Archiwa tagu: przemyślenia

Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada

Teologowie podnoszą czasami argument, jakoby sam fakt, że człowiek poszukuje istoty wyższej, świadczył o tym, że takowa istnieje; że człowiek ma zaszczepioną przez Stwórcę potrzebę poszukiwania i odnalezienia go. Mam na ten temat nieco inną teorię: wiara i jej poszukiwanie nie ma charakteru nadnaturalnego a jest psychologicznym mechanizmem, zaś człowiek wierzy w swoją religię najczęściej dlatego, że został w niej wychowany. Oczywiście, nie wszyscy wierzący zaliczają się do tego grona. Z moich obserwacji wynika jednak, że jest to lwia część.Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada (1)Niewiele wiadomo na temat religii prehistorycznych. Można tylko domyślać się, że człowiek tamtych epok potrzebował uniwersalnego wytłumaczenia niezrozumiałych dla niego zjawisk, że żywił ogromny lęk i podziw wobec sił natury, i spersonifikował je, by zyskać poczucie łączności z nimi oraz poczucie wpływu na ich działania. Bez trudu wyobrażam sobie, że zastraszonemu prymitywowi przyjemniej spędzało się czas w jaskini kiedy wierzył, że z szalejącą na zewnątrz burzą można się jakoś dogadać. Tym bardziej, kiedy jedyną alternatywą pozostawało słuchanie kropel skapujących ze stalaktytów do kałuży.

Ewoluując ludzie doszli do słusznego wniosku, że lepiej żyje się w stadzie niż osobno. Wierzenia religijne podzielane przez członków stada stały się spoiwem społecznym. Grupa ludzi, która wyznaje jeden zbiór zasad postępowania (nawet bardzo prymitywny), i która surowo karze odstępstwa od nich, ma wszak o wiele większe szanse na przetrwanie, niż ta, która takich zasad nie posiada. Oczywiście, zawsze znalazł się jakiś cwaniaczek, który w takiej grupie wysuwał się jako szaman. Była to najbardziej uprzywilejowana pozycja, i dla podtrzymania jej zmuszony był snuć wizje łączności z bóstwem, podtrzymując wierzenie i rozwijać je. Inna sprawa, że obrzędom szamańskim nierzadko towarzyszyło spożywanie halucynogennych grzybów, które wprawiały go w stan ekstazy. Wyobrażacie sobie budowanie religii na podstawie tripu kumpla, który naćpał się kwasem kupionym od podejrzanego dilera? No właśnie. Też wydaje mi się, że nie brzmi to najlepiej. Ale co zrobić, takie były czasy!

Mało która osoba wierząca bierze pod uwagę fakt, że gdyby urodziła się w innej kulturze, w rodzinie o odmiennej tradycji religijnej, wyznawałaby wiarę inną, niż wyznaje obecnie. Konwersje na inną religię są niezwykłą rzadkością – niemal wszyscy wyznawcy tkwią w okowach wierzeń, które zaszczepili w nich rodzice. Jest to bardzo wygodne, gdyż często zwalnia wierzącego od brzemienia samodzielnego myślenia – człowiek taki wierzy bezrefleksyjnie, jest bowiem głęboko przekonany, że skoro tyle osób na świecie wierzy w to samo, co on, to nie mogą się oni mylić. Przecież większość musi mieć rację. Liczebność wyznawców potwierdza w jego oczach słuszność wyznania. Jeśli jest ich miliard – miliard razy. A że są miliardy osób wierzących w inną religię? No cóż, skoro aż tyle osób tkwi w błędzie, to musi to być błąd tysiąclecia!

Osoby, które przyszły na świat w rodzinie katolickiej, i wychowywały się w jej wierze, od dzieciństwa przesiąkały wiarą w istnienie piekła – stanu wiecznego potępienia, które czekać miałoby po śmierci na ludzi niewierzących i skrajnie niegodziwych. Strach przed tym przerażającym miejscem zakorzenia się w młodej, nieukształtowanej jeszcze psychice na tyle głęboko, że wyzwolenie się z niego przychodzi z trudem nawet osobom, które nauka skłania ku ateizmowi. Jestem głęboko przekonany o tym, że indoktrynacja religijna dzieci jest oczywistym praniem mózgu, że skrzywia myślenie człowieka nierzadko na całe życie i że powinna zostać zakazana prawnie. Wolność wyznania powinna pozostać, ale jego wyboru powinien dokonywać człowiek dorosły, wolny od zaszczepianych mu w dzieciństwie wierzeń.

Ze wszystkich lęków, jakie drzemią w człowieku, najsilniejszy jest jednak lęk przed śmiercią. Istota ludzka odczuwa ogromny dyskomfort na samą myśl o tym, że kiedyś będzie musiała zniknąć z tego świata, pozostawiając na nim wszystko to, czego się dorobiła, i wszystkich swoich bliskich. Wiara w wieczne życie pośmiertne, w raj, daje pewność, że wszelkie cierpienia zostaną człowiekowi wynagrodzone w sposób nieskończenie szczodry – co daje poczucie komfortu. No bo czymże jest niebiańska wieczność na tle jednego marnego żywota? Przecież nawet sto lat urlopu za jeden dzień pracy to (z matematycznego punktu widzenia) nic w porównaniu z tym. Wystarczy uwierzyć (to jeszcze nic nie kosztuje), a potem, dla podtrzymania tej wiary i swojego poczucia zaangażowania w jej sprawę, chodzić do kościoła i dawać na tace.

