Klucz do Świata Fikcji

Chociaż kocham pisać, miewam ogromny problem z tym, żeby w ogóle zacząć. Nie, żeby brakowało mi pomysłów czy natchnienia. Ale jednak: zanim przysiądę do komputera, i otworzę dokument w Wordzie, zmarnuję trochę czasu surfując w Internecie, kręcąc się po domu, bawiąc się z kotem czy psem, a nieraz wręcz wymyślając sobie zajęcia, byleby tylko moment rozpoczęcia pracy od siebie odsunąć. A przecież, jak już się rzekło – pisać kocham! Więc jak to jest? Czyżbym po prostu wmawiał sobie pasję?Klucz do Świata Fikcji (1)Przyznam, że minęło wiele czasu (zdecydowanie zbyt wiele) nim zacząłem analizować ten fenomen. Rozwiązanie jego zagadki przyszło jednak bardzo szybko. Otóż, radość z pisania rośnie w miarę pisania właśnie. Zacząć jest ciężko, bo wczucie się w wykreowany świat, mentalne dostrojenie się do niego, a więc dokonanie przeskoku ze świata rzeczywistego w świat fikcji literackiej kreowanej na bieżąco, wymaga od twórcy zaangażowania dwóch szczególnych cech: wyobraźni i wrażliwości. Fantazja umożliwia nam wizualizację fikcyjnego świata, wrażliwość ułatwia zaś emocjonalne zaangażowanie się w losy jego oraz jego mieszkańców. Z każdym słowem dopisanym do historii twórca wchodzi w nią o krok głębiej, pisanie wymaga więc coraz mniejszego wysiłku woli, aż w końcu staje się bezwiedne i dostarcza czystej przyjemności z przebywania w świecie niedostępnym innym (i, rzecz jasna, tkania tego świata).

Myślę, że problem, o którym wspominam, dotyczy znacznej części początkujących pisarzy (i, kto wie, być może większości pisarzy w ogóle). Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby istniały osoby, u których przeskok pomiędzy rzeczywistością a fikcją dokonuje się w okamgnieniu; prawdopodobnie też z czasem osiągnięcie tego udaje się coraz łatwiej. W końcu też pisanie staje się nieodłącznym elementem dnia, elementem, którego zastąpić niczym innym po prostu nie sposób. Świat wyobraźni zdaje się wtedy magnesować twórcę do siebie tak silnie, że pisarska prokrastynacja ulega zmniejszeniu bądź zupełnemu wyplenieniu.

Istnieją jednak sposoby, dzięki którym można znacznie ułatwić sobie wejście w świat własnoręcznie uskutecznianej fikcji. Najważniejsze, by każdorazowo przed rozpoczęciem pracy poświęcić choćby kwadrans na przeczytanie tego, co napisało się ostatnim razem – pozwala to wejść wyobraźni na wyższe obroty i wczuć się. Bardzo pożądane jest również rozpoczęcie pracy w warunkach, w których nie rozpraszają nas żadne bodźce. Trzeba też wziąć się w garść i nie zaglądać podczas pisania do Internetu (chyba, że konieczne jest dokonanie researchu), oraz starać się nie odchodzić od stanowiska swojej pracy.

Jest jeszcze jeden bardzo pomocny trik, który pozwala łatwiej wstrzelić się w świat fikcji literackiej. Polegując w łóżku, tuż przed zaśnięciem, należy wyobrażać sobie dalsze losy swoich książkowych bohaterów, snuć narrację w myślach. Z doświadczenia wiem, że podświadomość odwala wtedy część roboty, tworzy coś w rodzaju bazy pod kolejny dzień twórczej pracy. Wielu amatorów pisania – w tym ja sam – woli wprawdzie tworzyć opowieści spontanicznie, bez wcześniejszego zamysłu, ale nawet im raz na jakiś czas przysłużyć może się odejście na krok od stałej metody swojej pracy.

