Archiwum kategorii: Eseje

Wiosennie

O poranku przydomowe podwórko spowija jednostajna zieleń; około godziny jedenastej mlecze, których kwiaty zamknęły się wczoraj wieczorem, otworzą się, i żółć roztoczy nad nią swą słoneczną dominację. W gałęziach biało ukwieconych drzewek owocowych bzyczą owady: włochate trzmiele i pszczoły. Ich tylne odnóża pokrywa warstwa pomarańczowożółtego nektaru. Stoję pod nimi, wdychając delikatny, słodki aromat, i przypatruję się z podziwem ich cierpliwej pracowitości.Wiosennie (1)Obok, w otwartym oknie letnika, który przerabiam na mieszkanie dla siebie i swojej dziewczyny, faluje firanka. Musiałbym być ślepy, by nie dostrzec w jej hipnotyzujących ruchach zapowiedzi przyszłych dni – tych, które spędzimy już we dwoje. Niżej, w świecie źdźbeł trawy i opadłych białych płatków, krzątają się czarne mrówki-pracoholiczki. Wynoszą z wnętrza gniazda drobinki piasku, ciągną maleńkie patyczki, ubijają wijącą się w odruchu obronnym larwę. Patrzę na to i myślę nieśmiało, że mrówki i pszczoły grają w jednej i tej samej wiosennej drużynie.

Kasztanowiec mężnie i dumnie dźwiga na swych gałęzistych barkach ogrom słupiastych kwiatów i rozłożystych liści. Ptactwo skacze figlarnie po gałązkach drzewek owocowych, świergoląc radosne melodie. Bociany patrolują pola w poszukiwaniu pokarmu, raz na jakiś czas wbijając czerwony dziób w trawę. Po nieskazitelnie błękitnym niebie, wysoko, wysoko nad ziemią, kołuje myszołów. Jeszcze wyżej sunie samolot pasażerski, pozostawiając za sobą białą smugę kondensacyjną. Patrząc na niego (przy czym zadaszam oczy dłońmi, bo słońce świeci jak w lecie) zastanawiam się, kiedy pojawią się pierwsi śmiałkowie na paralotniach.

Na wsiach kwiecień i maj to czas pierwszych prac na podwórkach. Po zimie zawsze jest co robić: trzeba zutylizować popiół, skopać ogródek i zasadzić w nim kwiaty oraz warzywa, zasypiać gruzem nierówności we wjeździe, przyciąć rozrosłe drzewa, oczyścić zachwaszczony chodnik, posegregować i oddać śmieci. Niektórzy szykują już nawet (o czym informuje płynący w przestrzeni warkot pił łańcuchowych) drzewo na kolejny sezon grzewczy. I ja haruję dzień w dzień, w pocie czoła, nie mam czasu nawet na pisanie i czytanie, ale nic nie szkodzi, bo najwyższa pora przejść wiosną (słońcem i letnimi powiewami) do szpiku kości, wielki już czas naładować wewnętrzne baterie na zimowe dni i noce.

Trzeba skosić dość już zarośnięte podwórko. Brat kursuje kosiarką w jedną i w drugą stronę, sukcesywnie wycinając pasy zieleni. Powietrze przesyca intensywny zapach soków roślinnych. Wieczorem, gdy trawa już przeschnie, aromat zmieni się: stanie się lekki jak piórko, nie, jeszcze bardziej – lżejszy nawet od powietrza; tak lekki, że unosić będzie mnie na wyżyny nostalgicznych wspomnień o tradycyjnym, wiejskim dzieciństwie. Pies, zadowolony z towarzystwa i zamieszania, tarza się w trawie, hasa po podwórku łapiąc w uszy wiatr jak regaty łapią go w żagle na pełnym morzu, a ogonem merda tak obłędnie, że na ten widok człowieka bierze wspaniały, zdrowy śmiech.

Od czasu do czasu spotykam się z kolegą na opustoszałych polach, i wypijamy tam ćwiartkę zimnej wódki, gawędząc o życiu prawie jak za małolata. Bo raz w tygodniu należy nam się, jak psu buda, po te sto gram na łebka, akompaniament cykających świerszczy i żab rechoczących w pobliskim bagnisku. To są chwile zarezerwowane na to i na nic więcej – dlatego niczego poza tym nam nie trzeba, dlatego jesteśmy w tym wszystkim tak bardzo, że właściwie jesteśmy tym wszystkim: jednością.