Równie wielką ulgę człowiek wierzący odczuwa na myśl o tym, że w każdej chwili może zwrócić się poprzez modlitwę do istoty, która skłonna jest wysłuchać go i zaopiekować się nim. Oczywiście, nawet jeśli modlitwa nie zostanie wysłuchana, wierzący zachowa spokój – w końcu na lekcjach religii poinformowano go, że Bóg często działa dla naszego dobra w sposób dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały. Wierzący chce ułatwić tak dobremu Bogu zadanie jak najbardziej, więc zawierza mu ślepo, w czym zresztą dopatruje się swej cnoty. Dla mnie Bóg który bezpośrednio nie komunikuje się z człowiekiem to wymyślony przyjaciel, Fiś.

Zdarzają się przypadki nawróceń. Oto, pewnego dnia, w Boga zaczyna wierzyć przestępca, alkoholik, prostytutka. Zwracają się oni do Stwórcy, i ponieważ polepsza się wskutek tego ich funkcjonowanie, wierzą, że stoi za tym jego ingerencja – więc wierzą jeszcze bardziej! Otóż, jest to błędne koło. Fakt, że modlitwa przynosi ulgę, nie potwierdza w żaden sposób istnienia domniemanego źródła tej ulgi. Dla mnie jest to psychologiczny efekt placebo; modlitwa niewiele różni się od łykania przez chorego witaminy C z przekonaniem, że to cudowny lek – co czasami rzeczywiście mu pomaga, ale co nie znaczy, że witamina C rzeczywiście okazała się niebiańskim medykamentem.

Niektórzy ludzie wierzący zastanawiają się, po co człowiek miałby być dobry, gdyby nie było Boga? To szokujące, ale wielu z nich nie widzi w tym pytaniu absolutnie niczego dziwnego! Zakładam optymistycznie, że żaden z nich nie rozpatruje w ten sposób zagadnienia, dlaczego w takim razie (skoro Bóg nie istnieje) miałby odmówić sobie gwałtu na ślicznym dziewczęciu, które widuje codziennie w autobusie jadąc do pracy; że to pytanie ogranicza się do kwestii drobnych nikczemności, takich jak ułatwianie sobie życia kłamstwem, kradzież paczki chrupek w markecie, porysowanie nielubianemu sąsiadowi lakieru na samochodzie tudzież zbluzganie kumpla za podrywanie dziewczyny. Dlaczego więc być dobrym, skoro Boga nie ma? Z szacunku do człowieka oczywiście. Z pragnienia, by na świecie po którym chodzą nasi bliscy, było jak najmniej chamstwa i patologii. By wszystkim żyło się lepiej, bezpiecznej. Bo każdy zły uczynek infekuje skrzywdzonego złem, i mści się na świecie ze zwielokrotnioną mocą.

Z przykrością muszę stwierdzić, że ten, któremu taka argumentacja wydaje się niewystarczająca, jest człowiekiem obłudnym. Dobro praktykowane z chęci zdobycia wiecznej nagrody od Boga warte jest tyle, ile pomaganie świeżo zatrudnionemu pracownikowi, by podlizać się szefowi i zyskać awans: skutkuje wprawdzie dobrem firmy, ale nie daje instruującemu żółtodzioba podstawy do myślenia o sobie we wzniosłych kategoriach, chodziło wszak o zwyczajne (a w przypadku tła religijnego o metafizyczne) lizodupstwo. A co z unikaniem czynienia zła z obawy przed wiecznym potępieniem, zapytacie? Odpowiem pytaniem: czy pedofil, który nie zgwałcił dziecka dlatego tylko, że bał się piekła, staje się przez to człowiekiem szlachetnym? No chyba nie… Choć oczywiście dobrze, jeśli to go powstrzymało. Nie zrozumcie mnie źle, każdy powód jest jednakowo dobry, by czynić dobro, ale jeśli czyni się je ze strachu przed wieczystym potępieniem w jeziorze ognia i siarki, raczej nie powinno dawać mu to powodu do zdrowej dumy. A kim staje się człowiek bez niej? Oczywiście, można być człowiekiem wierzącym i pomagać bliźnim bezinteresownie, co jest już chwalebne.

To, co dzieje się na świecie, wprawia w przerażenie. Klęski żywiołowe, wojny, ludobójstwa, epidemie, terroryzm, itd. Człowiek stojący naprzeciwko bezbrzeżnego cierpienia ludzkości usilnie stara się znaleźć jakieś jego racjonalne wyjaśnienie, by być w stanie w takiej rzeczywistości funkcjonować. I tutaj znowu w sukurs przychodzi Bóg, który jest miłością, działa dla naszego dobra w sposób niepojęty, i nie ma takiego zła, którego z czasem nie obróciłby na korzyść naszej duszy. Wystarczy wziąć parę szybkich i głębokich oddechów, a potem zawierzyć mu. Zawierzyć ślepo – bo przecież nawet Biblia w żaden sensowny sposób nie tłumaczy tego, dlaczego taki hipotetyczny Bóg dopuszcza istnienie zła na świecie (pomińmy historię Hioba i bajeczkę o Adamie i Ewie, które to historyjki najzwyczajniej w świecie obrażają ludzką inteligencję). Pocieszająca jest perspektywa, że wszelkie niegodziwości tego świata zostaną sprawiedliwie osądzone, i że nie trzeba samemu brudzić sobie rąk, wyrównywać rachunków. Że bycie uciskanym w gruncie rzeczy nie jest takie złe, skoro można obrócić je na swoją korzyść poprzez zawierzenie Bogu.