Najlepszym, co może przytrafić się pisarzowi podczas pisania, jest stan naprawdę głębokiego wejścia w kreowany przez niego świat; stan, kiedy nawet rozmawiając z kimś na tematy życia realnego, duchowo wciąż przebywa wewnątrz powieściowej rzeczywistości. Mi osiągnięcie go udaje się zazwyczaj po 5 godzinach wytężonej pracy, czasem – wcale. Podejrzewam jednak, że u różnych ludzi rzecz ma się rozmaicie. Oczywiście, stan ten nie trwa długo. Po nim następuje coraz większe zmęczenie umysłowe; myśli wloką się jak po wypiciu kilku piw, słowa przestają się ze sobą kleić. Jest to chwila, kiedy należy dać sobie spokój z pisaniem, i odpocząć umysłowo.

Reasumując, zanurzenie się po czubek głowy we własnoręcznie tworzoną fikcję nie zawsze jest proste, ale niemal zawsze jest możliwe, przy odrobinie silnej woli i dobrej organizacji miejsca pracy. W przypadku pisania, chyba bardziej niż w przypadku jakiegokolwiek innego twórczego zajęcia, najtrudniej jest zacząć. Dobrać się do drzwi, za którymi roztacza swe piękno świat fikcji można specjalnymi kluczami, albo kombinując wytrychem; są nawet tacy, którzy potrafią wykopać je z zawiasów razem z futryną, ale to już temat na osobny artykuł.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

5 komentarzy do “Klucz do Świata Fikcji

  1. Pojedyncza

    Czytając Twój post odnalazłam sporo analogii do swojej własnej pracy – i choć nie jest ona w żaden sposób związana z pisaniem i kreowaniem fikcyjnych światów, to jednak odbywa się w domu przy komputerze. I choć bardzo ją lubię, to też zawsze ciężko mi ZACZĄĆ. Zanim się „rozkręcę”, to też często wynajduję sobie inne zajęcia, łatwo się rozpraszam itp. A potem z kolei trudno mi się oderwać. Teraz po wielu latach takiego trybu pracy już nie mam tak wielkich trudności, ale jak spojrzę wstecz… zachowywałam się jak dziecko, które zrobi wszystko, byle by nie siąść do książek i do nauki 😉 a potem przepadałam jak rasowy pracoholik. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
  2. Wojtek

