Lata Szczenięce 2000-2002 cz.2

Tuż obok C. mieszkała siedmioosobowa rodzina K. – małżeństwo z piątką dzieci. Była to rodzina dosyć dysfunkcyjna – ojciec pił (choć, oddajmy mu sprawiedliwość, pracował), jego żona była bezrobotna, zaś aż trójka z piątki dzieci chodziła do szkoły specjalnej, nazywanej przez nich eSeSmanką (później trafiła tam również pozostała dwójka). Trzej bracia K. byli naszymi kumplami, i często wpadaliśmy do nich na podwórko. Zwykle mieli na głowie kupę roboty – rąbali drewno, zajmowali się ogródkiem, sprzątali, majsterkowali – ale na ogół przyjmowali nasze wizyty z radością, bo umilaliśmy im nimi czas.

Rozmowy z braćmi K. nie były oczywiście zbyt kształcące – najczęściej opowiadali o markowych ciuchach (Romek, najstarszy z nich, posiadał pokaźną kolekcję spodni, koszulek, bluz i butów firm Nike, Adidas, Puma), szkolnych bójkach i nieznanych mi kolegach ze szkoły specjalnej (legendą był chłopak o ksywie Wery, który ponoć wygrywał wszystkie bójki). Nie przychodziłem jednak do nich po mądrość życiową, a dla śmiechu, którego zawsze było co nie miara, bo byli naprawdę zabawnymi kolesiami (choć może dlatego, że moje poczucie humoru nie było i nie jest zbyt wyrafinowane).

Przez pierwszy i drugi rok moich pobytów u braci K. Romek uczył się w szkole specjalnej o profilu gastronomicznym. W wakacje pracował z wujkiem na budowie, i zazwyczaj wracał z pracy tak spity, że w ogóle nie nadawał się do rozmowy (kilka lat później został absolutnym abstynentem). Romek był wielkim fanem Paktofoniki; kiedy powiedziałem mu, że jeden z członków zespołu, Magik, popełnił samobójstwo w wieku 22 lat, postanowił, że gdy sam będzie w tym wieku pójdzie w jego ślady. Początkowo byłem tą deklaracją bardzo przejęty i odwodziłem go od tego zamiaru; potem zapomniałem o sprawie, a on odpuścił samobójstwo, gdy znudziła mu się Paktofonika i przerzucił się na disco-polo. Nie wykluczone zresztą, że nigdy nie myślał na poważnie o odebraniu sobie życia.

Bracia K. byli pasjonatami filmów akcji z Jean Claudem van Dammem i Stevenem Seagalem. Romek co i raz załatwiał od kolegów kasety z filmami, i namawiał mnie na to, żebym – jako jedyny posiadacz odtwarzacza kaset VHS w naszej paczce – zorganizował u siebie seans. Nie lubiłem tych filmów – uważałem je za schematyczne, prymitywne, i nudne jak flaki z olejem – ale nie chciałem im o tym powiedzieć, żeby nie stracić ich sympatii. W miarę możliwości migałem się od urządzenia u siebie seansu, wymawiając się tym, że telewizor wciąż jest w użyciu; od czasu do czasu musiałem jednak ulec ich namowom, choćby dla świętego spokoju. Tak obejrzeliśmy na przykład Krwawy sport, Liberatora, kilka części Kickboxera, Podwójne uderzenie, Nieuchwytny cel, i wiele innych filmów o równie ambitnie brzmiących tytułach.

O tym, jak bracia K. uwielbiali filmy z tymi aktorami, najlepiej świadczy chyba następująca anegdota. Pewnej nocy wyświetlano jakiś film z Van Dammem bardzo późno, i nie było mowy o tym, żebym zaprosił ich o tej porze na seans. Najstarszy z nich zaoferował mi 20 złotych, jeśli włączę telewizor i pozwolę im… patrzeć na film przez okno. Oczywiście nie zgodziłem się na taki układ, uważając go za barbarzyński (możliwe zresztą, że sam zamierzałem oglądać coś innego).

