''Fantastyka i Futurologia to największe przedsięwzięcie naukowe Lema (dwa tomy liczą sobie dobrych 900 stron zapisanych drobną czcionką). Ten potężny esej teoretyczno- i krytycznoliteracki pisarz sporządził głównie z dwóch przyczyn: dla ustalenia możliwości literatury SF (artystycznych oraz futurologicznych), oraz zweryfikowania, w jakim stopniu autorom uprawiającym ów gatunek możliwości te udaje się spożytkować. Dodać wypada, że pisarz przed wzięciem się do dzieła zaprawił się w boju naprawdę nielicho, przeczytał bowiem ponad 70 tysięcy stron literatury SF (przy czym korzystał zarówno z dzieł wśród czytelników uznanych, jak i zagranicznych pulpowych magazynów).

Tom pierwszy obejmuje głównie roztrząsania dotyczące struktury utworów literackich, oraz samego języka, toteż są one obarczone dużym stopniem abstrakcji i skomplikowania. Pedantyczność Lema w objaśnianiu poszczególnych niuansów jest tak drobiazgowa, że czasami zahacza aż o komizm; pisarz rozbija bowiem strukturę dzieła literackiego na atomy, ba, więcej nawet – i tych atomów nie oszczędza. Wnikliwość taka niekiedy niestety gubi go; w jego wywody wkrada się chaos, dygresyjność, itd. Choć książka podzielona jest na rozdziały, a te – na podrozdziały, łatwo czytelnikowi pogubić się w gąszczu analiz. Dużo prościej byłoby przyswoić sobie zawarte w nich informacje (Autorowi zaś trzymać się tematu i nie popadać w dygresje) gdyby te ostatnie podzielić na sub-rozdziały. Brak takiego formalnego uporządkowania jest chyba najważniejszą wadą dzieła.

Można by oczekiwać, że Lem, ponieważ sam eksploatuje nurt science fiction, zastosuje w swoich analizach wobec tego gatunku literatury taryfę ulgową. Nic bardziej mylnego; obnaża banalne chwyty strukturalne, które wyrobnicy opowiadań SF stosują bez opamiętania, uniemożliwiając temu gatunkowi podźwignięcie się z pulpowego rynsztoka na wyżyny artystyczne (pokusił się nawet o sporządzenie wykazu elementów opowieści tego nurtu, na które natykając się czytelnik ma sto procent pewności, że obcuje z bezwartościowym śmieciem!). Od czasu do czasu przytacza Lem na potrzeby swoich analiz utwory SF, oraz ich fragmenty.

Trochę miejsca w swoich wywodach Lem poświęcił także samej futurologii – nauce zajmującej się prognozowaniem przyszłości. Stara się dociec, na ile literacka fikcja naukowa jest w stanie przewidzieć przyszłość, a także czy w ogóle możemy mówić o tym jako o jej powinności. Pisarz szacuje możliwości literatury w tej materii bardzo ostrożnie, podpierając się przykładami kilku znamienitych pod tym względem utworów. Tematów, które porusza, nie idzie zresztą zliczyć; nie wszystkie z nich zainteresują też przeciętnego odbiorcę – niektóre są skierowane najwyraźniej do specjalistów od literaturoznawstwa.

Ostatni rozdział tomu poświęcił Lem socjologii science fiction. Jest to rozdział najciekawszy; charakteryzuje bowiem środowisko twórców i odbiorców tego gatunku. Opowiada o tym, dlaczego literatura SF żyje niejako na uboczu literatury w ogóle, czemu w oczach czytelników utworów innego nurtu w ciemno uchodzi za literaturę niepełnowartościową, i jak znalazła się w żelaznych okowach komercji. Nie wiem, jak prezentuje się sytuacja SF dzisiaj, ale w czasach, gdy Lem pisał Fantastykę i Futurologię, była po prostu nie do pozazdroszczenia.

Nie ma sensu ukrywać: dzieło to jest dla mnie zrozumiałe tylko w części. Mimo, iż jego lektury zażywałem w skupieniu, dawkując ją sobie powoli i z ostrożnością, braki edukacyjne i próg intelektualny okazały się nie do przeskoczenia – czasami po prostu ni w ząb nie potrafiłem pojąć, o czym ten facet pisze. Wszystko to, co zrozumieć zdołałem, okazało się natomiast fascynujące. Zważywszy na to, że z gatunkiem SF (nie licząc prozy samego Lema, którą wręcz ubóstwiam) nie jestem nijak związany, jest to rzecz niesłychana.

Ocena: 9/10 (wybitna).

***

Okładka: Agora S.A.

