Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada

Teologowie podnoszą czasami argument, jakoby sam fakt, że człowiek poszukuje istoty wyższej, świadczył o tym, że takowa istnieje; że człowiek ma zaszczepioną przez Stwórcę potrzebę poszukiwania i odnalezienia go. Mam na ten temat nieco inną teorię: wiara i jej poszukiwanie nie ma charakteru nadnaturalnego a jest psychologicznym mechanizmem, zaś człowiek wierzy w swoją religię najczęściej dlatego, że został w niej wychowany. Oczywiście, nie wszyscy wierzący zaliczają się do tego grona. Z moich obserwacji wynika jednak, że jest to lwia część.Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada (1)Niewiele wiadomo na temat religii prehistorycznych. Można tylko domyślać się, że człowiek tamtych epok potrzebował uniwersalnego wytłumaczenia niezrozumiałych dla niego zjawisk, że żywił ogromny lęk i podziw wobec sił natury, i spersonifikował je, by zyskać poczucie łączności z nimi oraz poczucie wpływu na ich działania. Bez trudu wyobrażam sobie, że zastraszonemu prymitywowi przyjemniej spędzało się czas w jaskini kiedy wierzył, że z szalejącą na zewnątrz burzą można się jakoś dogadać. Tym bardziej, kiedy jedyną alternatywą pozostawało słuchanie kropel skapujących ze stalaktytów do kałuży.

Ewoluując ludzie doszli do słusznego wniosku, że lepiej żyje się w stadzie niż osobno. Wierzenia religijne podzielane przez członków stada stały się spoiwem społecznym. Grupa ludzi, która wyznaje jeden zbiór zasad postępowania (nawet bardzo prymitywny), i która surowo karze odstępstwa od nich, ma wszak o wiele większe szanse na przetrwanie, niż ta, która takich zasad nie posiada. Oczywiście, zawsze znalazł się jakiś cwaniaczek, który w takiej grupie wysuwał się jako szaman. Była to najbardziej uprzywilejowana pozycja, i dla podtrzymania jej zmuszony był snuć wizje łączności z bóstwem, podtrzymując wierzenie i rozwijać je. Inna sprawa, że obrzędom szamańskim nierzadko towarzyszyło spożywanie halucynogennych grzybów, które wprawiały go w stan ekstazy. Wyobrażacie sobie budowanie religii na podstawie tripu kumpla, który naćpał się kwasem kupionym od podejrzanego dilera? No właśnie. Też wydaje mi się, że nie brzmi to najlepiej. Ale co zrobić, takie były czasy!

Mało która osoba wierząca bierze pod uwagę fakt, że gdyby urodziła się w innej kulturze, w rodzinie o odmiennej tradycji religijnej, wyznawałaby wiarę inną, niż wyznaje obecnie. Konwersje na inną religię są niezwykłą rzadkością – niemal wszyscy wyznawcy tkwią w okowach wierzeń, które zaszczepili w nich rodzice. Jest to bardzo wygodne, gdyż często zwalnia wierzącego od brzemienia samodzielnego myślenia – człowiek taki wierzy bezrefleksyjnie, jest bowiem głęboko przekonany, że skoro tyle osób na świecie wierzy w to samo, co on, to nie mogą się oni mylić. Przecież większość musi mieć rację. Liczebność wyznawców potwierdza w jego oczach słuszność wyznania. Jeśli jest ich miliard – miliard razy. A że są miliardy osób wierzących w inną religię? No cóż, skoro aż tyle osób tkwi w błędzie, to musi to być błąd tysiąclecia!

Osoby, które przyszły na świat w rodzinie katolickiej, i wychowywały się w jej wierze, od dzieciństwa przesiąkały wiarą w istnienie piekła – stanu wiecznego potępienia, które czekać miałoby po śmierci na ludzi niewierzących i skrajnie niegodziwych. Strach przed tym przerażającym miejscem zakorzenia się w młodej, nieukształtowanej jeszcze psychice na tyle głęboko, że wyzwolenie się z niego przychodzi z trudem nawet osobom, które nauka skłania ku ateizmowi. Jestem głęboko przekonany o tym, że indoktrynacja religijna dzieci jest oczywistym praniem mózgu, że skrzywia myślenie człowieka nierzadko na całe życie i że powinna zostać zakazana prawnie. Wolność wyznania powinna pozostać, ale jego wyboru powinien dokonywać człowiek dorosły, wolny od zaszczepianych mu w dzieciństwie wierzeń.