O ile filmy rzeczywiście były fatalne, o tyle udzielała nam się dzięki nim zajawka na trenowanie szpagatu, ciosów z wyskoku i obrotu, oraz dźwigni. Machaliśmy nawet trochę jak sztangami ciężkimi rurami, żeby nabrać krzepy. Ćwiczyliśmy na podwórku C. Najsprawniejszy z nas był Romek – potrafił wykonać zarówno sprężynkę jak i szpagat, choć z jakiegoś powodu prawie nigdy nie dał się namówić na pokaz jednego ani drugiego. Być może kierowała nim wybujała skromność, być może chciał odgrywać wobec nas kogoś na wzór mistrza, którego umiejętności stworzone są dla wyższych celów niż popisywanie się. Pamiętam, jak kiedyś pokłóciłem się z nim o to właśnie, że nie chciał mi pokazać, jak robi szpagat, a ponieważ oboje unosiliśmy się dumą, nie odzywaliśmy się do siebie ponad rok.

Bracia K. czasami prosili mnie też o to, bym pozwolił im przegrać u siebie muzykę z płyt na kasety (miałem magnetofon, który to umożliwiał). Była to dla mnie prawdziwa katorga, bowiem najczęściej (poza rapem) przegrywali techno i dance – gatunki, których wprost nie cierpiałem. Ponieważ jednak pożyczali mi kasety z hip-hopem (królowali: Peja, WWO, Fenomen, Karrmaba, Paktofonika i Eminem), wyświadczałem im tą przysługę. Dodam, że choć muzyka techno do dzisiaj wywołuje we mnie traumę, to wśród swoich ulubionych piosenek mam naprawdę sporo tanecznych kawałków (choć to utwory zupełnie inne niż te, które przegrywali u mnie bracia K.).

Pewnego ulewnego dnia jeden z braci K. wrócił ze szkolnego internatu z kasetą ze świńskimi przeróbkami polskich piosenek (nazywała się Erotyczne Hity albo Świńskie Przeboje). Ponieważ rodziców C. nie było wtedy w domu, poszliśmy we troje do jego garażu i słuchaliśmy kasety na magnetofonie. Jako nastolatek miałem wybitnie świńskie poczucie humoru, i niewiele brakowało, żebym podczas odsłuchu zlał się ze śmiechu w gacie. Następnego dnia mięśnie brzucha nadwyrężone miałem tak bardzo, że najmniejszy nawet chichot sprawiał mi ból.

Moi kumple niemal codziennie grali w piłkę. Za boisko służyły im pola, za bramki – wbite w ziemię kije. Nie znosiłem piłki nożnej – uważałem tą grę za prymitywną i nigdy nie nabrałem do niej pełnego przekonania – toteż podczas gdy grali albo jeździłem do domu, albo podawałem im wybite poza prowizoryczne boisko piłki. Nie była to najzaszczytniejsza rola, i z perspektywy czasu żałuję, że się jej podejmowałem, ale wtedy chciałem w jakiś sposób dotrzymywać kolegom towarzystwa i pokazać, że grając czy nie, jestem przydatny.

Czasami zapraszałem kolegów do siebie. Graliśmy wtedy na konsoli PSX, albo bawiliśmy się na podwórku w wojnę. Zabawa polegała na tym, że dobieraliśmy się w drużyny, wybieraliśmy plastikowe pistolety z mojej kolekcji zabawek, i dawaliśmy sobie chwilę na ukrycie się. Potem powoli wychodziliśmy ze swoich kryjówek i ”strzelaliśmy” do siebie z zaskoczenia, imitując huk wystrzału. Ten, kto pierwszy został trafiony – ginął. Pole manewru nie było wprawdzie duże, ale frajda nieziemska. Moją ulubioną kryjówką był dach wiaty, na którym rozkładałem się jak snajper ze straganową wersją karabinu Winchester. Za łażenie po nim dostawałem solidny ochrzan od dziadka, ale rzecz była tego warta.