Także pytanie o to, jak powstał wszechświat w którym żyjemy, skłania większość ludzi do wiary w inteligentną siłę sprawczą. Naukowcy mają swoje teorie i hipotezy tłumaczące sposób, w jaki kosmos mógł wyłonić się z nicości, ale prezentują one poziom abstrakcji, który uniemożliwia przeciętnemu człowiekowi zrozumienie ich i – co za tym idzie – ich ewentualną akceptację. Nawet ci z nas, który ni w ząb nie rozumieją paplaniny fizyków wiedzą jednak, że u zarania wszystkiego stał jakiś twórczy potencjał, i mogą na własną rękę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bardziej prawdopodobne wydaje im się, że ten potencjał posiadał świadomość, czy też że był bezosobowy. Niektórym taka odpowiedź, oparta na intuicji, siłą rzeczy musi wystarczyć. Że większość ludzi wybierze wiarę w inteligentną siłę sprawczą – nie dziwi mnie ani trochę; człowiek truchleje na samą myśl o tym, że jest wypadkową ewolucji, i stanowi twór nieskończenie mały w stosunku do kosmosu, a jedynym lekarstwem na pozbycie się tej niewygodnej perspektywy jest właśnie wiara w to, że powołał nas do życia miłościwy Demiurg, a nie obojętne na wszystko, bezrozumne siły natury.

Wiele osób opiera swoją wiarę na bardzo subtelnych i subiektywnych odczuciach, które określają mianem religijnych. Może to być poczucie, że ktoś ze zmarłych bliskich w jakiś sposób niesie im pomoc lub komunikuje się z nimi poprzez sny. Czasami do wiary skłania także szczęśliwy zbieg okoliczności, na wskutek którego dany człowiek unika nieszczęścia, w czym upatruje działania opatrzności (co jest o tyle niefortunne, że choćby los milionów żydów gazowanych w komorach obozów zagłady stanowi istnienia tej samej opatrzności jaskrawe zaprzeczenie). Może to być też doświadczenie ekstremalne, np. śmierci klinicznej albo cokolwiek innego, w czym doświadczający w jakiś sposób dostrzega metafizyczną głębię. Zazwyczaj są to wrażenia tak sugestywne, że zdają się doznającemu ich przebłyskiem jedności z Bogiem. Ludzie tacy zazwyczaj twierdzą również, że skoro doświadczenie wiary pozwoliło im godnie przejść przez życie, że skoro okazało się one wystarczające, skrojone jakby na miarę tego życia – to wiara ta była słuszna. Jak polemizować z tymi doświadczeniami? Cóż: to, co ludzie wierzący nazywają religijną metafizyką, ja nazywam po prostu psychologią.

Psychologiczna potrzeba wiary jest tak silna, że zwycięża nawet umysły osób, które w każdej innej sferze życia wykazują się krystalicznym racjonalizmem. Zdarza się nawet, że choć wierzący postrzega swą wiarę jako stojącą w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, to jednak uważa, że rozbieżność ta świadczy właśnie na korzyść wiary – bo przecież skoro mimo wszystko wierzy, to musi być to łaska Boża, a nie jakaś tam naiwność wypływająca z ludzkiej ułomności! Taki tok rozumowania wykazują na przykład naukowcy wśród duchowieństwa.

Rodzi się pytanie: skoro wiara jest taka dobra, taka wygodna, skoro sprawia, że człowiekowi żyje i umiera się łatwiej, to dlaczego ateiści tak ją krytykują? Odpowiedź jest banalnie prosta: według nas wiara religijna przedstawia zafałszowany obraz rzeczywistości, oferuje życie w słodkim kłamstwie i angażuje wyznawcę w finansowanie kościelnej mafii rozrastających się w obrębie tejże wiary. Wiara jest jak sztuczny miód, ateizm zaś jak gorzka czekolada. Nie będę nikomu mówił, co ma pić, ale chętnie poczęstuję każdego swoim przysmakiem.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

Himalaje Głupoty

W mediach Internetowych (w telewizji pewnie zresztą też; nie wiem, bo nie oglądam) w kółko pojawia się temat tragicznej wyprawy na Nanga Parbat. Temat ten budzi w ludziach ogromne emocje; jedni bronią Mackiewicza, drudzy krytykują albo wręcz hejtują. Przyznam, że miałem nie zabierać głosu w tej sprawie; nie zależy mi ani trochę na dolewaniu oliwy do ognia. Potem zrozumiałem jednak, że temat nie dotyczy samego tragicznie zmarłego, że tak naprawdę chodzi o pewne bardzo istotne kwestie.Himalaje Głupoty (1)Niezwykle zaskoczyła mnie ilość osób, które w komentarzach pod artykułami o tej tragedii brały Mackiewicza w obronę. A już zupełnie nie dowierzałem, jak wiele osób przytaczało przy tym ”żelazny” w ich mniemaniu argument, że ”pasja to pasja, nie da się wytłumaczyć jej komuś, kto jej nie czuje”. Gdyby jeszcze pisali to młodzicy, byłbym zrozumiał, ale głosy takie pojawiały się także ze strony ludzi starszych ode mnie.

Na ryzyko utraty zdrowia lub śmierci pozwolić może sobie samotny wilk – ktoś, kto nie musi liczyć się z potrzebami żony i dzieci. Nie ma nic wzniosłego w decyzji odstawienia rodziny na bok na rzecz realizowania się w swej śmiertelnie niebezpiecznej pasji. Odpowiedzialny człowiek nie zostawia najbliższych, by bez ubezpieczenia i butli tlenowej włazić na ośmiotysięcznik. To kwestia priorytetów – czasami trzeba wybrać, czy chce się być ojcem i mężem, czy himalaistą; nie zawsze można pogodzić jedno z drugim.