Ze wszystkich lęków, jakie drzemią w człowieku, najsilniejszy jest jednak lęk przed śmiercią. Istota ludzka odczuwa ogromny dyskomfort na samą myśl o tym, że kiedyś będzie musiała zniknąć z tego świata, pozostawiając na nim wszystko to, czego się dorobiła, i wszystkich swoich bliskich. Wiara w wieczne życie pośmiertne, w raj, daje pewność, że wszelkie cierpienia zostaną człowiekowi wynagrodzone w sposób nieskończenie szczodry – co daje poczucie komfortu. No bo czymże jest niebiańska wieczność na tle jednego marnego żywota? Przecież nawet sto lat urlopu za jeden dzień pracy to (z matematycznego punktu widzenia) nic w porównaniu z tym. Wystarczy uwierzyć (to jeszcze nic nie kosztuje), a potem, dla podtrzymania tej wiary i swojego poczucia zaangażowania w jej sprawę, chodzić do kościoła i dawać na tace.

Równie wielką ulgę człowiek wierzący odczuwa na myśl o tym, że w każdej chwili może zwrócić się poprzez modlitwę do istoty, która skłonna jest wysłuchać go i zaopiekować się nim. Oczywiście, nawet jeśli modlitwa nie zostanie wysłuchana, wierzący zachowa spokój – w końcu na lekcjach religii poinformowano go, że Bóg często działa dla naszego dobra w sposób dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały. Wierzący chce ułatwić tak dobremu Bogu zadanie jak najbardziej, więc zawierza mu ślepo, w czym zresztą dopatruje się swej cnoty. Dla mnie Bóg który bezpośrednio nie komunikuje się z człowiekiem to wymyślony przyjaciel, Fiś.

Zdarzają się przypadki nawróceń. Oto, pewnego dnia, w Boga zaczyna wierzyć przestępca, alkoholik, prostytutka. Zwracają się oni do Stwórcy, i ponieważ polepsza się wskutek tego ich funkcjonowanie, wierzą, że stoi za tym jego ingerencja – więc wierzą jeszcze bardziej! Otóż, jest to błędne koło. Fakt, że modlitwa przynosi ulgę, nie potwierdza w żaden sposób istnienia domniemanego źródła tej ulgi. Dla mnie jest to psychologiczny efekt placebo; modlitwa niewiele różni się od łykania przez chorego witaminy C z przekonaniem, że to cudowny lek – co czasami rzeczywiście mu pomaga, ale co nie znaczy, że witamina C rzeczywiście okazała się niebiańskim medykamentem.

Niektórzy ludzie wierzący zastanawiają się, po co człowiek miałby być dobry, gdyby nie było Boga? To szokujące, ale wielu z nich nie widzi w tym pytaniu absolutnie niczego dziwnego! Zakładam optymistycznie, że żaden z nich nie rozpatruje w ten sposób zagadnienia, dlaczego w takim razie (skoro Bóg nie istnieje) miałby odmówić sobie gwałtu na ślicznym dziewczęciu, które widuje codziennie w autobusie jadąc do pracy; że to pytanie ogranicza się do kwestii drobnych nikczemności, takich jak ułatwianie sobie życia kłamstwem, kradzież paczki chrupek w markecie, porysowanie nielubianemu sąsiadowi lakieru na samochodzie tudzież zbluzganie kumpla za podrywanie dziewczyny. Dlaczego więc być dobrym, skoro Boga nie ma? Z szacunku do człowieka oczywiście. Z pragnienia, by na świecie po którym chodzą nasi bliscy, było jak najmniej chamstwa i patologii. By wszystkim żyło się lepiej, bezpiecznej. Bo każdy zły uczynek infekuje skrzywdzonego złem, i mści się na świecie ze zwielokrotnioną mocą.