    Piszesz: „Wielu amatorów pisania – w tym ja sam – woli wprawdzie tworzyć opowieści spontanicznie, bez wcześniejszego zamysłu”. Czy uważasz, że to dobre rozwiązanie? Czy nie byłoby lepiej dokładnie przemyśleć przebieg fabuły i akcji i dopiero potem zasiąść do pisania? Albo jeszcze inaczej, tak, jak Poe wspomina Dickensa w tekście „Filozofia kompozycji”. Zacząć od końca, od określenia punktu kulminacyjnego i zastanawiać się, jakie zdarzenia mogą doprowadzić bohatera do takiej sytuacji. Myślę, że to w sumie ma sens, gdyż wtedy jesteśmy w stanie lepiej dawkować poziom napięcia/skomlikowania sytuacji, w jakiej znalazła się postać. Mamy wtedy pewność, że napięcie będzie rosło stopniowo, osiągając swój top w punkcie kulminacyjnym, a tym samym czytelnik nie będzie czuł rozczarowania zakończeniem, w którym opada napięcie.
    Przyznam szczerze, że chyba tylko raz zdarzyło mi się rozpocząć pisanie tak, jak to nazwałeś „spontanicznie, bez wcześniejszego zamysłu”. To było moje pierwsze opowiadanie, coś bardziej na zasadzie próby opisu tego, co mnie otacza. Była w tym jakaś fabuła, ale nie było zupełnie akcji. To była bardziej taka próba, sprawdzenie się, czy potrafię opisać otaczającą mnie rzeczywistość w jakiś bardziej rozbudowany sposób niż „siedzę na kanapie w pokoju, wpatruję się tępo w telewizor, za oknem pada śnieg”. Chyba wręcz bardziej chodziło o sprawdzenie, czy potrafię opisem stworzyć określony nastrój. Całkiem przyjemne to było, ale już po chwili pojawił się problem pod tytułem „no, ale co dalej ma się dziać?”. Potem było jeszcze jedno opowiadanie, do którego usiadłem mając w głowie zamysł ekspozycji – wprowadzenia do akcji. Zupełnie, nie wiedziałem co będzie dalej. Jednak gdy pojawił się już kilkustronicowy opis dworca, przesiąknięty atmosferą tajemniczości i nutką niepokoju stwierdziłem, że jeśli chcę to rozwinąć, to muszę właśnie ustalić, dokąd to ma zmierzać, czyli do jakiego momentu chcę doprowadzić. Mając taki początek i zakończenie dużo łatwiej myślało mi się o wszystkim, co miało pojawić się wewnątrz opowiadania.
    Z czasem jednak i kolejnymi pisarskimi doświadczeniami doszedłem do wniosku, że najlepiej jest to robić w taki sposób, jak przedstawił to Poe we wspomnianym wyżej artykule, czyli planować utwór przez pryzmat efektu, który chcę osiągnąć. Przełożyłem sobie rozważania tego pisarza na „typową” prozę (Poe, przedstawia swoją koncepcję w oparciu o poemat Kruk, który, jakby nie patrzyć, pomimo swojego synkretyzmu, jednak bardziej budową przypomina lirykę) i od tego czasu niemal zawsze w ten sposób postępowałem. Tzn. gdy zasiadałem do pisania, czy nawet wcześniej, gdy myśli i fikcyjne światy kotłowały się w mojej głowie, zawsze w pierwszej kolejności określałem, jaki efekt u czytelnika chcę osiągnąć (np. przestraszyć go, zasmucić, rozbawić, wzruszyć itp.). Odszedłem jednak od pisania bądź co bądź „spontanicznego, bez wcześniejszego zamysłu”. Myślę, że to pomaga (czy raczej pomagało, bo ostatnio na pisanie nie mam w ogóle czasu, a i wena nie jest łaskawa) mi w pisaniu bardziej świadomym, a tym samym ciekawszym i zdecydowanie bardziej poprawnym.
    To się rozpisałem :-D.
    Pozdrawiam
    Wojtek

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. Morfeusz Autor wpisu

      Dziękuję Ci pięknie Wojciechu za tak wyczerpujący komentarz:) George Martin powiedział kiedyś, że pisarze dzielą się na architektów i ogrodników – architekt planuje utwór w każdym detalu, a dopiero potem przystępuje do jego realizacji, a ogrodnik ”sadzi ziarno” i patrzy, co z niego wyrośnie. On sam podaje się za pisarza-ogrodnika – co jest dla mnie czymś niesamowitym, z uwagi na stopień komplikacji jego Sagi, ilość występujących tam postaci, przeplatających się wątków – gdybym to ja pisał tak gęsto zaludnione, i tak mocno przepełnione akcją utwory, musiałbym najpierw rozpisać sobie wszystko, by się nie pogubić (a i tak, nie ma najmniejszych szans, żeby powiodło mi się to w stopniu takim, jak Martinowi – to przecież ekstraklasa). Stephen King również idzie na żywioł – czasami impulsem do powstania utworu staje się dla niego pojawiające się nie wiadomo skąd ciekawe wyobrażenie – np. w przypadku opowiadania ”Wszystko jest względne” był to facet wrzucający drobne monety do studzienki kanalizacyjnej, a przypadku powieści ”Langoliery” – wystraszona kobieta przykładająca dłoń do dziury w kabinie samolotu, przy czym nad nią widniał napis: TYLKO SPADAJĄCE GWIAZDY (King poszedł za tymi wizjami, zastanawiając się, co się za nimi kryje; utwory wyszły, jak na mój gust, świetnie). Kiedyś też dostał list od kobiety chorej na raka, proszącej go, by wyjawił jej, jak skończy się jego cykl ”Mroczna Wieża” – ale pisarz sam tego nie wiedział!:) A Rowling z kolei miała napisany ostatni rozdział ”Harry’ego Pottera” już podczas wydania 4 tomu. Edgara Allana Poe uwielbiam, szczególnie za jego opowiadania (choć i wiersze; poemat ”Ulalume” cenię wysoko bardziej niż ”Kruka”, jestem chyba wyjątkiem?). Myślę, że nie ma jednej metody twórczej dla wszystkich pisarzy, że to, czy bardziej efektywna będzie dla nich praca według wcześniej sporządzonego projektu czy praca na spontan, zależy od ich osobowości.