W zdumienie wprawia mnie również fakt, że znaczna część Polaków śmierć Mackiewicza postrzega w sposób dość romantyczny. Przyznam, że jakaś część mnie również tak właśnie pojmuje to, co zaszło: oto mężczyzna, który do zdobycia góry podchodził siedmiokrotnie, wreszcie wspina się na jej szczyt, ale nawet nie dane jest mu go ujrzeć, gdyż ślepota śnieżna odbiera mu wzrok. Potem niedomaga, i musi pozostać tam, by skonać w samotności – sam na sam z miejscem, do którego w końcu udało mu się dotrzeć.

Ale to tylko złudny romantyzm. W ogóle nie wierzę w piękną śmierć. Śmierć to zawsze tragedia, ból, rozpacz. W rzeczywistości nie ma nic wzniosłego w ślepnięciu, w zamarzaniu żywcem, w załatwianiu się we własne gacie (podczas zgonu puszczają zwieracze). Tak samo nie ma nic wzniosłego w tym, że Mackiewicz nie zobaczy więcej swoich dzieci, a one – swojego ojca, ani w tym, że mógł żyć z nimi długo i szczęśliwie, ale nie będzie mu to dane.

Żal mi żony i dzieci Mackiewicza. Dobrze, że założono konto, na które chętni wpłacać mogą pieniądze, które zabezpieczą finansowo ich przyszłość. Szkoda jednak, że w podobny sposób nie organizuje się zbiórek dla każdego dziecka skrzywdzonego przez lekkomyślność rodzica (lub rodziców). Co z dziećmi osób, które przeszły na czerwonym świetle i zostały rozjechane przez samochód, albo tymi, których rodzice woleli przepijać pieniądze, niż kupować jedzenie? Dlaczego nie urządza się zbiórek by ratować ich przyszłość? Są mniej warte, bo ich rodzice wykańczają się w sposób mniej spektakularny?

Jakby się kto pytał: tak, łatwo mówić mi to wszystko z pozycji człowieka, który siedzi na wygodnym obrotowym fotelu przed komputerem, w ciepłym mieszkanku, a tuż obok ma pościelone, wygodne łóżko. A mam ten przywilej, że łatwo mi to mówić, bo nie zdurniałem na tyle, by ryzykować życiem dla tzw. samorealizacji. Mam dla kogo i dla czego żyć. I wiem, co jest w życiu naprawdę ważne: nie martwa, niegościnna skała, a uczucia żywych, bliskich mi ludzi.

***

Zdjęcie Nanga Parbat pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Majestat

Nocne, rozgwieżdżone niebo już od dziecka wprawiało mnie w stan niewymownego zachwytu i zdumienia – choć wtedy było dla mnie zaledwie dwuwymiarowym firmamentem, czarną płachtą przyozdobioną tysiącami świecidełek. Dziś, jako człowiek dorosły, wiedzący znacznie więcej i dostrzegający w nim głębię, jestem nim zafascynowany jeszcze bardziej.

Dzięki potężnym teleskopom kosmicznym człowiek może zajrzeć w bardzo głębokie zakamarki uniwersum, i ujrzeć niewyobrażalnie odległe galaktyki i ich gromady. Ponieważ światło potrzebowało gigantycznej ilości czasu by dotrzeć do nas od danego obiektu, widzimy go takim, jaki był w chwili, gdy zostało ono wyemitowane – co oznacza, że wiele z najdalszych z nich istnieje obecnie w formie znacznie zmienionej bądź nie istnieje wcale. A są obszary tak dalekie, że światło z nich nie przedarło się do nas od początku ich istnienia – a w przypadku niektórych nie zdoła zrobić tego nigdy, jako że Wszechświat wciąż się rozszerza, i robi to coraz szybciej, w każdym kierunku jednocześnie. Ale i tak jest na co popatrzeć: średnica widzialnego uniwersum wynosi 93 miliardy lat świetlnych (rok świetlny to odległość, jaką światło pokonuje w ciągu roku, czyli około 9,4 biliona kilometrów). Przestwór ten wypełnia 300 tryliardów gwiazd, wśród których krąży niezliczona ilość planet. Być może na niektórych z nich istnieje życie, również w formach inteligentnych.IDL TIFF fileSkąd jednak wzięło się to wszystko? Niektórzy naukowcy twierdzą, że z nicości: pozbawionego wymiarów bezczasu, który jednak posiadał twórczy potencjał. Według nich siła sprawcza jest bezosobowa, a pytanie o jej pochodzenie nie ma sensu, jako że stanowi ona immanentną właściwość samej natury. Ponieważ zaś Wszechświat posiada łączną energię równą 0 (gdyż dodatnia energia materii zostaje równoważona ujemną energią oddziaływań grawitacyjnych), stanowi on jakby formę nicości, jej spontaniczne i samoistne przekształcenie. Przyznam, że nie potrafię tego zrozumieć – choć zapewne dlatego, że nie umiem przestawić się na czysto abstrakcyjne rozumowanie naukowców. Doświadczenie życia codziennego kształtuje w człowieku zupełnie inne, intuicyjne pojmowanie rzeczywistości, które jednak w odniesieniu do takich kwestii nie ma zastosowania.

Być może istnieje coś więcej niż jeden wszechświat. Jest hipoteza Wieloświata – zbioru nieskończonej liczby wszechświatów o rozmaitych wartościach oddziaływań fizycznych. Jest wiele wariantów tej hipotezy; do mojej wyobraźni najbardziej przemawia ta, jakoby poszczególne uniwersa powstawały w nicości, a więc istniały w zupełnej niezależności czasoprzestrzennej względem siebie i nie mogły w żaden sposób na siebie oddziaływać. Można by więc rzec, że wszechświaty takie same sobie istnieją zawsze i wszędzie, ale w stosunku do siebie nawzajem – nigdy i nigdzie. Hipoteza ta powstała jako próba wyjaśnienia niezwykłego dostrojenia stałych fizycznych obowiązujących w naszym wszechświecie do powstania życia – gdyby tylko nieznacznie zmienić którekolwiek z nich, życie powstać by nie mogło (przynajmniej w formie nam znanej i jedynej dla nas wyobrażalnej).