Z przykrością muszę stwierdzić, że ten, któremu taka argumentacja wydaje się niewystarczająca, jest człowiekiem obłudnym. Dobro praktykowane z chęci zdobycia wiecznej nagrody od Boga warte jest tyle, ile pomaganie świeżo zatrudnionemu pracownikowi, by podlizać się szefowi i zyskać awans: skutkuje wprawdzie dobrem firmy, ale nie daje instruującemu żółtodzioba podstawy do myślenia o sobie we wzniosłych kategoriach, chodziło wszak o zwyczajne (a w przypadku tła religijnego o metafizyczne) lizodupstwo. A co z unikaniem czynienia zła z obawy przed wiecznym potępieniem, zapytacie? Odpowiem pytaniem: czy pedofil, który nie zgwałcił dziecka dlatego tylko, że bał się piekła, staje się przez to człowiekiem szlachetnym? No chyba nie… Choć oczywiście dobrze, jeśli to go powstrzymało. Nie zrozumcie mnie źle, każdy powód jest jednakowo dobry, by czynić dobro, ale jeśli czyni się je ze strachu przed wieczystym potępieniem w jeziorze ognia i siarki, raczej nie powinno dawać mu to powodu do zdrowej dumy. A kim staje się człowiek bez niej? Oczywiście, można być człowiekiem wierzącym i pomagać bliźnim bezinteresownie, co jest już chwalebne.

To, co dzieje się na świecie, wprawia w przerażenie. Klęski żywiołowe, wojny, ludobójstwa, epidemie, terroryzm, itd. Człowiek stojący naprzeciwko bezbrzeżnego cierpienia ludzkości usilnie stara się znaleźć jakieś jego racjonalne wyjaśnienie, by być w stanie w takiej rzeczywistości funkcjonować. I tutaj znowu w sukurs przychodzi Bóg, który jest miłością, działa dla naszego dobra w sposób niepojęty, i nie ma takiego zła, którego z czasem nie obróciłby na korzyść naszej duszy. Wystarczy wziąć parę szybkich i głębokich oddechów, a potem zawierzyć mu. Zawierzyć ślepo – bo przecież nawet Biblia w żaden sensowny sposób nie tłumaczy tego, dlaczego taki hipotetyczny Bóg dopuszcza istnienie zła na świecie (pomińmy historię Hioba i bajeczkę o Adamie i Ewie, które to historyjki najzwyczajniej w świecie obrażają ludzką inteligencję). Pocieszająca jest perspektywa, że wszelkie niegodziwości tego świata zostaną sprawiedliwie osądzone, i że nie trzeba samemu brudzić sobie rąk, wyrównywać rachunków. Że bycie uciskanym w gruncie rzeczy nie jest takie złe, skoro można obrócić je na swoją korzyść poprzez zawierzenie Bogu.

Także pytanie o to, jak powstał wszechświat w którym żyjemy, skłania większość ludzi do wiary w inteligentną siłę sprawczą. Naukowcy mają swoje teorie i hipotezy tłumaczące sposób, w jaki kosmos mógł wyłonić się z nicości, ale prezentują one poziom abstrakcji, który uniemożliwia przeciętnemu człowiekowi zrozumienie ich i – co za tym idzie – ich ewentualną akceptację. Nawet ci z nas, który ni w ząb nie rozumieją paplaniny fizyków wiedzą jednak, że u zarania wszystkiego stał jakiś twórczy potencjał, i mogą na własną rękę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bardziej prawdopodobne wydaje im się, że ten potencjał posiadał świadomość, czy też że był bezosobowy. Niektórym taka odpowiedź, oparta na intuicji, siłą rzeczy musi wystarczyć. Że większość ludzi wybierze wiarę w inteligentną siłę sprawczą – nie dziwi mnie ani trochę; człowiek truchleje na samą myśl o tym, że jest wypadkową ewolucji, i stanowi twór nieskończenie mały w stosunku do kosmosu, a jedynym lekarstwem na pozbycie się tej niewygodnej perspektywy jest właśnie wiara w to, że powołał nas do życia miłościwy Demiurg, a nie obojętne na wszystko, bezrozumne siły natury.