Niemal codziennie chodziliśmy kąpać się w miejscowej rzece. Była płytka, toteż budowaliśmy na niej tamy. Spędzaliśmy mnóstwo czasu szalejąc w wodzie i wygrzewając się na piasku. Bywało, że pluskaliśmy się w pobliskim gliniastym bajorku, w którym woda, choć brudna, zawsze była o wiele cieplejsza niż w rzece. Pewnego razu zrobiliśmy w niej sobie we trójkę (ja, jeden z braci K. i nasz wspólny kolega, Michał) kąpiel bez majtek – ot, będąc w wodzie zdjęliśmy gacie, i pozwoliliśmy im osiąść na dnie zbiornika. Gdy na brzegu zjawił się inny nasz kolega, mówiąc Michałowi, że jest po coś pilnie potrzebny, zaczęło się gorączkowe poszukiwanie garderoby – co mimo naszych starań nie uszło uwagi przybysza, który opowiedział wszystkim o naszej pedalskiej kąpieli. Z pluskania się w bajorze zrezygnowaliśmy, kiedy zaczęły pojawiać się w nich dziwne larwy, czasami dostające nam się do majtek.

Gdy miałem 13 lat, w wakacje postanowiłem wraz z braćmi K. zbudować domek na drzewie. Kiedy już znaleźliśmy wprost idealne do tego celu drzewo, zaczęliśmy rozmyślać nad tym, skąd wziąć materiały do budowy. Wpadłem wtedy na pomysł, żebyśmy rozwalili podobny domek, który zbudował mój bardzo dobry klasowy kolega – T. (ten sam, który pokazał mi i C. pisemko pornograficzne). Udaliśmy się więc w to miejsce, a potem rozebraliśmy konstrukcję i przenieśliśmy wszystkie materiały do siebie. Krótko po tym akcie wandalizmu przypadkowo spotkałem T. Był wkurzony z powodu zniszczenia domku, ale właśnie odbudowywał go ze swoim kumplem. Zaprosił mnie nawet, żebym wpadł tam pogadać, a ja poszedłem z nim, i przez dobre dwie godziny rżnąłem niewiniątko. Kilka dni później prawda o moim wyczynie wyszła na jaw, i T. nie chciał mnie widzieć na oczy. Domek, który zamierzałem zbudować wraz z braćmi K., ostatecznie nie powstał, bo właściciel działki wyciął upatrzone przez nas drzewo. Nikt z nas nie miał już zresztą chęci na jego budowę.

Gdy wracam pamięcią do tych wydarzeń, nie mogę wyjść ze zdumienia nad własną bezmyślnością i okrucieństwem. Jak mogłem wyrządzić jednemu z najlepszych kumpli takie świństwo – zniszczyć mu domek, do którego zresztą często mnie zapraszał – i w dodatku liczyć na to, że nie wyjdzie ono na jaw?… Odpowiedzi niestety brak. Mogę tylko kręcić głową ze wstydu. Dodać muszę, że już trzy miesiące później, w roku szkolnym, pogodziłem się z T., któremu w ramach odszkodowania oddałem około dziesięciu płyt CD z muzyką (inicjatywa wyszła ode mnie). Potem jeszcze wiele razy zapraszał mnie do tego domku, ale długo nie czułem się godny wejścia tam, i odmawiałem sobie tej przyjemności.

Przemogłem się pewnego dnia, którego postanowiłem wraz z C. i naszym wspólnym kolegą J. zabawić się w wywoływanie duchów. Nie mieliśmy za bardzo gdzie pójść, toteż poprosiliśmy T. żeby pozwolił nam przeprowadzić obrządek w jego domku. Wierzył w duchy i był temu absolutnie przeciwny, okłamaliśmy go więc, że znajdziemy sobie inne miejsce. Kilka godzin po szkole poszliśmy jednak do jego domku – pech chciał, że T. akurat wracał z niego rowerem, i zobaczywszy nas ile sił w nogach pognał tam z powrotem, po czym zabarykadował się w nim, i nie chciał nas wpuścić. Długo musieliśmy przekonywać go, żeby zmienił zdanie. Gdy weszliśmy do środka, rozstawiliśmy cztery świece, zapaliliśmy je, zasłoniliśmy okna domku, i wyciągnęliśmy medaliki z krucyfiksami. T. nie miał krzyżyka, toteż sklecił go naprędce z połamanego patyka i kawałka sznurka. Chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy mówić: Przyjdź duchu, przyjdź! – T. niweczył jednak powagę sytuacji, żarliwie wymawiając słowa: Przyj duchu, przyj! Nic dziwnego, że żadna zjawa nie zaszczyciła nas swoją obecnością.

Reklamy

2 komentarze do “Lata Szczenięce 2000-2002 cz.2

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s