Reklamy

Straszne Filmy

Już od czasów dzieciństwa rozbudzałem się dopiero wtedy, gdy nadchodziła noc. Matka również kładła się spać dosyć późno; zarwaliśmy wiele nocy oglądając razem telewizję. Ona lubiła dreszczowce i dramaty, ja zaś lubowałem się w horrorach. Często wymuszałem na niej dziecięcymi grymasami przełączenie odbiornika na upatrzony wcześniej w programie film grozy. Oglądałem je niemal nałogowo, choć podczas strasznych scen czasami chowałem się pod kołdrę.

Return of The Living Dead 3Od 8 do bodajże 11 roku życia prowadziłem – mniej lub bardziej regularnie – zeszyt, do którego wklejałem wycinki z gazet dotyczące horrorów. Były to głównie ramki składające się z ilustracji i opisu fabuły publikowane w tygodniku Tele Tydzień. Spisywałem w nim również wszystkie znane mi horrory i odhaczałem ptaszkiem te, które już obejrzałem. Czasami przynosiłem go do szkoły, i pokazywałem kolegom, którzy również uwielbiali straszne filmy. Na przerwach opowiadaliśmy sobie o najlepszych, jakie widzieliśmy, relacjonowaliśmy sceny, podawaliśmy tytuły, których koniecznie należy wypatrywać. Szkoda, że gdy trochę podrosłem, spaliłem ów zeszyt z masą innych swoich papierów.

Moi rodzice byli w tym czasie w separacji. Ojciec przyjeżdżał do nas w odwiedziny raz w tygodniu, w weekend, i prawie zawsze przywoził z wypożyczalni kaset VHS jakiś film. Pamiętam, jak kiedyś prosiłem go przez cały dzień, by wypożyczył bardzo głośny wtedy Krzyk, ale za nic w świecie nie chciał tego zrobić. Odpowiadał mi, że jest tak straszny, że kilkadziesiąt osób oglądając go dostało zawału serca i nie chce, by mnie spotkało to samo – co oczywiście potęgowało tylko moje pragnienie obejrzenia go! Teraz wiem, że ojciec robił to specjalnie, wtedy nie miałem o tym najmniejszego pojęcia.

Nie wiem, dlaczego, ale filmowe horrory o wampirach zawsze zanudzały mnie na śmierćCandyman (mam tak po dziś dzień), więc po pewnym czasie zacząłem omijać je wszystkie szerokim łukiem. Niespecjalnie kręciły mnie także slashery (to akurat z czasem uległo zmianie), uwielbiałem za to zombie movies – i to do tego stopnia, że nie przepuściłem żadnego z nich. Najbardziej podobały mi się wszystkie części Powrotu żywych trupów oraz Świt żywych trupów. Obrazy umarlaków otępiale snujących się w poszukiwaniu ludzkiego mięsa fascynowały mnie do tego stopnia, że pragnąłem, by zombie apokalipsa nastąpiła naprawdę. Być może wizja ta wydawała mi się tak atrakcyjna, bo po prostu chciałem móc postrzelać bezkarnie do jakichś stworzeń?

Poza zombie przerażały mnie również Kleszcze (pierwszy horror jaki w ogóle obejrzałem; miałem go na kasecie VHS), Laleczka Chucky oraz nawiedzone domy (przede wszystkim Amityville). Zdecydowanie najstraszniejszą postacią z horroru był jednak dla mnie w tym czasie (i jest teraz) Candyman. Potężny czarnoskóry mężczyzna z hakiem zamiast dłoni, który zjawiał się ni stąd, ni z owąd, by wybebeszać nim ludzi, przerażał mnie wręcz do szpiku kości. Przez jakiś czas po obejrzeniu tego niesamowicie ciężkiego filmu byłem całkowicie pewien, że jeśli stanę przed lustrem o północy i pięciokrotnie wypowiem słowo Candyman, upiór pojawi się, by dokonać na mnie masakry. Mimo to pewnej nocy odważyłem się to uczynić – kilka następnych przypłaciłem bezsennością i strachem.

Z wielką frajdą oglądałem także serial Opowieści z krypty. W każdym odcinku przedstawiane były dwie makabryczne historie. W poszczególne opowieści wprowadzał widza zzieleniały truposz obdarzony osobliwym poczuciem humoru. Serial ten, co ciekawe, oglądała ze mną czasami moja matka, która horrory uważała z reguły uważała za głupoty.