Wiele osób opiera swoją wiarę na bardzo subtelnych i subiektywnych odczuciach, które określają mianem religijnych. Może to być poczucie, że ktoś ze zmarłych bliskich w jakiś sposób niesie im pomoc lub komunikuje się z nimi poprzez sny. Czasami do wiary skłania także szczęśliwy zbieg okoliczności, na wskutek którego dany człowiek unika nieszczęścia, w czym upatruje działania opatrzności (co jest o tyle niefortunne, że choćby los milionów żydów gazowanych w komorach obozów zagłady stanowi istnienia tej samej opatrzności jaskrawe zaprzeczenie). Może to być też doświadczenie ekstremalne, np. śmierci klinicznej albo cokolwiek innego, w czym doświadczający w jakiś sposób dostrzega metafizyczną głębię. Zazwyczaj są to wrażenia tak sugestywne, że zdają się doznającemu ich przebłyskiem jedności z Bogiem. Ludzie tacy zazwyczaj twierdzą również, że skoro doświadczenie wiary pozwoliło im godnie przejść przez życie, że skoro okazało się one wystarczające, skrojone jakby na miarę tego życia – to wiara ta była słuszna. Jak polemizować z tymi doświadczeniami? Cóż: to, co ludzie wierzący nazywają religijną metafizyką, ja nazywam po prostu psychologią.

Psychologiczna potrzeba wiary jest tak silna, że zwycięża nawet umysły osób, które w każdej innej sferze życia wykazują się krystalicznym racjonalizmem. Zdarza się nawet, że choć wierzący postrzega swą wiarę jako stojącą w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, to jednak uważa, że rozbieżność ta świadczy właśnie na korzyść wiary – bo przecież skoro mimo wszystko wierzy, to musi być to łaska Boża, a nie jakaś tam naiwność wypływająca z ludzkiej ułomności! Taki tok rozumowania wykazują na przykład naukowcy wśród duchowieństwa.

Rodzi się pytanie: skoro wiara jest taka dobra, taka wygodna, skoro sprawia, że człowiekowi żyje i umiera się łatwiej, to dlaczego ateiści tak ją krytykują? Odpowiedź jest banalnie prosta: według nas wiara religijna przedstawia zafałszowany obraz rzeczywistości, oferuje życie w słodkim kłamstwie i angażuje wyznawcę w finansowanie kościelnej mafii rozrastających się w obrębie tejże wiary. Wiara jest jak sztuczny miód, ateizm zaś jak gorzka czekolada. Nie będę nikomu mówił, co ma pić, ale chętnie poczęstuję każdego swoim przysmakiem.

***

Obrazek pochodzi ze strony Pixabay z darmowymi grafikami.

Reklamy

20 komentarzy do “Sztuczny Miód i Gorzka Czekolada

  1. świechna

    Mnie jeszcze jedna rzecz martwi w religii: żeby uspokoić swój lęk przed życiem i śmiercią, ludzie są zdolni do wielkich podłości – i raczej wybiorą modlitwę zamiast zgłoszenia delikwenta na policję, gdy dowiedzą się o molestowaniu kogoś przez osobę duchowną. Miałam na ten temat niedawno całkiem interesującą rozmowę z wierzącą dziewczyną. I ręce mi opadły.

    Amatorka gorzkiej czekolady.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
  2. stanislawgorny

    Mamy zupełnie inne światopoglądy i dobrze o tym wiesz, jako katol patrzę na to wszystko zupełnie inaczej, ale przeczytałem ten tekst do końca,BO MIMO TYCH RÓŻNIC SZANUJĘ TWOJE POGLĄDY I SZANUJĘ CIEBIE. Ale jako zatwardziałego katola (choć antykościelnego, co wbrew pozorom się nie wyklucza) nic nie jest w stanie zmienić moich poglądów. Wiara to jest coś co jest we mnie, czego nie wyrobił kler ani środowisko, to od zawsze we mnie było i jest. WAŻNE BY W TEKSTACH O TEMATYCE RELIGIJNEJ SZANOWAĆ POGLĄDY INNYCH LUDZI.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. Seeker

      Staszku, mam pytanie. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybyś urodził się w Pakistanie, to Twoją religią (a wręcz receptą na życie) byłby Islam? A jeśli urodziłbyś się w Chinach, to byłbyś Buddystą i czcił smoki?
      Nie atakuję Cię, tylko ciekawa jestem, czy co innego niż położenie demograficzne sprawia, iż właśnie katolizycm?

      Polubione przez 2 ludzi

      Odpowiedz
      1. stanislawgorny

        W Pakistanie moja droga też mieszkają katolicy, choć maja przesrane 🙂 w Chinach podobnie 🙂 Religia, podobnie jak brak wiary jest kwestią naszego wewnętrznego wyboru.