Czasami wydaje mi się, że odkrycia astronomiczne nie tyle odkrywają prawdę o kosmosie, co raczej uświadamiają nam jego nieodgadnioność. Każde kolejne odkrycie rodzi bowiem szereg nowych pytań, a odpowiedzi na nie – jeszcze kolejne. Dziś na przykład wiemy już, że widoczna gołym okiem materia barionowa (składająca się ze znanych nam pierwiastków) stanowi niecałe 5 procent bilansu energetycznego Wszechświata, a na resztę przypada tajemnicza ciemna materia (26,8%) i ciemna energia (68,3%). Czym są te dwie składowe i jaka jest ich natura – nie wie nikt. Można więc śmiało powiedzieć, że wiemy, iż prawie nic nie wiemy. I choć to prawie nic wystarcza nam do życia, to jednak nie zaspokaja naszej ciekawości.

Nasz aktualny stan wiedzy na temat Wszechświata każe nam sądzić, że nie będzie wieczny, że i jego czeka kiedyś kres. Za niewyobrażalnie długi okres czasu wszystkie gwiazdy zgasną, a ogrom ten stanie się zimny i pusty. Nie będzie żadnej świadomości, która mogłaby go postrzegać, nie będzie myśli, która mogłaby nadawać sens jego istnieniu.

Ale jest coś równie niepojętego jak sposób w jaki Wszechświat funkcjonuje i jego tajemniczość: obojętność tego przestworu na los ludzki i nasza znikomość względem niego. Świadomość tych dwóch rzeczy sprawia, że kiedy patrzę w gwiaździste niebo, czuję się tak, jakbym obcował z absolutem – i choć absolut ten jest nieświadomy samego siebie, w niczym nie umniejsza to jego majestatu.

***

Zdjęcie zostało wykonane przez NASA przy pomocy teleskopu Hubble’a i nosi tytuł ”Ultragłębokie Pole Hubble’a”. Opublikowane zostało w 2004 roku. Na fotografii widnieje około 10 tysięcy galaktyk; światło z najstarszych z nich (czerwonych) zostało wysłane zaledwie 800 milionów lat po Wielkim Wybuchu, w którym narodził się Wszechświat.

Bezbożne Boże Narodzenie

Bezbożne Boże Narodzenie (3)Jestem ateistą i obchodzę święta Bożego Narodzenia. Tak. Już czuję kamienie sypiące się we mnie ze strony wierzących i nie wierzących, już słyszę pogwizdywania i buczenie, joby nawet (od katolików przede wszystkim; bo nie dość, że bezbożnik, to jeszcze i hipokryta). Ale spokojnie. Już wyjaśniam.

Przez kilka lat swojego ateistycznego życia opuszczałem domowników na czas kolacji wigilijnej i wychodziłem w tym czasie na spacer. Z czasem stwierdziłem, że to głupie. No bo co? Inni sobie siedzą w ciepłym domu i pałaszują smakowitości, z dymiących talerzy unoszą się na cały dom zapachy, a ja mam w tym czasie robić coś innego tylko dlatego, że nie wierzę w boga?

Żaden z elementów Bożego Narodzenia, w których uczestniczę, nie posiada w sobie czysto chrześcijańskiego pierwiastka duchowego: te święta to misz-masz pogańskich zwyczajów. Najwięcej czerpie z Rzymskich Saturnaliów, obchodzonych od 17 do 24 grudnia w starożytnym Rzymie. Było to święto obchodzone na cześć boga rolnictwa i czasu, Saturna. To stąd pochodzi zwyczaj obdarowywania się prezentami, ucztowania oraz ubierania choinki (Rzymianie stroili drzewka iglaste, które z uwagi naBezbożne Boże Narodzenie (1) to, że były wiecznie zielone, stanowiły symbol siły Saturna). Data narodzin Jezusa jest zaś czysto symboliczna, i podejrzanie odpowiada dacie narodzin Mitry – bóstwa solarnego czczonego przez Persów na 2 tysiące lat przed jego narodzinami. 

Ale obchodzący Boże Narodzenie katolicy nie kłopoczą się tym. Tak samo i ja nie kłopoczę się historyjką dzieciątka urodzonego w stajence, i w ogóle wymiarem religijnym świąt. Spotykamy się z rodziną przy wigilijnym stole z różnych powodów: oni, bo wierzą, ja, bo cenię świąteczną aurę i lubię się nażreć, a i nie widzę sensownego powodu, żeby w tym czasie włóczyć się po dworze albo siedzieć w pokoju obok. Ot, i to wszystko.

Czy jestem hipokrytą? Nie. Sprzeniewierzyłbym się swoim ideałom i poglądom dopiero wtedy, gdybym poszedł do kościoła (na ślub i pogrzeb pójdę, bo tego wymaga kultura; poza nimi uczyniłbym to dopiero z pistoletem przyłożonym do skroni ). Ale nie chodzę tam, nie modlę się też przy stole (tego zwyczaju w mojej rodzinie nigdy zresztą nie było), zaś opłatek to tylko nijaki w smaku płatek chlebowy, nic poza tym (fakt ten konstatuję z wielką radością co roku).