Child's PlaySen z powiek spędzał mi również serial fantastyczny z elementami grozy pt. Po tamtej stronie (Outer Limits) emitowany późną nocą na TVP1. Każdy odcinek opowiadał inną historię, zawsze prowadząc widza do samych granic wyobraźni. Charakterystycznym i niezmiennym elementem serialu był lektor otwierający i zamykający swym przemówieniem odcinki, oraz niezwykłe wprowadzenie. Do dziś czuję się niesamowicie, kiedy przypominam sobie głos mówiący: Twój telewizor działa prawidłowo. Nie próbuj go regulować. Teraz my sterujemy transmisją. Kontrolujemy obraz w poziomie, i w pionie. Możemy cię zarzucić tysiącem kanałów, albo doprowadzić jeden obraz do kryształowej przejrzystości.

Jako dorosły człowiek obejrzałem całą masę horrorów, ale nigdy nie bawiłem się podczas seansów tak dobrze, jak w dzieciństwie. Wyrosłem już bowiem z całej masy lęków, utraciłem wiarę w zjawiska nadprzyrodzone, i zaznajomiłem się ze schematami, które obowiązują w znacznej części filmów grozy. Powiedziałbym więc, że tego rodzaju filmy dla dorosłych są tak naprawdę dla… dzieci.

Rozmowy z Wierzącymi

Rozmowa o wierze pomiędzy ateistą a wierzącym zawsze jest bardzo niezręczna. Obie strony sądzą, że druga z nich jest w ogromnym błędzie, i obie starają się dać to sobie odczuć możliwie najłagodniej, ale jednocześnie możliwie najdosadniej. Z uwagi na delikatność tejże materii uważam, że co najmniej drobnych przykrości na tym tle uniknąć nie sposób.

Rozmowy z wierzącymi fascynowały mnie kiedyś, obecnie jednak nie interesują mnie w najmniejszym nawet stopniu. Są to dyskusje, na których w 99 procentach przypadków żadna ze stron nie jest w stanie nijak skorzystać. Od jakichś pięciu lat nie dowiedziałem się z nich niczego nowego. Schemat również zawsze jest ten sam: wierzący najpierw przytacza swoje argumenty, a potem, nie wytrzymując siły moich, stwierdza rozbrajająco, że ”Bóg jest nieogarniony a my jesteśmy tylko ludźmi”. Nietzsche pisał, że tego, w co ktoś uwierzył bez dowodów, dowodami obalić nie sposób (nawet dowodami z logiki), i bazując na swoich doświadczeniach zgadzam się z nim w tej kwestii całkowicie. Ja z kolei nigdy nie uwierzę w istnienie wszechmocnej, miłosiernej, samoświadomej siły, która posiada jakiś istotny powód, by nie komunikować się z istotami rzekomo stworzonymi przez nią na swoje podobieństwo.  Rozmowy z Wierzącymi (1)Uważam, że wiara w Boga jest urojeniem, które z uwagi na swoje rozpowszechnienie (uwarunkowane konstrukcją ludzkiej psychiki) jest tak powszechne, że stało się ogólnie przyjętą normą. Wikipedia definiuje urojenia jako zaburzenia treści myślenia polegające na fałszywych przekonaniach, błędnych sądach, odpornych na wszelką argumentację i podtrzymywane mimo obecności dowodów wskazujących na ich nieprawdziwość. Ponieważ nie ma żadnych dowodów na istnienie Boga, Biblia (i inne święte księgi) pełna jest jaskrawych sprzeczności, a miliardy ludzi wierzy w Stwórcę, definicja ta odpowiada ich wierze. Warto również przypomnieć, że istnieje nieskończona ilość rzeczy, których istnienia nie da się dowieść ani obalić, toteż dowodzenie ich istnienia jest obowiązkiem ludzi o ich istnieniu przekonanych. Jeśli spieram się z kimś na temat istnienia jednorożców, absurdem byłoby zwiedzanie z nim całego świata tylko po to, by udowodnić mu, że nigdzie ich nie ma. Jeśli ktoś twierdzi, że jednorożce istnieją, niech pokaże mi, gdzie. Nigdzie nie widziałem jednorożca, tak samo jak nigdzie nie widzę obecności Boga – a tylko obojętne na wszystko bezmyślne siły natury.