        Polubienie

      2. stanislawgorny

        Sylwia, zrozum, to jest we mnie, to jest mój wewnętrzny wybór. Nie muszę poznawać innych religii, bo czuję że ta jest moja. Na innym przykładzie. Kochasz swojego męża prawda? Czy musisz się bzykać z innymi facetami żeby się upewnić że na pewno go kochasz? Nie. Tak samo jest z religią, to się czuje w środku. Mi tej religii nikt nie wpoił, do kościoła chodzę raz do roku jak nie rzadziej, więc to nie jest kwestia wbijania młotkiem w łeb wiary przez klechy itp, JA TO CZUJE! 🙂

        Polubione przez 2 ludzi

      3. Seeker

        O małżeństwie lepiej nic nie będę pisać, bo mnie jeszcze grom z jasnego nieba dosięgnie 😛 Choć w Anglii szasne na jasne niebo wielkie nie są haha 😀

        Chyba rozumiem, o co Ci chodzi. Znasz coś i dobrze Ci z czymś, to po co podważać tego wartość, albo szukać czegoś innego? Ale przekłada się to chyba również na inne strefy Twojego życia, które nie jest od długiego czasu zbyt szczęśliwe. Może kiedy zaczniesz więcej poszukiwać, ściągniesz klapki z oczu i zobaczysz, jak wielki jest świat i jak wiele możliwości, nie zatęsknisz nawet za tym, co już Ci znane? 🙂 To Twoje jedyne życie, Twoja jedyna szansa. Czas ucieka i przykro patrzeć, jak się sam na własne życzenie umartwiasz w malutkim pudełku 😦

        Polubienie

      4. stanislawgorny

        To nie chodzi o to,że znam tą religię i dlatego w niej jestem. To kwestia wewnętrznego wyboru a nie wygody, strachu przed śmiercią itp. Wiara nie ma nic wspólnego z tym jak wygląda teraz moje życie, to kwestia moich wyborów, ludzi jakich spotykam i błędów jakie popełniam. To nie Bóg sprawił że walczę z depresją, to nie Bóg sprawił że mam taki charakter, wiara tu nie ma nic do rzeczy. Nie uważam też religii za klapki na oczach, raczej za pewien cel, wyznacznik moralny, jakiś sens…Nie potrafię Ci tego tak na gorąco opisać, ale to po prostu jest we mnie. I nie umartwiam się na własne życzenie, cierpię na chorobę która marnuje mi dni.

        Polubione przez 1 osoba

      5. Seeker

        Od chorób są lekarze, którzy jeśli nie potrafią jej wyleczyć, to przynajmniej pomóc z nią żyć. Morfeusz jest żywym przykładem. Więc proszę się do jednego udać (lekarza, nie Morfeusza, choć w sumie czemu nie?) 🙂

        Może napiszesz coś u siebie na temat wiary i Twojego podejścia do niej? Chętnie przeczytam. Chyba, że już coś takiego powstało i się nie dokopałam??

        Polubione przez 1 osoba

      6. stanislawgorny

        Pomyślę i nad takim wpisem, choć na mojego bloga zagląda kilkoro ateistów, więc się pewnie napocę, żeby obronić swoje tezy 🙂 A co do lekarzy, to nie znoszę ich prawie tak samo jak policji 🙂

        Polubienie

  3. Seeker

    Wyjąłeś mi z głowy moje myśli i ubrałeś w słowa. Dobrze, że nie jestem złodziejką tekstów, bo inaczej użyłabym tego jako swój, bo jest mój!! 😛 😛

    Ja ateistką nie jestem, bo zbytnio lubię sobie pofilozofować. Jestem agnostyczką. A brak wiary w Boga faktycznie może niektórych dołować, mnie jednak jeszcze bardziej napawałby optymizmem: nie zostaniemy w żaden sposób pokarani za nasze błędy wynikające z niedoskonałej ludzkiej natury (takiej, jaką rzekomo dał nam Bóg)!! 🙂

    Polubione przez 2 ludzi

    Odpowiedz
  4. iPablo

    …Chrześcijaństwo (wspominałem wcześniej) jest popłuczynami trzech wcześniejszych religii: sumeryjskiej, staroegipskiej i judaizmu. Teraz macie okazję zobaczyć i porównać co zabrali (przywłaszczyli bezczelnie) dla siebie z religii staroegipskiej istniejącej wiele tysięcy lat BC (Before Christ)…Nawet słynne Pater Noster (Ojcze Nasz) to staroegipska pieśń ślepca na wieleset lat BC…A później…później przez XVII wieków wymordowali kilkadziesiąt milionów istnień ludzkich w imię chrystianizacji…zresztą do dziś czynią z uśmiechem na ustach zbrodnie pedofilii stygmatyzując dzieci do końca ich życia…Chrześcijaństwo to egipska mitologia…