Tak przy okazji: nie widzę nic złego w obchodzeniu Halloween przez katolików. To przecież tylko zabawa, a nie igranie z diabłem, jak chcieliby wmówić swojej trzodzie nawiedzeni pasterze. Przecież ani dzieci chodzące od domu do domu po cukierki, ani ludzie wystawiający przed dom lampiony z dyni, nie wierzą w historyjkę o złym Jack o’ Lanternie, którego nie chciano ani w raju, ani w piekle, i dlatego skazano go na wieczną wędrówkę po ziemskim padole. Na tej samej zasadzie ja obchodzę Boże Narodzenie. Chętnie obchodziłbym także Halloween.

Bezbożne Boże Narodzenie (2)Jest jeszcze jedna rzecz, za którą kocham święta: wspaniale zachlewa się wtedy ryja. Najlepiej. Nie ma to jak walić domowej roboty cytrynówkę w półmroku pokoju rozjaśnionego tylko kolorowymi światełkami choinki. No nie róbmy z tego tajemnicy: Polacy naprawdę lubią się ubzdryngolić. Poza tym, światełek nigdy dość, a po procentach podwajają swoją ilość. No i to żarcie: kapusta wigilijna, krokiety i pierogi z kapustą i grzybami, łazanki, a kto je mięso, to i ryby. O, tak.

***

Obrazki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Wygrać z Depresją

Wygrać z Depresją (1)Można śmiało powiedzieć, że depresja jest chorobą równie pospolitą, co wstydliwą. Choruje na nią masa ludzi, ale większość z nich nie dopuszcza do siebie tej świadomości. Bo depresja kojarzy się ze słabością, z użalaniem się, z lenistwem, z wymówką, i z potrzebą atencji; z wymyślaniem sobie problemów z braku laku, dla rozrywki. W skrajnych przypadkach zaburzenie psychiczne postrzegane jest przez ludzi nawet jako forma upośledzenia umysłowego. To straszne, ale taki właśnie obraz tej choroby wciąż jeszcze funkcjonuje w społeczeństwie (choć jego świadomość, na szczęście, nieustannie wzrasta).

Na depresję leczę się od czterech lat. Ile czasu chorowałem, zanim wybrałem się do specjalisty? Co najmniej siedem. Przez cały ten czas żyłem na krawędzi, biłem się z destrukcyjnymi myślami; przestałem być panem swojego życia, stałem się jego biernym obserwatorem. Tych siedem lat przeciekło przez moją świadomość tak, jak woda przecieka przez palce, ledwie pozostawiając po sobie ślad. Siedem lat, ponad 2500 dni młodości wyrwanych z życiorysu. A mogłem tego uniknąć, gdybym tylko nie przyzwyczaił się do tak fatalnego stanu rzeczy, gdybym nie uwierzył w to, że tak być musi – podobnie jak wielu ludzi, których poznałem.

Chciałbym tym tekstem przekonać wszystkich tych, którzy męczą się z fatalnym samopoczuciem i przez to funkcjonują znacznie poniżej swoich możliwości, do sięgnięcia po pomoc specjalisty. Każdy z Was może być szczęśliwym człowiekiem i produktywnym członkiem społeczeństwa – choć droga ku temu bywa długa, wyboista i kręta.

Żeby dostać się do psychologa w ramach NFZ, trzeba poprosić lekarza pierwszego kontaktu o wypisanie stosownego skierowania. Potem należy umówić się (na przykład telefonicznie) na wizytę w wybranej poradni zdrowia psychicznego. Skierowania nie wymaga za to spotkanie z psychiatrą. Bardzo ważne jest, by jeszcze przed podjęciem leczenia poddać racjonalnej analizie swoje oczekiwania względem niego. W swoim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które oczekiwały natychmiastowych rezultatów, i szybko się zniechęcały. Niestety, tak to nie działa; ludzka psychika jest skomplikowana i praca z nią wymaga dużego nakładu pracy i czasu.

Nie ma jednego leku, który działałby równie skutecznie na wszystkich chorych. Dobranie odpowiednich medykamentów (czasami stosuje się kombinacje kilku) może nastręczać trudności nawet bardzo doświadczonemu psychiatrze. Trzeba więc wykazać się cierpliwością. I dużą odpornością psychiczną – gdyż przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nawet dobrze dobrany preparat przeciwdepresyjny może potęgować zły nastrój i myśli samobójcze. Warto też zaznaczyć, że zażywanie takich leków wymusza na chorym delikatną zmianę sposobu życia. Psychotropów nie można łączyć z alkoholem, a po niektórych z nich nie powinno się również prowadzić auta, gdyż opóźniają czas reakcji na bodźce. Prawdą jest także, że niektóre leki sprawiają, że człowiek staje się senny, że pogarsza mu się pamięć – ale w moim odczuciu jest to niska cena za poprawę samopoczucia.

Pomoc psychologa ma największe znaczenie w przypadku depresji o podłożu egzogennym – czyli takiej, która jest następstwem ciężkiej sytuacji życiowej, przygnębiających wydarzeń, itd. (wyróżnia się także depresję endogenną, uwarunkowaną biologicznie). Wiele osób odczuwa dyskomfort na samą myśl o zwierzaniu się ze swoich problemów obcemu człowiekowi, ale moim zdaniem, niesłusznie (choć ja na przykład czuję się nieswojo rozmawiając z mężczyzną, dlatego na swojego psychologa wybrałem kobietę). Psycholog jest człowiekiem obiektywnym, bezstronnym w stosunku do swojego rozmówcy i osób mających kluczowy wpływ na jego życie. Rozmowa z nim jest w stanie wyrobić w chorym analityczne podejście do swoich problemów, pomaga mu zrozumieć samego siebie i mechanizmy które rządzą jego zachowaniem. Taki człowiek przestaje być bezbronny wobec samego siebie, nie musi już poruszać się po obrębie własnej świadomości jak po polu miniowym.