Vladimir Nabokov – ”Pnin”

Vladimir Nabokov - ''Pnin''Pnin to rosyjski emigrant na amerykańskim uchodźstwie. Pracuje jako wykładowca języka rosyjskiego na uniwersytecie, a w czasie wolnym para się pisaniem dzieła naukowego. Jego życie poza pracą jest właściwie szczątkowe – nie posiada żadnej rodziny (z żoną rozstał się kilka lat wcześniej), a z ludźmi, których nazywa swoimi przyjaciółmi, łączą go raczej luźne stosunki. Przywykły do swojej egzystencji, żyje z dnia na dzień, zdając się nie śmieć wymagać od losu niczego ponad to.

Fabuła Pnina przedstawia się, jak widać, niezbyt obiecująco – tym bardziej dla czytelników zaznajomionych ze smykałką Nabokova do tworzenia emocjonujących intryg. Czytanie powieści z początku przypomina trochę obsesyjne tropienie człowieka zanurzonego po czubek głowy w szarości dnia powszedniego. Dopiero po pewnym czasie idzie zauważyć, że ten roztrzepany i naiwnie dobroduszny poczciwina porusza się w codzienności z nieporadnością tak osobliwą, że – paradoksalnie – zyskuje ona wymiar jedynej w swoim rodzaju gracji.

Pnin nie ma nic wspólnego z bohaterami najsłynniejszych powieści Nabokova – Vanie romansującym z własną siostrą (Ada albo Żar) , wyrafinowanym pedofilu Humbercie Humbercie (Lolita), obłąkanym Hermannie (Rozpacz); dość blisko jest mu za to do nieporadnego geniusza szachowego imieniem Łużyn (Obrona Łużyna). To postać, która wywołuje pozytywne emocje – wzruszenie, sympatię. Nawet w okolicznościach, w których Pnin wykazywał się porażającą wprost łatwowiernością (epizod z Wiktorem) nie miałem ochoty potrząsnąć nim, a jedynie dobrodusznie poklepać go po ramieniu.

Jest Pnin istotą wykorzenioną z jego środowiska naturalnego – Rosji – i przesadzonego na grunt Amerykański. Można czytać powieść jako utwór o problemie emigracji – o tym, jak to człowiek osiadły poza swą ojczyzną naraża się swą obcością i nieprzystosowaniem na śmieszność obywatelom kraju gościnnego. Interpretacja taka jest słuszna, ale błędem byłoby ograniczać się tylko do niej.

Znam już trochę Nabokova i wiem, czego mogę się po nim spodziewać; jak bardzo jest przebiegły, i jak ukochał sobie literaturę jako narzędzie kpiny z samej literatury właśnie. Po jego utworach poruszam się ostrożnie, starając się nie pozwolić mu uśpić swojej czujności i nie dać wpędzić w pułapkę. W ten sposób czytałem również Pnina. Przyznać muszę, że pod koniec lektury zwątpiłem w Mistrza; wydawało mi się, że tym razem nie stanął na wysokości zadania, i stworzył powieść bardzo co prawda sympatyczną i przyjemną, ale w żadnym wypadku wyjątkową. Choć spod pierwszej jej warstwy przebijała gdzieniegdzie ta druga, ukryta, to jednak nie dawała po sobie obiecywać zbyt wiele.

Drugie dno Pnina dojrzeć można przez narratora – początkowo pozornie bezosobowego, stopniowo eksponującego jednak swą odrębność. Pytania o to, kim jest ów człowiek podający się za przyjaciela głównego bohatera, skąd wie o nim wszystkie te rzeczy (w tym również subtelne szczegóły jego perypetii życiowych, których znać nie ma prawa), i dlaczego właściwie opisuje jego historię początkowo wydają się niezbyt istotne, by pod koniec powieści zwalić się na czytelnika ogromnym ciężarem, z którego samodzielnie wygrzebać zdołają się tylko najbystrzejsi (reszcie przychodzi w sukurs ze swym posłowiem niezawodny Nabokovista Leszek Engelking). Dość powiedzieć, że historia zostaje postawiona na głowie.

Choć Pnin nie zalicza się z pewnością do najwybitniejszych powieści Nabokova, warto poświęcić mu te trzy czy cztery wieczory – dla jego melancholijnego komizmu, subtelności, i, oczywiście, przewrotności.

Ocena: 7/10 (bardzo dobra)

***

Okładka: Muza S.A.

Miklos Nyiszli – ”Byłem Asystentem Doktora Mengele”

Miklos Nyiszli - ''Byłem Asystentem Doktora Mengele''Są treści tak wstrząsające, że czytając je, człowieka ogarnia nieme zdziwienie, iż papier zdolny był je przyjąć; fakty z piekła rodem, od których zapisania kartka powinna, zdaje się, rozsypać się w popiół. Takiego wrażenia doświadczam za każdym razem, kiedy czytam o Holokauście. Ale papier przyjmuje wszystko, a słowa obojętnie dźwigają na sobie ciężar prawdy, nie pachną fetorem ciał palących się w dzień i noc w potężnych krematoriach, a wymawiane nie smakują ich krwią.