Nic na to nie poradzę – do takich wniosków prowadzi mnie logika. Nie uważam jednak, żeby wierzący byli przez swe wierzenia ludźmi w jakikolwiek sposób gorszymi. Szanuję ich wiarę, bo szanuję ich prawo do bycia w błędzie – i nie mówię tego w tonie aroganckim. Wierzący z kolei mają prawo myśleć to samo o mnie (choć oczywiście ja mam prawo z ich osądem się nie zgodzić – i nie zgadzam się, rzecz jasna). Nie jest to zresztą rzecz, o jaką warto by drzeć koty – myślę że zawsze łączy nas ze sobą o wiele więcej, niż dzieli (wyłączam z tego stwierdzenia bestie w ludzkiej skórze, z którymi łączy mnie tylko ludzka fizjonomia).

Na temat wiary i niewiary zamierzam jednak pisać – przede wszystkim dla osób stojących na rozstaju dróg: w miejscu, gdzie ich życiowa ścieżka rozwidla się i muszą wybrać, czy chcą podążać odnogą o nazwie Wiara, czy Ateizm (a nieraz jakąś inną – np. Agnostycyzm). Człowiek poszukujący jest człowiekiem o otwartym i chłonnym umyśle, i jeśli na przeczytaniu moich esejów mógłby cokolwiek skorzystać – czułbym się zaszczycony.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Listy

Zacznę tak, jakby młodsze pokolenie w ogóle nie wiedziało, o co chodzi (podejrzewam, że niewiele się mylę). Przed rozpowszechnieniem się telefonów (tych domowych i tych komórkowych), oraz komputerów i Internetu, istniał wśród oddalonych od siebie ludzi zwyczaj pisania listów. Zwyczaj, dodajmy to już na wstępie, piękny. Człowiek spisywał na kartce swoje myśli i uczucia, a potem składał ją, wsuwał w kopertę, i wysyłał do adresata (koszt: około 2 złote 50 groszy). Ten po otrzymaniu listu cieszył się jak dziecko; czytał go wielokrotnie, a na koniec chował w szafce (gdzie polegiwał całe lata, nierzadko przeżywając relacje, która powołała go do istnienia), i odpisywał jego nadawcy. I tak to szło.Listy (1)Miałem szesnaście lat, gdy dostałem pierwszy telefon komórkowy, i dziewiętnaście, gdy w moim domu pojawił się komputer. Nie istniała więc fizyczna konieczność, która zmuszałaby mnie do pisania odręcznych listów. W pewnym okresie swojego życia zacząłem jednak praktykować tą formę komunikacji, i uskuteczniałem ją (z rozmaitym nasileniem) przez około 2 lata.

W rzeczonym czasie miałem sympatię, z którą dzieliły mnie kilometry. Kontakt, który zapewniały nam telefony i komunikatory Internetowe, okazał się niewystarczający. Zaczęliśmy więc pisać do siebie listy. Szybko odkryliśmy, że obsiana ręcznym pismem kartka papieru jest najlepszym nośnikiem dla płomiennych, podsycanych tęsknotą uczuć. Listy takie pisywaliśmy codziennie, a wysyłaliśmy je do siebie raz w tygodniu. Jakby to wydarzyło się wczoraj pamiętam radość z otrzymania nabrzmiałej od papieru koperty, otwieranie jej i chłonięcie każdego słowa jak powietrza. Niektóre z nich były również spryskane perfumami; ich zapach, choć stracił na sile, wciąż jest wyczuwalny, pomimo że od tamtej pory minęło aż 7 długich lat. A nierzadko znajdywałem na kartce odbicie uszminkowanych ust.

Pisałem również listy do kolegów ze szkoły, oraz koleżanek. Najczęściej cienkie, jedno- albo dwu-kartkowe, ale jednak. Wszyscy mieli problem z rozszyfrowaniem mojego pisma – schludnego, ale nieczytelnego – jednak wkładali w to całe serce, bo w końcu odnosili sukces. Odpisywano mi chętnie i szybko. Niestety, wkrótce doszło do zabawnej, aczkolwiek zrozumiałej sytuacji: wątki, które poruszaliśmy w korespondencji, stawały się jej wyłączną własnością, i nie poruszaliśmy ich w zwyczajnych (telefonicznych) rozmowach. To niestety nie miało prawa się udać na dłuższą metę.