Depresja staje murem pomiędzy chorym, a innymi ludźmi. Im częściej osoba widząca świat w czarnych barwach spotyka się ze znajomymi, tym bardziej czuje się wyobcowana, nierozumiana. Spotkania te skutkują więc pogorszeniem nastroju i potrzebą izolacji. Mimo wszystko trzeba forsować ten mur, przebijać go własną głową, wydrapywać o niego paznokcie. Wprawdzie wsparcie psychiczne ze strony ludzi, choćby najszlachetniejsze, nie jest w stanie wykurować chorego, uzdrowić go, ale jest bezcennym uzupełnieniem terapii farmakologicznej i psychologicznej. Oczywiście, nie należy zbytnio przytłaczać bliskich rozmowami o swoich problemach i swymi złymi nastrojami, gdyż osoby bez fachowego przygotowania do walki z depresją siłą rzeczy będą się czuły wobec niej bezradne. Przebywając w gronie znajomych znacznie lepiej jest skupiać się na ich obecności, niż na swoich problemach. Nie jest to łatwe, ale można wyrobić w sobie taki nawyk.

Zdarza się niestety, że otoczenie chorego podchodzi do jego leczenia w sposób lekkomyślny, a nawet kpiący. Taki stosunek wykazuje szczególnie starsze pokolenie, w którymi depresja nie była diagnozowana i leczona. Ludzie ci wychodzą z założenia, że choroba ta jest nowoczesnym wymysłem, że dawniej ludzie nie znając takiego terminu żyli bez niej. Jest to oczywiście myślenie mylne i bardzo krzywdzące; trzeba jednak mieć wzgląd na to, że osoby wykazujące taki tok rozumowania są dziećmi swoich czasów, czasów diametralnie innych niż obecne, i że myślą w ten sposób, bo brakuje im wiedzy w tej materii. Tylko w ten sposób można oprzeć się ich poglądom (forsowanym zazwyczaj z dużym impetem) i skupić się na polepszeniu swojego funkcjonowania.

A przychodzi dzień, gdy leczenie zaczyna przynosić rezultaty; że zaczyna dostrzegać się nie tylko czerń i biel, ale cały koloryt życia, że odzyskuje się swobodę w kontaktach z ludźmi i pewność siebie. Jest to wiosna życia – najwspanialszy stan umysłu, jaki można sobie wyobrazić.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Czarna Mafia

Czarna Mafia (1)Nie mam zaufania do przedstawicieli wielu zawodów – do polityków, majstrów, dentystów ”na NFZ” – ale najmniejszym zaufaniem darzę facetów w czarnych kieckach.

Kiedy byłem uczniem gimnazjum, religii nauczał mnie ksiądz. Klecha był zwolennikiem starej szkoły wychowania; kiedy ktoś przeszkadzał na lekcji, chwytał go za baczki i mocno za nie pociągał. Sam kilkukrotnie miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć takiej przemocy. Wtedy nie przyszło mi do głowy, że poczciwy księdzunio może być zwyrolem, który po powrocie na plebanie będzie wspominał ten incydent trzepiąc kapucyna. Prawdę mówiąc, nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby tak właśnie było.

Inny przykład. Znam pewną dziewczynę, którą jako dziecko – przy pełnym aprobaty chichocie rodziców – ksiądz na kolędzie przełożył przez kolano. No, dobra: nie uderzał jej w pośladki mocno, a tylko ”na niby”, ale jednak jego parszywe łapska dotykały jej dziecięcej pupy. W tym przypadku prawie nie mam już wątpliwości, że kapłan był wynaturzonym zwyrodnialcem. Na miejscu jej ojca otworzyłbym mu drzwi i kazał wypierdalać. Na kopach.

Zastanawiam się, skąd do diabła bierze się u księży taka słabość do dzieci? Czy to przez życie w celibacie? Czy hamowany latami popęd seksualny doprowadza ich seksualność do zwyrodnienia? A może pedofile zostawali księżmi celowo, wiedząc, że ta funkcja społeczna cieszy się dużym szacunkiem i zaufaniem, co pozwoliłoby im na łatwiejszy dostęp do dziatwy?

Swego czasu znałem kolesia, który włamał się na plebanię i okradł proboszcza. Liczył na forsę, bo parę dni wcześniej klecha obłowił się w kilka grubych kopert, ale! Jego łupem padło co innego: dobrych dwadzieścia butelek trunków – i nie żadnych tam sikaczy czy berbeluchy, nie. Księżunio znał się na rzeczy: pił whiskey Johnnie Walker, brandy Napoleon, wódkę Finlandię. Ów kumpel zabrał księdzu także portfel, w którym znajdowało się zdjęcie podobnego do niego jak dwie krople wody nastolatka (sam widziałem). Kolega za swój wybryk (i kilka innych) poszedł siedzieć (nie, nie maczałem w tym palców), ale wcześniej pił aż do wyrzygu ambrozję proboszcza.

Media coraz częściej donoszą, że duchowni potrafią się bawić (i to nie tylko z dziećmi). Jeszcze w tym roku włoska prasa opisywała przypadek jednego z najbliższych współpracowników papieża, który organizował w Watykańskim budynku Kongregacji Doktryny Wiary gejowskie imprezki. U rzeczonego jegomościa znaleziono kokainę, którą ponoć zaprawiał się w swoich zabawach. Za karę przeniesiono go do klasztoru na Monte Cassino, którego opat Pietro Vittorelli kilka miesięcy wcześniej został aresztowany za zdefraudowanie 500 tysięcy euro pochodzących z dotacji państwowych i przeznaczonych na cele dobroczynne. Szmal trwonił na podróżach i gejowskich ekscesach.