Autor książki był lekarzem i specjalistą w zakresie medycyny sądowej. Tuż po deportacji do obozu Auschwitz został z powodu swego fachu wcielony do przymusowej pracy dla doktora Mengele – osławionego Anioła Śmierci, zbrodniarza zajmującego się w obozie przerażającymi, pseudonaukowymi eksperymentami medycznymi. Nyiszli zajmował się leczeniem SS manów i członków Sonderkommando, oraz wykonywaniem sekcji zwłok w ośrodku mieszczącym się na terenie krematoriów – a więc w samym sercu piekielnie wydajnej fabryki śmierci.

O wydarzeniach rozgrywających się za murami obozu Autor opowiada językiem precyzyjnym i rzeczowym, typowym dla ludzi o osobowości naukowca. Nie jego walory literackie liczą się jednak tutaj najbardziej, a prawda historyczna, ta jest zaś tak makabryczna, że poetyzowanie jej niechybnie musiałoby obrócić się w groteskę. Nyiszli nie pozostawia żadnego miejsca dla wyobraźni – ze szczegółami opisuje proces eksterminowania ludzi w komorach gazowych, palenie trupów w krematoriach i dołach, egzekucje poprzez rozstrzelanie, sekcje zwłok, koszmarne warunki życia obozowiczów, oraz wszelkiego rodzaju okrucieństwa, których dopuszczali się SS mani.

Nyiszli, mimo swojej uprzywilejowanej pozycji lekarza, miał bardzo ograniczone możliwości niesienia pomocy tym, których nie uwzględnił w swoich dyrektywach doktor Mengele. Mimo wszystko udało mu się uzyskać przepustkę na teren baraków i uratować od zagłady żonę i córkę, a także okazyjnie wesprzeć jedzeniem, lekarstwami i papierosami innych osadzonych. Z reguły jednak mógł tylko biernie obserwować rozwój wydarzeń, żywiąc nikłą nadzieję na to, że bieg dziejów obróci się na korzyść ciemiężonych. Jego wspomnienia, poza prawdą historyczną, pełnią więc jeszcze jedną ogromną rolę: stanowią wstrząsające studium niemal absolutnej bezsilności jednostki wobec obłędu ludobójstwa. Jest to jednocześnie opowieść o życiu w nieustającym, śmiertelnym zagrożeniu i niesamowitych umiejętnościach przystosowawczych człowieka. Pomimo horroru, który napiętnował świadomość Nyiszli, chciał on żyć, i konsekwentnie odmawiał pomocy w samobójstwie tym, którzy go o to prosili (czego jednak z perspektywy czasu żałował).

Relacja Nyiszli znacznie wyróżnia się na tle innych świadectw spisanych przez ofiary Holokaustu za sprawą jego przymusowej współpracy z Aniołem Śmierci. Jako jeden z nielicznych miał okazję poznać zbrodniarza od strony zawodowej, i rzetelnie opisać jego poczynania. Mengele poświęcał szczególną uwagę bliźniętom. Przeprowadzał na nich pseudomedyczne eksperymenty celem ustalenia, jak zwiększyć szansę na ciąże mnogie, co pomogłoby nazistowskim Niemcom na zwiększenie swego potencjału demograficznego. Innym obiektem jego zainteresowania były karły i kaleki; kazał preparować ich szkielety i wysyłał je do Berlińskiego muzeum antropologicznego, licząc na to, że po wojnie zostaną wystawione i przedstawiane dzieciom jako koronny dowód genetycznej degeneracji rasy żydowskiej (choć przecież wiedział dobrze, że przypadki kalectwa zdarzają się u przedstawicieli wszystkich narodów).

Relacja Nyiszli nie pozostawia najmniejszych złudzeń: praca Mengelego i jemu podobnych lekarzy, poza tym, ze zupełnie nieetyczna, nie miała niemal żadnych walorów naukowych – służyła propagandowemu fałszowaniu rzeczywistości, budowaniu na tym prywatnych karier i zaspokajaniu sadystycznych popędów. Jednocześnie ludzie ci naprawdę wierzyli, że obłąkany plan zbudowania nowego światowego ładu na stosie milionów trupów niewinnych ludzi powiedzie się i zapewni szczęście następnym pokoleniom.

Książka węgierskiego lekarza stanowi niezwykle cenne świadectwo historyczne i zapierającą dech w piersiach opowieść samą w sobie. Mimo całej jej drastyczności, nie sposób się od niej oderwać. Po prostu trzeba przeczytać; dla poznania prawdy o człowieku, która w okolicznościach tak ekstremalnych jak właśnie obozy śmierci objawiła się w pełnej krasie.

Ocena: 8/10 (rewelacyjna)

***

Okładka: W.A.B.