W swoim kuferku mam też trochę pocztówek, kartek-widokówek, walentynek. Jest nawet kilka kopert z listami które zakleiłem i zaadresowałem, ale których z jakiś przyczyn nigdy nie wysłałem. Pamiętam, że niektóre z nich pisałem prawie dziesięć lat temu. Może kiedyś je otworzę. A może dojdę do wniosku, że przeterminowały się już na tyle, że nie ma to sensu.

Choć z uwagi na postęp technologiczny dzisiaj już nikt (poza urzędami) nie wyobraża sobie komunikowania się za pomocą tradycyjnych listów, nie straciły one całkiem swego znaczenia. Myślę, że każdy z nas ma w swoim życiu kogoś, kto (nawet nie zdając sobie z tego sprawy) czeka na list. Może to być stary znajomy lub przyjaciółka ze szkolnych lat. Z pewnością partner lub partnerka także ucieszy się z miłosnego wyznania napisanego na kartce papieru i umieszczonego we wcześniej spryskanej perfumami kopercie. Nie trzeba do tego specjalnej okazji; każda z nich jest dobra by wyznać miłość, a powiedziałbym nawet, że najlepsze są te nieoczekiwane.

Myślę, że nie ma lepszego sposobu na oswojenie się z nieubłaganym upływem czasu, niż przeglądanie starej, żółknącej powoli korespondencji. Czar wspomnień – a więc wydarzeń, które dojrzały do wydobycia z nich ożywczej kwintesencji – jest balsamem dla duszy skołatanej przemijaniem.

***

Grafika pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Dinozaury są Fajne

Jako dziecko miałem sporo fascynacji, ale najsilniejszą (i najwcześniejszą) z nich były dinozaury. Zaczęło się, z tego, co kojarzę, od gum do żucia, do których dołączane były naklejki z tymi prehistorycznymi gadami. Kilka z nich szczególnie rozbudzało moją wyobraźnię – była wśród nich nalepka z jakimś morskim stworem chwytającym w zęby latającego pterozaura. Nalepiałem je na bok jednej z szafek w kuchni; z czasem rodzice zrobili w niej przemeblowanie, i mebel został przystawiony tymże bokiem do ściany, a ja straciłem możność podziwiania swojej kolekcji. Był to dla mnie wielki cios. Nie dość bowiem, że dinozaury nie żyły – wymarły 65 milionów lat wcześniej w strasznej katastrofie! – to jeszcze nie dane było mi rozpalać swej wyobraźni ich obrazkami!Dinozaury są Fajne (1)Były to czasy odtwarzaczy video. I my posiadaliśmy takowy. Najczęściej oglądałem na nim jakąś kreskówkę o dinozaurach – mógł być to Denver. Ostatni dinozaur, ale nie jestem pewien; pamiętam z niej niewiele ponad to, że w ogóle istniała. Oglądałem również emitowany na kanale Polsat serial pt. Zaginiony ląd – Dolina Jurajska, opowiadający o rodzinie, która wpadła w wyrwę czasoprzestrzenną i znalazła się w erze dinozaurów. Najmocniej zapamiętałem pojawiającego się w jednym z odcinków Cyborga – choć serial nadawany był w niedzielne popołudnia, dla dziecka w moim wieku stwór ten był wręcz przerażający. Muszę jednak dodać, że gdy niedawno rzuciłem okiem na tenże epizod, wydał mi się okropny – przede wszystkim za sprawą fatalnej animacji. To niesamowite, jak mocno różni się postrzeganie dziecka od postrzegania dorosłego!

Rodzice od czasu do czasu kupowali mi gumowe figurki dinozaurów. Zdarzało się, że przed powrotem matki z miasta układałem figurki w krąg, i wyobrażałem sobie, że kolejny dinozaur pojawi się w jego wnętrzu. W mojej kolekcji znalazły się m. in. tyranozaur, triceratops, ankylozaur, stegozaur. Najbardziej jednak uwielbiałem brązowego diplodoka, którego dostałem od ojca podczas jednej z jego niedzielnych wizyt (rodzice byli w separacji odkąd skończyłem 5 lat, i ojciec przyjeżdżał do nas tylko w niedziele); brałem go ze sobą do kąpieli, do wanny, i pływałem nim, a jego długa szyja wystawała wysoko ponad powierzchnię wody. Czasami rozstawiałem figurki na podłodze i meblach, i znosiłem do domu gałązki wierzby, bawiąc się w czasy prehistoryczne. Zabawki te wzbudzały w mojej babce obrzydzenie; chyba z uwagi na ich rozwarte szczęki nazywała je rozdziapami.