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. iPablo

      …Na początek zacząć czytać „Zapomniany Świat Sumerów” – Marian Bielicki….(z sumeryjskiej religii bezczelnie zagarnęli jej podstawowy fundament religijnej filozofii mówiący, że człowiek rodzi się z grzechem, że nie wspomnę o okrągłych (w kształcie walca) pieczęciach na których były motywy ukazujące drzewo z elementami kuszenia – wąż, i wiele innych cennych cennych znalezisk to potwierdzających…). Czytać, zdobywać wiedzę a wszystko ułoży się w logiczny ciąg.

      Polubione przez 1 osoba

      Odpowiedz
  5. iPablo

    Krótko – tekst Morfeusza jest tak bardzo skondensowany a zarazem precyzyjny w swej treści, iż poszczególne wyodrębnione … są blokami, które tworzą osobne cząstkowe kompendia wiedzy. Bravo…
    Ponieważ dotykałeś niejednokrotnie też słowa WIARA postanowiłem dodać swoją
    Zatem WIARA jest pojęciem tak bardzo spolaryzowanym w swojej definicji, iż czytelność i przejrzystość nie wymaga u odbiorcy szczególnych predyspozycji intelektualnych. Z jednej strony WIARA jest pojęciem teologicznym (tak jak duch, dusza, duchowość) i ma swój wymiar określany jako urojenia, które towarzyszą homo sapiens sapiens od momentu kiedy zaczął myśleć w miarę logicznie i abstrakcyjnie. Wówczas nie potrafił wyjaśnić sobie zjawisk przyrody, odczuwał strach przed śmiercią (To precyzyjnie opisał Morfeusz) – a to w efekcie stawało się generatorem przeróżnych wierzeń, bajek, mitów. Niestety ewolucja tego nie przewidziała…:-)
    Drugi biegun definicji słowa WIARA (tak bardzo namacalny i czytelny) to najzwyklejszy codzienny aspekt naszych pragnień, marzeń, wydarzeń, myśli itp. zapisany gdzieś głęboko w naszej świadomości…Żadnej pośredniej – wg mnie – definicji nie ma. Może się mylę…Warto też otulić się treścią takich książek jak „God is not great” – Hitchens’a, czy „Short history of time” – Hawkinga, czy też opracowaniami Dawkinsa.
    Lata temu czytałem „Zapomniany świat Sumerów” – Bielickiego…wspaniała pozycja.
    A to też warto obejrzeć http://ipablo.one.pl/FB.html thx & pzdr

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
  6. iPablo

    …Morfeusz – Twoje przelewane treści są na tyle interesujące i skłaniające do myślenia, iż nie sposób nie przeczytać ich wszystkich. Może jeszcze zdążę chociaż mój pesel determinuje już pewne zachowania mentalne, fizyczne – niebawem minie już niestety siódma dekada tego ziemskiego padołu…vide blog http://jaknajwiecej.com – wspaniała podróż w nieznane…odpisz na mój adres e-mail…jeżeli potrzeba innej wiedzy – służę…Jestem elektronikiem & autodidact IT specialist.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. Morfeusz Autor wpisu

      iPablo, dziękuję Panu pięknie za komentarze. Pozwolę sobie odpisać tutaj. To niezwykła rzecz wiedzieć, że młodzik w moim wieku może mieć coś istotnego do przekazania człowiekowi, który przerasta go doświadczeniem życiowym o całe cztery dekady; jest to wręcz komplement nad komplementy. Dziękuję bardzo za linki – już zaglądam. Życzę jak najdłuższego życia w jak najlepszej kondycji! Ślę serdeczności!:)

      Polubienie

      Odpowiedz
  7. malykot29

    Nigdy nie zrozumiem, jak ludzie wyznający osobowego boga potrafią odnaleźć w swej wierze komfort i bezpieczeństwo, o którym tak zapewniają, biorąc pod uwagę całe te rozgrzeszenia, sąd ostateczny itd. Czy nie prościej jest uwierzyć po prostu w naturę?

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s