      Polubienie

      Odpowiedz
  3. malykot

    Kiedyś pisałam wiersze, prowadziłam dzienniki, bloga i tak dalej. Dziś nie potrafię się nawet wysłowić we własnej głowie. Mam wrażenie, że tych myśli jest zwyczajnie za dużo, wszystkie plączą się w wiecznym chaosie, naraz z ust chce się wydobyć kilka, kilkanaście wątków. Tworzenie tego komentarza również jest dla mnie problematyczne. W przeszłości marzyłam, aby zostać pisarką, stąd też wzięło się moje zamiłowanie do języka polskiego w szkole, ale teraz widzę, że wszelkie historie, uczucia, nastroje, wspomnienia umiem wyrazić prawie wyłącznie w formie rysunku, rzeźby, jakiejś twórczej ekspresji bez udziału słów. Dlatego podziwiam każdego, kto zabiera się za tworzenie opowiadań, esejów itp. Dla mnie sama ta umiejętność, nieważne, czy ktoś osiągnął sukces w branży czy nie, jest jak zdobycie szczytu.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
  4. Astroni

    „Najważniejsze, by każdorazowo przed rozpoczęciem pracy poświęcić choćby kwadrans na przeczytanie tego, co napisało się ostatnim razem – pozwala to wejść wyobraźni na wyższe obroty i wczuć się.” – o to to! Ograniczenie Internetu też na plus. Ale znowusz rozmyślanie o bohaterach u mnie na minus, bo choć w pewnym początkowym etapie dobrze robi, to jednak mi się potem zawsze wymyka spod kontroli i prowadzi mnie w meandry całkiem niepotrzebne do niczego. Pewnie też dlatego „wejść” w świat swojej książki udaje mi się najlepiej podczas zmywania albo (jak wczoraj) innych generalnych porządków, kiedy nie muszę się przejmować takimi banałami, jak składnie tego w zdania, eh… -.- Za to absolutnie zgadzam się z Panem Wojtkiem – dokładne przemyślenie fabuły przed rozpoczęciem pisania – tak. Znajomość zakończenia jako celu i sensu opowiadania, dla którego wszystkie wydarzenia są przede wszystkim środkami do osiągnięcia go – tak. Dawkowanie napięcia i szczegółów aż do samego końca – tak. Świadomość, jaki efekt u czytelnika chce się osiągnąć – tak, tak, tak! Inna sprawa, że… sama parokrotnie zaczynałam pisać zupełnie „na głupa” i to właśnie z tych historii wyrosły mi dwie najdłuższe i najbardziej czarujące historie, które napawają mnie największą dumą. Ale! – było to pisanie bez przemyślenia tylko do pewnego momentu, do dwudziestu stron może. Wtedy stworzony burzą mózgu galimatias zaczynał działać na mnie i na moją wyobraźnię, silnik odpalał i zaczynało mi się układać, do czego mają poprowadzić pojawiające się właśnie sytuacje… Brzmi to hardcorowo, ale jakimś sposobem u mnie działa. Może dlatego, że moją ulubioną literacką dyscypliną wyczynową jest kombinowanie jak poskładać ze sobą w logiczną całość wykluczające się fakty… Ale, podsumowując, i tak podejście architektoniczne jest tym, które najbardziej cenię. Nie wierzę, że „Harry Potter” mógłby zdobyć coś prócz nakręconej filmami pustej popularności, gdyby każdy tom nie niósł ze sobą interesującego, nakręcającego historię tematu-zapalnika, które ostatecznie złożą się razem w równy siedmioksiąg.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s