Ogromną rolę w mojej fascynacji odegrało czasopismo pt. Dinozaury! Wydawane przez wydawnictwo DeAgostini (nie mam pojęcia, czemu, ale wtedy nazywałem je seriami). Gazeta była dostarczana do jednego z miejscowych sklepów, i zawsze, gdy widziałem je na wystawie, błagałem matkę, by mi je kupiła. Był to czas, gdy w domu się nie przelewało, i matka była na mnie o te sceny wściekła, ale czasami ustępowała. Do pierwszego numeru tegoż czasopisma dodane były okulary 3-D w kształcie tyranozaura. Każdy kolejny numer zawierał 2 stronicową ilustrację zrobioną specjalnie z myślą o tym wynalazku. Oglądana przez okulary (jedno okienko było niebieskie, drugie – czerwone) zdawała się wychodzić poza papier – co w tamtych czasach, i dla dziecka w moim wieku było naprawdę wielką sprawą. Czasopismo zawierało dużo ilustracji i trochę informacji o poszczególnych gatunkach wymarłych gadów. Wykuwałem ich nazwy gatunkowe (nawet łacińskie) na pamięć. Ach, dołączano do każdego egzemplarza również kawałek plastykowego, fosforyzującego szkieletu Tyranozaura, ale nie kupowałem czasopisma regularnie i nie kompletowałem go.Dinozaury są Fajne (2)Pamiętam, jak w pewne wakacje przyjechał do mojej miejscowości chłopak, który miał wszystkie (albo prawie wszystkie) numery tego miesięcznika. Poznaliśmy się w klubie młodzieżowym, gdzie nastolatkowie i dzieci mogli przychodzić i spędzać wolny czas, np. pograć w ping-ponga lub gry planszowe, poczytać gazety, itd. Pewnego razu przyniósł cały stos tych czasopism i oglądaliśmy je siedząc na trawie. Nie muszę chyba dodawać, że robiliśmy to z wypiekami na twarzy?

Gdy chodziłem do zerówki, nauczycielka przynosiła nam czasami jeszcze inne czasopisma, w których pojawiały się prehistoryczne gady; ich tytułów nie jestem sobie jednak w stanie niestety przypomnieć. Pamięć podpowiada mi jednak, że grafiki w nich zamieszczane stały na wyższym poziomie niż te prezentowane w magazynie DeAgostini. Kiedyś chyba nawet nauczycielka pozwoliła mi pożyczyć kilka tych gazet do domu. A może pożyczyłem je sobie bez jej wiedzy.

Dziadkowie od czasu do czasu urządzali świniobicia. Psy dostawały kości, które po tym, jak zostały ogryzione z mięsa, walały się dookoła ich bud. Czasami zbierałem je i wyobrażałem sobie, że to kości dinozaurów. Bawiłem się również czasami w to, że sam jestem dinozaurem – najczęściej jajożernym velociraptorem (wielkie wrażenie wywarła na mnie jedna z ilustracji we wcześniej wspomnianym czasopiśmie, na którym gad ten wgryzał się w ogromne jajo skradzione triceratopsowi). Kradłem z lodówki jajko, i szedłem z nim na kupę żwiru za domem. Tam formowałem w piasku wgłębienie – gniazdo – i kładłem w nie jajko. Potem szedłem stamtąd, i wracałem w to miejsce udając, że jestem dinozaurem. Chwytałem jajo w nastroszone jak szpony palce, i zgniatałem je nimi. Pisząc te słowa kręcę z niedowierzaniem głowa, ale tak było naprawdę.

Bardzo ucieszyłem się, gdy usłyszałem od znajomej nauczycielki, że dzieci nawet teraz, w dobie gadżetów i Internetu uwielbiają dinozaury (m. in. kolorowanki z nimi). To niesamowite, że stworzenia te w pewien sposób przeżyły swoją śmierć, i to o całe 65 milionów lat!

***

Grafiki pochodzą ze strony Pixabay z darmowymi obrazkami.