Oczywiście, nie wszyscy księża to cwaniacy hulający za forsę swej naiwnej trzody. Ale i tak ich nie lubię. Cóż, problem leży we mnie – mam bowiem trudność w zaufaniu facetowi, który wierzy w to, że niepokalanie poczęta czternastolatka została zapłodniona przez ducha, urodziła Boga, dożyła kresu swoich dni jako dziewica a na koniec została zabrana żywcem do nieba. A co do spódnicy – nie miałbym z nią żadnego problemu, gdyby tylko nie była zawsze czarna. A tak, wyglądają w nich jak Buka z Doliny Muminków. Brr!

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Płaska Ziemia i Xenu

Wydawać by się mogło, że XXI wiek zasługuje na miano wieku rozumu, wiedzy; że postęp w naukowym pojmowaniu świata i powszechny dostęp do edukacji powinien z łatwością wyplenić zabobony krzewiące się w społeczeństwie od niepamiętnych czasów. Pod pewnymi względami jest to prawda. Ot, choćby wychodząc na podwórko nie czuję smrodu kobiet palących się na stosie z nakazu wierzącej w czarownice kościelnej ciemnoty. Mogę też otwarcie, bez obaw, że i ja zostanę skazany na tenże stos lub tortury, pisać o swoim ateizmie. I to jest fajne. Niestety, są wśród nas osobnicy, którzy wykazują wiarę w rzeczy najbardziej niedorzeczne, stojące w jaskrawej sprzeczności nie tylko z aktualnym stanem wiedzy, ale i logiką.

Płaska Ziemia i Xenu (1)Są na przykład ludzie, którzy wierzą w to, że Ziemia jest płaska. Zrzesza ich Towarzystwo Płaskiej Ziemi. Jak według tychże oświeconych geniuszy wygląda nasza planeta? Otóż, postrzegają ją jako dysk, którego krawędzie tworzą wysokie na 50 metrów lodowce, co zapobiega wylewaniu się oceanu w przestrzeń kosmiczną. Grawitacja według nich nie istnieje; Ziemia jakimś cudem nieustannie unosi się w górę. Agencje kosmiczne, zamiast dokonywać rzeczywistej eksploracji kosmosu, trwonią rokrocznie dziesiątki miliardów dolarów z kieszeni podatników na preparowanie zdjęć i filmów przedstawiających kulę ziemską. Ich pracownicy po prostu siedzą sobie w swoich domach, i połowę czasu opierdalają się grając w pasjansa, a połowę dłubią w pikselach. W spisek zamieszani są wszyscy: rządy, media, rekiny globalnej finansjery z Wall Street, oraz oczywiście żydzi i masoni. Czemu prawda jest tak pieczołowicie ukrywana przed społeczeństwem? To dzieło szatana! Księciu ciemności nie na rękę jest, kiedy ludzie wierzą w to, że Ziemia jest majestatycznie unoszącym się w przestrzeni kosmicznej centrum wszechświata – czują się bowiem wtedy wyróżnieni na tle kosmosu przez samego Boga, czują z nim więź. Trzeba więc wmówić im, że są tylko kawałkiem obdarzonego przebłyskiem świadomości mięsa dryfującego w próżni na jednym z trylionów zlepków materii. Wtedy z rozkoszy życia zostaje im już tylko konsumpcja, a jeśli te potrzeby konsumenckie zaspokoić, można społeczeństwem dyrygować jak się podoba. Wkrótce zjawi się antychryst, który przejmie kontrolę nad tak ogłupioną ludzkością i doprowadzi ją do zguby duchowej. Proste? Proste!

Wszystko to jednak pikuś w porównaniu z pokładami wiary, które posiadają w sobiePłaska Ziemia i Xenu (3) wyznawcy kościoła scjentologicznego. O, ci, gdyby się sprężyli, mogliby przenosić siłą swej wiary góry. W czym pokładają ufność członkowie tej ciekawie brzmiącej organizacji? Na przykład w tym, że przed 75 milionami laty kosmiczny potwór o imieniu Xenu zapakował kilkuset miliardów mieszkańców obcej planety w pojazdy kosmiczne, a potem przetransportował ich na Ziemię. Tam zamroził swoich więźniów, rozmieścił mrożonki w pobliżu wulkanów, i rozpierdolił ich wszystkich w drobny mak przy pomocy bomb wodorowych. Grubo, ale to jeszcze nie koniec. Potem poddał ich thetany (byty duchowe) metafizycznemu praniu mózgu, zmuszając je do oglądania przez 36 dni trójwymiarowego filmu przedstawiającego przekłamany obraz rzeczywistości. Następnie thetany przeszły w ludzkie ciała. Ponieważ indoktrynacja której poddał ich Xenu wypaczyła ich zdolność dostrzegania prawdy, trzeba przywrócić im ją poprzez praktykowanie scjentologicznych technik samodoskonalenia umysłu i życia duchowego. Brzmi jak pieprzenie oszołoma? No jasne. Dość powiedzieć, że za stworzeniem tej religii stoi pisarz SF, L. Ron Hubbard.

Płaska Ziemia i Xenu (2)Aha, byłbym zapomniał: Xenu ponoć żyje dalej, ukryty pod nieznaną górą, pod którą więzi go wieczne pole siłowe. Tom Cruise, który jest członkiem kościoła scjentologicznego (należy do niego kilku znakomitych aktorów, żeby wymienić chociażby Nicole Kidman i Johna Travoltę) obawia się go jednak na tyle, że zbudował sobie luksusowy, podziemny schron. Dość niezwykłe, ale kto bogatemu zabroni!

***

Obrazki pochodzą ze stron z darmowymi grafikami: Pixabay i Wikimedia Commons.