Śmierć Stephena Hawkinga

Zmarł Stephen Hawking – fizyk teoretyczny, i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci świata nauki zaraz obok samego Einsteina. Hawking miał 21 lat, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego nieuleczalną chorobę neurodegeneracyjną – stwardnienie zanikowe boczne – i dali mu najwyżej 3 lata życia. Przeżył jeszcze ponad pół wieku; nie złamał go ani towarzyszący mu przez ostatnie trzy dekady paraliż niemal całego ciała, ani niemożność mówienia spowodowana uszkodzeniem strun głosowych na wskutek tracheotomii. Ze światem komunikował się za pomocą komputerowego syntezatora mowy; kontynuował również swoją pracę naukową.Śmierć Stephena Hawkinga (1)Z wypiekami na twarzy czytałem zarówno jego bestsellerową Krótką historię czasu, jak i wydany później z Leonardem Mlodinowem Wielki projekt. Popularnonaukowe prace Hawkinga (choć nie tak dobre, jak kilka innych pióra innych autorów, które przeczytałem później) stały się dla mnie początkiem nowej fascynacji – fascynacji strukturą rzeczywistości, fizyką kwantową, dylatacją czasu, czarnymi dziurami, Wielkim Wybuchem, multiwersum i osobliwościami. Pasja ta miała ogromny wpływ na formowanie się mojego ateistycznego światopoglądu.

Faktem jest, że masa naukowców przysłużyła się światu nauki bardziej, niż Stephen Hawking – także w sferze fizyki teoretycznej, którą eksplorował; że stał się symbolem geniuszu nie do końca słusznie – zważywszy na fakt, że wielu uczonych o ważniejszym dorobku naukowym jest przeciętnym zjadaczom chleba nieznanym tylko dlatego, że nie prowadzili spektakularnej potyczki z bezlitosną chorobą. Nie umniejsza to jednak wspaniałości jego osoby. Bo Hawking był kimś znacznie więcej, niż tylko wybitnym umysłem.

Hawkinga podziwiałem przede wszystkim za niesamowitą wolę walki z chorobą i szacunek wobec życia, który żywił na przekór swoim gigantycznym ograniczeniom. Człowiek ten przeżył swoje życie jako żywa legenda, i stał się dla mnie – wiem, że zabrzmi to patetycznie i nieco paradoksalnie, ale to prawda – ucieleśnieniem triumfu ducha nad materią. Sparaliżowany i zdany na pomoc innych, w swoim genialnym umyśle pozostawał bezgranicznie wolny, i badał tajemnice rzeczywistości w sposób niedostępny zwyczajnym śmiertelnikom. Stał się nie tylko ważną osobistością świata nauki, ale również inspiracją dla milionów ludzi na całym świecie. Chyba nikt nie udowodnił równie dobitnie, że każdy z nas odnaleźć może w sobie siłę do pokonania największych nawet życiowych problemów. Jeśli Hawking dał radę – wszyscy możemy. Wierzę, że gdyby nie jego niezwykła wola życia, ciekawość świata i oddanie nauce, nie przeżył by tak wielu lat.

Hawking poza tym, że był naukowcem i popularyzatorem nauki, był także wizjonerem; twierdził, że ludzkość chcąc przeżyć, musiała będzie dokonać eksploracji kosmosu, wskazywał również na zagrożenia, które przyniesie postęp technologiczny (przede wszystkim sztuczna inteligencja) i możliwość kontaktu z obcą kosmiczną cywilizacją. Jego autorytet był ogromny, i świat wysłuchiwał go z należytą powagą. Ci, którzy w jego słowach doszukują się paranoi, są, moim zdaniem, ogromnymi optymistami. Choćby Stanisław Lem był w swoich prognozach przyszłości znacznie dosadniejszy niż Hawking – i, uwierzcie mi, zapoznając się z jego argumentacją nie sposób mu się dziwić.

Słynny uczony przyszedł na świat w dzień urodzin Galileusza, zmarł zaś w międzynarodowy dzień liczby Pi i jednocześnie dzień urodzin Alberta Einsteina. Zważywszy na zagadnienia, którymi się zajmował, jest to koincydencja niezwykła.

***

Obrazek pochodzi ze strony Wikimedia Commons z wolnymi mediami.

Przychodzi Jezus do Lekarza

Jak większość Polaków, wychowywałem się w katolickiej rodzinie i w czasach dzieciństwa niczym gąbka wodę wchłaniałem informacje o objawieniach, płaczących krwią figurkach matki Boskiej, opętaniach oraz, oczywiście, duchach. Istnienie świata nadprzyrodzonego i możliwość komunikacji z nim były dla mnie oczywistością; jednym z pośredników pomiędzy nim a ludzkością był facet, o którym dużo słyszałem na lekcjach religii – Jezus. Chodził po wodzie, zamieniał wodę w wino, wskrzeszał zmarłych i rozmawiał ze stworzycielem świata. To było coś!Przychodzi Jezus do Lekarza (1)Minęło sporo czasu, nim przestałem uważać Jezusa za Boga w ludzkiej skórze, i zrozumiałem, że miał wiele klasycznych objawów schizofrenii: słyszał głosy i rozmawiał z nimi, widział rzeczy których nie ma (halucynacje wzrokowe), uważał się za syna Bożego (urojenia wielkościowe), miał także silne przeświadczenie o zbliżającej się zagładzie świata (urojenia końca), itd. Był również nieprzystosowany społecznie, i wiódł życie niebieskiego ptaka (chorzy na schizofrenię często nie troszczą się o podstawowe potrzeby bytowe). Gdyby pojawił się w dzisiejszych czasach, w kraju cywilizowanym, z pewnością skończyłby w szpitalu psychiatrycznym na neuroleptykach.

Swoją drogą, obecnie Jezus jest jedną z postaci, za które najczęściej uważają się schizofrenicy cierpiący na urojenia wielkościowe. Swego czasu odbywałem hospitalizację w szpitalu psychiatrycznym, gdzie leczyłem się na depresję. Na jednej z sesji terapeutycznych psycholog opowiedziała nam niezwykle zabawne zdarzenie, które miało miejsce kilka lat wcześniej podczas prowadzonych przez nią zajęć. Na oddział trafił wtedy nowy pacjent, a zwyczaj nakazywał, żeby podczas terapii grupowej wstał i przedstawił się społeczności. Podniósł się z krzesła i oznajmił: – Nazywam się Jezus Chrystus! Natychmiast, jak rażony gromem, podniósł się inny pacjent, i powiedział wzburzonym głosem: – Nie! To ja jestem Jezus Chrystus, a ty masz schizofrenię paranoidalną! Po sali rozszedł się chichot (śmiali się również chorzy na schizofrenię, którzy na oddziale stanowili zdecydowaną większość). Powyższa historia – za jej autentyzm mogę ręczyć – najlepiej chyba obrazuje ”schizofreniczność” postaci samego Jezusa.

Istnieje w języku angielskim termin suicide by cop oznaczający w wolnym tłumaczeniu samobójstwo poprzez gliniarza. Chodzi o sytuację, w której człowiek chcący odebrać sobie życie prowokuje uzbrojonego stróża prawa do zastrzelenia go. Samobójca czyni to zazwyczaj, bo nie ma odwagi odebrać sobie życia samodzielnie (często czynią to również nakryci na gorącym uczynku przestępcy, wolący śmierć od osadzenia w areszcie). Można więc mówić o czymś, co zasługuje na miano samobójczej prowokacji, czy śmierci przez pełnomocnika.

Czegoś podobnego dokonał Chrystus – choć przyświecała mu kompletnie inna motywacja niż w przypadku wyżej wymienionych desperatów. Jezus był człowiekiem z poczuciem misji, wierzącym, że aby ją wykonać, ponieść będzie musiał męczeńską śmierć, umrzeć za sprawę, którą głosił. Wiara w to, że tak powinno być, warunkowała u niego zachowania, które do takiego właśnie końca jego życia miały doprowadzić. Jezus w pełni świadomie ignorował bowiem fakt, że głosząc się synem Bożym pozostaje w konflikcie z prawem, które doprowadzi do skazania i uśmiercenia go. Jest to zachowanie samobójcze; jeśli wejdę na autostradę, i będę szedł pod prąd rozpędzonych aut, wierząc, że pozwalając się rozjechać przyczynię się do zbawienia ludzkości, również będziemy mogli mówić o samobójstwie. Środki realizacji celu są różne, ale mechanizm pozostaje bez zmian.

Jestem przekonany, że wiara religijna znacznej części ludzkości oparta jest na urojeniach schizofrenika, który w tamtych czasach nie mógł liczyć na fachową pomoc psychiatryczną. Oczywiście, gdyby nie grupa cwaniaczków, którzy postanowili wykorzystać głoszone przez niego (bądź co bądź szlachetne) nauki do zdobycia władzy i dorobienia się, wiara w boskość Jezusa sczezła by w zarodku tak, jak multum innych wierzeń.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.